- Opowiadanie: Dalekopatrzacy - Niepotrzebny świadek

Niepotrzebny świadek

Historia zwykłych ludzi w niezwykłych czasach.

Betowali: Tarnina, staruch – nie wiem jak wyrazić wdzięczność. Zwłaszcza dla Tarniny. Dziękuje.

Pod tekstem zapraszam (jeśli jest ochota) wszystkich do dyskusji na tematy etyczno-moralne, które na etapie betowania były szczególnie gorące i nie znalazły jeszcze jednorodnej oceny. Podobnie jak kwestie związane z technologią.

Będę wdzięczny za każde uwagi dotyczące tekstu.

Dobrej zabawy.

 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Darcon, MrBrightside

Oceny

Niepotrzebny świadek

 

 

Kiedyś myślał, że potrzebuje samotności, że ma dość tego zgiełku, terminów w pracy, ciągłej wymiany informacji, telewizora, smartfona. Marzył o domku położonym na uboczu, leśniczówce, w której mógłby skryć się przed ludźmi i światem. Teraz, pół roku po blackoucie, całkowicie zmienił zdanie w tej sprawie. Diametralnie.

 

*

 

Tyberiusz stał przy opuszczonej stacji benzynowej. Śnieg pokrył równym, białym prześcieradłem całą okolicę. Nie próbował szukać przed nim schronienia. Wyciągnął z kieszeni kurtki mapę drogową Polski i przyglądał się jej uważnie. Planował jeszcze dziś dotrzeć do celu. Jednak droga prowadząca do niego zatarasowana była setkami pordzewiałych aut, czasami całkowicie blokujących ulice, porozrzucanych na drodze walizek, toreb i plecaków pozostawionych przez uciekinierów. Wszystko to, pokryte śniegiem, czyniło tę trasę niebezpieczną i trudną. Na drodze można było spotkać zbieraczy – ludzi trudniących się głównie odzyskiwaniem benzyny z pojazdów – byli niebezpieczni jeśli uznali cię za konkurencję. Cena paliwa rosła z każdym dniem. Po chwili zastanowienia uznał, że najlepszym wyjściem będzie marsz przez las. Do wioski , gdzie znajdowała się biblioteka której szukał, pozostało mu już tylko kilka kilometrów. Zbyt wiele przeszedł, by ryzykować strzelaninę ze zbieraczami tak blisko celu.

Gdy minął tabliczkę z nazwą miejscowości, zobaczył pierwsze domy. Szedł zgodnie z przepisami, lewą stroną jezdni, ręce trzymając opuszczone wzdłuż ciała, tak by osoby, które mogły go obserwować, nabrały przekonania, że nie ma broni ani złych zamiarów. Miał jedno i drugie.

Nikt nie strzelił.

Dobrze.

Wioska niczym nie różniła się od setek innych rozsianych po terytorium byłej Polski: dominowały podniszczone zabudowania, gdzieniegdzie widać było domy jednorodzinne, najczęściej bielone, z dwoma miejscami parkingowymi, niegdyś zadbanymi trawnikami, solidnymi drzwiami dającymi poczucie bezpieczeństwa. Idąc główną ulicą rozglądał się za jakimś, który mógłby zająć. Skupił uwagę na starszych domach, zwykle mniej naszpikowanych niedziałającą elektroniką. Ceglane budynki, jeszcze poniemieckie, były lepiej przystosowane do współczesnych realiów. Ideałem byłby dom z piecem kaflowym, ale takiego od dawna nie widział. Mimo, że wypatrywał usilnie, nie zauważył nigdzie śladów walki, czy pospiesznej ucieczki. W kilku domach, do których zajrzał, nie było porozrzucanych ubrań i mebli – całkiem niedawno ktoś tam jeszcze mieszkał. Zaniepokoił go brak ludzi, czy psów. Wioska była opuszczona. Jakby w jednej chwili wszyscy zniknęli. Nie martwił się tym długo, zdarzenie choć niecodzienne, nie było zbyt niepokojące. Kilka razy już coś takiego widział w przeciągu ostatniego pół roku.

Wszedł do jednego z budynków, na stół położył rzeczy, które wyszabrował kilka domów wcześniej. Puszka tuńczyka i puszka solonych orzeszków. Łup niezbyt bogaty, ale nie szukał zbyt dokładnie. Na pewno jedzenia było znaczenie więcej, tylko lepiej ukryte.

Zjadł szybko, odpoczynek w tym miejscu to nie był dobry pomysł. W każdej chwili mógł wrócić właściciel lub lokator. Wyszedł w poszukiwaniu jakiegoś lokum. Przechodząc przez centrum wsi, zauważył spory, dwupiętrowy, nowoczesny budynek. Podszedł do drzwi, białe litery na czerwonej urzędowej tabliczce głosiły „GMINNY OŚRODEK KULTURY”. Czy mógł znaleźć coś lepszego? Nikt nie będzie tu szukał żywności, a właściciele pewnie już nie wrócą. Żadne struktury polityczno-administracyjne nie istniały od dobrych kilku miesięcy. W budynku było dosyć chłodno. Zlustrował pomieszczenie. Podłogę wyścielały stery papierów, porozbijane monitory i drukarki. Pomiędzy nimi leżały porozbijane doniczki, z których wysypywała się pulchna, czarna ziemia ogrodnicza. Pod ścianą stały szafy z jasnego drewna, z których powyrywano drzwiczki i szuflady a potem złożono w jednym z rogów pokoju. Drogę na piętro zagradzały plastikowe elementy reszty wyposażenia biurowego. Lawirował między meblami, żeby nie narobić hałasu. Na pierwszej kondygnacji znajdowało się kilka pomieszczeń, zauważył migotliwe światło w szparze pod drzwiami, które były podpisane "Biblioteka". Wszedł tam ostrożnie. W środku, plecami do wejścia, siedział mężczyzna. Gdy usłyszał skrzypienie otwieranych drzwi, odwrócił się, rozciągnął w uśmiechu utkane z pajęczyny zmarszczek usta.

– Chciałby pan wypożyczyć jakąś książkę? – spytał flegmatycznie, poprawiając szarą marynarkę, która jeszcze przed zaćmieniem mogła być uznana za przedpotopową.

Przybysz nie odpowiedział, nie był pewny czy uda mu się coś powiedzieć. Od miesiąca z nikim nie rozmawiał. Sięgnął pod kurtkę i wyciągnął zdobycznego Glocka. Trzymając broń przed sobą, zerknął między nowoczesne regały wypełnione książkami, jakby mimochodem spojrzał na dwa okrągłe stoliki, na których leżały popularne czasopisma.

– Co tutaj robisz? Wypożyczasz książki? – spytał starszego mężczyznę, z niedowierzaniem.

– To co widzisz młody człowieku – odpowiedział, przechylając głowę i mrużąc oczy. Wyciągnął dłoń równie pomarszczoną jak twarz i zatoczył nią łuk.

– Mam na imię Tyberiusz.

– Ładne imię. Od tego cesarza? – Gdy nie uzyskał odpowiedzi, wrócił do pytania – Tak, wypożyczam książki i mam na imię Krzysztof.

– Chyba nie masz zbyt wielu czytelników? – Wycelował w bibliotekarza broń.

– Planujesz mnie zabić?

– Może.

Bibliotekarz odwrócił się do niego plecami i wrócił do przerwanej pracy.

– Źle pan trzyma broń – powiedział, pochylając się nad książką.

– Masz tendencje do takich teatralnych gestów? – warknął, marszcząc brwi. – „Palec na języku spustowym kładziemy w momencie świadomego oddania strzału” – zacytował fragment regulaminu.

Starzec zignorował groźbę:

– No, no, mundurowy. Policja, wojsko?

– Co tu się stało? Czemu wioska jest opuszczona?

– Więc policjant. – uśmiechnął się, a gdy przybysz nie zaprzeczył. Kontynuował. – Nie stało się tu nic specjalnego. Miesiąc temu zagnieździła się tu niedaleko banda rzezimieszków, która zaczęła terroryzować osadę – przerwał na chwilę. – Siedmiu wspaniałych nie przybyło. Policja i wojsko też nie. Bandyci na początku zabierali tylko trochę żywności. Potem zaczęli uprowadzać ludzi. Plotkowano, że zabierają ich do pracy.

– Okropna historia.

– Okropna – warknął, wyczuwając drwinę.

– Szukam książki: „Broń czarnoprochowa. Podstawy produkcji i zastosowanie”, znajomy który nieszczęśliwie zginał dwa tygodnie temu, mówił mi, że tutaj ją znajdę. – Spojrzał uważnie na starca.

– Jak zginął ten znajomy?

– Podczas pacyfikacji jednego z miasteczek.

– Straszne, straszne. – Bibliotekarz pokiwał z dezaprobatą głową – ludzie powinni w końcu nauczyć się, żyć bez przemocy.

Tyberiusz zmilczał banał.

– Co z książką?

– Nie mam takiej książki. Możesz sprawdzić jeśli chcesz. – Rozłożył ręce

– Ktoś tu jeszcze mógłby mieć tę książkę? Dobrze zapłacę.

– Nawet jeśli włączył byś prąd, to ci młodzieńcze nie pomogę. Nie mam tej książki, i nie sadzę by ktoś ją miał.

– Dlaczego?

– A kto by coś takiego kupił? – odpowiedział pytaniem.

 

**

 

Po południu przeszedł się po wiosce, zaglądając do niektórych mieszkań w poszukiwaniu cennych leków, jedzenia i książki, po którą przybył. Nie znalazł jej. Może zleceniodawca się pomylił? Może jej już tu dawno nie było. Sprawdzenie wszystkich domów zajmie mu dużo czasu. To niedobrze, bo zapas leków na cukrzycę gwałtownie mu się kurczył. Mimo że mierzenie poziomu glukozy we krwi było już niemożliwe, leczyć się musiał. Na szczęście „Glucophage” nie były specjalnie poszukiwany, więc szabrownicy nie zabierali go z aptek. O dietę diabetyka zadbał świat. W innym domu znalazł mały zapas drewna. W kominku, rozpalił małe ognisko i rozwiesił wokoło niego ubranie. Ciepło paleniska go rozleniwiło. Musiał przysnąć na chwilę. Zgrzyt otwieranych drzwi usłyszał zbyt późno. Półnagi skoczył w kierunku kurtki, gdzie znajdowała się broń. Nie zdążył.

– Stój! Stój kurwa, jeśli chcesz żyć!

Poczuł ulgę, sam już dawno nauczył się zasady: najpierw strzelaj, potem zabieraj lub pytaj. Rzeczy, które miał przy sobie, były bardzo cenne. Skoro nie zginął od razu jego przeciwnikiem był zwykły frajer, dawniej zwany również „dobrym człowiekiem” – obiekt westchnień różnej maści etyków lub zwykłych szuj. Obecnie choroba dobroczłowiecza zabiła więcej ludzi niż równie popularna głupota. W tym rachunku głupotą popisał się on a frajerstwem jego gość – statystyka była po stronie Tyberiusza.

Odwrócił się powoli, unosząc demonstracyjnie ręce. Przed nim stała młoda dziewczyna, najwyżej dwudziestoletnia, drobna i szczupła, delikatny lnianoblond kucyk wymykał jej się spod czapki z daszkiem. Ubrana w granatową kurtkę z wyblakłym logo firmy, granatowe znoszone dżinsy i granatowe buty. Całości dopełniał wielki plecak, pod którym ugiąłby się juczny muł. Wycelowała w niego takiego samego Glocka, jakiego miał on w kieszeni kurtki.

– Spokojnie, firendli. – Dostosował swój sposób mówienia do jej wieku..

– Firendli – odpowiedziała nerwowo.

– Nazywam się Tyberiusz, szukałem jedzenia i znalazłem trochę. Chcesz? – zapytał z wyrazem anielskiej niewinności na twarzy..

Niepewnie przytaknęła, wciąż celując w Tyberiusza, który trzymając ręce demonstracyjnie uniesione, podszedł do swojego plecaka. Wzrokiem spytał, czy może je opuścić. Gdy kobieta skinęła potakująco głową, wyciągnął z niego łupy dzisiejszego szabru, w tym bezcenną szynkę konserwową. Położył ją na na jednym z krzeseł. Gestem zaprosił dziewczynę do posiłku.

– A ty jak się nazywasz? – spytał sztucznie swobodnym tonem.

– Magda – odpowiedziała krótko.

Zastanawiał się jak sobie poradzi z otwieraniem puszki i trzymaniem wycelowanej w niego broni. Widząc jej niezdecydowanie, odwrócił się od niej i zbliżył do ognia. Bardziej czuł niż widział, że dziewczyna wciąż trzyma go na muszce, wiec nie była tak do końca głupia. Wciąż nie wiedział, dlaczego po prostu nie zabrała jedzenia i nie poszła sobie Odwrócił się ponownie do niej, milczał przez chwilę.

– Zabij mnie albo co. – Wzruszył ramionami. – Przecież nie będziesz tu tak w nieskończoność stała.

Magda jeszcze przez chwile się wahała, po czym schowała broń i zaczęła łapczywie jeść.

Suszyli ubrania i odpoczywali kilka godzin, prowadząc luźne rozmowy. Magda okazała się sympatyczną byłą studentką informatyki. Kierunek wykształcenia mieścił się w czołówce najbardziej nieprzydatnych we współczesnym świecie. Z rozbrajającą szczerością przyznała, że poszła na uczelnię aby znaleźć męża, na studiach nikt jednak nie szukał żony. Uczyła się w niedalekim mieście, po apokalipsie przedostała się do rodzinnej osady. Opowiedziała o podróży po nieludzkiej ziemi, strachu, samotnych nocach w opuszczonych domach, o bestialstwie, i jeszcze większym bestialstwie. Słuchał z udawaną uwagą i jeszcze bardziej udawanym współczuciem. On sam szybko przywykł do nowego świata, nowych zasad i okrucieństwa. Tłumaczył sobie, że jego dziadowie w czasach wojennych też przywykli do okrucieństwa, a na dokładkę stali się potem bezimiennymi bohaterami podręczników szkolnych. Przyznawał się przed sobą do tego, że nie żałuje poprzedniego świata, że nie tęskni jak większość do „starych dobrych czasów” gdy był prąd, że w tym świecie czuje się jak ryba w wodzie. Opowiedział wiec swojej nowej znajomej naprędce zmyśloną historię, w której był pracownikiem korporacji na stanowisku kierowniczym i zagubionym podróżnikiem szukającym swojej rodziny. Opowiadał zdawkowo i sucho by nie popaść w przesadę i nie wzbudzić jej podejrzliwości. Nie spodziewał się z jej strony większego niebezpieczeństwa, ale nigdy nic nie wiadomo. Skłonność do nerwowych zachowań jest ostatnio powszechna. Mimo to niedoszła informatyk rozluźniła się trochę.

Pijackie wrzaski wyrwały ich ze snu. Tyberiusz sięgnął po broń i podczołgał się do okna. W bladym świetle poranka zauważył czterech mężczyzn idących drogą. Dwóch z nich niosło pochodnie. Czuli się panami okolicy i nie oczekiwali oporu. A może już wiedzieli, że mieszkańcy opuścili wioskę? Bardziej słyszał niż widział jak wchodzą do domów, tłuką szyby i rozrzucają meble, nawołując i wykrzykując kompletnie nieznane mu nazwiska. Nie wyglądało na to, by szukali prowiantu, raczej pozbawieni laptopa i telewizora, gnani atawistycznymi pragnieniami szukali prastarej rozrywki wszystkich mężczyzn, którym się wydawało, że są władcami podbitego wszechświata. Prędzej czy później dojdą do tego domu – skonstatował. Zerknął na dziewczynę i szepnął.

– Musimy uciekać.

– To oni – wyszeptała.

Milczał, bo co mógł powiedzieć, zabili, zgwałcili, podpalili, okradli? Które z kategorii przestępstw mogła popełnić grupa takich dżentelmenów? Bez wątpienia wszystkie.

– Zbieraj się, uciekamy – warknął.

Schodzili z piętra, gdy tamci zaczęli przetrząsać sąsiedni dom. Oddychali ciężko, raczej z nerwów niż ze zmęczenia. Tyberiusz podchodząc do drzwi powiedział:

– Wychodzimy, na nic nie czekając. Jak nas zobaczą to się rozdzielamy i uciekamy każde w swoją stronę.

Szybko wybiegli z domu. Nikt nie krzyknął, nikt nie strzelił. Tyły posesji otaczał niski płot, przeskoczyli go. Wtedy padł strzał, przerażeni rzucili się na ziemię. Policjant chwycił dziewczynę za rękę i poderwał ją z ziemi. Trzymając się za ręce wbiegli w wyłożoną kostką ulicę. Gdy byli już dość daleko, Tyberiusz odwrócił głowę, by sprawdzić czy nikt ich nie goni. Zobaczył tylko w oddali płonące domy: kolejny etap zabawy i złości. Zaszyli się w domu najdalszym od centrum. Gdy wrzaski umilkły, zmęczeni usiedli na podłodze.

– Znasz ich?

Po chwili milczenia skinęła głową.

– Zrobili ci coś złego? – spytał kierowany resztkami przyzwoitości

Znów skinęła głową.

– Bardzo złego?

Odwróciła wzrok i długo wpatrywała się w ścianę.

– To porywacze. Oni zabierają ludzi, żeby potem dla nich pracowali.

Nie dopytywał, nie był szczególnie ciekaw. Sam wykonywał podobną pracę.

Nad ranem wrócili do domu, w którym się spotkali, po resztę rzeczy. Budynek był spalony. Śnieg otulił poczerniałe kikuty drewnianej konstrukcji. Mężczyzna bez słowa odwrócił się i skierował do biblioteki.

 

***

 

Starego człowieka zastał, jak poprzednio, siedzącego za biurkiem i pochylonego nad książką. Rozpoznał Tyberiusza i skinął mu głową. Do Magdy uśmiechnął się serdecznie. Ściągając kurtki, obydwoje z pożądaniem zerkali na kubek gorącej herbaty. Bibliotekarz zauważył ich spojrzenia. Podał kubek Magdzie z zachęcającym uśmiechem.

– Nie dopadli was, jak widzę?

W odpowiedzi tylko wzruszył ramionami.

– A byli w bibliotece?

– Nie, tacy, jak oni nie zachodzą do takich miejsc – odpowiedział bibliotekarz i znów posłał Magdzie uspokajający uśmiech.

– Wiec nie przyszli? – spytał podejrzliwie.

– W ich mniemaniu nie ma tu nic interesującego, ani z tymi książkami upić się nie można, ani pobaraszkować, najeść się nimi też raczej trudno. Nie starcza im fantazji, by odgadnąć, że dzięki nim można się ubrać, najeść i uzbroić. No, ale – tu podniósł palec do góry – spalić można, choć w okolicy drewna dostatek, bo gdzie okiem nie sięgnąć las.

Magda wróciła, trzymając pod pachą jedną z książek, usiadła przy stoliku na którym położyła kubek herbaty i zabrała się do czytania. Tyberiusz zerkał na nią. Poruszała się po bibliotece swobodnie i pewnie. Nie była tu pierwszy raz? Bibliotekarz jakby odgadł jego myśli.

– Dawniej, gdy tu mieszkała, była częstym gościem w bibliotece.

– Tak myślałem. – Tyberiusz pokiwał głową. Zmienił temat. – Straciłem sporo prowiantu, musieliśmy w nocy uciekać z domu, a potem bandyci go spalili. Wiesz gdzie mogą być zapasy? Mieszkańcy nie będą już tego potrzebować. – dodał po chwili milczenia, tonem usprawiedliwienia, choć nie musiał. Mógł po prostu przetrząsnąć okoliczne domy. Chciał, tak szybko jak to możliwe, znaleźć książkę i opuścić tę nieszczęsną miejscowość.

Magda odłożyła książkę, podniosła swój plecak i stanęła przy Tyberiuszu. Też chciała wyjechać.

Znaleźli dom wskazany przez bibliotekarza. Piętrowy, murowany, z drewnianymi ozdobami w kształcie bluszczu na rogach, do tego kolorowe szyby, konstrukcja wyglądała oryginalnie, tą oryginalnością, o jaką stara się pozer. Ostrożnie weszli do środka, w środku było pusto i cicho. Od razu skierowali się do piwnicy, którą również szczegółowo opisał im starzec. Na półkach leżały starannie poukładane weki i konserwy. Obydwoje zapakowali tyle, ile mogły pomieścić ich plecaki.

– Im już nie będą potrzebne. – Nieświadomie powtórzyła argument Tyberiusza sprzed godziny.

– Nie będą. – potwierdził.

Usłyszał kroki, ktoś wszedł do piwnicy. Odwrócił się. Wyciągnął broń i wycelował w kobietę.

– Proszę pana, proszę mnie nie okradać – powiedziała błagalnym tonem.

Obydwoje wychodząc z domu nie patrzyli sobie w oczy. Zostawili co prawda połowę zapasów, które już zapakowali do plecaków, ale resztę zabrali. Chcieli jak najszybciej opuścić osadę.

Znów zaczął padać śnieg.

Prawie im się udało, właściwie już czuli się bezpiecznie. Zobaczyli ich wcześniej – czterech mężczyzn idących drogą. Na szczęście byli tuż przed szczytem małego wzniesienia. Przykucnęli od razu. Po obu stronach drogi leżał cienka i gładka warstwa białego puchu. Śnieg od razu by ich zdradził, ślady były widoczne dla każdego. Szybko się naradzili. Mogli się już tylko wycofać. Zdyszani wrócili do wsi. Wypełnione puszkami plecaki boleśnie obiły im plecy. Tyberiusz zerknął za siebie, żeby zobaczyć czy idzie za nimi pościg. Nie powinien tego robić – krzywo postawił stopę. Niemalże usłyszał chrzęst wykręcanej kostki. Mimo, że miał ciężkie, zimowe, trekkingowe buty, od razu poczuł potworny ból. Usiłował go zignorować, ale po kilku krokach upadł na ziemię.

Magda odbiegła jeszcze trochę, zanim zorientowała się, że jest sama. Odwróciła się i zobaczyła Tyberiusza leżącego na ziemi. Spojrzała na drogę i nie widząc pościgu, zawróciła.

– Wstawaj, wstawaj do jasnej cholery! – złapał jej wyciągniętą dłoń i usiłował się podnieść. Dziewczyna ujęła go pod ramię i pomogła wstać. Obydwoje ciężko dysząc, weszli do pierwszego z brzegu domu. Tyberiusz położył się na sofie która, ozdabiała pokój.

– Poszukaj jakiegoś bandaża elastycznego – poprosił. – Może nie będą przeszukiwać mieszkań.

– Musimy uciekać do biblioteki. Krzysztof nam pomoże, on ma broń. Pracował na strzelnicy! Musi nam pomóc – panikowała.

Zaciskając zęby z bólu podszedł do okna i zaklął w duchu. Zauważył napastników zbliżających się do wsi. Jeden z nich ręką wskazywał na ślady, pozostawione na śniegu. Było nieomal pewne, że ich znajdą. Słyszał już ich rozmowy. Właściwie nie miał wyboru. Zabrał swoje rzeczy i wciąż kuśtykając wyszedł przez okno balkonowe na ogród. Ból w nodze narastał i potężniał. Wiedział, że jest w stanie przejść co najwyżej kilkanaście metrów. Skierował się do szopy na narzędzia, znajdującej się w rogu ogrodu. Musiał poświęcić Magdę, żeby przeżyć. Jak wejdą do domu zajmą się nią, nie przyjdzie im do głowy sprawdzanie ogrodu. Zerknął za siebie, po raz kolejny upewniając się, że zamknął za sobą drzwi. Przed oczami zobaczył kaskadę czerwonych plam, pot pojawił się na rękach i twarzy. Na szczęście szopa nie była zamknięta – bezpieczna, cicha wioska – pomyślał z mieszaniną rozbawienia i irytacji. Otworzył drzwi, nie mając sił dalej iść, upadł na ziemię. Zaciskając z bólu zęby usłyszał wrzask Magdy a potem krzyki mężczyzn. Chwila ciszy i znów krzyk Magdy.

Przez chwilę leżał na podłodze szopy. Nie miał jak uciec. Ogród był otoczony wysokim płotem, nie przeskoczy go. Za chwilę któryś z nich wyjdzie na zewnątrz i zobaczy pozostawione ślady. Musiał pozbyć się bandytów. Rozglądał się po pomieszczeniu. Z kilku patyków i sznurka ogrodowego zrobił sobie prowizoryczne szyny. Plecak odłożył na ziemię, z kurtki wyciągnął broń i cicho przeładował. Z wnętrza mieszkania cały czas dochodziły go rozmowy mężczyzn. Czuli się bezpieczni i pewni siebie. Cały czas kuśtykając podszedł do drzwi, którymi uciekł z domu. Przez firanę zobaczył Magdę, leżała rozebrana na ziemi. Nogi miała szeroko rozłożone, na twarzy widział sińce i zakrzepłą krew. Wpatrywała się w sufit.

– Za pierwszym razem nam uciekła, teraz wygląda na zadowoloną. Patrzcie jak oczy wytrzeszczyła z zadowolenia. – powiedział najwyższy z mężczyzn, widocznie przywódca, bo pozostali zarechotali zgodnie.

– No, to dogodzimy jej jeszcze raz – dodał inny. Zaczął rozpinać spodnie. Pozostałą trójka usiadła na sofie, jakby szykowali się do obejrzenia seansu filmowego.

Poczekał, aż zaczną znów gwałcić Magdę – to znacznie zwiększyło jego szanse na przetrwanie i wyjście cało z opresji. Gdy pojękiwania stały się głośne i wyraźne. Tyberiusz znów zerknął do pomieszczenia. Magda w ogóle się nie ruszała, wciąż wpatrywała się w sufit, tylko chwilami krzywiła usta w grymasie obrzydzenia. Lepszej okazji nie będzie – zdecydował. Ignorując ból w nodze pchnął drzwi balkonowe. Zanim bandyci zdążyli zareagować, oddał pierwszy strzał prosto w głowę ich szefa. Pozostali rzucili się w poszukiwaniu schronienia. Strzelał jak do kaczek, ten który gwałcił, bezsensownie próbował założyć spodnie. Tyberiusz dokuśtykał do niego i strzelił mu w brzuch, krew bryznęła na podłogę i kobietę. Oprawca z cichym jękiem i wyrazem najwyższego zdziwienia na twarzy upadł na podłogę. Ostatni z napastników zdążył dobyć broni. Jednak naoglądał się zbyt dużo filmów. Pistolet trzymał w jednej ręce, która do tego trzęsła mu się jak galareta. Policjant wciąż ignorując ból, zrobił krok w bok i zszedł z linii ognia. Usłyszał huk. Sam przyjął prawidłową pozycje i oddał trzy strzały w kierunku ostatniego z bandytów. Dwa w brzuch były celne.

Tyberiusz popatrzył na Magdę. Nie zareagowała. Uniósł broń i wycelował w jej głowę.

– Widzisz, dobro zabija bardziej niż głupota, trzeba było mnie zostawić i uciekać sama. Rozumiesz?

Nie czekał na odpowiedź. Nacisnął spust. Nie potrzebował świadków. Łapacze niewolników na pewno tu wrócą i będą chcieli wiedzieć, co tu się stało. Nie miał się nią teraz jak zaopiekować. Lepiej, żeby nikt o nim nie wspomniał. To, po co tu przybył było zbyt ważne. Pozostała jeszcze tylko jedna osoba.

 

****

 

Krzysztof stał przed wejściem do bibliotek i wpatrywał się w płonące ognisko. Tyberiusz podszedł do niego wolno, z bronią w pogotowiu. Spojrzał na ognisko które trawiło książki, na jednej z okładek zobaczył tytuł „Broń czarno-prochowa. Podstawy produkcji i zastosowanie”, autor Krzysztof Zasłonek.

– Do niczego już nie wykorzystacie tych książek. Spaliłem wszystkie egzemplarze które miałem. Na świecie jest już wystarczająco wiele zła i nienawiści. Nie przyłożę ręki do kolejnej wojny!

– Mogłem się domyślić, że jesteś autorem tej książki. Jesteś głupcem, powiedział bym nawet wyjątkowym głupcem, jeśli myślisz, że spalenie tych książek coś zmieni. W jednym jednak masz rację ręki do tego nie przyłożysz. Przyłożysz pełną wiedzy głowę. – Tyberiusz uśmiechnął się zimno. – A cena za nią właśnie wzrosła niebotycznie.

Koniec

Komentarze

Mówiąc najkrócej i w nawiązaniu do odautorskiej zapowiedzi o dyskusji etycznej: to, jak przeraźliwą antypatię wzbudził we mnie bohater (przy czym domyślam się, że tak miało być w zamiarze autora!) i to, że jednocześnie wszyscy bogowie zbiegów okoliczności wydają się być po jego stronie, odrzuciło mnie od tekstu. Przeczytałam do końca, ale z wrażeń pozostała mi głównie niechęć (do postaci) i rozczarowanie (że – decyzją autora – mu dość łatwo przychodzi osiągać sukcesy w tych wszystkim łajdactwach, nawet jeżeli, jak w przypadku szopy i skręconej nogi, wydaje się to nieco wbrew prawdopodobieństwu).  

Opowiadanie mnie głównie zirytowało. Na wszystkich możliwych poziomach: od manieryzmów w rodzaju nieużywania podmiotu oraz źle stosowanych zdań równoległych, po fabułę, która jak dla mnie rozpaczliwie nie trzyma się kupy, co z kolei sprawiło, że obiektywnie krótkie opowiadanie ciągnęło mi się jak nie przymierzając… Mamy przydługą i nudnawą ekspozycję, w której bohater wlecze się przez wioskę, a autor opisuje dość szczegółowo jego kolejne czynności. Następnie bohater, który postanowił przybrać pozę zblazowanego Clinta Eastwooda w filmach Sergia Leone, terroryzuje bibliotekarza, który w sytuacji ogólnej zagłady siedzi w bibliotece jak gdyby nigdy nic. Następnie bohater znów chodzi po wiosce, tym razem rozważając, czy warto szukać konkretnej książki we wszystkich domach (nie, proszę, nie!), po czym nagle przypomina sobie, że ma cukrzycę, na co odpowiedzią jest gwałtowne zmniejszenie zasobu leku, co wszystko razem jest dość deusexmachinowe i nie wiadomo, czemu właściwie ma służyć. Na szczęście okazuje się, że najwyraźniej w populacji byłej Polski odsetek cukrzyków jest na tyle niski, że właściwie bohater niepotrzebnie się martwił, bo lek łatwo znajdzie w aptece, a czytelnik niepotrzebnie o tym wszystkim czytał. Potem bohater jeszcze trochę włóczy się po wiosce, żeby zmęczyć się na tyle, że zaśnie. Wszystko po to, żeby bohaterka mogła go zaskoczyć.

A potem bohater – który dotychczas był tylko niezbyt przyjemnym kolesiem w nieprzyjemnym świecie – okazuje się ostatecznym s*synem, któremu wszystko zbyt łatwo się udaje. I właściwie tyle mam do powiedzenia w kwestii dalszego ciągu opowiadania, choć oczywiście jest to rozpisane na wiele niby obyczajowych scen.

Za coś w rodzaju fantastyki robi wyłącznie świat postapo, ale mało przekonujący, bo niby to tuż po apokalipsie, a wygląda jakby z pół wieku.

 

 

Uwaga ogólna dotycząca marnego wykonania – czytając, miałam wrażenie, że wrzuciłeś wersję sprzed bety, w związku z czym po pierwszej scenie z bibliotekarzem dałam sobie spokój ze szczegółową łapanką…

 

“Tyberiusz stał przy opuszczonej stacji benzynowej. Śnieg pokrył równym, białym prześcieradłem całą okolicę. Nie próbował szukać przed nim schronienia.” – trochę wychodzi na to, że śnieg nie szukał schronienia przed Tyberiuszem, a następnie wykonywał kolejne opisane czynności. [OT Skądinąd zadziwia mnie predylekcja fantastów do wydziwionych imion, na dodatek z racji kawałka wykształcenia to konkretne kojarzy mi się wyjątkowo niedobrze i zastanawiam się w związku z tym, czy to po Star Treku. Edytka: doszłam do bibliotekarza, który o to pyta i najwyraźniej wie, że cesarz był, ale już mało o nim wie. /OT]

 

“Jednak droga prowadząca do niego…” – bardzo mi to niezgrabnie brzmi (lepszy szyk: prowadząca do niego droga była jednak…). Zaczynanie zdania od jednak jest w ogóle złe, a na dodatek zaimek niego w tej pozycji, w jakiej go umieściłeś, sugeruje osobę i wybija z rytmu, trochę mi zajęło, zanim zajarzyłam, że chodzi o cel.

 

“Na drodze można było spotkać zbieraczy – ludzi trudniących się głównie odzyskiwaniem benzyny z pojazdów – byli niebezpieczni jeśli uznali cię za konkurencję.” – składniowo niby poprawnie, ale coś mi zgrzyta. Albo po wtrąceniu “którzy byli”, albo “niebezpiecznych, jeśli…” (przecinek przed jeśli obligatoryjny w każdej wersji, tak nawiasem mówiąc)

 

“Do wioski ,” – spacja przed przecinkiem

 

“biblioteka której szukał,” – brak przecinka przed której. Zdanie ogólnie bardzo niezgrabne

 

“tak by osoby,” – znów brak przecinka (przed by), a zdanie należałoby przeformułować, żeby je odprzecinkowić

 

“Wioska niczym nie różniła się od setek innych rozsianych po terytorium byłej Polski: dominowały podniszczone zabudowania, gdzieniegdzie widać było domy” – niefajne powtórzenie

 

“Idąc główną ulicą rozglądał się za jakimś, który mógłby zająć.” – ta elizja [wyrzucone domyślne domkiem, zgaduję, że dla uniknięcie powtórzenia] źle brzmi, już troszkę lepiej byłoby “za takim, który nadawałby się do zajęcia/zamieszkania”

 

“Ideałem byłby dom z piecem kaflowym, ale takiego od dawna nie widział.” – naprawdę w tych poniemieckich wszyscy rozwalili piece kaflowe? Z doświadczenia zakładałabym, że jeżeli już, to powkładali do nich grzejniki elektryczne, ale jeśli poza tym struktura pieca jest nienaruszona, to chyba jest to proces łatwo odwracalny. Poza tym w domkach jednorodzinnych w drugiej połowie XX i w znanym nam dotychczas wieku XXI bardzo popularne są kominki i kozy, więc ogrzewania na drewno/węgiel/dowolny inny opał powinno być na takim osiedlu całkiem sporo. Nawet w typowo przedmieściowych szeregowcach z centralnym ogrzewaniem gazowym czy elektrycznym zazwyczaj są choćby małe kominki.

 

“Mimo, że wypatrywał usilnie,” – wywal przecinek przed “że”, stawia się go przed całym “mimo/pomimo że”, jeśli otwiera zdanie podrzędne

 

“brak ludzi, czy psów” – bez przecinka

 

“Nie martwił się tym długo, zdarzenie choć niecodzienne, nie było zbyt niepokojące.” – brak przecinka przed choć; w ogóle interpunkcja zyskałaby tu na zastąpieniu pierwszego przecinka (po długo) dwukropkiem albo średnikiem

 

“Wszedł do jednego z budynków, na stół położył rzeczy, które wyszabrował kilka domów wcześniej.” – znów nieładna składnia, lepiej byłoby: “Wszedł do jednego z budynków i wyłożył na stół wyszabrowane kilka domów wcześniej rzeczy”. Nie za bardzo podoba mi się to kilka domów wcześniej, ale jest do przełknięcia

 

“Zjadł szybko, odpoczynek w tym miejscu to nie był dobry pomysł.” – tu znów zamiast przecinka lepszy byłby dwukropek, średni albo myślnik. Albo składnia z tradycyjnym zdaniem podrzędnym, zaczynającym się od ponieważ

 

“W każdej chwili mógł wrócić właściciel lub lokator. Wyszedł w poszukiwaniu jakiegoś lokum.” – właściciel lub lokator?

 

“„GMINNY OŚRODEK KULTURY”. Czy mógł znaleźć coś lepszego? Nikt nie będzie tu szukał żywności, a właściciele pewnie już nie wrócą.” – właścicielem takiego ośrodka jest gmina, a nie konkretne osoby, więc troszkę to niezgrabnie wyszło, lepiej byłoby zastąpić jakimś innym określeniem

 

“Podłogę wyścielały stery papierów, porozbijane monitory i drukarki. Pomiędzy nimi leżały porozbijane doniczki”

 

“pulchna, czarna ziemia ogrodnicza” – coś tu zgrzyta z tą pulchną, niby ziemię się spulchnia (więc raczej spulchniona, a nie pulchna), ale po co w ogóle te przymiotniki? W sumie ziemia by wystarczyło, bohater chyba nie był przed blackoutem sprzedawcą w sklepie ogrodniczym, żeby z przyzwyczajenia tak to opisywał?

 

“…powyrywano drzwiczki i szuflady a potem złożono w jednym z rogów pokoju.” – brak przecinka przed a potem

 

“Drogę na piętro zagradzały plastikowe elementy reszty wyposażenia biurowego. Lawirował między meblami, żeby nie narobić hałasu.” – to jeden z zyliona przykładów fatalnych skutków nieużywania imienia bohatera, całkowicie niezrozumiałego, skoro je ujawniłeś na samym początku. Rozumiem taki zabieg, kiedy jest ono nieznane i ma takim pozostać, ale tu – po co??

 

“Na pierwszej kondygnacji znajdowało się kilka pomieszczeń, zauważył migotliwe światło w szparze pod drzwiami, które były podpisane "Biblioteka".” – ponieważ zmieniasz i podmiot, i składnię, zamiast pierwszego przecinka powinien być średnik

 

“Wszedł tam ostrożnie. W środku, plecami do wejścia, siedział mężczyzna. Gdy usłyszał skrzypienie otwieranych drzwi, odwrócił się, rozciągnął w uśmiechu utkane z pajęczyny zmarszczek usta.” – to może jest najlepszy przykład kłopotu z przyjętą zasadą niewymieniania imienia bohatera. Przyzwyczaiłeś czytelnika, że “on” to główny bohater i punkt widzenia, a tu trach – ktoś inny. “Usta utkane z pajęczyny zmarszczek” dramatycznie nie pasują do reszty narracji w tym opowiadaniu, tak nawiasem mówiąc.

 

“Przybysz nie odpowiedział,” – to wygląda, jakbyś zmienił punkt widzenia na bibliotekarza, a tymczasem nie, o czym świadczy choćby i drugi człon tego zdania: “nie był pewny czy uda mu się coś powiedzieć.”, skądinąd znów po złym znaku przestankowym. (To samo potem ze zdaniem od jakby mimochodem.)

 

“spytał starszego mężczyznę, z niedowierzaniem.” – zbędny przecinek

 

“– To co widzisz młody człowieku” – coś zjadło wszystkie przecinki albo bibliotekarz jest wczesnej generacji androidem, ale wtedy też należałoby to jakoś podkreślić zapisem

 

“– Źle pan trzyma broń – powiedział, pochylając się nad książką.

– Masz tendencje do takich teatralnych gestów? – warknął, marszcząc brwi.”

Niby da się rozkminić, kto co mówi, ale czasem dobrze jest jednak umieszczać w zdaniu podmiot nie tylko domyślny

 

“Starzec zignorował groźbę:” – kropka, nie dwukropek

 

“– Więc policjant. – uśmiechnął się, a gdy przybysz nie zaprzeczył. Kontynuował.” → 1) Uśmiechnął się; 2) zaprzeczył, kontynuował:

 

“Miesiąc temu zagnieździła się tu niedaleko banda rzezimieszków, która zaczęła terroryzować osadę – przerwał na chwilę.” → “osadę…/. – Przerwał [lepiej: urwał] na chwilę.”

 

“– Okropna – warknął, wyczuwając drwinę.” – podmiotu! podmiotu!

 

“– Szukam książki: „Broń czarnoprochowa. Podstawy produkcji i zastosowanie”, znajomy który nieszczęśliwie zginał dwa tygodnie temu, mówił mi, że tutaj ją znajdę.” – zbędny dwukropek, brak przecinka przed który

 

“Bibliotekarz pokiwał z dezaprobatą głową – ludzie powinni w końcu nauczyć się, żyć bez przemocy.” → “Bibliotekarz pokiwał z dezaprobatą głową. – Ludzie powinni w końcu nauczyć się żyć bez przemocy.”

 

“– Nawet jeśli włączył byś prąd, to ci młodzieńcze nie pomogę. Nie mam tej książki, i nie sadzę by ktoś ją miał.” → “– Nawet jeśli włączyłbyś prąd, to ci, młodzieńcze, nie pomogę. Nie mam tej książki i nie sadzę, by ktoś ją miał.”

 

Oraz nie rozumiem, dlaczego nikt nie miałby kupować takiej książki???

 

Z dalszej części wypisuję tylko to, co mnie całkowicie zdumiało lub zawiesiło:

 

delikatny lnianoblond kucyk – ?

 

Firendli? Wyguglałam, wyszło mi tylko “place of worship”, chyba jakiejś sekty, więc nie rozumiem… zwłaszcza w kontekście dostosowania do jej wieku (ma dwadzieścia lat, jest dorosła, to nie dwunastolatka, więc jeszcze bardziej nie rozumiem)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję za Twoje uwagi ninedin.

Tak bohater to raczej antybohater.

Skręceni kostki występuje w w skali 3 stopniowej. Trzeci stopień, to dwa tygodnie w gipsie. I choć wydaje się sytuacja mało wiarygodna, to doświadczyłem takiego skręcenia na własnej skórze (nodze) i tak własnie wygląda. Wdrapanie na płot z plecakiem potem zeskoczenie na ziemie w tych warunkach to raczej niewykonalne, kuśtykanie za to jak najbardziej. (Empirycznie)

Pokładam niewiarę w to by rzeczy układały się po myśli jedynie bohaterów prawych i głęboko uczciwych.

Etyka ma dwa bieguny. Pierwszy w postaci Tyberiusza drugi w raczej budzącą sympatię Magdzie. Dobro nie zawsze wygrywa, choć chcemy żeby było innaczej.

Pozwolę sobie za plus poczytać to, że bohater wzbudził u Ciebie antypatię (antybohater) a nie nudę.

Bohater mógł w kilku sytuacjach zachować się jeszcze gorzej. Nie uczynił tego, może jest dla niego jeszcze nadzieja na głęboką metamorfozę?

Ale to 

Drakaina to milo, że przeczytałaś cały tekst.

 

Od końca:

Firendli to fonetyczne Friendly, dość popularny zwrot nawet wśród 30-40 latków.

 

lnianoblond – rozumiem wątpliwość, ale dośc ładna fraza i gdy ją czytam to widzę ten lnianobląd kucyk.

 

Dlaczego nikt nie kupił by takiej ksiażki? Z powodów wielu, bo nikogo to nie interesuje (poza grupką fanów) bo jeśli by została napisana to została by wydana NWA w ilości 250 sztuk no more. Chyba, że fartem dostała by się do empiku.

 

Dziękuję za uwagi dotyczące, struktury, przecinkologi, wsłucham się w nie uważnie.

 

Zgadzam się, że niebyt miły bohater. Żyje jednak w niezbyt miłym świecie.

Etyka ma dwa bieguny. Pierwszy w postaci Tyberiusza drugi w raczej budzącą sympatię Magdzie.

 

Magda mogłaby być ciekawą postacią, gdyby nie miała być tylko antytezą dla Tyberiusza. Nielogiczne jest to, że skoro chodzi z takim Glockiem jak bohater, to nie potrafi go użyć przeciwko oprawcom – i mogło by być ciekawie, gdybyś to ograł (ale wtedy przynajmniej część tekstu musiałaby być albo napisana z jej perspektywy, albo jako jakiś rozkmin bohatera, dlaczego ona się tak zachowała – a do tego on jest chyba niezdolny). Dziewczyna, pozornie krucha, wydaje się bohaterowi twardzielką, bo ma Glocka, a okazuje się jednak przerażoną, niezdolną do realnego działania osobą – to jest historia…

 

Dobro nie zawsze wygrywa, choć chcemy żeby było innaczej.

Niewątpliwie, ale w literaturze czytelnik zazwyczaj szuka jakiejś katharsis, a to oznacza, że potrzebuje, żeby autor dał mu choćby cień nadziei, że bohater ma szansę na metamorfozę (choć, dalibóg, jeśli jej naprawdę dozna, to mu serdecznie współczuję dalszego życia ze świadomością tego, do czego dopuścił) albo odpowiednią karę. U Ciebie taka sugestia pojawiła się dopiero w komentarzu, a nie w samym tekście, a to trochę mało, nawet jeśli miałeś taką intencję…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Firendli to fonetyczne Friendly, dość popularny zwrot nawet wśród 30-40 latków.

 

Wybacz, ale to nie jest ani prawidłowa wymowa, ani prawidłowy zapis fonetyczny… Frindli/friendli/frendli – łyknęłabym jako zapis wymowy Polaka, ale firendli musiałoby być słówkiem niszowym albo np. wiralowym, gdyby jakiś polityk źle to wymówił, dlatego guglałam.

A w ogóle wydaje mi się to pretensjonalne, dwudziestolatka zrozumiałaby “spokojnie” równie dobrze…

 

 

PS.

 

Dlaczego nikt nie kupił by takiej ksiażki? Z powodów wielu, bo nikogo to nie interesuje (poza grupką fanów) bo jeśli by została napisana to została by wydana NWA w ilości 250 sztuk no more. Chyba, że fartem dostała by się do empiku.

Ale co to ma do biblioteki? Skądinąd ja bym kupiła taką książkę. A takie wydawnictwa zazwyczaj sprzedaje się w necie…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie bardzo wiem, Dalekopatrzący, o czym tu dyskutować, skoro Twoi bohaterowie są albo czarni, albo biali, ze zdecydowaną przewagą czarnych, budzących odrazę.

Lektura tego nie najlepiej napisanego opowiadania okazała się, niestety, mało satysfakcjonująca.

 

czy­ni­ło tę trasę nie­bez­piecz­ną i trud­ną. Na dro­dze można było spo­tkać zbie­ra­czy – ludzi trud­nią­cych się głów­nie od­zy­ski­wa­niem ben­zy­ny z po­jaz­dów – byli nie­bez­piecz­ni… –> Powtórzenia.

 

Zbyt wiele prze­szedł, by ry­zy­ko­wać strze­la­ni­nę ze zbie­ra­cza­mi tak bli­sko celu. –> Czy to zbieracze byli tak blisko celu?

Proponuję: Zbyt wiele prze­szedł, by tak bli­sko celu ry­zy­ko­wać strze­la­ni­nę ze zbie­ra­cza­mi.

 

do­nicz­ki, z któ­rych wy­sy­py­wa­ła się pulch­na, czar­na zie­mia ogrod­ni­cza. –> Ziemia się nie wysypywała, bo wysypała się już w chwili rozbicia doniczki, a po kilku dniach była zupełnie sucha i z pulchnością nie miała nic wspólnego.

 

za­uwa­żył mi­go­tli­we świa­tło w szpa­rze pod drzwia­mi, które były pod­pi­sa­ne "Bi­blio­te­ka". –> Drzwi były podpisane, czy raczej wisiała na nich tabliczka?

 

Się­gnął pod kurt­kę i wy­cią­gnął zdo­bycz­ne­go Gloc­ka. –> Się­gnął pod kurt­kę i wy­cią­gnął zdo­bycz­ne­go gloc­ka.

Nazwy broni piszemy małymi literami. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

Nie mam tej książ­ki, i nie sadzę by ktoś ją miał. –> Literówka.

 

Na szczę­ście „Glu­co­pha­ge” nie były spe­cjal­nie po­szu­ki­wa­ny… –> Na szczę­ście glu­co­pha­ge nie był spe­cjal­nie po­szu­ki­wa­ny

Nazwy leków też piszemy małymi literami.

 

zna­lazł mały zapas drew­na. W ko­min­ku, roz­pa­lił małe ogni­sko… –> Powtórzenie.

Ognisko rozpala się pod gołym niebem, w kominku można rozpalić ogień.

 

Cie­pło pa­le­ni­ska go roz­le­ni­wi­ło. –> Palenisko to miejsce, w którym rozpala się ogień. Palenisko nie wydziela ciepła.

 

Przed nim stała młoda dziew­czy­na… –> Dziewczyna jest młoda z definicji.

Wystarczy: Przed nim stała dziew­czy­na… – tym bardziej, że zaraz dodajesz ile mogła mieć lat.

 

Wy­ce­lo­wa­ła w niego ta­kie­go sa­me­go Gloc­ka… –> Wy­ce­lo­wa­ła w niego ta­kie­go sa­me­go gloc­ka

 

Do­sto­so­wał swój spo­sób mó­wie­nia do jej wieku.. –> Jeśli na końcu zdania miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki. Wielokropek ma zawsze trzy kropki!

 

za­py­tał z wy­ra­zem aniel­skiej nie­win­no­ści na twa­rzy.. –> Jak wyżej.

 

Po­ło­żył ją na na jed­nym z krze­seł. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

i nie po­szła sobie Od­wró­cił się po­now­nie… –> Brak kropki na końcu zdania.

 

Magda jesz­cze przez chwi­le się wa­ha­ła… –> Literówka.

 

Mimo to nie­do­szła in­for­ma­tyk roz­luź­ni­ła się tro­chę. –> Piszesz o kobiecie, więc: Mimo to nie­do­szła in­for­ma­tyczka roz­luź­ni­ła się tro­chę.

 

Trzy­ma­jąc się za ręce wbie­gli w wy­ło­żo­ną kost­ką ulicę. –> Trzy­ma­jąc się za ręce, wbie­gli na wy­ło­żo­ną kost­ką ulicę

 

pło­ną­ce domy: ko­lej­ny etap za­ba­wy i zło­ści. Za­szy­li się w domu naj­dal­szym… –> Powtórzenie.

 

No, ale – tu pod­niósł palec do góry… –> Masło maślane. Czy mógł podnieść palec do dołu?

 

usia­dła przy sto­li­ku na któ­rym po­ło­ży­ła kubek her­ba­ty… –> …usia­dła przy sto­li­ku, na któ­rym postawiła kubek her­ba­ty…

Gdyby położyła kubek, herbata wylałaby się z niego.

 

usia­dła przy sto­li­ku […] i za­bra­ła się do czy­ta­nia. Ty­be­riusz zer­kał na nią. Po­ru­sza­ła się po bi­blio­te­ce swo­bod­nie i pew­nie. –> Jak mogła się poruszać po bibliotece, skoro siedziała przy stoliku i czytała???

 

Po­ru­sza­ła się po bi­blio­te­ce swo­bod­nie i pew­nie. Nie była tu pierw­szy raz? Bi­blio­te­karz jakby od­gadł jego myśli.

– Daw­niej, gdy tu miesz­ka­ła, była czę­stym go­ściem w bi­blio­te­ce. –> Powtórzenia.

 

Miesz­kań­cy nie będą już tego po­trze­bo­wać. – dodał po chwi­li… –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

zna­leźć książ­kę i opu­ścić tę nie­szczę­sną miej­sco­wość.

Magda odło­ży­ła książ­kę… –> Powtórzenie.

 

Ostroż­nie we­szli do środ­ka, w środ­ku było pusto i cicho. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Ty­be­riusz po­ło­żył się na sofie która, ozda­bia­ła pokój. –> Na pewno ozdabiała pokój, a nie zwyczajnie stała w nim?

 

wy­szedł przez okno bal­ko­no­we na ogród. –> …wy­szedł przez okno bal­ko­no­we do ogrodu.

 

Przez fi­ra­nę zo­ba­czył Magdę, le­ża­ła ro­ze­bra­na na ziemi. –> Przez fi­ra­nę zo­ba­czył Magdę, le­ża­ła ro­ze­bra­na na podłodze.

 

Sam przy­jął pra­wi­dło­wą po­zy­cje i oddał trzy strza­ły… –> Literówka.

 

Krzysz­tof stał przed wej­ściem do bi­blio­tek i wpa­try­wał się w pło­ną­ce ogni­sko. –> Literówka.

 

Je­steś głup­cem, po­wie­dział bym nawet wy­jąt­ko­wym głup­cem… –> Je­steś głup­cem, po­wie­działbym nawet, wy­jąt­ko­wym głup­cem

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Drakaina:

W kilku punktach mam odmienne zdanie:

 

Magda nie miała być antytezą. Chciałem uniknąć dwubiegunowości, starcia dobra i zła. Magda jest osobą trochę naiwną ( szuka męża na studiach), raczej młodzieńczo przekonaną o tryumfie dobra.

Tyberiusz, nie jest wcieleni zła, raczej stara się przeżyć a przy okazji zarobić. Był on ( w pierwotnej wersji) osobą która nieustannie szuka wymówek i usprawiedliwień dla swoich czynów. Ale to zdecydowałem się wywalić z tekstu by oszczędzić czytelnika. Tyberiusz jest zdolny do takiej refleksji, tylko mu się nie chce. Jest mu to obojętne, kilka razy to pokazałem, że opinie innych ma za nic. Taką jest postacią. Nie neguje, nie wchodzi w polemikę. Robi swoje. Bezkompromisowo. Czy to czyni go płytkim?

 

Tyberiusz jest osobą dojrzałą, ma ugruntowane poglądy i sposób patrzenia na świat. Wiedźmin, przez 1000 stron powieści, nie zmienił swoich poglądów, nie przeszedł metafmorofzy. Jedna historia to zbyt mało by by doznać katharsis.

Mieć Glocka a użyć Glocka to dwie rzeczy. Celowałaś kiedyś do człowiek z myślą, że zabijesz? To nie jest łatwe, serce wali jak szalone, ręce się pocą, myśli pędzą jak orientekspres. Magda choć młoda, nie zrobiła tego, i zapłaciła cenę. Taki jest świat opisany w tej opowieści.

“Spokojnie” także by zrozumiała. Firendli to popularna wymowa wsórd anglomówiących nieanglojęzycznych ludów.

 

Kupiła byś taką książkę? A kupiłaś ją? Ja też bym kupił a nie kupiłem. Na pewno jest jakaś taka, wystarczy pogrzebać, jednak nie mam. Kupuje inne, jak większość z nas.

 

Tyberiusz nie zazna takiej metafmorfozy po której będzie cierpieć męki moralne. Jest w stanie zaakceptowac jakaś formę odkupienia. Zobacz weteranów wojen (nawet drugiej wojny) czy płaczą, pokazują rany? Czy Napoleon na św Helenie mówił o tysiącach poległych? Cezar pisząc pamiętniki , wspominał że najdzielniejsi są Belgowie. Nie bardzo opisywał płonące wsie i osady. Niektórzy są w stanie znieść moralne presje. Taki jest Tyberiusz. Czy nam się to podoba czy nie taki jest bohater. Bo tacy ludzie tez są.

Czy szukamy metamorofozy. W mojej osobistej opinii myślę, że tak. Ale raczej siłą inercji. Spodziewam się, że taka metamorfoza odejdzie w zapomnienie niedługo. Wiem, że poradniki tak mówią. Ale nie chciałem napisać szkolnej historii. Zobacz: von Bielau, przechodził metamorfozę przez inne 1000 stron kart, zanim do niej doszło. Morowce Simonsa, nie zmieniały poglądów. Który z bohaterów Cooka przeszedł metamorofze? Który z bohaterów Szmidta przeszedł metamorfozę? Czy Wędrowycz przeszedł metamorfozę? Czy Medderin przeszedł metamorozę? Nie, nie i nie. Czy na pewno oczekujemy metamorfozy??? Czy szukamy lukrowanych bohaterów?

Miłosz w liscie do Thomasa Mertona pisze (znak, wyd 1991 kraków s. 76) : “Ostatnio czuję pociąg do picia i mówienia – kiedy jest się blisko piećdziesiątki to taki krytyczny wiek. Zdałem sobie sprawę,  że nie zmieniamy się – to była najważniejsza nauka jaką wyciągnąłem z naszych rozmów. On jest kruchy słaby, interesuje się tylko swoim prywatnym życiem […] swoimi homeseksulanymi aferami miłosnymi i tak było zawsze.”

Polemizuję, nie kłócę się.

regulatorzy:

 Bardzo dziekuję za Twoje cenne uwagi. Gdy wrócę do tekstu za jakiś czas na pewno znajdą swoje zastosowanie. Żałuję, że opowiadanie nie znalazło Twojego uznania. Cieszę się jednak, że znalazła się kolejna osoba która przeczytała do końca.

Jeśli pozwolisz…

Zdecydowana większość czarnych charakterów. Bohaterów było trzech, dwoje z nich to raczej mili i sympatyczni ludzie. Rozumiem, że Tyberiusz, rzuca na nich cień tak wielki że to przesłania? Dobrze zrozumiałem?

Dziekuję za link do poradnika. Już sobie go wydrukowałem poprzednio. Jednak w następnym opowiadaniu zastosuje się do trendów obecnych we współczesnej literaturze, choć zdaje sobie sprawe, że skarzę się tym samym niemalże na wieczne potępienie. I choć w pamięci mam słowa Stańczyka “ale świętości nie szargać, bo trza by świetymi były” w sukurs przywołam jednak słowa Norwid plus

bo nie jest swiatlo by pod korcem stalo

ani sol ziemi do przypraw kuchennych

a literatura i język nie po to by w miejscu stało.

No, ale przecież poza Tyberiuszem, Krzysztofem i Magdą, mamy jeszcze czterech łowców-gwałcicieli. I są oni zdecydowanie czarni.

Cieszę się, Dalekopatrzący, że uznałeś uwagi za przydatne.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Świat wybitnie nie w moim typie. Nie podoba mi się kierunek, w jakim poszedł. Że łajzy doszły do władzy, to jasne, one zawsze kręcą się w okolicy koryta. Ale że cała wioska daje się sterroryzować czterem facetom? Jeśli nawet nie mają broni (eee, podobno chłopi mają sporo powojennego szpeju skitranego, o kosach i kłonicach nie wspominając), to dlaczego kupą ich nie załatwili? Tak bezwolnie pozwolili zabrać swoich bliskich, a potem siebie? Żarcie wydaje mi się ważniejszym dobrem niż proch. Konserwy prędzej czy później się skończą. A blackout to chyba jeszcze nie taki straszny koniec świata – roślinki sobie fotosyntetyzują, krowy dają mleko, tylko doić trzeba ręcznie. Dlaczego bandyterka, a nie powrót do społeczeństw rolniczych? Niechby z ufortyfikowanymi osadami i strzeżeniem swoich, bo każda ręka przyda się do roboty w polu.

Jak na betowany tekst, to sporo niedoróbek. Tarnina to puściła?

Śnieg pokrył równym, białym prześcieradłem całą okolicę. Nie próbował szukać przed nim schronienia.

Co jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego śnieg?

– Więc policjant. – uśmiechnął się, a gdy przybysz nie zaprzeczył. Kontynuował.

Zdecyduj się na któryś zapis dialogu. Doczepiłabym ostatni wyraz do poprzedniego zdania, bo bez tego zdanie się sypie.

– Nawet jeśli włączył byś prąd

Włączyłbyś.

Babska logika rządzi!

Dalekopatrzący, przeinterpretowałeś metamorfozę. Nie chodzi o prostackie moralizatorstwo ani o hagiograficzne opowiastki. Chodzi o to, że każde doświadczenie coś w człowieku zostawia i literatura – jeśli nie jest humoreską jak Wędrowycz, gdzie chodzi o stereotyp – powinna to uwzględniać. Chodzi też o to, że Tyberiusz z całej historii wychodzi nawet niedraśnięty psychicznie, a na dodatek całkiem świadomie poświęcił towarzyszkę, choć mając dwa glocki i choćby jedną osobę będącą w stanie celnie strzelać (i drugą robiącą zamieszanie strzelając w powietrze) raczej bez trudu daliby radę czterem facetom, zwłaszcza że byli w ukryciu i przygotowani na atak. Ergo, jest po prostu sk*synem i porównywanie go do facetów, którzy mieli wizję polityczną i byli wybitnymi dowódcami jest troszkę nie na miejscu. Na dodatek nie kupuję wyjaśnienia, że zabił Magdę jako świadka, bo wcześniej nie zabił bibliotekarza, mimo że rozmawiał z nim wprost o książce, której szuka. Skądinąd ten pomysł, że niszowa, niskonakładowa polska książka ma być czymś aż tak ważnym, jest troszkę naciągany – literatury o broni palnej jest dość, żeby z innych publikacji odtworzyć jej budowę i produkcję. I polecam trylogię “Wielkozimie” Seana McMullena w kwestii tego, jak ludzkość radzi sobie z wielkim blackoutem i światem bez elektryczności. Ba, bez możliwości, póki co, jej odzyskania.

 

Kupiłabyś taką książkę? A kupiłaś ją?

Akurat trafiłeś na osobę, która równo tydzień temu kupiła trzy spore tomiszcza o historycznej broni palnej, z naciskiem na XIX wiek, więc zapewne – gdyby książka istniała i była w przystępnej cenie – miałabym spore szanse znaleźć się w gronie kupujących.

 

Czy Napoleon na św Helenie mówił o tysiącach poległych?

Całkiem sporo. Kiedy jest mowa o bitwie pod Lipskiem, podaje wręcz dane liczbowe, mówiąc o “straszliwych starciach”. W opisie bitwy pod Marengo jest mowa o polu bitwy z setkami poległych i piękna opowieść o psie, który okazał więcej człowieczeństwa niż ludzie, bo czuwa przy martwym panu. O Eylau wyraził się, że (cytuję z pamięci), gdyby wszyscy dowódcy zobaczyli to pole bitwy, nie byłoby więcej wojen. A przy tym ma świadomość, że polityk i dowódca wojskowy muszą mieć “serce w głowie”, czyli zna cenę, jaką płaci.

 

Zobacz weteranów wojen (nawet drugiej wojny) czy płaczą, pokazują rany?

A o PTSD i shell-shock słyszałeś? Naczytałam się sporo pamiętników dziewiętnastowiecznych żołnierzy i oni nie mają z tym problemu. Z emocjonalnym przeżywaniem własnych ran czy śmierci towarszyszy, znaczy się. Skądinąd pierwszy, grecki archetyp wojownika to właśnie ktoś, kto w stresie wojny czy walki płacze i nie ma w tym nic wstydliwego (bohaterowie homeryccy). Wg błyskotliwej analizy Lessinga dopiero Rzymianie zmieniają ten archetyp pod wpływem stoicyzmu.

 

Jedna historia to zbyt mało by by doznać katharsis.

Powiedz to, proszę, takiemu Sofoklesowi. Albo Arystotelesowi. Palną sobie w łeb z broni czarnoprochowej, jeśli ją dorwą. Wprawdzie teoria trzech jedności jest wymysłem piętnastowiecznym, ale akurat jedność akcji jest w tragedii najbardziej z nich wszystkich obecna.

 

Wiedźmin, przez 1000 stron powieści, nie zmienił swoich poglądów, nie przeszedł metafmorofzy.

To chyba czytaliśmy całkiem innego Wiedźmina… Za największą zaletę sagi Sapka uważam to, że napisał tak dynamicznego bohatera, który wyciąga wnioski z tego, co wokół siebie widzi i co przeżywa. Naprawdę uważasz, że Ciri go nie zmieniła? Śmierć przyjaciół? Historia Angouleme? Obserwacja cynizmu władców i czarodziejów po równo? Przecież on nawet poglądy na potwory i zawód wiedźmina zmienia…

 

Celowałaś kiedyś do człowiek z myślą, że zabijesz?

Nie i mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała. Pozwalam sobie jednakowoż podejrzewać, że dla zdrowego psychicznie i emocjonalnie człowieka chodzi w tym o coś więcej niż tylko uczucia opisane za pomocą metafory orientexpressu…

 

Firendly – nie słyszałam nigdy takiej wymowy, a różnymi z obcokrajowcami mówiącymi po angielsku mam sporo kontaktów w bardzo różnych krajach i przy różnych okazjach. Filologiczny instynkt podpowiada mi co najwyżej Japończyków, ale oni ze względu na problemy z grupami spółgłoskowymi raczej mówiliby firenedely, jeśli już, ale ostatnio wszędzie kładzie się nacisk na ćwiczenie poprawnej wymowy, więc i Japończycy zapewne mówią coraz lepiej…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

@celowałaś kiedyś do człowieka

 

Ja też na moje szczęście nie celowałam. Niemniej w przypadku tej bohaterki jest to nie tyle sytuacja, w której ona musi podjąć na zimno decyzję, czy strzeli do człowieka, czy nie, co raczej – radykalnego przypadku obrony koniecznej (Magda chyba wie, czego się spodziewać po tych facetach). Mam wrażenie, że raczej psychologię takiej, specyficznej przecież (adrenalina, działanie w zagrożeniu życia) sytuacji trzeba byłoby brać pod uwagę – ale to by musiał zabrać głos psycholog, a nie specjalistka od starożytności, znaczy ja :D  

Finkla:

Rozumiem wątpliwości, opowiadanie jest dosyć hermetyczne. Akurat ta wioska dała się sterorryzować. Są inne które się nie dały. Nie chciałem napisać kolejnych siedmiu wspaniałych. Chciałem napisać historię tych którym się nie udało i takiej osoby jak Tyberiusz.

W świecie Tyberiusza są spłeczeństwa rolnicze i ufortyfikowane osady. Nie ma ich w tym opowiadaniu. Są ludzie którzy walczą o różne sprawy (w tym szczytne). Wyobraź sobie pierwszy tydzień bez prądu. Jedzenie w lodówce psuje się po tygodniu max. Kasza i ryż kończy się po dwóch, a co potem? Jeść trzeba. Nie zdąży się wyprodukować żywności, pola trzeba obsiać, zaorać (kuniem), skąd wziąć konia (wiadomo, że zostały zjedzone) potem poczekać do wiosny, zebrać (kosa) przemielić motyka (jak działa młyn, jest w ogóle jakiś działający w Polsce? ile ich jest dwa pięć? Potrzeba tysięcy), to wszystko w okolicznościach niemal wojennych. Bo jak burczy w brzuchu to na bok idą zasady.  Jak twierdzi chyba Marks, najpierw zaspokajamy podstawowe potrzeby potem kierujemy się ku wyższym celom)

Błyskawiczny przeskok do społeczeństwa rolniczego jest też niemożliwy z powodu braku wiedzy o mechanizmach przed elektrycznego rolnictwa. Jednostki które mają taką wiedzę są nieliczne i bardzo cenne – jak bibliotekarz.

Podmiotem w drugim zdaniu jest oczywiście śnieg ( nie ma innego) i dlatego by czytelnik wiedział coś więcej o okolicznościach czasu.

Tak zdecyduję się, teksty był wielokrotnie zmieniany stad pewne nieścisłości.

 

drakaina:

 

Każde wydarzenie w człowieku pozostawia. W Tyberiuszu także pozostawiło. Tyl, że zostawiło w nim obojętność i okrutny pragmatyzm. I to staram się pokazywać konsekwentnie. Dlatego nie rzucił się do walki z bandytami, bo wybrał ucieczkę, mało chlubne, oczywiście. Walczyć zaczął będąc do tego zmuszony okolicznościami. Bandytów było dwa razy więcej do tego byli przygotowani na obronę. Nie widzę Tyberiusza kuśtykającego w kierunku Magdy krzycząc, “niech piersi nasze będą dla nich Termopilami” Takim zwrotem chyba bym obraził czytelnika.

Owi wielcy ludzie ( i inni wielcy) zakładali obozy koncentracyjne (pierwsi robili to brytyjczycy w Afryce – ich doświadczenia rozwinęli Niemcy) lub w Jałcie podzielili Europę, popełniali wielkie okrucieństwa. przy nich Tyberiusz to mały pyłek zła i występku.

Napoleon, tak zawsze był dobrym mówcą.

Jest wiele innych książek – tak, to jest luka.

Mógł zabić, oczywiście, ale nie było takiej konieczności. Dopiero po starciu, przypuszczał, że ktoś wróci po tych panów i będzie pytał co się stało i kto ich zabił. Myślisz że Magda wytrzymała by takie spytki? Tyberiusz wolał nie ryzykować.

Kupiłaś trzy tomy. Był byś doskonałym celem dla Tyberiusza, osobą mającą wiedzę jak zdobyć władzę. (bo pewnie je przeczytałaś). Możlwe, że jesteś w grupie rekonstrukcyjnej i sama już wytwarzałaś broń. W świecie Tyberiusza otocz się wianuszkiem zaufanych kamratów i towarzyszy. Po pół roku balckoutu, na prawdę niewiele pestek zostało. Tylko kosy, widły i sierkiery. Kto będzie miał Ciebie, będzie miał władzę.

Napoleon: Tak, zna cenę jaką płaci. I ja płaci. Prawda? Nadto same słowa Napoleona o nim samym to mało wiarygodne zródło.

Weterani: czytałem pamiętniki Brandta, Broekera i Kajetana Wojciechowskiego, nieliczne są tam wstawki o okrucieństwach, bo przecież były, zwłaszcza w Hiszpanii, prawda?

W Tyberiuszu mało jest z Sofoklesa i Arystotelesa, w innym wypadku palnął by sobie w łeb.

Wiedźmin.  Uważam, że go nie zmieniło. Cynizm wobec władców jest widoczny już w opowiadaniach.  Jego postawa wobec świata się nie zmieniła. Pozostał nieufny i ze zdrową dawką cynizmu i wyrozumiałości. Przez 1000 stron. Jego kontakty z Ciri i innymi nie zmieniły jego światopoglądu a nawet tego, że starał się elokwencję imponować najróżniejszym czarodziejkom.

Nie wiem jak zdefiniować zdrowego psychicznie człowieka i co kryje się pod tym pojęciem. Chodzi o elementarne zasady etyki? Humanistyczną wizję współczesnego człowieka?  Gdy celujesz do człowieka nie zastanawiasz się nad dobrem i złem. Wierz mi drakiana to jest orientekspres. Wierzaj mi, wiem co mówię i piszę.

 

Ninedin, myślę że wachlarz możliwych zachowań jest szeroki. Ona po prostu nie zdecydowała się strzelać. Może liczyła, że tylko ją okradną. nie znała przyszłości. Wydaje mi się, że jej zachowanie było konsekwetne.

Po betowaniu dopisałem jeszcze trochę rzeczy, stad błędy.

Wydaje mi się, że trochę przesadzasz z tragizmem. Tak, w miastach byłaby masakra, bo tam jest mało żarcia per capita. Ale na wsiach powinno być lepiej. Zależy, w jakiej porze roku wydarza się blackout. Jednak gdzieś muszą być zapasy – silosy z ziarnem, pasza dla świń itp. Owszem, rolnictwo motykowe jest mniej wydajne niż pługowe, ale za można obsiać pole bez konia. Brak nawozów też da się we znaki. Młyn nie jest niezbędny do wytworzenia mąki – starczą żarna (jeśli nie strychy na wsiach, to muzea i skanseny). Na upartego pewnie da się trochę zrobić nawet w moździerzu. Trudniej będzie upilnować pola. Owoce i warzywa też nadają się do jedzenia – te wszystkie jabłka, kapusty, rzepy…

Babska logika rządzi!

Przesadzam.

W świecie Tyberiusza migracja z miasta do wsi jest powszechna. Pada śnieg a jest pół roku po blackoucie.  Już miesiąc po narasta chaos, ludzie wędrują. Oni wpadli by tak samo jak my na podobne pomysły gdzie jest jedzenie. I stamtąd je zabierają, ogródki działkowe (warzywa, owoce) piwnice (weki) silosy (zboże). Zboże pod zasiew, nie wyobrażam sobie sytuacji w której zrozpaczona rodzina, przyjmuje do wiadomości fakt, iż rolnik nie odda im ziarna bo jest przeznaczone pod zasiew i zgadza się na sytuację w której ich dziecko umiera z głodu. Potrzebna jest forma organizacji społecznej, a owa forma potrzebuje narzędzi, typowych dla każdej innej, zestawu praw, siły do ich realizacji, uzbrojonej formacji strzegącej interesu, zdolnej realizować zadania jak ochrona rolnika czy innego specjalisty. Gdybym chciał to opisać powstała by cała powieść. Napisałem opowiadanie i musiałem ograniczyć treść. Podstawową ideą jest odtworzenie technologi i cofanie się historii.

To rozumiem, że nie ma tu miejsca na wszystkie wyjaśnienia. Problem w tym, że Twój świat mi się nie podoba. Nawet nie dlatego, że jest niewiarygodny czy coś, ale dlatego, że jest paskudny i nie chciałabym w nim żyć. No więc szukam dziury w całym i kombinuję, jakby go uniemożliwić.

Ale w normalnych warunkach w kraju chyba jest tyle żarcia, żeby wystarczyło do najbliższych zbiorów i jeszcze zostało na zasiew? Chyba nie sprowadzamy wszystkiego z zagranicy? Co się z nim stało? Tym bardziej, że populacja musiała się przerzedzić – ciężko chorzy, skomplikowane porody, bandytyzm…

Babska logika rządzi!

Autorze, bronisz swojego tekstu w jego obecnej formie jak niepodległości, ale pamiętaj, że nawet jeśli na tysiącu stron wyjaśnisz wszystkie swoje intencje światotwórcze oraz motywacje bohatera wedle tych intencji, to czytelnik opowiadania nadal będzie miał przed sobą tylko tekst. A w tekście, sądząc z reakcji, czytelnicy nie widzą tego, co chciałeś pokazać. Ergo, coś z przełożeniem intencji na gotowy produkt szwankuje. W przedmowie sugerujesz, że z kwestiami etycznymi były już problemy w becie – tekst wykonaniem sprawia wrażenie, jakbyś całkiem olał wszystko, co musiała tu mieć do powiedzenia Tarnina w kwestiach językowych, więc można się domyślać, że w sferze etycznej i w związku z tym fabularnej też wolałeś pozostać przy swojej oryginalnej wizji. Twoje prawo, ale nie miej pretensji do czytelników, że nie siedzą w Twojej głowie i nie są w stanie (oraz nie mają ochoty) dopisywać sobie do tekstu tego, czego w nim nie ma.

Piszesz dużo o “świecie Tyberiusza”, ale czytelnik ma tylko jakiś strzęp tego świata, na dodatek, jak sam sugerujesz, mało reprezentatywny. To by było do łyknięcia, gdybyś miał za sobą powieść albo trzy osadzone w tym świecie i napisał opowiadanie pokazujące jakiś jego mniej wyeksploatowany aspekt. Bez takiego kontekstu ten świat dla czytelnika, wybacz, nie istnieje. I nie zaistnieje, że powtórzę, choćbyś napisał tu jeszcze kilkadziesiąt stron o swoich intencjach.

 

O kwestii “metamorfozy” i rozwoju bohatera literackiego nie będę dalej dyskutować, skoro sprowadzasz to do takich powierzchownych banałów jak to, czy Geralt nadal lubi robić wrażenie na czarodziejkach. Rozumiem, że gdyby ogolił głowę na łyso, założył pomarańczowe szaty, wziął do ręki młynek modlitewny, wykonany z przetopionego miecza i zaczął czarować mantikory, a na czarodziejki spoglądał z pogardą, to osiągnąłby w miarę satysfakcjonujący rodzaj przemiany? Ale w takim ujęciu nie zmieniają się również np. bohaterowie Tolkiena, z hobbitami z WP na czele, bo przecież nadal lubią zacisze domowe…

 

same słowa Napoleona o nim samym to mało wiarygodne zródło

Jak większość źródeł o sobie samym sławnych ludzi – np. taki Metternich absolutnie po mistrzowsku przemilcza w pamiętnikach dobrze znane czasem fakty, które mogłyby rzucić cień na jego dyplomatyczny geniusz. Z tego samego powodu wzmianek o okrucieństwach w Hiszpanii nie jest dużo – mało kto się chwali tym, że uczestniczył w czymś odrażającym. Niemniej, ciekawostka: bardzo długo “cenzurowano” Okropności wojny Goyi, nie pokazując na wystawach albo spychając na margines ogólnych opracowań, gdzie nie dało się ich całkiem pominąć, te grafiki, które pokazują okrucieństwa popełniane przez hiszpańską partyzantkę, ponieważ oficjalna narracja historyczna widziała w niej siłę pozytywną. Ale nie jest też tak, że opisów rzeczy strasznych nie ma.

Oczywiście, że również N. tworzy legendę (bardzo świadomie), ale nie pytałeś o wiarygodność, ale o to, czy jest mowa o tysiącach zabitych. A nawet w tak mitotwórczym tekście jak Memoriał ze św. Heleny jest. I to jest istotne.

Zadaniem historyka jest m.in. umieć odpowiednio odczytywać te teksty, a nie dawać wiarę każdemu zdaniu i każdej opinii, niemniej odpowiedź na pytanie, jakie sformułowałeś, pozostaje: tak, jest mowa.

 

A teraz wracając do samego opowiadania.

 

Mógł zabić, oczywiście, ale nie było takiej konieczności. Dopiero po starciu, przypuszczał, że ktoś wróci po tych panów i będzie pytał co się stało i kto ich zabił. Myślisz że Magda wytrzymała by takie spytki? Tyberiusz wolał nie ryzykować.

Przecież on wiedział, że banda terroryzuje okolicę, więc rozmowa z bibliotekarzem jest co najmniej równie go demaskująca jak potyczka z kawałkiem bandy, a może nawet bardziej, ponieważ to, że ktoś się zemścił na złolach, mieści się w normie, podczas gdy ktoś, kto szuka ważnego artefaktu (spuśćmy zasłonę miłosierdzia na jego sensowność, bo już sam przyznałeś, że jest to naciągane) jest znacznie bardziej podejrzany i rzucający się w oczy. A co właściwie wiedziała o nim Magda? Co by naprawdę mogła wygadać? Że był jakiś taki, wysoki czy jaki tam, jak wielu w okolicy zapewne. Ona nie jest powierniczką jego arcyważnych sekretów. Po prawdzie gdyby on ją zabił z pokrętnie rozumianej litości, widząc, że ona nie da rady żyć i na pewno nie przeżyje następnego ataku złoli, to byłby w tym jakiś pokrętnie ludzki odruch, znacznie psychologicznie ciekawszy i właśnie pokazujący, że bohater coś tam z dziwacznie rozumianej moralności posiada. Tych poglądów, o których piszesz w komentarzach. To, co zrobił, jest najzwyklejszym pod słońcem sk*syństwem, powtórzę to po raz trzeci, i setki stron wyjaśnień odautorskich tego nie zmienią.

 

Owi wielcy ludzie ( i inni wielcy) zakładali obozy koncentracyjne (pierwsi robili to brytyjczycy w Afryce – ich doświadczenia rozwinęli Niemcy) lub w Jałcie podzielili Europę, popełniali wielkie okrucieństwa. przy nich Tyberiusz to mały pyłek zła i występku.

Tak, wiemy o Brytyjczykach. Natomiast traktaty takie jak w Jałcie to zupełnie inna sprawa, dla nas niestety kluczowa, ale tak naprawdę mieszcząca się w gloryfikowanej tradycji dyplomatycznej Kongresu Wiedeńskiego, a wcześniej również w idei koncertu mocarstw i rekompensat terytorialnych, z których wzięły się m.in. rozbiory Polski. (Była o tym bardzo długa dyskusja pod innym opowiadaniem na portalu, nie chce mi się jej powtarzać.)

 

Gdy celujesz do człowieka nie zastanawiasz się nad dobrem i złem. Wierz mi drakiana to jest orientekspres. Wierzaj mi, wiem co mówię i piszę.

Jeżeli jesteś weteranem z Iraku czy Afganistanu czy innej wojny, to może powiedz to otwarcie? A jeśli nie i jeśli sam nie byłeś w takiej sytuacji, to wiesz dokładnie tyle samo co ja.

 

Aha, nie jestem rekonstruktorką, choć nie ukrywam, że chciałabym być, ale jestem na to zbyt leniwa i zbyt mało zdyscyplinowana. Historią militarną po prostu się interesuję, no a książki bywają poza tym przydatne do pisania…

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Finkla:

Popsuło się. Po prostu. To co można było zakonserowowano w soli , ale niewiele.

To nie jest zły świat, to świat w którym bezużyteczni historycy w końcu są do czegoś potrzebni.

 

drakaina:

 

Oczywiście, że bronię swój tekst. Lecz nie jak niepodległości. Ten który czytasz daleko odbiegł od pierwowzoru. Zasugerowane poprawki zostały naniesione, usunąłem spore fragmenty tekstu. Tekst był betowany dwukrotnie, a sama beta ukaładała się bardzo poprawnie: w dialogu, bez swarów, obrażania, bez wykłucania się itp. Nie wiem jaki jest bon ton, czuję niezręcznie opisując rzeczy z bety. Tarnina gorąco protestowała przeciwko fabularnemu zabiciu dziewczyny. 

Tekst został poddany ocenie ponownie w poczekalni, gdzie wykładam swoje racje. I oczywiście w pełni się zgadzam, że jeśli tekst nie broni się sam to jest źle. Nawet bardzo. I oczywiście, nie jestem na nikogo zły. Jakim byłbym głupcem gdybym był zły na czytelnika?

Nie neguje faktu, że zachowanie bohatera było złe. Pisałem, że jest takim człowiekiem jaki jest. Ocenę moralną zostawiam czytelnikowi. Czy pytasz o moją ocenę moralną jako nieautora tekstu?

W pełni się zgadzam z Twoimi uwagami dotyczącymi skąpo opisanego świata i wprost stąd wynikającymi brakami właściwego kontekstu. Nie chciałem jednak czytelnika zanudzić. W następnym opowiadaniu na pewno będzie to naprawione, więcej uwagi poświęce “okolicznościom towarzyszącym” nawet kosztem kilku tysięcy znaków by uczynić świat bardziej przejrzystym. Ponownie podkreślę, że nie mam do nikogo o nic pretensji.

 

Wiedźmin.  Uważam, że go nie zmieniło. Cynizm wobec władców jest widoczny już w opowiadaniach.  Jego postawa wobec świata się nie zmieniła. Pozostał nieufny i ze zdrową dawką cynizmu i wyrozumiałości. Przez 1000 stron. Jego kontakty z Ciri i innymi nie zmieniły jego światopoglądu a nawet tego, że starał się elokwencję imponować najróżniejszym czarodziejkom.

“a nawet tego”

 

Postać Tyberiusza powstała przed napisaniem opowiadania.  To co zrobił było tego konsekwencją. Było charakterologicznie zgodne. Bo on taki jest: nieczuły drań, świnia, okropny człowiek, bezlitosny. antybohater, s***syn.  

Zabił ją z powodu tego, że nikt by się za bardzo nie interesował wędrującym panem. Mordercą czterech towarzyszy jednak na pewno. Napisałem to w tekście.

Tyberiusz to  nie ja.

 

Przyczyną rozbiorów był bunt Lubomirskiego, abdykacja Jana Kazimierza i bezsensowna wyprawa wiedeńska – ale masz rację to nie miejsce na to.

 

Ani razu nie napisałem, że to co zrobił nie było złe.

Produkcja broni czarnoprochowej jest prosta jak konstrukcja cepa.Podobnie jak prochu czarnego. Kompletny brak logiki: Bohater powinien szukać raczej książki: Konstrukcja i wytwarzanie maszyn parowych i obrabiarek na energię wodną, a także pozycji "Odlewanie stali bez użycia pieców indukcyjnych". Produkcja czegokolwiek BEZ prądu wymaga wytworzenia NARZĘDZI i MASZYN przemysłowych sprzed epoki elektryczności. Bo bez nich ani metalu się nie odleje, ani nie wykuje, ani nie wytoczy. A proste kowalstwo nie wystarczy. I druga sprawa: Poszukiwacze benzyny w ZARDZEWIAŁYCH ze starości samochodacj. Znaczy stoją co najmniej kilkanaście lat, a kilka to minimum. Tymczasem benzyna już po góa dwóch-rzech latach przechowywania przestaje nadawać się do użytku w nowoczesnych pojazdach. Z tym wiążą się też puszki konserw. JEDYNIE termizowane, czyli pasteryzowane tradycyjnie i z czystego mięvha mogą leżeć bez zepsucia się do pięciu, a nawet więcej lat. Te nasze, konserwowane i z domieszką wszelkiego śmiecia… już rok-dwa po terminie przydatności psują się definitywnie. Słowem – już u podstaw twojego świata leżą absurdy wynikające z niewiedzy. I na koniec: Ja wiem, że w tej amerykańskiej postapo o impulsie elektromagnetycznym nad USA też było dziecko-diabetyczka, ale bez przesady, doprawdy;)

 

Zwracaj uwagę na przecinki w takich miejscach jak te: 

Na drodze można było spotkać zbieraczy – ludzi trudniących się głównie odzyskiwaniem benzyny z pojazdów – byli niebezpieczni[+,] jeśli uznali cię za konkurencję.

Do wioski , gdzie znajdowała się biblioteka[+,] której szukał, pozostało mu już tylko kilka kilometrów.

Tutaj jeszcze niepotrzebna spacja.

No, nie porwało mnie :(

Znam tylko pięć liter ;)

O, doprawdy – miałam się nie odzywać, bo wystrzeliłam już swoje strzały i kołczan mam pusty (a parę rzeczy wyraźnie przeoczyłam, dopiero teraz to widzę po komentarzach innych, ale zabrnęłam w ten tekst jak między drzewa i straciłam z oczu las), ale coś jednak powiem, trochę obok tematu.

Po pierwsze: dlaczego miałabym Cię obrażać i źle Cię traktować tylko dlatego, że się z Tobą nie zgadzam i nie uważam, że napisałeś dobre opowiadanie? Staram się pozostać na gruncie cywilizacji łacińskiej.

A po drugie… eh.

Poddałam się niskiemu impulsowi :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

rybak:

 

Poniosło mnie z tymi pordzewiałymi autami, fakt, mój błąd. Dzieje się pół roku po. Stąd też sprawa puszek i ich trwałości. Mea culpa.

Podobnie narzędzia, maszyny, koło,  jedzenie, leki, pług, chemia, mydło itp.

Nie rozumiem tego z ta dziewczynka diabetyk, ale może dlatego, że nie widziałem filmu.

 

Dziękuję anet za Twoje uwagi i za to że przeczytałaś.

 

Tarnina:

Czasami trzeba zrobić tak:

 

Poddałam się niskiemu impulsowi :)

Jak Tyberiusz ;)

@Dalekopatrzący

 

Re: rolnictwo, uprawa ziemi, produkcja żywności. Tylko o tym jednym aspekcie będę dyskutować, bo tylko o nim mam jakąś tam wiedzę.

 

Najpierw drobiazg. W komentarzu machnąłeś się w nazwie sprzętu do mielenia: motyka wygląda tak i służy do PIELENIA, nie do tego, żeby mleć cokolwiek.

 

A teraz – moje zastrzeżenia, głównie do tego, co w komentarzach uzupełniłeś po tekście. Niestety, nie całkiem mi się klei ta Twoja wizja – zwłaszcza jeśli mówimy o a) katastrofie w mniej więcej Polsce tu i teraz, b) raptem pół roku po blackoucie, c) na wsi

 

Czas akcji to zima, prawda? Wobec tego blackout, który według Ciebie był pół roku wcześniej, nastąpił późną wiosną/wczesnym latem, w absolutnie najlepszej porze dla rozpoczęcia magazynowania i przetwarzania żywności. To punkt pierwszy. Teraz punkt drugi: to, co opisujesz (panika, rabunki, szaber na wielką skalę) jest, oczywiście, prawdopodobne w mniej więcej 100% :D. Tu, oczywiście, głównym obiektem byłyby pewnie sklepy, hurtownie, magazyny. W zależności od determinacji i brutalności lokalnych władz, pilnujących tych obiektów, skala tych rabunków też mogłaby być różna. Tu się zgadzam z opisaną przez Ciebie wizją – taka wioska, jak ta Twoja, spokojnie może zaistnieć.

 

Niemniej, odnosząc się do Twojego _komentarza_ o tym, jak mało ludzi ma wiedzę o czynnościach i zadaniach rolnika bez prądu, o uprawie roślin i hodowli zwierząt:

 

a) w pokoleniu 50+ ze wsi i malutkich miasteczek – sporo; pokolenie moich rodziców i starsze to czasy, na polskiej wsi, tzw. chłoporobotnika, który/a ma pracę w fabryce etc., a poza tym posiada kawałek gruntu, na którym uprawia kartofle, marchewkę, cebulę i takie tam, ma jabłonkę czy inne tam porzeczki i – często – hoduje kury na (głównie) jajka i (okazjonalnie) mięso. Wiedza o tym, jak hodować i konserwować żywność, jest w tym pokoleniu _i w tym środowisku_ dość powszechna, bo, poza wszystkim, to są ludzie, którzy pamiętają PRL i zdarzające się wtedy kilkudniowe nieraz epizody tzw. dwudziestego stopnia zasilania, kiedy prądu nie było, bo nie. Dam Ci przykład, wybacz, że z własnego życia.

 

UWAGA, MOŻLIWE TL:DR

 

Ja sama jestem rocznik 1973 i wychowałam się na polskiej wsi w latach 80.: nauczono mnie wtedy (mama, tato, dziadkowie) MILIONA różnych dziwnych rzeczy. Mieliśmy wodę ze studni (wyciąganą i kierowaną do kranu przez elektryczny motor, a jak nie było prądu – wyciąganą kołowrotem i trzymaną w wiadrach) i piec kuchenny na drewno, używany także do ogrzewania kuchni, plus domowy piec CO, w którym też paliło się głównie drewnem (magazynowanym przez całe lato i jesień), bo dziadek OSZCZĘDZAŁ na węglu (na wszystkim w ogóle oszczędzał, ale to inna sprawa :D). Uprawialiśmy ziemniaki, buraki, włoszczyznę, groch i fasolę, plus ogórki i pomidory; z tego marchew, pietruszkę, ziemniaki i buraki szły do kopców w piwnicy, fasolę i groch trzymało się, po wyłuszczeniu (co nagminnie zlecano nam, dzieciakom), w domu w workach, cebulę i czosnek się zwykle zaplatało w warkocze. Na tzw. wszelki wypadek w kopcach zawsze była też rzepa i brukiew, normalnie przeznaczone dla zwierząt, ale jadalne i dla ludzi (myśmy z siostrą uwielbiały rzepę i zawsze kradły ją z piwnicy :D ).

W stodole w tzw. sąsieku przechowywało się, zabezpieczone przed myszami, wymłócone zboże, które też uprawialiśmy: owies dla zwierząt, odrobinę żyta i więcej pszenicy na mąkę.  Kombajn był luksusem, częściej używało się elektrycznej młockarni, ale koszenie kosą i młócenie cepem też zaliczyłam parę razy w życiu. Mechaniczną (na korbę :D) maszynę do robienia kaszy z pszenicy zbudowali tato z dziadkiem; mąki, owszem, w domu się nie robiło, woziło się zboże do młyna.

Gotować umieliśmy wszyscy, i bracia, i siostry, i to od dość wczesnego wieku – podobnie jak umieliśmy zapalić w piecu kuchennym, żeby mieć na czym gotować. Przy okazji gotowania latem, jak już się napaliło w piecu, wykorzystywało się każdą możliwą okazję, żeby przetwarzać żywność: w uchylonym piekarniku suszyło się grzyby, owoce (jabłka w plasterkach, całe śliwki), warzywa i zieleninę (natki z selera, pietruszki etc.); pakowało się je potem do metalowych puszek po kawie i tam przechowywało. Robiliśmy zaprawy: pomidory w soku własnym, ogórki, grzyby, cebulę i cukinię w occie, ogórki i kapustę kiszone w beczkach drewnianych (ogórki w małych beczułkach lub w słojach, kapustę w wielkiej). Kompoty, dżemy, surowe przeciery z porzeczek, smażone w piekarniku bez cukru powidła ze śliwek i winogron – to wszystko było robione co roku.  Konserwowało się też mięso: OK, nie było go za dużo, ale przy okazji świniobicia robiło się również wyroby trwałe, takie jak mocno suszona kiełbasa i zalewane tłuszczem przetwory w słoikach. Ponieważ wujek był zapalonym wędkarzem, babcia zawsze miała też mnóstwo słoików z rybą w occie. Do tego dochodziło mleko od krowy i sery (twaróg i tzw. domowy ser smażony, robiony ze zgliwiałego twarogu).

Babcia piekła chleb, robiła masło (bardzo mocno solone, żeby się dłużej trzymało – stało w głębokiej piwnicy, nie w lodówce) i twaróg oraz w latach najgorszego kryzysu – melasę z buraków cukrowych, której używała zamiast cukru. Tego się od niej nauczyłam, podobnie jak robienia domowego mydła (choć nie robiłam tego od stu lat :D ); nie nauczyłam się natomiast produkcji zniczy i świec – babcia zbierała słoiki i napełniała je stopionym łojem z jakimiś dodatkami, żeby NIE WYDAWAĆ pieniędzy na Wszystkich Świętych. Wiem, że w latach 60. robiła też kawę z żołędzi i suszyła korzenie cykorii na dodatek do niej, ale na te czasy już się szczęśliwie nie załapałam :D.

Robiło się też podstawowe domowe leki (babcia robiła maść nagietkową na bazie tłuszczu wołowego i gorzkie nalewki na trawienie, mama suszyła miętę, rumianek i lipę, zbierane przez nas na łąkach w okolicy), podobnie jak, powiedzmy, środki zapobiegawcze (soki/syropy z czarnego bzu i malin, na przeziębienie).

O tym, że obok legalnego wina owocowego na wsi powszechnie robiło się również pewne mniej legalne trunki, może nie wspomnę :D

O dzikich roślinach jadalnych wiem teraz dużo więcej, niż wtedy (bo mnie pasjonują), ale już w dzieciństwie pokazano mi część roślin, które można jeść/wykorzystać (szczaw, szczawik zajęczy, lebioda) i ostrzeżono, których powszechnie rosnących w okolicy nie ruszać (selerowate, bo trudno rozróżnić jadalne od morderczo trujących, kruszyna).

Strasznie przepraszam za te kombatanckie wspominki (choć pisało mi się je sentymentalnie miło), ale co chciałam przez nie pokazać, to to, że taką wiedzę, nawet jeżeli zardzewiałą i nieużywaną na co dzień,  mam do dziś ja i mnóstwo moich urodzonych na początku lat 70. koleżanek i kolegów ze wsi, nawet jeżeli nie wszyscy rodzice/dziadkowie robili akurat to wszystko, co moi. Skala niewiedzy i katastrofy NA WSI (podkreślam, że się zgadzam, że w mieście musiało być gorzej) w Twoim świecie, zwłaszcza w pół roku po blackoucie, będzie chyba jednak nieco mniejsza, niż sobie wyobrażasz – tu się całkowicie zgadzam z Finklą.

 

/TL;DR

 

 

b) w pokoleniu 40 – 55+ z miasta – w chwili obecnej w Polsce jest prawie 100 000 (!) ogrodów działkowych. To oznacza co najmniej 100 000 ludzi w polskich miastach, którzy mają podstawową wiedzę o tym, jak uprawiać ziemię. Jeżeli do tej pory uprawiali róże i dalie – to niewiele zmienia. Ciągle wiedzą, że są konkretne pory sadzenia dla konkretnych roślin, konkretne pory zbiorów, umieją posłużyć się szpadlem, motyką etc. Przestawienie się z cebulek tulipanów na cebulę nie jest jakoś specjalnie trudne, to akurat znam z autopsji.

 

Możesz oczywiście mieć dużo racji, że wśród ogółu, powiedzmy, dwudziestolatków ta wiedza jest szczątkowa . Masz też rację zakładając, że odtworzenie tymi metodami rolnictwa mogącego zapewnić żywność dla całego obszaru kraju rozmiaru Polski będzie bardzo trudne. Jeśli jednak mówimy o produkcji żywności metodą „każdy sobie na wsi, żeby jakoś przeżyć”, przy pomocy już dostępnych narzędzi, to nie wydaje mi się niemożliwe, że już te pół roku później ludzie zaczątki tego rodzaju gospodarstw mają.

 

Re: konserwowanie żywności. Można to robić nie tylko solą: także tanim, łatwym w produkcji, powszechnie dostępnym octem (żeby zrobić ocet jabłkowy w warunkach domowych – całkowicie wystarczający do zakonserwowania warzyw/ ryby na jeden sezon – potrzebujesz jabłka (starczą spady, ogryzki i obierki!), wodę, trochę cukru lub miodu (ok. pół szklanki na 1 litr wody, max) i ok. 2 tygodni czasu). Przepis na jego produkcję znajdziesz w milionie książek kucharskich, poradników, broszurek itd. – u Ciebie w świecie wszystkich książek nie spalono, bo nie było czasu/potrzeby, żeby to zdążyć zrobić.

Część żywności można także zakonserwować suszeniem (w przewiewnym miejscu lub przy piecu kuchennym – grzyby, mięso, część warzyw i owoców, ryby) i przy pomocy cukru (owoce).

 

Przepraszam, że się tak strasznie rozgadałam, już nie będę :D

 

 

Re: Lubomirski etc. Wydarzenia, które wymieniasz, były raczej przyczynami osłabienia i upadku prestiżu Rzeczpospolitej (choć nie jestem pewna, czy kontynuowanie dynastii i polityki Wazów byłoby aż tak dużo lepsze od tego, co nastało…), a to oczywiście uczyniło z niej dobry materiał na wykrawanie rekompensat i innego rodzaju nabytków terytorialnych w XVIII w. Natomiast Sobieski i Wiedeń to osobna sprawa – pomijając ocenę samej bitwy i interwencji polskiej, to akurat był ten moment, kiedy można było wzmocnić dzięki odpowiedniej propagandzie i przede wszystkim dyplomacji pozycję RP (może nawet starać się o jakiś tam udział w koncercie mocarstw), ale oczywiście zabrakło głowy, pomyślunku, no i oczywiście polityków i dyplomatów, którzy by o to zadbali. A tak oddaliśmy przysługę Habsburgom, nie dostając kompletnie nic w zamian. Długofalowo oczywiście to wszystko przyczyniło się do osłabienia państwa i przede wszystkim jego międzynarodowej pozycji.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

ninedin

 

motyka… przyłapałaś mnie mieszczucha.

 

W pełni i całej rozciągłości zgadzam się z tym co napisałaś. W tym świecie względny porządek, pilnowanie magazynów itp trwał około miesiąca. Potem przyszedł chaos ale nie armagedon, własnie z tych powodów które opisałaś. Wszystkie te aspety są uwzględnione skala rabunku, poziom organizacji w różnych miejscach.

Akcja opowiadania, Żaden z bohaterów nie wspomina o jakimś przeraźliwym głodzie i znów własnie z tych powodów które opisałaś. Akcja Polska/ wieś. Jeśli w Polsce taki rozwój sytuacji jest możliwy, to nie sądzę by taka wiedza pozostała np u naszych zachodnich sąsiadów (kataklizm jest globalny)

Podobnie kwestia ogródków, u nas popularne na zachodzie już nie tak. Dlatego na terenie RP jest znacznie lepiej niż na zachodzie. W tym świecie migracja następuje z miasta do wsi i z zachodu na wschód. W okół ogródków toczy się spora część akcji.

O tym occie to nie wiedziałem. Pozostanie problem produkcji cukru i wystarczającej ilości miodu.

Ninedin z chęcią posłucham Tego co jeszcze masz do powiedzenia, w dowolnej długości. (im więcej tym lepiej)

 

drakaina:

Turcja przez lata mogła stanowić zagrożenie nie tylko dla Austrii ale co ważniejsze i dla Rosji.

Zabrakło głowy i pomyślunku i wizji. Agree. A taką miał Jan Kazimierz. Czy to nie on w mowie abdykacyjnej prorokował, że za sto lat Rosja Austria i Prusy dokonają podziału Polski? Lepsza polityka Wazów niż żadna polityka.

Polecam książkę Blackout. W czasach, w których mieliśmy kilkanaście milionów drobnych chłopów, wszystko to, o czym Ninedin, piszesz, miało rację bytu. Dziś mamy na 100 mieszkańców wsi może 7-10 producentów żywności, a wszystko wyglądać zaczyna jak na Zachodzie: Ferma świń na 50 tys tuczników w jednym końcu województwa, ubojnia i chłodnia w drugim, przetwórnia i baza logistyczna w trzecim, a pasze w ogóle w drugim końcu Polski. Miesiąc bez prądu i tuczniki martwe gniją, zapasy już zgniły, pasze nie do dowiezienia. W opku w dodatku WSZYSTKO wskazuje na wojnę, przede wszystkim porzucone auta z paliwem w bakach (impuls elektromagnetyczny jak w tej amerykańskiej książce postapo, włącznie z diabetyczką, zaomniałem tytułu, bodajże "O moment za późno", czy jakoś tak. Ale co do żywności – dziś bab z cielęciną i śmietany i kaszanki na targu już NIKT do miasta nie dowiezie, jak za gospodarki rolnej tradycyjnej, to se ne wrati.

rybak:

 

Masz rację, podobnie jak ninedin.

Łączę te dwa wątki. Panuje chaos ale nie kompletny armagedon. Bo coś tam do się zrobić, wyhodować, naprawić. Odpowiednio szybko zorganizowane społeczności są w stanie przetrwać. Dystyrybucja dóbr to zasięg kilkunastu kilometrów (warunki chaosu)

I tak masz rację. Wojna to konieczności, nie ma innej sensownej opcji.

to se na wrati.

wrati, bo będzie musiało.

Ne vrati. Obecny materiał siewny (zboża) sprzedawany jest w Polsce farmerom na zasadach licencji i pochodzi w Polsce z trzech korporacji . W drugim pokoleniu jest w zasadzie bezpłodny. A starych odmian już w zasadzi nikt nie uprawia. Wiedziałeś o tym?

 

rybak:

nie, nie wiedzialem. Będziemy sadzić ziemniaki ? 

Pół roku po apokalipsie to dosyć krótko i tak naprawdę nie mam się jeszcze czego czepiać. Mam na myśli paliwo, jedzenie, dostęp do wody itp. Nie tylko puszki, ale też wiele innych produktów jest jeszcze zdatnych do spożycia. Wszelkie paluszki, krakersy, słodycze i wiele innych, zależy tylko do warunków przechowywania. Jeśli duży, chłodny magazyn, to i rok po terminie większość takich rzeczy da się zjeść.

Opuszczone wioski ok, bibliotekarz też ok. W ogóle nie mam zbytnio uwag do zachowań Twoich bohaterów pobocznych. Do głównych niewielkie uwagi są. Zarówno Magda, która zachowuje się trochę zbyt nieśmiało i niewinnie w stosunku do tego, co ją spotkało (to, że włożyłeś w jej dłoń broń niewiele zmienia), jak i Tyberiusz, który na końcu ją zabija, nie są dla mnie do końca wiarygodni. Choć osobiście uważam to za bardzo dobre posunięcie z Twojej strony (morderstwo Magdy), dodaje dramatu opowiadaniu. Tylko z opowiadania nie wynika, że jest do tego zdolny, byłem trochę zdziwiony. Nie dopracowałeś wystarczająco jego profilu psychologicznego. Idealnie jest wtedy, gdy czytelnik jest zaskoczony, ale po chwili dopuszcza takie rozwiązanie w głowie. Magda i Tyberiusz są więc z małymi minusami. :)

Warsztat całkiem dobry, czytałem płynnie i wszystko, co przeczytałem, było jasne. Za to plusy. Widzę potencjał w tym opowiadaniu i za to klik do biblioteki, ale osobiście nic więcej już bym z nim nie robił.

 

Dalekopatrzący, Drakaino.

 

Napisaliście komentarzy na 50k znaków (zrobiłem szybkie kopiuj– wklej) do opowiadania na 22k znaków. Jestem daleki od tego, aby mówić Wam ile i co macie pisać, ale czy nie lepiej Dalekopatrzący poświęcić ten czas na pisanie czegoś nowego? A Ty, Drakaino? Piszesz bardzo dobre komentarze, chętniej widziałbym je pod większą ilością opowiadań niż w takiej ilości pod jednym. :) Nawet bardzo chętnie. Jesteś moją murowaną kandydatką do Loży w tym roku, więc ten tego, nie zawiedź mnie. ;)

Pozdrawiam wszystkich.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

A czym pole zaorzesz, konie zjedzone, benzyny nie ma. I kim? Ludzi też prawie nie ma. Sadziłeś kiedyś ziemniaki? Ja i owszem, ostatni raz jakieś 40 lat temu. Jakieś 1000 mkw. Trzy dni mi zeszło. A żeby tylko mnie wyżywić(350 kg ziemniaków rocznie, jeśli nie ma ziarna na chleb ani mąki), trzebaby obsadzić dokładnie 10xtyle. Hektar czyli.

Bo świnia na mięso hodowana zeżre tych ziemniaków jakieś 20 kwintali. Żeby uyć przynajmnej do 80-90 kg.A bez nawozów, oprysków itd marniutkie będą plony z ha tych pyr– góra 100-150 q. Z czego na przyszłoroczne sadzenie pójdzie połowa, część zgnije zimą w kopcu, część wymienicz na inne rzeczy i…?Miesiąc na sadzenie masz?!)

Mam problem z tym opowiadaniem. I nawet nie chodzi tu o paskudny świat, czy amoralnego bohatera. Po prostu z jednej strony jest przyzwoicie napisane i dobrze się czyta, ale z drugiej strony fabuła jest bez sensu. Znaczy ok, sam fakt szukania źródeł wiedzy pozwalającej wytwarzać różne dobra ma sens, ale robienie z jednej konkretnej książki cholernego świętego graala jest naiwne, żeby wprost nie powiedzieć, że głupie. I do tego bardzo wygodny zbieg okoliczności, że akurat bibliotekarz jest autorem poszukiwanej książki. Ale żeby nie było, sama postać bibliotekarza jest chyba najlepszym punktem całego tekstu. Wizja starego bibliotekarza w spokoju pijącego herbatę i wypełniającego swoje obowiązki w walącym się świecie jest naprawdę świetnym, bardzo sympatycznym pomysłem, szkoda, że nie wykorzystanym w pełni.

Główny bohater jest nieciekawy. Nie chodzi mi o to, że oburza mnie jego brak empatii i moralności, po prostu jest kolejnym przerysowanym, burczącym twardzielem-skurwielem. Jedyny fragment, w którym próbowałeś mu cokolwiek więcej dodać to moment gdzie piszesz o cukrzycy, co po dwóch zdaniach i tak zniknęło z tekstu, więc jest raczej bez znaczenia.

No i też wydaje mi się, że trochę zbędne jest to co piszesz w komentarzach o budowie twojego świata, jego historii i tak dalej, jeśli nie ma to przełożenia w opowiadaniu. Coś takiego może mieć sens w przypadku np. jakichś wielkich sag fantasy ze złożonym światem i tak dalej. W przypadku takiego opowiadania wszystko co ma znaczenie musi być w tekście zawarte.

Darconie, no nie wiem, co powiedzieć… Poczułam na barkach ciężar odpowiedzialności ;) No i od dłuższego czasu staram się komentować sporo opowiadań, ale cóż poradzę na to, że zupełnie jak w przypadku studenckich odpowiedzi – uzasadnianie tego, że się podoba, jest zazwyczaj znacznie trudniejsze niż tego, że się nie podoba, dlatego tam, gdzie coś mi nie gra, piszę dużo komentarzy, a tam, gdzie się bardzo podoba, mogłabym pisać jak Anet ;) Skądinąd komentarzowym rekordzistą, zwłaszcza w kontekście ogólnej oceny samego tekstu, nie jest bynajmniej to opowiadanie :/

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wbrew zamierzeniom, postawa i decyzje głównego bohatera nie budzą dyskusji. Jeśli ktoś jest do cna zły, zły aż tak, że nie jest autentyczny, to trudno dziwić się kolejnym aktom deprawacji. 

Mlody aktor szkoły teatralnej zapytał kiedyś Janusza Gajosa: „Jak daleko można pozując się w odwzorowaniu złoczyńcy?”. A wytrawny aktor odpowiedział mu: „Do granicy autentyczności”. Oczywiście parafrazuję, mógł powiedzieć to inaczej, ale myślę, że zachowałem sens ;)

Tyberiusz przekonujący nie jest. Jest złem, a takich ludzi nie ma. Przypomnę przykłady najbardziej znanych czarnych charakterów ze świata sztuki. Chociażby Hannibal Lecter – miewał ludzkie odruchy, chociażby w kontaktach z agentką Starling. O postaci odgrywanej przez Spacy’ego w „Se7en” nie wspominając…

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Darcon:

 

bardzo dziękuję. za klik do biblioteki – sprawił mi mnóstwo radości.

mąki, kasze, cukier, alkohol , kisiel, zupka chińska, kawa, makaron. grzyby jarzyny, ryby,

Tak Tyberiusz został mało uwiarygodniony. Z tekstu usunąłem większość fragmentów dotyczących “przemyśleń Tyberiusza” który wciąż szuka dla siebie usprawiedliwień – co czyni go mniej “złym” i bardziej wiarygodnym, mniej “płaskim.” Za cenę wartkości akcji, źle to zbalansowałem.

To wszystko co pisałem w komentarzach jest już opisane.

 

rybak:

Tym wszystkim wszyscy się bardzo martwią i nie wiedzą co zrobić. Trzeba odpowiedniej ilości “staruszków” by społecznośc mogła przetrwać. Staruszek – rolnik jest na wagę złota. Jak i kowal, ale na bogów skąd wziąć bednarza? Tybek ma pełne ręce roboty.

 

Pietrek Lecter:

zgadzam się co do Tyberiusza, nie miał być taką zła postacią, zrobił to co uznał za konieczne by przetrwać.

Arnubis

czy jest twardzielem?

W tak krótkim opowiadania trzykrotnie salwował się ucieczką, oddał jakiejś Pani połowę zapasów. (jej zapasów). Zaczął walczyć zmuszony okolicznościami.

Heh, lubię takie dyskusje w komentarzach jak powyżej, zawsze się dowiem czegoś nowego ;)

 

Co do samego tekstu, to ni ziębi, ni grzeje. “Nihil novi sub sole” – typowa postapokalipsa w wersji bezelektrycznej, dziejąca się na rubieżach upadłej cywilizacji. Do tego mało ludna wioska (a przynajmniej tak to odebrałem – poza bibliotekarzem i sugestiami, że gdzieś tam są jacyś mieszkańcy, nikogo poza dwójką bohaterów nie widzę), bandyci i walka o wiedzę sprzed wojny.

Bibliotekarz wyszedł standardowo, ale ciekawie. Bohaterowie główni zaś biją mnie po zębach tym odcieniem czerni-i-bieli w wersji totalnie niepraktycznej. Tyberiusz, któremu bycie sukinsynem pomyliło się z pragmatyzmem (częsty błąd leżący w naturze człowieka) oraz Magda, której naiwność pomyliła się z dobroczynnością (jak poprzednio). Stąd na kolejne wydarzenia patrzałem z lekkim poczuciem zażenowania. Bywa, nie każda postać główna musi grzeszyć inteligencją ;) Gorzej, że nie dostałem nic w zamian, co mogłoby mnie zachęcić do uważniejszego śledzenia losów tej dwójki: jakiejś ciekawszej historii, dylematu, niemożliwego do rozwiązania problemu, który trzeba ominąć. Co prawda Tyber cierpi na cukrzycę, a Magda to dawna studentka informatyki, co to chciała tam szukać męża, ale te motywy nie mają większego wpływu na rozwój fabuły.

Powiem szczerze, że po wstępie spodziewałem się jakiegoś ważkiego wyboru moralnego, jaki będzie musiał dokonać bohater. Tutaj go nie dostałem – no cóż, bywa.

Wykonanie chrobocze od strony technicznej. Czasem wpadnie powtórzenie, czasem dziwnie skonstruowane zdanie.

Podsumowując: pomysł tu jest, a samo wykonanie koncertu fajerwerków nie odstrasza. Ale też nie oferuje nic nowego. Albo co by się chociaż wbiło w pamięć. Ot, tekst do przeczytania, pokiwania głową i przejścia dalej do porządku dziennego.

 

Z innej beczki:

Akurat trafiłeś na osobę, która równo tydzień temu kupiła trzy spore tomiszcza o historycznej broni palnej, z naciskiem na XIX wiek

Drakaino, jeśli tu jeszcze zajrzysz, napisz co to za tomiszcza. Szukam właśnie ksiąg w podobnej tematyce i pytam ludzi, czy może coś znają.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Podłogę wyścielały stery papierów, porozbijane monitory i drukarki. Pomiędzy nimi leżały porozbijane doniczki,

– To co widzisz[+,] młody człowieku

Przecinek przed wołaczem, Dalekopatrzacy.

 

Bibliotekarz odwrócił się do niego plecami i wrócił do przerwanej pracy.

– Źle pan trzyma broń – powiedział, pochylając się nad książką.

– Masz tendencje do takich teatralnych gestów? – warknął, marszcząc brwi. – „Palec na języku spustowym kładziemy w momencie świadomego oddania strzału” – zacytował fragment regulaminu.

Kto powiedział i kto warknął? Kompletnie nieczytelny fragment.

 

Na szczęście „Glucophage” nie były specjalnie poszukiwany, więc szabrownicy nie zabierali go z aptek.

Ponadto Glucophage to lek na cukrzycę drugiego typu, na którą chorują ludzie starzy, otyli, o niskiej aktywności fizycznej, prowadzący siedzący tryb życia. Młody, krzepki policjant pasuje bardziej do cukrzycy typu pierwszego, w której jednak przez odmienną patofizjologię choroby, Glucophage nie ma zastosowania.

 

Zaciskając zęby z bólu[+,] podszedł do okna

 

Faktycznie to nie są szczyty oryginalności, a o powiew świeżości tu trudno, ale nie można Ci odmówić, że piszesz całkiem wciągająco. Fan gatunku z pewnością znajdzie tu więcej frajdy niż standardowy czytelnik, niemniej lektura męką bynajmniej nie jest. Główny bohater wyszedł trochę antypatyczny, z drugiej strony jednak w brutalnym świecie przyszło mu żyć, stąd jestem w stanie zrozumieć jego postępowanie.

Przeczytałam bez przykrości, ale i bez wielkiego wow. Nie ma dla mnie tu nic odkrywczego. Fabuła jest dosyć prosta i w sumie jakoś nie porwała. Są ci źli i są jacyś dobrzy i w sumie chodzi o jakąś książkę, ale tak trochę odnosi się wrażenie, że na doczepkę. Sam pomysł nie jest zły i antybohater wyszedł nawet, nawet, ale brakuje oryginalności i dopracowania fabuły.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nowa Fantastyka