- Opowiadanie: wonsz - Migotanie pod drzewem

Migotanie pod drzewem

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Migotanie pod drzewem

Ostatnim wartym uwagi wydarzeniem w Nowej Wsi była impreza karnawałowa na początku tego roku. Sołtysa jeszcze przed północą znaleziono śpiącego na zapleczu kuchni miejscowego domu kultury, przykrytego pokrywą od beczki kiszonej kapusty, w improwizowanych butach z połówek dużego bakłażana i schabowym w ustach. Wikary tamtejszej parafii, zastępujący na zabawie chorego na grypę proboszcza, niczym król na swoim dworze siedział u szczytu stołu otoczony przez parafian i popijając wódkę, podjadając węgorza oraz czerwieniąc się coraz bardziej, opowiadał różne historie sprzed paru lat, gdy był kapelanem podczas misji pokojowej na terenie byłej Jugosławii. Staszek Marcinek nakrył swoją żonę w krzaku jałowca migdalącą się z organistą, a że był łagodny z natury, lecz wielki jak dąb, to zamiast zbić, poszedł postawić do góry kołami malucha owego grajka. Nie był jednak pewien, który to był pojazd, więc powywracał wszystkie pod salą wiejską.

Dzisiejszy dzień mieszkańcy zapamiętają równie dobrze, lecz nikt nie będzie go wspominać z uśmiechem na ustach. Jakoś po południu rolnicy wybudzali się z krótkich, poobiednich drzemek i szykowali się na powrót do pracy. Halina Bożko kopnęła swojego starego w kostkę, aby ten wstał i poszła wieszać pranie na sznurku przed domem. Wybudzony mąż mruknął coś niezrozumiale i zaraz znowu chrapał. Obudził go krzyk żony, która głosem absolutnie nie znoszącym sprzeciwu kazała mu wziąć plandekę od żuka i iść na drogę, natychmiast! Następnie chwyciła za słuchawkę telefonu i wykręciła jakiś numer. Nie wiedział jaki. Wyskoczył z domu jak poparzony. Rozmowa z żoną w takim humorze była jak siłowanie się z ciągnikiem, więc posłusznie poszedł boso do garażu po brezent zastanawiając się, co mogło ją tak wzburzyć. Wyszedł przez otwartą bramę na drogę. Po drugiej stronie leżały jakieś śmieci wokół których latały muchy. Ciuchy z żelastwem? Spadło ze śmieciarki? Mężczyzna się zbliżył. Zbladł. Narzucił na kłębowisko plandekę i odbiegł kawałek zwymiotować w pokrzywy.

***

Od jeziora wiało rybą, z gospodarstwa państwa Bożko obornikiem, ze zbiegowiska mieszkańców Nowej Wsi zajeżdżało potem, piwem i papierosami bez filtra. Dwaj policjanci obchodzili krzaki w pobliżu miejsca wypadku, zaś przy ciele stał żuk Ochotniczej Straży Pożarnej, która przyjeżdżała nawet, jak nie była potrzebna. Strażacy dla ukojenia nerwów co jakiś czas znikali w rozgrzanej od słońca kabinie i uzupełniali płyny. Wychodzili z samochodu coraz to bardziej czerwoni i coraz mocniej podpierali wóz pożarniczy, aby ten się przypadkiem nie przewrócił. Tylko kierowca siedział w środku i ćmił mocne niezadowolony, że jemu to dzisiaj przypadł dyżur za kółkiem. Miejscowi stali parę metrów obok wymieniając plotki, a przy bramie do podwórza kolejnych dwóch policmajstrów prowadziło rozmowę.

– A to kto? – Mariusz wskazał długowłosego blondyna z lekko wybałuszonymi oczami – Jakiś lokalny wariat?

– Bobas. Miejscowy artysta – odpowiedział Marek. – Pija terpentynę, wącha klej, wali konia w lesie jak zobaczy prawdziwka. A jak jest festyn we wsi wójt akurat wtedy daje mu misję na pomalowanie jakiegoś muru na drugim końcu wioski. Zajmuje mu to dwa dni, farby więcej wyleje na siebie niż ścianę, ale nie szwenda się pod nogami i przyjezdnych nie straszy. Raczej nie będziesz miał z nim problemów, tupniesz nogą i ucieka.

Biały kiedyś go poznał. Artysta wtedy był mocno naćpany, coś mówił do niego o transcendencji, manifestacji duszy, znaczeniu objawienia oraz że człowiek z natury jest dobry, ale mało wie. Biały szybko czmychnął gdy Bobas szukał papierosów w spodniach. Od tamtej pory go unikał. W mieście gdzie dorastał też miał takiego asa. Pająk go wołali. Za trzy papierosy wsadzał sobie kukurydzę w dupę. Całą kolbę. Pewnego dnia znaleziono go martwego przy samym wejściu do domu. Sąsiadka opowiadała, że wyszedł na zewnątrz, przez płot krzyknął „dzień dobry”, usiadł na ganku i… No i już nie wstał. Biały nie wiedział, czy wyleciał z niego popcorn.

– Kogo już rozpytaliście? – Marek ruszył w kierunku gapiów. Mariusz szedł obok niego i zdawał raport, a Biały kręcił się na lewo i prawo szukając nie wiadomo czego.

– Załatwieni Halina i Tadeusz Bożko – oni zgłosili zdarzenie. Wacław Pietraszek znalazł pozostałą dwójkę. Krowy prowadził na pastwisko niedaleko jeziora i zobaczył z drogi, że rowery przy płocie stoją. Jak zobaczył ciała poleciał do wsi. Pani Bożko widziała też jak rano młodzi jechali w kierunku Bobrów. Czterech ich było. Czwarty to Karol Pyzdra, lat dwanaście, nie wiemy gdzie jest. Wszyscy rodzice są na posterunku. Komendant dzwonił, że psychologa osobiście ściągnie.

Biały znów kiwnął głową z aprobatą. Mundurowi nie olali tematu.

– Młodego traktujemy jako zaginionego. Za pół godziny przyjadą ludzie z Dąbrowej i Bobrów, reszta naszej OSP już się zbiera. Przeczeszemy okolice i go znajdziemy. Zaraz mają też być technicy. Raczej długo nie posiedzą. Ty zostań tutaj i z ludźmi jeszcze pogadaj. Ja jadę na posterunek – po tych słowach Marek wsiadł do radiowozu i przy pieśni paska klinowego pokulał się polonezem w kierunku centrum wioski.

Mariusz zgodnie z zaleceniami zaczął kręcić się wśród gapiów nadstawiając ucha. Biały podążał tuż za nim. Zdawał sobie sprawę z tego, że młody niczego się nie dowie. Mieszkańcy wsi nie mieli nic wspólnego ze śmiercią pozostałej dwójki. Ludzie zbiegli się zaciekawieni, bo widok był niecodzienny. Więcej niż pięć osób w jednym miejscu, obok nich policyjny polonez z żukiem Straży Pożarnej oznaczało nie lada wydarzenie. Mógł to być festyn o którym nie wiedzieli albo stary Franczak znowu wjechał komuś motorem w płot, a strażacy wyciągali go z malin. Zielenieli dopiero na miejscu. Na drodze rozłożony był brezent. Przykrywał Kamilka wprasowanego w żużel wraz ze swoim rowerem z tegorocznej komunii.

Z zieleni przechodzili w biel gdy okazało się, że kilometr dalej, przy opuszczonym domu obok drogi na Bobry znaleziono jeszcze dwa ciała. Tyle razy co dzisiaj, miejscowi nie przeżegnali się chyba nigdy. Wieczorem zaś spożyją tyle wódki ile nie piją zwykle przez miesiąc.

***

Wieśka Maliniaka mundurowi wyciągnęli za fraki z wyra. Wciąż pijany nie kontaktował co się dzieje. Dmuchnął trzy i pół promila, więc gdy przejechał dzieciaka kombajnem musiał być konkretnie nawalony. Kilku świadków widziało go rano na polu ze sprzętem, a drugi taki pojazd we wsi był akurat w ten dzień zepsuty. Poza tym przy oględzinach policja znalazła czapkę z daszkiem zaczepioną o heder i dwa zęby wbite w oponę. Prokurator telefonicznie przekazał instrukcję, aby wywieźć Malinę do komendy rejonowej. Obawiał się, że w miejscowym posterunku ktoś mógłby mu popełnić samobójstwo.

Śmierć małego Kamilka nie była żadną zagadką. Fakt, że Maliniak w końcu kogoś zabije też był do przewidzenia. Wszyscy byli świadomi jego pijackiego problemu. Jak na wsi widziało się czerwonego Bizona bez kabiny należało uciekać z drogi. Młody pewnie tego nie wiedział. Jechał po prawej stronie żużlowej drogi, przy samej krawędzi. Jak miał się mijać z kombajnem stary chlor szarpnął kierownicą. Być może przez sen, może odganiał zmory w alkoholowym zwidzie. Maszyna gwałtownie skręciła, zahaczyła hederem głowę chłopca, ten się wywrócił i wpadł pod spód. Wielkie koło wcisnęło go wraz z rowerkiem w drogę gruntową. Ciche, społeczne przyzwolenie na prowadzenie po wódzie doprowadziło do dramatu. Musiała wydarzyć się tragedia, aby do ludzi dotarło, że może jednak nie warto prowadzić czegokolwiek pod wpływem. W grobie zaś spocznie ciało, które bardziej teraz przypomina urobioną plastelinę, z wduszoną w środek ramą rowerową, podsypaną żużlowymi kamyczkami. Nic dziwnego, że prokurator kazał wywieźć Wieśka precz. Uważał, że w każdej wsi mieszka taki idiota i chętnie pozamykałby ich wszystkich prewencyjnie.

***

– Malina zabrany. Młodego Pyzdry nikt nie widział, do domu nie wrócił. Nasza OSP idzie wzdłuż zachodniego brzegu jeziora, po drugiej stronie szuka sołtys z paroma ludźmi od siebie. Wędkarze na dwóch łódkach sprawdzają trzciny. Radio mają tylko strażacy, więc kontakt idzie przez nich. Nasz posterunek obstawia teren od jeziora, w kierunku Nowej Wsi, potem odcinek leśny oraz te dwa pola przed nami. Na wprost sprawdzacie do słupków działkowych, a jak nie widzicie, to do drogi idącej w poprzek trochę za pierwszym kilometrem. Lecicie w prawo aż do domu gdzie znaleziono tamtą dwójkę. Komisariaty z Dąbrowej i Bobrów sprawdzają tereny na zachód od domu i w kierunku na Bobry. Odstępy od siebie do piętnastu metrów w polu, do dziesięciu w lesie i wysokiej trawie. Jeśli nic nie znajdziecie w sektorze, raport przez radio, potem przechodzicie na kolejny kwadrat na północ od domu. W razie pytań – radio. Psa nie będzie. Chory po parówkach.

Marek po wydaniu rozkazów poszedł w kierunku domu. Technicy na miejscu kończyli robić swoje i powoli chowali sprzęt do służbowego cinquecento. Biały podążał za nim. Ciekaw był jakie wnioski policjant wyciągnie po rozmowie ze specjalistami. Gotów był udzielić jakiejś wskazówki, ale sprawa nie była skomplikowana, więc nie spodziewał się, aby Marek natrafił na trudności. Poza tym i tak by go nie posłuchał.

Domek wyglądał jak reszta we wsi. Wysoki parter, piętro na poddaszu, stare, drewniane drzwi. Ale tutaj dachówki zaszły już mchem, ze ścian odpadał tynk, a w wybitych oknach hulał wiatr. Kawałek dalej stał ceglany budynek gospodarczy w którym zależnie od zapotrzebowania można było trzymać krowy lub wartburga. Całe podwórko zarośnięte perzem i różnym tałatajstwem nawianym Bóg wie skąd. Ewidentnie dawno tu nie było gospodarza. Wśród miejscowych krążyła plotka, że na miejscu straszy. Nocą ponoć widać zjawę chadzającą po obejściu, za dnia zaś, z drogi, czasem można ujrzeć postać wewnątrz domu zerkającą na zewnątrz przez rozbite szyby. Oczywiście wszyscy publicznie śmiali się z tych bredni. Jednak za każdym razem gdy ktoś przejeżdżał obok posesji obracał głowę w tamtym kierunku. Czasem wydawało się, że coś zobaczył, być może kota, srokę, szamoczące się jaskółki w chacie. Mimo racjonalizacji tych anomalii, szukania wyjaśnień, zwalania na słaby wzrok i refleksy słońca nikt nie był na tyle odważny aby wejść na teren i sprawdzić. Każdemu jeżyły się włosy na całym ciele, a jedyną rozsądną reakcją stawała się ucieczka. But w podłogę, trampek w pedał, odkręcona manetka, pogubione sandały. Bardziej bogobojni z „Ojcze nasz” na ustach, mniej zaprzyjaźnieni z kościołem – z kasetą Disco Relaxu w odtwarzaczu.

Po wsi krążyła jeszcze plotka jakoby Bobas kiedyś rozmawiał ze zjawą. Opowiadał, że wszedł do domu, a zjawa zaparzyła mu widmową herbatę. Nie chciał być niegrzeczny więc wypił. Dobra była, trochę jak earl grey, ale mocno zaciągała kurzem. Artysta chciał porozmawiać z duchem o filozofii renesansu i baroku w malarstwie, ale gdy tylko zaczął cytować Erazma z Rotterdamu zjawa zniknęła. Chadzał tam jeszcze parę razy w nadziei na ponowne spotkanie, lecz niczego już nie ujrzał. Jasne, że nikt we wsi mu nie wierzył. Przecież Bobas rozmawiał z kotami o napędzie jonowym w radzieckich rakietach, a z grzybami potrafił nawijać o uprawie winogron na południu Francji. Szczególnie upodobał sobie prawdziwki do których czasem przychodził z kwiatami.

Niektórzy miejscowi, szczególnie zainteresowani tematem ezoteryki i rodzącej się w Polsce agroturystyki uważali, że to duch samobójcy. Na posesji kilka lat wstecz znaleziono wisielca. Nieznany nikomu mężczyzna bez dokumentów dokonał swego żywota przy pomocy splotu sznura od snopowiązałki, butelki wódki i drzewa owocowego. Zaś jeszcze z dwa lata wcześniej mieszkała tam nauczycielka ze szkoły w Bobrach, ale pewnego dnia po prostu zniknęła.

Na środku tego całego bałaganu otoczonego chwiejącym się, drewnianym płotem, gdzieś z dziesięć metrów od ganku domu stała duża czereśnia. Tak, wisielcza czereśnia. Pod nią wśród gnijących owoców, much i bardzo zadowolonych z towarzystwa os leżał dziś na plecach jeden z chłopców. Natomiast w połowie drogi między drzewem a wyłamaną furtką, w trawie spoczywał twarzą do ziemi drugi. Marek podszedł do technika skrobiącego patykiem w podeszwie od buta. Drugi z papierosem w ustach przestawiał jakieś klamoty w bagażniku cinquecento. Biały zaczął kręcić się wokół samochodu podziwiając hit współczesnej motoryzacji.

– I co? Koniec już? Zawijacie się?

– No koniec. Nie było za wiele roboty. Parę zdjęć, kamień i tyle. Tylko w jakieś gówno wlazłem, a weź to potem wydłub z trepa – mężczyzna uparcie wiercił w podeszwie aż złamał mu się patyk. Nieszczęśliwie ślizgnęła mu się dłoń i teraz bałagan miał na palcach oraz nogawce – Ja pierd… – syknął pod nosem – Gość z domu pogrzebowego zaraz po zwłoki ma przyjechać. Prokurator zajęty jest tym od kombajnu więc nie wpadnie na oględziny.

– O kamieniu coś mówiłeś.

– Tak, ten drugi kamieniem dostał. W skroń, tutaj – policjant przyłożył sobie palec do głowy, lecz za późno się zorientował, że ten nieczysty. Sapnął niezadowolony.

– Zabity. Od uderzenia?

– Tak. Znaczy patolog się pod tym musi podpisać, ale myślę, że tak. Pękło w środku coś, pewnie jakiś wylew dostał, zakrzep się zrobił, cokolwiek i koniec. Ponoć u dzieci czaszka nie jest jeszcze taka twarda i łatwo ją uszkodzić.

– A ten pod drzewem?

– Zleciał i kark skręcił – odparł drugi z techników, który przerwał reorganizację przestrzeni bagażnikowej w samochodzie – Zerwanie rdzenia. Popatrz na szyję jak wygięta. Młody ma jeszcze skręconą kostkę, a wyżej na łydce zadrapania od kory. Wlazł na czereśnię, może się poślizgnął, może próbował zeskoczyć, ale stopa zahaczyła o gałąź. Poleciał w dół, nogą szarpnęło, wykręciło, głową spadł na korzeń. Wypadek.

– Jeden wpadł pod kombajn, drugi zleciał z drzewa, trzeci dostał kamieniem. Czwarty zniknął. Uciekł? Ktoś go porwał?

– Na posesji go nie ma. Zresztą sami sprawdzaliście. Rower zostawił, bo trzy stąd wyjechały na komisariat. Wydłubałeś już to gówno? Nie? To ściągaj paput i wiąż go do kraty na dachu, może wywietrzeje – po tych słowach technik-palacz pożegnał się z Markiem i zapakował się do fiata. Technik-skrobacz przywiązał sznurowadłami but do mocowania koguta, po czym usiadł na fotelu pasażera. Samochód odpalił, lecz jak już miał ruszać, otworzyło się okno od strony kierowcy.

– Jeszcze jedno. Ten młody co kamieniem dostał powinien mieć zegarek. Ramię opalone a przed nadgarstkiem jakby białą farbą malowany. Może w domu zostawił, a może nie. Tu nie znaleźliśmy, cześć! – Auto ruszyło i po chwili pędziło już drogą w kierunku Bobrów, znacząc za sobą powietrze chmarą kurzu oraz lekkim zapachem buta z kupą. Po kilku minutach pod furtkę podjechał samochód zakładu pogrzebowego. Marek oparł się o płot i przyglądał się jak zabierane są ciała. Biały stanął obok niego.

– Znajdziesz Karolka to wszystkiego się dowiesz. Uciekł. Spanikował i uciekł.

Policjant go nie słyszał. Mruknął tylko do siebie coś o chłopcu z zegarkiem, po czym poszedł do poloneza.

***

Trochę przed zachodem słońca zguba się znalazła. Dwa kilometry z kawałkiem od miejsca gdzie odkryto ciała. Młody fiknął barana na górce i zsunął się ze skarpy w lesie prosto w zagajnik jeżynowo-akacjowy. Przesiedział tam cały dzień. Wołał o pomoc lecz szybko ochrypł i próbował sam się wdrapać z powrotem. Nadaremnie. Skarpa była zbyt stroma. Za każdym podejściem osuwało się więcej piachu, a Karolek razem z nim głębiej wjeżdżał w jeżyny. Przez krzaki też nie dało rady się przebić, bo były tak gęste, że każda próba kończyła się głębokimi zadrapaniami i pozaczepianym ubraniem. Siedział tak mając nadzieję, że ktoś go znajdzie. Oprócz piekących ran dokuczały mu komary, pluskwy, w zasadzie cała gama małych, leśnych zwierzątek lubiących krew. Plus był taki, że mógł podjadać jeżyny. Znalazł go strażak, który oddalił się nieco od grupy za większą potrzebą. Również został zaskoczony przez przebiegłą skarpę i zjechał gołym tyłkiem prosto w kolce akacji nabierając po drodze piachu w podwozie. Jego jęki i krzyki zaalarmowały resztę zespołu. Pół godziny później chłopiec wraz z bohaterskim strażakiem uwolnieni zostali z zagajnika wszelkiego zła. Wkrótce po ekipę podjechał żuk, a przez radio został nadany komunikat o zakończeniu poszukiwań.

***

Biały stał pod czereśnią. Patrzył na grubą gałąź jakby było w niej coś wyjątkowo interesującego. I było. Kora niemal w całości obrosła niegdyś jasny, polipropylenowy sznurek. Wszystko co zostało po wisielcu. Samobójca podobno miał podrapaną szyję. Znaczyłoby to, że próbował się uwolnić, wsadzić jeszcze palce pod pętlę, ale cienki sznurek mocno wbił się w ciało gniotąc krtań i miażdżąc naczynia krwionośne. Do rana bujał się na wietrze. Zauważył go kierowca rozwożący gazety po kioskach okolicznych wiosek. Kim był wisielec? Nikt nie wiedział. Nikt, nawet Biały. Nikt też z początku nie wiedział, co stało się z chłopcami. Trzech młodocianych zginęło tragicznie, w dziwnych okolicznościach.

Nikt nie wiedział, oprócz Białego.

A wiedział, bo to widział.

Czwórka małolatów podjechała rowerami pod opuszczony dom trochę przed południem. Zostawili rowery przy płocie obok dzikiego bzu. Kręcili się po obejściu, jedli czereśnie, odganiali od os. Wchodzili wybitym oknem do domu, po chwili z krzykiem z niego uciekając. Kilkukrotnie. Za każdym razem któremuś z nich wydawało się, że coś widział, coś się ruszało, tam za piecem, tam za drzwiami, tam na strychu! Potem przeszli do analizy zabezpieczeń budynku gospodarczego. Gdy okazało się, że żadnych nie ma, przystąpili do penetracji. Zbadawszy cały budynek wyszli rozczarowani, ponieważ oprócz kolonii pająków, jaskółek i nietoperzy nie było w nim nic ciekawego. Takie rzeczy mieli na swoich podwórkach na co dzień. Temu wszystkiemu przyglądał się Biały, który siedział w małym okienku strychu w gospodarczym, przez który wrzuca się snopki słomy. Machał nogami, gwizdał pod nosem, był w całkiem dobrym humorze. Dawno nie miał towarzystwa.

W pewnym momencie Tomek zaczął chwalić się zegarkiem, który kupił mu ojciec. Pokazywał Kamilowi i Karolowi jak włączyć podświetlenie, stoper, a nawet budzik. Przemek miał to w dupie. Siedział na drzewie, jadł czereśnie i straszył szpaki. Co go obchodziło jakieś coś na rękę. I tak nie umiał przeczytać która jest godzina. Pozostali za to byli pod wrażeniem. Szczególnie Karol, który chciał go przymierzyć. Tomek nie chciał się zgodzić. Po kilku minutach jęczenia powiedział nawet, że Karol śmierdzi, jest brudny, a stary mu po pijaku matkę bije. Pyzdra zgodnie z najlepszymi tradycjami zaściankowej, polskiej wsi przyłożył z zaskoczenia Tomkowi w głowę. Kamieniem, bo siekiery nie było pod ręką. Chłopiec padł nieprzytomny.

Biały wrzasnął. Złapał się za głowę. Zeskoczył z okienka i podbiegł do leżącego. Chciał coś zrobić, sprawdzić puls, rozpocząć reanimację, cokolwiek. Ciało jednak go nie słuchało, nie był w stanie dotknąć młodego. Krzyczał więc z całych sił do reszty, aby mu pomogli. Próbował po kolei tłumaczyć co mają zrobić! Przechodził szkolenia, wiedział jak się zachować! Ale nikt go nie słyszał.

Kamilek posikał się ze strachu. Stał tak chwilę sparaliżowany. Mocz przeszedł przez spodenki, płynął po łydkach, znaczył skarpety i trampki. Przemek zamarł na drzewie nie wierząc swoim oczom. Karol pochylił się nad ciałem. Ściągnął Tomkowy zegarek, założył go i uradowany zwrócił się do pozostałej dwójki „Fajny, nie?”. Dopiero wtedy Kamila puściły paraliżujące kleszcze i popędził w kierunku rowerów. Przemek chciał zrobić to samo. Skoczył z drzewa, ale noga niefortunnie zahaczyła o gałąź. Coś trzasnęło w kostce, konar puścił, młody poleciał głową na korzeń. Nie zdążył wystawić rąk. Karol stał w tym samym miejscu. Patrzył na zmianę na zegarek, na Tomka, na Przemka leżącego już na ziemi z przetrąconym karkiem oraz za umykającym rowerem Kamilem. Po chwili dotarło do niego co się stało i rzucił się w panice biegiem przez pole, nie myśląc gdzie nogi go poniosą.

Biały dogonił Kamila zaraz przed wypadkiem. Chciał się upewnić, że chociaż on dotrze cały do domu i wezwie pomoc. Chłopcy mogli jeszcze żyć, może dałoby się ich uratować. Mały widział, że jedzie kombajn, ale wciąż będąc w szoku, nie zauważył jakim slalomem ten się porusza. I stało się. Biały usiadł wtedy na kamieniu przy drodze w chmurze kurzu zostawionej przez pojazd. Poczekał na policję. Próbował tłumaczyć, ale jego słowa trafiały w nich jak grochem o ścianę. Kręcił się za Markiem w nadziei, że ten poukłada sobie te niezbyt skomplikowane puzzle.

No i się udało. Odnaleziony Karolek zaczął najpierw kręcić, że kamieniem rzucił Przemek i spadł z drzewa. Następnie zmienił zdanie i twierdził, iż Kamilek trzepnął w głowę o wiele wyższego Tomka. Pół dnia spędzone w kolczastym rowie z komarami podziałało na wyobraźnię. Jednak w jego kieszeni mundurowi znaleźli ściągnięty z ciała zegarek. Dzieciak w końcu się przyznał.

Teraz Biały stał pod czereśnią. Patrzył na sznur wrzynający się w drzewo. Miał wrażenie, że jest z nim w jakiś sposób związany, ale nie przychodziło mu do głowy dlaczego. Dumał tak na lekkim wietrze, a nad nim czyste, nocne niebo pokrywały białe plamy. Wolarz oświetlając sobie pole olbrzymem Arkturem poganiał do orki Wielką Niedźwiedzicę. Kasjopeja czekała na Wieloryba, aby złożyć mu ofiarę ze swej córki – Andromedy. Przyglądał się temu Cefeusz, będący najbardziej biernym mężem w mitologii. A nad wszystkim czuwał Smok raniony strzałą przez Heraklesa.

***

Drogą w pobliżu opuszczonego domu jechał samochód. Przy zjeździe na działkę trochę zwolnił, a kierowca spojrzał w kierunku podwórka. W końcu dom ponoć jest nawiedzony. Trzeba zajrzeć, aby później w knajpie opowiadać, że nic tam nie ma! Niestety coś zobaczył. Migotanie pod drzewem. Jakaś postać? Tak jakby ktoś stał i gapił się w górę. Ale dziwactwo widział jedynie kątem oka, nie jak patrzył na nie bezpośrednio. Zjawa! Mężczyźnie zjeżyły się włosy na całym ciele. Ujrzał rzecz niezrozumiałą, niepojętą i był pewien, że nieprzeznaczoną dla jego oczu. Wdepnął pedał gazu i popędził do wsi, marząc o flaszce wódki, czystej bieliźnie i lukach w pamięci.

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałem o dwóch zbrodniach, ale nie do końca zrozumiałem, do czego zmierza tekst. Końcówka trochę mnie zakręciła tym motywem z Andromedą, Cerfeuszem czy Heraklesem. Reszta tekstu ma jakiś pomysł, czyta się nawet-nawet, ale większego wrażenia też nie zostawiła.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Cefeusz, a nie Cerfeusz

 

Wdepnął pedał gazu → wcisnął

 

Nie do końca wiem, o co w tym tekście chodzi, a fantastykę albo epicko przegapiłam, albo jej nie ma… Plotka o straszeniu to trochę mało. Napisane nie najgorzej, jakiś klimat ma, małomiasteczkowa fantastyka mogłaby być fajna, ale czegoś tu brakuje.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmmm. Tekst byłby fajny, gdyby nie to, że to właściwie obyczajówka, a fantastyka wydaje się doklejona na gumę do żucia.

Kiedy to wszystko właściwie się działo? Gospodyni ciało znalazła rano, kombajnistę gliniarze wywlekli z wyra… Chłopcy siedzieli w nawiedzonym obejściu i żarli czereśnie w środku nocy?

Przecinkologia kuleje. Ale podoba mi się styl, taki lekki.

Staszek Marcinek nakrył swoją żonę w krzaku jałowca migdalącą się z organistą,

Na początku roku, w zimie im się tak chciało na łonie przyrody? Brrr!

aby ten się wstał

Cosik się posypawszy.

i przy pieśni paska klinowego pokulał się Polonezem w kierunku centrum wioski.

Nazwy pojazdów małą literą.

Obawiał się, że w miejscowym posterunku ktoś mógłby mu popełnić samobójstwo.

A to zdanie piękne. :-)

Nasz posterunek obstawia teren od jeziora, na lewo,

Hmm. Podałabym raczej kierunek świata, albo coś innego, jednoznacznego – w stronę jakiejś wsi, rzeki, punktu orientacyjnego itp.

Babska logika rządzi!

Dzięki za uwagi.

Wypunktowane poprawiłem.

Chronologia jest zachowana. Kobieta rano widziała chłopców, po południu znalazła ciało, więc nie mogli w nocy wcinać czereśni. Aresztowanie miało miejsce po wypadku, a przed wszczęciem poszukiwań. Chciałem też sprawić wrażenie, że narrator też do końca nie wie co dzieje – nie zna całej historii. Nie podaje czytelnikowi wszystkiego na tacy. Ale chyba źle zrobiłem.

 

Miłego dnia

 

A, ta drzemka poobiednia mnie zmyliła. Rolnicy mają czas na coś takiego, zwłaszcza latem, kiedy dojrzewają czereśnie i parę innych rzeczy?

Ty wszystkie marki samochodów popraw, nie tylko jednego poloneza. ;-)

Edytka: To nie tak, że się nie domyśliłam, kim jest Biały. Chodzi o to, że on robi niewiele poza obserwowaniem. To chłopcy pobili się o zegarek, śmiertelnie wystraszyli… Praktycznie wszystkie najważniejsze zdarzenia załatwili we własnym zakresie.

Babska logika rządzi!

Różnie, teraz króluje specjalizacja i technologia, więc ta tradycyjna przerwa z obiadem koło południa odchodzi w zapomnienie. Lecz jeszcze kilkanaście lat temu na gospodarce rolnik miał zwykle drób, świnie, czasem bydło, łąkę po jednej stronie wsi, pole do koszenia z drugiej strony. Jakoś pracę musiał rozłożyć, więc zaczynał od świtu. W pełnym słońcu na polu robiło się tylko wtedy, gdy nie było innego wyjścia. A tak obiadek o dwunastej, cyk drzemka, potem nazad na pole snopki zbierać, na koniec krowy z pastwiska poprowadzić do obory.

Ej, zapomniałem, że jeszcze fiaty tam są :)

I Wartburg. Naćkałeś samochodów, to się teraz męcz. ;-)

Babska logika rządzi!

Podoba mi się pomysł i opisanie kolejnych wydarzeń. Nieźle się to czytało, ale mogło być znacznie lepiej, gdyby w tekście nie było tylu usterek. Mam nadzieję, Wonszu, że Twoje przyszłe opowiadania będą równie zajmujące i zdecydowanie lepiej napisane.

Czy Biały jest rezydentem posesji ze zrujnowanym domem i czereśnią wisielca?

 

Roz­mo­wa z żoną w takim hu­mo­rze było jak si­ło­wa­nie się z cią­gni­kiem… –> Literówka.

 

Kie­row­ca sie­dział tylko w środ­ku i ćmił Mocne… –> Tylko kie­row­ca sie­dział w środ­ku i ćmił mocne

Nazwy papierosów piszemy mała literą. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

-A to kto? –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

aku­rat wtedy daje mu misje na po­ma­lo­wa­nie… –> Literówka.

 

resz­ta na­sze­go OSP już się zbie­ra. –> OSP jest rodzaju żeńskiego, więc: …resz­ta na­sze­j OSP już się zbie­ra.

 

po tych sło­wach Marek wsiadł w ra­dio­wóz… –> Raczej: …po tych sło­wach Marek wsiadł do ra­dio­wozu

 

Pro­ku­ra­tor przez te­le­fon kazał wy­wieźć Ma­li­nę do ko­men­dy re­jo­no­wej. –> Jak wywozi się kogoś przez telefon?

 

Cały po­dwó­rek za­ro­śnię­ty perzem… –> Podwórko jest rodzaju nijakiego, więc: Całe po­dwó­rko za­ro­śnię­ty perzem

 

pro­sto w za­gaj­nik je­ży­no­wo aka­cjo­wy. –> …pro­sto w za­gaj­nik je­ży­no­wo-aka­cjo­wy.

 

Pa­trzył się na grubą gałąź… –> Pa­trzył na grubą gałąź

 

Miał wra­że­nie, że z nim w jakiś spo­sób zwią­za­ny… –> Chyba miało być: Miał wra­że­nie, że jest z nim w jakiś spo­sób zwią­za­ny

 

Ale dzi­wac­two wi­dział je­dy­nie kątem oka, nie jak pa­trzył się na nie bez­po­śred­nio. –> …nie jak pa­trzył na nie bez­po­śred­nio.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tak, Biały jest rezydentem. Ulotnym nabytkiem :)

 

W gramatyce, składni oraz interpunkcji mam braki, więc Twoje wskazówki są dla mnie cenne.

Dziesięć razy sprawdzałem tekst pod kątem literówek i buraków, ale jak widzę dużo mi umknęło. Z tą OSP zdawałem sobie sprawę, ale w jednym miejscu zapisałem dobrze, a w jednym źle – głupi błąd.

Dziękuję bardzo za uwagi!

Miło mi, Wonszu, że moje uwagi okazały się dla Ciebie wielce przydatne. ;)

 

Nie chcę Cię martwić, ale dziesięciokrotne czytanie własnego tekstu niewiele daje, szczególnie jeśli nie robisz większych przerw między kolejnymi razami. Znacznie skuteczniejsze jest odłożenie tekstu na co najmniej tydzień, a jeszcze lepiej dwa, aby treść opowiadania choć trochę uleciała z pamięci, bo wtedy dostrzeżesz znacznie więcej i znacznie więcej literówek będziesz w stanie wyeliminować samodzielnie. Po takim czasie najprawdopodobniej dostrzeżesz też inne usterki.

Dodam jeszcze, że swego czasu całkiem przypadkowo zauważyłam,  że jeśli zmienię czcionkę,  tekst jawi mi się jako zupełnie nowy i czytam go ze zwiększoną uwagą. Dostrzegam też wtedy to, czego nie widziałam mając przed oczami czcionkę, którą lubię i do której przywykłam.

Życzę Ci wielu dobrych pomysłów i sukcesów literackich. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawy tekst. Trochę chropowaty, ale interesujący. Mieszkałem parę lat na wsi i opowiadanie dobrze oddaje ten klimat:)

Pierwszy akapit przywołał mi wspomnienia o Wędrowyczu. Tekst jest wiejską (choć brzmi to zbyt pejoratywnie) i pełną absurdów obyczajówką, w której na mój gust za mało fantastyki. Przewijała się, ale mam wrażenie, że Twoim celem, który realizowałeś w trakcie pisania, była zabawa słownictwem i realiami. Czyli, że opowiadanie powstało dla tej bardo konkretnej, "wiejskiej" formy, a wątki ezoteryczne pojawiły się w trakcie (są więc jedynie dodatkiem).

Jest w tym wszystkim coś swojskiego (pochodzę z malutkiej miejscowości i różne dziwa się za dzieciaka widywało), ale ciut za mało.

Dziękuję.

Każda uwaga jest cenna.

Nowa Fantastyka