- Opowiadanie: wonsz - Schowani

Schowani

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Schowani

– Coś tu straszy! Głośno stuka! Małych dzieci wszędzie szuka! – Przedszkolanka z opaską na oczach ruszyła powoli przed siebie z wyciągniętymi rękoma. Pięcioletni Jarek kwiknął z zachwytu i uciekł schować się za wielkim, pluszowym misiem. Niestety, siedziała tam już Martyna. Nie zastanawiał się. Usiadł jej na głowie. Oburzona czy nie – przecież musiał gdzieś schować się przed wiedźmą. Pozostałe dzieci były poukrywane w przeróżnych miejscach. Michał zamknął się w kredensie wśród kaset magnetofonowych z hitami Vivy, Agnieszka wlazła za dużą, czerwoną zasłonę, zostawiając na widoku swoje zielone paputy i skarpetki z żółwiami ninja, po bracie, a Dominik dał nura w karton z klockami. Reszta, która była mniej bystra lub bardzo wierzyła w sztukę kamuflażu czerwonymi rajtuzami, chowała się za wieszakiem na kurtki, pod biurkiem przedszkolanki i pod małymi stolikami, skąd wystawały im nogi. Wyjątkowym sprytem wykazali się Bartek i Rafał. Pierwszy stanął w kącie twarzą do ściany i udawał, że go tam nie ma – skoro on nic nie widział, to jego też nie można było zobaczyć. Drugi wysypał na siebie zawartość koszyka z formułami i samochodzikami. Tak zakamuflowany leżał przytulony do podłogi, wdychając zapach starej wykładziny i marząc o własnym, czerwonym bolidzie marlboro ferrari.

– Wielki żyje! Niszczy chmury! Robi dzieciom w brzuchach dziury! – Pani Małgosia coraz bardziej wczuwała się w swoją rolę. Jarek aż dygotał z podniecenia i zdawało mu się, że Martyna pryknęła ze strachu. Trochę za mocno i za mokro, bo szybko zrobiła się czerwona na twarzy. Nieco martwił go też wygląd przedszkolanki. Pamiętał, że rodzice rozmawiali w domu, że może być przeziębiona, ale przecież od kataru nie robią się czarne dłonie, a z ust nie pachnie jak z szamba. A Jarek wiedział jak cuchnie szambo, miał jedno na podwórku. Do tego dziwnie mówiła. Zwykle, jak bawili się w chowanego, recytowała straszne wierszyki, lecz tak normalnie, łagodnie. A teraz głos brzmiał jak puszczony przez beczkę z kamieniami:

 

„Czekać tutaj! Tłuści młodzi – jakiś potwór tu nadchodzi!

On tu straszy! On was szuka – wyrwie wam jelita z brzucha!

Potem pożre! Rączki, nóżki – na nic wam dziecinne sztuczki!

On jest wszystkim! Królem, katem – wnet zawładnie naszym światem!”

 

Teraz Jarek poważnie się przestraszył. Zauważył, że Rafał zerka spod klocków na przedszkolankę przygotowany, aby w razie czego wyprysnąć z kopca w kierunku drzwi – niczym kierowca z płonącego bolidu. Bartek zmienił swoje położenie. Stał teraz twarzą do szafy i małymi kroczkami dreptał w kierunku wyjścia. Nie było jednoznaczne, czy przeraził się wiedźmy, czy zwyczajnie narobił w spodnie i próbował się ewakuować z godnością. Jarek popatrzył na zegar wiszący nad drzwiami. Rodzice powinni już tu być. Mała wskazówka pokazywała kawałek za cyfrą „trzy”, a duża stała na kresce „sześć”. Wiedział tyle, że wszystkie dzieci powinny być o tej porze zabrane do domu. Tak przynajmniej tłumaczył mu kiedyś tato. Ojciec jeszcze pewnego razu powiedział Jarkowi, że nie zna żadnej normalnej przedszkolanki. Mówił coś, że od tych wszystkich dzieci gary im rdzewieją i mózg dziurami ulatuje. Mały nie miał pojęcia, o czym tata mówił. Nie orientował się jeszcze w analogiach kuchennych.

– Małe gnidy! Wstrętne szuje – potwór wszystkie was rozpruje! – Przedszkolanka ryknęła i opadła na kolana. Jarek zaczął przecierać oczy, bo zdawało mu się, że zaczął gorzej widzieć. Zorientował się, że nie tylko jemu dokuczają nagłe problemy natury optycznej. Martyna mrugała i próbowała skupić wzrok na przedszkolance. Rafał na zmianę zamykał jedno i otwierał drugie oko, zapewne sprawdzając ich sprawność – jak rasowy kierowca. Bartek już prawie dodreptał do drzwi. Reszta dzieci nie ruszała się ścięta przerażeniem. Wokół pani Małgosi zrobiło się ciemno. Tak jakby ktoś nad nią zaświecił latarką – tylko taką odwrotną, co świeci na czarno. Do wachlarza rzeczy niemożliwych, które właśnie działy się w sali gier i zabaw Przedszkola Numer Jeden, doszła kolejna, makabryczna tym razem scena. Przedszkolanka wbiła sobie czarne palce obu dłoni prosto w mostek. Pociągnęła w obie strony i rozerwała klatkę piersiową. Krawędzie rany porastały zęby, czerń zastąpiła trzewia, a z wnętrza zaczęły wystawać wyjątkowo paskudne, pajęcze odnóża. W samym środku wił się długi język, a nad nim lewitowało oko. Oba organy były zawieszone w pustce.

Tego było już za wiele. Coś wyłaziło z pani Gosi. Dzieci ją polubiły, mimo sadzania do kąta za byle wybicie szyby klockiem. Albo jak ktoś nie zdążył do toalety i narobił na korytarzu – to już w ogóle był absurd, jakby takie rzeczy można było kontrolować! No i grała im czasem na klawiszach. Całkiem ładnie i można było klaskać.

Jarek złapał leżącego przy nim transformera – był to taki, który zmieniał się w ciężarówkę – i cisnął nim w paszczę potwora. Rafał ośmielony odwagą kolegi wyskoczył z kopca samochodów i rzucił w monstrum plastikowym kaskiem. Dominik, który bunkrował się całą zabawę w koszyku z klockami, odmawiając “Ojcze Nasz”, wyszedł z kryjówki i również zamachnął się w kierunku czarnej pokraki. Biblią. Taką z obrazkami. Bartek tymczasem miał problem. Miał dwie pełne nogawki, które trzymał obiema dłońmi, a czołem klamki nie był w stanie dosięgnąć.

Z potworem zaczęło się coś dziać. Snop czarnego światła zaczął mrugać. Niemal jak czarna lampa „jarzeniówka” z zużytym zabezpieczeniem. Monstrum z pajęczymi odnóżami i pokraczną wersją paszczy zaczęło się unosić. Odkleiło się od kobiety, jej ciało opadło na ziemię, a obrzydliwe oko z językiem rozmywały się pod sufitem. W swoich ostatnich chwilach w sali gier i zabaw poczwara zdaje się przekazywała jakąś wiadomość. Ostatnie tchnienie kreatury rodem z piekła lub kosmicznego wymiaru pełnego potworności. Coś, co być może na zawsze wryje się dzieciom do głowy i umocni je w wierze na całe życie.

– Opt… musss… pr… me… – szept, dźwięk, wiadomość telekinetyczna, czymkolwiek to było, słabło coraz bardziej – Ty… chuujuuu… – Z cichutkim „pyk” zakończyła się demoniczna manifestacja.

Chwilowy spokój po zniknięciu kreatury uleciał, gdy razem z drzwiami wpadł do środka uzbrojony po zęby oddział na czarno poubieranych postaci. Każda z pistoletem maszynowym, w hełmie i dużej, śmiesznej kamizelce. Jarek uważał, że bez sensu taki sweter z rzepami po bokach, bo będzie przecież tam wiało. Bartek się poddał i puścił nogawki. Drzwiami co prawda nie dostał, ale podmuch rzucił nim wtedy o podłogę. Spadł prosto na tyłek, przez co na plecach zrobiło mu się ciepło. Niedobrze. Mama znowu będzie zadawać pytania.

Czarni przykryli panią Gosię jakimś dziwnym dzbankiem. Potem wszystkie dzieci zabrali na zewnątrz i zapakowali do busa.

***

– Dobra. Dzieciaki wszystkie całe. Zabrać je ze starymi na czyszczenie pamięci do Ośrodka. Cinek zrobił pomiary i wykrył odchylenie od tła na drugim piętrze. Pała z Łysym zastrzelili dwie pokraki w piwnicy. Zżarły trzy osoby i nie mogły się ruszać, więc łatwo poszło. Pięcioro rodziców znaleźli nieprzytomnych, a to już sukces. Montag niech już wjeżdża z miotaczem i pali wszystko w cholerę. – Jedna z postaci rozdawała instrukcje. Zdaje się, że była dowódcą. Niestety żadna z nich nie miała pagonów ani naszywek na bojowych uniformach. Wszyscy czarni, milczący i nie wiadomo skąd.

– A co z kobietą? – spytał jeden i wskazał leżącą pod dzbankiem panią Gosię. Dowódca popatrzył i pomyślał chwilę. Operator chciał już powtórzyć pytanie, ale szef zdążył odpowiedzieć.

– Zawinąć w folię i zadzwonić na pogotowie. Znaleźliście ją wychłodzoną na mieście. Wlejcie jej trochę wódy do gęby i zostawcie ze dwa szlugi. I tak nic nie będzie pamiętać.

– Swoją drogą niezłego farta miała. Pokraka załatwiona zwykłą, plastikową zabawką. Nosiciel cały i zdrowy.

– Tak. Prawdziwe szczęście. Zwykłą zabawką…

***

Ekipa opuściła budynek, a Montag wszedł z miotaczem do Przedszkola Numer Jeden. Dowódca stał na zewnątrz oparty o drzwi czarnego samochodu terenowego. Spojrzał w górę. Wiedział, że daleko za chmurami kryje się więcej niespodzianek, niż ludzie są w stanie wymyślić i przelać na papier. Populacja dostałaby kociokwiku, gdyby się dowiedziała, ile poczwar rzekomo leżących na półkach w księgarniach pałęta się po świecie. Kiwnął głową. W taki sam sposób, jak chwali swoich ludzi za dobrze wykonaną robotę. Komu skinął teraz? Nie wiadomo. Ale wojskowy honker uśmiechnął się pod maską…

 

Koniec

Komentarze

Bardzo fajny szort, napisany sprawnie i bardzo obrazowo. Przyjemnie łechcące połączenie horroru i absurdu. :)

Dobrze wyszła też perspektywa dzieci w odniesieniu do całej sytuacji.

 

Poniżej czepialstwo:

 

Albo jak ktoś nie zdążył do toalety i narobił na korytarzu – to już w ogóle był absurd, jakby takie rzeczy można było kontrolować!

To zdanie nie pasuje mi do perspektywy dziecka.

 

Pała z Łysym powystrzelali dwie pokraki w piwnicy.

“Powystrzelali” kojarzy mi się z większą ilością celów. Skoro pokraki były tylko dwie, to może lepiej po prostu “zastrzelili”?

 

Populacja dostałaby kociokwiku, gdyby się dowiedziała ile poczwar rzekomo leżących na półkach w księgarniach pałęta się po świecie.

Zabrzmiało to, jakby ten szort był wstępem do dłuższej opowieści (lub cyklu) o kimś, kto poluje na potwory z książek, które istnieją w realnym świecie. Nie wiem, czy taki miałeś zamiar, ale wydało mi się to trochę za bardzo oklepanym motywem (oglądam dużo seriali i tam jest to częste ;)).

 

Troszkę ten motyw z transformerami mi nie pasował. O ile pokonanie stwora optimusem prime zabawne, to honker na końcu jakoś nie przystawał do reszty, miałem wrażenie, jakbyś szedł w kierunku jakiegoś fanfiku o transformerach i to trochę psuło efekt całości.

 

 

Cinek, Pała z Łysym i Montag – plus za ksywki. :D Rozumiem, że ten ostatni jest najgroźniejszy, nie dość, że poniedziałek, to jeszcze po niemiecku ;)

 

Podsumowując, czytało się naprawdę przyjemnie i tekst ten z powodzeniem mógłby stanowić prolog to dłuższej opowieści (lub cyklu), byle właśnie nie okazał się później zbyt oklepany.

Ode mnie klik, Wenszu. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Cieszę się!

Z tym oklepanym motywem to jest tak, że jestem tego świadomy i nie mam zamiaru ładować się w sztampową opowiastkę rodem z jakiegoś serialu stacji SyFy. Choć nie ukrywam, że mam jeszcze z dwa pomysły na opowiadania, a jedno w produkcji – może wyjdzie mi z tego jakieś uniwersum?

Transformer to takie mrugnięcie okiem do samego siebie. Miałem w przedszkolu, ale podróbę, która zamieniała się w czołg. Sięgając pamięcią wstecz mam wrażenie, że ten pojazd był bardzo paskudny i nieco podobny do honkera z lufą.

Dzięki za uwagi!

Bardzo zacny pomysł, by umieścić akcję w przedszkolu. Opis zabawy i zachowanie dzieci bardzo obrazowe, a im dalej w las, tym ciekawiej sprawa się prezentowała i tak aż do nader satysfakcjonującego końca.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

Mam nadzieję, Wonszu, że poprawisz usterki, bo nie chciałabym musieć cofać klika .

 

Agniesz­ka wla­zła za dużą, czer­wo­ną za­sło­nę, zo­sta­wia­jąc na wi­do­ku jej zie­lo­ne pa­pu­ty i skar­pet­ki po bra­cie z żół­wia­mi ninja… –> …zo­sta­wia­jąc na wi­do­ku swoje zie­lo­ne pa­pu­ty i skar­pet­ki z żółwiami ninja, po bracie

Zakładam, że Agnieszka nie miała brata z żółwiami ninja… ;)

 

Drugi wy­sy­pał na sie­bie ko­szyk z for­mu­ła­mi i sa­mo­cho­dzi­ka­mi. –> Czy na pewno wysypał koszyk?

Może: Drugi wy­sy­pał na sie­bie zawartość ko­szyka z for­mu­ła­mi i sa­mo­cho­dzi­ka­mi.

 

Jarek zła­pał za le­żą­ce­go przy nim trans­for­me­ra… –> Jarek zła­pał le­żą­ce­go przy nim trans­for­me­ra

 

ja­rze­niów­ka ze zu­ży­tym za­bez­pie­cze­niem. –> …ja­rze­niów­ka z zu­ży­tym za­bez­pie­cze­niem.

 

Dziw­na ma­ni­fe­sta­cja po­two­ra z pa­ję­czy­mi od­nó­ża­mi i po­kracz­ną wer­sją pasz­czy za­czę­ła uno­sić się ku górze. –> Masło maślane. Czy mogła unosić się ku dołowi?

Co to znaczy, że manifestacja potwora unosi się?

 

– Opt..musss…pr..me… – szept, dźwięk, wia­do­mość te­le­ki­ne­tycz­na, czym­kol­wiek to było, sła­bło coraz bar­dziej – Ty…chu­uju­uu… –> Brak spacji po wielokropkach. Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

po­dmuch rzu­cił nim wtedy o zie­mię. –> Rzecz dzieje się w przedszkolu, więc: …po­dmuch rzu­cił nim wtedy o podłogę.

 

spy­tał się jeden i wska­zał le­żą­cą… –> …spy­tał jeden i wska­zał le­żą­cą

 

Wlej­cie jej tro­chę wódy do gęby i zo­staw­cie z dwie szlu­gi. –> …i zo­staw­cie ze dwa szlu­gi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Z całą pewnością coś przeokropnie nadinterpetuję, ale czytając, miałam wrażenie, że to jest opowiastka o tym, jak manifestujące się w świecie i przejmujące kontrolę nad ludźmi paskudne książkowe/filmowe potwory są pokonywane przez tak samo książkowych/filmowych obrońców porządku (bo nic nie poradzę, wśród oddziału specjalnego widziałam Montaga z “541 Fahrenheita” i transformersa przemienionego w honkera). Ale, niezależnie od moich (nad)interpretacji, tekst jest udany, a czytało się go przyjemnie, bo wciągał. Podobała mi się też wiarygodnie oddana dziecięca perspektywa.

@regulatorzy

Jak zwykle celnie i cennie :) Zdaje mi się, że poprawiłem.

@ninedin

Cieszę się i dziękuję. Montag z miotaczem? To tylko zbieg okoliczności! ;)

Wonszu, zdaje mi się, że klika nie cofnęłam. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo wciągający tekst. Absurdalny, humorystyczny, a jednocześnie ma w sobie coś przerażającego… Bardzo plastycznie opisane sceny, na plus również pokazanie sytuacji oczami dzieci. Fajny, dający do myślenia pomysł. Jak dla mnie wyjątkowo udany szort. Kliczek :)

Bardzo fajny szort. Opisane obrazowo i z humorem. Brawo.

Popieram Przedpiszących. Udany szort, sprawnie napisany. Humorystyczna, "Mikołajkowa" narracja znakomicie współgra z nieco absurdalnym, przerysowanym horrorem. 

… i marząc o własnym, czerwonym bolidzie marlboro ferrari.

Normalnie, to bym sie przyczepił, bo to trochę tak, jakbyś napisał Grzegorz Boniek. Ale, w sumie, nie był to opis istniejącej zabawki, a marzenie Rafała, to niech już będzie :-) Nie można przecież zabronić dziecku marzyć o bolidzie marlboro ferrari :-) 

Świetnie się bawiłem, a co do ewentualnej kontynuacji, to istotnie – należałoby bardziej uważać, żeby nie wpaść w sztampę. Choć potencjał jest.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Całkiem zgrabny pomysł. Wykonanie lekko toporne, ale zeżarło mi notatki do łapanki, więc jej nie będzie, zresztą wielkich baboli nie odkryłam, co najwyżej nie najszczęśliwsze sformułowania.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wartka akcja i fajny, przewrotny tytuł. Choć podobnie jak Lobo, wolałbym coś innego niż transformersy ;P.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Przyjemnie się czytało, straszna przedszkolanka, fajne dzieciaki i ich skrytki. Tylko końcówki nie skumałam. Prawdopodobnie dlatego, że nie mam pojęcia, czym jest optimus prime.

mimo sadzania do kąta za byle wybicie szyby klockiem.

A do kąta to się nie stawia?

Monstrum z pajęczymi odnóżami i pokraczną wersją paszczy zaczął się unosić.

Monstrum jest rodzaju nijakiego.

Babska logika rządzi!

Super! :D

Jak dla mnie bardzo udana narracja, bo niby przedszkolna, ale takie rozsądnie uszczypliwe te dzieciaki. Groza kumuluje się sprawnie, a intryga rozwija satysfakcjonująco. Aż szkoda, że tak krótko i nie ma nic dalej, bo wygląda to na zaczątek jakiejś fajnej, większej całości. Podobało mi się.

Niezły tekst. Najlepiej wypada pierwsza połowa, budowanie napięcia i grozy z demoniczną przedszkolanką wyszło naprawdę fajnie. Rozwiązanie z załatwieniem potwora zabawką z jednej strony niespodziewane i ciekawe – grupa przedszkolaków obrzucających demona zabawkami to kawałek zgrabnego absurdu, z drugiej jednak jakiś niedosyt. Chyba po prostu nie tego oczekiwałem po początku. I mi też się wydaje, że sama końcówka z uśmiechającym się transformersem zgrzyta.

Zastanawia mnie tylko jakim cudem pani przedszkolanka przeżyła rozerwanie własnej piersi, z której wypełzł demon.

a z wnętrza zaczęły wystawać wyjątkowo paskudne, pajęcze odnóża

Czasownik wystawać zupełnie tu nie pasuje. We wnętrzu poruszały się? Poza tym zaczęły wystawać, to bardzo niefortunny zwrot.

Mimo braku aparatu mowy z kierunku poczwary dochodziły jakieś słowa.

Wykopyrtnąłem się na tym zdaniu.

 

Przyjemny szort z klimatem i pomysłem. :)

Koszmar przedszkolaka w oparach absurdu. Całkiem sprawnie napisany szort, choć mnie nie zachwycił.

Bardzo fajny tekst. Zaczynasz niewinnie, stopniowo wprowadzasz elementy fantastyczne i tak w połowie już wiemy, że niewinna zabawa jest w rzeczywistości groźną sytuacją. Późniejsze elementy są całkiem miłym epilogiem, który wszystko w miarę tłumaczy. Lekki klimat absurdu także służy tekstowi.

Tak więc jestem ukontentowany tym koncertem fajerwerków :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Podoba mi się bardzo narracja pierwszej części – taka Mikołajkowo-zadziorna, prosta, ale nie infantylna. Fajnie narasta groza w przedszkolance.

Dobrze się czytało ;)

I would prefer not to.

Dziękuję!

Cieszy mnie, że się podobało.

Postaram się napisać więcej udanych tekstów :)

Mnie i koleżance, której czytałam też się bardzo podobało. Sympatyczny tekst. Zabawnie przedstawione przemyślenia dzieci ładnie mieszały się z grozą przemieniającej się w potwora przedszkolanki. Wierszyki w punkt. Ostatnia kwestia potwora rozbawiła. Ogólnie rzecz biorąc, fajny szort.

Witajcie :)

To mój pierwszy komentarz na stronie NF :).

Szort jest ciekawy, a najbardziej zastanawia mnie w nim jeden akcent -

 

“Zabrać je ze starymi na czyszczenie pamięci do Ośrodka.

Cinek zrobił pomiary i wykrył odchylenie od tła na drugim piętrze.”

 

to brzmi jakby cała sytuacja była częścią np. jakichś testów systemu VR w które wrzuca się

nieświadome niczego osoby. Ciekawe czy taki był zamysł fabularny autora? :)

 

 

 

 

Dziękuję.

Symulacje i rozszerzona rzeczywistość nie chodzą mi po głowie. Zresztą tutaj wjechać z takim tematem, to prawie jak strzelić sobie w kolano ;)

 

Urocze (ten wierszyk!). Bardzo podobało mi się przejście z dziecięcej zabawy do horroru (czyżby kiedyś mi się to śniło? wink), natomiast ekipa rodem z “Men in black” już mniej. Wiem, wiem, to inna bajka.

Oburzona, [-,] czy nie

Tak zakamuflowany leżał przytulony do podłogi [+,] wdychając zapach starej wykładziny

Zwykle [+,] jak bawili się w chowanego [+,] recytowała straszne wierszyki

Mały nie miał pojęcia [+,] o czym tata mówił

odmawiając Ojcze Nasz [+,] wyszedł z kryjówki

“Ojcze Nasz”

 

Monstrum nadal jest u Ciebie rodzaju męskiego.

Mimo braku aparatu mowy z kierunku poczwary dochodziły jakieś słowa.

Słowa nie mają aparatu mowy – to się zgadza, ale chyba nie oto chodziło w tym zdaniu. laugh Aż prosi się o przeredagowanie.

Populacja dostałaby kociokwiku, gdyby się dowiedziała [+,] ile poczwar

W taki sam sposób [+,] jak chwali swoich ludzi za dobrze wykonaną robotę

@rooms

Cieszy mnie, że się podobało!

I bardzo dziękuję za uwagi. Przecinki poprawiłem, monstrum również, przeredagowałem także te nieszczęsne zdanie z aparatem mowy :)

No, cudnie :)

Nowa Fantastyka