- Opowiadanie: Issander - Ślimaki

Ślimaki

Kolejny po Formalinie i Długim tekst, luźno połączony motywami, stylem i miejscem akcji. Choć ten jest dłuższy i bardziej wprost horrorowaty.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

NoWhereMan, Użytkownicy II, ninedin

Oceny

Ślimaki

Obudziła mnie wilgoć pod kołdrą. Otworzyłem oczy i to, co zobaczyłem, sprawiło, że natychmiast zerwałem się z łóżka.

Ślimaki. Na ścianach, meblach, pościeli… Na mnie również. Otrzepanie się niewiele dało, nadal cały byłem w śluzie.

Wziąłem prysznic, jednak maź nie chciała zejść tak łatwo. Szorowałem i szorowałem, aż skóra zrobiła się czerwona.

Posprzątałem pokój, po czym znowu poleciałem się umyć. Potem pranie, kuchnia i kolejny prysznic. Reszta pokoi. Szorowanie.

Nie zdążyłem tylko zejść do piwnicy. Przed snem rozsypałem jeszcze sól pod wszystkimi drzwiami i oknami.

 

Dostały się do moich ust! Nie wiem jak, wiem tylko, że ślimaki wróciły, a w ustach miałem ohydny posmak. Wyobraźnia podpowiedziała resztę.

Dzień zleciał podobnie, jak poprzedni, ale z dużo większą ilością szczotkowania zębów. Moja ślina ma teraz kolor permanentnie różowy i zostawiam delikatne krwawe ślady podczas gryzienia. Całe szczęście ślimaki nie dostały się do lodówki, ale przyprawy, cukier oraz mąka i tak trafiły do śmieci.

Tym razem sól rozsypałem nie tylko na zewnątrz.

 

Pomogło, choć tylko częściowo. Niektóre ślimaki dotarły do łóżka po ścianach. Do nich niestety sól się nie przyklei… Tym niemniej dziś sprzątanie poszło mi szybciej. Miałem dość czasu, by zejść do piwnicy.

Tu mięczaki wydawały się większe i jakby inteligentniejsze. Te na górze tylko sunęły w losowych kierunkach. W piwnicy, mógłbym przysiąc, poruszały się w sposób zorganizowany i przyglądały każdemu mojemu ruchowi.

Znalazłem tam rurę, która wychodziła ze ściany. Byłbym w stanie wsadzić do niej dłoń – nie, żebym chciał – i nie mam pojęcia, jak ją przeoczyłem. Kiedy się zbliżyłem, ze środka wypadło kilkanaście żyjątek. Coś je wypchnęło.

Ślimak, ślimak, pokaż rogi – przeszło mi przez myśl i z rury faktycznie wyłoniły się rogi, a za nimi reszta ślimaka, jednak ten był wielkości mojego przedramienia. Przechylił głowę w bok i – jestem pewien – w ślimaczym tempie zaczął rozważać, co ze mną zrobić.

 

Mam wszystko pod kontrolą. Rura zatkana ośmiorniczką. Od codziennego posypywania solą zwiądł trawnik, ale co tam. Osuszacze powietrza pracują na okrągło we wszystkich pomieszczeniach. Kilka razy dziennie natrafię na pojedynczego ślimaka, ale to nic. To nic.

Każdego dnia to samo. Rano sprzątanie, potem prysznic lub przynajmniej szorowanie rąk. Wieczorem sypanie soli i sprawdzanie, czy wszystkie zakamarki są szczelnie zapieczętowane. Moja skóra stała się wrażliwa na dotyk. Dziąsła bolą, a zęby osłabły, jakby zaraz miały wypaść.

Ze ścian zaczęła odłazić farba. Myślałem, że to od ciągłego szorowania na mokro i suszenia, ale wewnętrzna strona okazała się być pokryta śluzem i jajami.

Czuję ich obecność. W rynnach, rurach, nawet w ścianach. Na razie jednak mam wszystko pod kontrolą. Tylko opanowanie sytuacji zajmuje mi większą część dnia.

Miałem szukać pracy, ale brakuje mi czasu. I tak wszystkie ubrania prześmierdły od śluzu i ile bym ich nie prał, nic na to nie poradzę. Nowe przesiąkają po paru godzinach. Ten zapach towarzyszy mi wszędzie.

 

W środku nocy poczułem ciężar na brzuchu i nogach. W ciemności ujrzałem zarys głowy z czterema rogami. Powoli, lecz nieustannie, ślimaczysko sunęło wyżej i wyżej, pokrywając mnie mazią, zbliżając swą paszczę do mojej twarzy…

 

Zerwałem się z łóżka. Po potworze nie było śladu. Wolałem nie zastanawiać się, czy to tylko koszmar, czy jawa. Rozwiesiłem mokre ubrania (pralka, tak jak lodówka, pozostała szczelna) i gdy nieco podeschły, wyszedłem z domu. Upewniłem się, że mam w plecaku wszystkie najprzydatniejsze rzeczy i pojechałem do hostelu.

W drodze zastanawiałem się, co dalej. Najprościej byłoby zadzwonić po dezynsektorów, ale nie miałem dość pieniędzy. Liche oszczędności były zarezerwowane na spłatę hipoteki. Nie mogłem zostać bez pracy i domu jednocześnie. A może by wziąć pożyczkę? pomyślałem.

Na miejsce dotarłem z mnóstwem zmartwień oraz brakiem jakichkolwiek rozwiązań. Całe szczęście zostały jeszcze wolne pokoje.

Recepcjonista poprosił mnie o dowód. Gdy spisywał dane, ja oparłem się o ladę. Odetchnąłem z ulgą…

Zaraz.

Coś jest nie tak.

Środek blatu delikatnie błyszczał. Podążając wzrokiem za smużką, zrobiłem dwa kroki w bok.

Ślimak. A jakże.

– Proszę, oddaję dow… O! – Recepcjonista zauważył, czemu się przyglądam. – Przepraszam najmocniej. Nie wiem, skąd się tu wziął. – Mówiąc to, chwycił zwierzątko za skorupę i wyrzucił przez okno.

Coś jeszcze ciągnął, ale go nie słuchałem. Podniosłem dokument z lady i zabrałem się z powrotem do domu.

Wiedząc, że nic nie wymyślę, zadzwoniłem do brata – jedynej osoby, której mogłem w tej sprawie zaufać. Ale najpierw wziąłem prysznic.

 

– Nie wyglądasz za dobrze – rzucił od progu. – Coś się stało?

– Tak. – Zaprowadziłem go do salonu. – Sam zobacz.

– Stary! Co to jest? Robisz bankiet dla setki Francuzów? – Zaśmiał się nieco niepewnie.

– Ha, ha. Bardzo śmieszne. Normalnie jest ich mniej, ale chciałem, żebyś miał pełny obraz. Zaczęło się trzy tygodnie temu…

Opowiedziałem mu o wszystkim… No, może za wyjątkiem koszmarów. W międzyczasie przeszliśmy do kuchni. W nieposprzątanym salonie nie było gdzie usiąść.

– Mhm. Łapię – mruknął na koniec.

– I co? Jakieś pomysły? – spytałem z niecierpliwością.

– Możliwe. Ale żeby mieć, jak to powiedziałeś, pełen obraz, potrzebuję rozejrzeć się po domu. Pokaż mi koniecznie tę rurę.

 

– Masz latarkę? – zapytał, gdy już odpieczętowaliśmy przewód. – Niewiele widzę.

– Jasne, gdzieś tu… Mam.

Podałem mu przedmiot. Robert pogrzebał w dziurze i wodospad mięczaków wysypał się na podłogę.

– Mhm. Tak jak myślałem – oznajmił, gdy już skończył zaglądać do środka.

– Co? Co myślałeś? – niecierpliwiłem się. Minęło już całkiem sporo czasu od ostatniego prysznica, więc naturalne, że zachowywałem się nerwowo.

– Nie mam pojęcia, co to za rura, ale jest ślepa. Aż dziwne, że nie przyszło ci przez myśl sprawdzić, dokąd prowadzi.

– Przecież sam spodziewałeś się, że donikąd – zauważyłem.

– Co? – zdziwił się. – Nieważne. Rzecz w tym, że z twoim domem wszystko okej. Jest zasadniczo szczelny.

– I co to ma…

– Nie rozumiesz. Nie zastanawiałeś się, skąd się biorą… – Zrobił niewyraźną minę i odchrząknął. – …skąd się biorą, jeśli nie przyłażą z dworu?

– Chcesz powiedzieć, że nie są prawdziwe? Może tylko je sobie wymyśliłem? – zadrwiłem.

– Nie, stary. Widziałem je, okej? – Wskazał na kupkę ślimaków pod rurą. – Są dwie opcje. Albo ktoś celowo je tu przynosi…

– Nie ma mowy – wtrąciłem. – Jestem bez roboty, całymi dniami siedzę w domu. Chyba, że masz na myśli mnie.

– Nie, wierzę ci. Nie pamiętam, żebyś zrobił mi jakiegokolwiek pranka. W takim razie pozostaje nam tylko jedna opcja. Jakaś klątwa, czy coś. Khe, khe! – zakaszlał. – Przepraszam. Coś mi siedzi w gardle.

– Klątwa? Tylko tego mi brakowało…

– Wręcz przeciwnie. To, co tu masz, to niegroźny i występujący regularnie nadprzyrodzony fenomen. Wreszcie pokażemy światu niezbity dowód na to, że one istnieją. – Co prawda niewiele mnie to obchodziło, ale milczałem ze względu na jego entuzjazm. – Pomyśl o sławie, która cię czeka. Zbijesz kokosy! – Skrzywił się. – Ble! Masz coś do picia?

– Jasne. Już idę.

Odwróciłem się, żeby wejść po schodach, ale zatrzymał mnie ręką na ramieniu. Pochylił się i zaniósł brzydkim, mokrym kaszlem.

– Zaczekaj – wychrypiał w przerwie pomiędzy atakami. Momentalnie z podekscytowanego stał się… Przestraszony? – Nie idź. Dziwnie się czuję.

– Co się dzieje? Potrzebujesz pomocy?

Odpowiedział mi kolejny napad kaszlu. Nie wiedząc, co robić, zaczekałem aż minie.

– Okej, trochę mi lepiej – zaczął Robert. – Myślę, że…

Niespodziewanie zwymiotował mi na koszulę. Szybkie spojrzenie w dół – krew, treść żołądka, śluz, ślimaki…

Ślimaki?!

Chwyciłem Roberta za ramiona, chciałem jakoś mu pomóc. Zdołał spojrzeć na mnie, a w oczach miał ogromny strach i brak zrozumienia, po czym zwymiotował po raz kolejny, tym razem strumieniem pełzającego ohydztwa.

Nie zdołałem go utrzymać. Znalazł się na czworakach, cały czas wymiotując. Było tego tak wiele… Nie miałem pojęcia, co się dzieje.

Wreszcie padł wprost w stertę ślimaków. Wydawał się chudszy. Jedną ręką sięgnąłem po telefon, żeby zadzwonić na pogotowie. Drugą próbowałem go przewrócić na bok, żeby się nie udusił, ale pod naciskiem moich palców skóra rozpadła się, a ze środka wypełzły kolejne ślimaki.

 

Olbrzymi ślimak zjawił się ponownie. Nakrył i unieruchomił mnie swoim ciężkim, oślizgłym cielskiem.

Tym razem jego głowa była inna. Miał twarz – moją twarz. Patrzyłem w przerażeniu, jak powoli wędrują po niej cienie, zapewne inne ślimaki. Wyłaziły mu z uszu i nosa, właziły do ust, sunęły po oczach… Nie powiekach. Gałkach.

– Kim jesteś? – spytałem. Z jednej strony się bałem, z drugiej liczyłem, że wreszcie się czegoś dowiem. – Po co to wszystko robisz?

– Och – odpowiedziała istota moim własnym głosem – jestem tylko wytworem twojej podświadomości.

– Chcesz mi powiedzieć, że oszalałem, tak? Nie wierzę! Przecież to wszystko dzieje się naprawdę… Przecież Robert…

– Masz rację, wszystko z tobą w porządku. Pojawiłem się, bo nie potrafisz zaakceptować prawdy, która od dawna siedzi w twojej podświadomości. Nie ma żadnej klątwy. Nie jesteś ofiarą. – Przerwał na chwilę. – To ty jesteś za wszystko odpowiedzialny.

– Jak…? – Zabrakło mi słów, by wydusić z siebie coś więcej.

– Masz moc. Widziałeś X-Menów, wiesz, jak to działa.

– Nie, nie… – zaoponowałem. – Ja nic takiego nie zrobiłem!

– Nie celowo. Spójrz na mnie. Myślisz, że ktokolwiek przy zdrowych zmysłach stworzyłby takie monstrum, nawet gdyby potrafił? – Gdy mówił, ślimaki z jego twarzy spadały na moją. – Wszystko siedzi w twojej podświadomości. Jeden zły sen wystarczył, by wyzwolić koszmar. Reszta to kwestia oczekiwań. Spodziewasz się zobaczyć ślimaki, więc są.

– Czyli twierdzisz – powiedziałem po chwili, uważając, by skapujący śluz nie dostał się do moich ust – że mógłbym to ot tak wyłączyć?

– Gdybyś miał pełną kontrolę nad swoją podświadomością, owszem. Ale równie dobrze możesz tylko uwierzyć, że ją masz, i kogoś przypadkiem zabić. – Uśmiechnął się diabolicznie. – Wybacz. Zapomniałem, że już to zrobiłeś.

– Co? Czyli według ciebie Robert to moja wina? Jak…?

– Wystarczyło jedno kaszlnięcie. Reszta, tak jak powiedziałem, to kwestia tego, czego się spodziewasz. Sprzężenie dodatnie bywa brutalne.

To, co mówił, miało sens, ale jak mógłbym to zweryfikować?

– Co powinienem zrobić? – Wiedziałem, dokąd chce pokierować rozmowę. Dałem mu się poprowadzić.

– A bo ja wiem? – Nieprzyjemny uśmiech nie znikał. – Podświadomość nie podejmuje decyzji. JA nie podejmuję. Ale możesz mi pozwolić. – Coś na mnie kapnęło. Nie potrafiłem określić, czy była to ślina, czy śluz. – Zamieńmy się miejscami. Co ci szkodzi?

Zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle powinienem mu ufać, ale co innego mi pozostało?

– No dajesz… – ciągnął, zachęcony moim milczeniem. – Chyba nie chcesz dalej żyć ze świadomością, że zabiłeś swojego brata, prawda? A nawet jeśli, to co to za życie? Policja zjawi się niedługo. Jesteś ostatnim, do kogo zadzwonił, więc dowiedzą się, że tu przyjechał. Bez wątpienia znajdą resztki w piwnicy. Jak myślisz, jak potraktują cię koledzy z celi, gdy sprowadzisz ze sobą ślimaki?

Pojawiło się zwątpienie. Poczułem mrowienie w stopach. W miarę, jak zamieniały się w jedną wielką ślimaczą nogę, stwór zyskiwał ludzkie kończyny.

– Tak… Dosskonale – zasyczał. Jego twarz nabrała złowieszczego wyrazu. – Jeszcze tylko trochę.

Proces postępował, a we mnie rosło przeświadczenie, że powinienem stawiać opór. Nie czułem się dobrze w nowej skórze, całej mokrej i pokrytej wybrzuszeniami. To, jak zachowywał się ogromny ślimak, napawało mnie wątpliwościami. Przestałem wierzyć, że rzeczywiście reprezentował moją podświadomość. Wręcz przeciwnie, im dłużej na niego patrzyłem, tym bardziej obcy mi się wydawał.

Postanowiłem przerwać transfer. Wiedziałem, co muszę zrobić, że nie jest to jednorazowa decyzja, tylko wybór, którego konsekwencje będą się ciągnąć do końca życia.

– Co robisz? – Nie musiałem długo czekać na reakcję. – Zdawało mi się, że podjąłeś decyzję!

– Zmieniłem zdanie. Złaź ze mnie! – Miałem dość śluzu. Nie mogłem doczekać się prysznica.

Jego twarz zmieniła się, jakby pod skórą przeszło mu stado ślimaków.

– Naprawdę będziesz tak po prostu żyć dalej? – zapytał ustami mojego brata. – Nawet po tym, co mnie spotkało?

– Nie wiem, o czym mówisz – odparłem zgodnie z prawdą. – Robert zniknął, a ty jesteś ślimakiem. TYLKO ślimakiem.

Jak dobrze było z powrotem mieć ręce i nogi! Ciężar również ustępował. Ślimak tracił na wymiarach, aż stał się nie większy niż pozostałe. Wydawał przy tym jakieś dźwięki, ale uznałem, że nie mogą to być słowa. Ślimaki nie mówią.

 

Niedługo potem zadzwoniła do mnie Monika, żona Roberta. Łamiącym się głosem poprosiła, bym usiadł, i poinformowała, że zaginął. Spróbowałem ją pocieszyć. Powiedziałem, że może zemdlał i odnajdzie się w jakimś szpitalu, choć sam nie miałem wątpliwości, że musiało stać się coś bardzo złego. Wszystko przez ten dziwny sen, który miałem kilka dni wcześniej… Oczywiście, nic takiego nie mogło się wydarzyć. Pewnie ktoś go potrącił albo zabił podczas napadu.

To na pewno coś takiego.

Mój problem ze ślimakami praktycznie ustał. Tylko raz na jakiś czas jakiegoś znajdę. O ustalonych porach wysypuję sól i sprzątam mieszkanie. Cztery razy dziennie się myję. Każdego ranka zakładam świeżo wyprane ciuchy. Nadal nie mam pracy, rachunki rosną, ale to nic.

Tak długo, jak trzymam się harmonogramu, wszystko jest w porządku.

Koniec

Komentarze

Nie przepadam za opowiadaniami, w których to, co nienormalne, osobliwe i niewytłumaczalne, uzasadnia się chorobą. Bo rozumiem, że bohater zdrowy nie był.

Z racji mnóstwa ślimaków, śluzu i rzygania, powiedziałabym, że ta historia to raczej lekkie bizarro, a nie horror. Czytało się nieźle, ale brakło mi nastroju grozy i poczucia niebezpieczeństwa.

 

Mi­nę­ło już cał­kiem sporo od ostat­nie­go prysz­ni­ca… –> Chyba miało być:  Mi­nę­ło już cał­kiem sporo czasu od ostat­nie­go prysz­ni­ca

 

– Prze­cież sam spo­dzie­wa­łeś się, że do­ni­kąd. – za­uwa­ży­łem. –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

Każ­de­go ranka ubie­ram świe­żo wy­pra­ne ciu­chy. –> W co ubiera ciuchy?

Ciuchy, jak każdą odzież, można włożyć, założyć, przywdziać, odziać się w nie, ubrać się w nie, ale ciuchów, tak jak żadnych ubrań, nie można ubrać!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się. Masz dryg do horroru podszytego psychozą. Zwykle przewracam oczami gdy autor próbuje mnie straszyć, a u Ciebie kupuję właśnie ten obłęd, który prowadzi do dekonstrukcji życia bohatera.

Reg, ale właśnie tutaj choroba nie jest uzasadnieniem. W “Formalinie” i “Długim” można było przyjąć, że cała fantastyka jest tylko w głowie bohatera. Tutaj akurat pojawiają się inne postacie, fantastyka istnieje niezależnie od interpretacji. Raczej chciałem pozostawić otwarte pytanie, czy bohatera męczą właśnie ślimaki, bo faktycznie ma taką moc i ma to jakiś związek z zasugerowaną chorobą, czy może w wyniku działań istoty podszywającej się pod jego podświadomość – a nie, czy to wszystko efekt szaleństwa :) 

Dzięki, wisielcu.

ironiczny podpis

W takim razie najprawdopodobniej niewłaściwie odczytałam opowiadanie i nie wykluczam, że jeszcze do niego wrócę, ale pierwej muszę uporać się z zaległościami.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Paranoiczne i obrzydliwe D:

 

Ładnie.

Czy mogę powtórzyć komentarz Żonglerki? ;)

 

A tak poza tym bardzo mi się podobają Twoje opisy onirycznych obłędów. Niby tu nie ma nic bardzo oryginalnego w sensie samej horrorowości, zwłaszcza sceny rzygania przedmiotem horroru to dość chelb powszedni, ale całość jest piekielnie sugestywna i jak lubię ślimaki, tak przechodził mnie dreszcz. Czekam na kolejne odleciane szorty z tej serii.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Opisy ślimaczenia bardzo ładne, choć ci x-meni strasznie wybili mnie w rytmu.

I would prefer not to.

Paranoicznie, obrzydliwie, na swój sposób strasznie :) Czyli nieźle :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Wybranietz, podczas pisania mi ten tekst bardzo skojarzył się z serialem “Legion”, stąd X-Meni :)

ironiczny podpis

No to z Legionowym filtrem to lepiej wygląda ;P

I would prefer not to.

A ja coś grozy nie poczułam. Raczej lekki tekst. Chyba zbyt absurdalny, żeby straszyć.

Babska logika rządzi!

Nastroju grozy tu nie ma, ale jest za to klimat absurdu. Sam pomysł nie należy do najoryginalniejszych, ale tekst stoi sposobem przedstawienia tego konceptu. Plastycznie i ciekawie przedstawiłeś problematykę. Opko, jak dla mnie, na plus.

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

No cóż, znam wcześniejsze teksty z tego luźnego niby-cyklu i powiem tak: porządny sequel, czyli więcej tego samego :) Nie mówię, że to źle, bo czyta się przyjemnie, jeśli człowiek lubi takie klimaty (a ja lubię). Może tylko dialogi miejscami trochę sztywne/mało wiarygodne…

Aha, i chyba wolałem, kiedy wszystko było (albo mogło być) tylko w głowie bohatera, ale to już osobista preferencja :)

Do momentu, kiedy padło słowo “X-meni”, tekst mi się podobał. Do samych mutantów nic nie mam, po prostu w tym miejscu zburzyłeś klimat tekstu. Odnoszę wrażenie, że wpadłeś w pułapkę “mam pomysł na coś strasznego, ale nie mam pomysłu na wyjaśnienia”. Bo to gadanie o podświadomości zupełnie nie przypadło mi do gustu. Taki już urok horrorów, że rozwiązanie zagadki często wszystko psuje. 

Ta część, która mi się podobała, bardzo na plus. Obrazowa, sugestywna. “Długiego” czytałem, “Formalinę” chyba też, ale ten tekst – mimo że pozornie mniej oryginalny – może zapaść mi w pamięć na dłużej.

Myślę, że najlepszym przykładem tego, co Ci wyszło w tym opowiadaniu będzie scena, w której brat zaczął się krztusić. Domyśliłem się wtedy, że ma ślimaka w gardle. Wyobraziłem sobie to. Nie napisałeś tego wprost, nie od razu – i to jest siłą tego fragmentu. I coś takiego bywa siłą horrorów: najstraszniejsze czytelnik sam sobie opowiada w swojej głowie. 

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Klimat świetny, bardzo efektownie i konsekwentnie utrzymany (było mi trochę… hmmm, niedobrze przy lekturze), trochę – jak wspominała @regulatorzy, bardziej bizzaro niż typowo horrorowy. Stylistycznie IMHO jak zwykle u Ciebie bardzo dobrze, klimat faktycznie trochę jak z serialowego “Legionu” (ale ja jestem zaślepioną fanką tegoż, przyznaję). Może częśc środkowa/ rozmowa ze ślimakiem trochę mi się dłużyła, ale nie zmienia to mojej wysokiej oceny tekstu. Klik ode mnie.

Nowa Fantastyka