- Opowiadanie: kaziu_13 - Zerwane klepsydry

Zerwane klepsydry

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Zerwane klepsydry

Z głębokim żalem zawiadamiamy, iż 12 kwietnia 1867 roku w wieku 93 lat opuściła nas zaopatrzona darami Ducha Świętego ukochana Matka, Babcia i Żona, śp. Bożena Trzcik. Nabożeństwo…

Na drewnianej tablicy zawisła trupioblada podobizna staruszki o grdyce wielkości jabłka.

Pogrążeni w smutku zawiadamiamy, iż 12 kwietnia 1867 roku zmarł w wieku 40 lat ukochany Mąż, śp. Adam Więcek. Nabożeństwo..

Żaden ukochany mąż nie ginie jako czterdziestolatek, pomyślał pan Bogusław, przebijając gwoździem wytatuowaną twarz.

Ze smutkiem oznajmiamy, iż 12 kwietnia 1867 roku zmarła Małgorzata Bauersdorf.

Tutaj pan Bogusław zatrzymał się na chwilę. Ponownie przebiegł wzrokiem treść klepsydry; żadnej wzmianki o wieku zmarłej, nawet o nabożeństwie ani słowa. Nie był to przypadek bezprecedensowy – niekiedy zdarzało się, że nie miał kto z rodziny opłacić nabożeństwa, ponieważ takowa rodzina nie istniała. Podobne farsy zwykle kończyły się lichym pogrzebem tudzież oburzeniem garstki przyjaciół, jeśli ta zdążyła do tego czasu wytrzeźwieć.

Toteż brak nabożeństwa był rzeczą nie tyle pospolitą, co występującą. Zawsze jednak w nekrologu uwzględniano wiek denata. Niepodobna drukować klepsydry, nie zawarłszy w niej wieku. Nie przystoi, po prostu nie przystoi, pomyślał pan Bogusław, gapiąc się na wybrakowany papier. Oczy pani Małgorzaty spoglądały nań nie­­widzącym wzrokiem, jakby sama nie wiedziała, czy i kiedy odeszła na boskie łono.

Nie miał najmniejszego pojęcia o tym, z jakiego powodu pomijano wiek zmarłego; wiedział jednak doskonale, w czyje ręce trafiają owe pomyłki i myśl o tym napawała go zgrozą wielką ponad wszelkie wyobrażenie. Młoteczek chwiał się wtedy, a zszargane nerwy wodziły rej.

Owego dnia, po nocy odespanej dzięki naparowi z melisy, roztrzęsione ręce pana Bogusława ożyły własnym życiem i na wskroś przebiły treść klepsydry. Pech chciał, iż wylądowały w miejscu niepożądanym, bowiem oto jak teraz przedstawiał się tekst:

Ze sutkiem oznajmiamy, iż 12 kwietnia 1867 roku zmarła Małgorzata Bauersdorf.

 – Niech mnie ciemność pochłonie – sklął się pan Bogusław. 

Zza załomu tunelu wystrzeliły pierwsze promienie brzasku, rozganiając ciemność i rzucając łagodne światło na oblepione ptasimi odchodami trotuary. Żarliwe nadzieje pana Bogusława zagasły – jak powszechnie wiadomo, świat nieustannie spiskuje przeciwko ciężko zapracowanym, zaspanym mężczyznom.

Pozostała zawartość torby niebawem wylądowała na tablicy i informacje o denatach trafiły do wiadomości publicznej. Każdy przechodzień mógł teraz zorientować się w zeszłotygodniowych zgonach. Trzeba przyznać, że przedstawiały się one imponująco; dwunasty kwietnia zebrał obfite żniwo. Gdy pan Bogusław ogarnął wzrokiem tablicę, zobaczył, iż była wypełniona po brzegi.

Z rękami podpartymi na biodrach, w złocistej aurze wschodzącego słońca, dumny przedstawiciel klasy robotniczej podziwiał swoje dzieło. Świadomość, iż każdą klepsydrę przybił własnymi rękoma, krzepiła jego ociężałego ducha. Na twarz pana Bogusława, powoli i z uporem, niczym ślimak wystawiający głowę zza muszli, wypełzł krystaliczny, proletariacki przebłysk szczęścia, który miał zostać nieuchronnie starty w nadchodzących sekundach.

Przed przekrwionymi oczami pana Bogusława niczym rześki poranny powiew przemknęła dwójka dzieci, bezczelnie zrywając z tablicy klepsydrę pani Małgorzaty Bauersdorf i umykając w stronę słońca.

*

Rodzeństwo z Warskiej prześladowało go już jakiś czas. Szczególnie interesowały ich figury nieodżałowanych nieboszczyków pokroju Małgorzaty Bauersdorf – zmarli znikali w zawrotnym tempie, niesieni niespożytkowanym wigorem młodych ciał. Dzieciaki nie okazywały przy tym ani krzty szacunku do karkołomnej pracy, co każdego przyprawiłoby o białą gorączkę. Jakiekolwiek próby nawiązania kontaktu również spełzały na niczym – rodzeństwo z Warskiej nosiło się jak dwa dujące Tobie, czytelniku, w twarz zefirki.

Ich aparycja przejmowała strachem nawet pana Bogusława, którego samego urodą obdarowano jak na lekarstwo. Dziewczynka miała rozjechane oczy, z czego jedno opuchnięte do tego stopnia, iż spozierało zza powieki niczym zza szpary w drzwiach, schowane w nieprzejednanym mroku. Pan Bogusław truchlał na spotkanie owego spojrzenia – czasami, gdy zdobył się na odwagę, przyglądał się uważnie temu oku i nie mógł się oprzeć wrażeniu, że gdyby zdołał je rozewrzeć, ujrzałby coś, co w żadnym ujęciu nie przypominałoby gałki ocznej.

Twarz chłopaka była obliczem kloszarda, i to nie jednego, lecz każdego; agregatem do tego stopnia doskonałym w swych niedoskonałościach, iż wymyślenie czegokolwiek, aby przydać jej marności, wymagałoby nieludzkiej, absolutnie koszmarnej mocy twórczej. Jeśli jednak rzeczywiście tak przedstawiała się biedota, to pan Bogusław zarzekłby się na wszystkich zmarłych, którzy przeszli mu przez ręce, że tak radosnego a zmizerowanego osobnika nigdy życiu nie spotkał. Męska połowa rodzeństwa z Warskiej przemierzała ulice w podskokach, śpiewając jak skowronek i w międzyczasie podkradając bochny chleba z mijanych piekarni. Zaiste, braciszek był upierzoną pięknie sroką, która uparcie przypominała o swoim istnieniu.

*

Sytuacja powtórzyła się następnego tygodnia. Jako pierwszy zastał przy pracy pana Bogusława brzask; tuż po nim rodzeństwo z Warskiej. Jednego dnia przychodził brat, drugiego siostra – i tak na zmianę. Pan Bogusław nie miał jednakże najmniejszych wątpliwości co do tego, iż działali w komitywie.

Połatane portki przemknęły przed tablicą. Chuda ręka sięgnęła ku wybranej tajemniczym sposobem klepsydrze (w takim pędzie żaden człowiek nie byłby w stanie rozczytać tekstu); nie dopięła wszakże swego – na kościstym przegubie zamknęła się potężna, niedźwiedzia dłoń.

– Nie macie szacunku do zmarłych – oświadczył basowym tonem pan Bogusław, jakby szacunek do zmarłych był rzeczą równie obowiązkową co posiadanie dowodu tożsamości.

– A wy macie? – wypalił chłopak, próbując wyswobodzić się z uścisku.

Wy? Jacy "wy"?, pomyślał stropiony pan Bogusław.

– Jeśli jeszcze raz was tu zobaczę – postarał się, aby każde następne słowo wybrzmiało dobitnie – porachuję kości…

W tymże momencie odbite od pewnego felernego okna światło  poraziło oczy pana Bogusława, tak że odruchowo zasłonił je ręką, dając chłopcu pole do ucieczki, z którego ten nie omieszkał skorzystać.

– Porachuję kości, słyszysz?! – zawołał rozgorączkowany mężczyzna w ślad za trzepoczącą klepsydrą Ferdynanda Jelczewskiego.

*

W porozumieniu z przełożonym pan Bogusław postanowił zmienić godziny pracy; teraz klepsydry roznosić będzie w nocy. Wiedział, że nie powstrzyma to małoletnich hycli, ale przynajmniej zapewni mu podstawowe prawo do spokoju ducha, które bezsenność niepowstrzymanie negowała.

Wybył tak więc na miasto o północy z lampą naftową przytroczoną do pasa. Z ulgą wciągnął w płuca rześkie powietrze; nie wadziła mu nawet chłodna temperatura, mimo że nie narzucił na siebie niczego wyjąwszy prostą koszulę, kaszkiet, spodnie, skarpety i grube buciory. Na tę chwilę cieszył się ze wszystkiego, co nie zmuszało go do powrotu do łóżka.

Podążał szlakiem wysokich latarni gazowych na jednej z odnóg głównej alei. Od czasu do czasu mijali go mieszkańcy, o tej porze zgoła nieliczni; promieniejący urodą młodzieńcy w paltotach, strojne damy w wieczorowych rękawiczkach – trafiła się nawet jedna starsza para. Z wszystkimi bez wyjątku wymienił się pozdrowieniami. Nie do wiary, pomyślał pan Bogusław, jak noc zacieśnia poczucie wspólnoty z obcymi ludźmi.

Sprężystym krokiem dotarł w końcu do przejścia, przy którym stała tablica. Z jego ust wydobył się niemy krzyk.

Na tle plamy świetlnej u wylotu uliczki odrzynały się dwa dziecięcych rozmiarów cienie, konspirujące cichutko pod kopulastym sklepieniem.

– Ten ma krewnych, będzie mu tu… Ach! Przybył!

– Klepsydrarz! – pisnęła podniecona dziewczyna.

Pan Bogusław odpiął lampę od pasa i ostrożnie wyciągnął ją przed siebie. Poświata filującego płomienia wyciągnęła z ciemności dwie małe istotki. O ile za dnia umorusane twarze wzbudzały pobłażliwość, o tyle po zmroku przedstawiały się nad wyraz upiornie.

– Co tu robicie? – zapytał pan Bogusław głosem, którzy w zamierzeniu rozbrzmieć miał spiżowo, lecz w efekcie okazał się słabiutki.

– Opiekujemy się tymi, o których nikt już nie pamięta – skonstatował chłopaczyna, jakby zrywanie klepsydr pogrzebowych w środku nocy było rytuałem równie powszednim co poranna toaleta. Nie zaszczycił rozmówcy spojrzeniem.

– Dzieciaki w waszym wieku nie powinny przebywać o tej porze w mieście.

– Ha! Gdyby tylko znał pan nasz prawdziwy wiek… – Braciszek buchnął śmiechem w nader dojrzałej manierze; nie piskliwie, bynajmniej nie impulsywnie, lecz z dezynwolturą stałego bywalca bankietów, i to w dodatku nie byle jakich. – Czuję się jednak zobowiązany przyznać panu rację – faktycznie, powinniśmy w tym momencie przebywać z dala od miasta…

– Daleko, jak daleko! – zaskrzeczała połowica; gdy rechot trząsł jej malutkim ciałem, pan Bogusław przecierał oczy; uświadomił sobie bowiem, że para hycli z Warskiej rzuca cienie nie większe od łyżeczki do herbaty. – Widzisz, jacy wielcy jesteśmy? – Dziewczyna postąpiła krok w jego stronę. – Tacy wielcy, tacy wielcy! A ty taki malutki, taki malutki… – Było także coś fantasmagorycznego w sposobie, w jaki cienie kładły się na jej twarzy, sugerując układ rys zupełnie odmienny od tego, za jakim przemawiało światło.

Niewiele jednak zastanawiał się nad tym pan Bogusław; utwierdzony w przekonaniu, iż umysł płata mu figle, wybuchnął niepohamowaną złością. Jego korpulentny tors nadął się, a zarośnięta twarz poczerwieniała; od niedźwiedzia dzielił go ino brak kłów.

– Niszczycie moją pracę – sapnął.

– Wykonujemy swoją, pozwolę sobie sprecyzować. Wiem, że panu zawadzamy, ale musi być pan świadom tego, iż sfera spokoju człowieka skrupulatnego jest wiecznie osaczona. Pan zaś, drogi panie Bogusławie, jest najskrupulatniejszym spośród najskrupulatniejszych.

– Najskrupulatniejszym!

– Kradnięcie zmarłych jest śmiertelnie karalne.

– Śmierć, muszę pana poinformować, nie ma prawa egzystencji w czasach współczesnych, w społeczeństwie, które lubuje się w wywoływaniu, opłakiwaniu i rozpamiętywaniu tragedii. Dopóki owi rzekomi zmarli wzywani będą przed ekran, na uroczystości państwowe i do poobiednich dyskusji, dopóty nie zaznają odpoczynku. Są jednak dusze, o których nie pamięta nikt. Im przysługuje prawo natychmiastowego sądu. To my je zbieramy i transportujemy.

– Chcesz je zobaczyć? – Dziewczyna nachyliła się ku panu Bogusławowi, chichocząc cichutko pod nosem. W jej twarzy zobaczył pomarszczoną dziesięciolatkę.

–  Nie chcę już nic widzieć!

W sercu miejskich pomroczni nikt nie zauważył, kiedy ani z jaką wprawą (skądinąd zmuszającą do zastanowienia) pan Bogusław zarzucił sobie na ramię małą dziewczynkę. Gdyby dotarł tak do głównej alei, bez wątpienia wywołałby niemały skandal.

– Patrz! Patrz! – wydzierała się. Wbrew własnej woli spojrzał, a zobaczywszy, krzyknął rozdzierająco.

Opuchnięte oko zapadło się. Jego zawartość w postaci nieregularnej kuli cudownie znalazła się w ręku dziewczynki, obleczona księżycowym atłasem.

– Przecież to czyste szkło – wycedził pan Bogusław. W obliczu fantastycznych wydarzeń owej nocy wydało mu się nierealne. – Komedia! – parsknął.

– Żadna komedia! Przyjrzyj się! To pułapka na dusze! – zaskrzeczała sierota.

Nie uszli ledwo pięciu kroków w stronę alei, zaraz naskoczył na pana Bogusława braciszek, który mimo lichej sylwetki krzepy posiadał co niemiara – w zahartowanych włóczęgą muskułach kryły się pokłady sił zdolne w razie konieczności powalić byka, a że panu Bogusławowi bliżej było do człowieka niż do byka, tedy zachwiał się i całym ciężarem swojego cielska umyślnie huknął o ścianę. Przez uliczkę przetoczył się chrupot łamanych kości. Ciało chłopca z Warskiej odkleiło się od spoconego karczyska i gruchnęło o ziemię.

– Komedia, taka komedia… – wyszeptała dziewczynka, patrząc na zmiażdżone zwłoki braciszka.

Oddychający ciężko waligóra odstawił ją na ziemię, zupełnie niezafrasowany tym, iż przed chwilą zabił dziecko. Wyszarpał szklaną kulę z malutkiej dłoni.

– Nie dbam o to, kim lub czym jesteście ani z jakiej materii utkani. Wobec mojej pracy każdy jest równy. – Pan Bogusław zamachnął się.

Zwierzęcy pisk, który wybrzmiał chwilę później, doleciał do nieba, zatrząsł gwiazdami, a następnie rozprysnął się w ciemności.

Koniec

Komentarze

Przykro mi to mówić, Kaziu, ale nie bardzo wiem, o co chodzi w Twoim opowiadaniu. Nie dopatrzyłam się tutaj zapowiedzianego horroru, nie zauważyłam grozy ani magii, a i demony jakieś takie dziwne. Dostrzegłam natomiast wielki chaos i wykonanie pozostawiające bardzo wiele do życzenia, no ale skoro zadeklarowałeś, że to tekst grafomański, to i błędów wytykać nie będę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ponieważ jestem pies na XIX wiek, zajrzałam i przeczytałam. I podobnie jak Reg nie mam pojęcia, o czym właściwie chciałeś napisać i na dodatek po co ci ten 1867 rok.

Z realiami w rodzaju oświetlenia gazowego nie jest tragicznie, wielkich anachronizmów nie znalazłam, ale też realia dziewiętnastowieczne nie grają tak naprawdę istotnej roli.

 

Kilka kiksów jednak się znalazło.

Przede wszystkim element kluczowy: nekrologi nie zawierały zdjęć. W 1867 roku mało które, jeśli w ogóle jakiekolwiek gazety drukowały fotografie, jeżeli już, to ryciny, a co dopiero nekrologi. W początkach wieku umieszczano symboliczne ryciny, w połowie – raczej żadnych ozdobników. Natomiast teksty tych ostatnich były w XIX wieku zazwyczaj znacznie bardziej kwieciste niż dziś, a tego akurat nie uwzględniłeś, tylko dałeś je równie lakoniczne jak dzisiejsze.

Dopóki owi rzekomi zmarli wzywani będą przed ekran“ – to jest określenie pasujące do czasów, kiedy istnieje kino, a tego akurat nie ma.

Nie wyobrażam sobie też noszenia lampy naftowej przytroczonej do paska – to ustrojstwa dość pokaźnych rozmiarów, no i kołysanie byłoby raczej niebezpieczne.

Nie jestem ponadto w stanie pojąć, dlaczego akurat “strojne damy w wieczorowych rękawiczkach“ – oczywiście, do wieczorowego stroju były też specjalne rękawiczki, ale w “wieczorowych” strojach nie przechadzano się po ulicy, to jedno, no i rękawiczki nie były głównym wyróżnikiem.

 

Językowo jest też nieszczególnie. Kwiatków w rodzaju “Kradnięcie zmarłych jest śmiertelnie karalne” nie da się zwalić na karb zadeklarowanej grafomanii, ponieważ jest to po prostu niepoprawne sformułowanie.

 

A ogólnie – fabuła do mnie nie trafiła, po prawdzie nie bardzo rozumiem, co w niej chciałeś zawrzeć. Tekst jest do sporego przepracowania, jeśli ma mieć literacki sens.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, nie doszukuj się zgodności z dziewiętnastowiecznymi realiami, na logikę i warsztat też machnij ręką – Autor zaznaczył, że to tekst grafomański. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem… i tyle. Niestety tekst nic mi nie przekazał, chyba że jakąś prawdę o życiu człowieka wieszającego klepsydry. Choć przyznam, że początkowo tajemnicze rodzeństwo mnie zaintrygowało.

Tak więc nie widzę tutaj fajerwerków. Bywa.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ciekawy pomysł na głównego bohatera, problem z dzieciakami jako początek fabuły też może być, ale nie zostało to wszystko rozwinięte w interesującym kierunku. Fabuła wyszła szczątkowa.

Nowa Fantastyka