- Opowiadanie: Szantar - Ballada o Asea Gaate

Ballada o Asea Gaate

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Finkla, mr.maras, NoWhereMan

Oceny

Ballada o Asea Gaate

Zapaliła, zaciągnęła się. Wydmuchała dym, który siwą smugą popłynął przez powietrze.

Podeszła do małego okna, zdobionego żółtym witrażem. Otworzyła je płynnym ruchem. Spojrzała przed siebie, daleko, na otaczające ją Asegate, niepozorne miasteczko, rozkrzyczane głosami kupców, przesycone smrodem ryb i rześką bryzą morza. Bezpieczną, duszną przystań, w której dni ciągnęły się monotonnie i leniwie.

Skupiła wzrok na jej sercu – porcie, do którego prowadziły wąskie, brukowane ulice, pełne kolorowych tłumów, tętniące życiem. Łódki i rybackie kutry kołysały się na wodzie, w dokach pracowali ludzie. Uśmiechnęła się blado.

Asegate było piękne tym specyficznym, ciekawym rodzajem piękna, objawiającym się w kontrastach – w starych kamieniczkach i nowych rezydencjach, rudych, brudnych dachówkach oraz mlecznobiałych murach, w wiklinowych koszach pełnych kwiatów oraz ścianach obrośniętych dzikim bluszczem. Było zarazem głośne i spokojne, było oszałamiające i orzeźwiające, dynamiczne i apatyczne. Pełne przeciwieństw. Dzięki nim harmonijne.

Jego nazwa, przypomniała sobie, to właśnie znaczy. Asea Gaate. Wieczna Równowaga. Tak określają to miejsce legendy.

Usłyszała ciche westchnięcie, głębszy oddech. Rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że jej kompan wciąż śpi. Słyszała, jak od czasu do czasu zmieniał pozycję.

Wolno cofnęła się na środek zagraconego stryszku, obecnie pełniącego rolę jej pokoju. Z wyraźną lubością zaciągnęła się raz jeszcze. Szary obłok nieśpiesznie otoczył jej twarz gorzką aureolą.

Gdzieś tam, pomyślała, w Asegate, w mieście bujd i opowieści, pośród zwykłych ludzi, znajduje się ktoś Niezwykły, tak mi powiedziano. Ktoś ważny, a w każdym razie na tyle cenny, by za jego znalezienie i przyprowadzenie zapłacić pięćset jaskrów.

W zamyśleniu potarła podbródek, rzuciła niedopałek papierosa na krzywe klepki podłogi. Zgniotła go obcasem.

Raz jeszcze wyłowiła prostokąt okna skupionym spojrzeniem. W oczach miała chłodną determinację. I żal.

Żeby dopaść Niezwykłego, przemknęło jej przez głowę, będę musiała przewrócić całe to miejsce na nice. Tutaj, na wierzchu, Asea Gaate pachnie morzem, chwali się lśnieniem promieni słońca na wzburzonej powierzchni wody. Ale kto wie, co znajdę głębiej, do jakiej niegodziwości się dokopię, myszkując po zakamarkach miasta?

Podniosła ze swojego legowiska ciemną szkatułkę, której wieko pokryto laką. Pogładziła śliskie drewno, delikatnie otworzyła puzderko. We wnętrzu wyściełanym czarnym aksamitem coś zaiskrzyło, zamigotało zgaszoną zielenią.

Była to kula wielkości pięści, przedmiot należący do jej pracodawcy. Opleciona pajęczyną barwionych rzemieni, w środku tląca się przygaszonymi szmaragdowymi skrami, rzucała łagodny blask na skórę. Kobieta wyjęła ją, zważyła w dłoni, włożyła do skórzanego mieszka. Ostrożnie przymocowała do paska. Trzykrotnie sprawdziła, czy dobrze się trzyma – szacunek wynikał z ceny, jaką w razie stłuczenia musiałaby zapłacić za następną.

Teraz, rzekła sobie w duchu, wystarczy włóczyć się po tej mieścinie dzień lub dwa, szlajać po śmierdzących, brudnych zaułkach, zaglądać do bogatych oberż i przechadzać wolnym krokiem wśród ciżby na ulicy targowej. Czekać, ale bez napięcia, bez szaleńczej czujności. Relaksować się.

Nie dało się ukryć, że lubiła takie zlecenia – spokojne, stosunkowo łatwe do wykonania, nieźle płatne.

Podeszła do swego towarzysza, delikatnie szturchnęła go nogą. Uchylił powieki i burknął coś, wyraźnie niezadowolony.

Właściwie nie ma żadnego powodu, by jakkolwiek mi pomagał, zostawał na noc i rankiem zalegał na sienniku, właśnie tak, jak teraz, pomyślała. Łatwiej mogłabym znaleźć kontrargumenty dla naszej współpracy. Kłótnie. Zarwane noce. Obcość. Niepewność. Nie jesteśmy przyjaciółmi, jesteśmy nieznajomymi, którzy przypadkiem wpadli na siebie w karczmie. Ale mimo wszystko on tu leży, śpi, nawet czasem chrapie, psiakrew.

– Idę, Szarłat – oznajmiła sucho, głośno, by jej słowa przebiły się przez resztki snu.

Spojrzał w jej kierunku, mrużąc oczy. Patrzył tak chwilę, nie mogąc zogniskować wzroku.

– A idźże w cholerę, Lotigen – mruknął wreszcie, przeczesując palcami ryże zmierzwione włosy.

Skinęła głową i prędko ruszyła naprzód.

Leży, śpi, nawet czasem chrapie, powtórzyła w głowie, schodząc po skrzypiącej drabinie. Bo jest swobodny, ten mój Szarłat, jest niezobowiązujący, jest zabawny. Wspaniale całuje, ma piękne oczy, nie żąda nic w zamian, nie wymaga wierności. Daje zapomnienie, pozwala odpłynąć. Nie wierzy w miłość, z miłości drwi. Drwimy oboje.

Rozrywka, obopólna korzyść, tak mogłabym to nazwać. Tak on mógłby nazwać mnie. Bez żadnego krzywdzenia, bez farmazonów o uczuciach. Surowo i prosto, może chłodno. Ale satysfakcjonująco.

*

Siekł deszcz, bił grad. Krople tłukły o dachy domów, o dachówki, rozbryzgiwały się białymi obłokami mgły. Bębniły o drewno, pluskały w kałużach. Rynny wypluwały wodę, rynsztoki niosły ją, już brudną, zmieszaną z gnojem, ciemną, czarną, podobną do krwi, krwi Asegate. Kanały krztusiły się deszczówką.

Wąską uliczką, po śliskim bruku, jechała konno wysoka kobieta przemoczona do ostatniej nitki. Kaptur przylgnął do głowy, bladą twarz oblepiły czarne, krótkie włosy, ostro kontrastujące z jasną cerą. Ponuro ściągnęła sinawe usta, gdy jej kasztanowaty dzianet zarżał. Koń potężnie robił bokami, ale stąpał dzielnie. Po jego lśniącej sierści spływały strumyczki wody.

Niepozorny młodzik, Glistnik, jak wołali go w mieście, uważnie studiował strój nowo przybyłej, nieśmiało wychylając się zza rogu ubogiego domu. Uśmiechał się przy tym zarazem radośnie i chytrze, jak tylko dzieci potrafią. W małej główce liczył, kalkulował chłodno, sprytnie, po szczurzemu.

Albowiem Glistnik był szczurem, synem ulicy czającym się na podróżnych. Ręce miał zwinne jak szczurze łapki, oczka drobne i przenikliwe jak szczurze ślepka. Wychował się tutaj, w brudnych rynsztokach, żył tutaj, żył jak szczur, więc szczurem został, w jego żyłach płynęła nie ludzka, a szczurza jucha.

Glistnik patrzył, zachłannie oblizując usta.

Ma okulary, rzecz niecodzienną, bardzo drogą, szkła okrągłe, ciemne, myślał gorączkowo.

Kobieta postawiła na sztorc kołnierz przemoczonego płaszcza. Chciała odciąć się od wiatru i deszczu, uporczywie zacinającego z prawej strony. Chłopaczek od razu spostrzegł, że nakrycie wykonane było z dobrego, grubego materiału. Po wyschnięciu byłoby eleganckie, chociaż teraz przypominało raczej mokrą szmatę. Dzieciak w duchu zatarł ręce, przygładził szczurze wąsiki. W myślach odnotował, że jego przyszła ofiara nie ma dwóch palców, zatem chwyt lewej dłoni będzie słabszy.

Zamarł na moment, gdy dostrzegł srebrny błysk. Nosiła naszyjnik. Surowy torkwes z lisimi głowami. Uśmiech chłystka stał się wyjątkowo nieprzyjemny.

Pod płaszczem miała żołnierską, szarą tunikę, marszczącą się pod szerokim, matowym pasem opinającym biodra. Chłopakowi zabłysły oczy. Miała też szablę.

Zwrócił uwagę na granatowe szarawary i skórzane, czarne buty z cholewą za kolano, na błyszczące ostrogi. Pokiwał lekko głową.

Jeśli tylko uda mi się ją okraść, pomyślał spokojnie, bez emocji, będę dostatnio żył przez kilka miesięcy. Lub nawet rok, gdyby w ukrytym mieszku odłożyła wystarczająco dużo pieniędzy. A koń? Zatrzymać? Sprzedać? Jeśli sprzedać, bieda chyba nigdy nie zajrzy mi w oczy.

Przyczaił się za rogiem, wyciągnął nóż.

Podbiec, układał w głowie plan, szczurzy, przebiegły plan. Podbiec, złapać konia za uzdę, wspiąć się na siodło po strzemieniu. Nie będzie się bronić, będzie zdziwiona, zakłuć, tylko szybko, opanować ciska, odrzeć trupa z precjozów, z odzienia. Uciec, zniknąć. Gdzie sprzedać rzeczy? Na targu obok wyjścia z kanałów.

– Stój, gówniarzu.

Zastygł z wyrazem zdziwienia na szczurzej, brudnej twarzy.

Mówiła do niego! Ta kobieta go widziała, zatrzymała konia i siedziała w kulbace, nie racząc odwrócić nawet głowy. Glistnik domyślał się tylko, że śledzi go spojrzeniem skrytym za przydymionymi szkłami okularów. Zadrżał, bo choć szczurzo sprytny, był też w rzeczywistości szczurzo bezbronny.

– Odrzuć nóż – dobiegło go surowe polecenie.

Zeskoczyła z siodła. Usłyszał mlask podeszew, stukot obcasów. Brzęk ostróg.

Oparła dłoń na rękojeści szabli. Lekko zsunęła okulary z nosa.

Dojrzał jej oczy. Jej ślepia.

Znał je, znał mlecznobiałe, ślepe spojrzenie wyłaniające się zza ciemnych szkieł. Zacisnął szczęki, żeby nie krzyczeć, zesztywniał ze strachu. Nie zaskoczył go fakt, że chociaż zdawała się być niewidoma, dostrzegała każdy szczegół, każde jego drgnięcie. Słyszał opowieści, znał je na pamięć, opowieści tłumaczyły, opowieści nie pozwalały być zaskoczonym. Ktoś zawsze o tym mówił, snuł historię, dzieci słuchały, siadały w kręgu, na ciele gęsia skórka, ze strachu…

Nie patrz, szeptało coś w jego wnętrzu. Nie patrz w jej oczy. Rozjuszysz ją.

Deszcz bębnił o kaptur, bębnił o bruk, bębnił w duszy chłopca.

Zerwał się do biegu.

*

Dwa susy, oszacowała natenczas kobieta, Lynx Lotigen. Mogłabym go dorwać w dwóch susach. Nasunęła okulary z powrotem na nos.

Pewnie wówczas uniósłby nóż, gotów bronić się zajadle, mimo że wynik walki byłby przesądzony. Jak szczur, nędzny szczur. Zapiekłby go nadgarstek, gdy moje palce zaczęłyby miażdżyć kości. Wytrąciłabym mu broń z ręki. Pchnęłabym na kocie łby, bez wysiłku, od niechcenia nawet. Upadłby, zacisnął powieki, pod nimi zabłyszczałyby łzy. Poczułby ból w biodrze. Chciałby gryźć, byle tylko uciec. Kopnęłabym go w brzuch, aż straciłby oddech.

Dwa susy. Chciała skoczyć, nie skoczyła, usidliła pragnienie. Zawahała się, nie dopadła szczeniaka. Dosiadła kasztanka, dała mu ostrogę.

Dwa susy, pomyślała raz jeszcze. Teraz więcej, teraz trzeba by było przemierzyć kilka uliczek, gdybym tylko chciała go dopaść. Gdybym chciała. Dopadłabym go.

Uśmiechnęła się, po czym pokręciła głową.

Jaki jeszcze brud znajdę na twoich ulicach, gdy będę szperać w poszukiwaniu Niezwykłego? Jaki cień, który ma za zadanie zrównoważyć światło sielskiego miasteczka? Wieczna Równowaga, czy może mi się tylko tak wydaje, Asegate? Może to twoja tajemnicza nazwa kazała mi zwrócić na to uwagę? A może to ułuda? Może codzienność, zwykła, pospolita, lecz otoczona legendą? I tylko dzięki legendzie ciekawa?

Spojrzała na mieszek przytroczony u pasa. Szklana kula w jego wnętrzu była niemal niewidoczna, słabe zielone światło nie przebijało przez skórę. Lotigen skrzywiła usta, jakby zniesmaczona całą sytuacją.

Krople wody bez żadnego wyraźnego rytmu biły w jej ramiona, biły w głowę.

Nie tutaj, pomyślała i skierowała ciska w inną stronę. Nie tutaj lub nie teraz.

*

Trup pływał w morzu, kołysał się na sztormowych falach. Kadłub przy brzegu, nogi i ręce nieco dalej. Krwi nie było, był za to lament, krzyk i płacz. Lynx bardzo nienawidziła płaczu, krzyku trochę mniej. Paliła papierosy, żeby się nie zdenerwować. Czekała aż ktoś przyjdzie, powie coś, rozpozna, czyje części unoszą się na wodzie. Patrzyła, z grzbietu konia miała świetny widok.

Frapowało ją, kto zmarł, chociaż znalazła się tutaj właściwie przypadkiem. Na dodatek zbiegowisko wokół odpowiadało celowi jej misji. Od czasu do czasu spoglądała tylko obojętnym wzrokiem na sakiewkę, na kulę wewnątrz. I słuchała. Przede wszystkim słuchała, znudzona leniwą codziennością Asegate.

Zwłoki? Dziecka? Znowu dziecka? Czemu dziecka? Kto tak zabija dzieci? Kto rozszarpuje? Kto mógł zrobić coś takiego? Ale dzisiaj? Rano? Przed brzaskiem? Niemożliwe, zauważyłbym, pracowałem w dokach, czemu miałbym nie zauważyć? Mało zauważasz, tak mi się zdaje. To syn Rietówny? Córka? Rietówna miała córkę? Nie wiem, wiem tylko, że piła. Dużo piła. Co złego jest w piciu?

Lynx uniosła brwi, znów skupiła się na szeptach i rozmowach, na wrzaskach.

Mdleję! Wody! Co? Kobieta mdleje? Dajcie sole trzeźwiące, prędko. Sole trzeźwiące! To jej dziecko? Nie wiem, zemdlała, może jej. Wiele osób już straciło przytomność, czemu akurat ona miałaby być matką? To dziecko nie miało matki. Skąd wiesz? To jakieś ścierwo z ulicy, mówię wam. Ścierwo? Przecież to było dziecko, jak pan może! Na ulicy żyją już tylko ścierwa, tylko złodzieje. Asegate schodzi na psy. Ależ co pan mówi! Dziewczynka! To jest dziewczynka! Dziewczynka? Właśnie wyłowili ręce, nogi i… i resztę. Mają głowę? Głowa jest wciąż złączona z ciałem, jeśli mają resztę, mają też głowę. To jak, dziewczynka? Bez wątpienia dziewczynka. Bogowie, następna dziewczynka! Rozejść się!!! Rozejść, mówię! ROZEJŚĆ!

Gruby strażnik ryczał do ciżby, jego kompani pomagali mu rozgonić tłum.

Lynx uderzyła piętami o końskie boki. Kasztan gładko pokłusował przed siebie. Była niezadowolona, chciała wiedzieć, kogo zabito. Szybko wypalała papierosy, jeden za drugim. Nie kaszlała, dym rozwiewał pęd. Zaciągała się raz po razie. Ze zmarszczonym czołem zastanawiała się, co takiego dzieje się w Asegate. Czy ta mieścina tylko z pozoru jest bezpieczna?

Dopiero po chwili spostrzegła, że przestało padać.

Zajechała pod obdrapaną kamienicę, zeskoczyła z kulbaki. Pociągnęła konia za wodze, pragnąc zaprowadzić go do stajni. Była zmęczona całym dniem w siodle, zmęczona własnym znudzeniem, jeżdżeniem po wąskich uliczkach małego miasta, w tę i z powrotem, włóczeniem się bez celu, udawaniem zainteresowania towarami oferowanymi przez kupców, w rzeczywistości jednak obserwowaniem kuli przytroczonej do pasa, która za żadną cholerę nie chciała…

Kula zaświeciła, zamigotała ostro jadowitą, żrącą zielenią przebijającą przez grubą skórę mieszka. Lotigen zastygła, jej ręka odruchowo powędrowała do szabli. Uśmiechnęła się cierpko, mocno wpiła palce w cugle, odwiodła dłoń od rękojeści. Zaprowadziła ciska do boksu, poluźniła popręg. Nie spieszyła się. Złapała trop, złapała Zapach. Jak ogary woń zająca. Nie zgubi go.

Swobodnym krokiem wyszła na ulicę. Wrzuciła peta do kałuży.

Rozglądnęła się. Okolica była opustoszała. Światło wciąż dobywało się z sakiewki, migotało jaskrawymi falami. Szybko ruszyła przed siebie, mając nadzieję znaleźć kogoś za rogiem. Jeśli tam go nie znajdę, pomyślała chłodno, zacznę przetrząsać pobliskie domy.

Poczynania Lotigen leniwie obserwował ogromny kocur, zupełnie nieporuszony jej zaintrygowaniem. Spokojnie leżał kilka sążni dalej i wylizywał czarne, połyskliwe futro. Lynx nie lubiła kotów, wolała psy.

W pewnym momencie kocur spojrzał na nią, w jego ślepiach bez trudu można było znaleźć złośliwość. Przeciągnął się, podniósł i bezceremonialnie przeciął jej drogę. Lotigen zatrzymała się. Nie wierzyła w zabobony, nie wierzyła w te wszystkie bujdy o czarnych kotach przynoszących pecha. Potrząsnęła głową. Nie wierzyła i nie zamierzała wierzyć.

Kobieta wyszła za róg.

Mignęła jej szczudłowata sylwetka, odzienie w kolorze ziemi.  

– Stój! – warknęła.

Uśmiechnęła się w duchu, drapieżnie, groźnie, uradowana końcem bezczynności, jak wilczur spuszczony ze smyczy. Znała to uczucie, swoistą pewność, że od ofiary dzielą ją już tylko nieliczne uderzenia serca. Właśnie dla tej emocji, tej euforii, wciąż bawiła się w zlecenia, nawet nie szukając stałej pracy.

Puściła się biegiem, nie stąpała cicho, nie było potrzeby. Wypadła zza rogu kolejnego budynku, przed sobą miała starszą parę, gromadkę ubogich dzieci i parę osób dalej, przed nimi. Mieszek zamrugał, jakby zaraz miał zgasnąć. Zaniepokoiła się, rzuciła do gonitwy, puls przyspieszył.

Wyminęła mężczyznę i kobietę, wyminęła młodzików, obcasy stukały w szybkim rytmie jej kroków, ostrogi dzwoniły, dźwięki odbijały się echem. Kula gasła, powoli, nieubłaganie, Lynx biegła prędzej, najprędzej jak się dało, gnała, na złamanie karku. Ziemista koszula, ziemista koszula, musi gdzieś być, ludzie nie rozpływają się w powietrzu. Lotigen zaczynała czuć złość.

Dojrzała go kątem oka, jak skręca w niepozorną uliczkę. Był blisko, jeszcze parę kroków. Nie zwolniła, odbiła w bok, zaciskając szczęki, wściekłość rozwiała się, rozmyła w pędzie, zniknęła w ferworze biegu.

Bruk był mokry, nierówny, pełen kałuż i szlamu. Poślizgnęła się, zaklęła, uderzyła w ścianę, upadła na ziemię. Zagryzła wargę, wstała, rzuciła się do dalszego biegu. Gniew znów wzbierał, płynął w niej, pulsował bólem w obitym kolanie, piekł w zdartej dłoni, wylewał się z ust potokiem przekleństw.

Kilkoma susami dopadła uciekiniera. Przycisnęła go do ziemi, wydarła nóż skryty w cholewie prawego buta. Zabić, podpowiadał gniew, zadźgać, wytoczyć krew! Wrazić ostrze prosto w gardło! Dyszała, z trudem rezygnując z tej decyzji, odsuwając myśli od nienawiści, od pragnienia…

– Gdzieżeś tak pędził, bratku? – wycedziła przez zęby, obryzgując go śliną, wstając, żeby nie kusić ani siebie, ani losu. Nie schowała noża, nie chciała go chować, palce nadal wpijały się w rękojeść.

– Ja tylko chciałem pogłaskać tego kocura, przysięgam!

Stopą docisnęła go do ziemi. Jęknął głucho, jak gdyby w odpowiedzi. Dopiero teraz mogła mu się przyjrzeć, zauważyć, że jest młody, chudy i wysoki, że ma twarz poznaczoną dziobami po ospie, upstrzoną krostami, okraszoną garścią piegów. Ozdobioną śliwą pod niebieskim okiem, wyzierającym spod tłustej grzywki barwy słomy. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat.

– Jak ci na imię, chłystku? – syknęła, chowając sztylet na powrót za cholewę. Stanęła mu na palcach, dość żeby zabolało, nie dość, by połamać kości. Chłopak zawył. – Odpowiadaj, gdy pytają!

– Arza, pani! – wykrztusił, prawie dławiąc się własnym strachem.

Zdjęła nogę z jego dłoni, sięgnęła do kaletki, gotowa wyjąć rzemień i związać chłopaka. Jednak nie sięgnęła, nie związała. W zupełnej ciszy zajrzała do sakiewki, skryła się w cieniu kamienic, żeby lepiej widzieć zielony blask. Osłupiała spojrzała po raz ostatni na swą niedoszłą ofiarę. Następnie mechanicznie odwróciła się na pięcie i odeszła w swoją stronę.

Kula nie świeciła.

*

Na stryszku było duszno. Papierosowy dym szarymi obłokami dryfował w powietrzu, kłębił się w żółtych promieniach słońca przebijających przez witraże.

– Ale jak to się stało, Szarłat? Jakim cholernym cudem? Namiar błyszczał, był pełen Zapachu, pełen światła! – Lynx Lotigen była sfrustrowana. Euforia minęła.

Zdarzenie kłóciło się z jej profesjonalizmem, doświadczeniem, ambicjami. Ale przede wszystkim kłóciło z długiem zaciągniętym u lichwiarza, który zamierzała spłacić za pieniądze zarobione na zleceniu.

– Może się zepsuł, ten twój namiar? Tatko zawsze powtarzał, żeby nie ufać magicznym sprzętom, to pamiętam. Ostrożność wyniosłem z domu – rzekł z niejaką dumą.

Kobieta zaśmiała się gorzko, zakaszlała.

– Sądzę, że jedyne, co wyniosłeś z domu, to sztućce, Szarłat – stwierdziła oschle, już bez cienia uśmiechu.

Zastanowił się chwilę, podrapał po brodzie.

– Tak. Chyba było coś takiego. Srebrne sztućce. Tak. Skąd wiedziałaś? – spytał rozbrajająco szczerze.

Westchnęła ze zmęczeniem, oparła głowę na dłoniach, wykrzywiając usta w kwaśnym grymasie.

– Musiał być w jakimś budynku. Musiał gdzieś tam stać, możliwe nawet, że patrzył jak goniłam tego obszczyportka.

Możliwe, że wiedział o mnie. Że po prostu obserwował, chciał zobaczyć, w jaki sposób mam zamiar go złapać, dodała w myślach.

– Wielkie mi mecyje, dzisiaj się nie udało, uda się jutro – oznajmił protekcjonalnie. Lotigen nienawidziła protekcjonalnego tonu.

– Tak sobie mówiłeś, gdy przegrywałeś w karty swój rodzinny majątek? Te srebrne sztućce? I kochanego ojczulka? – rzuciła cynicznie.

– Ojczulek nie był wcale taki kochany, nie myśl sobie.

– Jutro przejadę po mieście raz jeszcze. Jeśli Namiar nie złapie Zapachu i nie rozjarzy się zielenią… Nie wiem, co zrobię. Nie mam zielonego pojęcia.

– Ja też nie mam zielonego pojęcia, ba, żółtego też nie, ale przestań już kopcić, oddychać się tu nie da – rzekł zgryźliwie. Mówiąc to, zabrał jej papierosa i ukręcił na talerzu, chwilowo służącym za popielniczkę.

Lynx bez słowa odpaliła od świecy następnego.

*

Sytuacja wręcz bliźniacza do wczorajszej, ze spokojem pomyślała Lotigen, spoglądając na zwłoki. Tym razem ciało pozbawione jest jedynie lewej ręki, chociaż zdaje mi się, że ta leży na pobliskim balkonie.

Lynx nachyliła się nad truchłem z beznamiętną, stężałą twarzą. Szarłat, który zdecydował się jej towarzyszyć, właśnie rzygał za rogiem.

– Trup jest wyschnięty, zasuszony. I niemal biały – oznajmiła głucho. Słyszała, jak kolejna fala wymiocin wylewa się z jej kompana.

– Masz zamiar go analizować, psiamać? – zacharczał, podchodząc bliżej i ocierając usta rękawem. – Znajdujesz w tym, nie wiem, przyjemność?

– Nie. Przyjemność nie. Jedynie… poszlaki – rzekła, dziwnie blednąc na twarzy.

– Jakie poszlaki?

– Dużo było tu takich… zabitych dzieci? – spytała rzeczowo, jakby nie słysząc Szarłata.

– Ponoć kilkoro. Trójka? Ten był trzeci? Niewiele. Raczej jakieś chłystki z ulicy niźli z porządnych domów. – Wzruszył ramionami, wymownie wciąż trzymając się z dala od trupa.

– To by się zgadzało. – Pokiwała głową, mówiąc jakby z wysiłkiem.

– Z czym?

– Dzisiaj w nocy, Szarłat… Dzisiaj w nocy idź spać gdzieś indziej, rozumiesz? – Przy ostatnim przez jej twarz przemknął niemal niezauważalny skurcz.

– Co? – Był skonsternowany. Zawiedziony. Trochę zły.

– Nic, Szarłat. I tak nie zrozumiesz. Nawet nie uwierzysz. Ale nie śpij dzisiaj na naszym stryszku. – Skrzyżowała ręce na piersi, unikając jego wzroku.

Żachnął się.

Opanowała się, wolno kucnęła nad trupem, nie zwracając uwagi na przekleństwa, jakimi ją raczył. Ostrożnie obróciła głowę dziecka, tak, by zobaczyć drugą stronę szyi. Nie mrugnęła, spostrzegł Szarłat. Nawet powieka jej nie zadrżała, gdy zobaczyła, że skóra jest rozszarpana, pokryta rudą, zaschłą juchą. Co za kobieta!

– Szarłat?

– Tak?

Odpowiedziała stanowczo, bez wahania:

– Tam, gdzie będziesz spał koniecznie zamknij drzwi i zarygluj okna. Dobrze?

*

Lotigen czuwała, nie miała śmiałości zasnąć. I paliła. Wypalała papierosa za papierosem, bez przerwy. Gorycz dymu zagryzała liśćmi mięty, gorycz refleksji zapijała okowitą.

Spojrzała na peta w palcach. Skonstatowała, że jej dłoń drżała, odwróciła wzrok, odwróciła myśli. Kiedy zaczęłam palić? – przemknęło jej przez głowę. Ile lat temu? Niedawno, przecież wiem, że całkiem niedawno. Przecież pamiętam.

Siedziała na sienniku Szarłata. Kiedyś nim pachniał, pachniał mydłem i ziołami, teraz śmierdział papierosami. Wszystko nimi cuchnęło, Lynx po cichu podejrzewała, że jej dusza również.

Trójka dzieci. Ile to niewinnej krwi? Niedużo. W dzieciach nie ma dużo krwi. W każdym razie nie dość, żeby się nasycić.

Odstawiła kieliszek, odstawiła wódkę. Nie mogła zasnąć, nie mogła odpłynąć. Zeszła po drabince, drabinka zaskrzypiała, przemierzyła korytarze, nie zapaliła kaganka, dotykała ręką ściany, ściana miała uszy, Lynx była pewna. Wyszła z kamienicy, odetchnęła nocą, noc pachniała wilgotnym brukiem.

Po co przyjeżdżałam do miasta? Po co zgodziłam się złapać jakiegoś Niezwykłego? Było tak wiele innych zadań, przypomniała sobie, jak przez mgłę, jak przez papierosowy dym. Było osłanianie wozów, była pomoc przy polowaniu. Wybrałam Asegate, bo pamiętałam je z legendy o Wiecznej Harmonii, bo miało być sielsko, spokojnie i bezpiecznie, a na koniec jeszcze bogato.

Zaśmiała się gorzko, szła dokądkolwiek, gdzie nogi poniosły, nie potykała się, zdjęła kaptur.

I było. Sielsko, spokojnie i bezpiecznie. Było tak, dopóki się tu nie zjawiłam.

*

Jaskól przebierał krótkimi nóżkami w pośpiechu. Nie biegł, nie odważył się biec. Szybko szedł, pilnując, by nie tupać. Głośne kroki mogły obudzić Licho. Chłopak bał się, drżał. Sierpówka, w złodziejskich kręgach zwana także Czarną Ulicą czy Przedsionkiem Leża Licha budziła strach w każdym – Jaskól pamiętał jak jeden ze starszych chłopców zapuścił się tutaj, by wrócić nad ranem ledwo żywy, ze spodniami mokrymi od moczu. Pamiętał też młodą Rietównę, pamiętał jej zwłoki, które wyłowiono z morza. Pamiętał, że w noc poprzedzającą znalezienie jej trupa, zwierzyła mu się, iż musi iść przez Sierpówkę.

Nie było latarni. Jakby Asegate chciało zapomnieć o Czarnej, nie zbliżać się do niej bez wyraźnej potrzeby, utopić ją w plamach cienia i przypadkowych łatach księżycowego blasku.

Jaskóla przebiegł dreszcz. Chłopak poczuł, jak sztywnieją mu mięśnie, jak jeżą się włosy na karku, zmrożone chłodnym oddechem Leża. W głowie wirowała mu trwoga, trwogę podsycały opowieści. Licho nie śpi, Glistnik zarzekał się, że widział je, gdy lał deszcz. Mówił o ślepych oczach, o pozornym bezruchu i dławiącym przerażeniu.

Tuk tuk, tuk tuk.

W piersi dudniło mu serce, rytmicznie przepompowywało krew, natleniało czerwoną juchę, jednocześnie z każdym uderzeniem rozprowadzając po ciele chłopca lodowatą esencję strachu.

Jaskól czuł, jak oblewa go zimny pot, jak jego krople spływają mu po plecach, wsiąkają w materiał brudnej koszuli. Czuł gulę w gardle, chciał przełknąć ślinę, nie przełknął, w ustach miał sucho.

Tuk tuk, tuk tuk.

To już kroki? Czy może serce, cały czas trzepoczące się niespokojnie, żywo, jakby pragnęło wyrwać się, przerwać skórę?

Jeśli Licho cię wybierze, nie wyjdziesz z Sierpówki żywy, odezwał się w jego duchu bajarz, snujący ponure opowieści dzieciom z kanałów. Będziesz krzyczał, nikt tych krzyków nie usłyszy.

Tuk tuk, tuk tuk. I świst. Oddech. To oddech.

Pomruk.

Zdębiał, zesztywniał, zamarł w pół kroku. Czuł tężejące mięśnie, nie odwracał się, nie słuchał, patrzył przed siebie, zaczął biec. Nogi wykrzywiały się na nierównościach, nie spoglądał w dół, tupał, uciekał. Nie uciekał długo, dostrzegł cień, nie chciał patrzeć, nie patrzył, wychwycił go tylko kątem oka, wbrew sobie. Wrzasnął, ugryzł się w język, zamilkł, połknął łzy, nie pamiętał, kiedy zaczął płakać. Cień skoczył, płynnie, gładko, cicho, Jaskól wyciągnął pałkę, zamachnął się, nie trafił, zaskowyczał, gdy coś wpiło się w jego skórę.

Stuk, stuk. Kroki, czyje? Nie Cienia, Cień poruszał się bezdźwięcznie.

Uderzył raz jeszcze, nie chybił, gniewny syk zawibrował w nocnym powietrzu. Chłopak nasłuchiwał, czekał, w śliskiej od potu dłoni kurczowo ściskał pałkę. Tak. Obcasy. Ktoś biegł, chłystek skulił się w sobie, tym razem odwrócił, spojrzał, z goryczą, z urazą, z żalem. Bez strachu, strach zniknął, wyparował przez rany w skórze.

Oślepił go błysk, ukłuł w oczy, zamigotał nawet pod gwałtownie zaciśniętymi powiekami. Jadowity, ostry. Zielony.

Mam cię, szujo, pomyślała Lynx Lotigen z euforyczną wręcz satysfakcją.

*

Ściągnęła okulary, schowała je za pazuchą. Uśmiechnęła się drapieżnie, trzeźwo. Alkohol zastąpiła adrenalina, nostalgię i smutek oddaliła perspektywa wypełnienia zadania. Myśli odpędziło działanie, szybkie, wymagające precyzji.

Podcięła mu nogi, powaliła na ziemię. Był lekki. Nie wydarła szabli, nie widziała powodu, by to uczynić. Karzeł. Bronił się rozpaczliwie, wpił palce w jej kostkę. Miał słaby chwyt. Był niegroźny. Strząsnęła jego dłoń. Krzyknął. Kucnęła obok, nachyliła się. Brzmiał jak dziecko. Lotigen zawahała się, chłystek wierzgnął, kopnął ją w twarz. Charknęła, splunęła, oblizała usta z krwi, przyjrzała mu się lepiej.

Dziecko. Nie karzeł. Dziecko. To oczywiste, przecież dzieci tak łatwo skrywają się w ciżbie. Za pierwszym razem, gdy kula świeciła, mógł nawet wleźć pod czyjąś spódnicę. Mogłam nie zauważyć gówniarza, mogłam go pominąć, nie zwrócić nań uwagi i zwyczajnie gonić kogoś starszego. Mogłam. I tak zrobiłam.

Odsunęła się, zawstydzona własną brutalnością. Dzieci nie miesza się w zlecenia, na dzieci nie podpisuje się kontraktów. Dzieci się nie krzywdzi. Przypomniała sobie ciało dziewczynki unoszące się na falach, trupa chłopca na ulicy. Potrząsnęła głową. Popatrzyła na szczeniaka, na jego lśniące od łez oczy. Zatrząsł się, jak w febrze. Odwróciła wzrok, przygnieciona poczuciem winy. Nie pamiętała, czy dziewczynka płakała, nie pamiętała, czy chłopiec łkał. Nic nie pamiętała, równie dobrze mogła ich wcale nie zobaczyć. Mogło jej tam nie być. Ktoś inny, nie ona, mógł ich zabić.

Nie wolno go złapać, nie wolno zaciągnąć do chlebodawcy, odebrać zapłaty. To niegodziwe. Niewłaściwe. Miałam sprowadzić człowieka, miał być dorosły i niebezpieczny. Nie miał być bezbronnym szczawikiem, duszącym się własnym szlochem. Z powrotem założyła okulary, zdusiła przekleństwo cisnące się na usta. Nie powinien patrzeć w jej oczy, właściwie w ślepia pokryte bielmem. Ślepia potwora z jego sennych koszmarów. Będzie się bał, może zeszczać się w pludry.

Wstała, zagryzła wargi.

– A kysz, Licho. A kysz – mamrotał chłopiec, szeptał, nie wiadomo – do niej, czy do siebie.

Pokiwała głową, jakby zgadzając się z jego słowami.

A kysz, Lotigen. Na dzieciach nie zarabiasz, dziećmi się nie żywisz. Nie zapanowałaś nad sobą dwukrotnie, rozczłonkowałaś dziewczynkę, zagryzłaś chłopca. Tego gówniarza zostaw. Po prostu zostaw w spokoju. Nie zabieraj go, nie wiąż, pracodawcy skłam w żywe oczy, że go nie znalazłaś. Niech będzie rekompensatą. Dla tego przeklętego miasta, dla Asea Gaate. Niech będzie legendarną równowagą. On i ten rzezimieszek, którego niegdyś przepędziłaś. Dwoje żyje, dwoje zdechło. Równiej się nie dało.

Coś mruknęło gardłowo, niezadowolonym tonem.

Młodzik zakrztusił się, smarknął rozdzierająco, podczołgał się, najpierw pod jej nogi, później, odsunął się od niej ze strachem, skulił dwa kroki dalej, niezdolny do innego ruchu.

Lynx płynnym ruchem zdjęła okulary, sięgnęła po szablę, kątem oka cały czas obserwowała Namiar, który szalał, migotał tysiącem odcieni zieleni i szmaragdu. Lustrowała mrok, przebijała się przez jego czeluści nienaturalnie bystrym wzrokiem.

Coś syczało, poruszając się bezgłośnie.

Chłopiec zmartwiał z przerażenia, już nie drżał, drżenie sparaliżował lęk.

Gdyby się odwróciła, pomyślał, zobaczyłaby Cienia. Zobaczyłaby jego ślepia, bursztynowe, złotawe, z pionową źrenicą. Zobaczyłaby jego czarne cielsko, jego szczecinę, jego sylwetkę naprężoną do skoku. Może zdążyłaby się zasłonić swoim brzeszczotem.

Lotigen drgnęła, zmarszczyła brwi.

Nie odwróciła się.

*

Jaskól kulił się w kącie, zasłonięty dwoma żelaznymi moździerzami. Miał zamknięte oczy. Lękał się patrzeć, lękał się widzieć. Starał się oddychać po cichu. Nad nim w rytm obcych kroków drżały na półkach fiolki, słoiki, butelki i karafki.

Powieki uchylił dwa razy – gdy Cień powalił kobietę i transformował się w smukłego mężczyznę oraz wówczas, gdy chwycił chłopca za kołnierz, ciągnąc go do swojego leża. Pamiętał, że nie krzyczał, wiedział, że nikt nie usłyszy.

Młodzik zebrał się na odwagę i raz jeszcze zerknął na pomieszczenie, w którym rezydował Licho, Cień z Czarnej.

Przed chłopcem stał stół zawalony probówkami, alembikami i starymi woluminami. Na ścianach małej pracowni zawieszono zioła, wiechcie ziół – blekotu, szczwołu, szaleju… Pod pęczkiem tojadu była ona, kobieta. Okulary zsunęły się z jej nosa. Miała zamknięte ślepia. Nie bała się, była zwyczajnie nieprzytomna.

To nie była walka, przypomniał sobie Jaskól, na powrót opuszczając powieki, jakby były zasłonami oddzielającymi go od świata. Żadna tam walka, ani ona nie walczyła, ani on nie walczył. On tylko wykonał skok. Jeden sus. Celny, bezbłędny. Prosto w tył głowy, w potylicę, jak mawia dziadek bajarz.

– Kontaktujesz? Nie? Szlag by cię trafił, cholero.

Chłopak wcisnął się w kąt, słysząc zachrypnięty głos. Patrzył, nie chciał patrzeć, ale patrzył. Mężczyzna, Licho, ten, który zabrał młodą Rietównę, podszedł do leżącej pod ścianą kobiety. Poruszał się gładko, jak na sprężynach. Czubkiem buta dotknął jej policzka. Wydął usta, po czym niespodziewanie kopnął ją w twarz. Dwukrotnie. Jaskól pisnął, gdy posłyszał chrzęst łamanego nosa.

Jęknęła, niemrawo sięgnąwszy dłonią do twarzy. Zacisnęła palce, jakby mogło to złagodzić ból.

Jaskól obserwował z przejęciem, jak opiera się o zimne cegły porośnięte grzybem, wypluwając z ust krew. Zakaszlała. Nie otwierała oczu, oczy zalewała jucha z rozciętego czoła. Drugą dłonią wymacała szablę. Nie rozbroił jej. Nie była dla niego zagrożeniem, ona to wiedziała, on to wiedział. Jeśli był czarodziejem, kiwnięciem palca mógłby zamienić ją w kupkę popiołu. Nawet nie zamierzała walczyć. Poddała się.

 Namiar również miała przy pasie. Cały. Był cały, niestłuczony. Migotał, chociaż nie mogła tego widzieć.

– To nie chłopiec, prawda? – spytała głucho, domyślając się, kto ją złapał. Zaraz jednak odpowiedziała sama sobie – Taki malec nikogo by nie interesował…

– Twoje miano? – przerwał jej chłodno, skrzekliwie. – I miano twojego pracodawcy?

Uniosła głowę w górę, z dłonią na twarzy. Jaskól skulił się, prześlizgując wzrokiem po kafelkach, którymi była wyłożona podłoga. Nie starczyło mu odwagi, by przenieść spojrzenie powyżej kolan obcego. Kobieta, chociaż nie dała rady unieść powiek, zdawała się na wskroś przeszywać nieznajomego tym ślepym spojrzeniem.

– Lynx Lotigen. – Nie kłamała, nie miała po co kłamać. – Pracodawca pragnął pozostać anonimowy.

Chwilę milczał, Jaskól sądził, że mierzył ją wzrokiem, sprawdzając, oceniając.

– A ty? Jak cię wołają? – spytała, zakłócając ciszę, wyginając wargi w nieładnym grymasie. Oblizała usta, połknęła posokę.  Nie pragnęła poznać odpowiedzi, była zwyczajnie zrezygnowana i obolała. Pogodzona z klęską.

– Kotopaxi – odparł. Jego głos przypominał jeżdżenie gwoździem po metalu. W jego tonie młodzik wyczuł jakąś zmianę, jakby mówił z lekkim uśmiechem na ustach.

– Koto? To od kota, prawda? Czarnego kocura? Tego, który przebiegł mi drogę i tego, który skoczył mi na kark? – spokojnie wywnioskowała Lynx.

– Nie, akurat „kotopaxi” znaczy z belfijskiego „alchemik”, co zresztą pokrywa się z moim zawodem. Ale blisko trafiasz. Byłem tym kocurem.

– Nie znam belfijskiego – oznajmiła obojętnie.

– Ten chłopiec miał być przynętą?

– To dziecko? Nie. On po prostu zapuścił się w niewłaściwą ulicę – mruknęła. Przyłożyła drugą dłoń do ran.

– Zaiste, bardzo niewłaściwą. Słyszałaś legendę o Sierpówce?

– Nie miałam okazji. Byłam zaabsorbowana historiami o samym Asegate – rzuciła sarkastycznie. Zaraz przekonała się, że sarkazm boli – obcy chwycił ją za włosy i pociągnął w górę. – Z łaski swojej nie racz mnie następną opowieścią. Nie zdzierżę jej, wierz mi – syknęła, z jej ust poleciały kropelki śliny i krwi.

Puścił ją, upadła, walnęła głową o ścianę. Nie rozmasowała miejsca uderzenia, cały czas przyciskając dłonie do lica, gładząc brzegi rozcięć i starając się nastawić nos.

– Ach, Asea Gaate. Nie jesteś wielbicielką legend?

– Zdaje mi się, że nie – wymamrotała.

– Słyszałem, że jakiś szczeniak chciał cię okraść? Jakiś bachor? Glistnik, tak mu było? – perorował dalej, z pozoru swobodnie przechadzając się po pomieszczeniu.

– Nie wiem. Nie przedstawił się – odparła. Miała chropawy głos.

– Puściłaś go, bo było ci żal biednego, głodnego dziecka? – zadrwił. – Nie sądzisz, że o tym wszystkim zadecydował Los? Przeznaczenie? Klątwa Asegate? Wieczna Równowaga? Zły i Dobry w jednym miejscu, później legendarna walka? Zły przeciwko Dobremu? Dobremu tak bardzo, że nawet nie ściga potencjalnych rabusiów? Ten gówniarz kiedyś pewnie zostanie koniokradem, Lotigen. – Zaśmiał się skrzekliwie, odchrząknął. – Wybacz, moje struny głosowe nieco odwykły od ludzkiego głosu. To przez transformację. W nietoperze, ćmy. I w czarne koty, jak sama bystro zauważyłaś.

Nie zdziwiła się, chociaż na to liczył. Obojętnie pokiwała głową, splunęła w bok. Plwocina była czerwona od juchy. Pomyślała, że w tym monologu zaskoczyła ją tylko jedna kwestia. Mianowicie określenie jej mianem dobrej persony. Później skonstatowała, że fanatycy już tak mają, że uwielbiają wkładać zwykłe wydarzenia w ramy legend, we wzorce, okraszać je słowami takimi jak „przeznaczenie” czy „proroctwo”.

Z sufitu spadła kropla wody, za nią dwie następne. Kap. Kap, kap.

– Cholera, jak tu wilgotno. Gniją mi przez to zioła – syknął do siebie Kotopaxi. Zakrzątnął się przy stole, Jaskól bał się, więc wcisnął się głębiej w kąt. Mężczyzna wrócił z małym cebrzykiem.

– Sądziłeś, że chłopiec był przynętą. Dlaczego? – spytała, gdy ustawiał wiaderko na posadzce.

– Od kiedy jesteś w mieście? – odpowiedział pytaniem na pytanie. Lotigen tego nie znosiła.

– Od tygodnia – odpowiedziała cierpliwie.

– A zatem powinnaś słyszeć o… morderstwach? O rozczłonkowanych chłystkach?

Zamarła, zesztywniała, Jaskól widział to doskonale, widział jak stężała jej twarz, jak drgnęły powieki, wciąż zasłaniające oczy.

– Słyszałam.

– A zatem, jak mniemam, powinnaś domyślić się, kto za nimi stał – rzekł surowo, jakby karcąc głupią uczennicę. Protekcjonalnie, mentorsko. Lotigen chciała napluć mu na buty, zarówno za ten ton, jak i za rozdrapywanie ran. Zapłonął w niej gniew, zapłonął i spalił ostatnie okruchy obojętności.

Ja, pomyślała Lynx, nie odpowiedziała mu, nie zamierzała dać się sprowokować. Na to czekał, tego chciał, nie da mu satysfakcji, żadnej satysfakcji. Ja za nimi stałam, ja zabiłam te dzieci, chociaż gówniarzy nie powinno mieszać się w takie sprawy. Ja nie opanowałam pragnienia, rozdarłam im gardła, wypiłam ich krew, nawet tego nie zapamiętałam, nie wiedziałam, dopóki nie zobaczyłam trupów. Nie przypominaj mi tego, gnoju, nie masz do tego prawa.

– Milczysz? Tak to tobą wstrząsnęło? Nie sądziłem, że tak przejmujesz się szczeniakami.

Kobietą zatrzęsło.

– Z drugiej strony, zapewniłem im szybką śmierć. Wiesz, jak długo mogły się męczyć, nie mając czego zjeść, nie mając jak odkazić ran, których pewnie nabawiłyby się  podczas ulicznych bójek? Wiesz co to jest w ogóle gangrena?

Zapewniłem im szybką śmierć. Zapewniłem. Szybką śmierć. Zapewniłem. Zapewniłem. Lynx odtwarzała te słowa cały czas od nowa, mieliła je w żarnach myśli.

– Zabiłeś ich. Ty ich zabiłeś – wykrztusiła, zaciskając dłonie na twarzy.

– Zabiłem, oczywiście, że zabiłem. Potrzebowałem ich ciepłej juchy. Potrzebowałem jej jak cholera. Nie zrozumiesz tego, nie masz szansy zrozumieć. To silniejsze ode mnie, to dzieje się samo, psiajucha. – Pokręcił głową, zaśmiał się skrzekliwie. – Nie mogłaś wiedzieć. Kazano polować ci na wąpierza, na wampira, przeklętą bestię. A ty nawet o tym nie wiedziałaś.

– Wąpierza, powiadasz? – Uśmiechnęła się, Jaskól to widział, uśmiechnęła się, jakby do samej siebie, rozciągając obite wargi.

– Owszem. To również w pewnym sensie legendarna rasa, nie uważasz? Pasująca do Asegate, miasta legend.

– Tak. Pasująca jak ulał – potwierdziła dziwnie cicho.

– Zastanawia mnie tylko jedno – oznajmił po chwili Kotopaxi. – Dlaczego moje pułapki nie były w stanie cię złapać? Dlaczego pola magiczne nie dały rady wykryć twojej obecności? Nawet szczury się łapały, nawet myszy. Cholera, wyczuwałem przecież osy! Cały mój warsztat został obłożony zaklęciami. Został zapieczętowany.

– Szczury, tak samo jak myszy i osy– rzekła, trochę niewyraźnie ze względu na rozciętą wargę, uśmiech wciąż nie schodził z jej warg – są żywe. Twoje zaklęcia były skuteczne tylko dla żywych. Ja nie jestem żywa. Wampiry nie są żywe. Ja nie przewidziałam, że ty będziesz wampirem. Ty nie przewidziałeś, że ja mogę nim być. Co, Kotopaxi?

Odjęła dłonie od zakrwawionej twarzy, uniosła powieki, sklepione posoką. Jaskól zaskowytał.

Widziała go. Ślepe oczy, ujrzała je jak w lustrze. Jej były dokładnie takie same.

Wampir, pomyślała. Z gatunku strix.

Patrzyła, tylko patrzyła, syciła się jego zaskoczeniem.

Przełknęła ślinę zmieszaną z juchą. Wstała. Z trudem, opierając się o murowaną ścianę. Patrzyła na niego, już nie zadzierała głowy. Byli równi.

Uśmiechnęła się szerzej, wyszczerzyła zęby, wyszczerzyła kły.

Sprężyła się jak żmija, nie wysunęła szabli, wiedziała, że zdążyłby ją powstrzymać, widziała, że już zamierzał przytrzymać jej rękę. Błyskawicznie sięgnęła wyżej, zdarła z półki fiolki, cisnęła eliksirami w jego twarz. Czuła się lekko.

 Zaangażuj go w walkę, nie daj myśleć, nie daj się przemienić w zwierzę, zaśpiewała w głowie adrenalina. Później był trans, była walka. Ekstaza.

Kopnęła go w brzuch, poczuła, jak coś pęka tam, w środku. Wydarła klingę. Usłyszał świst, utrzymał się na nogach, dobył miecza. Lotigen nie czekała, nie miała na co czekać. Zamarkowała cios z góry, osłonił się, tego chciała, uderzyła z boku, pewnie, bez wahania, gładko. Sparował, uskoczył, niezdarnie, wykonał fintę, nie nabrała się, cięła od ucha, bezwzględnie, mocno, brzeszczoty wgryzły się w siebie, sypnęły skry, ból w nadgarstku, ale w głowie tylko euforia. Namacalna przyjemność, gdy przeciwnik skrzywił się, poczuł, jak bardzo ma połamane żebra.

Porusza się jak kot, skonstatowała Lynx.

Zrobił wypad, zamachnął się, zbliżył niebezpiecznie, skrzyżował klingę, przycisnął ją na powrót do ściany, cegły były zimne, skóra Lotigen ciepła, lepka od potu. Uderzył ją kolanem, w brzuch, w biodro, stłukł Namiar, Lynx zakaszlała, słyszała jak coś w jej wnętrzu trzeszczało. Z całej siły walnęła swoją głową o jego głowę, rozcięcie na czole zapaliło żywym ogniem, odepchnęła go.

Odszedł na sztywnych nogach, śledził ją nienawistnym spojrzeniem, szli po kole. Jaskól płakał w kącie.

– Och, miałaś mój Zapach… – zadumał się, zerkając na resztki szklanej kuli walające się po podłodze, na zielonkawy dym ulatujący spomiędzy odłamków. – Od kogo?

– Czy to ważne? – wycharczała. – Należało ci się, Kotopaxi. Należało jak złodziejowi stryczek.

– Brat przeciwko bratu, wampir przeciwko wampirowi. I to dlaczego? Bo zginie kilkoro dzieci?

Nie odpowiedziała. Nie widziała sensu w potwierdzaniu oczywistych faktów.

W głowie obrazy, jak odłamki strzaskanej mozaiki: chłopiec, ręka leży na balkonie, dziewczynka, kadłub osobno, ręce osobno, nogi osobno.

Wykonała piruet, uderzyła, szybko, szybciej, za wolno, nie przedarła się przez jego zastawę, sparowała pchnięcie, wywinęła się spod jego dłoni, zaszła go od boku, bronił się. Nie atakowała, nie chciała atakować, o tym wiedzieć nie mógł. Sięgnęła do stołu, zdarła z blatu szklaną kolbę, uderzyła szablą w jego brzuch, sparował, kolbą przywaliła na odlew, w potylicę, trafiła, nie dał rady się obronić, szkło rozsypało się w drobny mak.

Jaskól wstrzymał oddech.

Odskoczyła, gotowa pojedynkować się dalej. Nie musiała, upadł, miecz zadzwonił, zamilkł, oboje zamilkli. Skrzywiła usta, gdyby miała siłę, uśmiechnęłaby się szeroko. Siły nie miała, pozostał grymas.

Oddychała ciężko, kiść piekła, żebra piekły, na twarzy zmieszane słodka jucha ze słonym potem. Oparła się o ścianę, osunęła na ziemię. Na języku czuła metaliczny posmak zwycięstwa. Przełknęła go, przełknęła ze śliną.

– Walka Dobrego i Złego. Żeś wykrakał, Kotopaxi – wydyszała, ścierając krew kapiącą na oczy.

Spojrzała w bok, tam siedział chłopiec, trząsł się i łkał.

– Nie bój się – szepnęła, w szepcie pobrzmiewało zmęczenie.

Skulił się, odwrócił głowę. Nie dziwiła się.

Drżącymi rękoma wyjęła zza pazuchy papierośnicę i zapałki. Zapaliła papierosa.

Zmusiła się, by wstać.

Pokuśtykała do leżącego mężczyzny, biodro kłuło. Zmełła w ustach przekleństwo, wytchnęła gorzki dym.

– Dychasz jeszcze, psubracie – wykrztusiła. – I pewnie gdybyś nie miał do czynienia ze mną, przeżyłbyś to, szujo. Alchemiku od siedmiu boleści. Tfu!

Jaskól spoglądał na nią z otwartymi ustami, spazmatycznie łapiąc powietrze po płaczu. Patrzył jak mrugała, raz po raz zakrywając pokryte bielmem oczy. Beznamiętnie spojrzała na Cienia spod kurtyny ciemnych rzęs. Odwróciła się, podeszła do półek, na których Kotopaxi trzymał swoje specyfiki. Grzebała tam, przetrząsała je, jakby w poszukiwaniu czegoś ważnego. W końcu to znalazła – chłopiec uważnie obserwował, jak wyjęła ze słoiczka jakiś kołek.

– Tępy. Musiałeś mieć osikę, musiałeś ją mieć do wywarów. Ale bałeś się, ścierwo. Zachowywałeś ostrożność – zacharczała, wziąwszy w dłoń podręczny kordzik leżący na stole obok alembiku.

Zaostrzyła drewno, strużyny w ciszy opadały na posadzkę. Podeszła do Kotopaxiego, kucnęła na jego ciałem.

Jaskól zmrużył oczy, nie wiedział, czy chce to oglądać. Strach walczył z fascynacją, rozsądek z ciekawością. Patrzył, zaciskając drobne rączki na skraju zszarganej koszuli. Chłopiec spozierał do końca, oczyma wielkimi jak spodki.

*

– Ale co jest w tym worku? – spytał szeptem Szarłat.

Była ciepła, lipcowa noc. Przez otworzone okienko wpływał szum fal, dryfował wśród snów i koców. Asegate spało, nie zakłócało morskiej, szemrzącej pieśni swoim codziennym gwarem. Lynx przewróciła się na drugi bok, później na brzuch. Uwielbiała spać na brzuchu. Ze swobodną przyjemnością wsłuchała się w delikatną melodię klepek podłogi.

– Głowa – tchnęła równie cicho, lekko się uśmiechając. – W worku jest odcięta głowa.

– Nie żartuj – obruszył się. – To, że rzygałem, widząc ciało tego chłopca, nie znaczy, że jestem, nie przymierzając, zajęcza skórka, tchórz i darmopłoch.

– A zatem nic ważnego tam nie ma, nic godnego uwagi. Ot, zwykły worek wypchany słomą. Może być?

– Nie chcesz gadać to nie, ja nalegał nie będę – prychnął i odwrócił się do niej plecami.

Uniosła brwi i parsknęła śmiechem.

– I z czego rżysz? – dobiegło ją obrażone warknięcie.

Opanowała się, pokręciła głową.

– Dzisiaj o brzasku siodłam konia i jadę – oznajmiła.

– A jedź, gdzie ci się żywnie podoba. – Zbył ją machnięciem ręki.

– Nie wrócę tutaj, Szarłat. Nie wrócę już nigdy.

Zawahał się, spojrzał na nią. W mroku widziała jego oczy, lśniące, szeroko otwarte. Zamrugał kilkukrotnie, jakby pragnąc odpędzić łzy, podrapał się po głowie.

– Więc życzę ci szerokiej drogi. Bezpiecznych traktów. I zdrowia, to zwłaszcza ci się przyda – rzekł zarazem poważnie i łagodnie, spojrzawszy na bandaże osłaniające jej rany.

Mówił czule, lecz bez tęsknoty. Lotigen uśmiechnęła się. Nie cierpiała rzewliwych rozstań, nie lubiła ckliwych pożegnań. To właśnie, przemknęło jej przez myśl, cenię sobie w Szarłacie. Miłość, ale nie zaangażowanie. Parę nocy na dusznym stryszku, parę pocałunków. Brak pytań, brak zaciekawienia moim życiem. Zaiste, jest jak balsam na moją duszę.

Skinęła głową.

Czas na mnie, myślała. Czas się stąd po prostu zabierać. Asgate, miasto bujd i legend, miasto opowieści, już mnie tutaj nie chce. Dwójka dzieci przeżyła, dwójka umarła. Nie ma już Złego. Nie powinno być zatem Dobrego. Dobry musi wyjechać, musi zniknąć.

Musi zostać zachowana mityczna Wieczna Równowaga. Asea Gaate.

Koniec

Komentarze

Przedmowa mnie zaintrygowała tą kulturą ludową, więc wrócę do tekstu na spokojnie, żeby przeczytać solidnie od początku do końca, ale od razu z ciekawości: gdzie trafiłaś niedawno na deszczowe lato? ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ja tu czuję dobry tekst, warty na pewno biblioteki. Zanim przeczytam, zwracam uwagę na dziwny zapis dialogów. Głównie na brak spacji po… to chyba dywiz z przodu? Koniecznie poprawić.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Drakaino – W województwie podkarpackim padało dwa dni temu, jak mi się zdaje. I, nie ukrywam, była to dla mnie wielka radość – jestem wielbicielką deszczu. :D

Mr.maras – Biblioteka? To na razie szczyt moich marzeń! ;) Co do dialogów – z nimi mam zawsze problem :(

Eno, raz czy drugi padało w całej Europie… Niemniej wakacji, w które kawałek dnia spędziłam zamknięta w samochodzie pod supermarketem, bo nie dało się wysiąść z powodu ulewy, a poza tym głównie zdychałam z upału, nie nazwałabym deszczowym latem ;) Ale może to kwestia butelki w połowie pustej lub pełnej…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

ktoś Niezwykły, tak mi powiedziano. Ktoś ważny

Na moje widać tu jakąś niekonsekwencję, bo nie ma absolutnie żadnego logicznego powodu, by “niezwykły” pisać wielka, a już “ważny” małą. Wiem ogólnie o co biega – “niezwykły” miał być wielką wszędzie, ale tutaj bardzo dezorientująco to wygląda.

stłumioną zielenią

Jaką zielenią?

-Idę, Szarłat

– Idę

idźże w cholerę

Tutaj mamy bardzo ciekawą sprawę o której bodajże Drakaina pisała coś kiedyś przy innej okazji:

Czy w twoim świecie była choroba – cholera? Jeśli nie, to czemu ludzie tak mówią?

szparko ruszyła naprzód

[..]

bez farmazonów

IMO “szparko” to nie jest współczesne słowo, a “farmazon” w tym znaczeniu jest chyba całkiem nowym słowem. Przydałaby się jakaś konsekwencja w języku, no nie?

myślał szybko, gorączkowo

W “gorączkowo” zawiera się już “szybko”.

eleganckie, wytworne

W “wytworne” zawiera się już “eleganckie”.

Nie Tutaj lub Nie Teraz

Rozumiem że to jakieś nazwy własne, “nie tutaj” i “nie teraz” , czy o co tu biega?

złapała Zapach

…i jeszcze “zapach”. Poza tym, zwykłego zapachu się nie łapie, może z Zapachem jest inaczej ;)

Jeśli tam go nie zdybię, pomyślała chłodno, wręcz lodowato poważnie

Prawie się roześmiałem, a pewnie nie taki miał być efekt…

ofiary dzielą ją już tylko uderzenia serca

Teoretycznie to zawsze i od wszystkiego dzielą “tylko uderzenia serca” – kwestia tego, ile jest tych uderzeń ;p

Gdzie żeś

Gdzieżeś

zawył.–

spacja po kropce

poznaczoną dziobami po ospie, upstrzoną krostami, okraszoną garścią piegów. Ozdobioną śliwą pod niebieskim okiem, wyzierającym spod tłustej grzywki barwy słomy. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat.

Czy wszystkie te rzeczy, łącznie z faktem, że osobnik ten ma twarz upstrzoną i okraszoną piegami i krostami zarazem, mają jakieś znaczenie?

pełen Zapachu

a widzisz, czyli jednak jest to jakiś osobny byt, ten Zapach, to wiele zmienia…

Głos Lynx Lotigen był sfrustrowany

Sfrustrowany jest człowiek, głos raczej nie ;)

jedyne, co wyniosłeś z domu, to sztućce, Szarłat

aż mi się przypomniał tzw. hit internetu:

“– Co wyniosłem ze szkoły poza depresją i chorobą psychiczną? KILKA KABLI RJ-45”

ś?–

spacyjka po znaku zapytania

stoickim spokojem

Czy w Twoim świecie była Grecja i Stoicy? Zenek z Kition?

Jaskól kulił się w kącie, otoczony dwoma żelaznymi moździerzami

co? otoczony w kącie? moździerzami?

Asegate. – rzuciła

Zbędna kropka.

-Zabiłem

– Zabiłem

-Brat

– Brat

 

Cześć Szantar, byłem już przy poprzednich twoich tekstach chyba, i one też były o tej nieszczęsnej bohaterce, dlatego pomyślałem, że powalczę i z tym (potworem jak dla mnie, bo 45k z komputerka to dosyć dużo). Zawsze, gdy czytam coś podobnego, zastanawiam się potem – czy to naprawdę był tylko ciąg deux ex machina, czy ja jestem za głupi? Żadna z części tego tekstu nie wynika z poprzednich, to znaczy, na moje oko, bo piszesz stylem, który potrafi bardzo skutecznie osłabić koncentrację:

W pewnym momencie kocur spojrzał na nią, w jego ślepiach bez trudu można było znaleźć złośliwość

nie można po prostu napisać “spojrzał na nią złośliwie”? Pewnie można, bo Grabiński w “Wiecznym pasażerze” napisał: “Otarł pot z czoła, uśmiechnął się zwycięsko i spojrzał złośliwie […]”. Byłbym raczej za skracaniem tekstu, wtedy można przekazać więcej tzw. treści, ale rozumiem, że nie wszyscy lubią takie podejście. Poza tym – skąd się biorą imiona twoich bohaterów, i czy zdajesz sobie sprawę, że “Cotopaxi” to wulkan w Andach?

Gdy okazało się, że Twoja bohaterka jest (spoiler) wampirem, to chciałem powiedzieć – noż k**wa!!! Przypomniało mi się ostatnie 30 minut Predatora z 1987, gdy okazuje się, że Arnold jest większym kozakiem od wszystkich swoich kumpli i kosmicznego drapieżnika. To nie jest normalne. A już mi się wtedy wydawało, że zaczynam łapać mniej więcej, o czym jest twój tekst. Okazuje się jednak, że nie załapałem, i nadal nie mam pojęcia w sumie o niczym, więc średnio mogę skomentować fabułę.

Podobały mi się za to dialogi ze Szkarłatem, jakby gadali całe opowiadanie, to cieszyłbym się bardziej.

Ciekawy tekst. Tematyka stara, ale podałaś w nowym sosie, więc wyszło całkiem smacznie.

IMO, trochę przegadane to opowiadanie, ale dałam radę. Dobrze robią legendy na temat miasta, jego nazwy. I nawiązania do nich.

na skórze gęsia skórka,

Słabo to wygląda.

Babska logika rządzi!

Na plus: widać, że walczysz i się nie poddajesz, bo napisałaś opowiadanie o swojej bohaterce, które ma początek i koniec i jakąś fabułę w środku. Niemniej może trzeba je było wrzucić na betalistę, bo zarówno fabuła, jak i wykonanie pozostawiają dużo do życzenia. Fabuła mnie skołowała – za bardzo rozwlekasz podobne sytuacje, każesz bohaterce kręcić się po mieście, opisując to zbyt szczegółowo. To nuży. Na dodatek bohaterowie wydali mi się wszyscy po kolei niesympatyczni (może Szkarłat ma jakieś miłe cechy, choć ja osobiście za takimi facetami nie przepadam ;), co trochę utrudnia wczuwanie się w ich problemy. No i nie widzę, gdzie ta kultura ludowa?? Na plus opisy miasta.

 

Stylistycznie jest niestety niedobrze. Język przeszkadza w lekturze, utrudnia ogarnięcie fabuły. Lk wskazał sporo potknięć, więc dorzucam jeszcze trochę kiksów językowych i logicznych:

 

“szyby zdobione żółtym witrażem“ – zawsze mi się wydawało, że jedną z cech witraży jest ich wielobarwność, ale oczywiście monochromatyczny też na upór można. Niemniej to troszkę zaskakuje.

 

“Skupiła wzrok na jego sercu – porcie,“ – w poprzednim zdaniu podmiotem jest przystań, a ta jest rodzaju żeńskiego, więc jakkolwiek po cofnięciu się o jedno zdanie można wymyślić, że tu znów chodzi o miasteczko, warto by jednak doszlifować gramatykę

 

“wąskie, brukowane ulice, tętniące życiem niczym arterie” – kliniczny przykład pomieszanych metafor. Arteria to tętnica, więc tętniące arterie to samo w sobie nieco masło maślane, ale z drugiej strony arteria to szeroka główna ulica, co rozpaczliwie nie pasuje do wąskich uliczek, ogólnie powstaje tu wrażenie stylistycznego i obrazowego chaosu

 

“mlecznobiałe mury” – no można, pewnie, ale mlecznobiałe zazwyczaj są zęby

 

“dynamiczne i pełne apatii“ – apatyczne po prostu? nie wiem, czy kolokacja pełne apatii jest w ogóle poprawna, na moje wyczucie nie

 

“Szelest koca” – jedną z podstawowych cech koca jest miękkość, a miękkie rzeczy nie szeleszczą

 

“Rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że jej kompan wciąż śpi, od czasu do czasu zmieniając pozycję.” – coś tu się z czasoprzestrzenią pokićkało. Rzut oka nie wystarcza na to, żeby stwierdzić coś powtarzalnego i rozłożonego w czasie

 

“Szary obłok nieśpiesznie otoczył jej twarz gorzką aureolą.” – nienawidzę papierosów i dymu papierosowego i niestety opisanie go za pomocą niezbyt udanej jako synestezja, wyszukanej metafory (gorzka aureola???) nie jest w stanie tego zmienić ;)

 

“Raz jeszcze obrzuciła miasto ponurym spojrzeniem.” – ona już nie stoi przy oknie (”Wolno cofnęła się na środek zagraconego stryszku“), więc jest to chyba dość trudne, chyba że ten stryszek jest cały przeszklony, ale w takim razie po co wcześniej podchodziła do okna?

 

“Żeby go dopaść,” – kogo??? Ty to wiesz, bohaterka też, ale czytelnik nie ma pojęcia kim może być ten “on”. Jedyny, którego jak na razie zarejestrował, to ten ktoś śpiący pod szeleszczącym kocem. A jego bohaterce będzie bardzo łatwo dopaść, bo jest tuż obok, śpi i na dodatek skoro szelest koca go nie budzi, to śpi dość mocno ;)

 

puzderko vs. szkatułka – puzderko zazwyczaj oznacza bardzo małe ozdobne pudełeczko, w którym raczej nie zmieści się sporych rozmiarów kula

 

“Była to kula, przedmiot należący do jej pracodawcy. Opleciona pajęczyną barwionych rzemieni, w środku tląca się przygaszonymi szmaragdowymi skrami, rzucała łagodny blask na skórę. Wyjęła ją, zważyła w dłoni, włożyła do skórzanego mieszka.” – podmiotem w ostatnim zdaniu (i paru następnych) nadal jest kula, z czego wynika, że wyjęła samą siebie i tak dalej

 

“delikatnie pchnęła go nogą” – jak dla mnie to trąci oksymoronem

 

“Chwilę jeszcze oddychał miarowo, później jednak uchylił powieki” – nie widzę tu związku logicznego. Po pierwszym członie można się spodziewać, że następnie wyzionął ducha albo zaczął łapczywie chwytać powietrze, krztusić się lub coś w tym rodzaju. Samo uchylenie powiek nijak nie wpływa na oddech, nawet jeśli przebudzenie go jakoś zmienia (zmienia?)

 

“Właściwie nie ma żadnego powodu, by jakkolwiek mi pomagał, zostawał na noc i rankiem zalegał na sienniku, właśnie tak, jak teraz, pomyślała.” – niby rozumiem, co autor chciał powiedzieć, ale dziwacznie się rozłazi to zdanie

 

szparko – jak już zauważono, jest z innego rejestru

 

“Rozrywka, obopólna korzyść, tak mogłabym go nazwać.“ – lepiej jednak “to”. Nazywanie tak osób trochę zgrzyta. “Pan obopólna korzyść” byłoby jakimś obejściem problemu

 

“Wąską uliczką, po śliskim bruku, jechała wysoka kobieta przemoczona do ostatniej nitki.” – warto by dodać, że jechała konno, mimo że dalej wspominasz o koniu. W tym miejscu pojawia się raczej obraz kobiety na kółkach

 

“Bowiem Glistnik był szczurem” – bowiem (podobnie jak zaś) stawiamy na dalszym miejscu w zdaniu: Glistnik był bowiem szczurem. Na początku możesz mieć albowiem

 

“Surowy torkwes z lisimi głowami.” – jakoś ozdoby w liczbie mnogiej kłócą się z surowością; można by złagodzić do prosty albo torkwes z prostą dekoracją w postaci lisich głów

 

“Pod płaszczem miała żołnierską, szarą tunikę…” i tak dalej. To, że chłopak to wszystko widzi, kłóci się z wcześniejszym opisem, że ona się kuli w tym płaszczu przed deszczem. Pomińmy już fakt, że w tym siekącym deszczu i bijącym gradzie to on w ogóle ma małe szanse dostrzec wszystkie szczegóły, jakie opisujesz, choćby miał sokoli wzrok

 

“Chłopakowi zabłyszczały oczy.“ → rozbłysły, ew. zabłysły

 

“wspiąć się na siodło po jej nodze. Nie będzie się bronić, będzie zdziwiona”. Hmm. Mam wrażenie, że instynktowną reakcją prawie każdego na wspinanie się po jego nodze będzie jednak jakaś forma obrony (choćby próba strząśnięcia intruza), a nie zdziwienie, ale może się mylę.

 

“Lekko zsunęła okulary z nosa.” – jest to element tak zaskakujący w kontekście wcześniejszego opisu kobiety, że warto o nim wspomnieć mniej deusexmachinowo

 

“śledzi go spojrzeniem skrytym za przydymionymi szkłami okularów“ – przecież je zsunęła dopiero co i on widział białe oczy… Plus niekonsekwencja, że ona się kuli z powodu deszczu, ale jednocześnie siedzi swobodnie. Ogarnij trochę realia…

 

“Dojrzał jej oczy. Jej ślepia“ – coś zjadło kropkę

 

mleczneobiałe – literówka

 

“Nie patrz, szeptało coś w jego wnętrzu. Nie patrz w jej oczy. Rozjuszysz ją.

Deszcz bębnił o kaptur, bębnił o bruk, bębnił w duszy chłopca.

Zerwał się do biegu.

Dwa susy, oszacowała natenczas kobieta, Lynx Lotigen.”

Tu robisz gwałtowny, nieoczekiwany przeskok z punktem widzenia. To było irytujące już w czasach, kiedy to wymyślono, czyli w modernizmie. Od tego czasu nie zyskało na atrakcyjności. Jeśli po zdaniu o zerwaniu się do biegu dasz światło (przerwę w tekście) i zaczniesz nowy “rozdzialik”, będzie lepiej. Jeśli pisze się z punktów widzenia różnych postaci, warto to wyróżniać w tekście. Rozchwianie między narracją trzecio– i pierwszoosobową też nie wyszło najlepiej

 

“Zapaliła papierosa.” – siedząc na tym koniu, obładowana wszystkim, co opisałaś, w siekącym, przypomnijmy, deszczu?

 

“Szklana kula w jego wnętrzu była niemal niewidoczna, słabe zielone światło nie przebijało przez skórę. Skrzywiła usta, jakby zniesmaczona całą sytuacją.” – znów cały czas podmiotem jest kula

 

“Trup pływał w morzu, kołysał się na sztormowych falach. Kadłub przy brzegu, nogi i ręce nieco dalej.” – nie jestem przekonana, czy rozczłonkowane szczątki można nazwać trupem. To jednak określenie martwego, ale jednak w miarę jednoczęściowego ciała

 

“Jeśli tam go nie zdybię” – znów archaizm niepasujący do całości tekstu

 

“chłodno, wręcz lodowato poważnie“ – masz predylekcję do dziwacznych związków frazeologicznych, które może sprawdziłyby się w poezji, ale w opowiadaniu średnio

 

“W pewnym momencie kocur spojrzał na nią, w jego ślepiach bez trudu można było znaleźć złośliwość.“ – przedpiśca powiedział już, co myśli o tym zdaniu. Ja myślę to samo, niestety

 

“Kula pulsowała światłem, kobieta wyszła za róg.“ Tu z kolei niezbyt fortunny skrót myślowy

 

“niepozorną uliczkę” – kolejny dziwny frazeologizm

 

“wycedziła przez zęby, obryzgując go śliną” – mimowolnie obryzguje się śliną zazwyczaj krzycząc, a nie cedząc przez zęby. Chyba że celowo na niego napluła, ale wtedy lepiej napisać to właśnie

 

“Głos Lynx Lotigen był sfrustrowany.” – głos nie może być sfrustrowany, niestety. Chyba że napiszesz opowiadanie o upersonifikowanym głosie, który będzie jego bohaterem

 

“Ojczulek nie był wcale taki kochany, to sobie nie myśl.” → nie myśl sobie

 

“Sytuacja wręcz bliźniacza do wczorajszej” – kolejny niedobry frazeologizm

 

“Masz zamiar go studiować” – anglicyzm (a i po angielsku to akurat byłoby złe zdanie). Po polsku studiować można głównie kierunek na uczelni. Przestudiować można jakiś tekst, przepis, regulamin.

 

“Przy ostatnim słowie niemal niezauważalnie skurczyła się jej twarz.” – znaczy zmniejszyła? I skoro niezauważalnie, to po co o tym wzmiankować? Zastanawiam się, czy nie miałaś na myśli: przez jej twarz przemknął ledwie zauważalny skurcz?

 

“Kiedy zaczęłam palić?, przemknęło jej przez głowę.” → Kiedy zaczęłam palić? – przemknęło jej przez głowę. Didaskalium zresztą nie najlepiej dobrane. Przemykają przez głowę raczej myśli albo wspomnienia, a nie pytania.

 

Nie dużo. → Niedużo

 

“Oddech, to oddech.” – ??

 

“Nie wydarła szabli,” → dobyła

 

“– A kysz, Licho. A kysz – mamrotał chłopiec, szeptał, nie wiadomo – do niej, czy do siebie.” – w dialogu lepiej nie używać półpauz do zaznaczania wtrąceń, bo robi to typograficzny chaos

 

“drżenie sparaliżował lęk” – coś tu nie gra

 

“zobaczyłaby Cień“ – skoro to osoba czy rozumna istota ożywiona, to raczej Cienia

 

“gdy Cień powalił kobietę i transformował w smukłego mężczyznę” – kobietę zamienił w smukłego mężczyznę? (albo: transformował [lepiej: przemienił] się, albo sam transformował [przemienił się])

 

“ciągnąc go do swojego Leża” – czemu wielką literą?

 

“Pod pęczkiem tojadu leżała ona, kobieta.“ – ten pęczek nakrywał ją całą?

 

“Miała zamknięte ślepia.” – gryzą mnie te ślepia, bo to jednak określenie oczu zwierzęcych; o dziecku można powiedzieć, że ma ślepka, o dorosłym – to raczej groteskowe niż groźne

 

“On tylko wykonał skok. Jeden sus. Celny, bezbłędny. Prosto w tył głowy,” – w konkretne miejsce w sensie uderzenia może być kopniak, ale nie skok

 

“kopnął ją w lico” – jeszcze jeden niezgrabny archaizm

 

“zatamować ból” – tamować można coś, co płynie, nie ból

 

“– Twoje miano?” – jeszcze jeden niezgrabny archaizm

 

“– Nie miałam okazji. Byłam zaabsorbowana historiami o samym Asegate. – rzuciła sarkastycznie.” – zbędna kropka na końcu wypowiedzi

 

“Zaraz przekonała się, że sarkazm boli – obcy chwycił ją za włosy i pociągnął w górę.” – zob. wyżej w kwestii półpauz

 

“Nie jesteś wielbicielką folkloru?” – średnio mi ten folklor tu pasuje

 

“– Nie wiem. Nie przedstawił się – odparła. Miała chropawy głos.” – a wcześniej nie miała?

 

“słowami takimi jak „fatum” czy „przeznaczenie””– to są synonimy, może warto w tym okraszaniu dać jakieś inne słowo?

 

“Kobietą zatrzęsło.” – jeśli metaforycznie, to taki kolokwializm brzmi równie źle jak przypadkowe archaizmy, bo całość tekstu jest napisana językiem raczej niestylizowanym (choć udziwnionym, ale to osobna sprawa)

 

“skrzyżował klingi” – usiłowałam się doliczyć, ale wciąż mi wychodzi, że on miał tylko miecz

 

“zadumał się sztucznie“ – ??

 

“papierośnicę i krzesiwo” – nie wiem, czy śmiech był zamierzoną reakcją?

 

“Dychasz jeszcze, psubracie” – j.w.

 

“zacharczała, wzięła w dłoń podręczny kordzik leżący na stole obok alembiku” – zdania współrzędne bezspójnikowe zazwyczaj brzmią źle, chyba że między ich członami jest wyraźny związek logiczny, a tu nie ma

 

“Strach walczył z fascynacją, rozsądek z ciekawością. Patrzył, zaciskając drobne rączki na skraju zszarganej koszuli. Spozierał do końca, oczyma wielkimi jak spodki.” – tu z kolei podmiotem jest cały czas strach (ew. rozsądek), co nawet ma sens, bo strach ma wielkie oczy…

 

“Ze swobodną przyjemnością wsłuchała się w delikatną melodię klepek podłogi.” – ?????

 

“Dzisiaj o brzasku kulbaczę konia i jadę” – to brzmi jak z bardzo złej fantasy, w której bohaterowie nie mówią, ale wygłaszają kwieciste zdania

 

“– A jedź, gdzie ci się żywnie podoba – zbył ją machnięciem ręki.” → – A jedź, gdzie ci się żywnie podoba. – Zbył ją machnięciem ręki.

 

“bandaże opasujące jej rany” – opasujące?

 

“adrenalina zawrzała w żyłach“ – zła metafora (sorry, że nie po kolei, nie będę szukać, gdzie to wkleić)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Początkowo byłam nawet zaciekawiona, ale im bardziej zagłębiałam się w Balladę, tym bardziej zanikał mi sens, a opowieść stawała się coraz mętniejsza i gęstniała od nadmiaru słów. Dobrnąwszy do końca nie umiem powiedzieć, Szantar, co miałaś nadzieję opowiedzieć.

Zastanawiam się, kiedy dzieje się ta historia – bo wnosząc z obecności magii, czarów, wampirów czy broni użytej w finałowej walce, rzecz z pewnością nie miała miejsca ani wczoraj, ani nawet w ubiegłym stuleciu, a i XIX też bym wykluczyła. Dlatego nie bardzo chce mi się wierzyć w nałóg bohaterki, bo o ile mi wiadomo, papierosy zaczęto produkować pod koniec XIX wieku, a ponieważ dziewczyna posługuje się krzesiwem, wnoszę, że zapałek jeszcze nie znała i opisane zdarzenia działy się naprawdę dawno, jak to zazwyczaj opowieści fantasy. W tej sytuacji zgadzam się też z uwagami wcześniej komentujących dotyczącymi języka i od siebie dodam, że raziły mnie takie słowa jak pet, folklor, że o adrenalinie nie wspomnę.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Wy­dmu­cha­ła dym, który siwą smugą po­pły­nął przez po­wie­trze. –> Czy dym płynie przez powietrze, czy w powietrzu?

I czy trzeba dodawać, że w powietrzu, skoro wiadomo, że inaczej nie popłynie?

 

Po­de­szła do ma­łe­go okna, otwo­rzy­ła szyby… –> Otwiera się okno. Pierwsze słyszę, ż ktoś otwiera szyby.

 

otwo­rzy­ła szyby zdo­bio­ne żół­tym wi­tra­żem. – Witraż może zdobić okno, ale chyba nie szybę.

 

Sze­lest koca. –> Koce zdają mi się na tyle miękkie, że chyba nie szeleszczą.

 

Wła­ści­wie nie ma żad­ne­go po­wo­du, by jak­kol­wiek mi po­ma­gał, zo­sta­wał na noc i ran­kiem za­le­gał na sien­ni­ku, wła­śnie tak, jak teraz, po­my­śla­ła. –> Tu znajdziesz poradnik, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

ko­bie­ta prze­mo­czo­na do ostat­niej nitki. Wil­got­ny kap­tur przy­lgnął do głowy… –> Skoro kobieta była przemoczona, to kaptur na jej głowie nie mógł pozostać wilgotny, też musiał być przemoczony.

 

Nie­po­zor­ny mło­dzik, Glist­nik, jak wo­ła­li go w mie­ście, uważ­nie stu­dio­wał strój nowo przy­by­łej, nie­śmia­ło wy­chy­la­jąc się zza gzym­su ubo­gie­go domu. – Czy chłopiec na pewno wychylał się zza gzymsu?

 

Usły­szał mlask po­de­szw, stu­kot ob­ca­sów. –> Usły­szał mlask po­de­szew, stu­kot ob­ca­sów.

 

Płaszcz za­sze­le­ścił, gdy opar­ła dłoń na rę­ko­je­ści sza­bli. –> Obawiam się, że gruby i przemoczony, ociekający wodą płaszcz nie będzie szeleścił.

 

dzie­ci słu­cha­ły, sia­da­ły w kręgu, na skó­rze gęsia skór­ka… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …dzie­ci słu­cha­ły, sia­da­ły w kręgu, na ciele gęsia skór­ka

 

Za­pa­li­ła pa­pie­ro­sa. –> Zapaliła? Taka przemoczona i w strugach deszczu?

 

To syn Rie­tów­nej? –> To syn Rie­tów­ny?

 

Wy­pa­dła zza gzym­su ko­lej­ne­go bu­dyn­ku… –> Na pewno zza gzymsu?

 

Chło­pak zawył.– Od­po­wia­daj, gdy py­ta­ją! –> Brak spacji po kropce.

 

Skąd wie­dzia­łaś?– spy­tał roz­bra­ja­ją­co szcze­rze. –> Brak spacji po pytajniku.

 

Wzru­szył ra­mio­nami,­ wy­mow­nie wciąż trzy­ma­jąc się z dala od ścier­wa. –> Czy to na pewno było ścierwo?

 

Kiedy za­czę­łam palić?, prze­mknę­ło jej przez głowę. –> Po pytajniku nie stawia się przecinka.

 

Ile to nie­win­nej krwi? Nie dużo. –> Niedużo.

 

Pod­cię­ła mu nogi, po­wa­li­ła go na zie­mię. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Drugą dło­nią wy­ma­ca­ła sza­blę . –> Zbędna spacja przed kropką.

 

Ja­skól sku­lił się w sobie… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

wy­gi­na­jąc wargi w krzy­wym gry­ma­sie. –> Czy są też grymasy proste?

 

Lo­ti­gen chcia­ła na­pluć mu na buty, za­rów­na za ten ton… –> Literówka.

 

-Za­bi­łem, oczy­wi­ście, że za­bi­łem. –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

oznaj­mił po chwi­li Mru­czy­kij. –> Kim jest Mruczykij?

 

Drżą­cy­mi rę­ko­ma wy­ję­ła zza pa­zu­chy pa­pie­ro­śni­cę i krze­si­wo. Za­pa­li­ła pa­pie­ro­sa. –> Zdaje mi się, że samo krzesiwo nie wystarczy, potrzebne były jeszcze krzemień i hubka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

papierosy zaczęto produkować pod koniec XIX wieku

Na pewno kojarzę je z fotografii z połowy wieku, ale to wiele nie zmienia

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mogły to być papierosy wytwarzane we własnym zakresie, domowe, nie fabryczne.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W kwestii papierosów na mój brak zainteresowania ich historią narzuca się zapewne moja do nich szczera i niczym niezmącona niechęć (mówiąc eufemistycznie), ale już naprawiłam ten błąd – szczęśliwie angielska wiki ma trochę konkretnych danych: 1845 początek produkcji przez francuski monopol tytoniowy, 1847 – pierwsza patentowana maszyna (Meksyk); masowa produkcja od 1880 i nowego patentu na maszynę w USA.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, jestem pełna zrozumienia dla Twojej do papierosów niechęci. Ba, podzielam ją w pełni i wyznam, że nigdy nie mogłam pojąć, jak może smakować coś, co tak strasznie śmierdzi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Lk – Już spieszę wyjaśnić – cholera normalnie występuje tutaj jako choroba.

„Szparko” lecę poprawić, natomiast „farmazon” zdaje mi się być wyrazem użytym poprawnie. Ma kilka znaczeń – w tym „brednia, bzdura”. Link: https://sjp.pl/farmazon

„Nie Tutaj lub Nie teraz” miały raczej nakierować czytelnika na sposób, w jaki działa Namiar. Ale zmienię, jeśli nienaturalnie brzmi.

„Zapach” od dużej litery musi zostać – jest to nie tyle co zwykła woń, ale raczej coś w rodzaju ludzkiej obecności. W żargonie czarowników zwana „Zapachem”, co dobrze się przyjęło i zaczęło funkcjonować. Dłuższą chwilę zastanawiałam się, jak można to nazwać, ale „Obecność” mi po prostu nie pasowała. Więc postawiłam na „Zapach”, który przyjmuje formę jadowito zielonej esencji, gdy szukana persona znajduje się w pobliżu.

Jako ciekawostkę dodam, że ktoś, kto nosi przy sobie szklaną kulę – Namiar, w wyższych sferach pogardliwie nazywany jest Psem.

Co do „łapania” – zostawiam to słowo w spokoju, w końcu Zapach to nie zapach, jakby nie było ;P

Jeśli chodzi o rozwlekłe opisy – ten o piegach i krostach chciałabym pozostawić, żeby ukazać, jak mało główna bohaterka zauważała podczas pościgu. Uzasadnia to sytuację, w której nie spostrzegła zgubienia Zapachu.

Tego dowcipu nie znałam. Przyznaję jednak, że się zaśmiałam.

Resztę błędów poprawiłam, nad ciągiem deux ex machina będę pracować ;P

Wiem, wiem, moje teksty to takie trochę opisowe kaszaloty, ale postaram się to zmienić.

Nazwy zazwyczaj wymyślam, jednak Kotopaxi to faktycznie nieco zmieniona nazwa wulkanu. Rozgryzłeś mnie ;P

Naprawdę te dialogi były dobre? Ja uważałam je za najgorszą część tekstu, dlatego starałam się dodawać ich jak najmniej.

 

Finklo, bardzo mi miło, że tekst w miarę się podobał.

 

Drakaino – folklorem były tu (spoiler) wampiry. Bazowałam zarówno na ich wyobrażeniu w kulturze ludowej, jak i masowej, ale to ta pierwsza była dla mnie taką „podstawą”. Jej przykładem jest bardzo ważna w opowiadaniu (spoiler) przemiana w nocne zwierzęta: sowy, ćmy, wilki, nietoperze. Została ona zmodyfikowana, czarny charakter przemienia się w nomen omen czarnego kota – chciałam, żeby jego „pechowa” symbolika odwróciła od niego uwagę, jako tego, którego szuka moja bohaterka.

Żółty witraż po prostu mi pasował, tak go sobie wyobraziłam. Zresztą naprawdę chciałabyś, żebym dodatkowo dokładnie opisywała jak współgrają ze sobą kolorowe szkiełka, jak rzucają wielobarwne cienie na twarz Lynx? To mogłoby być bardzo nużące ;P

Podzielam Twoją niechęć do papierosów – dodałam je tylko ze względu na główną bohaterkę.

Szklana kula, o której w tekście mowa, jest nieco mniejsza od pięści – zapomniałam to opisać.

 Przebudzenie zmienia oddech, ale rzeczywiście tekst trzeba poprawić.

 Okulary były wspominane dwukrotnie: po prostu, że je ma i że śledzi Glistnika spojrzeniem „skrytym za przydymionymi szkłami”. I, odpowiadając od razu na następną sprawę, zrobiła to przed zsunięciem ich z nosa, zatem ta kwestia wydaje mi się w miarę logiczna.

“drżenie sparaliżował lęk” – miałam na myśli, że bał się już tak bardzo, iż nie odważył się nawet drżeć.

“Pod pęczkiem tojadu leżała ona, kobieta.“ – chodziło raczej o to, że leżała poniżej tego pęczka.

“Miała zamknięte ślepia.” – jakby nie patrzeć, nie miała normalnych oczu, tylko (spoiler) wampirze ślepia.

“On tylko wykonał skok. Jeden sus. Celny, bezbłędny. Prosto w tył głowy,” – tu miałam na myśli, że ten (spoiler) przemieniony w kota facet tak skoczył. Nie chciałam używać słowa „kopnąć, bo wówczas wyobraziłam sobie takiego kung-fu kota nokautującego główna bohaterkę ;D

“– Twoje miano?” – „miano” chciałabym zostawić, według mnie wpasowuje się w klimat i nie jest jakoś rażąco archaiczne.

“– Nie wiem. Nie przedstawił się – odparła. Miała chropawy głos.” – tutaj miałam nadzieję podkreślić jej ogromną obojętność.

“Ze swobodną przyjemnością wsłuchała się w delikatną melodię klepek podłogi.” – myślałam nad skrzypieniem, które po trudnej misji wydawało się wręcz przyjemnie spokojne i bezpieczne.

Reszta poprawiona.

 

Regulatorzy – Kwestia papierosów męczyła mnie bardzo długo. Rzeczywiście, masz rację – nie powinno ich tu być. Ale to nie jest powieść historyczna, a mnie bardzo na nich zależało. I zdecydowałam się wprowadzić je do tego świata, czego raczej wolałabym nie zmieniać. Co do krzesiwa: wyrzuciłam je i po przemyśleniach zastąpiłam zapałkami.

Resztę błędów poprawiłam.

 

 Słuchajcie – bardzo wam wszystkim dziękuję za tak wnikliwe poprawianie tekstu. To mnóstwo pracy, zdaję sobie z tego sprawę i to doceniam ;)

 

P.S. Ja również nie znoszę papierosów, w pełni zgadzając się z opinią o ich osobliwym zapaszku ;)

naprawdę chciałabyś, żebym dodatkowo dokładnie opisywała jak współgrają ze sobą kolorowe szkiełka

Nie. Gdybyś napisała po prostu ozdobione witrażem, jakkolwiek to dziwne na stryszku, to nie zwróciłabym uwagi. A tu jest podkreślenie monochromatyczności witrażu, więc uwagę przyciąga. Skądinąd nie wiem, czy naprawdę masz na myśli witraż, czy też po prostu okno z żółtymi szybkami…

 

Co do “kultury ludowej” (bo tak to określiłaś), spodziewałam się po prostu czegoś mniej przetrawionego przez popkulturę niż wampiry i różnołaki, czegoś oryginalniejszego… W folklorze różnych nacji jest takie bogactwo motywów, że najbardziej ogranego repertuaru nadprzyrodzonych stworzeń trochę nie wypada reklamować kulturą ludową. Polecam lekturę Wita Szostaka w tym względzie :)

 

miałam na myśli, że bał się już tak bardzo, iż nie odważył się nawet drżeć

drżenie jest odruchem bezwarunkowym, więc co najwyżej mógł je próbować opanować

 

tu miałam na myśli, że ten (spoiler) przemieniony w kota facet tak skoczył

ale wiesz, że czytelnik nie ma do dyspozycji tego, co miałaś na myśli, tylko to, co napisałaś? (To dotyczy wszystkich tłumaczeń zaczynających się od podobnej frazy) A po prostu nie można skoczyć w tył głowy… Tu czytelnik dostaje po prostu babola językowego i tyle, i nie będzie rozkminiał, co autorka miała na myśli. Co więcej, tak naprawdę da się wymyślić, co miałaś na myśli, co nie zmienia faktu, że błąd językowy błędem pozostaje, podobnie jak irytacja czytelnicza. Aha, odpisujesz ludziom, którzy opowiadanie przeczytali, a mało kto zaczyna lekturę od komentarzy, więc (spoiler) w prawie każdym zdaniu możesz sobie darować…

 

„miano” chciałabym zostawić, według mnie wpasowuje się w klimat i nie jest jakoś rażąco archaiczne

IMHO pytanie sformułowane “Twoje miano?” brzmi bardzo archaicznie, a raczej archaizująco i przede wszystkim nienaturalnie

 

Miała chropawy głos.” – tutaj miałam nadzieję podkreślić jej ogromną obojętność.

chropawością głosu???

 

Kwestia papierosów męczyła mnie bardzo długo. Rzeczywiście, masz rację – nie powinno ich tu być. Ale to nie jest powieść historyczna, a mnie bardzo na nich zależało.

To daj bohaterce fajkę. Nie będzie razić anachronizmem i będzie ekstrawagancko

 

PS. Nie używaj słownika sjp.pl, tylko sjp.pwn.pl, ten pierwszy jest amatorski i czasem pisze totalne bzdury

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

więc (spoiler) w prawie każdym zdaniu możesz sobie darować

Myślę, że użytkowniczka Szantar tak zrobiła, bo ja tak zrobiłem w swoim komentarzu (a zrobiłem to w celach humorystycznych i nie jest to, zdaje się, standard na forum).

 

Co do komentarza Autorki – no cóż, my wiemy mniej więcej, co miałaś na myśli, gdy pisałaś niektóre rzeczy, tylko po prostu są to niezręczne/dezorientujące/nieprawidłowe sformułowania. Rozumiem, że tworzysz ten świat poza tym opowiadaniem, i cholera w nim istnieje, a stoicyzm już nie (bo usunęłaś), ale tego rodzaju fałszywe wskazówki wprowadzają dezorientację – czy to jest fantasyland, czy jakiegoś rodzaju alternatywna rzeczywistość?

A dialogi z Szarłatem były niezłe, bo są trochę inne od całej reszty, w której nie wiem do końca, co się wydarzyło ;) 

Kwe­stia pa­pie­ro­sów mę­czy­ła mnie bar­dzo długo. Rze­czy­wi­ście, masz rację – nie po­win­no ich tu być. Ale to nie jest po­wieść hi­sto­rycz­na, a mnie bar­dzo na nich za­le­ża­ło.

Ja wiem, Szantar, że to nie jest powieść historyczna, jeno opowiadanie fantasy, ale uważam, że każda opowieść powinna mieć ręce i nogi, i w jakiś sposób kupy się trzymać. A moim zdaniem, Twoja bohaterka, nałogowa palaczka, tę wiarygodność opowiadaniu odbiera.

Jednakowoż zdaję sobie sprawę, że to Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakie treści w nim pomieścisz.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie porwała mnie fabuła ani tekst nie zachwycił językowo, głównej bohaterce przydałoby się nieco więcej konsekwencji w działaniu i charakterystyce (nie jestem, po starannej lekturze, pewna, jak działa jej szał, który sprawia, że mogła była zabić te dzieci i o tym nie pamięta), ale spodobała mi się jedna rzecz: relacja między bohaterką a Szarłatem. To są rzeczywiście nie najgorsze dialogi, a za nimi kryje się obiecująca i dająca się ciekawie rozwijać relacja postaci.

A mi przyszło jeszcze jedno do głowy: nazwałaś opowiadanie “balladą”. W takim razie aż prosiłoby się, żeby napisać je odpowiednim rytmem, z jakimiś nawracającymi motywami (drobniejszymi, subtelniejszymi niż powtarzające się historie o zabitych dzieciach i szale bohaterki). Może gdybyś popracowała nad kompozycją, tekst by na tym zyskał? Bo na razie właściwie ten tytuł się nie tłumaczy – masz fajne kawałki o mieście, ale giną w niezbyt sprawnie poprowadzonej fabule i nieporadnym językowo wykonaniu. I w rezultacie tekst jest o niezbyt sympatycznej i na dodatek niekonsekwentnie poprowadzonej bohaterce, a nie o mieście, które dałaś w tytule.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

@reg

Ja wiem, Szantar, że to nie jest powieść historyczna, jeno opowiadanie fantasy, ale uważam, że każda opowieść powinna mieć ręce i nogi, i w jakiś sposób kupy się trzymać. A moim zdaniem, Twoja bohaterka, nałogowa palaczka, tę wiarygodność opowiadaniu odbiera.

Jednakowoż zdaję sobie sprawę, że to Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakie treści w nim pomieścisz.

Widzę, że często używasz czasowników na końcu zdania. Nie, żeby mi to przeszkadzało, wręcz przeciwnie (sam robię to nagminnie). Niektórym osobom jednak taki szyk przeszkadza, więc mam dwa pytania: Czy taki szyk można uznać za w pełni poprawny? Czy jest to zamierzony zabieg, czy też jedynie efekt pośpiechu?

 

Co do poprawności – polszczyzna pozwala na wiele zabaw z szykiem. Niekiedy wychodzi taka czy inna stylizacja, która może ludzi drażnić, ale tutaj dużo, IMO, można.

Babska logika rządzi!

@Finkla

Dzięki za wyjaśnienie. Rozumiem, że zarzut o odwróconą składnię w takim przypadku byłby “nadgorliwością”, a nie wytknięciem faktycznego błędu.

Czy taki szyk można uznać za w pełni po­praw­ny?

Nie wiem, Chroscisko. W tej sprawie powinien się wypowiedzieć fachowiec, a ja nim nie jestem.

 

Czy jest to za­mie­rzo­ny za­bieg, czy też je­dy­nie efekt po­śpie­chu?

W ogóle się nad tym nie zastanawiam. Piszę tak, jak mi się akurat pomyśli. Napisawszy, czytam komentarz i jeśli nie zauważę jakiegoś babola, zamieszczam go pod opowiadaniem.

Nie mam pojęcia, czy komuś przeszkadza to, jak piszę. Do tej pory nikt mi nie zwrócił uwagi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czy taki szyk można uznać za w pełni poprawny?

Ponieważ język polski jest bardzo mocno fleksyjny, pozwala to na stosowanie właściwie dowolnego szyku w zdaniu – podobnie jak np. w łacinie. Poezja metryczna byłaby bez tego niemożliwa, tak skądinąd. W każdym razie po polsku jest obojętne, czy powiesz “Paweł dał kolację psu”, “Dał Paweł psu kolację”, “Paweł kolację dał psu”, “Kolację Paweł dał psu”, “Kolację psu dał Paweł” i jakie tam inne permutacje ;) Oczywiście część z tych zdań jest niezdarna, ale pozostaje zrozumiała. Niektóre dla native speakera są w sposób oczywisty nieco odmienne semantycznie, bo np. mówiąc “Kolację psu dał Paweł”, wskazujemy, kogo winić, jeśli pies zdechnie ;) A “Kolację Paweł dał psu” sugeruje, że była tak paskudna, że sam nie zjadł ;) Formy przypadków wszystkich trzech rzeczowników w sposób jasny dają nam do zrozumienia, kto był czynny itd.

Czyli podsumowując: zasadniczo każdy szyk będzie zrozumiały (są wyjątki związane z konkretną odmianą, po prawdzie chyba tylko dla tożsamości mianownika i biernika rodzaju nijakiego, co jest bodaj cechą indoeuropejską i występuje wszędzie tam, gdzie fleksja rzeczownika zachowała się w wystarczającym stopniu, vide niemiecki mimo zredukowanej; w zdaniu “dziecko zjadło okno” nie wiemy z pewnością, kto kogo zjadł), co nie znaczy, że wszystkie są zgrabne stylistycznie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

@reg ok @drakaina Dziękuję za wyczerpujące wyjaśnienie.

Chyba już troszkę śpiąca byłam, bo teraz bym to sensowniej ujęła, ale trudno. Przypomniały mi się za to straszne czasy, kiedy uczyłam obcokrajowców polskiego ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dobre opowiadanie. Liznąłem je wcześniej wzrokiem i już wtedy zdawało się, że będzie dobrze, stąd mój krótki komentarz. Była obawa, że to tylko błędne pierwsze wrażenie, ale nie zawiodłem się. Przez chwilę zastanawiałem się nawet nad głosem do nominacji piórkowej. Ale zaznaczam, byłby to głos na wyrost i na zachętę. Piórko by pewnie nie było z tego, ale może więcej osób by tu zajrzało i wczytało się w ten tekst. Jednak słabości, które nasiliły się pod koniec opowieści, a na które wcześniej przymykałem oko wobec jej zalet, powstrzymały mnie przed głosowaniem.

Mam jednak wrażenie, że inni czytelnicy nie poznali się na jakości tego tekstu. Ja widzę tutaj sporo plusów i duży potencjał autorki. I od tych plusów zacznę.

Po pierwsze, masz swój styl. To rzadkość. Naprawdę widać, że masz swój styl. Trzeba go dopracować, wygładzić, ale już jest niezły, a samo posiadanie stylu to wielka zaleta piszącego. Widać go w tym, jak budujesz zdania, jakim językiem piszesz i jak bogaty masz zasób słów. Widać też w sposobie opisywania świata i budowania historii, tworzenia bohaterów. Dobrze ubierasz myśli w słowa, to co wyświetli w głowie wyobraźnia, potrafisz przelać na papier. Sprawnie, ciekawie i… literacko.

Jako piszący czytelnik od razu wyłapuję: "Szary obłok nieśpiesznie otoczył jej twarz gorzką aureolą"; "Kanały krztusiły się deszczówką."; "Kiedyś nim pachniał, pachniał mydłem i ziołami, teraz śmierdział papierosami. Wszystko nimi cuchnęło, Lynx po cichu podejrzewała, że jej dusza również." – To są niezłe literackie momenty, a jest ich w tekście całkiem sporo. Ja to doceniam. I lubię takie pisanie. Miewasz jeszcze chwile słabsze, zwłaszcza pod koniec tekstu, ale sporo w opowiadaniu dobrych i lepszych fragmentów.

Po drugie świat przedstawiony. Zupełnie nie rozumiem zarzutów innych komentujących odnośnie anachronizmów, papierosów, cholery itd. Nie określasz przecież epoki, miejsca akcji, a nawet świata, w jakim dzieje się ta historia. Czy alternatywny świat fantasy? Czy nasz tylko nieco odmieniony? Dla mnie to trochę takie postmodernistyczne fantasy, a każdy, kto czytał 'Rok naszej wojny" Steph Swainston wie, że papierosy w fantasy nie przeszkadzają (za to u Ciebie dobrze robią klimat i budują postać). Podobnie jest np. z czarnymi lenonkami. Już u Coppoli sam Dracula, wampir z epoki, nosił cylinder, a na nosie takie właśnie okulary. Ja tu widze sporo popkulturowych aluzji i smaczków. I to dla mnie zaleta nie wada tekstu.

Po trzecie fabuła. Twoja historia jest jakby filmowa. Może nawet komiksowa. Nie rozumiem zarzutu jej braku. Mamy kobietę-najemniczkę, do tego jeszcze wampira. Przybywa ona do obcego miasta, poznaje faceta, który nie angażuje się w związki (co przy jej profesji i prawdziwej naturze ma plusy), przyjmuje zlecenie i zaczyna polowania na Niezwykłego. W tym celu zaczyna krążyć po mieście, wyposażona w gadżet pomagający tropić ofiarę. Po drodze widzi ślady działalności owego kogoś, a wreszcie okazuje się, że to ofiara jest myśliwym i dochodzi do finałowego starcia.

Nic nowego, ale twoja historia bierze znane elementy i opowiada je zgodnie z zasadami, lekko podkręca i zamyka w zgrabną całość. Znam setki opublikowanych opowiadań, które mają bardziej błahe fabuły. Ty także opowiadasz historię rozrywkową, a to, co mi się podoba to umiejętność stosowania pewnych chwytów fabularnych, które wyróżniają dobrych rzemieślników pióra. Albo znasz te chwyty, bo jesteś na odpowiednim poziomie twórczym, albo stosujesz je intuicyjnie. W każdym razie to spory potencjał.

Przykłady? Bohaterka zastanawia się, czy to nie ona sama jest sprawcą napotykanych zbrodni, motyw ciekawy, ta niepewność wzbogaca historię, trzyma czytelnika w zawieszeniu w ocenie postaci, a stąd blisko do chwytu znanego z Harry’ego Angela, w którym bohater szukał samego siebie. Inny chwyt: Finałowa scena, w której Cień-wampir nie ma pojęcia, że poluje na niego inny wampir (ale czy one się nie wyczuwają?), i jest przekonany o swoim bezproblemowym zwycięstwie. Twist zaskakuje alchemika, może nieco mniej czytelnika, ale jest dobry. Podobnie jak opisanie finałowego starcia oczami osoby trzeciej, obserwatora wydarzeń. Takich chwytów jest więcej, jest nim chociażby postać Szarłata, kochanka bez zobowiązań, odskoczni od wydarzeń, dopełnienia głównej bohaterki, katalizatora humoru, komentatora. Takiego trochę Jaskiera dla Geralta ;)

A teraz minusy.

Po pierwsze… styl. Nie znasz umiaru. Rozumiem opinie tych komentatorów, których Twój styl zmęczył. Kiedy pod koniec opowiadania, poszłaś w swoją manierę zbyt mocno i ja odczułem pewne znużenie formą i zrezygnowałem z głosowania na piórko. To, co wcześniej mogło się podobać: "Albowiem Glistnik był szczurem, synem ulicy czającym się na podróżnych. Ręce miał zwinne jak szczurze łapki, oczka drobne i przenikliwe jak szczurze ślepka. Wychował się tutaj, w brudnych rynsztokach, żył tutaj, żył jak szczur, więc szczurem został, w jego żyłach płynęła nie ludzka, a szczurza jucha." zaczynało uwierać: "Zamarkowała cios z góry, osłonił się, tego chciała, uderzyła z boku, pewnie, bez wahania, gładko. Sparował, uskoczył, niezdarnie, wykonał fintę, nie nabrała się, cięła od ucha, bezwzględnie, mocno, brzeszczoty wgryzły się w siebie, sypnęły skry, ból w nadgarstku, ale w głowie tylko euforia."

Poszatkowanie zdań, dodajmy długaśnych zdań, pocięcie przecinkami, przeplatanie wstawkami, powtórzeniami, zaczyna utrudniać lekturę. Dwa takie zdania obok siebie da się wytrzymać. Całe akapity tak zapisane zaczynają zwyczajnie wkurzać. Można to rozbić na krótsze zdania, opuścić kilka powtórzeń, dodać spójniki, przyimki. Rozumiem dynamika akcji, walki, zasada krótkich zdań itd. Ale właśnie – Twoje zdania nie są dynamiczne. Nie są krótkie. A przecinek to nie kropka i nie wykrzyknik.

Po drugie… fabuła. A raczej jej konstrukcja. Wprowadzasz czytelnika umiejętnie. Sceny budujesz dobrze. Nawet spotkanie z Glistnikiem, który dokładnie lustruje Lynx prezentując ją czytelnikowi i jednocześnie szacując wartość, to świetny chwyt. Także zakończenie jest dobre, oczekiwane, konsekwentne i wpisuje się w konwencję. Opisujesz otoczenie i postaci plastycznie i obrazowo. Podoba mi się ta szczegółowość, detale w opisach. Masz scenę w głowie, ustawiasz kadr i wołasz "akcja!" puszczając w ruch kamerę. To bywają czasem kalki, obrazy, które już znamy, ale jak znamy, to przecież lubimy. W nowej konfiguracji są znów ciekawe.

Ale z czasem wydarzenia ważne dla historii dzieją się za szybko, zakończenie i rozwiązanie zagadki pojawia się za wcześnie. Zbyt wiele miejsca zajmują coraz częstsze powtórzenia, wyliczanie słów o tym samym znaczeniu, synonimów, a styl zaczyna trochę przypominać wypowiedzi Miauczyńskiego z "Nic śmiesznego": Szybko, szybciej, prędko, szybko. Ręka, dłoń, ramię, ręka. Za to za mało miejsca poświęcasz budowaniu napięcia, zwodzeniu czytelnika, zwrotom akcji, zaskoczeniu i podgrzewaniu emocji. Zamiast: “Grzebała tam, przetrząsała je, jakby w poszukiwaniu czegoś ważnego.” lub “Jaskól sądził, że mierzył ją wzrokiem, sprawdzając, oceniając. wołałbym nieco bardziej skomplikowane śledztwo i kilka dodatkowych scen ze Szarłatem.

Jestem pewien, że lekiem na wszystkie słabości byłaby dobra redakcja. W rękach doświadczonego redaktora, który przystopowałby autorkę w jej zapędach i manierze, usunął zbędne wyliczanki, powtórzenia i popracował z nią nad konstrukcją opowiadania, tekst śmiało nadawałby się do publikacji na papierze.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Już u Coppoli sam Dracula, wampir z epoki, nosił cylinder, a na nosie takie właśnie okulary.

Mr. Marasie, my małe okrągłe okulary nazywamy lennonkami, ale strój Draculi u Coppoli nie jest pod tym względem anachroniczny, to była jedna z podstawowych form okularów przez cały XIX wiek. Ten film ma mnóstwo wad, ale nie przypominam sobie jakichś zasadniczych baboli, jeśli chodzi o modę. I w opowiadaniu Szantar nie czepiłabym się kształtu okularów, tak nawiasem mówiąc, oczywiście.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Masz oczywiście rację, Drakaino, jednak wspominając okulary Draculi miałem na myśli bardziej dalszy ciąg mojego wywodu o smaczkach i zapożyczeniach z popkultury, a nie uwagi o anachronizmie, które dotyczyły tylko papierosów w komentarzach. W opowiadaniu jest wampir i ma takie same okulary jak Gary Oldman. Swoją drogą, kształt kształtem, ale czy w tamtej epoce noszono ciemne szkła przeciwsłoneczne? Tego już nie wiem. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Owszem, jak najbardziej, w różnych kolorach. Oczywiście zapewne barwiono inaczej niż dziś i chyba noszono takie szkła raczej w przypadku chorób oczu niż typowo przeciwsłonecznie, ale kolorowe szkła istniały.

 

A z papierosami i innymi anachronizmami mam tu o tyle problem, że to, co wyszło Sapkowskiemu, który w końcu i tak nie wytrzymał i wrzucił sugestię postapo, rzadko wychodzi gdzie indziej. Wolę w związku z tym światy, które trzymają jakiś tam poziom prawdopodobieństwa techniki i mody jako pewnej całości cywilizacyjnej.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zeszła po drabince, drabinka zaskrzypiała, przemierzyła korytarze, nie zapaliła kaganka, dotykała ręką ściany, ściana miała uszy, Lynx była pewna.

Drabinka przemierzyła korytarze?

Długaśne zdania, mnóstwo powtórzeń, mam wrażenie, że miało być poetycko, ale mnie zmęczyło :(

Re: kolory okularów, koniec XVIII wieku.

Niech ja się dogrzebię do czytanych gdzieś uwag (bodaj w tej książce, ale nie jestem na 100% pewna) o tym, że Maximilien Robespierre nosił zielone… 

 

EDIT: Znalazłam. Tak, ta książka, choć cytująca w tym miejscu inną książkę:

“He always wore green-tinted glasses. He had learnt how to give artificial softness to a voice that was naturally sharp and harsh, and to make his Artois accent sound attractive; but he never looked an honest man in the face”. Cytat wg: J. M. Thompson, “Robespierre”, New York 1935 (a lista pamiętników i źródeł z epoki, przytaczających tę informację, jest tu).

Jestem lekko rozdarty co do finalnej oceny tego tekstu.

Z jednej strony fabuła może i nie jakaś wyszukana, ale historia przypadła mi do gustu. Widać bogactwo świata i że ma swoją historię, życie itd. Udało Ci się stworzyć klimat miasta portowego, zatęchłego, o wielu twarzach. Dlatego z początku chłonąłem treść jak gąbka.

Super wypadł dla przykładu fragment tego szczurka, gdzie opisujesz bohaterkę. Ma klimat, ma ciekawe wyliczanie, co można na tym zarobić. Nadmiarowe opisy tak mocno nie przeszkadzają.

Ale z czasem ten styl zaczyna męczyć, a przy scenach walki, gdzie powinien być dynamizm tak w wydarzeniach, jak i zdaniach, robi to podwójnie. Powtórzenia i synonimy spowalniają je tak nieznośnie, że z trudem przebrnąłem przez finał.

Mam też problem ze zbudowaniem do końca obrazu świata. Nie stosujesz infodumpów, za co chwała Ci. Ale to oznacza, że czytelnik musi budować obraz z opisów, dialogów i dawanych tu i ówdzie wskazówek. Ja uwielbiam taką zabawę. Jednak przez anachroniczne słowa czy przedmioty zaczynam się gubić. Ten papieros czy obcasy na początku mocno mnie zmyliły. Kres w “Galerii złamanych piór” zalecał, by być świadomym skojarzeń popkulturowych przy pisaniu tekstów. W tekście quasi średniowiecznym choćby papierosy pasują w wyobraźni wielu jak pięść do nosa. Jeśli chcesz złamać jakiś popularny konwenans, to warto to uzasadnić w tekście.

Mimo tych wad koncert fajerwerków jest na tyle osobliwy oraz koniec końców wciągający, że ode mnie będzie klik :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka