- Opowiadanie: Marlow - Migracja

Migracja

Pisałem ten tekst na jeden z fantazmatowych konkursów, ale nie zdążyłem. Wygrzebałem go z szuflady i dokończyłem,  więc publikuję. 

Przyjemnej lektury! ; D 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Migracja

 

Mistrz Om liczył sobie osiemdziesiąt tysięcy lat, najpierw stworzył, a potem ukończył wszystkie programy paradygmatyczne, i jako początkowa osobliwość naszego gatunku miał zupełne prawo robić, co mu się żywnie podobało. Nikt z dziesięciu tysięcy gnostygów nie pisnął słówka, gdy zwołał Radę Stanu wbrew tradycji i w niewłaściwym czasie.

Mistrz Zeta łagodnie dał mi do zrozumienia, że gromadzenie się podczas najintensywniejszego w ciągu milenium czasu badań, to nie najlepszy pomysł. Zapytał mnie o zdanie, ale wymówiłem się młodym wiekiem.

– Mam ledwie pięć tysięcy lat, nic jeszcze nie wiem o tak zawiłych tematach. – Ukłoniłem się i powróciłem do swoich badań paradygmatycznych nad biologią obcej formy.

Ledwie dwa dni temu natrafiłem na zupełnie nieznany mi do tej pory system przemiany materii, którego nie potrafiłem wyjaśnić. Przestudiowałem dokładnie wszystkie pliki, którymi dysponowała Biblioteka, ale znalazłem jedynie zdawkowe informacje.

Tubylcy – prymitywny język gramatyki podmiot-orzeczenie-dopełnienie, który wybrałem do napisania tego sprawozdania – nazywają swój habitat "Ziemia". O ile zdążyłem się zorientować, tym samym mianem określali rodzaj sypkich skał osadowych powstających w drodze erozji jak i środowisko nie-wodne na powierzchni planety. Typowy problem wspomnianej gramatyki – brak jednoznaczności.

Odnalazłem informacje o powierzchni, bryle, numeryczne mierniki populacji i ku własnemu zdumieniu, nic więcej. Notatki sporządził mistrz Om we własnej osobie. Planeta Ziemia była pierwszym obiektem jego studiów. Nikt więcej nie zajmował się tym systemem. Zwęszyłem doskonały temat na pracę śródmilenialną, która mogłaby zapewnić mi awans na asystenta i możliwość zgłębiania czterech programów paradygmatycznych naraz.

Postanowiłem zatrzymać sprawę dla siebie, dopóki nie przeanalizuję wszystkich danych. Anomalią była wielkość populacji. W przeciwieństwie do reszty znanych mi gatunków, włącznie z moim własnym, Ziemianie – mistrz Om zanotował, że sami nazywają siebie homo sapiens – rozmnażali się niemal z prędkością światła. Z moich obliczeń wynikało jednoznacznie, że w ciągu jednego rekta transcendentalnego (to mniej więcej pełny wdech i pełny wydech) populacja zwiększała się o niemal dwieście osobników (sic!), tymczasem ogólna wielkość populacji nie rosła. Ten paradoks wprawił mnie w stan manii.

Sprawdziłem liczniki numeryczne. Były w porządku i sprawnie kontrolowały liczbę osobników poruszających się w obszarze planety. Wymieniłem monitor, sądząc, że nie wyświetla poprawnie cyfr, ale i to nie pomogło. Przejrzałem dane od samego początku. To prawda, wielkość populacji względnie się wahała i zależała od przyrostu naturalnego, jednak pozostawała względnie stała. Innymi słowy nowe osobniki musiały znikać lub wyparowywać.

Spisałem cały ciąg logiczny w języku odpowiednim do przeprowadzenia przewodu i udałem się do mistrza Zeta.

– To błąd algorytmu. Kiedyś mieliśmy podobny problem na Hermafroditis. Osobniki zrastały się ze sobą w olbrzymie kolonie, a system traktował owe symbiotyczne zlepki, jak jeden okaz.

Zganił mnie za brak pomyślunku i przypomniał delikatnie, że jeśli nie przedstawię mu niedługo gotowej pracy, będzie musiał mnie zdegradować do rangi transcendentalisty: to znaczy pozbawić mnie wszelkich narzędzi poznania. Forma świadomości, którą budowałem przez cztery tysiące lat rozpadłaby się na najmniejsze cząstki energii i stopiłbym się w jedno z macierzą gatunku.

Nie miałem wyboru. Wróciłem do gabinetu i rozpocząłem przegląd algorytmów. Były w porządku. Procedury obliczeniowe także. Dla pewności przepisałem cały program na język mistrza Gamma, który niwelował nieścisłości w odróżnianiu obiektów. Wyniki uległy zmianie numerycznej, jednak stosunek populacji do przyrostu pozostał bez zmian. Ziemian było coraz więcej, a jednak tyle samo.

Rozwiązanie przychodziło powoli. Najpierw skierowałem satelity echolokacyjne na planetę i sprawdziłem strukturę wewnętrzną. Sądziłem nierozumnie, że może znaczna część populacji żyje głęboko pod skorupą i tym sposobem ukrywa się przez czujnikami. Myliłem się, ale ta idea doprowadziła mnie do innej konkluzji.

Ziemianie musieli migrować! To było doskonałe wyjaśnienie. Mistrz Zeta zgodził się ze mną i zatwierdził badanie przemieszczania się tej populacji poza rodzimy układ, jako temat mojej pracy śródmilenialnej.

Ekstaza paliła moją wątłą świadomość niczym kwas metalową płytkę, ponieważ temat wymagał ekspedycji badawczej. Przynajmniej w moim mniemaniu.

– Możesz użyć łazików albo teleskopów. Nie mamy nikogo, kto mógłby z tobą polecieć. Nie dość, że trwają badania nad pierwotną materią wszechświata, mam jeszcze na głowie organizację Rady Stanu.

Mistrz Zeta zganił mnie za lekkomyślność i chęć wymigania się od poważnej pracy wycieczką krajoznawczą. Ta przedziwna planeta i jej paradoks populacyjny (tak nazwałem to zjawisko) nie dawały mi spokoju. Perturbacja świadomości się uspokoiła i odzyskałem właściwą konfigurację, znalazłem rozwiązanie:

– Gdybym jednak mógł przedstawić całą sprawę na Radzie Stanu, może ktoś zdecydowałby się zostać moim opiekunem. – Sam zdziwiłem się tymi szalonymi słowami, które najwyraźniej wydostały się z moich ust.

Klamka zapadła, ciąg logiczny musiał zostać zakończony.

– Przygotuję referat, mam już swoje lata.

Mistrz Zeta trząsł głową z częstotliwością rezonatora zbliżającego się do rozpadu. Nie odpuszczałem.

– Chcę skorzystać z prawa do nowej formy!

Tryumfalnie pozbawiłem się właśnie możliwości awansu przez następne milenium, zyskałem transcendentalną dezaprobatę podwładnych i przełożonych mistrza Zety i dostałem szansę postawienia swojej kariery naukowej na szali. Pocieszałem się, że istnienie w formie transcendentalnej nie jest takie złe. Transcendencja jest konkretem, konkret jest transcendencją, jak mawiał mistrz Om. Za kilka tysięcy lat pozwolą mi wrócić do materialnej formy.

Mistrz Zeta nie mógł się nie zgodzić. Każdemu, kto ukończył cztery tysiące lat, przysługiwało prawo przedstawienia swojego własnego zaczątku paradygmatu badawczego na Radzie Stanu. Był to jeden z tych przywilejów, które istnieją po to, by z nich nie korzystać.

Następny rok spędziłem na przygotowywaniu referatu i protoparadygmatu "Paradoks Populacji". Liczyłem na to, że wśród innych gnostygów znajdzie się choć jeden starszy ode mnie, który zechciałby stać się moim opiekunem podczas ekspedycji na Ziemię.

***

Miałem przemawiać jako pierwszy.

Stanąłem na  podium, a przede mną rozciągał się cały mój gatunek zgromadzony w jednym miejscu. Dziewięć tysięcy dwudziestu trzech gnostygów i ja.

Równie dobrze mogłem mówić do ścian. Kiedy tłumaczyłem paradoks populacyjny, mistrz Zeta głośniej niż zwykle stukał w ekran podręcznego komputera. Nie zadano mi żadnego pytania i nie nagrodzono oklaskami. Wróciłem na swoje miejsce i resztę wystąpień traktowałem równie obcesowo, jak potraktowano moje.

Jako ostatni na scenę wszedł mistrz Om, sprawca całego zamieszania. Wyglądał na jeszcze bardziej spokojnego niż zwykle. Jąkał się przez chwilę, nieśmiało dziękując wszystkim za przybycie a potem opowiedział anegdotkę, która nie rozbawiła nikogo, ale wszyscy się śmiali. Początkowa osobliwość naszego gatunku, najstarszy i pierwszy spośród nas wyglądał mało dostojnie. Wcześniej widywałem go tylko z daleka, podczas tej Rady Stanu siedziałem w pierwszym rzędzie; jako nieudolna jeszcze forma świadomości, wiedziałem, że jest to nieodpowiednie dla mnie miejsce. Jedynym plusem całej sytuacji było to, że mogłem się dobrze przyjrzeć mistrzowi Om.

Zasiedlał chmurę gazu, kiedy większość z nas była związana jeszcze ze stałymi skupiskami materii. Drżały mu kończyny, a jego głos zdradzał niepokój. Milczał długo, a potem nagle się ożywił.

– Chciałem was zobaczyć – powiedział. – To wszystko.

Wśród gromkich oklasków usłyszałem głos mistrza Zety.

– Tyle zamieszania. W perspektywie milenium to opóźnienie odbije się na nas straszną perturbacją.

Mistrz Om dał znak gazowym skupiskiem, które kiedyś było jego kończyną.

– Wpadłem na jeszcze jeden pomysł. Myślę, że w nadchodzącym milenium wesprę paradygmat "Paradoks Populacji" i chętnie wybiorę się na ekspedycję z tym młodym gnostygiem. – Wskazał gazowymi chmurkami wprost na mnie, a przynajmniej w moim kierunku.

– Asystent Psi! – zawołałem.

Decyzję mistrza Om powitano oklaskami. Mistrz Zeta wstał z miejsca i zakrzyknął tradycyjne pozdrowienie gnostygów (nie da się go wyrazić w trójdzielnym języku), reszta poszła w jego ślady.

Byłem oszołomiony aż do następnego roku, kiedy wreszcie zamknięto posiedzenie Rady Stanu.

***

Chciałem rozmawiać z mistrzem Om o tak wielu sprawach, dotyczących ekspedycji. Zapytać go o jego badania nad Ziemianami i podzielić się hipotezami, które zamierzałem sprawdzić. Niestety, spotkałem go dopiero na statku ekspedycyjnym.

Unosił się, niczym chmura pyłu na jednej z piaskowych planet i tylko jego oczy pozostawały stałymi punktami wśród wirującego gazu. Wydał mi się smutny. Złożyłem głęboki ukłon i wyrecytowałem odpowiednią formułę powitalną, przeznaczoną dla początkowej osobliwości.

Mistrz Om okrążył mnie trzy razy, dokładnie zbadał moje ciało w stanie stałym, westchnął cicho i odleciał do swojego gabinetu.

Na statku było nas tylko dwóch. Wiedziałem dobrze, że o ile dla mistrza ekspedycja to forma spędzania wolnego czasu, to dla mnie będzie to parszywa robota. Jako Asystent odpowiedzialny byłem za wszystko: od prowadzenia statku, przez przepisywanie algorytmów aż do prowadzenia dziennika pokładowego i analizowania wszelkich mijanych form materii.

W czwartym roku podróży udało mi się zagadnąć mistrza snującego się bez celu bo olbrzymim statku. Mówiłem językiem formalnym gnostygów.

– Czy (tu nastąpiła nieprzetłumaczalna formuła grzecznościowa) ma jakieś przypuszczenia, co do migracji? Cywilizacja nie wydaje się na tyle zaawansowana, by odbywać podróże kosmiczne. Dokąd migrują?

– Bardzo chciałbym wiedzieć.

Żeby podtrzymać rozmowę, zadałem kolejne pytanie:

– Dlaczego (forma grzecznościowa odpowiadająca drugiemu procesowi) zakończył badania tak wcześnie?

– Byłem bardzo młody.

Nie zrozumiałem odpowiedzi. Złożyłem odpowiednie wyrazy szacunku i postanowiłem więcej nie zagadywać mistrza, jeśli sam nie zechce ze mną mówić. Co mógł mieć wspólnego wiek z prowadzeniem badań? Byłem pewien, że mistrz zauważył paradoks populacyjny już za pierwszym razem. Pozostawienie problemu bez rozwiązania, było wbrew naturze gnostygów.

***

Planeta "Ziemia" wyglądała niepospolicie. Unosiły się nad nią białe obłoki gazów, a pod nimi widać było niebieskie, zielone i żółte punkty, które zlewały się w feerię barw. Piękno tego globu mnie urzekło.

Zgodnie z procedurą nie wolno mi było dotknąć powierzchni planety. Mogłoby to wywołać zbyteczne perturbacje w naturalnym rozwoju systemu i zakłócić pomiary naukowe. Inteligentne formy życia należało wyizolować ze środowiska, przesłuchać a potem wymazać im pamięć odpowiednim algorytmem, tak, by po pomiarze nie pozostał najmniejszy ślad.

Wysłałem drona, zanim silniki statku zdążyły ostygnąć. Wprowadziłem algorytm wskazujący na rozwiązanie problemu migracji dowolnej populacji. Niecierpliwiłem się.

– Tak, już czas – powiedział mistrz Om w starogenejskim, a ja miałem okazję cieszyć się, że jako pierwszy paradygmat studiowałem lingwistyki i filologie.

– To będą wielkie odkrycia. – Użyłem formuły oznaczającej oczekiwanie pełne nadziei.

Dron powrócił, jednak za pierwszym razem wyizolował ze środowiska dwunożne włochate stworzenie, niezdolne do werbalizowania treści świadomych. Forma materii była podobna do homo sapiens – z wyjątkiem objętości czaszki i nieznacznych różnic anatomicznych.

– Zdarza się – powiedziałem sam do siebie, zapominając, że mistrz cały czas mnie obserwuje.

Przeprowadziłem wszystkie konieczne formy analizy. Dopiero na końcu procedury, tuż przed odesłaniem, kiedy sondy i łaziki dostarczyły mi obrazów innych przedstawicieli tego gatunku, zwróciłem uwagę na cechy indywidualne okazu. Otóż moja małpa (nazwa tubylcza) miała znacznie jaśniejsze włosy niż większość obserwowanych przeze mnie okazów a ponadto jej gałki oczne pokryte były białym nabłonkiem.

Przeglądałem zdjęcia w pośpiechu i zauważyłem więcej podobnych osobników. Zapisałem ten dziwaczny fakt, by później go wyjaśnić. Podałem mojej małpie środek uspokajający i przystąpiłem do wprowadzania odpowiednich algorytmów usuwających interwencję pomiarową z pamięci. Zanim zdążyłem skończyć, usłyszałem dziwne szmery. Odwróciłem się natychmiast zaniepokojony i zobaczyłem, że mistrz Om nachyla się nad małpą, otaczając ją gazową powłoką.

– Spójrz uważnie.

Oddech małpy, wcześniej głęboki i spokojny, stał się płytki i przyspieszył. Nigdy wcześniej niczego takiego nie widziałem. Po chwili rytmiczne wdechy i wydechy ustały, klatka piersiowa zwierzęcia zapadła się a mięśnie rozluźniły.

– Oto migracja – powiedział mistrz.

Wciąż nie rozumiałem. Zbadałem dokładnie moją małpę. Serce, które wcześniej biło rytmicznie teraz nie poruszało się. Powiedziałem mistrzowi, że to cykliczna zmiana w zachowaniu. Dał mi do zrozumienia, że to niewłaściwe wyjaśnienie.

– Wyślij drona jeszcze raz.

Zmieniłem algorytm wykluczając istoty bez możności werbalizowania świadomości. Następnym wyizolowanym okazem był homo sapiens.

Znane mi obrazy tego gatunku nie odpowiadały okazowi; zamiast ciemnych włosów na jego czaszce widniały tylko resztki siwych kosmyków, napięta zwykle skóra była naznaczona głębokimi bruzdami a mój człowiek (nazwa tubylcza) nie zachowywał pozycji stojącej, ale leżącą. Zadawałem mu pytania według standaryzowanego wywiadu, ale uporczywie powtarzał tylko dwa trzy słowa, a potem, podobnie jak u małpy rytm oddechów i wydechów przyspieszył, by w końcu się zatrzymać.

– Migracja – powiedział mistrz i zniknął gdzieś w głębi statku.

Zostałem sam na sam z moim okazem.

Wysyłałem drona raz za razem, tylko po to, by wciąż i wciąż obserwować ten sam proces i nietypowe okazy gatunku. Mistrz nie odwiedzał mnie od wielu dni, a ja zapomniałem o nim, zajęty badaniami.

Po wielu próbach, wpadłem na pomysł, by zmienić algorytm wyszukiwania. Usunąłem powiązania z migracją. Chciałem zobaczyć najzwyklejszy okaz gatunku homo sapiens.

***

Mistrz Om pojawił się zaraz po tym, gdy wysłałem kolejny łazik z nowym algorytmem i nieco mnie wystraszył.

– Myślę, że powinniśmy wracać – powiedział. – Nic tutaj nie odkryjemy.

Byłem już wystarczająco pochłonięty pracą nad sprowadzeniem na pokład istoty świadomej, by słowa mistrza mnie zabolały. Zdziwiłem się, bo choć posiadałem materialną formę od dwóch eonów, wciąż, zgodnie z Wieczystym Prawem Gnostygów, identyfikowałem się jedynie z macierzą gatunku, czystą formą świadomości, zdominowaną przez algorytm poznania.

Przywiązanie do nowego paradygmatu uczyniło mnie więc przestępcą. Kolejne błędy algorytmu narastały lawinowo. Zacząłem zastanawiać się, czy mistrz wie już, że dopuściłem się zanieczyszczenia powierzonej mi świadomości, i jaka właściwie kara może czekać za coś takiego? Uczono nas, że taka forma istnienia niweluje cierpienie. Uczono nas, że ta forma istnienia, ta, która teraz się we mnie wdarła niemal doprowadziła do zagłady naszego gatunku i dopiero mistrz Om, dzięki swojemu transcendentalizmowi wyprowadził nas z otchłani autodestrukcji. Autodestrukcja, oto nazwa procesu, który rozpocząłem wraz z dopuszczeniem do siebie myśli o ważności „Paradoksu Populacji”. Zanieczyszczenie jednak nie odeszło i po chwili zauważyłem, że gotów jestem przeciwstawić się mistrzowi, by ukończyć badania. Pragnienie wydało mi się smaczne.

– Nie mogę.

Mistrz winien przywrócić mnie teraz do niezróżnicowanej formy, wykonać karę. Cząstki gazu zawirowały, by po chwili zwolnić.

– Ja chcę wracać. Musimy wracać. Nie powinieneś się przeciwstawiać.

Wydawało mi się przez chwilę, że świadomość mistrza Om również jest zanieczyszczona. Gnostygowie nie używali słowa „chcę”. W zasadzie jednak mistrz nie użył dokładnie słowa chcę, ale starogenejskiej konstrukcji gramatycznej, której dosłowne tłumaczenie brzmiałoby: „to chce”. Mistrz twierdził, że przeciwstawiam się macierzy gatunku.

Nie potrafiłem powstrzymać pragnienia.

– Możesz odejść. Czymkolwiek jest migracja, chcę wiedzieć.

Co za potęga! „Chcę”, wydawało mi się, że mógłbym wchłonąć w siebie mistrza i wszechświat.

– Byłem tam – powiedział, używając języka ludzi.

Tam, to znaczy gdzie? Czyżby mistrz wiedział, czym jest migracja? Wtedy pierwszy raz od początku mojego życia przyszło mi do głowy pytanie o to, kim jest Om? Zanieczyszczenia świadomości przybierały nowe formy, spontanicznie krystalizując się w struktury żyjące własnym życiem, powoli traciłem panowanie nad własnym umysłem. Kolejne pragnienia wrastały we mnie: pożądałem dotyku wiecznie ciepłych istot z Neh-il, dziwacznej żółtej potrawy ze skorup żółwia Napa, której zdjęcia kiedyś ukazali mi gnostycy badający folklor jednego z prymitywnych plemion Dakewaldu, zapragnąłem pisać książki i rozmawiać z istotami, które do tej pory tylko badałem.

Spojrzałem na swoją materialną formę i zobaczyłem łuski. Oszołomiony spojrzałem na mistrza Om i zobaczyłem, że forma gazowa przypomina kształtem przedstawicieli gatunku homo sapiens.

– Jesteś członkiem plemienia jaszczurów z Vostrii – powiedział Om. – Skoro już utraciłeś czystą świadomość i powróciłeś do pierwotnej natury, mogę chyba udzielić ci kilku informacji.

Mistrz nie czekał na moją reakcję. Opowiedział mi, że byłem jego uczniem kilkanaście mileniów temu, nie pamiętał dokładnie. Przychodził do mnie pod postacią głosu wewnętrznego i uczył mnie sztuki transcendentalnej świadomości. Kiedy byłem gotów, przeniósł mnie na statek i uczynił gnostygiem.

– Zgodziłeś się na to wszystko – przypomniał mi. – Nie było to jednak częścią twojej świadomości przez wieki.

– Czy my wszyscy…?

– Każdy gnostyg jest przedstawicielem innego świadomego gatunku, jaki udało mi się znaleźć we wszechświecie. Każdy jest gnostygiem dobrowolnie.

Dawkował informacje. Mówił powoli i pozwalał, żebym oglądał swoje ciało, odzyskiwał utracone wcześniej informacje. Kolor szuwarów nad rzeką Ilpą, gdzie mieszkałem, cierpki zapach mchów, na których spałem, szorstkie drzewce dzidy, oczy moich dzieci. Przypomniałem sobie również smutek, tęsknotę, przypomniałem sobie, że moja klatka piersiowa nie potrafiła pomieścić serca. Oddech przyspieszał z każdym wspomnieniem.

– Będziesz teraz widział pierwotne formy gnostygów. Wiedza relatywna sprawia, że zanieczyszczona świadomość identyfikuje kształty. Będziesz więc cierpiał, w ten sam sposób, co dawniej.

Słyszałem tylko niektóre słowa mistrza. Przypominałem sobie każdy szczegół mojego dawnego domu. Tilapa, wioska nad rzeką Ilpą, chałupki z kamienia i cegły, polowanie na metareny, gulasz z opabanu, śmiech Fijji, z którą spędzałem noce, uprawiałem miłość, obserwowałem siedem księżyców i czytałem z nieba o wszystkim, co musi się wydarzyć. Byłem mistrzem gabady, a więc tego, co Ziemianie nazywają fatum, albo losem, albo przyszłością. Wiedza uczyniła mnie smutnym.

Mistrz Om przerwał strumień świadomości, który wlał się do mojej duszy. Hiharta, dusza, ciało subtelne, to czym jestem jako forma.

– Haad – powiedział Om. – Tak miałeś na imię.

Nastroszyłem łuski i poczułem zimno. Instynktownie zbliżyłem się do ciepłego procesora komputera pokładowego.

– Twoje ciało się zmieniło. Teraz czas będzie dla niego płynął, tak jak dla Haad’a.

Jakaś myśl próbowała się dostać do mojej świadomości, ale zupełnie pochłonęła mnie przyjemność, jaką mojemu ciału dostarczało absorbowanie ciepła. Rozciągnąłem mięśnie dłoni i wysunąłem długie i nienaturalnie czyste pazury. Pamiętałem, że zwykle za przezroczystą płytka tkwił czerwony piasek.

– Jak długo to trwało?

Rozkosz przeszła w ból.

– Twój gatunek się zmienił, nie istnieje już w takiej formie jak niegdyś. Jaszczury w Vostrii żyją teraz w wodzie i zatraciły świadomość. Zmiany klimatyczne…

Pamiętałem. Mówiłem im o końcu świata. O wodzie, która pochłonie wszystko.

– Mówiłeś im o tym na dwa tysiąclecia przed tym wydarzeniem.

Wcześniej byłem tak zajęty sobą, że nie zauważyłem mistrza Om, który przybrał już zupełnie materialną postać. Był człowiekiem, rodzaju męskiego. Miał stosunkowo muskularne ciało i siedział na podłodze ze skrzyżowanymi nogami.

Miał osiemdziesiąt tysięcy lat, był Pierwszą Osobliwością gatunku gnostygów, a jego rodzinna planeta wciąż istniała.

– Ludzie są z natury konserwatywni – powiedział mi. – Jeśli mają co jeść i czym się zabawić, nie będą zainteresowani niczym innym. Ja… – zająknął się i odetchnął głęboko -…w każdym razie, nie musiałem wiele robić, żeby utrzymać gatunek i planetę w takim stanie, w jakim ją zostawiłem.

Rozległ się pisk syreny alarmowej. Dron powrócił. Pazury same wyskoczyły ze swoich miejsc i wygiąłem się w pałąk, gotowy do ataku. Emocje przeszkadzają w badaniach. Om się nie poruszył.

Na podium za szklanymi szybami zmaterializował się młody przedstawiciel gatunku homo sapiens. Kobieta.

– Ja pierdolę – powiedziała, a jej czysty głos stłumiły grube szyby.

Przez całe zamieszanie z odzyskiwaniem formy materialnej zupełnie zapomniałem o algorytmach przygotowujących fizjologię organizmu do wywiadu standardowego.

Wsparła dłonie z czerwonymi pazurami na biodrach. Najpierw zauważyła mistrza.

– A ty co, kurwa, Budda?

– Zawsze popełniacie ten błąd – odparł Om. – Gautanama, Budda to tytuł.

***

Uciekłem. Gniew i powracające wspomnienia wzięły górę. Zapomniałem już, czym jest instynkt, czym są emocje. Słyszałem wibrujące głosy. Gautanama najwyraźniej rozmawiał z tą kobietą. Schowałem się za olbrzymią skrzynią, w której znajdowały się przyrządy pomiarowe.

Stroszyłem łuski i starałem się oddychać tak głęboko, jak potrafiłem. Zwinąłem się w kulę i toczyłem się w tę i z powrotem. W końcu mogłem się wyprostować.

Wróciłem do głównej sali. Gautanama śmiał się w głos. Kobieta za szybą nie wyglądała na zadowoloną.

– Jest tu jeszcze ktoś – powiedział mistrz. – Haad, musisz przestać się kamuflować, Nana nie jest w stanie cię zobaczyć.

– Jak to?

Dziewczyna odskoczyła od szyby i zaczęła się rozglądać po pomieszczeniu.

– Co to za popierdolona sekta?!

– Haad, kamuflaż.

Spojrzałem na swoje dłonie. Rzeczywiście nie było ich widać. Pamiętałem, że wystarczy chcieć. Po chwili, sądząc po wrzasku Nany, udało mi się powrócić do normalnej formy.

– Wspaniałe. – Gautanama wstał i z pomocą konsoli rozsunął szyby, za którymi próbowała schować się kobieta. – Widziałaś kiedyś coś takiego?

– Gadający kameleon. – Złapała się za głowę. – Daliście mi coś, jakiś kwas?

Zaczęła się śmiać.

– Nie, nie. – Gautanama powąchał jej włosy. – Żadnych środków psychoaktywnych. Chcemy tylko porozmawiać.

– Odsuń się, zboczeńcu.

Nana wymierzyła mistrzowi cios otwartą dłonią prosto w policzek.

– Nie zrobimy ci krzywdy – powiedziałem ni stąd ni zowąd, ale zamiast ludzkiego języka użyłem dialektu znad rzeki Ilpy, co jeszcze bardziej przeraziło kobietę.

– Chciałem tylko zapytać o migrację – odezwałem się w języku Ziemian. – Nie miałaś nawet tego pamiętać.

Gautanama wrócił na swoje miejsce i usiadł ze skrzyżowanymi nogami. Usiadłem obok niego.

Nie wiem ile czasu zajęło nam przekonanie Nany, że nie mamy złych zamiarów. Na początku uciekła i schowała się w jednym w małych pomieszczeń, w których składowaliśmy dzienniki pokładowe. Doskonale wiedziałem, gdzie jest. Słyszałem jej oddech, słyszałem jej palce dotykające mikrokorpuskularnych powierzchni ekranów, słyszałem, kiedy poruszała ustami, sylabizując liczby (wszystkie daty zapisywałem cyframi arabskimi).

Kiedy jej nie było, Gautanama zaprogramował drona tak, żeby dostarczył ludzkie pożywienie. Klął pod nosem.

– Nie mają już sommy. W melonie jest więcej pestycydów niż melona i zostały tylko zmodyfikowane genetycznie banany.

Dron przyniósł ze sobą żółte pręty długie na około metr i trochę pomarańczowych kul z przyklejonymi naklejkami, na których widniał napis: „Melorańcze z Doliny Czadu. Bio”. Mistrz ich nie tknął, a ja nie odczuwałem głodu, więc ograniczyłem się do wąchania.

W końcu Nana wróciła do nas. Usiadła naprzeciw i poczęstowała się pomarańczowym owocem. Nie wyczuwałem w niej strachu.

– Za moich czasów – powiedział Gautama – były znacznie lepsze.

– Moja babcia mówi to samo.

Nana kiwała głową.

– Tablety pokazują, że podróżujecie od tysiąca lat.

– Znacznie dłużej – odparłem. – Czas jest jedynie funkcją przestrzeni.

– Budda nie żyje od trzech tysięcy lat. – Nana obrała melorańczę.

– Na Ziemi. – Gautanama wstał i podszedł do konsoli. – Osiemdziesiąt tysięcy lat upłynęło od czasu, w którym opuściłem planetę.

– Paradoks bliźniąt. – Zauważyłem, że Nana jest bardzo zrelaksowana, co wydawało mi się dziwne.

– Czego teraz się używa zamiast sommy? – zapytał mistrz.

– Dużo tego. – Miała nienaturalnie rozszerzone źrenice. – Głownie syntetyki, nikt się już nie truje roślinkami. – Uniosła ramię i wyprostowała najdłuższy palec: – Roślinki uzależniają!

– Środki psychoaktywne – wyjaśnił Gautama. – Trzeba ją odesłać.

Poderwałem się na równe nogi. Jeszcze chwilę. Paradoks populacyjny.

Przedstawiłem pytanie najprościej, jak potrafiłem. Nana śmiała się długo i zauważyłem, że Gautama również jest w dziwacznym humorze. Położyła się na plecach i wpatrywała w sufit.

– Masz tu specjalistę od tych spraw – odezwała się wreszcie. – No więc, panie Buddo, powiedz nam, jak to jest ze śmiercią?

Śmierć. To było ostatnie z moich wspomnień. Odszedłem dokładnie w tej chwili, w której Fijji umarła, zabierając ze sobą dzieci. To był skutek gabady, losu. Wiedziałem wcześniej i ta wiedza uczyniła mnie smutnym.

– Się jest i się znika – powiedziała Nana.

– Szlachetna prawda – powiedział Gautanama i uruchomił procedurę. – Właściwie nigdy się nie było.

Algorytm zmodyfikował pamięć przedstawicielki gatunku homo sapiens, a dron bezpiecznie odstawił ją na planetę. Raz jeszcze zapragnąłem być gnostygiem.

***

Dopiero po chwili zrozumiałem, co zrobił mistrz. Miałem mu to za złe.

– Chciałem z nią porozmawiać.

Gautnama wskazał prosto na mnie.

Najpierw obserwowałem jego palec, a po chwili zorientowałem się, że oczywiście nie chodzi o palec. Spojrzałem na swoje dłonie. Łuski, wcześniej jaskrawożółte, zmieniły się w popielate, popękane płytki, różowe i miękkie pazury stwardniały, garbiłem się i nie potrafiłem wyprostować.

– Czas – wyjaśnił. – Czas płynie dla nas inaczej niż dla gnostygów. Ciała się rozkładają.

Włosy Gautanamy posiwiały, a jego twarz zaczęła przypominać pomarszczoną tkankę zarodka. Są sprawy, o których lepiej nie pamiętać. Więc to jest migracja.

– Musiałem ją odesłać, inaczej zostałaby tutaj sama do końca swojego życia.

To nie mogło zdarzyć się tak szybko. Nie rozpadniemy się w przeciągu kilku dni. To niemożliwe. Gdyby nawet czas miał płynąć w tempie właściwym dla Haad’a, i tak powinienem mieć przed sobą kilkadziesiąt lat. Ale jakich lat? Względem jakiego punktu odniesienia mierzyłem czas? Według jakiego punktu odniesienia mierzyło czas ciało?

– Będziesz miał kilka chwil więcej niż ja – oznajmił Gautanama. – Jeśli chcesz, możesz wrócić do formy gnostyga. Zdążysz.

– Co z Tobą?

– Ja nie chcę wracać. – Mistrz usiadł i skrzyżował nogi. – Widzisz, nawet forma gnostyga rozprasza się z czasem w nicość. Trwa to znacznie dłużej niż rozpraszanie tak skomplikowanego systemów, jak te dwa ciała, jednak wszystko, co ma początek musi się skończyć. Forma Gautanamy dobiegła końca, podobnie jak forma mistrza Om.

Oburzyłem się, nie chciałem, żeby odszedł.

– Mógłbyś stworzyć nową formę!

– Mógłbym. – Dłonie mistrza zaczęły drżeć. – Tymczasem ostatnią interesującą sprawą jest dla mnie właśnie migracja. Sądziłem, że będę mógł tego doświadczyć w formie gnostyga, a tu proszę.

Chciałem coś powiedzieć, ale uciszył mnie.

– Masz jeszcze trochę czasu. Jesteś młody, ukończyłeś dopiero dwa programy paradygmatyczne. – Gautanama zakaszlał, zauważyłem, że gubi wątek. – Żeby wrócić do formy gnostyga, musisz zaprojektować algorytm, który wymaże Ci pamięć i na nowo wtłoczy w macierz gatunku.

Zrozumiałem.

– Nie będę wiedział nic o migracji. Żeby być gnostygiem, nie mogę wiedzieć o tym, że nastąpi koniec. Muszę zamknąć świadomość w cyklicznej wieczności, w której świadomość sama dla siebie jest punktem odniesienia.

Jako gnostyg nigdy nie mogłem wiedzieć niczego o migracji. Wiedza o niej, byłaby równoznaczna z rozpadem. To wszystko teraz wcale mnie nie obchodziło.

– Zostań, zmień się jeszcze raz!

Mistrz milczał, zamknął oczy. Strużka śliny wyciekła mu z ust. Oddychał coraz wolniej, by w końcu przestać. Wreszcie mięśnie zupełnie zwiotczały. A więc to była migracja. Nie odważyłem się go dotknąć.

– Ukończyłeś badania – powiedziałem na głos i usłyszałem echo głosu starca.

***

Rzuciłem się do konsoli. Przynajmniej chciałem, bo ciało stało się ociężałe, mięśnie drżały i brakowało mi tchu. Algorytm był stosunkowo prosty, jednak nie mogłem przypomnieć sobie niektórych komend. Poza tym dron wciąż nie powrócił z Ziemi, więc powtarzałem sobie, że wciąż mam jeszcze czas. Zagapiłem się na owoce leżące na podium. Zapomniałem, co chciałem zrobić.

Cała procedura przypominała żałosną próbę zdominowania inteligencji wyższej przez inteligencję niższą. Moje myśli biegły kolistymi torami. Powtarzałem wiersze dziesięciokrotnie, czasem w dialekcie znad rzeki Ilpy, czasem w starogenejskim. Język gnostygów sprawiał mi problem. W końcu przeczytałem to, co udało mi się napisać.

Algorytm nie trzymał się kupy. Był zlepkiem wszystkich znanych mi gramatyk. Żadne ze słów nie było zrozumiałe, bo każde było wariacją i kumulacją złożoną co najmniej z dwóch języków. Po chwili zauważyłem, że co kilka wierszy powtarzałem zdanie gramatyki trójdzielnej: „Ja jestem Haad”.

Podmiot, orzeczenie, dopełnienie. Jestem Haad. Haad umiera, tak jak kiedyś.

Spojrzałem na ciało mistrza i doznałem niejasnego przeczucia, że o czymś zapomniałem. Kim on był? Przed oczami migały mi sceny znad rzeki Ilpy, mętna woda, dzieci, siedem księżyców, Fijja, żółta breja – gulasz.

Jestem asystent Psi, jestem twórcą paradygmatu „Paradoks Polulacyjny”. Wciąż gramatyka prymitywna , dalej!

Z największym wysiłkiem spróbowałem mówić do siebie w języku gnostygów. Haad to umieranie, umieranie to Haad. Czyste okno, pazury same wbijają odpowiedni algorytm. Odnalazłem formułę.

Drona wciąż nie ma. Wreszcie słyszę szum otwierających się grodzi. Wrócił.

Psi  jest wyborem, wybór jest Psi.

***

Nie wiem, jak długo trwał proces. Po odzyskaniu nieskażonej świadomości gnostyga spisałem tę historię, odzyskując wspomnienia z martwego układu nerwowego mistrza Om, czy tez Gautanamy, jak nazywał siebie w stanie nieobiektywnej świadomości.

Na następnej Radzie Stanu otrzymałem awans. Nieobecność mistrza Om została odnotowana, ale nikt nie zajął się jej badaniem. Nigdy więcej nie zajmowałem się „Paradoksem Populacyjnym”, ustalając, że organizmy planety Ziemi to produkty systemu przemiany materii.

– Mówiłem, że to absolutnie nic dziwnego – powiedział mistrz Zeta. – Bardzo kiepska praca śródmilenialna. Żadnych odkryć.

Koniec

Komentarze

Interesujące podejście do tematu migracji. Filozoficzno-religijne.

Mam wrażenie, że nie wszystko zrozumiałam, ale wystarczy mi tego, co pojąć zdołałam.

Podobały mi się zabawy słowne z nazwami.

Niby wydaje się, że wszystko jasne, tylko głupi gnostyg nie rozumie najprostszych rzeczy, ale jednak potrafisz zaskoczyć.

populacja zwiększała się o niemal dwieście osobników (sic!), tymczasem ogólna wielkość populacji nie rosła.

Eeee. Przecież to nie ma sensu.

Babska logika rządzi!

No cóż, przeczytałam, ale ze smutkiem wyznaję, że zrozumienie nie włączyło się ani razu. :(

 

to nie­naj­lep­szy po­mysł. –> …to nie­ naj­lep­szy po­mysł.

 

moż­li­wość zgłę­bia­nia czte­rech pro­gra­mów pa­ra­dyg­ma­tycz­nych na raz. –> …moż­li­wość zgłę­bia­nia czte­rech pro­gra­mów pa­ra­dyg­ma­tycz­nych naraz.

 

który ze­chciał­by stać się moim opie­ku­nek pod­czas eks­pe­dy­cji na Zie­mię. –> Literówka.

 

gdy wy­ssa­łem ko­lej­ny łazik z nowym al­go­ryt­mem… –> Co to znaczy?

A może miało być: …gdy wysłałem kolejny łazik z nowym algorytmem

 

– Nie było to jed­nak czę­ścią Two­jej świa­do­mo­ści przez wieki. –> Dlaczego wielka litera? Ten błąd pojawia się w opowiadaniu jeszcze dwukrotnie.

 

Kolor szu­war nad rzeką Ilpą… –> Kolor szu­warów nad rzeką Ilpą

 

szorst­ki drze­wiec dzidy… –> …szorst­kie drze­wce dzidy

 

za­jąk­nął się i ode­tchnął głę­bo­ko -… w każ­dym razie… –>Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Zbędna spacja po wielokropku.

 

„Me­lo­rań­cze z Do­li­ny Czadu. Bio.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszej części opowioadania.

 

To było ostat­ni z moich wspo­mnień. –> Literówka.

 

ukoń­czy­łeś do­pie­ro dwa pro­gr­may pa­ra­dyg­ma­tycz­ne. –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mało mam ostatnio czasu na czytanie, ledwie wyrobiłem się ze swoim dyżurem. Ale właściwie za każdym razem trafiam na cholernie dobry tekst. 

Tym razem nie jest inaczej. Bardzo dobra narracja i warsztat, drobne błędy nie psują wrażenia. Ale przede wszystkim świetny pomysł, konsekwentnie i logicznie poprowadzony. Podoba mi się głównie to, że opowieść, która wydaje się z początku lekką i żartobliwą historią, przeradza się w coś dużo poważniejszego i złożonego. 

Nie jestem miłośnikiem filozofowania, a tym bardziej wschodnie klimaty powodują u mnie lekki grymas zdegustowania. Ale nie da się ukryć, że w Twoim tekście to wszystko gra, jak powinno. 

Znakomita robota.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Finklu, to chyba pierwszy raz, kiedy udało mi się wywołać u Ciebie coś w rodzaju zadowolenia ; D nie rosła, bo umierają, ale gnostyg o tym nie wie – nie wiem, czy ostatnia część Twojego komentarza to uwaga, czy komentarz do głupiutkiego gnostyga ; )

 

Reg – dziękuję za Twój czas i korektę, wszystko poprawiłem! ; D następnym razem, będzie lepiej; przynajmniej nie ubierali ubrań!

 

thargone – dziękuję. Zawsze miło przeczytać, że da się przeczytać ; )

 

Pozdrawiam,

Marlow

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Kiedyś musi być ten pierwszy raz… ;-)

Jeśli nie rosła, to nie możesz napisać, że się zwiększała. Może jakoś inaczej: pojawiało się około dwustu nowych osobników, ale populacja nie rosła.

Babska logika rządzi!

Zauważyłem, że tam się to gmatwa niepotrzebnie. Zaraz się temu przyjrzę ; D

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Cieszę się,że mogłam się przydać. ;)

 

następnym razem, będzie lepiej; przynajmniej nie ubierali ubrań!

Mam nadzieję! Bo kącik z grochem jest naprawdę straszny!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

bardzo podoba mi się koncept gnostygów i lektura była przyjemna, ale dręczy mnie jedna rzecz – jak to możliwe, że nie natykają się na rasy o niezmiennej populacji częściej? tylko ludzie umierają?

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

 “Nieobecność mistrza Om została odnotowana, ale nikt nie zajął się jej badaniem”.

Mistrz Om stworzył wszystkie programy paradygmatyczne, w których może poruszać się gnostyg. Nie podałem tego na tacy, ale to, że Psi, który, zanim został gnostygiem, był uczniem mistrza Om, jest odpowiedzią na pytanie, dlaczego Psi zauważył.

W pewnym sensie umiera tylko to, co w świadomości może się ukazać, jako to, co umiera.

 

Mam nadzieję, że odpowiedziałem.

 

Pozdrawiam,

Marlow

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Czyli cała reszta gnostygów jest zaprogramowana tak, by nie widzieć tych dziwnych populacji o mniej więcej stałej liczbie członków, tak? 

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Na to wygląda. Możliwa jest jeszcze jedna interpretacja – nie chcą tego widzieć. Bycie gnostygiem, to jakiś wybór, tyle że dokonany w czasie, kiedy się gnostygiem nie było, więc w sumie jest jeszcze jedna interpretacja: bycie gnostygiem, to ucieczka przed faktem śmierci.

Właściwa interpretacja, to interpretacja czytelnika, jak zawsze ; )

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Dobre opowiadanie, bardzo ciekawe i dobrze napisane. Jeśli mam się czepiać (co by było merytorycznie ;), to “Paradoks Populacyjny” jest dość przewidywalny (że chodzi o śmierć) i może niepotrzebnie tak dokładnie opisałeś funkcjonowanie świata nauki bohatera. 

Momentami wystąpiły lekkie zawirowania przecinków, ale nie przeszkadzało to w odbiorze.

Czy gnostyg i pałąg to celowe zabiegi?

Klik.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

No to ok i klik ;P

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

El Lobo Muymalo – dziękuję. Nawet nie próbowałem ukryć, że chodzi o śmierć, starałem się zbudować suspens w oparciu o, jak to określiła Finkla, swoistą “głupotę” gnostygów ; D gnostyg tak, a za “pałąg” biję się w piersi ! Hi, hi – reg nie zauważyła ! ; D

Wybranietz – dzięki, za czas i za klik.

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

gnostyg tak, a za “pałąg” biję się w piersi ! Hi, hi – reg nie zauważyła ! ; D

Reg zauwazyła, ale potraktowała jak, he, he, gnostygów. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale jak to jest? ; D można "pałąg" i "pałąk" ? : D

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Gnostyg może pisać “pałąg”. ;-)

Babska logika rządzi!

Ale jak to jest? ; D można "pałąg" i "pałąk" ? : D

A kto zabroni Autorowi w jego własnym opowiadaniu? ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Gnostyg wygiął się w pałąg, kiedy ugryzł go pająg. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Jestem (an)alfabetą, jeśli chodzi o takie sprawy ; D O pajągach jeszcze coś napiszę ; D nie chciałem gnostyków, żeby oddzielić ich od tego nurtu, przynajmniej ortokraficzną grechą ; D

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Najbardziej chyba w tym wszystkim podobała mi się pierwsza część tekstu – taka odrobinkę groteskowa, troszeczkę jak z “Dzienników gwiazdowych”, bardzo efektowna.

Dziękuję ninedin. Już któryś raz słyszę, że początek odstaje jakością od reszty ; ) postanowiłem sobie, że kiedyś coś z tym zrobię ; D

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

– Odsuń się[+,] zboczeńcu.

ale zamiast ludzkiego język użyłem

Języka.

Wciąż gramatyka prymitywna gramatyka, dalej!

Tak ma być?

 

Ciekawe. Trochę rozważań ujętych w fabułę. Przyjemny tekst i zakończenie mi się podobało. :)

Kawał dobrego, troszkę innego SF. Jak pewnie wielu innych czytelników, szybko domyśliłem się rozwiązania paradoksu i trochę się obawiałem, czy oprócz twistu, że chodzi o śmierć, będzie tu coś jeszcze ciekawego. Na szczęście było.

Podobała mi się zabawa starym, dobrym motywem “istoty z czystej energii” i pomysł na “radę gatunków rozumnych”. Plus za wplatanie subtelnych wątków lingwistycznych.

Odrobinę przeszkadzają brakujące przecinki i inne drobne niedociągnięcia, ale zakładam, że wkrótce większość zniknie. Moim zdaniem najsłabsza część tekstu to ta, w której kobieta przebywa na pokładzie, a główny bohater hasa w swojej kameleonowej formie. Wkrada się chaos, a klimat gdzieś ulatuje (wraca w momencie, gdy Psi/Haad postanawia znów porzucić fizyczną formę, nie mogąc już znieść świadomości śmierci).

Mimo wszystko opowiadanie wybija się na tle innych, więc niniejszym wklikuję do biblioteki :)

Dzięki za miłą lekturę!

Mistrz Om liczył sobie osiemdziesiąt tysięcy lat, najpierw stworzył[+,] a potem ukończył wszystkie programy paradygmatyczne, i jako początkowa osobliwość naszego gatunku[-,] miał zupełne prawo robić, co mu się żywnie podobało.

Za kilka tysięcy lat[-,] pozwolą mi wrócić do materialnej formy.

Każdemu, kto ukończył cztery tysiące lat[+] przysługiwało prawo przedstawienia swojego własnego zaczątku paradygmatu badawczego na Radzie Stanu.

Stanąłem na  podium[+,] a przede mną rozciągał się cały mój gatunek zgromadzony w jednym miejscu.

Jąkał się przez chwile, nieśmiało dziękując wszystkim za przybycie a potem opowiedział anegdotkę, która nie rozbawiła nikogo, ale wszyscy się śmiali.

Drżały mu kończyny[+,] a jego głos zdradzał jakiś niepokój. Milczał długo[+,] a potem nagle się ożywił.

– Odsuń się[+,] zboczeńcu.

Fajne :)

 

 

 

ac, cieszę się, że ; ) dzięki za łapankę, wszystko poprawiłem.

master-of-orion – chciałem mu dać jakieś ciało i wpadłem na pomysł, że być może zatarcie różnicy widoczne/niewidoczne przełamie smak ; ) cieszę się, że się wybija. Przecinki i literówki – muszę wyrobić zwyczaj, żeby publikować nie od razu po napisaniu ; ) dzięki za Twój czas.

Anet, wszystko poprawione, dziękuję ; ) i cieszę się, że fajne.

 

Pozdrawiam,

Marlow

 

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Ciekawy tekst. Fajnie używasz motywów filozofii wschodu jako przewodniej treści w tym z lekka innym s-f. Co prawda rozwiązanie samej zagadki migracji widać na milę przed, ale na plus działa fakt, że ukryłeś tam dodatkowe urozmaicenie.

Gnostygi to przyjemna gra z motywem istot z czystej energii, wielce oświeconych. Jedna rzecz mi jednak u nich chrzęściła – mierzenie czasu za pomocą “lat”. Jasne, to mogą być inne lata niż nasze, ale przy takim uduchowieniu i perfekcji tych istnień aż prosiło się o coś opierającego się o matematykę czy koncept filozoficzny. Użyłeś terminu “rekta transcendentalne” wytłumaczyłeś i niemal natychmiast go porzuciłeś, a przecież byłby tutaj idealny :)

Wykonanie ma swoje wady, ale komu się nie zdarza. W każdym razie pod względem treści mi się podobał ten koncert fajerwerków, nawet jeśli z reguły jestem fanem bardziej przyziemnych dzieł :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka