- Opowiadanie: tomaszg - Polisa v1.1

Polisa v1.1

Poniższe opowiadanie w ulepszonej wersji ukazało się w grudniu 2019 w zbiorku "A miało być tak pięknie" (dostępny pod adresem https://ridero.eu/pl/books/a_mialo_byc_tak_pieknie/ - ebook bezpłatnie, wersja drukowana odpłatnie).

Jeżeli chodzi o osoby z tego portalu, to bardzo dziękuję za pomoc szczególnie Finkli, regulatorom (zapis z małej litery w formie oryginalnej) i NoWhereManowi (pozostałym oczywiście również, natomiast ta trójka była najbardziej aktywna i wytrwała w pokazywaniu mi błędów i niedoróbek w mojej wcześniejszej twórczości).

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Polisa v1.1

Ogrom­ny Air­bus A300 ma­je­sta­tycz­nie wzno­sił się w stro­nę wscho­dzą­ce­go słoń­ca.

Sa­mo­lot był wie­ko­wy, ale lśnił fa­brycz­ną świe­żo­ścią, gdyż nie­daw­no wró­cił z ge­ne­ral­ne­go prze­glą­du.

Prze­gląd ma­szy­ny wy­ko­na­no w za­kła­dach, w któ­rych nie­gdyś po­wsta­wa­ła. Trwał on do­kład­nie rok i trzy mie­sią­ce, w tym cza­sie an­tycz­ny pła­to­wiec zo­stał ro­ze­bra­ny do naj­mniej­szej śrub­ki, a na­stęp­nie od­bu­do­wa­ny w nowej, znacz­nie ulep­szo­nej wer­sji.

Obec­nie nie było go w ogóle sły­chać, nie po­zo­sta­wiał żad­nych śla­dów spa­lin i mknął po błę­kit­nym nie­bie ni­czym biały duch, któ­re­go pcha nie­wi­dzial­na ręka po­stę­pu i nie­po­skro­mio­na wiara ge­niu­szu ludz­kie­go.

Była to za­słu­ga naj­now­szej ge­ne­ra­cji sil­ni­ków bę­dą­cych praw­dzi­wym maj­stersz­ty­kiem i po­ka­zem kunsz­tu in­ży­nie­rów z prze­róż­nych kra­jów.

Nowe sil­ni­ki spa­la­ły mniej pa­li­wa niż star­sze mo­de­le, miały znacz­nie prost­szą bu­do­wę i ge­ne­ro­wa­ły trzy razy więk­szą moc.  

Ich pro­duk­cja stała się praw­dzi­wą żyłą złota dla kon­cer­nu Rolls-Roy­ce, który zy­skał za­mó­wie­nia na na­stęp­ne kil­ka­na­ście lat, miał wspa­nia­łe per­spek­ty­wy roz­wo­ju i szan­sę na sprze­daż wielu dro­gich li­cen­cji.

Zło­śli­wi twier­dzi­li, że pod­pi­sy­wa­nie kon­trak­tów było kon­tro­lo­wa­ne przez rząd, który miał re­gu­lar­nie wy­mu­szać nie­ko­rzyst­ne dla wy­twór­cy za­pi­sy. Mó­wi­li, że może cho­dzić o gi­gan­tycz­ne po­dat­ki z ty­tu­łu pro­duk­cji i dys­try­bu­cji i w świe­tle ko­lej­nych prze­cie­ków i ar­ty­ku­łów w pra­sie sta­wa­ło się to coraz bar­dziej praw­do­po­dob­ne.

Ide­al­nie pa­so­wa­ło tutaj stare i znane po­wie­dze­nie „Nie ma ta­kie­go okru­cień­stwa ani ta­kiej nie­go­dzi­wo­ści, któ­rej nie po­peł­nił­by ską­d­inąd ła­god­ny i li­be­ral­ny rząd, kiedy za­brak­nie mu pie­nię­dzy”, nie­mniej jed­nak gra to­czy­ła się nie tylko o ogrom­ne pie­nią­dze, ale rów­nież o prze­trwa­nie ga­tun­ku ludz­kie­go, który mu­siał oszczę­dzać cenne pa­li­wo i ochra­niać coraz bar­dziej za­nie­czysz­czo­ne śro­do­wi­sko na­tu­ral­ne.

Sa­mo­lot z re­wo­lu­cyj­ny­mi sil­ni­ka­mi Trent wzniósł się w końcu do wy­so­ko­ści prze­lo­to­wej, w jego ste­ryl­nie czy­stej ka­bi­nie wciąż pa­no­wa­ła cisza i spo­kój, a nie­licz­ni pa­sa­że­ro­wie czy­ta­li albo drze­ma­li.

Męż­czy­zna na miej­scu 21D upo­rczy­wie wpa­try­wał się w atrak­cyj­ną dłu­go­no­gą ste­war­des­sę, która w przej­ściu mię­dzy rzę­da­mi pcha­ła wąski me­ta­lo­wy wózek z prze­róż­ny­mi na­po­ja­mi i prze­ką­ska­mi.

– Do you want san­dwich? Che­ese or chic­ken? Would you like to drink so­me­thing? – Do­bie­ga­ły do niego po­wta­rza­ne po wie­lo­kroć te same py­ta­nia.

Wes­tchnął pod nosem.

Miała wdzięcz­ny głos, była zde­cy­do­wa­nie w jego typie i po­ru­sza­ła się z nie­zwy­kłą klasą i gra­cją.

Szko­da, że nie mógł się z nią umó­wić.

Sie­dział i sie­dział, a jego myśli jak na iro­nię krą­ży­ły nie tylko wokół dziew­czy­ny, ale rów­nież wokół tego co dzia­ło się w jego nie­uda­nym związ­ku, który wciąż pró­bo­wał re­ani­mo­wać.

Nagle za­mar­ło mu serce, a żo­łą­dek pod­szedł aż do sa­me­go gar­dła. Ro­zej­rzał się gwał­tow­nie i otwo­rzył ze zdzi­wie­nia usta.

„Zwa­rio­wa­łem”. – Prze­szło mu przez myśl. „Ja pier­do­lę, mam zwidy i zwa­rio­wa­łem, albo umar­łem i to ko­niec”.

Nadal znaj­do­wał się w sa­mo­lo­cie, ale to z pew­no­ścią nie był no­wo­cze­sny Air­bus.

Zmie­nił się dźwięk sil­ni­ków i wszyst­ko drża­ło ni­czym pa­ra­li­tyk w trak­cie ataku, zaś ka­bi­na była znacz­nie mniej­sza i bar­dziej okrą­gła niż w A300. Znaj­do­wa­ły się w niej tylko dwa a nie sześć rzę­dów sie­dzeń, ścia­ny zro­bio­no z me­ta­lu, a nad gło­wa­mi ludzi bra­ko­wa­ło za­my­ka­nych schow­ków.  

Wyj­rzał przez okno.

Małe srebr­ne skrzy­dło i nie­wiel­ki sil­nik ze śmi­głem.

Serce biło mu coraz szyb­ciej, gdy ner­wo­wo prze­rzu­cał rze­czy, które wło­żo­no w kie­sze­ni fo­te­la tuż przed jego nosem:

Ma­ga­zyn po­kła­do­wy Swiss.

Lista to­wa­rów wol­no­cło­wych.

To­reb­ka na nud­no­ści.

Opa­ko­wa­nie po ba­to­ni­ku sztuk jeden.

Lista awa­ryj­na DC3.

Gwał­tow­nie roz­piął sprzącz­kę pasa i za­czął spraw­dzać kie­sze­nie spodni. Nie wy­czuł ko­mór­ki, klu­cze wy­glą­da­ły na te same, a port­fel…

Port­fel był cał­kiem nowy i zro­bio­ny z naj­praw­dziw­szej skóry.

Od razu wie­dział, że nie jest jego.

Trzy­mał go przez chwi­lę w rę­kach i de­lek­to­wał się przy­jem­ną w do­ty­ku fak­tu­rą, potem zbli­żył do twa­rzy i po­wą­chał. To było osza­ła­mia­ją­ce prze­ży­cie i uczta dla zmy­słów i ża­ło­wał, że nigdy nie było go stać na zakup ta­kie­go cacka.

Roz­piął de­li­kat­nie ze­wnętrz­ne za­pię­cie i roz­ło­żył to skó­rza­ne cudo.

Przez całą sze­ro­kość port­fe­la bie­gła prze­gród­ka, w któ­rej zna­lazł kil­ka­na­ście pa­pie­ro­wych Euro i Fran­ków, jak rów­nież ksią­żecz­ko­wy pa­pie­ro­wy dowód na na­zwi­sko Müller i wej­ściów­kę do opery z ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­te­go roku. Nie było ni­g­dzie kie­szon­ki na bilon, za to z przo­du w po­zio­mych prze­gród­kach znaj­do­wa­ło się kilka kart kre­dy­to­wych, rów­nież wy­sta­wio­nych na na­zwi­sko Müller.

„Alles Müller oder was”. – Przy­po­mnia­ła mu się stara na­tar­czy­wa re­kla­ma z te­le­wi­zji.

Przy­glą­dał się do­ku­men­tom na obce na­zwi­sko i nie­wąt­pli­wie swo­jej twa­rzy, gdy usły­szał do­kład­nie nad sobą:

– Do you want san­dwich with che­ese or chic­ken? Would you like to drink so­me­thing?

– San­dwich mit Käse bitte und Was­ser mit Gas. – Nie wia­do­mo dla­cze­go od­po­wie­dział po nie­miec­ku.

Ste­war­des­sa bez mru­gnię­cia okiem po­da­ła ka­nap­kę z serem i małą pla­sti­ko­wą szklan­kę, którą od razu po­sta­wił na roz­ło­żo­nym sto­li­ku.

Za­czął ana­li­zo­wać całą sy­tu­ację.

Wie­dział, że wsiadł do sa­mo­lo­tu z War­sza­wy do Zu­ry­chu i wie­dział, że było to w dwa ty­sią­ce sie­dem­na­stym. Pa­mię­tał tłok w ter­mi­na­lu, rzę­si­sty deszcz, który wciąż padał i na­rze­ka­nia pa­sa­że­rów na dyk­ta­tu­rę ma­łe­go kur­du­pla.

A potem nagle zna­lazł się tutaj gdzie­kol­wiek to było… mru­gnął ocza­mi i wszyst­ko się zmie­ni­ło.

Zjadł szyb­ko swoją prze­ką­skę i wypił wodę my­śląc, że ko­niecz­nie trze­ba do­wie­dzieć się coś wię­cej.

Na po­czą­tek bagaż.

Czy miał jakiś bagaż pod­ręcz­ny?

Zło­żył sto­lik i gwał­tow­nie wstał.

Otwar­te miej­sce nad gło­wa­mi nada­wa­ło się co naj­wy­żej na małe ak­tów­ki. Nie zna­lazł tam nic cie­ka­we­go, nad jego sie­dze­niem nie było wa­liz­ki ani torby na lap­to­pa, le­ża­ła za to maska tle­no­wa i czyjś płaszcz.

Po krę­go­słu­pie prze­szedł go lo­do­wa­ty dreszcz.

„Ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­ty, ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­ty, kur­cze co wtedy było? PRL, Gie­rek chyba też, Duże Fiaty, dru­ży­na Gór­skie­go, Pol­ska w fi­na­le Mi­strzostw Świa­ta, cho­ciaż nie, to było ra­czej póź­niej” – my­ślał coraz bar­dziej go­rącz­ko­wo. „Bo­ko­bro­dy, pe­ka­esy, Au­to­sa­ny, ogór­ki i pa­rów­ki, ja pier­do­lę, nie ma lap­to­pów, nie ma em­pe­tró­jek, nie ma YouTu­be, Net­fli­xa ani Go­ogla. Boże, na jakim za­du­piu ja je­stem?”

Oparł się cięż­ko o półkę, uspo­ko­ił tro­chę od­dech, potem usiadł i ma­chi­nal­nie za­piął an­tycz­ny pas.

Głów­ko­wał i głów­ko­wał, ale nic mą­dre­go nie wy­my­ślił.

Od huku sil­ni­ków roz­bo­la­ła go głowa, do­dat­ko­wo w tym sa­mo­lo­cie było zde­cy­do­wa­nie za dusz­no, a winna była pa­sa­żer­ka, która dwa rzędy dalej pa­li­ła śmier­dzą­ce­go kiepa. Ni­ko­mu to nie prze­szka­dza­ło, więc nie miał po­ję­cia czy po­wi­nien wstać i sta­now­czo po­pro­sić ją o zga­sze­nie śmier­dziu­cha czy nie.

Dziw­ny mały stary sa­mo­lot, ubra­nia retro i pa­la­cze.

Dalej nie wie­dział jak się tu zna­lazł ani co go cze­ka­ło.

Mógł tylko cze­kać.

Za­ło­żył, że nie na­le­ża­ło robić pro­ble­mów ani ni­ko­go pytać, bo za­pew­ne od razu zna­la­zł­by się w ka­fta­nie czy innym ob­ci­słym wdzian­ku z gu­stow­nym za­pię­ciem z tyłu.

Nagle za­pa­li­ły się świa­teł­ka za­pię­cia pasów, które tutaj znaj­do­wa­ły się na ścia­nie bocz­nej.

– La­dies and gen­tle­men. Ten mi­nu­tes to lan­ding.

Ste­war­de­sa prze­szła i spraw­dzi­ła wszyst­ko z iście sto­ic­kim spo­ko­jem, a do­słow­nie chwi­lę potem sa­mo­lot za­czął scho­dzić ostro w dół.

Męż­czy­zna po­czuł się jak na we­so­łym mia­stecz­ku, gdy ujeż­dżał me­ta­lo­we­go byka i jak wtedy, gdy zjeż­dżał z osiem­dzie­się­cio­me­tro­wej wieży. Wró­ci­ły wspo­mnie­nia i dla­te­go chwy­cił się kur­czo­wo fo­te­la i za­mknął oczy. Zro­bi­ło mu się nie­do­brze, na szczę­ście jed­nak nie zwy­mio­to­wał i wy­trzy­mał nawet wtedy, gdy ma­szy­na ude­rzy­ła twar­do w zie­mię i trzy razy się od niej od­bi­ła.

„W końcu” – po­my­ślał, otwo­rzył oczy, za­mru­gał i z obawą wyj­rzał przez okien­ko.

Lot­ni­sko na szczę­ście wy­glą­da­ło na stary dobry Zu­rych, nie zga­dza­ły się tylko sa­mo­cho­dy ob­słu­gi i… sto­ją­ce tam ma­szy­ny. Na pły­cie bar­dzo wy­raź­nie wi­dział wiele an­tycz­nych sa­mo­lo­tów ze śmi­gła­mi, było tam też kil­ka­na­ście od­rzu­tow­ców, a nie­któ­re z nich miały pła­skie i dziw­ne sil­ni­ki zaraz przy ka­dłu­bie.

„Boże, to Co­me­ty”. – Zdał sobie nagle z tego spra­wę.

Znał je z fil­mów Na­tio­nal Geo­gra­phic i nie mogło być mowy o po­mył­ce.

Ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­ty, Co­me­ty, DC3, to było prze­ra­ża­ją­ce, ale przy­naj­mniej ukła­da­ło się w jakąś spój­ną ca­łość.

Ko­ło­wa­li do ter­mi­na­la, gdzie pod­łą­czo­no rękaw. Wy­siadł wraz ze wszyst­ki­mi, ze wszyst­ki­mi po­szedł też do punk­tu od­bio­ru ba­ga­żu.

Był cie­kaw, czy ma coś ze sobą. Cze­kał cier­pli­wie, aż wszy­scy odej­dą, w końcu po kil­ku­na­stu mi­nu­tach na pasie widać było jedną je­dy­ną wa­liz­kę.

„Müller”. – Tyle prze­czy­tał na przy­wiesz­ce.

Wziął wa­liz­kę i jak gdyby nigdy nic prze­szedł przy zie­lo­ne wyj­ście przy cel­ni­kach.

Za drzwia­mi stał szo­fer w peł­nej li­be­rii z kart­ką „Herr Müller”. Pan uśmiech­nął się przy­jaź­nie na jego widok, więc pod­szedł. Chciał się coś za­py­tać, ale tam­ten tylko wziął jego bagaż, a potem przy­ło­żył palec do ust, de­li­kat­nie skło­nił się z sza­cun­kiem i po­ka­zał ręką, żeby iść za nim.

Po­wo­li prze­szli do li­mu­zy­ny na par­king dla VIP-ów, gdzie cze­kał Rolls-Roy­ce rocz­nik pięć­dzie­siąt dzie­więć.

Błysz­czą­ca czerń pod­kre­śla­ła ele­gan­cję li­mu­zy­ny, która wy­glą­da­ła jakby wy­je­cha­ła z fa­bry­ki.

Wsiadł.

Wnę­trze było nie­zwy­kle luk­su­so­we i wy­koń­czo­ne żółtą skórą, a na barku cze­kał przy­go­to­wa­ny kie­li­szek z na­po­jem. Wziął go i skosz­to­wał, a na­stęp­nie pod­niósł kie­li­szek i do­kład­nie przyj­rzał się za­war­to­ści.

Cydr. Do­sko­na­ły. Chłod­ny. Kla­row­ny. Jeden z moc­niej­szych. Do­kład­nie taki jak lubił.

Uśmiech­nął się do kie­row­cy, który pa­trzył się na niego w lu­ster­ku wstecz­nym.

Za­czął po­wo­li pić ten do­sko­na­ły napój, pod­czas gdy kla­sycz­na mu­zy­ka do­da­wa­ła na­stro­ju.

To był Wa­gner, któ­re­go uwiel­biał.

Kie­row­ca od­wza­jem­nił uśmiech, na­stęp­nie za­mknął szybę od­dzie­la­ją­cą przed­nie sie­dze­nia od prze­dzia­łu pa­sa­żer­skie­go.

Ru­szy­li.

Auto wręcz pły­nę­ło nad jezd­nią, mu­zy­ka uspo­ka­ja­ła, a on pa­trzył się na prze­su­wa­ją­ce się po­wo­li za oknem bu­dyn­ki.

Był coraz bar­dziej senny i senny aż w końcu nie wia­do­mo kiedy za­snął.

***

Obu­dził się w po­ko­ju z wi­do­kiem na góry. Dwa skó­rza­ne fo­te­le, ka­na­pa, łóżko, szkla­ny sto­lik, luk­su­so­wy dywan na pod­ło­dze, a na ścia­nie re­pro­duk­cja „Sło­necz­ni­ków” Van Gogha i ogrom­ny pła­ski te­le­wi­zor.

Sie­dział na fo­te­lu den­ty­stycz­nym przy­mo­co­wa­nym na stałe w cen­tral­nym miej­scu pod­ło­gi. Był do niego cał­ko­wi­cie przy­wią­za­ny sze­ro­ki­mi skó­rza­ny­mi pa­sa­mi, miał rów­nież za­ło­żo­ny we­nflon do kro­plów­ki i pod­łą­czo­ne elek­tro­dy do mo­ni­to­ro­wa­nia funk­cji ży­cio­wych, które pro­wa­dzi­ły do apa­ra­tów sto­ją­cych na szaf­ce obok.

– „Pik, pik, pik”. – Sły­chać było mia­ro­wy i dosyć przy­jem­ny dla ucha pisk.

Coś mu mó­wi­ło, że tak wy­glą­da pry­wat­na kli­ni­ka dla bo­ga­czy i przy­go­to­wa­nie do za­bie­gu, na który nie­ko­niecz­nie może chcieć się zgo­dzić.

Stała przed nim wiel­ka ka­me­ra, ubra­ny był w szpi­tal­ne ciu­chy z dziu­rą na tyłku i czuł cew­nik, a to tylko po­twier­dza­ło nie­we­so­łe przy­pusz­cze­nia.

Przy­cho­dzi­ły mu na myśl różne mądre i głu­pie rze­czy, które ana­li­zo­wał ro­biąc głu­pie miny i ga­piąc się w ar­cha­icz­ny obiek­tyw.

Wie­dział, że ktoś mógł po­rwać go dla jego cen­nych or­ga­nów.

To naj­bar­dziej oczy­wi­ste, ale nie do końca prze­ko­ny­wu­ją­ce, bo miał swoje lata i le­piej by­ło­by te or­ga­ny wy­ho­do­wać.

Le­piej i ta­niej.

Inna moż­li­wość była taka, że oni, kim­kol­wiek są, wy­pom­pu­ją całą krew, a potem za­bi­ją, potną, roz­pusz­czą i nikt nigdy nie dowie się, że tu był.

Mógł być kró­li­kiem, któ­re­mu coś po­da­dzą i to roz­wa­li go od środ­ka, gdy bę­dzie konał w mę­czar­niach.

Tak się dzia­ło w fil­mach.

Była jesz­cze moż­li­wość, że zo­sta­nie bo­ha­te­rem i spło­nie w bla­sku fle­szy. Tak się skła­da­ło, że po serii ka­ta­strof wa­ha­dłow­ców nikt nomen omen nie palił się do la­ta­nia i NASA nie­ustan­nie szu­ka­ła ochot­ni­ków, któ­rzy mieli ocho­tę po­sa­dzić dupę na set­kach ton wy­bu­cho­we­go pa­li­wa i po­le­cieć w górę ni­czym struś pę­dzi­wiatr.

Może wyślą go na or­bi­tę?

Różne takie głu­po­ty przy­cho­dzi­ły mu do głowy, ale tak na­praw­dę tylko ma­sko­wał swój wzra­sta­ją­cy nie­po­kój. My­ślał i roz­glą­dał się nie­pew­nie, gdy usły­szał pu­ka­nie. Uznał, że to go nie ob­cho­dzi, pu­ka­nie tym­cza­sem się po­wtó­rzy­ło, a chwi­lę póź­niej do po­ko­ju wszedł blon­dy­nek w bia­łym szpi­tal­nym kitlu.

– Dzień dobry – ode­zwał się czy­stą pol­sz­czy­zną. – Prze­pra­szam, że pan cze­kał, wpierw zro­bię kilka pro­stych badań, a potem wszyst­ko wy­ja­śnię.

Męż­czy­zna wpraw­nie za­ło­żył na jego ramię czar­ną opa­skę do mie­rze­nia ci­śnie­nia, spraw­dził tętno, za­świe­cił małą la­tar­ką w oczy, po­brał prób­kę krwi i do­kład­nie obej­rzał jamę ustną.

– Do­sko­na­le, tylko kilka ko­rekt i bę­dzie pan jak nowy. Pro­szę się jed­nak nie mar­twić. Ma pan pełen pa­kiet i wszyst­ko do­pro­wa­dzi­my do ładu.

– Ale jaki pa­kiet? Nic nie ro­zu­miem. Roz­wiąż­cie mnie. Le­cia­łem sa­mo­lo­tem i nagle wszyst­ko się zmie­ni­ło. Dla­cze­go je­stem zwią­za­ny?

Tam­ten coś spraw­dził na ta­ble­cie, który przy­niósł, a na­stęp­nie po­wie­dział tonem przy­ja­zne­go le­ka­rza do­mo­we­go który przy­szedł do cięż­kie­go przy­pad­ku:

– Prze­pra­szam, my­śla­łem, że psy­cho­log z dzia­łu prze­nie­sień już z panem roz­ma­wiał. No do­brze. Je­stem le­ka­rzem, a nie fa­chow­cem od całej pro­ce­du­ry. Wiem tylko, że nie mo­że­my prze­dłu­żać życia, mo­że­my za to po­wo­do­wać, że nasi klien­ci żyją wiecz­nie. Pięk­na spra­wa. Znaj­du­je­my so­bo­wtó­ra w innym świe­cie i prze­no­si­my go tutaj, a na­stęp­nie łą­czy­my jego wspo­mnie­nia ze wspo­mnie­nia­mi na­sze­go klien­ta. Bez­bo­le­sne. Jak mó­wi­łem pełen pa­kiet.  

– Tutaj, czyli gdzie do ja­snej cho­le­ry? – Mi­mo­wol­nie pod­niósł na me­dy­ka głos.

– Do Szwaj­ca­rii oczy­wi­ście. Mamy naj­lep­szy pa­kiet na świe­cie, a pan wy­brał Sa­ni­tas, który zwra­ca kosz­ty wszyst­kich za­bie­gów ko­ry­gu­ją­cych pana so­bo­wtó­rów. I to cał­kiem za darmo.

– Jaki pan? Ja­kich so­bo­wtó­rów? Ja tego na­praw­dę nie ro­zu­miem. Nic nie wy­bie­ra­łem i daj­cie mi spo­kój. – Pró­bo­wał być spo­koj­ny, ale ze zde­ner­wo­wa­na drga­ła mu szczę­ka.

– Pro­szę się nie de­ner­wo­wać. Prze­pra­szam po­now­nie, je­stem przy­zwy­cza­jo­ny do tego, że trans­fer zo­stał już zro­bio­ny i że roz­ma­wiam z na­szym dro­gim klien­tem. Pana mogę tylko za­pew­nić, że wszyst­ko bę­dzie ab­so­lut­nie bez­bo­le­sne i że nie bę­dzie żad­nych skut­ków ubocz­nych.

– Czyli teraz mogę zgi­nąć a wy mnie wskrze­si­cie?

– W pew­nym sen­sie. Po prze­pro­wa­dze­niu pro­ce­du­ry bę­dzie­my mogli wskrze­sić pana oso­bo­wość i wspo­mnie­nia w nowym ciele. Cza­sem trze­ba jesz­cze zro­bić ja­kieś ko­rek­ty, żeby wy­glą­dał pan jak po­przed­nik, ale to detal. Oczy­wi­ście wszyst­ko jest w pa­kie­cie i za nic nie trze­ba do­pła­cać.

– A jeśli się za­bi­ję?

– To samo.

– A jak nie chcę?

Jego roz­mów­ca po­smut­niał.

– Pro­szę po­my­śleć jakie moż­li­wo­ści pan zy­sku­je. So­bo­wtó­ry są naj­czę­ściej młod­sze. Może pan prze­żyć ten sam wiek i mieć do­świad­cze­nia wielu in­nych osób, może pan mieć wię­cej dzie­ci, a na do­da­tek jest pan na równi z gwiaz­da­mi. Keanu Re­eves. Alec Bal­dwin. Ni­co­las Cage. Liam Ne­eson. Peter Din­kla­ge. Sy­lve­ster Stal­lo­ne. Ju­stin Tim­ber­la­ke. Kathy Bates. Bruce Wil­lis. Hugh Grant. Or­lan­do Bloom. Chuck Nor­ris. Jack Gle­eson… a nawet… – Tutaj le­karz sze­ro­ko się uśmiech­nął za­wie­sza­jąc na chwi­lę głos. – …a nawet Jen­ni­fer Law­ren­ce. Oni wszy­scy ko­rzy­sta­ją z na­szych usług i są z nich nie­zwy­kle za­do­wo­le­ni.

– Jezu, czło­wie­ku, ja mam ro­dzi­nę i dzie­ci, nie chcę mieć nic wspól­ne­go z wa­szym ja­kimś tam cho­rym pro­gra­mem. Ode­ślij­cie mnie, bo was pozwę. – Za­czął krzy­czeć i rzu­cać się nie zwa­ża­jąc do­słow­nie na nic.

Tam­ten mil­czał, a po chwi­li za­apli­ko­wał mu jakiś śro­dek.  

Nie wi­dział co le­karz mu wstrzyk­nął, ale w kilka minut po­wo­li przy­szło otę­pie­nie.  

Czuł, że może od­pły­nąć, więc reszt­ką sił za­py­tał się ci­chym zre­zy­gno­wa­nym gło­sem:

– Mo­że­cie? Czy mo­że­cie mnie ode­słać?

– To czę­ste py­ta­nie. Z tego co się orien­tu­ję świa­ty dzie­li duża ba­rie­ra i z prze­nie­sie­niem wiąże się uży­cie dużej ener­gii. Nie można tego robić, ot i tak, w do­wol­nej chwi­li w do­wol­ne miej­sce. Gdyby po­pra­co­wał pan kil­ka­na­ście lat i pod­wyż­szył skład­ki, to kto wie… może do­stał­by pan opcję de­lu­xe za­miast pre­mium. Bez niej mo­że­my za­pro­po­no­wać je­dy­nie świat ciem­ny. Pie­kło. Czy­ściec. Mrok. Róż­nie go lu­dzie na­zy­wa­ją, na pewno jed­nak nie jest tam przy­jem­nie.

Tam­ten gadał bred­nie, tego było już za dużo nawet jak na niego, więc znów za­czął się drzeć i rzu­cać:

– Ban­dy­ci, mor­der­cy, chuje nie­my­te!!!

– Pro­szę pana, to nie po­mo­że. – Le­karz po­pa­trzył się z lek­kim po­li­to­wa­niem i za­że­no­wa­niem, potem znowu wstrzyk­nął coś do kro­plów­ki pod­łą­czo­nej do jego ręki.

I Müller za­snął.

***

Gdy się obu­dził, to zo­ba­czył, że zaj­mu­je się nim pięk­na den­tyst­ka. Nie mógł nic zro­bić, bo unie­ru­cho­mio­no go, włą­cza­jąc w to usta, szyję i język. Bo­la­ło jak dia­bli, ale mógł tylko cze­kać aż ko­bie­ta skoń­czy bo­ro­wać i robić różne inne po­praw­ki.

Potem przy­szła ko­sme­tycz­ka i fry­zjer. Oni rów­nież nie od­zy­wa­li się ani sło­wem. Pró­bo­wał kilka razy za­ga­dać, ale po­ka­zy­wa­li tylko ge­stem, że muszą mil­czeć.

Po ich wyj­ściu nic się nie dzia­ło. Sie­dział i sie­dział na tym prze­klę­tym fo­te­lu i za­sta­na­wiał się, czy zwa­rio­wał czy nie. Nie wia­do­mo jak długo to trwa­ło, ale w końcu znowu za­snął.

***

Obu­dził się, gdy w po­ko­ju ni­ko­go nie było. Na czole miał wy­raź­nie przy­kle­jo­ne­go sztucz­ne­go człon­ka, a usta i nos za­sła­nia­ła prze­zro­czy­sta maska do od­dy­cha­nia z mocną gumką, która prze­cho­dzi­ła wokół głowy.

Przy­szedł zna­jo­my już le­karz i za­czął mówić:

– Za­czę­li­śmy trans­fer wspo­mnień. Po­pro­szę się od­prę­żyć, wtedy wszyst­ko bę­dzie ła­twiej­sze. Pań­ski mózg nie zo­sta­nie oczy­wi­ście uszko­dzo­ny, do­stał już pan od­po­wied­nie środ­ki na po­pra­wę pa­mię­ci.

Za­czął się rzu­cać, ale tam­ten od­krę­cił zawór z gazem, który był prze­sy­ła­ny rurką do jego maski.

Po­czuł fioł­ki i za­czął od­pły­wać.

„To już trze­ci raz dzi­siaj, jakaś mania czy co?” – To było ostat­nie co przy­szło mu do głowy…

***

Obu­dził się w po­ko­ju, który skądś znał.

Leżał na łóżku.

Pa­mię­tał, że ty­dzień temu le­ciał na kon­fe­ren­cję biz­ne­so­wą, ale za­wiódł sa­mo­lot i się spóź­nił. DC3 nie miały zbyt do­brej opi­nii. Były małe i ha­ła­śli­we, a jego firma przy­pad­kiem miała szan­sę na wy­gry­zie­nia ich z ryn­ków.

Tak się szczę­śli­wie skła­da­ło, że był jed­nym z sze­fów kor­po­ra­cji Air­bu­sa, człon­kiem wiel­kiej eu­ro­pej­skiej ro­dzi­ny, który re­pre­zen­to­wał w niej Szwaj­ca­rię.

Rok temu otwo­rzy­li pro­jekt A300. Od­rzu­to­wiec, który miał zmieść z po­wierzch­ni ziemi Loc­khe­eda i Bo­ein­ga. Sa­mo­lot zro­dzo­ny z ma­rzeń, który bę­dzie lep­szy niż wszyst­ko inne na świe­cie.

Był tro­chę zdez­o­rien­to­wa­ny, bo nie wie­dział jak tu się zna­lazł ani jaki jest dzień ty­go­dnia, ostat­nie co pa­mię­tał to prze­jażdż­ka na nar­tach, skok z he­li­kop­te­ra i fa­ce­ta, który wy­cią­gał broń.

Wzdry­gnął się i ro­zej­rzał po po­ko­ju.

Pięk­ny widok z okna na góry, do­brze za­opa­trzo­ny barek, wy­god­ne pre­zy­denc­kie łoże.

„Se­kre­tar­ka się po­sta­ra­ła” – po­my­ślał z uzna­niem.

Nie pa­mię­tał jej, ale jako pre­zes na pewno mu­siał ją mieć. To było jasne.

Usły­szał pu­ka­nie do po­ko­ju.

– Chwi­lecz­kę – krzyk­nął, na­stęp­nie wstał, za­ło­żył ele­ganc­ką błę­kit­ną ko­szu­lę i po­pie­la­te spodnie, pod­szedł do drzwi i sze­ro­ko je otwo­rzył.

Stał tam męż­czy­zna w dro­gim gar­ni­tu­rze od Ar­ma­nie­go, który miał przy sobie rów­nież cał­kiem ładny czar­ny ne­se­ser z kro­ko­dy­lej skóry.

– Dzień dobry. – Męż­czy­zna ode­zwał się naj­czyst­szą pol­sz­czy­zną i zni­żył głos, żeby nie usły­sza­ła go ko­bie­ta w czer­wo­nej sukni idąca za nim ko­ry­ta­rzem. – Je­stem le­ka­rzem z ob­słu­gi tej pla­ców­ki i prze­pra­szam, że pan cze­kał, zro­bię kilka pro­stych badań, a potem wy­ja­śnię, jak się pan tutaj zna­lazł

– Nic nie ro­zu­miem z tego co pan mówi, pro­szę tu za­cze­kać, a ja coś po­twier­dzę.

Czło­wiek wy­glą­dał na nor­mal­ne­go i po­ka­zał iden­ty­fi­ka­tor, więc zo­sta­wił przy nim lekko uchy­lo­ne drzwi, a na­stęp­nie z cie­ka­wo­ścią pod­niósł słu­chaw­kę te­le­fo­nu sto­ją­ce­go przy sto­li­ku:

– Re­cep­cja, słu­cham. – Usły­szał miły ko­bie­cy głos.

– Dzwo­nię z po­ko­ju, z po­ko­ju… Wła­ści­wie nie wiem któ­re­go i chciał­bym się za­py­tać, czy wy­sy­ła­li pań­stwo do mnie le­ka­rza.

– Apar­ta­ment dla VIP-ów, jak naj­bar­dziej, dok­tor Paw­low­sky.

To mu wy­star­czy­ło, więc odło­żył słu­chaw­kę i kiw­nął tam­te­mu, że może wejść.

Le­karz za­ło­żył mu na ramię opa­skę do mie­rze­nia ci­śnie­nia, spraw­dził tętno, za­świe­cił małą la­tar­ką w oczy, po­brał prób­kę krwi i do­kład­nie obej­rzał jamę ustną.

– Do­sko­na­le, tylko kilka ko­rekt i bę­dzie pan jak nowy. To co po­wiem bę­dzie może szo­kiem, ale miał pan po­waż­ny wy­pa­dek do­kład­nie ty­dzień temu. Pro­szę się jed­nak nie mar­twić. Ma pan pełen pa­kiet i wszyst­ko do­pro­wa­dzi­li­śmy do ładu.

– Ale jaki pa­kiet? Nic nie ro­zu­miem.  

– Pa­kiet opie­ki zdro­wot­nej oczy­wi­ście, naj­lep­szy z moż­li­wych, pro­szę o kon­takt, gdyby Pan się źle po­czuł albo po­trze­bo­wał ja­kiej­kol­wiek po­mo­cy.

Le­karz podał mu wi­zy­tów­kę i dodał:

– Może pan dzwo­nić całą dobę, a ja z przy­jem­no­ścią od­po­wiem na każde py­ta­nie. Czy chce pan teraz coś wie­dzieć?

– Ale ja nic nie pa­mię­tam…

– Ude­rzył się pan w głowę, to nie­ste­ty nor­mal­ne. Pro­szę od­po­czy­wać i dużo pić. Czy coś jesz­cze?

– Nie, dzię­ku­ję.

– Do­sko­na­le, życzę wobec tego mi­łe­go dnia  

Le­karz wy­szedł, a on otwo­rzył winko z barku i po­pi­ja­jąc je długo my­ślał o tym co usły­szał, a potem po­now­nie pod­niósł słu­chaw­kę:

– Re­cep­cja, słu­cham. – Usły­szał miły ko­bie­cy głos

– Dzwo­nię z po­ko­ju dla VIPów i chciał­bym za­mó­wić coś do je­dze­nia.

– Czy wy­brał pan coś z karty?

– Jesz­cze nie, to może to co ostat­nio?

– Do­sko­na­ły wybór.

Odło­żył słu­chaw­kę, na­stęp­nie wstał i ro­zej­rzał się po sza­fie, gdzie zo­ba­czył ide­al­nie skro­jo­ne gar­ni­tu­ry i równo usta­wio­ne buty.

Usły­szał pu­ka­nie do po­ko­ju.

„Szyb­cy są” – po­my­ślał i od razu otwo­rzył.

– Pań­ska ko­la­cja sir, ri­sot­to, śli­ma­ki i bom­bo­wa nie­spo­dzian­ka. – Wszedł kel­ner pcha­ją­cy wózek z ko­la­cją, a za nim jakiś pan w gar­ni­tu­rze.

– A pan to kto? – za­py­tał się je­go­mo­ścia w ga­je­rze.

Ten się w ogóle nie zdzi­wił, co było dziw­ne samo w sobie, nie­mniej jed­nak od­po­wie­dział uslu­znie po wyj­ściu kel­ne­ra:

– Pań­ski se­kre­tarz, pro­sił pan o in­for­ma­cje na temat spo­tkań w przy­szłym ty­go­dniu

– Zo­stań… pa­lan­cie. – Nie wia­do­mo skąd wzię­ło mu się to słów­ko, ale po­czuł nie­od­par­tą chęć, żeby je po­wie­dzieć i spraw­dzić jak tam­ten za­re­agu­je.

Se­kre­tarz nawet nie wzru­szył po­wie­ką, wi­docz­nie był przy­zwy­cza­jo­ny do wy­zwisk i na­pa­dów wście­kło­ści swo­je­go szefa.

Miło było mieć wła­dzę.

– W po­nie­dzia­łek jest ze­bra­nie rady nad­zor­czej, we wto­rek bę­dzie­my zwie­dzać fa­bry­kę w Sa­int-Na­zar­re i oglą­dać ma­kie­ty wnętrz, w środę ma pan spo­tka­nie z prze­wod­ni­czą­cym rady eu­ro­pej­skiej. Po­zwo­li­łem sobie przy­go­to­wać stresz­cze­nie ra­por­tu kwar­tal­ne­go i tezy, które będą tam oma­wia­ne.

Pod­niósł po­zio­mo rękę i po­ka­zał pio­no­wo opusz­czo­nym pal­ca­mi wy­py­cha­ją­cy gest:

– Zo­staw i spa­daj.

Tam­ten wy­szedł, a on wes­tchnął cięż­ko.

Miał wra­że­nie, że coś jest nie tak, ale nie wie­dział co.

***

Ze­bra­nie rady było rze­czy­wi­ście nie­zwy­kle nudne. Ra­por­ty, ra­por­ty, ra­por­ty i masa pu­stych słów o opty­ma­li­za­cjach, cię­ciu kosz­tów i efek­tyw­no­ści, a wszyst­ko pod­la­ne kor­po­ra­cyj­ny­mi za­gryw­ka­mi o wła­dzę.

Nie miał do tego głowy i wraz z in­ny­mi za­twier­dzał de­cy­zje, które po­dej­mo­wa­li inni. Ro­dza­je śru­bek. Oszczęd­ność ma­te­ria­łu na wloty po­wie­trza do kli­ma­ty­za­cji. Wzór ma­te­ria­łu na tyły fo­te­li. Gru­bość bla­chy na skrzy­dłach. Wiel­kość schow­ków. I ty­sią­ce in­nych rze­czy…

To było mę­czą­ce i wkur­wia­ja­ce, do tego do­szedł lunch biz­ne­so­wy, gdzie trze­ba było chwa­lić każ­de­go głup­ka i każdą rasz­plę, która my­śla­ła, że jest pięk­niej­sza od in­nych.

Nie­któ­rzy z panów byli nawet przy­stoj­ni, ale jak na złość nie miał siły, żeby za­pro­po­no­wać im drin­ka.

Cie­szył się za to na myśl o wi­zy­cie w Sa­int-Na­za­ire, gdzie cze­ka­ła na niego ma­kie­ta ka­bi­ny A300.

Miał się tam udać w nocy małym pry­wat­nym od­rzu­tow­cem.

Nie lubił ta­kich ma­szyn. Były luk­su­so­we, ale rzu­ca­ły przy tur­bu­len­cjach i w środ­ku było w nich sto­sun­ko­wo cia­sno.

Je­dy­ny­mi plu­sa­mi ta­kie­go trans­por­tu była szyb­kość i to, że nie mu­siał cze­kać w żad­nych ko­lej­kach, uwiel­biał rów­nież po­sił­ki, które mógł za­mó­wić sto­sow­nie do swo­ich za­chcia­nek.

Tym razem za­ży­czył sobie wy­sma­żo­ne­go steku z ar­gen­tyń­skiej wo­ło­wi­ny, fran­cu­skich fry­tek, szpa­ra­gów i naj­lep­sze­go cydru, ale tego ła­god­ne­go, a nie brut. To był dziw­ny wybór, ale ostat­nio nie lubił zbyt­nio szam­pa­na, białe wino też się prze­pi­ło i tylko tani napój z ja­błek dawał przy­jem­ność ja­kiej teraz po­trze­bo­wał.

Po zje­dze­niu po­sił­ku prze­szedł na tył sa­mo­lo­tu, gdzie za­in­sta­lo­wa­ne było wspa­nia­łe łoże i znaj­do­wa­ła się mini ła­zien­ka z prysz­ni­cem.

To było ide­al­ne miej­sce na od­po­czy­nek i re­laks i za­wsze wie­dział, że rów­nież inni pre­ze­si upra­wia­li tam mi­ło­sne za­pa­sy.

Po­ło­żył się na łóżku w ubra­niu i coś czy­tał, a sen przy­szedł nie­po­strze­że­nie…

Obu­dzi­ło go gło­śne pu­ka­nie do drzwi.

Po­czuł, że ko­łu­ją…

– Pro­szę pana, je­ste­śmy na miej­scu – usły­szał przez drzwi.

– Dzię­ku­ję Me­la­nie – od­po­wie­dział i po ogar­nię­ciu ubio­ru wy­szedł do nie­na­gan­nie ubra­nej dziew­czy­ny, która za­wsze sta­ra­ła się za­spo­ka­jać wszyst­kie jego za­chcian­ki.

Pod sa­mo­lo­tem cze­ka­ła na niego jego ulu­bio­na li­mu­zy­na, czyli Rolls-Roy­ce rocz­nik pięć­dzie­siąt dzie­więć, którą zo­stał za­wie­zio­ny do ho­te­lu, a na­stęp­nie po śnia­da­niu do fa­bry­ki.

W samej fa­bry­ce po­czuł się o wiele le­piej i o wiele go­rzej. Ka­bi­na była prze­pięk­na, ale miał w niej swego ro­dza­ju déjà-vu. Za­czę­ło się ono, gdy usiadł w miej­scu 21D. Wy­da­wa­ło mu się, że kie­dyś to już robił, poza tym do­kład­nie wtedy w ma­kie­cie do­strzegł kilka głu­pich błę­dów:

– Przy­cisk do otwie­ra­nia po­wi­nien być bar­dziej pła­ski, żeby ko­bie­ty nie ła­ma­ły sobie pa­znok­ci.

– Tutaj trze­ba dodać osło­nę, ina­czej ba­ga­że będą bru­dzi­ły się sma­rem.

Re­fe­ro­wał ko­lej­ne de­ta­le, a in­ży­nie­ro­wie od wzor­nic­twa byli pod wiel­kim wra­że­niem. Wi­dział to po ich twa­rzach i spra­wia­ło mu to wiel­ką fraj­dę, nie wie­dział, że jeden z nich Jony Ive tak opi­sze ten mo­ment po la­tach:

„Za­cho­wy­wał się zu­peł­nie jakby tam kie­dyś już był”.  

Trwa­ło to dwie go­dzi­ny, w końcu udał się na wie­czor­ny luk­su­so­wy obiad i z po­wro­tem do sa­mo­lo­tu.

– Dobry wie­czór Me­la­nie, czy mia­łaś dobry dzień?

Cze­ka­ła przed wej­ściem, po tym py­ta­niu spoj­rza­ła się i od­po­wie­dzia­ła z sze­ro­kim uśmie­chem:

– Dzię­ku­ję, jak naj­bar­dziej, a pan?

– Do­sko­na­ły, do­sko­na­ły, mam ocho­tę na deser. – Spoj­rzał się zna­czą­co.

– Jak naj­bar­dziej.

Dziew­czy­na za­mknę­ła za nim drzwi sa­mo­lo­tu, za­mknę­ła rów­nież drzwi do ka­bi­ny pi­lo­tów i scho­wa­ła się za czar­ną ko­ta­rą, którą od­dzie­li­ła przód od resz­ty ka­bi­ny.

Usiadł, za­piął pas i cze­kał na start. Wi­dział przez okno, że stoją w ko­lej­ce, dla­te­go się­gnął do gazet, które le­ża­ły przy­go­to­wa­ne na sto­li­ku.

Wszyst­kie zgod­nie z jego ży­cze­niem:

New York Times.

Scien­ce.

Bu­si­ness Jo­ur­nal.

Po­my­ślał, że naj­le­piej bę­dzie za­cząć od cze­goś mą­dre­go i dla­te­go wziął Scien­ce.

Dużo z ar­ty­ku­łów było nud­nych i na­pi­sa­nych tylko dla ja­jo­gło­wych, za­in­te­re­so­wał go je­dy­nie ten o nie­skoń­czo­nej ilo­ści świa­tów rów­no­le­głych.

– Co za nie­do­rzecz­na teo­ria, a do tego jakie mar­no­traw­stwo – po­my­ślał znie­sma­czo­ny.

Nie za­uwa­żył nawet kiedy wy­star­to­wa­li, z roz­wa­żań wy­rwa­ła go do­pie­ro Me­la­nie, która po­ja­wi­ła się w stro­ju nie­grzecz­nej uczen­ni­cy.

– Od czego za­cząć panie pre­ze­sie?

– Cydr, cydr i jesz­cze raz cydr.

Po­szła zro­bić drin­ki.

Ledwo znik­nę­ła, w ka­bi­nie roz­legł się alarm, a sa­mo­lot za­czął się trząść.

– Pasy – krzyk­nął przez in­ter­kom de­ner­wo­wa­ny pilot.

Pre­zes zdą­żył tylko do­piąć sprzącz­kę, gdy ma­szy­na za­czę­ła pi­ko­wać ku ziemi.

Sko­czył mu puls.

Wszyst­ko w ka­bi­nie za­czę­ło się zsu­wać, sły­szał krzy­ki Me­la­nie i wrza­ski pi­lo­tów, a do tego nie­sa­mo­wi­ty huk sil­ni­ków, które pra­co­wa­ły szyb­ciej niż kie­dy­kol­wiek.

Czuł, że zaraz zgi­nie.

I wtedy zda­rzył się cud.

Przed ocza­mi miał li­te­ry. Mru­gał ocza­mi, a li­te­ry nie zni­ka­ły i za­czę­ły ukła­dać się w napis:

„Nie bój się. Od­dy­chaj. Prze­ży­jesz. Sa­ni­tas cię ura­tu­je.”

Sa­ni­tas. Sa­ni­tas.

Coś za­czął ko­ja­rzyć. To ci od obo­wiąz­ko­we­go ubez­pie­cze­nia. Wie­dział, że kie­dyś kazał wy­ku­pić se­kre­tar­ce wszyst­kie moż­li­we opcje, w tym te eks­pe­ry­men­tal­ne, wie­dział też, że mie­rzy­li i wa­ży­li go na wszel­kie moż­li­we spo­so­by.

Nagle ogar­nę­ło go strasz­ne prze­czu­cie. Za­czął po­dej­rze­wać, że coś z nim zro­bi­li. Wściekł się.

– Ban­dy­ci, mor­der­cy, ban­dy­ci!!! – wrzesz­czał nie wia­do­mo do kogo ści­ska­jąc rę­ka­mi po­ręcz fo­te­la.

Sa­mo­lot spadł do­kład­nie ty­dzień po tym, gdy DC3 wy­lą­do­wał w Zu­ry­chu.

***

Tech­ni­cy spoj­rze­li po sobie. Na­no­bo­ty w gło­wie ich klien­ta prze­sta­ły dzia­łać.

Skoń­czy­li zgry­wać na­gra­nie z głowy ich klien­ta i wie­dzie­li, że czeka ich szu­ka­nie ko­lej­ne­go kan­dy­da­ta.

Za­czę­li ru­ty­no­wo prze­glą­dać za­pi­sy i w pew­nym mo­men­cie prze­ży­li szok.

Ich klient roz­wa­żał zmia­nę ubez­pie­czy­cie­la na Con­cor­dię i mógł stra­cić swoją pracę, a gdyby ją stra­cił, to na pewno nie mógł­by pła­cić za ich usłu­gi.

To mu­sia­ło być prze­ka­za­ne do ich prze­ło­żo­ne­go, który we­dług pro­ce­du­ry miał go­dzi­nę na pod­je­cie de­cy­zji co z tym dalej zro­bić. Nie ich dział­ka, oni tylko wy­ko­ny­wa­li roz­ka­zy i ro­bi­li co do nich na­le­ży…

Tech­ni­cy nie wie­dzie­li, że w pro­ce­du­rach ich firmy zna­le­zio­no drob­ne błędy, który po­wo­do­wa­ły po­zo­sta­wie­nie otwar­tych drzwi mię­dzy wie­lo­ma wszech­świa­ta­mi na raz. Mogło to pro­wa­dzić do pro­ble­mów, mózgi ludz­kie nie są bo­wiem przy­sto­so­wa­ne do za­pi­sy­wa­nia nie­skoń­czo­nej ilo­ści wspo­mnień… jak nie­któ­re pen­dri­ve z Al­le­gro.

A do tego na zna­le­zie­nie ko­lej­ne­go kan­dy­da­ta mieli tylko ty­dzień, po tym cza­sie za­pi­sa­ne wspo­mnie­nia i oso­bo­wość za­czy­na­ły się zwy­czaj­nie roz­my­wać.

***

– Czy to praw­da, że sa­mo­lot pre­ze­sa spadł w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach?

– Mają pań­stwo błęd­ne in­for­ma­cje. Sa­mo­lot wy­lą­do­wał awa­ryj­nie, uległ nie­wiel­kim uszko­dze­niom, ale wszy­scy oczy­wi­ście prze­ży­li.

– Nie­któ­re źró­dła mówią, że nie do­pusz­czo­no ni­ko­go na teren ka­ta­stro­fy. Co pań­stwo chcą ukryć?

Se­kre­tarz wzru­szył tylko ra­mio­na­mi i po­wie­dział:

– Mo­że­my tylko po­łą­czyć się ze szpi­ta­lem i po­ka­zać pań­stwu pre­ze­sa.

Za jego ple­ca­mi widać było ekran, na któ­rym po chwi­li rze­czy­wi­ście po­ka­za­no luk­su­so­wy apar­ta­ment i sie­dzą­ce­go na nim męż­czy­znę, który miał czę­ścio­wo za­ban­da­żo­wa­ną twarz.

– Dzień dobry panie pre­ze­sie.

– Dzień dobry John. – Męż­czy­zna po­wie­dział to sła­bym i wy­raź­nie zmie­nio­nym gło­sem.

– Jak się pan czuje?

– Z go­dzi­ny na go­dzi­nę coraz le­piej, dzię­ku­ję.

Dzien­ni­ka­rze chcie­li zadać ja­kieś py­ta­nia, ale zo­sta­li uci­sze­ni.

– Panie i pa­no­wie, pro­si­my nie mę­czyć cho­re­go, resz­tę pytań pro­szę prze­słać na maila…

***

W innym wszech­świe­cie le­ka­rze spoj­rze­li po sobie, ale nic nie po­wie­dzie­li.

Pa­sa­że­ro­wie lotu MH370 jesz­cze nie do­szli do sie­bie i ba­da­nia wy­raź­nie wska­zy­wa­ły na za­tru­cie spa­li­na­mi.

To był ko­lej­ny taki przy­pa­dek, gdy no­wo­cze­sny od­rzu­to­wiec mu­siał lą­do­wać na au­to­pi­lo­cie i wszyst­kich trze­ba było ho­spi­ta­li­zo­wać.

Ten przy­pa­dek róż­nił się od in­nych tym, że jeden z pa­sa­że­rów znik­nął. Po­li­cja pro­wa­dzi­ła w tej spra­wie śledz­two, ale utknę­ło w mar­twym punk­cie i nic nie wska­zy­wa­ło na moż­li­wość jego za­koń­cze­nia.

Z me­dycz­ne­go punk­tu wi­dze­nia naj­cie­kaw­szy był przy­pa­dek pa­sa­żer­ki z miej­sca 21D, która opo­wia­da­ła nie­stwo­rzo­ne hi­sto­rie o dziw­nych świa­tłach i za­bie­gach jakie na niej ro­bio­no.  

Ko­bie­ta była wy­bit­nym fi­zy­kiem i rów­no­cze­śnie pi­sa­rzem i wy­ka­zy­wa­ła wy­raź­ne ob­ja­wy schi­zo­fre­nii, zaś jej do­le­gli­wo­ści za­czę­ły się ujaw­niać do­kład­nie ty­dzień po locie sa­mo­lo­tem Air­bu­sa…

Nie­któ­rzy zwo­len­ni­cy teo­rii spi­sko­wych za­czę­li wtedy wie­rzyć, że MH370 spo­tkał UFO…

Koniec

Komentarze

Nie, no sorry, za dużo tych absurdów. Banknoty euro w roku 1970? DC3 w latach 70. na liniach europejskich? Samolot który nawet w PLL LOT-u wyszedł z użycia już w roku 1959?

Nawet we wszechświatach równoległych to nie przejdzie.

Już nie mówiąc o genetycznie nietożsamych “sobowtórach”, u których można transferować jażń w powietrzu.

Sorki, nie kupuję tego. Klonowanie, nawet z wydłużeniem telomerów znacznie tańsze, dyskretniejsze i pewniejsze. Nawet dziś;), bo na myszach już to działa.

Pomysł, owszem, jakiś był, ale jego sens zatarł się, przytłoczony, tradycyjnie już w Twoim przypadku, fatalnym i wyjątkowo niechlujnym wykonaniem. Cóż, nie potrafię skupić się na treści, jeśli co rusz potykam się na błędach, usterkach, źle skonstruowanych zdaniach, że o zlekceważonej interpunkcji nie wspomnę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest jakiś pomysł, ale dobrze by mu zrobiło spokojniejsze wyjaśnienie. Pogubiłam się w licznych postaciach bohatera i rodzajach samolotów.

Zastanawiam się, czy w latach siedemdziesiątych już były kardy kredytowe. W którymś wszechświecie pewnie tak, ale żadnego nie pokazujesz porządnie.

Z wykonaniem masz te same problemy, co w poprzednich tekstach. Jak już wstawiasz kilka naraz, to dbaj o nie i poprawiaj byki, a nie każesz wszystkim w kółko potykać się o te same babole.

w której znalazł kilkanaście papierowych Euro i Franków,

Dlaczego dużymi literami? Frankowie to takie plemię…

Tamten milczał, a po chwili zaaplikował mu jakiś środek.  

Nie wiedział co to było, ale w kilka minut powoli przyszło otępienie.  

Co jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego tamten? Jeszcze wychodzi, że lekarz zaaplikował pacjentowi jakiś środek i sam nie wiedział, co to, Mengele jeden…

Babska logika rządzi!

Jak przy pierwszym i drugim opowiadaniu – pomysł masz, ale wykonanie sprawia, że przeprawa przez niego to istna mordęga. Powtarzać się więc nie będę.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Mnie się podobało :)

Przynoszę radość :)

Dziękuję wszystkim za uwagi – tekst jest już w wersji v1.1, planuję również kolejne zmiany :)

 

PS. W świecie równoległym wszystko jest możliwe.

Powyższe opowiadanie w ulepszonej wersji ukazało się w grudniu 2019 w zbiorku "A miało być tak pięknie" (dostępny pod adresem https://ridero.eu/pl/books/a_mialo_byc_tak_pieknie/ – ebook bezpłatnie, wersja drukowana odpłatnie).

Jeżeli chodzi o osoby z tego portalu, to bardzo dziękuję za pomoc szczególnie Finkli, regulatorom (zapis z małej litery w formie oryginalnej) i NoWhereManowi (pozostałym oczywiście również, natomiast ta trójka była najbardziej aktywna i wytrwała w pokazywaniu mi błędów i niedoróbek w mojej wcześniejszej twórczości).

Nowa Fantastyka