- Opowiadanie: dogsdumpling - Baj mi e fjuczer(s)

Baj mi e fjuczer(s)

Pisząc, poruszałam się po obszarach znanych mi bardziej w ogóle niż w szczególe, więc bardzo możliwe, że coś pomieszałam. Ekonomistów, tudzież traderów oraz prawników uprasza się o wyrozumiałość ;-)

 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Baj mi e fjuczer(s)

– Znowu przekroczyłaś limit!

Sara wzruszyła ramionami, co tylko rozsierdziło Elona.

– Do cholery jasnej! Koniec. Blokuję ci dostęp na najbliższe pół roku.

Dziewczyna ponownie wzruszyła ramionami. Nie pierwszy raz ojciec groził jej odcięciem od normalnych środków lokomocji. Przecież nie będzie jeździła do szkoły z motłochem. Wzdrygnęła się mimowolnie na tę myśl.

– Saro. – Ojciec górował nad córką rozpartą w fotelu.

– Tak, tato?

– Tym razem naprawdę nie żartuję.

– No już dobrze, przepraszam. Obiecałam Sil, że ją zabiorę. Ma teraz jakieś kłopoty w domu i chciała pogadać. W szkole nie mamy za bardzo jak, bo ma zajęcia w innym skrzydle i w ogóle. Ale przeniesiemy się na komunikator. Obiecuję.

Elon przez chwilę przypatrywał się córce.

– Naprawdę. To się już nie powtórzy. Będę uważać na limit – dodała.

Pokręcił głową i wyszedł. Sara dobrze wiedziała, że nie pozwoli jej podróżować komunikacją zbiorczą. To zbyt niebezpieczne, zaśmiała się w duchu. Posiadanie jednego rodzica wiązało się z pewnymi korzyściami. Miała być bezpieczna. Odkąd pamiętała, to było jej jedyne zadanie. Limity nie wchodziły w zakres jej obowiązków. Przynajmniej do niedawna.

Od jakiegoś czasu ojciec zaczął się czepiać. Wzruszyła ramionami. Przejdzie mu, jak zawsze. Miną trzy, może cztery dni, i znów będzie mogła podróżować wygodną dwójką, siedząc na krwistowiśniowych fotelach z foskóry najwyższej jakości. I tak właśnie wróciła z zakupów. O szkołę musi zahaczyć dopiero pod koniec miesiąca.

*

„Groźba załamania rynku kontraktów terminowych na emisję dwutlenku węgla staje się coraz bardziej realna. Futures Europe Exchange odwołała poranną sesję i zwołała nadzwyczajne zebranie zarządu. W nielegalny handel fjuczersami zamieszane są międzynarodowe koncerny paliwowe z sektorów prywatnych oraz państwowe przedsiębiorstwa, a także największe domy maklerskie, zajmujące się skupowaniem pakietów. Z nieoficjalnych źródeł wiadomo, że ministrowie Finansów i Zarządzania Limitami najpewniej o wszystkim wiedzieli. Unia Polityki Emisyjnej zapowiedziała oficjalne śledztwo w tej sprawie. Opinia publiczna domaga się zdecydowanych działań…”

Elon ruchem dłoni wyłączył transmisję.

– Hej! Oglądałam to!

– Same kłamstwa.

– Czy minister od limitów to przypadkiem nie twój szef, tato?

– Tak, ale nie wolno mi o tym rozmawiać, Saro. Sprawa jest poważna.

– Zauważyłam. Twojej głowy też zażądają?

– Nie wiem, postępowania są w toku. Nawet jeśli będę musiał podać się do dymisji, poradzimy sobie. Nie przejmuj się.

– Nie przejmuję się. Ale perspektywa publicznego linczu i twojej obecności non stop w domu mnie nie pociąga.

– Żadnego linczu nie będzie.

– A co z kasą? Dostaniesz jakieś zadośćuczynienie czy coś? Albo odprawę?

– Nie będę z tobą rozmawiał o pieniądzach. Jedyne, co musisz wiedzieć, to to, że wszystko jest pod kontrolą.

– Aha. To zwiększysz mi limit na auto?

– Nie.

– Mówiłeś, że wszystko jest pod kontrolą.

– Koniec dyskusji.

– Jak sobie chcesz. Lecę na zakupy.

*

Sara weszła do domu i rzuciła torby na fotel.

– Tato, kupiłeś lody? – spytała, zaglądając do lodówki.

– Dobrze, że jesteś, córeczko. To jest Sergiej. Mieszka w naszym budynku. – Elon wskazał na mężczyznę siedzącego przy głównym panelu sterującym.

– Aha – przytaknęła, nie patrząc na gościa, i z kubeczkiem lodów skierowała się do swojego pokoju.

– Saro, poczekaj. Poprosiłem Sergieja, żeby zainstalował blokady na nadmierne zużycie środków. Będziesz musiała zacząć się ograniczać.

Dziewczyna zatrzymała się w pół kroku i zmierzyła informatyka spojrzeniem. Misiowaty dryblas z blond kucykiem w szpanerskich goglach i pozłacanymi implantami na opuszkach palców uśmiechał się zakłopotany. Wydęła usta.

– Jak sobie chcesz, tato – rzuciła i poszła do siebie.

Przeżyję bez autolota kilka dni, pomyślała i uruchomiła aplikację, żeby sprawdzić pozostałe limity. Jak tylko za Sergiejem zamknęły się drzwi, wybuchnęła.

– Co to do cholery jest, tato?!

Aplikacja pokazywała blokadę na poziomie piętnastu procent dotychczasowej liczby jednostek.

– Córeczko, przecież mówiłem. I proszę cię, nie przeklinaj.

– Kazałeś temu pieprzonemu nerdowi odwołać wszystkie moje wizyty w mieście!

– Saro, uspokój się. Musimy ograniczyć wysokofootprintowe wydatki. I bardzo cię proszę, zachowuj się. Sergiej wyświadczył mi przysługę.

– W dupie mam jego przysługę. Tylko to potrafisz powiedzieć! Nie przeklinaj i zachowuj się! Nie zamierzam. Nie będę, kurwa jego mać, się zachowywać, tato! Od miesięcy się ograniczam! Jak mam się teraz pojawić w szkole?! Wyjść z przyjaciółmi nawet nie mogę! – Opadła na fotel i ukryła twarz w dłoniach.

– Córeczko, nie będzie tak źle, to tylko na trochę.

Sara zaniosła się szlochem.

– Umówiłam się z Si-Sil do Kinematografu, miałyśmy się razem uczyć na symu-symu-symulacjach. Zawalę szkoooołę… – Pociągnęła nosem.

– Saro, nie płacz już. Na pewno nie zawalisz. To tylko na trochę. Tylko na trochę.

– Obiecujesz?

– Obiecuję. Niedługo wszystko wróci do normy.

– Kiedy?

– Tego nie wiem.

– Idę do siebie.

*

Sara spojrzała na przyjaciół głośno oblewających w kawiarni zaliczony egzamin i kolejny raz wybrała aj-di ojca. Gdy odebrał, odetchnęła z ulgą.

– Tato, dzisiaj w szkole skontaktowała się ze mną policja, pytali, czy coś wiem, czy zachowujesz się jak zwykle, czy masz kłopoty z pamięcią, o co chodzi? – wyrzuciła jednym tchem. – I w ogóle, dlaczego nie odbierasz?

– Przepraszam, córeczko. Niestety nie miałem na to wpływu. Powinienem był cię uprzedzić, że mogą chcieć z tobą rozmawiać, ale mi zabronili.

– Ale dlaczego pytali o twoje zdrowie?

Elon przez chwilę milczał, po czym powiedział z niechęcią:

– Sprawdzają, czy nie udaję.

– Czego nie udajesz? Jesteś winny tak?! Brałeś udział w tych wszystkich przekrętach?!

– Nie, Saro, uspokój się. Oczywiście, że nie. Ostatnio gorzej się czuję i lekarz stwierdził, że mogę mieć zaburzenia pamięci spowodowane stresem. Przepisał mi jakieś tabletki. Odpocznę i poczuję się lepiej. To wszystko.

– Jesteś pewien?

– Tak, córeczko. Wszystko jest w porządku.

*

Jak tylko Sara wróciła do domu, wybrała aj-di lekarza.

– Dzień dobry, pani Tepes. Spodziewałem się kontaktu z pani strony.

– Co mu dolega? – spytała bez ogródek.

– Pani ojciec cierpi na alzheimera, trzecie stadium.

– Alzheimer? Ale przecież… To choroba z poprzedniego wieku. Myślałam, że została wyeliminowana.

– I tak, i nie. Wciąż jest bardzo powszechna w biedniejszych warstwach społecznych.

– Mój ojciec nie ma kontaktów z biedotą. To niemożliwe, aby się zaraził.

– Przepraszam, źle się wyraziłem. Pani Tepes, alzheimer nie jest zaraźliwy. Jego wyeliminowanie opiera się na profilaktyce, która kosztuje. Pani ojciec jest mocno obciążony genetycznie. Ostatnią dawkę leków otrzymał, zaraz, niech sprawdzę, trzynastego sierpnia blisko dwa lata temu. Biorąc pod uwagę dość znaczne szkody – młoda kobieta drgnęła na słowa lekarza – jak na to stadium – ciągnął spokojnie mężczyzna – podejrzewam, że pani ojciec nie przestrzegał zaleceń, tak żywieniowych, jak i tych dotyczących leków na długo wcześniej. Stres również należy do czynników przyspieszających rozwój alzheimera. Nie oznacza to oczywiście, że nie możemy zatrzymać choroby. Co do uszkodzonych obszarów mózgu…

– Ale całkowite wyleczenie jest możliwe? Tak, aby wrócił do stanu sprzed choroby?

– Pani Saro, priorytetem jest zatrzymanie choroby. Odbudową uszkodzonych obszarów mózgu proszę się na razie nie martwić. Po wykonaniu szczegółowych analiz będę mógł zadecydować o przebiegu leczenia. Co do kosztów…

– Ojciec ma polisę zdrowotną.

– Polisa pani ojca wygasła na krótko po przyjęciu ostatniej dawki leku. Dzisiejszą konsultację, w ramach wyjątku, przypiszę do pani konta, jednakże powtórnie nie będzie to możliwe. Proszę omówić z doradcą finansowym sprawy kosztów i zgłosić się z ojcem na badania w przyszłym tygodniu. Na koncie znajdzie pani zalecenia żywieniowe. Do widzenia.

– Dlaczego mi pan to wszystko mówi? – spytała.

– Przy chorobach degeneracyjnych mam obowiązek poinformować najbliższą rodzinę, jeśli uznam, że pacjent może stanowić zagrożenie dla siebie bądź innych.

– Ojciec nie jest niebezpieczny.

– Może chcę, żeby pani ojciec zaczął się leczyć, zanim to nastąpi? – uśmiechnął się mężczyzna. – Liczę, że zobaczymy się w przyszłym tygodniu.

Alzheimer. Dla niej zabrzmiało to jak wyrok. Bez polisy i środków na leczenie.

*

Czekała na ojca przy kuchennym stole, popijając różowe wino.

– O, jesteś już, tato – rzuciła, gdy tylko wszedł. – Może się dołączysz, jeszcze trochę zostało. Tak gdzieś – podniosła butelkę i zajrzała do środka – na jeden kieliszek. Może półtora.

Elon spojrzał na córkę.

– Jesteś pijana. Porozmawiamy, kiedy wytrzeźwiejesz. Idę do gabinetu.

– Nie chcesz? Więcej dla mnie. – Sara nalała resztę wina do kieliszka. – Rozmawiałam z lekarzem.

– Wszystko w porządku? – Elon obrócił się gwałtownie, żeby spojrzeć na córkę.

– Twoim lekarzem, tato. Zaburzenia pamięci, dobre sobie. To tak się teraz mówi na al-hei… al-hai-cerema, alce-hemera, co?

– Saro, lekarz w ogóle nie powinien był o tym z tobą rozmawiać. Zachował się nieprofesjonalnie. Ostatnio jestem po prostu przemęczony, to wszystko.

– Tato, jak mogłeś? Dlaczego przestałeś przyjmować leki? Co z polisą?

– Saro, nie będę o tym z tobą rozmawiał w takim stanie.

– Ale ja będę.

– Koniec dyskusji. Ja się zajmę swoimi sprawami, ty się zajmij szkołą. Nie jestem chory. Krótka przerwa w przyjmowaniu profilaktyków to jeszcze nie tragedia.

– Nie tra-ge-dia, wcale a wcale, tato. Alhe… alece… hemar to żadna, kurwa, tragedia. Co jeszcze spieprzysz? – spytała i dopiła wino, patrząc ojcu w oczy.

*

Sara miała już dość dowiadywania się wszystkiego z drugiej ręki. Ojciec niczego jej nie mówił, policja nie udzielała żadnych informacji, w mediach można było znaleźć każdą możliwą wersję wydarzeń. Prawnik ojca nie odpowiadał na wiadomości.

– Dosyć tego – warknęła i ustawiła uzbrojone wysyłanie strumieniowe. – Tego tak łatwo nie zablokujesz.

Na efekty nie musiała długo czekać.

– To, co pani robi, to jest nękanie – odezwał się zmęczonym głosem mężczyzna.

– Proszę mnie zgłosić – rzuciła.

– Miejmy to już za sobą – burknął w odpowiedzi. – Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie mogę udzielać żadnych informacji, dotyczących sprawy pani ojca. Rozumiem pani położenie, ale obowiązuje mnie etyka zawodowa – wyrecytował.

Sara skrzywiła się.

– Ale cokolwiek może mi pan powiedzieć.

– Proszę pytać. Jeśli będę mógł, odpowiem.

– Czy nie należy mi się jakieś zadośćuczynienie finansowe albo ubezpieczenie, spadek?

– Pani Tepes, z wyjątkiem szklarni, którą odziedziczyła pani po matce, prawo spadkowe nie ma w pani przypadku zastosowania. Pani ojciec żyje i ze względu na dobro śledztwa podjęto takie, a nie inne kroki, mające na celu zabezpieczenie środków finansowych przeznaczonych na prognozowane koszty postępowania oraz szkód, wyrządzonych przez działalność pani ojca. Do czasu wyjaśnienia sprawy…

– Przecież śledztwo jeszcze się toczy. Nie doszło do żadnego postawienia zarzutów – weszła w słowo mężczyźnie Sara.

Przez chwilę oboje milczeli.

– Czy ma pani jeszcze jakieś pytania? – zapytał w końcu prawnik.

– Czyli nie dostanę nic?

– Oprócz szklarni. Zgadza się.

– Zaraz, zaraz, odziedziczyłam szklarnię? – Sara przyjrzała się prawnikowi uważnie.

– To właśnie powiedziałem – zirytował się mężczyzna. – O szczegóły proszę zapytać ojca. Czy to już wszystko?

– Jestem niepełnoletnia. Prawo mnie jakoś nie chroni przed nagłą nędzą i stoczeniem się do rynsztoka?

– Chroniłoby, gdyby nie ukończyła pani szesnastego roku życia. Od chwili uzyskania przez panią pełnych praw zarobkowych, pani ojcu nie przysługują żadne świadczenia na dziecko.

– Z czego ojciec panu płaci?

– Słucham?

– Przecież nie prowadzi pan sprawy pro bono – żachnęła się. – Skoro środki ojca zostały “zabezpieczone”, to z czego panu płaci?

– Obawiam się, że nie mogę udzielić odpowiedzi na pani pytanie. Jak już mówiłem, obowiązuje mnie tajemnica zawodowa.

– Taa, jasne – prychnęła i przerwała połączenie.

*

Nigdy nie sądziła, że przyjdzie im zamieszkać w szklarni – a właściwie w pawilonie dla gości, będącym jej częścią. Ojciec stracił wszystko: mieszkanie, przywileje wakacyjne, autoloty, oszczędności. „Nie zabrali, Saro, tylko zamrozili. Jak tylko śledztwo dobiegnie końca, wszystko nam zwrócą”. Przez chwilę nawet mu wierzyła, nawet gdy patrzyła, jak przyjemny błękit przy wejściu do mieszkania gaśnie, zamieniając się we wrogą czerń – „Posesja wyłączona z użytku”.

Gdy jednak do ich mieszkania miesiąc później wprowadzili się nowi lokatorzy, a śledztwo nie posuwało się do przodu, dotarło do niej, że nikt niczego im nie zwróci. Czyjaś głowa musiała polecieć – już wcześniej Elon był niezłym celem, ale teraz, gdy zachorował i nie mógł się skutecznie bronić, stał się wręcz idealnym kozłem ofiarnym. Sara wciąż jeszcze wierzyła w jego niewinność. Tę jedną dobrą myśl postanowiła sobie zostawić.

Szklarnia, którą matka Sary otrzymała od Elona w prezencie ślubnym, a potem zapisała w testamencie córce, znajdowała się na dachu ich wysokościowca. Jeszcze przed przeprowadzką Sara pomyślała o sprzedaży nieruchomości – żeby tylko wyleczyć ojca, żeby mógł się wybronić, wyjaśnić, sprzątnąć cały ten syf. Prawnik wyjaśnił jej, że dopóki jest niepełnoletnia, ojciec musiałby zawrzeć transakcję w jej imieniu, na co z jednej strony nie pozwalało mu zdrowie, z drugiej groziłoby natychmiastowym zamrożeniem uzyskanych środków.

– To jest legalne? – spytała, unosząc brwi.

– Nie jest nielegalne – usłyszała.

Właściwie to jej ulżyło. Budynek znajdował się na obrzeżach Sandomierza – historycznego serca Sandoborza. W niskosmogowe dni rozległa panorama Starego Miasta rozpościerała się przed jej oczyma. Nie sądziła, że kiedyś pokocha tę szklaną klatkę, ale myśl, że posiada fragment świata matki, dodawała jej otuchy. Nawet jeśli obecnie szklarnia w niczym nie przypominała zielonego „skrawka Edenu”, o którym wspominał ojciec.

Hydroponiczną część szklarni wypełniała niewielka uschnięta dżungla. Ciekawe czy coś z tego kiedykolwiek nadawało się do jedzenia, pomyślała Sara, przedzierając się do panelu sterującego. Nie miała pojęcia, dlaczego ojciec zlecił zamontowanie pulpitu na samym końcu pomieszczenia.

– Nie jest najgorzej. Uprzątnie się badyle, uruchomi terminal, zamówi trochę nasion. – Elon szedł tuż za córką, rozglądając się na boki.

– Uruchomi terminal? Nie był używany, ile, od śmierci mamy?

– To elektronika najwyższej jakości. Automatyczne aktualizacje, system nie potrzebuje ręki człowieka, żeby działać.

Sara tylko wzruszyła ramionami i odsunęła się na bok, robiąc ojcu miejsce przy pulpicie.

– O, widzisz, działa – ucieszył się Elon.

Na ekranie wyświetliły się rzędy komend, które po chwili zostały zastąpione przez słowa: „System failure” i długą listę błędów.

– Rzeczywiście, działa – skwitowała Sara.

Elon jeszcze dziesięć minut walczył z terminalem, po czym skapitulował.

– Poprosi się kogoś, zaktualizujemy system i ani się obejrzymy, a szklarnia będzie funkcjonować na tip-top.

– Za co zaktualizujemy system?

Ojciec zgarbił się i wymamrotał:

– Jakoś to będzie, córeczko. Coś się wymyśli.

Wciąż zapominała, że jest chory. Dawniej stwierdziłby, że wszystko jest pod kontrolą i że Sara ma się nie martwić. Drobiazgi przypominały jej, że stoi przed nią człowiek, którego ubywa.

– Przepraszam, tato. Masz rację. Na pewno damy radę.

Ojciec uśmiechnął się szeroko.

– Damy radę – powtórzył, ściskając niezgrabnie dłoń córki.

*

Kiedy nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma – mruknęła Sara i wybrała aj-di misiowatego informatyka. Odetchnęła, gdy zgodził się wpaść następnego dnia, żeby zerknąć na system zarządzania szklarnią.

– Jeszcze raz dziękuję. – Sara przestąpiła z nogi na nogę. – I przepraszam za moje zachowanie, kiedy instalowałeś blokady.

– Już zapomniałem. A tak w ogóle, mów mi Sergio. W końcu jesteśmy sąsiadami. – Uśmiechnął się i podał jej rękę. – Mieszkam w środkowej części budynku, tuż nad linią smogu.

Sara uniosła brwi.

– W każdym razie zazwyczaj. Farciarz ze mnie. – Mrugnął do niej porozumiewawczo. – No dobra, co my tu mamy? To trochę potrwa – dodał. – Dam znać, jak już będę wiedział, co i jak.

Przytaknęła i poszła sprawdzić, co z ojcem, zostawiając Sergio sam na sam z przedpotopowym panelem sterującym. Po półgodzinie informatyk zapukał w szklane drzwi.

– Na sałatę jeszcze trochę poczekamy – rzucił, uśmiechając się krzywo. – System nie był aktualizowany od jakichś dziesięciu lat.

Trzynastu, pomyślała Sara, od śmierci matki.

– Właściwie należałoby wymienić wszystko, nie tylko oprogramowanie, ale też czujniki, panel, zabezpieczenia – ciągnął.

– Ile by to kosztowało?

Sergio podrapał się po głowie.

– Nie wiem, nie siedzę w hydroponice, ale niemało.

– Nie da się kupić starszego sprzętu? Sprzed roku na przykład?

– Teoretycznie tak. Ale nie wiem, czy nie będziesz musiała ponownie zarejestrować uprawy po tak długim nieużywaniu szklarni. A jeśli tak, to sprzęt musi być nowy.

– Czyli dupa.

– Niestety.

– Pokaż mi teraz jeszcze system pawilonu. Może chociaż tu uda mi się coś zrobić.

– Rozgość się – rzuciła Sara, wskazując panel. Zapatrzyła się na rozciągające się przed nią Stare Miasto. Korpusy niższych budynków ginęły w brudnej mgle, owinięte serpentynami monorejli. Gdzieniegdzie miasto mrużyło oczy paneli słonecznych. Z zamyślenia wyrwał ją głos Sergio.

– Katieńka, jestem w robocie, pogadamy później. Sorki, moja dziewczyna – mężczyzna uśmiechnął się przepraszająco, po czym parsknął śmiechem na widok miny Sary. – Tak, mam dziewczynę.

– Przepraszam, ja nie… Przepraszam – wydukała Sara.

– Nie każdy informatyk jest uzależnionym od czterech ścian połączeniem nerda i hikikomori. Po prawdzie większość nie jest. Katia, moja dziewczyna, też robi w branży. W zabezpieczeniach, więc niestety przy szklarni nie pomoże.

– Aha, okej. A co z systemem? – Sara nie miała ochoty ciągnąć swojej kolejnej wpadki.

– Nie jest tak źle. – Sergio zerknął na Elona drzemiącego w fotelu. – Zrobię wam to po kosztach. Posprawdzam, co da się zainstalować i za ile, i dam znać.

– Dziękuję, Sergio.

– Nie ma sprawy. Trzeba sobie pomagać.

*

– Tato, dlaczego nie ma wody? – spytała, wystawiając głowę z łazienki Sara. – Rano była?

– Nie wiem, córeczko. Pewnie coś robią.

– Nie było żadnego komunikatu.

Elon wzruszył ramionami. Miała ochotę nim potrząsnąć, tak bardzo złościł ją ten gest.

– Tato, powiedz, że zapłaciłeś wodę na ten kwartał.

– A co dzisiaj mamy?

– Pierwszego.

– No to jeszcze miesiąc do kolejnej wpłaty.

– Pierwszego lipca, tato. Lipca!

– Nie krzycz na mnie! Mówię, że płaciłem!

– Za zeszły kwartał, mamy lipiec!

– Przecież mówię, że płaciłem! – Elon poczerwieniał na twarzy.

– To dlaczego nie ma wody?

– Skąd mam wiedzieć? – burknął Elon.

Sara wzięła głęboki oddech.

– Tato, wejdź, proszę na konto i sprawdź datę ostatniej wpłaty.

– Przecież mówię…

– Słyszę, tato, pewnie w Wodospadzie coś popieprzyli. Trzeba to wyjaśnić, dobrze? Potrzebujemy wody.

Elon skierował się w stronę pulpitu.

– Poczekaj tato, tylko coś włączę. To po tej aktualizacji… No, gotowe. Proszę.

Mamrocząc pod nosem, Elon uruchomił panel.

– Ha! Rzeczywiście coś popieprzyli. „Brak bieżącej wpłaty”, widzisz?

– Widzę, tato. Zaraz do nich zadzwonię i wszystko wyjaśnię, dobrze? Pamiętasz, lekarz zakazał ci się denerwować.

Gdy tylko Elon usiadł w swoim fotelu, uruchomiła barierę oddzielającą ją od reszty pawilonu i wybrała aj-di przyjaciółki.

– Sil, potrzebuję twojej pomocy – powiedziała do piegowatej blondynki, która pojawiła się na ekranie.

– Hej, piękna, co tam? – ucieszyła się dziewczyna.

– Potrzebuję kasy.

– Bezpośrednia jak zawsze – zaśmiała się Sil. – Ile?

Sara przełknęła ślinę, myśląc o wszystkich możliwych rachunkach „zapłaconych” przez ojca.

– Jakieś pięćset jednostek.

– Noł problemo. Uno momento. – Dziewczyna na chwilę zniknęła Sarze z oczu. – Gotowe.

– Dzięki. Jak to wszystko się wyjaśni…

Sil machnęła ręką.

– Daj spokój. Wiesz, że to dla mnie drobne. A tak poza tym, co słychać?

– Ciężko, ale jakoś daję radę. – Sara spróbowała się uśmiechnąć.

– Ech, nawet nie chcę sobie wyobrażać. Strasznie nudno tu w wyższych sferach bez ciebie – westchnęła Sil.

– Też tęsknię, w końcu byłyśmy elytą. – Stary żart pozostawił w ustach Sary gorzki smak.

– Zawsze będziemy, piękna. Trzymaj się mocno.

– Jeszcze raz dzięki – powiedziała Sara i przerwała połączenie. Położyła policzek na blacie i zamknęła oczy. – Beztroska cipa – wymamrotała. – Głupia, beztroska, bogata cipa. – Spojrzała na wyświetlacz, stan konta zwiększył się o tysiąc jednostek. – Dzięki, Sil.

*

Po aferze z fjuczersami i dymisji ojca krąg przyjaciół Sary zmniejszył się znacząco. Spodziewała się tego, a mimo to nie była przygotowana na wygnanie na antypody życia towarzyskiego. Gadanie z Vu-eFką – virtual friend – tylko ją irytowało. Najbardziej zabolał Sarę dystans osób, które uważała za przyjaciół na dobre i na złe. Chyba wolałaby, żeby powiedzieli jej w twarz, co myślą. Ale komunikator przeważnie milczał.

Jedynie Renka i Sil odzywały się od czasu do czasu. Z Sil znały się od dzieciństwa, niestety przyjaciółka ciągle była w rozjazdach. A Sara nagle straciła ochotę na wysłuchiwanie plotek ze świata, do którego już nie należała. Rozmowy z Sil boleśnie uświadamiały jej, co straciła, ale przynajmniej mogła na nią liczyć.

Z Renką nigdy nie były specjalnie blisko. Raz czy dwa wybrały się razem do klubu z większą grupą, czasem zamieniły parę słów na komunikatorze, ale nic ponadto. Dziewczyna uwielbiała żartować, mówiła, co myśli i widziała wszystko w tęczowych barwach. Sara ze zdziwieniem stwierdziła, że z niecierpliwością czeka na sygnały życia od laski, którą ledwo zna. Trochę podejrzewała, że Renka się w niej podkochuje, ale nie miała odwagi powiedzieć, że nie jest zainteresowana. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej zakomunikowałaby bez ogródek, że gra w przeciwnej drużynie. Teraz… teraz wszystko było inaczej.

– Może wyskoczymy na miasto? – spytała któregoś wieczoru Renka. – Dobrze ci to zrobi.

– Sama nie wiem. – Sara spojrzała w stronę ojca.

– Zaaplikuj tatusiowi ekstra nasenniaki i cały wieczór nasz. Ja stawiam. Wiem, czego ci trzeba. Luzu. Albo seksu. Na rozładowanie napięcia.

– Eee…

Renka parsknęła śmiechem.

– Spokojnie, heteryczko. Nie mówiłam, że ze mną.

Ulga na twarzy Sary musiała być widoczna, bo śmiech Renki trwał jeszcze z dobrą minutę. Po chwili obie szczerzyły się do komunikatorów. Choć jedno zmartwienie mniej.

*

To Renka załatwiła Sarze pracę sekretarki w oczyszczalni ścieków wuja. Koordynatorki działań jednostek współpracujących, poprawiła się w myślach dziewczyna. W praktyce oznaczało to długie rozmowy z ceoami firm rozsianych po całym świecie, którzy czuli się zbyt ważni, żeby rozmawiać z SI. Robiła za maskotkę o aksamitnych głosie i ładnej, niesymetrycznej ludzkiej buzi. Mogłaby robić nawet za klauna, byleby ją tylko było stać na leki.

Lampka komunikatora zamigotała na zielono. Zerknęła przez ramię na ojca oglądającego coś na ekranie, włączyła barierę dźwiękoszczelną i otworzyła połączenie.

– Dzień dobry, panie Takeuczi.

– Ohayou gozaimasu, Takeuczi-san – usłyszał mężczyzna w swoim gabinecie w Starym Tokio, a jego gładką twarz rozciął uśmiech.

– Witaj, Saro, jak się miewasz? – odpowiedział ciepły, męski głos.

„Ohayou gozaimasu, Sara-chan. O-genki desu-ka?” transkrypcja wyświetliła się u dołu ekranu.

Dziewczyna skrzywiła się w duchu, widząc zdrobnienie, po czym odwzajemniła uśmiech. Wolała nie wyobrażać sobie, jaki głos słyszy Takeuczi-san.

*

– Lena – dotknął jej ramienia ojciec.

– Nie, tato, jestem Sara. Twoja córka, pamiętasz?

Ostatnio z Elonem było coraz gorzej. Od czasu wyprowadzki choroba przybrała zawrotne tempo.

– Sara?

– Tak, Sara, tato.

Nie powinna była tego mówić. Denerwowało go, że nie pamiętał. Ale tak trudno było się powstrzymać.

– Nie znam żadnej Sary!

Zawsze była jego Sarą. Już nie – mówiła rzeczywistość.

– Gdzie jest Lena?

– Na wakacjach. Tato. Wyjechała do ciotki Ani. – Musiała grać, jeśli nie chciała zwariować. Tak bardzo nie miała siły na kolejny wybuch złości. – Chodź, pooglądamy zdjęcia, dobrze?

Pawilon gościnny przy szklarni był długi, z łazienką i niewielkim aneksem kuchennym. Sara zaprowadziła ojca do jego kąta i posadziła w bujanym fotelu. Uruchomiła projektor.

„Pilickie łachy” – napis wyświetlił się pół metra przed nimi.

– Tak dobrze? – spytała.

– Tak – odburknął Elon.

Usiadła na fotelu obok. Pierwsze zdjęcie pokazywało zarośnięty brzeg rzeki. Wspomnienia z dzieciństwa ojca, choć nigdy nie widział tych miejsc w takim kształcie. Gdy wyprowadzka została już przesądzona, Sara odkryła kostki pamięci ze wspomnieniami swoich pradziadków w jego gabinecie. Elon do końca odmawiał spakowania rzeczy, więc sama musiała się tym zająć. Kostki najwyraźniej służyły dziadkom do usypiania Elona i jego siostry Leny.

Rzeki już dawno nie wyglądały w ten sposób. Pilica biegła tunelem od źródła, aż do miejsca spotkania się ze swoją siostrą Wisłą. Szczęśliwe wspomnienia Elona okazały się przywłaszczonymi przeżyciami jego dziadków. Gdy Sara była małą dziewczynką, nie zastanawiała się jak to możliwe, że opowieści ojca pełne były szumiących drzew, świergotu ptaków i miękkiego piasku, a nie zimnego betonu, autolotów i smogu. Scenografia stanowiła część magii, a ojciec dbał, żeby kartonowe rewersy były dobrze ukryte.

– Kiedy Lena wróci? – pytanie wyrwało ją z zamyślenia.

Slajd przedstawiał roześmianą dziewczynkę w pasiastym kostiumie kąpielowym, siedzącą na zwalonym drzewie i zwieszająca nogi nad nurtem rzeki.

– Teraz jest na wakacjach. Na pewno jej tam dobrze, dlatego tak długo tam siedzi.

– A kiedy ja do niej pojadę?

– Jak wyzdrowiejesz, tato.

Błąd.

– Nie jestem twoim ojcem! Nie znam cię. Chcę pojechać do Leny.

Powstrzymaj się.

– Tato, Lena nie żyje. Już od dawna.

Błąd! Błąd! Błąd!

– Kłamiesz! Nie będziesz mnie tu trzymać. – Elon zerwał się z fotela.

– Nie, tato, nie kłamię. Jesteś chory i masz kłopoty z pamięcią. Mamy rok dwa tysiące sto dziewięćdziesiąty trzeci! – Sara próbowała przekrzyczeć ojca.

– Ratunku! Pomocy! Niech mi ktoś pomoże!

– Lena zmarła w roku siedemdziesiątym drugim!

– Pomocy! Niech mi ktoś pomoże!

– Jedna dawka – powiedziała Sara głośno.

Ojciec przestał się szamotać. Pomogła mu usadowić się na fotelu i otuliła kocem.

– Przepraszam, tato – szepnęła, całując go w czoło. Wyłączyła zdjęcia i opadła na siedzisko obok.

Już przestała się łudzić, że choroba się cofnie. Żadne pieniądze nie zwrócą jej ojca. Alzheimer ukradł tyle osobowości i pamięci Elona, ile zdołał. Brak odpowiednich leków i kiepska dieta nie pomogły, ale to utrata domu była decydującym ciosem. Nie zaczekano nawet do wyników śledztwa, które zresztą cały czas się toczyło. Dziewczyna wątpiła, czy kiedykolwiek zostanie zakończone.

*

Stan zdrowia Elona pogarszał się coraz bardziej. Po tym, jak znalazła ojca bez spodni wybierającego się nad rzekę, bała się zostawiać go samego. „Jadę do Leny” – powiedział, kurczowo trzymając ręcznik pod pachą. Zabrakło jej słów, więc tylko mocno go przytuliła.

– Zaraz wrócę – wykrztusiła ze ściśniętym gardłem i czym prędzej wyszła z pawilonu.

Pomagała mu jak mogła i na ile było ich stać. Niestety ojciec nie tylko nie doceniał jej wysiłków, ale wręcz torpedował każdą próbę wprowadzenia jakichkolwiek zmian. Inteligentna laska i buty stabilizujące leżały ukryte przed wzrokiem Elona w szafie po tym, jak kategorycznie odmówił ich używania, a na każdą wzmiankę reagował wybuchem złości. Założenie opaski z lekami skończyło się tygodniowym fochem. Elon pluł jedzeniem i rozmyślnie rozlewał napoje, jednocześnie się przy tym w ogóle do Sary nie odzywając. Niewiele brakowało, a by go uderzyła. Płyny były drogie. A Elon dostawał witaminizowane.

Marzyło jej się, że któregoś dnia ojciec obudzi się ze swojej drzemki i powie: „No, dość już tych wygłupów, córeczko, pora znowu zacząć żyć!” I że będzie wszystko pamiętał. Śledztwo się wreszcie skończy, oddadzą im mieszkanie i zamrożone środki. A potem otwierała oczy i widziała ojca, który brudził się przy jedzeniu zupy.

*

– Co ja mam robić, Renka, nie mogę go zostawić samego, ale już nie daję rady siedzieć w domu. Czuję, że zaczyna mi odbijać. Niewiele brakowało, a nawymyślałabym ceo z Chin.

– Widocznie sobie zasłużył – rzuciła lekko przyjaciółka.

– Fakt. Chciał renegocjować warunki umowy. Obudził się po trzech miesiącach od podpisania kontraktu, że jednak nie potrzebuje zwiększonego limitu na emisję. Inflacja sracja, a fjuczers to fjuczers.

– No widzisz. Wszystko z tobą w porządku.

– Powiesz to swojemu wujowi, jak mnie zwolni za nawrzucanie żółtkowi.

– Uuu, musi być naprawdę źle, skoro rasizm ci się włącza.

– Jest źle. Naprawdę nie mam nic przeciwko Chińczykom, ale do cholery, kontrakt to kontrakt. Nic nie poradzę na sytuację na rynku.

– Mam pomysł. Wpadnę do ciebie, a ty pójdziesz sobie na miasto.

– Za co? Wiesz, że nie mam kasy – jęknęła Sara.

– A premia za umowę z Takeuczi-sanem?

– Wykupiłam tacie kilka godzin w parku.

Renka namyślała się chwilę.

– Wiesz co, i tak do ciebie wpadnę. Tylko nie wychodź z domu. – Posłała Sarze całusa i przerwała połączenie.

Pół godziny później oczom dziewczyny ukazał się Szwarceneger, zza pleców którego wysunęła się uśmiechnięta drobna brunetka.

– Jak ci się podoba mój masażysta?

– Eee…

– Boski, prawda? – rzuciła Renka, pakując się do pawilonu dla gości.

– Mhm…

– Oddaję cię w jego terminatorskie ręce, podczas gdy ja pooglądam sobie z twoim tatą zdjęcia.

– Tata śpi.

– To pooglądam zdjęcia w jego towarzystwie. „Bariera” – zakomenderowała dziewczyna, ale nic się nie stało. – Ech, a miałam nadzieję, że gładko pójdzie. No dobra, włącz barierę i nie marudź.

– Ty na pewno jesteś lesbijką? – spytała Sara, przyglądając się kulturyście.

Renka parsknęła śmiechem.

– Najprawdziwszą. Każdy ma jakiś fetysz. Retro SI jest dobry jak każdy inny. Ciebie, z tego, co pamiętam, kręci wiśniowa karoseria.

Sara tylko się skrzywiła.

– „Bariera” – rzuciła.

Renka pokazała jej język i rozgościła się w wolnym fotelu obok śpiącego mężczyzny.

– Następnym razem zabiorę Rambo – szepnęła Sarze na ucho, gdy się żegnały.

Dziewczyna nie mogła się nie uśmiechnąć. Renka naprawdę potrafiła podnieść ją na duchu.

– Już nie mogę się doczekać – rzuciła i pomachała przyjaciółce, znikającej za drzwiami windy.

*

Sara przejrzała wiadomości i jęknęła. Kolejny raz Jess zalał ją kontraktami do sporządzenia. Czasami nie wiedziała już, za co się brać. Miała ochotę wcale nie zaczynać. Handlowiec od jakiegoś czasu regularnie dowalał jej roboty. Gdyby chociaż szły za tym jakieś dodatkowe pieniądze. Zacisnęła zęby, spojrzała na ojca i zabrała się do pracy. Pół godziny później wybrała aj-di Jessa.

– Młoda, mów szybko, mam mnóstwo pracy.

Taaa, pasjans nie ułoży się sam, pomyślała.

– Kontrakt z Alchemtechem. Nie podobają mi się wyniki testów przysłanych próbek.

Mężczyzna zerknął do dokumentacji.

– Mieszczą się.

– Tak, ale…

– Nie ma żadnego ale, młoda – przerwał jej Jess. – Doceniam troskę, ale nie zaprzątaj sobie tej swojej pięknej główki sprawami, których nie ogarniasz. Potrzebuję ten kontrakt na wczoraj – rzucił i przerwał połączenie.

– Pieprzony, popaprany, zarozumiały pajac – wymamrotała Sara przez zaciśnięte zęby. Rok temu by mu wygarnęła, co o nim myśli. Pół roku temu zresztą też. – Co się ze mną, kurwa, stało? – zapytała na głos.

Ojciec. Odpowiedź na wszystko była tylko jedna. Ojciec.

– Tato, coś ty, kurwa, za chryję odpieprzył? Dlaczego dałeś się tak wychujać? – jęknęła, spoglądając na kontrakt i zanim zdążyła się rozmyślić, szybko wystukała zapytanie do szefa.

W dużo lepszym nastroju zabrała się za sporządzanie pozostałych kontraktów.

*

– A nie myślałaś, żeby zdawać na Fema? – zagadnęła ją Renka któregoś dnia na komunikatorze.

– Na co?

– Nie na co, a na kogo. Funkcjonariusza emisyjnego. Po twojej ostatniej interwencji wuj nie mógł się ciebie nachwalić.

– Interwencji? – zdziwiła się Sara.

– No, ta sprawa z Aletechem, czy coś.

– Alchemtechem?

– Przecież mówię.

Sara wzruszyła ramionami. Jedyne, co zrobiła to wysłanie szefowi notatki z prośbą o ponowne przetestowanie próbek.

– Nawet nie wiedziałam, jak ta sprawa się zakończyła – powiedziała.

– No, podobno coś tam wyszło. Pewnie wuj nic nie powiedział, żeby nie wypłacać kolejnej premii – wyszczerzyła się dziewczyna.

– Eee, może. Dobrze, że się wyjaśniło. – Sara nie wiedziała, czy przyjaciółka mówi poważnie. Zresztą nie pierwszy raz.

– A właśnie, miałam się ciebie zapytać. Wiesz, że firma ma specjalną SI od pisania kontraktów? Handlowiec musi tylko klepnąć.

Sara zrobiła wielkie oczy.

– Jak ja nienawidzę tej pracy – wymamrotała. – To dlaczego ten palant…

– Może chciał cię poderwać.

– Prędzej zgnębić. Popapraniec.

– Tu się zgadzamy.

– Co robi Fem? – spytała, żeby zmienić temat.

– Trochę tego jest. Zależy, co cię interesuje. Pomiary, ustalanie bezpiecznych stężeń emisji różnych świństw, certyfikaty i atesty, handel emisjami, kontrole, przekręty, malwersacje i takie tam.

– Malwersacje i takie tam. Rzeczywiście coś dla mnie.

Renka zakryła dłonią usta.

– Ale palnęłam, sorry. No, ale, rzecz w tym, że naprawdę uważam, że się nadajesz. Masz oko do takich rzeczy. W każdym razie przemyśl to. Zawsze mogę podpytać wuja, czy nie napisałby ci rekomendacji.

– Sama nie wiem. Nie stać mnie.

– Nie marudź. To nie są jakieś szczególnie oblegane kursy. Raczej trudno się w tym zawodzie dorobić. Ty to co innego. Nadajesz się.

– Może. Przemyślę to, ale nic nie obiecuję.

– Jak chcesz. Muszę lecieć. Buziaki.

*

Na szczęście pracowała z domu i mogła mieć ojca stale na oku, ale jeśli chciała zrobić szkolenie na Fema, będzie musiała znaleźć jakieś sensowne rozwiązanie. Oprócz zajęć zdalnych, po pierwszym roku zaczynały się terenówki. O ile oczywiście się zakwalifikuje. Według Renki miała spore szanse. Praca w oczyszczalni też wiele Sarę nauczyła.

Zresztą, nawet gdyby się nie dostała i tak dużo dłużej nie da rady siedzieć z ojcem dwadzieścia cztery na siedem. Jej wzrok powędrował w stronę szklarni. Elon uzbrojony w rękawice i maskę ochronną wojował właśnie z uschniętą dżunglą, którą Sara powinna była uprzątnąć wieki temu. Nie zamierzała mu mówić, że utylizator odpadów organicznych nie zadziała bez ważnych atestów, a na nad-wagę śmieci nie było ich stać. Przynajmniej ojciec miał zajęcie.

Wybrała aj-di Sil.

– Hej – przywitała się.

– Hej – odparła obrażonym głosem przyjaciółka.

– Słuchaj, mam do ciebie…

– Sprawę – dokończyła za nią Sil. – Inaczej byś się nie odezwała, co? Nigdy nie odbierasz.

– Przepraszam, byłam zajęta.

– Akurat. Rozumiem, że masz problemy i że nie chcesz o tym gadać, ale może ja też chcę o czymś pogadać, co? Życie nie ogranicza się do twojego ojca.

Moje tak, chciała powiedzieć Sara, ale się powstrzymała.

– Naprawdę przepraszam, po prostu… jest mi ciężko, okej? Może jakaś taryfa ulgowa dla twojej najstarszej przyjaciółki?

Sil przez chwilę udawała, że się zastanawia.

– Mów, o co chodzi.

– Nie chciałaś pogadać?

– Chciałam, ale wiem, że masz teraz inne rzeczy na głowie. To powiesz w końcu, o co chodzi?

– Potrzebuję stolika w „Egzotycznym raju”. Na czwartek, ten albo w przyszłym tygodniu, przed południem.

Sil skrzywiła się.

– To knajpa dla starych dziadów.

– Właśnie.

– Co ty kombinujesz, Sar?

– Powiedzmy, że muszę się z kimś zobaczyć.

– Uważaj na siebie, piękna. Dużo mogę, ale sama wiesz, wolałabym cię nie szukać po komisariatach. Jakby co, nie daj się złapać – powiedziała poważnie. – Odezwę się.

*

Miała tylko jedną szansę. Wzięła głęboki oddech i pewnym krokiem ruszyła do stolika w retro-restauracji „Egzotyczny Raj”. Nazwa doskonale pasowała do tego miejsca z żywymi kelnerami, fontannami i palmami daktylowymi. Z jakiegoś powodu posadzono też mnóstwo kaktusów. Mężczyzna w wieku Elona siedział za dużą opuncją. Gdyby nie wiedziała ile ma lat, dałaby mu dużo mniej. Gładkie policzki, gładka skóra – ani jednej zmarszczki.

– Nikogo nie zamawiałem – burknął, gdy zajęła krzesło naprzeciwko.

Sara zmierzyła faceta wzrokiem. Najwyraźniej „Egzotyczny Raj” oferował nie tylko koktajle.

– Czego chcesz?

– Flakszyn.

– Co?

– Ef, el, u, ce, te, i, o, en – przeliterowała, rysując palcem w powietrzu. Błękitny napis „Fluction” zamigotał delikatnie między nimi.

Mężczyzna wyprostował się nieznacznie.

– Nie wiem, o czym pani mówi – rzucił, rozglądając się dookoła.

Sara machnęła ręką i napis zniknął.

– Nazwa pańskiej firmy, która zbiła fortunę na nielegalnym handlu fjuczersami emisji spalin, dwutlenku węgla, dioksyn i kilku innych, bardzo ciekawych substancji.

– Nic na ten temat nie wiem. W ogóle kto panią tu wpuścił? – Rozmówca podniósł rękę, przywołując kelnera z drugiego końca sali.

Musiała się spieszyć.

– Może media będą zainteresowane.

– Myślisz, że oskarżenia takiego byle kogo – mężczyzna zlustrował ją wzrokiem – mogą mi zaszkodzić. Nikt tego nie puści w chmurę. A co dopiero w główny strumień.

– Chmura i główny strumień to nie wszystko, prawda?

– Czego chcesz? – wysyczał.

– Spokojnie, niewiele. Pan wybaczy, panie ministrze, zapomniałam się przedstawić. Nazywam się Sara. Sara Tepes. I proszę zostać tam, gdzie pan siedzi. Rękoczyny już dawno wyszły z mody.

– Mów czego chcesz i wypierdalaj. – Mężczyzna odwołał zbliżającego się kelnera ruchem dłoni.

– Elon jest chory. Potrzebuje miejsca w klinice chorób degeneracyjnych.

Zmierzył ją wzrokiem.

– Coś jeszcze?

– Miejsca opłaconego dożywotnio. Tu, w Sandoborzu. Najlepiej do końca tygodnia. Ojciec już się nastawił na przeprowadzkę.

– Zgoda.

– Miło się z panem prowadzi interesy – rzuciła, wstając od stolika.

– Jaką mam gwarancję, że te informacje nie wyciekną?

– Żadnej. Ale, o ile wywiąże się pan z naszej umowy, nie planuję niepokoić pana w przyszłości. Żegnam i smacznego.

– Twój ojciec jest umoczony. Siedzi w tym po uszy, ma szczęście, że zachorował – zarechotał za nią mężczyzna.

Nie odwróciła się.

W łazience z trudem wygrzebała z torebki papierosa, który upadł z brzękiem na turkusowe kafle w wypukłe złote ananasy, zanim zdążyła odpalić.

– Spełni żądania. Będzie dobrze. Będzie dobrze. – Sara objęła się trzęsącymi rękoma. – Uwierzył. Załatwi miejsce. Musi.

Podniosła papierosa i zaciągnęła się łapczywie. Rzadko pozwalała sobie na taki luksus. Ręce powoli wracały do normy.

 

*

 

Dwa lata później

 

Spojrzała na skórzaną tapicerkę w kolorze czerwonego wina. Karoseria w odcieniu dzikich wiśni połyskiwała delikatnie i kusiła gładkością powierzchni. Młoda kobieta lekko wskoczyła do środka i samochód odjechał, nie wydając dźwięku.

Cóż za pretensjonalny kolor – prychnęła Sara pod nosem. Monorejl z nieprzyjemnym piskiem wjechał na przystanek. Z dziesięciu wagoników otworzyły się dwa. Spojrzała na swój numerek i westchnęła. Znowu będzie musiała poczekać na następny. Ostatnio wracała do domu coraz później. Nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła szklarnię nazywać domem.

Od czasu zamieszek wprowadzono dodatkowe środki bezpieczeństwa. Monorejle zostały podzielone na dwunastoosobowe przedziały i ani pasażera więcej. Czasami nawet się nie zatrzymywały. Rozdzielono przystanki dla wsiadających i wysiadających. Rezerwacje biletów były pozapychane na kilka tygodni wprzód. I coraz droższe. Po podwyżkach w zeszłym tygodniu Sara musiała z nich zrezygnować. Bezpłatny program bukingujący jej nie obejmował ze względu na wysokie pensje ojca. Byłe pensje, dodała w duchu.

Czasami wciąż była na niego wściekła. Na swoje nieszczęście uwierzyła, kiedy mówił, że to nie jego wina. „Dałeś się wrobić” – rzuciła mu kiedyś w twarz. Cóż, jej też dał się wykorzystać. Oboje o tym wiedzieli, tylko on, w przeciwieństwie do niej, nie miał jej tego za złe. Przynajmniej kiedy jeszcze pamiętał. A teraz stała się dla niego kimś spomiędzy światów, Leną-Sarą, dziewczynką w pasiastym kostiumie kąpielowym nad brzegiem Pilicy i tylko-czasem-córką.

Lekarz twierdził, że jest poprawa. Sara widziała co innego. Niekiedy miała wrażenie, że ojciec nie chciał wrócić do rzeczywistości. A może naprawdę nie mógł? Pokręciła głową. Takie rozważania nie miały sensu. Musiała pogodzić się z faktem, że na niektóre pytania nigdy już nie uzyska odpowiedzi.

Wyświetlacz pokazywał dwadzieścia trzy minuty do wolnego monorelja. Sara włączyła notatki – zdąży się jeszcze trochę pouczyć. Egzamin końcowy na Fema zbliżał się wielkimi krokami.

 

***

 

Piętnaście lat później

 

– Czy pani w ogóle wie, kim ja jestem?! – Twarz mężczyzny poczerwieniała.

– Oczywiście. Dlatego się pan tu znalazł.

– Chcę rozmawiać z pani przełożonym.

– To niestety nie będzie możliwe. Przynajmniej na tym etapie śledztwa.

– Pani nazwisko – wycedził.

– Protokół – wydała krótkie polecenie kobieta.

Stół między nimi wyświetlił poszarpane rzędy tekstu.

– Nazywam się Sara Tepes. W lewym górnym rogu. – Postukała palcem w blat. – Znajdzie pan tu również moje dane służbowe. Oczywiście pański pełnomocnik dostanie te informacje do wglądu.

– Gdzie do cholery jest mój prawnik?!

– Skala malwersacji, prognozowane konsekwencje oraz obawa matactwa spowodowały zamrożenie pańskich środków, jak i pasywów przedsiębiorstwa. Bezterminowo. Sprzedaż aktywów również nie wchodzi w grę. Obawiam się, że obecnie nie stać pana na prawnika. W przeciągu dwudziestu czterech godzin zostanie przydzielony panu obrońca z urzędu.

Mężczyzna wpatrywał się przez chwilę w kobietę oniemiały.

– Co mi zarzucacie?

– Ach tak, proszę wybaczyć. Zarzuty. – Kolejne polecenie i protokół przesłuchania zastąpiły równe linijki tekstu. – Proszę się na spokojnie zapoznać z treścią dokumentu. Nie musi się pan spieszyć. Gdy pan skończy, kolega do pana dołączy.

– Chcę z nim od razu porozmawiać. W ogóle chcę rozmawiać z kimś kompetentnym. Nie wiem, co pani robi całymi dniami, ale…

– Panie Grinhorn, jak już mówiłam, kolega dołączy do pana, gdy zapozna się pan z zarzutami. Zapewniam też, że mój podwładny jest znakomitym funkcjonariuszem i mam do niego pełne zaufanie. Ze mną zobaczy się pan ponownie, gdy przesłuchania wstępne dobiegną końca. A teraz żegnam. – Sara wstała, bezszelestnie odsuwając od stołu krzesło.

– Żądam rozmowy z pani przełożonym! – wrzasnął mężczyzna do zamykających się drzwi.

*

– Już pani wychodzi, pani inspektor? – spytał młody funkcjonariusz.

– Tylko na lunch. Za godzinę jestem z powrotem.

– Smacznego w takim razie.

Skinęła mężczyźnie głową.

– Obiad na mieście. Się powodzi – mruknął do siebie, gdy kobieta nie mogła go już usłyszeć.

– Inspektor Tepes zawsze wychodzi na lunch – wyjaśnił funkcjonariusz stojący nieopodal, posyłając koledze spojrzenie pełne dezaprobaty. – W klinice chorób degeneracyjnych naprzeciwko mieszka jej ojciec. Jedzą razem od kilku lat.

 

 

 

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Słowniczek:

 

Baj mi e fjuczers (z ang. buy me a futures) – Kup mi fjuczersa.

Baj mi e fjuczer – Kup mi przyszłość.

 

Futures – instrument finansowy typu transakcja pochodna. Jest to umowa zawarta pomiędzy sprzedającym (kupującym) a giełdą lub izbą rozliczeniową, w której sprzedający (kupujący) zobowiązuje się sprzedać (kupić) określony instrument bazowy za ściśle określoną cenę w ściśle określonym terminie.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Futures

 

Hikikomori, a właściwie "Shakaiteki Hikikomori" (ang. "Social Withdrawal", pl. "Wycofanie społeczne") – sytuacja, w której dana osoba prawie cały czas bez przerwy przebywa w domu, nie kontaktując się ze społeczeństwem, a trwa to przez okres dłuższy niż 6 miesięcy.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Hikikomori

 

-Chan jest zdrobniałym, familiarnym przyrostkiem. Jest to nieformalna wersja san używana do adresowania dzieci i żeńskich członków rodziny[6]. Może być również zastosowana do zwierząt, kochanków, bliskich przyjaciół i ludzi znanych od dzieciństwa. Chan jest ciągle używane jako słowo pieszczotliwe, szczególnie w przypadku dziewcząt, aż do dorosłości. Przyjęło się także, iż rodzice nazywają swoje córki chan, a synów kun, choć chan można również użyć w stosunku do chłopców. Dorośli mogą używać chan w formie pieszczoty, zwracając się do kobiet, z którymi są w bliskich stosunkach.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Japo%C5%84skie_tytu%C5%82y_grzeczno%C5%9Bciowe

 

-San – odpowiednik pan/pani

 

Carbon footprint – ślad węglowy; całkowita suma emisji gazów cieplarnianych wywołanych bezpośrednio lub pośrednio przez daną osobę, organizację, wydarzenie lub produkt[1]. Jest rodzajem śladu ekologicznego.

https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Alad_w%C4%99glowy

Koniec

Komentarze

Ciekawy świat, ale niewiele wyjaśniasz. Znaczy, rozumiem, o co chodzi, ale tak bez szczegółów – co właściwie zrobił ojciec Sary, na czym polegał przekręt, za który oberwał, co się stało w ciągu tych piętnastu lat…

Tak wbrew pozorom nie ma tu wiele fantastyki – opowiadasz o przeżyciach rozpuszczonej córeczki faceta, który z bardzo wysoka spadł bardzo nisko. Kontrakty węglowe i leczenie alzheimera stanowią tylko tło. W sumie leczony i tak nie jest, a gdyby przekręt polegał na niedopilnowaniu stada kóz należących do księcia, historia potoczyłaby się podobnie. No, ale na klika tej fantastyki wystarczy.

Miejscami brakuje przecinka albo dwóch.

– I tak i nie.

Na przykład tutaj. Jeśli wyliczasz – i to, i tamto, i jeszcze owo – oddzielasz elementy wyliczanki.

Babska logika rządzi!

Rzeczywiście, trochę brakuje wyjaśnień. 

Trudno mi uwierzyć, że Elon tak słabo zabezpieczył swoją przyszłość. Tak szybki upadek wydaje mi się mało wiarygodny, bo jednak ojciec Sary, z uwagi na stanowisko, powinien być bardziej roztropny. Wydaje mi się, że rozbudowanie dobrze zrobiłoby temu wątkowi. 

 

Marudzę, ale podobało mi się. Przemiany zachodzące w bohaterce stworzyły ciekawą linię fabularną. Mimo że o przyszłości dowiadujemy się niewiele, tło, które przedstawiłaś wystarczyło, by świat zaintrygował.

Ode mnie też klik. :)

O właśnie, tacy cwaniacy zazwyczaj pamiętają, żeby przepisać majątek na matkę, żonę albo kochankę. A ten melepeta, nie dosyć, że tego nie zrobił, to jeszcze córce nic nie powiedział. A przecież powinien wiedzieć, że poważnie grozi mu alzheimer. I piękna linia obrony jakby co…

Babska logika rządzi!

Finklo,

dzięki za odwiedziny i klik. Tło jest dla mnie ważne, ale interesują mnie przede wszystkim ludzie. Jeśli uważasz, że tekst równie dobrze mógłby być o nieupilnowaniu stada kóz… – Twoje czytelnicze prawo ;-) Co do użycia choroby jako linii obrony – mnie się wydaje, że to raczej idealna broń w rękach oskarżyciela. Można Elonowi przypisać winę za rzeczy, których nie zrobił i stwierdzić, że facet ma dziury w pamięci. No i przestając się leczyć zachował się nieodpowiedzialnie.

 

O właśnie, tacy cwaniacy zazwyczaj pamiętają, żeby przepisać majątek na matkę, żonę albo kochankę.

 

Może i pamiętają, ale są też zazwyczaj bardzo pewni siebie ;-)

 

Rosso,

fajnie, że tekst mimo mankamentów się spodobał. Szybki i “skuteczny” upadek Elona był przede wszystkim wynikiem tego, że w sprawę były zamieszane grubsze od niego ryby (jego szef), czyjaś głowa musiała polecieć, a Elon był idealnym kozłem ofiarnym.

Dzięki za klik :-)

 

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

Można Elonowi przypisać winę za rzeczy, których nie zrobił i stwierdzić, że facet ma dziury w pamięci.

Niby tak, ale nie obowiązuje już domniemanie niewinności? Nie trzeba mu wszystkiego udowodnić? Chociaż to śledztwo ciągnie się jakoś bez wyników.

Babska logika rządzi!

To że śledztwo się ciągnie to jedno. Druga sprawa to to, że w aferę zamieszane są ryby dużo grubsze od Elona, a że dodatkowo chodzi o ogromną kasę, to myślę, że i o “dowody” nieco łatwiej ;-) Poza tym Elon się nadawał jeszcze z tego względu, że był wystarczająco grubą rybą, żeby zaspokoić zew krwi opinii publicznej i poczucie sprawiedliwości (pokazanie, że ludzie u władzy nie są bezkarni, nawet jeśli są :P).

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

A dla mnie to wszystko zbyt łatwo idzie. Pstryk – miejsce dla ojca sponsorowane przez ministra, pstryk – coraz lepsza praca, dająca możliwość ukarania winnego. Jakoś nie mogłam się wczuć w sytuację bohaterki, to jej umęczenie.

Ale czytało mi się dobrze :)

Anet,

dzięki za wizytę i komentarz :-)

 

pstryk – coraz lepsza praca, dająca możliwość ukarania winnego.

W tekście nie ma nic o ukaraniu winnych (tak jak i nie ma jednoznacznej informacji, czy Elon był zamieszany, czy został wrobiony). Jeśli chodziło Ci o scenę po piętnastu latach, to miała pokazać, że dziewczyna została inspektorem tropiącym przestępstwa, o które lata wcześniej oskarżono jej ojca, ale sprawy Elona nic nie łączy z kłopotami pana Grinhorna ;-).

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

Czytałam ze sporym zainteresowaniem, przekonana, że w końcu odkryjesz wszystkie karty, ale doczytawszy do końca doznałam pewnego rozczarowania. Nie wiem czy Elon faktycznie uczestniczył w czymś, przez co wszystko stracił i musiał podać się do dymisji, czy był tylko się kozłem ofiarnym… Co działo się z Sarą przez ostatnie siedemnaście lat, że z dobrze zapowiadającej się doradczyni biznsowej stała się policjantką od afer gospodarczych… Czy to jej zemsta?

Nie do końca też chce mi się wierzyć, że szesnastoletnia dziewczyna, rozpuszczona egoistka, nagle sama i bez niczyjej pomocy zmienia się tak diametralnie, że praktycznie bierze na siebie wszystkie obowiązki, utrzymuje siebie i ojca, i opiekuje się nim z taki oddaniem.

Poza tym, że rzecz dzieje się w przyszłości, fantastyki tu tyle, co kot napłakał. Mimo wszystko czytało się całkiem dobrze, bo opowiadanie jest napisane bardzo porządnie. ;)

 

Przy­pi­sał mi ja­kieś ta­blet­ki. –> Literówka.

 

Oj­ciec o ni­czym jej nie in­for­mo­wał, po­li­cja nie udzie­la­ła żad­nych in­for­ma­cji… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

męż­czy­zna zlu­stro­wał ja wzro­kiem… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czy to jej zemsta?

Raczej nie ;-) Choć dziewczyna na pewno czuje satysfakcję ze ścigania malwersantów >:P

 

Nie do końca też chce mi się wierzyć, że szesnastoletnia dziewczyna, rozpuszczona egoistka, nagle sama i bez niczyjej pomocy zmienia się tak diametralnie, że praktycznie bierze na siebie wszystkie obowiązki, utrzymuje siebie i ojca, i opiekuje się nim z taki oddaniem.

Sara została postawiona przed “życiową katastrofą” i mogła albo stawić temu czoło, albo utonąć. Wydaje mi się, że jeśli ludzie są postawieni w sytuacji bez wyjścia, to albo się załamują, albo wręcz odwrotnie, zaczynają działać nad wyraz efektywnie. Ale może to tylko moje wrażenie ;-)

Co do obowiązków i utrzymania – gdyby nie pomoc przyjaciółek i sąsiada myślę, że Sara raczej by sobie nie poradziła. Jeśli chodzi o opiekę, to była egoistką, ale kochała ojca. I też trochę nie miała wyboru, była zmuszona siedzieć non stop z nim w szklarni, bo zwyczajnie nie było jej stać na dotychczasowe rozrywki i wyjścia na miasto.

A teraz osobista dygresja. Z reguły w moich tekstach bohaterom przytrafiają się same złe rzeczy i doszłam do wniosku, że tym razem będzie optymistyczniej :D Choć jak widać średnio wyszło…

 

Dzięki Reg za wizytę i klik, cieszę się, że chociaż częściowo lektura była satysfakcjonująca :D

 

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

Dogsdumpling, ależ mimo owego rozczarowania opowiadanie czytało się całkiem dobrze. Szkoda tylko, że niektóre wątki zostały opisane, że się tak wyrażę, jedynie z grubsza. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nigdy nie wiem, gdzie postawić granicę między tym, co wiem ja, a tym, co powiedzieć czytelnikowi. Choć cały czas mi się wydaje, że ją przesuwam we właściwym kierunku… Ale cieszę się, że czytało się przywoicie :-)

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

Jestem przekonana, że już niebawem rzeczona granica znajdzie właściwe sobie miejsce. Może już w kolejnym opowiadaniu… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, mam nadzieję, że masz rację :D

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ech… Przyznaję, że wolę Cię chwalić niż ganić, Pierożku, tym razem jednak nie mogę tego uczynić, bo opowiadanie niezbyt mi się podobało. A raczej – w ogóle mi się nie podobało.

Przede wszystkim, nie kupuję troski Sary. Po pierwszych scenach miałem przed oczami rozpuszczoną dziewuchę, która obraża się na ojca, gdy źródełko kasiory wyschło, a później nagle zmieniła się w troskliwą córeczkę. Miałem uczucie jakiegoś fałszu i immersja srogo na tym ucierpiała.

Druga kwestia – prawdziwy cel tego opowiadania. Nie potrafiłem go tak do końca sprecyzować. Z jednej strony tytuł sugeruje te “fjuczersy” i wątek ekonomiczny, z drugiej mamy treść, w której dominuje wątek choroby ojca. Kwestia przekrętu nie została wyjaśniona, opisałaś natomiast dalsze losy Sary i zakończyłaś czymś niezbyt konkretnym. Kwestia przyszłości dziewczyny wydaje mi się czymś oderwanym od wątku głównego, a choroba ojca sobie jest, tak jak była i na początku. Może bardziej zaawansowana.

A zatem – nie jestem pewien, o czym chciałaś opowiedzieć.

Konstrukcyjnie przeszkadzał mi przesyt dialogowy – przydałoby się więcej tła na moje oko.

Fantastyki nie ma, ale Count na to akurat narzekać nie będzie. Jakoś nigdy nie patrzyłem na ten aspekt, jako na coś obligatoryjnego.

Tytuł, ekhm… okropny ;P Nie dość, że po angielsku, to jeszcze zapis fonetyczny, bleh :/ Podobnie aj-di… Po co tak?

No i imię Elon… Kojarzy mi się tylko z Muskiem i było mi smutno czytać, że ma Alzheimera ;(

 

Na plus zdecydowanie lekkość, z jaką czytało się ten tekst. Prędzej uwierzyłbym, że ma 4 tysi, a nie 40. Podobała mi się również kreacja psiapsiółki Renki. Trochę ją sobie dowyobrażałem, ale stanowiła udany kontrast dla przygniecionej problemami Sary.

 

Tyle ode mnie. Jakoś wybitnie nie dla mnie to opowiadanie, ale skoro innym się podoba, to widać kwestia bardzo subiektywna ;)

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Całkiem spoko, czytało się szybko i lekko. Historia wciągająca, choć czegoś brakowało. Trochę miałem wrażenie, jakby wątki nie do końca były ze sobą spójne. Podobnie jak zauważył Count, nie jestem pewien o czym chciałaś opowiedzieć. Pojawiają się różne kwestie, które następnie przemijają, nie wiążąc się ze sobą w sposób istotny dla fabuły.

Natomiast nie miałem problemu z uwierzeniem w nagłą przemianę bohaterki. Wydaje mi się, że w obliczu takiego kryzysu można szybko dorosnąć.

Enyłej (że tak pozostanę w konwencji ;)) na klika zasługuje.

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Witaj, Hrabio :-)

 

Hmmm… przeczytałeś ponad 40 tys. znaków tekstu, który Ci się w ogóle nie podobał… To zakrawa na masochizm ~^^~

Co do przemiany Sary, Reg wysuwała podobne zarzuty. Może rzeczywiście zabrakło czegoś pomiędzy. Cel opowiadanie oczywiście ma, ale jeśli nie jest to czytelne, to niech tak zostanie ;-) Powiem tyle, że jest to tekst przede wszystkim obyczajowy.

Tytuł – zauważyłam, że mamy w tej kwestii skrajnie odmienne preferencje. Imię bohatera wybrałam z pełną świadomością.

Dialogi… cóż, od jakiegoś czasu jestem w fazie bardzo dialogowej mojego rozwoju pisarskiego. Nie wiem, kiedy mi przejdzie :P

Renka – też ją lubię.

 

El Lobo Muymalo,

dzięki za wizytę i klik :-) Myślę, że chyba rzeczywiście trochę zabrakło bardziej rozbudowanego tła. Ale dobrze, że lektura była lekka i przyjemna.

Wydaje mi się, że w obliczu takiego kryzysu można szybko dorosnąć.

Dokładnie :-D

 

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

Przeczytane.

Tylko nie "Tęcza"!

Dzięki, Tenszo, za wizytę i jak rozumiem doklikanie do biblio :-)

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

Kilknąwszy, zaiste.

Tylko nie "Tęcza"!

Chciałam napisać, że świetna fotka, ale widzę, że zdążyła już zniknąć ;-)

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

A stwierdziłam, że jednak portal fantastyki, to co ja będę świecić swoją prawdziwą twarzą ;]

Tylko nie "Tęcza"!

Przeczytałem.

Czyta się gładko, jednak gdzieś po trzeciej albo czwartej gwiazdce odpuściłem, bo tekst mnie nie wciągnął (bohaterka chyba nie w moim typie). Tytuł za to przyciągnął i mniejsza o to, że podoba mi się średnio ;)

Jak podejrzewam, zdajesz sobie sprawę, że takie spolszczanie pisowni na wyrost jest nieco pretensjonalne, i świadomie bawisz się w ten sposób. Nawiasem – sądzę, że gdyby kontrakty futures weszły do polskich słowników w bardziej swojskiej formie, to raczej nie jako “fjuczers”, tylko “fiuczers”.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dzięki, Darconie, za wizytę :-)

 

Jerohu,

fajnie, że tytuł przyciągnął. Masz rację – popełniłam go z premedytacją :-). Co do bohaterki – na początku jest irytująca, żeby później mogła przestać taka być ;-). Wersja słownikowa… hmm… futures to przede wszystkim instrument giełdowy, gdzie większość transakcji ma miejsce na światowych rynkach (na Europę taką giełdą jest IFEU w Londynie – Ice Futures Europe) i myślę, że jeszcze długo nie będzie zapotrzebowania na spolszczenie tego słowa. Choć rzeczywiście fiuczers przez “i” wygląda nieco mniej pretensjonalnie niż przez “j” ;D

"Remember your name. Do not lose hope--what you seek will be found. (...) Trust dreams. Trust your heart, and trust your story". Neil Gaiman

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Świetne :)

Nowa Fantastyka