- Opowiadanie: joler0 - Nowa Fala

Nowa Fala

Dylematy XXII (lub późniejszego) wieku i ich konsekwencje.

Zapraszam do lektury. Bardzo potrzebna informacja zwrotna o tekście. Dziękuję

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Finkla, NoWhereMan, Użytkownicy II

Oceny

Nowa Fala

Cichy szum łożysk zdradzał każdy ruch Borkowskiego. Dźwięk był nieznośny, jak przeciągający się pisk w uszach po wybuchu granatu lub uporczywe dzwonienie wewnątrz czaszki po precyzyjnym ciosie w skroń. Najgorsze były noce. Cichy, ledwie dosłyszalny szmer sztucznych stawów, zatopionych w przypominającej ciało organicznej tkance, doprowadzał go do furii za każdym razem, gdy próbował się poruszyć.

Spojrzał na otaczające go kwiaty. Zastanawiał się, czy Dorota nadal lubi tulipany. Kiedyś uwielbiała, gdy łodygi trzeszczały przy pocieraniu o siebie, a delikatne płatki nabierały koloru z każdym spojrzeniem na wazon. Ale czy tak jest nadal? Czuł, że gdyby i one przestały mieć dla niej znaczenie, stałaby mu się jeszcze bardziej obca.

– Poproszę dziewięć… nie, jedenaście czerwonych tulipanów – powiedział do mikrofonu ukrytego w witrynie zautomatyzowanej kwiaciarni.

Szklana tafla witryny zafalowała. Zgrabny bukiet wysunął się przez nią na mechanicznym wysięgniku jak przez mgłę. Bartosz przyłożył prawą dłoń do metalowej płytki wtopionej w szybę tuż obok mikrofonu, a implant na siatkówce jego oczu wyświetlił dane:

 

Bartosz Borkowski; Obywatel III klasy

Należność 32 nowych euro pobrana i przekazana

Dziękujemy

 

Ulice Warszawy jak zwykle były zatłoczone. Europejczycy przeciskali się deptakami pomiędzy zabudowaniami, poupychani jak krwinki w tętnicy starego człowieka, skłonni do częstych zakrzepów z byle powodu i pędzący przed siebie pod równie wysokim ciśnieniem.

Panele reklamowe i setki uśmiechniętych, gigantycznych twarzy aktorów jaśniały na elewacji każdego budynku, a ich treść zlewała się w jeden, męczący obraz. Najczęściej pojawiał się mężczyzna w mundurze Europejskich Sił Zbrojnych i buńczuczne hasło: „Sięgnijmy Pacyfiku!”. Pasek informacyjny u spodu każdego panelu krzyczał: CODEMANN GROMOWŁADNY! AZJA TRZĘSIE SIĘ POD NAPOREM NASZYCH WOJSK. / PEKIN I TOKIO W OGNIU, CZY KONIEC WOJNY JEST BLISKI?

Borkowski zaklął cicho, miał dość ciągłego bombardowania wiadomościami z frontu, jakby nie istniało nic ważniejszego dla miliarda odbiorców. Postanowił włączyć filtr informacyjny w siatkówkowym implancie, gdy nagle, jak na życzenie, wszystkie ekrany zgasły. Ulice utonęły w mroku, a ludzki strumień zatrzymał się, jakby to właśnie blask paneli go napędzał. Bartosz również stanął i nim zdołał spojrzeć ponad tłum, panele rozbłysły oślepiającą bielą, na której widniało jedno słowo:

 

KOMUNIKAT

 

Znał tę procedurę. Tylko najwyżsi politycy mieli uprawnienia do jej wdrożenia. Ogromne wyświetlacze błysnęły i pojawił się na nich mężczyzna. Człowiek, którego od roku znali wszyscy mieszkańcy Europy – Clarence Wajdewicz, Pierwszy Przewodniczący Europy, założyciel partii rządzącej na kontynencie – Nowej Fali.

Granatowy, dwurzędowy garnitur kontrastował z biało-złotymi flagami Europy za plecami Wajdewicza. Surowa twarz Przewodniczącego wyrażała wojownicze przygnębienie, a spojrzenie ciemnych oczu opiekuńczą agresję.

– Dobry wieczór – artykułował starannie każde słowo. – Dzisiaj nasi współobywatele zostali zaatakowani w akcie terroru rodem z dwudziestego pierwszego wieku. Nasz piękny i szlachetny naród został podle wykorzystany przez tchórzliwe siły próbujące nas zastraszyć.

Zniknął. Zamiast niego Borkowski zobaczył z dużej perspektywy taflę morza i mnóstwo dryfujących drobin. Statki wydobywały ciała, które bezustannie wypływały z głębin. Przewodniczący mówił dalej, zza kulis. Jego głos nabierał mocy z każdym słowem.

– Dokładnie dwa kwadranse temu grupa terrorystyczna „Łazarz” zatopiła perłę technologiczną naszego państwa, morskie miasto Subatlantid. U wybrzeży Korsyki dryfują ciała naszych obywateli i obywatelek, wolnych Europejczyków. Do tej pory wyłowiliśmy zwłoki dwóch tysięcy dziewięciuset dziewięćdziesięciu sześciu ofiar. Ile spoczywa w zalanym mieście – nie wiadomo. Służby robią, co mogą, by dotrzeć do każdego ocalałego z tej potwornej tragedii. Jednak będę szczery. Szanse na ocalenie są znikome.

Tłum zajęczał. Burzył się z przekleństwami na ustach. Ludzie byli zmęczeni ciągłymi groźbami rzucanymi przez „Łazarza”, wystarczyła więc tylko iskra, by nagromadzona agresja wybuchła. Jednak „Łazarz” zamiast iskry rzucił na ulice płonącą pochodnię.

Borkowski nie musiał czekać na kolejne zdania Wajdewicza, domyślił się, jaki będzie jego kolejny krok. Rzucił bukiet na ziemię i pobiegł wprost do metra. Zniknął w wejściu do podziemi, ale i tak słowa Wajdewicza zdołały go dogonić.

– Organizacja „Łazarz” oficjalnie przyznała się do zamachu – zagrzmiał Przewodniczący. – W związku z tym delegalizuję wszystkie organizacje sklonowanych, a same klony przechodzą pod kuratelę Państwa! Każdy klon w Europie zostanie zarejestrowany i osadzony do czasu ujęcia winnych! To dla was, obywatele! Dla przyszłości Wspólnoty!

Tłum zaczął klaskać. Stanowcza reakcja była tym, czego się domagali. Ludzie, dzięki słowom Przewodniczącego, zapomnieli o strachu, jak dziecko zapomina o potworach w objęciach rodziców. Przerażenie poczuli tylko nieliczni. Ci, którzy już raz umarli.

 

Borkowski dojechał do domu na przedmieściach warszawskiego megalopolis tuż przed dwudziestą. Wokół posesji było pusto, uspokoił się. Wajdewicz nie działał tak szybko jak powinien. Otworzył więc niewielką furtkę, pobiegł do drzwi frontowych i znieruchomiał. Były uchylone. Borkowski zatrzymał się skupiony na każdym dźwięku dochodzącym z wnętrza domu. Cisza. Chwycił klamkę, jednak wtedy ktoś pociągnął ją od wewnątrz.

Dorota wrzasnęła i upuściła worek ze śmieciami.

– Bartek! Co ty wyprawiasz! Czaisz się pod drzwiami? – krzyknęła.

– Dorotko… – zawahał się. – Musimy wyjechać, spakuj się natychmiast.

Bartosz postanowił nie tracić czasu. Wbiegł do domu, wyciągnął wszystkie walizki i poupychał w nich ubrania oraz niezbędne rzeczy. Na sam wierzch jednej z nich położył pistolet. Spojrzał na niego bez przekonania i znów chwycił w rękę. Sprawdził stan akumulatora – prawie pełen. Znał swoją broń, a jednak zaskoczył go jej ciężar, zupełnie jakby nie decydowała o nim jedynie materia, z której był zbudowany, a to, czego nią dokonał. Włożył go z powrotem między ubrania, gdy do pokoju weszła Dorota. Wpatrywała się w twarz męża z wyrazem pozbawionym zrozumienia.

– W Tubie rozniosła się wiadomość, że Wajdewicz w końcu zrobi porządek z klonami – powiedziała, ignorując dziwne zachowanie męża. – Zawsze twierdziłam, że człowiek powinien umierać tylko raz. Gdyby Bóg chciał, żebyśmy żyli kilkukrotnie, coś by zaradził…

– Ruszaj się, proszę! Zabierz najpotrzebniejsze rzeczy i wyjeżdżamy.

– Nie zrobię nic, dopóki nie wyjaśnisz mi, co w ciebie wstąpiło!

– Proszę cię, wyjaśnimy sobie wszystko, ale nie tutaj. Tutaj nas znajdą…

Borkowski spojrzał żonie w oczy. Widział tę samą twarz od trzech dekad, ten sam uśmiech lub ściągnięte od złości wargi. Jej ciało niemal się nie zmieniło. Zęby czasu nadgryzły je, ale nie pożarły. On za to zmienił się w ohydnego dziwoląga z dwiema przestarzałymi protezami zamiast nóg. Oboje, mniej lub bardziej, stawali się zupełnie innymi ludźmi niż przed laty.

Nabrał powietrza.

Nim odpowiedział, ktoś, ignorując istnienie dzwonka, uderzył w drzwi wejściowe pięścią. Dopiero po trzecim łupnięciu Bartosz przełamał niemoc i ruszył się z miejsca. Spodziewał się najgorszego. Gdy tylko otworzył drzwi, wyrosła przed nim ogromna szafa w postaci funkcjonariusza ubranego w brunatny oficerski mundur. Odznaczenia zabrzęczały, gdy zasalutował.

– Kapitan Grad. – Szafa skinęła ogromną kwadratową głową. – Pułkowniku Borkowski, w imieniu rządu Wspólnoty Europy przychodzę wypełnić Dekret Trzeci. Czy zastałem małżonkę?

– Małżonka wyjechała… – zaczął, ale Dorota wyszła zza jego pleców i stanęła obok.

– Jestem kapitanie – powiedziała, patrząc przybyszowi prosto w oczy. – Czego dotyczy Dekret Trzeci? Nikt nas nie uprzedzał.

– Wszystkiego dowie się pani w siedzibie polowej partii – tubalny głos kapitana rezonował w pustej przestrzeni wnętrza szafy. – Do samochodu.

– Kapitanie! – Borkowski wyszedł przed Dorotę. – Rozmawia pan z żoną oficera! Więcej szacunku! Rozkazuję panu opuścić teren naszego domu! Natychmiast!

Kapitan Grad nawet nie mrugnął. Zamiast tego zza jego pleców rozeszły się na boki dwa droidy asystujące. Dwunożny model WT-C01 w grafenowej obudowie uzbrojony był w szybkostrzelne działka automatyczne kalibru osiemnastu milimetrów podwieszane do metalowych ramion. Czerwona poświata akumulatora mówiła jasno: broń jest uzbrojona.

– Panie Borkowski – zaczął ostro kapitan. – Sam fakt sygnowania pana pułkownikiem jest wyrazem mojego szacunku. Obaj wiemy, że mógłbym tu wejść tuż za droidami i nikt nie miałby mi nic do zarzucenia, zresztą mógłbym wypełnić obowiązki pod pana nieobecność.

Zamilkł i obserwował zwątpienie na twarzy Borkowskiego.

Bartoszowi powietrze ugrzęzło w płucach. Kapitan miał rację. Nazywanie go wedle dawnej rangi było tylko uprzejmością. Nie miał już żadnej mocy. Gołymi pięściami nie miałby szans obronić żony przed samym Gradem, nie mówiąc już o dwóch cichych droidach.

– Kiedy dowiem się, o co dokładnie chodzi w dekrecie?

– Wszystko jest napisane w potwierdzeniu odbioru klonu.

Bartosz zesztywniał. Dorota odezwała się niemal wesoło.

– Kapitanie Grad, z pana słów wnioskuję, że jest pan w straszliwym błędzie. Zapewniam pana, że w tym domu nie ma żadnego odmieńca. Razem z mężem wyznajemy bardzo konserwatywne wartości.

Kapitan spojrzał na nią i zamilkł. Borkowski przypuszczał, że zintegrowany implant w mózgu Grada zeskanował twarz Doroty i weryfikował ją ze wzorcem w bazie danych. Po kilku długich sekundach kapitan odczytał uzyskane informacje.

– Dorota Borkowska. Urodzona jedenastego września dwa tysiące osiemdziesiątego roku w Pradze. Ojciec Martin Luschko, matka Elżbieta Luschko z domu Firek. Żona pułkownika armii europejskiej Bartosza Borkowskiego, matka Zbigniewa Borkowskiego…

– Nie mam syna! – przerwała mu.

– Matka Zbigniewa Borkowskiego – powtórzył głośniej. – Szeregowego armii europejskiej, zmarłego na froncie syberyjskim na początku maja dwa tysiące sto dwudziestego szóstego roku. Data zgonu Obywatelki dwudziesty szósty maja dwa tysiące sto dwudziestego szóstego roku. Przebudzona ponownie w Instytucie Krebera i wydana mężowi we wrześniu tegoż roku. Klon numer 8759/05/2126.

– Co to za brednie?! – krzyknęła. – Bartosz, co to za bzdury?

Milczał. Pierwszy raz milczał, jakby rzeczywistość, w której się znalazł, nie była jego rzeczywistością. Jakby pytanie, które zadała Dorota, nie było skierowane do niego. Nie przypominał sobie, kiedy ostatni raz zabrakło mu słów. W końcu wymamrotał:

– Tak, Doroto, jesteś klonem. Przepraszam…

Kilka słów zatrzymało czas. Długie sekundy mijały, a Borkowski nie mógł się poruszyć. Nie mógł spojrzeć na żonę, utkwił wzrok w nieokreślonej przestrzeni pomiędzy nią a kapitanem Gradem. Czekał.

– A więc… – urwała Dorota. – A więc, to tak. Stąd luka w pamięci. Stąd dziwne wspomnienia. Zbyszek był tym… o którym śniłam. Mój syn. Mój chłopczyk…

Zapłakała, a każda łza była dla Bartosza jak kropla krwi ze świeżo rozdrapanej rany.

– Przepraszam. Nigdy nie miałaś się dowiedzieć. To on… jego śmierć cię zabiła. Straciłem was oboje… Straciłem wszystko… Jednego dnia wspierałaś mnie w wyhodowaniu nóg, a drugiego już cię nie było. Nie było Zbyszka. Nie mógłbym żyć bez was. Zamiast przeszczepu wybrałem ciebie… Nie mieliśmy pieniędzy na oba zabiegi… Nie mogę stracić cię ponownie.

– Mogłeś się z tym pogodzić! Pozwolić nam odejść! – krzyczała, a łzy w jej oczach zamieniły się w płomienie. – Zasrany egoisto! Myślałeś tylko o sobie! Kim jestem? Zwierzakiem? Twoją maskotką, którą możesz sobie powielać i bawić się?!

Dorota wpadła w furię, rzuciła się na męża. Bartosz chciał ją chwycić, ale pierwszy był Grad. Wyciągnął z kabury broń i wystrzelił. Magnetyczny pocisk usypiający zaświszczał cicho i trafił Dorotę w szyję. Kobieta zwaliła się na podłogę i znieruchomiała.

– Mam rozkaz doprowadzić obiekt w stanie nienaruszonym – powiedział kapitan i dał sygnał droidom. Te weszły cicho do domu Borkowskich i bez problemu uniosły ciało Doroty. – Proszę, tu jest pokwitowanie. Żegnam pana.

Borkowski stał w progu, gdy ciało jego żony, w towarzystwie ogromnego kapitana i droidów, odjeżdżało do punktu koncentracyjnego sklonowanych. Kartka papieru z potwierdzeniem ciążyła mu w ręce niczym narzędzie zbrodni w kieszeni mordercy. Zupełnie jak przed laty list o śmierci syna. Mężczyzna zgniótł kartkę i wyrzucił. Zamknął drzwi i zobaczył swoją twarz w odbiciu jednego z luster. Rozpoznał się. Pułkownik Bartosz Borkowski, żołnierz czwartej dywizji, I armii „Środek” wojsk europejskich. Człowiek, który zawsze wiedział, co robić w sytuacji zagrożenia. Zabrał walizkę i wszedł do garażu, tam usiadł w zabytkowej elektrycznej Tesli z połowy dwudziestego pierwszego wieku.

– Siedziba partii Nowa Fala – powiedział spokojnym głosem, a implant wyświetlił berliński adres i trasę. Instynkt kazał mu otworzyć wieko walizki i położyć pistolet bliżej siebie. Zdziwił się, bo pistolet wydał mu się jeszcze cięższy.

 

Clarence Wajdewicz siedział spokojnie w swoim gabinecie, zupełnie jakby na kogoś czekał. Skórzany fotel niemal skleił się z jego lnianą, granatową koszulą. Stresował się, chociaż nie powinien. Wszystko było przygotowane. Nic, tylko czekać…

…drzwi otworzyły się. Stanął w nich mężczyzna średniego wzrostu o twarzy człowieka niezmiernie strudzonego, ale w dalszym ciągu pełnego sił do wykonania tylko sobie znanego zadania. Pistolet magnetyczny w jego prawej ręce skierowany był lufą w podłogę, a pomarańczowa poświata wokół jego akumulatora świadczyła o tym, że przybysz użył go dziś wielokrotnie. Nie do końca wyschnięte ciemne plamki na jego ubraniu sprawiły, że pot na plecach Wajdewicza natychmiast zamarzł. Mężczyzna wszedł i stanął przed nim.

– Gdy człowiek unika wojny, Wojna w końcu przyjdzie sama. Zupełnie nieproszona – zaczął Wajdewicz.

– Wywołałeś mnie – odpowiedział Borkowski. Wajdewicz wiedział, że dawno nie słyszał swojego pseudonimu. Odrobina sentymentu nie zaszkodzi.

– Nie do końca. – Przewodniczący czuł wagę tego rozdania. – Okoliczności cię wywołały. Dobrze wiedziałeś, że kiedyś to nastąpi.

– Zrobiłem wszystko, żeby cię już nie oglądać. – Uniósł broń. – Zabrałeś mi Dorotę!

– Wojna, dobrze wiesz, to była decyzja Gremium. Po tym co zrobił „Łazarz”…

– Zamknij się. Obaj wiemy, że nie ma żadnego „Łazarza”. Gdy tylko zobaczyłem twoją gębę na panelach, zrozumiałem, że to nasza operacja. Ta, którą stworzyliśmy, żeby obalić Gremium i w końcu zakończyć wojnę. Wykorzystałeś wszystko. Fałszywa flaga, zmasowana propaganda, podział społeczeństwa na wrogie frakcje. Znam to. Ale powiedz jedno… Dlaczego akurat klony? Nie sądziłem, że może tobą kierować zwykła nienawiść!

Wajdewicz poruszył się w fotelu. Nie odpowiedział. Borkowski wpatrywał się w niego żelaznym, spokojnym wzrokiem.

Nagle zza swoich pleców usłyszał głos Wajdewicza:

–  To nie jest tak, że nienawidzę klonów. Potrafię rozdzielić przeszłość od przyszłości.

Borkowski odwrócił się w kierunku, skąd dotarły do niego słowa i spojrzał kolejnemu Wajdewiczowi w twarz. Zgadzało się wszystko, nawet odcień koszuli obu wersji Przewodniczącego Nowej Fali.

–  Klon – wyszeptał Wojna. Jego ręka z bronią opadła sama. – Sklonowałeś się?

– Owszem. Bycie przewodniczącym jest bardzo ryzykowne. Muszę mieć zabezpieczenie podczas negocjacji albo wieców. W Europie nie brakuje radykałów lub po prostu zwykłych wariatów, którzy chcą moją krwią zapisać się w historii świata.

– Więc skąd ta nagonka? – Borkowski skrzywił się, jakby poczuł smród. – Hipokryto.

–  Już wyjaśniam. Tak jak mówiłem, to nie nienawiść, ale miłość do Europy kieruje wszystkim, co robię. Tych kilka tysięcy ofiar z Subatlantid to wkalkulowane koszty. Społeczeństwo nigdy nie pozwoliłoby mi na zabranie klonów, gdybym nie przekonał go, co do konieczności takiego działania. Pamiętasz jeszcze, jak służyliśmy razem? Obaj wiedzieliśmy, że każde użycie broni może nieść za sobą ofiary, ale ofiary niekiedy są nieuniknione. Wyższe dobro. Tak już jest na wojnie. I ja również użyłem broni, tylko dużo bardziej wyrafinowanej od tej, którą trzymasz w dłoni, dla uzyskania wyższej korzyści.

Wajdewicz stanął obok siedzącego klonu.

– Wiele się zmieniło, odkąd odeszliśmy z wojska. To, co pozostało z naszych zdobyczy w Azji, roztopiła ignorancja, pycha i głupota Gremium. – Wajdewicz wskazał na mapę zwisającą spod sufitu. – Spójrz. Kilka lat temu nasze armie sięgały przedmieść Pekinu. Lecz Gremium zamiast zadać ostateczny cios, kazało nam zatrzymać się, pertraktować. A wiesz dlaczego?

Borkowski nie odpowiedział.

–  Zbliżały się wybory! Każdy z tych nadąsanych pajaców chciał ogrzać się w cieple zwycięskiego traktatu pokojowego. Kazali wojskom czekać. Przyjmowali oficjeli. Rozmawiali. Analizowali. W końcu, gdy myśleli, że tygrys wykrwawił się, Azjaci zaatakowali nowymi siłami. Wypchnęli nas z Pekinu, potem Chin, Mongolii i Syberii. Gremium spanikowało. Odwoływało generała za generałem. Strach kierował każdą jego decyzją, każdym ruchem wojsk. Dlatego teraz przegrywamy tę wojnę.

Borkowski spojrzał na niego pytająco. Czegoś nie rozumiał.

–  A Codemann Gromowładny? – zapytał. – To pic?

– Morale obywateli nie może upaść. Najpewniej swój strach wyładowałby właśnie na nas, rządzących. Polityka jest czymś więcej od trzymania w ręce broni i wycelowania jej. Tutaj trzeba myśleć, gdzie pocisk poleci, kogo trafi i kogo zna trafiony, z kim jest w sojuszu, a kogo nienawidzi. Kto będzie nam wdzięczny, a kto poprzysięgnie zemstę. Dziś lub za sto lat.

Wajdewicz zamilkł. Niech Borkowski sobie wszystko przemyśli.

–  Spójrz – zaczął znowu i wskazał na Ural, granicę Europy z Azją. – Oto aktualna linia frontu. Żółci są już niemal na naszej ziemi. Pierwszy raz od dziewięciu wieków.

–  Dobra, ale po co fałszywa flaga? Po co rozbuchanie nienawiści do klonów?

– Wojna, pomyśl kogo brakuje na ulicach, a kogo jest pod dostatkiem.

Borkowski zamyślił się. Wajdewicz w dwóch osobach obserwował go, niemal czuł, jak każda zapadka w umyśle Wojny zaskakuje i powoli zbliża go do sedna.

–  Poborowi – Borkowski wycedził niemal przez zęby. – Chcesz zrobić z nich armię.

–  Nie wiem czy wiesz, ale każdy klon może być przeprogramowany. To, czego się nauczyły – wspomnienia, przyzwyczajenia, emocje; łatwo da się zastąpić posłuszeństwem i dyscypliną, jakich nie zastąpi najżarliwsza ideologia.  W ten sposób zrobimy z nich armię. Będą ostatnią nadzieją na odepchnięcie Azjatów spod naszych drzwi. Wojna, chcesz tego tak samo jak i ja. Jesteś żołnierzem, oddałeś za Europę najcenniejszą ofiarę. – Wajdewicz spojrzał na jego nogi. – Pomóż teraz nam zaopiekować się naszym domem. Dorotę można jeszcze uratować, pobierzemy jej DNA i sklonujemy, gdy tylko pokonamy Azję. Obiecuję.

Przerwał, żeby Wojna mógł przetrawiać informacje. Po chwili dodał:

– Potrzebuję cię, Wojna. Znów możemy razem pójść aż pod Pekin. Zdobyć całą pulę i wygrać z Azjatami. Z armią podległych klonów będziemy niezwyciężeni. Staniemy się ojcami Wspólnoty. Mesjaszami!

Zwykle Wajdewiczowi łatwo było manipulować tym trepem. Znał się na ludziach i od zawsze to wykorzystywał. Jednak coś w twarzy Borkowskiego nie pasowało do układanki.

– Clarence – powiedział Wojna. – Każdy spektakl się kiedyś kończy, a ja jestem zmęczony walką. Straciłem nogi. Syna. Dorotę. – Uniósł broń i wycelował w siedzącego Wajdewicza. – Któryś z was musi być oryginałem. Wajdewicz, nie martw się, ugaszę pożogę twoją krwią. Europa musi się zmienić skoro wydała na świat kogoś takiego jak ty. Pora to zakończyć.

Lufa pistoletu Borkowskiego syknęła dwukrotnie. Siedzący Wajdewicz zsunął się z krwawiącą dziurą w czole, a stojący upadł tuż po drugim strzale.

Akumulator wyładował się. Borkowski rzucił pistolet na ziemię. Użył go ostatni raz w życiu. Ostatni raz poczuł, zwiększający się, ponadmaterialny ciężar ukryty w tym kawałku metalu. Spojrzał jeszcze raz na stygnące ciała Wajdewicza. Pierwszy raz od długich lat uśmiechnął się. Szczerze. Odszedł zdziwiony, bo szum sztucznych nóg już mu nie przeszkadzał.

 

Clarence Wajdewicz siedział spokojnie w swoim gabinecie przed pełnościennym panelem wizyjnym. Przed chwilą oglądał własną śmierć. Dwukrotnie. Wstał, poprawił lnianą koszulę przyklejoną do ciała od kanaryjskiego skwaru i podszedł do barku z alkoholami.

Nalał dwa kieliszki wódki i uniósł jeden z nich.

–  Wojna, zawsze miałeś charakter. – Przechylił i połknął niewielką ilość palącego płynu. – Dokonałeś swojego wyboru, jednak to rozdanie doprowadzę do końca z tobą albo bez ciebie, staruszku.

Ujął drugi kieliszek w najwęższym miejscu i wylał jego zawartość na gładką marmurową podłogę. Wódka rozprysła się, a Wajdewicz odstawił kieliszek do góry dnem.

Koniec

Komentarze

uporczywe dzwonienie wewnątrz czaszki po precyzyjnym ciosie w skroń

Znam ten ból…

nie,

a spojrzenie

Przypadkowy enter.

Ile spoczywa w zalanym mieście nie wiadomo

Albo przestaw do “Nie wiadomo, ile…” albo daj jakiś myślnik – to mit, że w dialogu nie może być takiego myślnika, Dukaj np. daje ich od cholery…

Clerence

Nie istnieje takie imię, jak już to Clarence, a może tak miało być, nie wiem.

Dorotę.–

Nie masz spacji po kropce.

 

Bardziej lubię pierwszy fragment o (spoiler) żonie-klonie, nawet nieźle trzyma w napięciu i w ogóle. Drugi jest dziwny, ale też może być, wiadomo – plot-twist, ogólnie podobało mi się i jest całkiem fajne, ale te gadanie o świecie, wojnach w tle, trochę chyba za długie, niepotrzebnie spowalnia ostatni dialog.

Głównie ogrywasz stare motywy – klony i brudna polityka – ale splatasz je w miarę interesująco.

No to ledwie słyszalny szum czy nieznośny dźwięk porównywalny do pisku?

Z początku trochę mnie irytowały postacie; baba, która musi zadać mnóstwo pytań, zamiast posłuchać męża, kiedy ma rację, facet, który jej nie powiedział najważniejszego… Ale potem jakoś mi przeszło.

Należność 32 Nowych Euro pobrana i przekazana

Dlaczego waluta dużą literą? BTW, czy kwota nie powinna się dzielić przez liczbę tulipanów?

Babska logika rządzi!

Tekst, moim zdaniem, ma potencjał. Wymaga dopracowania w kwestiach językowych (od przecinków po imiona, jak ten nieszczęsny Clerence), a sama koncepcja totalnej wojny Europy z Azją mi zgrzyta jako zbyt oczywista i dość banalna, a przez to – będąca fabularnym wytrychem. Niemniej jednak tekst ma, IMHO, przekonujących i wiarygodnych bohaterów, nieźle zarysowaną intrygę z klonami, pomysł na tejże intrygi ogranie, ładną scenę z żoną… Generalnie, jak dla mnie, to jest takie dobrze rokujące opowiadanie; chętnie przeczytam kolejne Twoje teksty (w tym z tego uniwersum, jeżeli będziesz mieć ochotę je napisać).

Dziękuję za opinie, zmiany naniesione J

Co do imienia „Clerence”, to chciałem bronić się, że może być ewolucją i uproszczeniem jak np. Brajan, ale odpuszczam, rzeczywiście nie sprawdziłem pisowni…

Finkla, ledwie słyszalny szum dla postronnych, nieznośny pisk dla bohatera ;) ale wiem o co chodzi, mogłem lepiej dobrać słowa.

Co do kwoty, czy w dobie promocji „kup 6 w cenie 7” wszystko musi się zgadzać matematycznie? Poza tym automat mógł pobierać opłatę za przygotowanie bukietu ;)

ninedin, cieszę się, że dostrzegasz potencjał. Wojnę Europy z Azją wplotłem, bo uznałem, że w dobie globalizacji, gdy ludzie łączą się w coraz większe organizacje, wspólnoty, wojna tego typu może mieć miejsce. Europę już, jako tako, mamy tj. Unia. Azja np. pod przywództwem Chin może jeszcze nie jest do końca wyklarowana, ale powstać jak najbardziej może.

Może jeszcze pokuszę się o coś w tym klimacie, jako że to opowiadanie również jest pewnego rodzaju kontynuacją innego ;)

Czytało się nieźle, ale Twoja wizja o gospodarczej i militarnej potędze Europy i konkurowaniu z Azją, jakoś do mnie nie przemówiła. Trochę też dziwi, że Borkowski, zaprawiony w boju weteran, chyba nie zdawał sobie sprawy z nieczystych zagrań polityka.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia – zwłaszcza nie najlepsza interpunkcja sprawia, że znaczenia niektóry zdań trzeba się domyślać.

 

Bor­kow­ski zo­ba­czył z dużej per­spek­ty­wy tafle morza… –> Literówka.

 

Bu­rzył się z prze­kleń­stwa­mi i groź­ba­mi na ustach. Lu­dzie byli zmę­cze­ni cią­gły­mi groź­ba­mi rzu­ca­ny­mi… –> Powtórzenie.

 

zresz­tą mógł­bym do­ko­nać obo­wiąz­ków pod pana nie­obec­ność. –> …zresz­tą mógł­bym spełnić/ wypełnić obowiązki pod pana nie­obec­ność.

 

Za­milkł i ob­ser­wo­wał zwąt­pie­nie na twa­rzy Bor­kow­skie­go. Po­wie­trze ugrzę­zło mu w płu­cach. –> Komu? Kapitanowi, czy Borkowskiemu?

 

– Do­ro­ta Bor­kow­ska. Uro­dzo­na 11 wrze­śnia 2080 roku w Pra­dze. –> – Do­ro­ta Bor­kow­ska. Uro­dzo­na jedenastego wrze­śnia dwa tysiące osiemdziesiątego roku w Pra­dze.

Liczebniki zapisujemy słownie. Zwłaszcza w dialogach.

Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszej części opowiadania.

 

ciało jego żony od­jeż­dża­ło do punk­tu kon­cen­tra­cyj­ne­go sklo­no­wa­nych w to­wa­rzy­stwie ogrom­ne­go ka­pi­ta­na i dro­idów. –> Czy dobrze rozumiem, że punkt koncentrował osoby sklonowane w to­wa­rzy­stwie ogrom­ne­go ka­pi­ta­na i dro­idów?

Proponuję: …ciało jego żony, w to­wa­rzy­stwie ogrom­ne­go ka­pi­ta­na i dro­idów, od­jeż­dża­ło do punk­tu kon­cen­tra­cyj­ne­go sklo­no­wa­nych.

 

usiadł w za­byt­ko­wej elek­trycz­nej Tesli z po­ło­wy dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wieku. –> …usiadł w za­byt­ko­wej, elek­trycz­nej Tesli z po­ło­wy

Nazwy pojazdów piszemy małymi literami. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

Cla­ren­ce Waj­de­wicz sie­dział spo­koj­nie w swoim ga­bi­ne­cie w sie­dzi­bie par­tii… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Tych kilka ty­się­cy ofiar z Sub­a­tlan­tid to wkal­ku­lo­wa­ne kosz­ta. –> Raczej: Tych kilka ty­się­cy ofiar z Sub­a­tlan­tid to wkal­ku­lo­wa­ne kosz­ty.

Forma koszta jest dość przestarzała.

 

ka­za­ło sta­nąć. Per­trak­to­wać. A wiesz dla­cze­go?

Bor­kow­ski stał nie­ru­cho­mo. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

a Waj­de­wicz odło­żył kie­li­szek do góry dnem. –> …a Waj­de­wicz odstawił/ postawił kie­li­szek do góry dnem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W kwestiach ogólnych podpisuję się pod oceną Reg. Dodam tyle, że pomysł na klony całkiem całkiem, ale mógłby być zastosowany co ciekawszej fabuły, bo ta mnie rozczarowała, jest jak dla mnie jakimś takim pójściem na łatwiznę.

 

 

“Sam fakt sygnowania pana pułkownikiem jest wyrazem mojego szacunku.” – mam wrażenie, że sygnować jest czasownikiem nieprzechodnim

 

“Powietrze ugrzęzło mu w płucach.” – dość wydumana metafora na to, że go zatkało…

 

“– A więc… – urwała Dorota.” → “– A więc… – Dorota urwała.”

 

“– Potrzebuję cię Wojna.” – brak przecinka przed Wojna

 

“–  Nie wiem czy wiesz, ale każdy klon może być przeprogramowany. To, czego się nauczyły – wspomnienia, przyzwyczajenia, emocje; łatwo da się zastąpić posłuszeństwem i dyscypliną, jakich nie zastąpi najżarliwsza ideologia.” – w dialogach lepiej jest unikać wtrąceń z półpauzą, bo mylą czytelnika. Interpunkcja w ogóle się tu sypie, średnik jest nie na miejscu.

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Całkiem przyjemny tekst. Oczywiście wypunktowano już ci kilka błędów, ale całość napisana solidnie, niezłym językiem, czytało się lekko i bez żadnych zgrzytów. Zgodzę się z twierdzeniem, że pierwsza część opowiadania, taka bardziej obyczajowa, wypadła znacznie lepiej. Może trzeba było pójść dalej w tym kierunku? Fragment z politykiem wyszedł już nieco gorzej, jeśli chodzi o rozwiązanie fabularne. Ok, to dało wygodną furtkę na wyjaśnienie całej sytuacji i rozwiązanie fabuły, ale wydaje mi się to nieco leniwe. I na koniec główny bohater zastrzelił dwa klony polityka i przez myśl mu nie przeszło, że to nie wszystkie? Ogólnie jednak na plus, przyzwoita lektura, nie żałuję spędzonego z nią czasu.

Dziewięć wieków wojny to bardzo dużo.

Zastanawiam się – dlaczego nie zrobili armii klonów?

Czasem popadasz w nadmierną egzaltację:

Zapłakała, a każda łza była dla Bartosza jak kropla krwi ze świeżo rozdrapanej rany.

Ale napisane przyzwoicie ;)

I would prefer not to.

Pierwsza część, osobista, nawet mi podeszła. Podlałeś stary motyw emocjonalnym sosem i wyszło z tego coś ciekawego. Przeżycia bohatera zaprezentowałeś też niezłym językiem, więc czytało się to nie najgorzej.

A potem wchodzi druga część. Oparta w całości na spowiedzi Wajdewicza. Tutaj wpadasz w syndrom gadających głów – bohaterowie nawijają, ale dla mnie, czytelnika, nic z tego nie wynika. Przy aresztowaniu żony mieliśmy emocje i uczucia, tutaj – potok słów. W pierwszej części pokazujesz więcej ze świata, w drugiej – dużo więcej mówisz. A dla mnie “mówienie” o świecie nie jest tak emocjonujące, jak pokazywanie tych sytuacji.

Do tego fakt, że bohater tak sobie wpada do szefa partii – nie ma ochrony, nie ma systemów bezpieczeństwa – trochę narusza moje zawieszenie niewiary. Nawet jeśli to klon, pewne pozory wypada stwarzać.

Podsumowując: pierwsza część koncertu fajerwerków oparta na pokazywaniu sytuacji i emocjach wyszła naprawdę fajnie. Druga niestety polega już tylko na mówieniu i ciągnie ją w dół. Klika jednak za tę pierwszą dam ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Arnubis, dziękuję za opinię. 

wybranietz, około dziewięć wieków przed wydarzeniami fabuły , tak jak i w naszej historii, Europa przeżyła najazd Mongołów. Uznałem to, za luźne nawiązanie do wojny z Azją w opowiadaniu. 

Armia klonów nie mogła powstać z uwagi na kwestie moralne. Podobnie jak dziś nieetyczna jest eutanazja, aborcja itd, tak w przyszłości dużo większe dylematy i dyskusję będzie prawdopodobnie wzbudzała kwestia klonowania (wiem, już wzbudza, jednak technologia jest w powijakach, o ile istnieje jakaś sensowna).

NoWhereMan, dziękuję za docenienie, Twoje uwagi już dały mi do myślenia :) Co do ochrony Wajdewicza, to narrator wspomina, że akumulator broni Borkowskiego wyładował się, więc musiał go użyć wiele razy zanim dotarł do swojego celu.

około dziewięć wieków przed wydarzeniami fabuły , tak jak i w naszej historii, Europa przeżyła najazd Mongołów. Uznałem to, za luźne nawiązanie do wojny z Azją w opowiadaniu

Logika tego wywodu mi umyka. Poza wszystkim zważywszy zasięg najazdu mongolskiego w XIII w. trudno mówić o tym, że “Europa” go przeżyła.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zwróć uwagę na przecinki, czasami tworzysz zdania bez czasownika:

Dzisiaj[-,] nasi współobywatele zostali zaatakowani w akcie terroru rodem z dwudziestego pierwszego wieku.

Jednak „Łazarz” zamiast iskry[-,] rzucił na ulice płonącą pochodnię.

A czasami przecinka brakuje, jak tutaj:

Stanowcza reakcja była tym[+,] czego się domagali.

Rozkazuje panu opuścić teren naszego domu!

Rozkazuję.

Dwunożny model WT-C01 w grafenowej obudowie uzbrojony był w szybkostrzelne działka automatyczne kalibru osiemnastu mm podwieszane do metalowych ramion. Czerwona poświata akumulatora mówiła jasno, broń jest uzbrojona.

Proponowałabym milimetry napisać słownie. 

W drugim zdaniu zamieniłabym przecinek na dwukropek.

Stanął w nich mężczyzna średniego wzrostu o twarzy człowieka niezmiernie strudzonego,

To zdanie mnie zatrzymało, chyba wolałabym coś w stylu: o strudzonej twarzy.

– Potrzebuję cię[+,] Wojna.

Podobało mi się :)

W sumie mnie też bardziej przypadła do gustu ta pierwsza część, spodziewałam się, że opowiadanie rozwinie się bardziej tak… obyczajowo. W sumie nie wiem, czemu, skoro to portal fantastyczny, ale zainteresowała mnie kwestia Doroty i w ogóle sytuacja klonów. A potem zrobiło się politycznie i moje zaciekawienie opadło.

Natomiast fajny twist na zakończenie.

Przeczytałam z przyjemnością :)

Znam tylko pięć liter ;)

Moim zdaniem powrzucałeś zdecydowanie za dużo grzybów w 20 tysięcy znaków. Przez to jaskrawo widać, że – jak to napisała Finkla – grasz starymi motywami. Nie zadbałeś o interesujące tło, emocje, bohaterów – wszystko to zostało potraktowane po łebkach, przez co trudno się w opowiedzianą historię zaangażować.

Zgrane motywy niekoniecznie muszą być czymś złym. Jednak nie mogą sprawiać wrażenia, że stanowią sedno i główną wartość tekstu.

Anet, dziękuję za wyłapanie błędów. Cieszę się, że spodobało się choć trochę.

ocha, dzięki za opinię. Za dużo grzybów? Ok ;)

Nowa Fantastyka