- Opowiadanie: AQQ - Ziemia

Ziemia

Najdłuższe opowiadanie, jakie dotychczas napisałam. :)

Mam nadzieję, że odrobina historii medycyny Was nie zniechęci.

Za wszystkie uwagi i wsparcie chciałabym serdecznie podziękować mojemu niezawodnemu szamanowi - Majkubarowi. Za uwagi i opiekę medyczną bardzo dziękuję Coboldowi. :)

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Ziemia

 Glasgow, rok 1867

 

Zasnute mieszaniną mgły i dymu z kominów niebo nad Glasgow, przybrało brunatny kolor, sprawiając, że miasto wydawało się jeszcze brudniejsze i brzydsze niż zwykle. Pomimo wczesnej pory i padającego deszczu na ulicach było gwarno i tłoczno. Pokrzykiwania ludzi, rżenie koni i dobiegające ze stoczni przy Clyde uderzenia tysięcy młotków do nitowania, tworzyły kakofonię dźwięków, która dla kogoś spoza Glasgow byłaby pewnie nie do zniesienia.

Jak co dzień o tej samej porze, z dorożki, która zatrzymała się obok budynku Królewskiego Szpitala w Glasgow, wysiadł mężczyzna w średnim wieku, założył cylinder i wygładził poły surduta, po czym zdecydowanym krokiem ruszył w stronę wejścia, omijając kałuże.

Gdy tylko doktor Edgar Grandwels przekroczył próg budynku, w jego nozdrza uderzył znajomy odurzający smród. Zapach szpitala – jak mawiał ojciec Edgara, który również był lekarzem. Odór wydobywający się z ropiejących ran, w które wdała się gangrena.

Wiele lat temu, kiedy Edgar był jeszcze studentem medycyny, zapach ten przyprawiał go o zawrót głowy, jednak godziny spędzone w salach chorych i w prosektoriach w końcu go uodporniły.

Edgar zwykł zaczynać dzień pracy od wypicia filiżanki kawy w towarzystwie ojca, którego był asystentem. Pokonał więc szybkim krokiem szerokie marmurowe schody i znalazł się w gabinecie Alfreda Grandwelsa, mieszczącym się tuż obok sali wykładowej w zachodnim skrzydle budynku.

– Witaj, mój drogi. – Starszy mężczyzna uśmiechnął się znad najnowszego numeru Lanceta i przygładził imponujące, siwe bokobrody. – Nalej sobie kawy.

– Witaj, ojcze. – Edgar skłonił się z szacunkiem i zajął miejsce naprzeciwko.

– Jak się miewa Fiona? – zapytał kurtuazyjnie Albert, choć dokładnie znał odpowiedź. Już dawno przestał dopytywać się, kiedy w końcu zostanie dziadkiem. Zauważył, że dla Edgara nie jest to łatwy temat do rozmowy, tym bardziej że byli z Fioną już dwa lata po ślubie.

– Bardzo dobrze – odparł Edgar. – Prosiła, żeby ci przekazać pozdrowienia – dodał, choć nie było to wcale prawdą.

Od jakiegoś czasu między nim a żoną nie układało się zbyt dobrze, a źródłem ich narastającej wzajemnej niechęci bez wątpienia był fakt, że Fiona nie mogła zajść w ciążę. Edgar zwykł myśleć, iż łono jego żony było suche jak pustynia, na której nie może wykiełkować żaden kwiat. Posiadanie potomka stało się w pewnym momencie nadrzędnym celem w życiu lekarza. Chciał przekazać całą swoją medyczną wiedzę synowi, podobnie jak to uczynił jego ojciec. Wiedział też, jak bardzo Albert Grandwels pragnie wnuka i nie miał wątpliwości, że byłby wspaniałym dziadkiem, a uśmiech na dobrodusznej twarzy i jowialny sposób bycia czyniły z niego człowieka, którego nie sposób było nie lubić.

– Widziałeś, że Lister opublikował wyniki swoich badań? – Widząc zamyśloną twarz syna, Albert wolał zmienić temat. – Zupełnie zwariował na punkcie tego karbolu. Jakie jest twoje zdanie w tej materii? Wierzysz, że to wszystko bierze się z powietrza albo brudu? Gangrena, zakażenia? Tu jest jego artykuł na ten temat. – Starszy pan Grandwels podsunął synowi pod nos czasopismo i przeczytał: – „Zasada odkażania w praktyce chirurgicznej”.

– Owszem, przyglądałem się, jak profesor Lister operował. Muszę przyznać, że stosowanie karbolu jest bardzo uciążliwe, ale… być może rzeczywiście przynosi efekty – przyznał Edgar. – U jego pacjentów rany nadzwyczaj czysto się goją, a w sali, w której przebywają po operacjach nie czuć tego wstrętnego smrodu. A co ciekawe gangrena i zakażenia występują sporadycznie.

– Czyli według ciebie, to może mieć przyszłość? – Profesor Grandwels był jednak sceptyczny. – Jakoś trudno mi w to uwierzyć.

– Ojcze, jeszcze nie tak dawno nikt nie wierzył, że bezbolesna operacja jest w ogóle możliwa. A teraz? Sam widzisz, że znieczulenie wybawiło nas od bólu. Możliwe, że kwas karbolowy uchroni nas przed zakażeniami, ale jest chyba jeszcze za wcześnie, żeby uznać to za przełom w medycynie – odparł Edgar spokojnie, pociągając łyk kawy z porcelanowej filiżanki.

– Masz rację, jest jeszcze za wcześnie, ale medycyna wciąż idzie naprzód – stwierdził w końcu Albert. – Kto wie, może niedługo uda nam się nawet pokonać śmierć?

– Raczysz żartować, ojcze. – Edgar spojrzał na profesora Grandwelsa z politowaniem.

– Oczywiście, że żartuję, synu – prychnął Albert. – Myślę, że sam powinieneś czasem zażartować. Jesteś strasznie sztywny i ponury.

– Wybacz, ale nie mam czasu na żarty. Powinniśmy się zabrać do pracy. Pacjentki czekają.

 

 

Zachodnia Wirginia, rok 1731

 

Sissinnguaq chciała stać się niewidzialna. Zwinęła się w kłębek, przyciągnęła głowę do kolan i zakryła uszy dłońmi, by nie słyszeć przeraźliwych krzyków otaczających ją ludzi. Gdyby jeszcze nie musiała oddychać, nie docierałby do niej otaczający ją ze wszystkich stron zapach śmierci. Czuła, jak nasiąknięta krwią ziemia, na której leżała, zamieniła się w błoto, a ubranie i włosy nieprzyjemnie lepiły się do ciała.

Wiedziała, że musi zostać na miejscu i udawać martwą, bo tylko wtedy miałaby szanse na przeżycie. Wojownicy z plemienia Westo, polujący na członków innych plemion, po to, by sprzedać ich plantatorom, byli zainteresowani tylko żywymi.

Nagle poczuła uderzenie i przeszywający ból w czaszce. Krew zalała jej twarz, obraz przed oczyma zaczął się rozmazywać, aż w końcu spowiła ją całkowita ciemność. Już nie musiała udawać, że jest martwa. Teraz była martwa.

Dusza Sissinnguaq podążyła ku światłu. Czuła obecność Wielkiego Ducha, widziała swych zmarłych przodków, była spokojna, szczęśliwa i chciała, by ta chwila trwała wiecznie. Coś jednak gwałtownie wyrwało ją z tego błogostanu.

Świadomość Indianki wracała bardzo powoli. Najpierw poczuła ogarniające przenikliwe zimno, a następnie wilgoć. Nie mogła otworzyć oczu ani się poruszyć, ale słyszała stłumione, docierające z oddali monotonne, śpiewne zawodzenie i dźwięk miarowego uderzania w bęben. Zmysły dziewczyny zaatakowane nagle przez bodźce zewnętrzne zapragnęły się wyłączyć. Sissinnguaq znów pogrążyła się w ciemności.

 

***

 

Po całym dniu spędzonym w szpitalu Edgar lubił czasem wracać do domu piechotą. Półgodzinny spacer brukowanymi ulicami Glasgow do kamienicy przy placu Somerset pozwalał oderwać się choć na chwilę od problemów zawodowych i prywatnych.

Dzień był chłodny, a z nieba, które przez cały dzień nie straciło swej burej barwy, wciąż siąpił drobny deszcz. To wszystko jednak zupełnie nie przeszkadzało Edgarowi, gdyż większym problemem dla niego było to, że już za chwilę będzie musiał stanąć twarzą w twarz ze swoją żoną, usiąść z nią przy jednym stole, prowadzić niezobowiązującą konwersację, a wieczorem spełnić małżeński obowiązek w jej sypialni.

Z tym ostatnim Edgar miał ostatnio coraz większe problemy. Wprawdzie Fiona nigdy nie była namiętną kochanką, ale mimo wszystko potrafiła wzbudzić w nim pożądanie. Od jakiegoś jednak czasu zbliżenia z nią traktował bardziej jako obowiązek, w myśl zasady, iż cel uświęca środki. Ona sama coraz rzadziej szukała jego towarzystwa, spędzając większość czasu ze swoją towarzyszką, a raczej, jak zwykła mawiać – przyjaciółką Sissi.

 

Kiedy Edgar dotarł do domu, gęsta fala ciemności powoli zaczęła zalewać ulice. O tej porze roku chłód wieczoru dawał już o sobie znać w kamiennych murach. Na szczęście w kominku w salonie palił się ognień, którego czerwony blask oświetlał twarz Fiony, skupionej na robótce.

Na krześle obok siedziała druga kobieta. Edgar z niepokojem obserwował cień jej profilu rzucany na ścianę. Długi orli nos, ostry podbródek, nadawały jej twarzy jakiś dziwny, demoniczny wygląd. Doktor Grandwels nigdy nie darzył sympatią towarzyszki swojej żony. Była dla niego jak zadra, jak wrastający paznokieć, jak coś, czego chciałby się pozbyć, choć wiedział, że to niemożliwe, bo obie kobiety były ze sobą zbyt mocno związane.

Kiedy kilka lat temu poznał Fionę przy okazji jakiejś zbiórki dobroczynnej na rzecz szpitala, wydawała mu się idealną kandydatką na żonę. Pochodząca z bogatej rodziny plantatorów tytoniu w Wirginii dziewczyna, która wraz z rodzicami niedawno wróciła do kraju swoich przodków, była ładna, miła i dobrze wychowana. Nie zapałał do niej co prawda szaleńczą miłością, ale nie mógł zaprzeczyć, że była bliska jego sercu. Namawiany przez ojca, czując na karku ciężar lat, a co najważniejsze pragnąc w końcu spłodzić potomka, postanowił się w końcu oświadczyć i ostatecznie został przyjęty.

Poza imponującym posagiem Fiona wniosła do ich domu coś jeszcze, a właściwie kogoś. Kogoś, kto jak twierdziła, zawsze był przy niej i przy niej pozostanie. Kobietę, która była jej bliższa, niż matka. Z czasem Edgar pogodził się z faktem, że wszelkie próby odprawienia Sissi są bezowocne i ostatecznie nauczył się ją tolerować, co było o tyle łatwe, że Indianka świadoma jego niechęci, raczej nie wchodziła mu w drogę.

Edgar uważał jednak, że Fiona i Sissi są ze sobą w zbyt zażyłych stosunkach. Wolałby, żeby jego żona utrzymywała bliższe kontakty z paniami z towarzystwa, żonami innych lekarzy czy asystentów, a nie spędzała większości czasu z jakąś nawiedzoną kobietą.

Jednak najzabawniejsze wydawało się Edgarowi to, że zarówno Fiona, jak i jej rodzice utrzymywali, iż Sissi posiada większą wiedzę medyczną, niż niejeden lekarz i w związku z tym nigdy nie korzystali z usług żadnego z nich. Mimo takiego podejścia żony, Edgar czuł, że jego pozycja, jako lekarza we własnym domu jest niezagrożona.

– Witaj, moja droga. – Edgar podszedł do żony i pocałował powietrze obok jej policzka, ignorując jednocześnie siedzącą obok kobietę.

– Zaraz każę podać kolację, Edgarze – powiedziała Fiona wstając, i odkładając tamborek na fotel.

– Ja to zrobię – powiedziała Sissi i również wstała.

– Doskonale. Tam jest kuchnia. – Wskazał palcem kierunek. – Mówię to na wypadek, gdybyś zapomniała – dodał, chcąc podkreślić, gdzie jego zdaniem znajduje się miejsce Indianki.

– Wiem, gdzie jest kuchnia – odparła Sissi z godnością, po czym uśmiechnęła się smutno do Fiony i wyszła z salonu, nie patrząc nawet na Edgara.

– Jesteś niemiły – powiedziała chłodno Fiona.

– Czy bycie miłym dla służby, to mój obowiązek?

– Wiesz dobrze, że Sissi nie jest służącą. Jest moją…

– Przestań! Nie chcę tego słuchać kolejny raz – rzucił poirytowany. – Rozumiem, że opiekowała się tobą od dziecka, ale nie potrzebujesz już niańki. Jesteś dorosła, masz męża i obowiązki…

– Przede wszystkim obowiązki. – Fiona weszła mu w słowo. – Skoro obowiązki są dla ciebie tak ważne, to przypominam ci, że oczekuję cię dzisiaj w mojej sypialni.

– Z przyjemnością cię odwiedzę – wycedził Edgar.

Po tych słowach zapadła krępująca cisza. Jak zwykle zresztą, kiedy rozmowa schodziła na wiadomy temat. Teraz Fiona potrzebowała chwili, żeby się uspokoić, co było o tyle trudne, że jej temperament kazał trwać z uporem przy swoim i bronić Sissi. Edgar również musiał ochłonąć, by nie powiedzieć o jedno słowo za dużo i nie zburzyć budowanego pieczołowicie wizerunku dżentelmena o nienagannych manierach.

– Jak minął dzień? – odezwała się w końcu Fiona, bardziej z uprzejmości, niż dlatego, że ten fakt ją w ogóle interesował.

– Zwyczajnie – odparł Edgar, siląc się na uprzejmość. Jak zwykle w takich sytuacjach starał się zainteresować czymś, co na zainteresowanie zasługiwało w najmniejszym stopniu, szukając tym samym tematu do rozmowy.

Tym razem podszedł do klatki stojącej przy oknie, skąd zazwyczaj dobiegał wesoły śpiew kanarka. Dzisiaj w klatce panowała cisza. Edgar zauważył, że ptaszek nie siedzi jak zwykle na żerdzi, tylko leży bezwładnie na dnie. Już chciał powiedzieć o tym Fionie, gdy do salonu weszła Sissi i poinformowała, że właśnie podano kolację. Sprawa śmierci kanarka zeszła na drugi plan.

 

***

 

Coś szczypało pod powiekami. Coś blokowało nozdrza, utrudniając oddychanie. Przy każdym poruszeniu szczęką coś wywoływało u Sissinnguaq zgrzytanie zębów. Dziewczyna zaczęła pluć, potem z wysiłkiem podniosła ręce i tarła oczy, chcąc pozbyć się nieprzyjemnego pieczenia.

Po kilku minutach udało jej się w końcu z trudem unieść powieki. W pierwszej chwili ostre światło sprawiło, że momentalnie zamknęła oczy z powrotem. Każda kolejna próba była mniej bolesna, aż w końcu udało jej się dostrzec siedzącą tuż obok postać.

– Wahkan? – zapytała, widząc starego szamana ich plemienia.

– Wróciłaś do żywych – stwierdził starzec.

– Żyję? – Sissinnguaq wciąż była oszołomiona. – Jak…?

– Tak. – Stary szaman wskazał na coś, co znajdowało się pod nią. – Udało się.

Sissinnguaq dopiero teraz zrozumiała, co jest źródłem przeszywającego ją zimna i wilgoci, a także dlaczego, mimo wysiłku, nie mogła się swobodnie poruszać. Leżała w czymś, co przypominało wielką skrzynię i było wypełnione ziemią. Ziemia ta jednak miała niezwykły, czerwonawy kolor.

Sissinnguaq nie mogła dojść do siebie, a jej umysł nie był w stanie pojąć tego, co się stało. Zamknęła oczy i przesunęła dłońmi po wilgotnej powierzchni. Zaciskała palce tak, że grudki ziemi przesypywały się między nimi. Wydawało jej się, że czuje tętniące w małych drobinkach życie.

– Ziemia? – zapytała niepewnie.

– Tak.

– To dzięki niej żyję?

– Tak.

– Jak to się stało, że ziemia wróciła mi życie? – zapytała Sissinnguaq.

– Może je wrócić, dać nowe, ale także je odebrać. Można nią leczyć. Ziemia może też udawać życie.

– Udawać? – zdziwiła się Sissinnguaq – Jak?

– Każdy człowiek, roślina, kamień czy przedmiot rzuca na ziemię cień. W tym odbiciu zawsze jest cząstka tego, kto go rzuca… Kiedyś to poznasz. A życie? Popatrz dookoła – powiedział Wahkan, rozcierając w palcach grudkę ziemi. – Widzisz trawy, kwiaty, drzewa? One wszystkie wyrastają z ziemi. To ona jest ich matką, karmi je i trzyma przy życiu, a kiedy umrą, stają się jej częścią, by dać życie następnym pokoleniom.

– Ale przecież ja nie jestem rośliną.

– Tak, jesteś człowiekiem – przyznał szaman. – A ziemia, która żywi się krwią, potem i ludzkimi łzami i wszystkim, co jest w człowieku, może dać życie innym ludziom. Ona żyje, ona jest życiem.

– Ta ziemia, w której leżałam…

– Tak, Sissinnguaq, to właśnie taka ziemia. Nasiąknięta krwią i łzami naszych współbraci, którzy polegli.

– Co z innymi? Co z moją matką, z ojcem? Ożywiłeś ich tak jak mnie? – zapytała w końcu.

– Nie każdego można przywrócić do życia i nie można też nadużywać magii ziemi. Z naszego plemienia nikt już nie pozostał.

– A tamci? Odeszli? – wydusiła z siebie po dłuższej chwili.

– Tak. Zabrali jeńców i odeszli – odparł starzec.

– Co teraz ze mną będzie?

– Zostań ze mną i ucz się. Wybrałem cię, bo wiem, że ty możesz nauczyć się Ziemi.

 

Ruszyli razem tam, gdzie nikt nie mógł ich znaleźć, a przynajmniej tak im się wydawało. Młoda dziewczyna i stary szaman. Sissinnguaq uczyła się rozpoznawać różne rodzaje ziemi, a zioła już wkrótce nie kryły przed nią tajemnic. Próbowała rozmawiać z duchami i prosić je o pomoc. Wahkan pozwalał, żeby leczyła napotkane po drodze okaleczone zwierzęta. Początkowo nic z tego nie wychodziło, ale im silniejsza stawała się jej wola i sięgała dalej w głąb siebie, tym duchy stawały się przychylniejsze dla jej próśb. Tylko jednego nie była w stanie uczynić; nie zdołała nigdy wskrzesić żadnej istoty.

 

– Wypij to – powiedział pewnego dnia Wahkan, podając jej kubek z dziwnym żółtawym płynem.

– Co to jest? – zapytała Sissinnguaq.

– Już czas, żebyś spotkała się z duchami i cieniami. Wypij.

– Rozmawiam z nimi…

– Teraz się z nimi połączysz, poczujesz ich obecność, będziesz jedną z nich. To coś więcej niż rozmowa. Wyjdziesz poza granice świata, który znasz, poza granice emocji, jakich dotychczas doświadczyłaś, i znajdziesz mądrość – wyjaśnił Wahkan. – Myślę, że twoja dusza jest wciąż zbyt niespokojna i trzeba ją uleczyć. Bez tego nie będę w stanie nauczyć cię wszystkiego.

Sissinnguaq wypiła kilka łyków gorzkawego napoju. Wahkan zrobił to samo. Po chwili dziewczynę spowił dym z zapalonej przez szamana fajki. Przymknęła powieki i wsłuchując się w miarowe uderzenia bębna, dźwięk grzechotki i zawodzenie Wahkana poczuła, jak jej ciało wygina się w spazmatycznych drgawkach, a dusza opuszcza ciało i wędruje do innego świata. Do świata, w którym obecność duchów i otaczających ją cieni wydawała się niemalże namacalna. Wraz z nimi Sissinnguaq powoli pogrążała się w otchłani, gdzie jak mała iskierka, tliło się życie. I czuła je. Czuła początek wszystkiego…

Odzyskiwała świadomość bardzo powoli. Sissinnguaq czuła, jakby znów wracała do życia. Tym razem całemu procesowi towarzyszył nieznośny ból brzucha i głowy. Indianka podniosła się, uklękła i zwymiotowała. Z nosa buchnęła krew, a oczy znów zaszły mgłą.

– Poczułaś to? – Z odrętwienia wyrwał ją głos Wahkana.

– Tak. – Pokiwała głową z przekonaniem.

Stary szaman długo wpatrywał się w oczy Sissinnguaq. Dziewczynie wydawało się, że zagląda do każdego zakamarka jej duszy i nie jest w stanie nic przed nim ukryć. Nawet tego nie próbowała, bo nie miała nic do ukrycia.

– Odzyskałaś swoją duszę i znalazłaś powołanie, Sissinnguaq. Masz wielki dar.

 

Nocą tańczyła z cieniami w blasku ognia. Umazana ziemią, brudna, oszołomiona dźwiękami bębna i grzechotek, starymi pieśniami i zaklęciami intonowanymi przez szanana, wpadała w ekstatyczny trans i zgłębiała tajemnice życia.

Żyli z Wahkanem spokojnie, z dala od ludzkich oczu, pod opieką duchów. Polowali, łowili ryby, zbierali zioła. Było spokojnie; zbyt spokojnie. Aż kiedyś, w środku upalnego lata, coś zmąciło na zawsze spokój Sissinnguaq. Wojownicy z plemienia Wasco zaskoczyli ją nad rzeką, gdy prała. Wiedziała, że nie będzie miała drugiej szansy i nim się obejrzała, szła skrępowana pośród innych, którzy wcześniej wpadli w ich ręce. Była cała, zdrowa i dobrze wiedziała, jaki los ją czeka. Plantatorzy w Wirginii słono płacili za młodych, silnych Indian, którzy stanowili dla nich tanią siłę roboczą.

Nie mogła się jednak pogodzić z faktem, że zostanie sprzedana bladym twarzom przez Indian z innego plemienia. Zdrada bolała bardziej, niż więzy na nadgarstkach, zaciskające się mocnej przy każdym ruchu.

 

***

 

Edgar dopił whisky, odstawił szklaneczkę na kominek, po czym wziął kilka głębokich oddechów i ruszył po schodach na górę. Idąc, miał nieodparte wrażenie, że nie jest sam. Że tuż obok niego jest ktoś lub coś jeszcze. To irracjonalne uczucie pogłębiło się bardziej, gdy spojrzał na ścianę i zobaczył, że obok cienia, który sam rzucał, znajduje się jeszcze jeden cień, tylko bardzo mały; jakby rzucany przez dziecko. Ostatecznie otrząsnął się i doszedł do wniosku, że to dziwne uczucie spowodował wcześniej wypity alkohol.

Sypialnia Fiony mieściła się na końcu korytarza, ale według doktora Grandwelsa, mogłaby się znajdować jeszcze dalej. Prawda bowiem była taka, że bardzo się od siebie oddalili i poza nazwiskiem, wspólnym domem i zachowywaniem pozorów przykładnego małżeństwa łączyła ich jedynie chęć posiadania dziecka.

Wiedział, że żona już na niego czeka, wiedział, że oboje będą znów udawać, a kiedy wreszcie będzie po wszystkim, odetchną z ulgą i każde z nich spokojnie zaśnie we własnym łóżku z nadzieją, że wreszcie się udało.

Tym razem było jednak inaczej. Edgar odniósł wrażenie, że dzisiejsze zbliżenie z żoną różniło się od poprzednich. Miało w sobie coś z ich pierwszych wspólnych nocy, pełnych nieśmiałej wzajemnej fascynacji i przyjemności. Fiona wydawała się odmieniona, a jej czułość była zaskakująca. Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale poczuł, jak wstępuje w niego nadzieja, że w końcu wszystko ułoży się tak, jak powinno.

Miał nawet przez chwilę ochotę spędzić tę noc w sypialni żony, ale uznał, że nie jest jeszcze na to gotowy.

 

Niedzielne śniadanie w domu państwa Grandwels przebiegało w dość miłej atmosferze. Edgar nie był tak spięty, jak zwykle, a niezobowiązująca rozmowa o pogodzie sprawiła, że Fiona uśmiechnęła się mimochodem dwa razy, natomiast temat przeludnienia Glasgow i szerzących się w slumsach chorób wywołał na jej twarzy szczery niepokój.

Doktor Grandwels już miał wstać od stołu, gdy nagle usłyszał coś, co wydało mu się dziwne. Śpiew kanarka sam w sobie nie był dziwny, jednak fakt, że poprzedniego dnia Edgar widział, że zwierzę było martwe, a nazajutrz słyszy jego trele, wydał mu się już zaskakujący.

– Mamy nowego kanarka? – zwrócił się do Fiony.

– Ależ skąd, przecież to stary Fifi – odparła.

– Wczoraj wydawało mi się, że nie żyje.

– To niemożliwe – stwierdziła kategorycznie pani Grandwels.

Edgar podszedł do klatki i przez chwilę obserwował ptaka. Nigdy wcześniej nie przyglądał mu się uważnie, więc i tak pewnie nie zauważyłby różnicy, jednak jeden szczegół zwrócił jego uwagę. Między żółtymi piórkami dostrzegł jakieś dziwne czerwonawe drobinki.

– Popatrz, wreszcie wyszło słońce. – Głos Fiony, która nagle stanęła tuż za nim i położyła dłoń na ramieniu, wyrwał Edgara z zamyślenia. – Może wybierzemy się dzisiaj na spacer? Co myślisz o ogrodzie botanicznym?

– Na spacer? – zapytał zdziwiony. Nie był w stanie przypomnieć sobie, kiedy ostatnio gdzieś razem wychodzili. – Doskonały pomysł – przyznał.

 

Pod stopami państwa Grandwels szeleściły liście we wszystkich odcieniach żółci, czerwieni i brązów, kiedy nieśpiesznie spacerowali alejkami, korzystając z ostatnich ciepłych dni tego roku. Otwarty park z licznymi szklarniami prezentował się przepięknie jesienią. Promienie słońca błyskały figlarnie w szybach osadzonych w kutych, żelaznych kratownicach, malując je wszystkimi barwami tęczy.

Edgar od czasu do czasu spoglądał na Fionę, która na tę okazję założyła tartanową spódnicę i pasujący do niej szal spięty broszą na ramieniu i musiał przyznać, że żona wyglądała kwitnąco.

Ostatnio rozterki wiązane z brakiem potomka powodowały, że wolał więcej czasu spędzać w szpitalu niż w domu i przestał zwracać uwagę na to, że ma przy sobie tak niezwykłą kobietę. Kiedy znów to do niego dotarło, zaczął zadawać sobie pytanie, czy wystarczyła jedna namiętna noc, by popatrzył na bliską osobę z zupełnie innej perspektywy?

Pani Grandwels wciąż zatrzymywała się, podziwiając wspaniałe egzotyczne rośliny i Edgar znacznie wyprzedzał swoją żonę. Kiedy w pewnej chwili odwrócił się, żeby sprawdzić gdzie jest, dostrzegł, że stała kilka kroków dalej i z jakąś niezdrową fascynacją wpatrywała się w coś, co trzymała w dłoniach.

– Co robisz? – zapytał, podchodząc do niej.

– To niesamowite, że dzięki temu mogą żyć rośliny, zwierzęta i my ludzie.

– To oczywiste – stwierdził Edgar. – Żeby to wiedzieć, nie musisz brudzić rąk – dodał i strzepnął resztki ziemi z rąk żony. Chodźmy.

 

***

 

Fakt, że Sissinnguaq trafiła na plantację, której właścicielem był Edward Bloylock, można było nazwać szczęściem w nieszczęściu. Szczęściem było to, że nie przydzielono jej do pracy przy zbiorze tytoniu, tylko zagoniono do kuchni, gdzie uwijała się, jak w ukropie między czarnoskórymi i indiańskimi niewolnicami. Tutaj poznawała język i zwyczaje białych ludzi, i to właśnie tutaj, wśród zamieszania towarzyszącego zwykle przygotowywaniu posiłków doszło do zdarzenia, które na zawsze miało zmienić życie Sissinnguaq.

Felicia, córka państwa Bloylock, miała zakaz wstępu do kuchni, jednak mimo to lubiła tu zaglądać, wiedząc, że zawsze znajdą się dla niej jakieś smakołyki. Tego pamiętnego dnia dziewczynka, jak zwykle, tanecznym krokiem wbiegła do dusznego, zaparowanego pomieszczenia, nie zauważając starej Murzynki, niosącej garnek z wrzątkiem potrzebnym do oparzania kurczaków przed skubaniem. Po zderzeniu w ułamku sekundy zawartość naczynia znalazła się na twarzy i piersiach małej Felici. Rozdzierający krzyk dziecka momentalnie zaalarmował wszystkich domowników.

– Co się stało?! – Krzyknęła Isabel Bloylock, matka dziewczynki, wpadając do kuchni. Widząc całą sytuację, zawołała do biegnącej tuż za nią służącej: – Poślij natychmiast po doktora Branthleya! Boże, dlaczego Edward musiał akurat dzisiaj wyjechać! – zapłakała, zrozumiawszy, że to teraz ona będzie musiała podejmować wszystkie decyzje.

Poparzona Felicja wiła się z bólu i krzyczała i spośród wszystkich znajdujących się w kuchni, jedynie Sissinnguaq miała na tyle odwagi, by zbliżyć się do dziecka i spróbować je uspokoić. Trzymała dziewczynkę w ramionach i szeptała prośby do duchów, tak jak nauczył ja Wahkan. Szeptała słowa, które sprawiły, że mała doznała ukojenia.

Felicję szybko przeniesiono do sypialni, gdzie zajęła się nią matka i służące. Pani Isabel dobrze wiedziała, że zanim przybędzie doktor Branthley minie dobrych kilka godzin. Nie miała pojęcia, jak ulżyć w cierpieniu swojemu dziecku, a o tym, że dziewczynka będzie oszpecona do końca życia, starała się nawet w tamtej chwili nie myśleć.

– Mamo, ja chcę tę Indiankę – wyjęczała Felicja. – Przy niej mniej bolało.

– Jaką Indiankę, kochanie? – zapytała niepewnie Isabel, gładząc córkę po jasnych włosach.

– Tę z kuchni. Jak była przy mnie, to mniej bolało.

– Sprowadźcie natychmiast tę kobietę! – Zarządziła pani Bloylock, a kilka minut później Sissinnguaq już stała w progu pokoju.

– To ona prosiła, żebyś tu przyszła. – Isabel wskazała na Felicię. – Podobno możesz sprawić, żeby ją mniej bolało, więc zrób, co masz robić. Tylko uważaj, bo będę cię miała cały czas na oku – dodała.

Sissinnguaq niepewnie podeszła do łóżka, w którym leżała dziewczynka, chwyciła ją za rękę i w skupieniu zaczęła szeptać. Prosiła Wielkiego Ducha, by oszczędził bólu tej małej istotce.

W końcu Felicia powoli zaczęła się uspokajać, a napięte od bólu mięśnie twarzy rozluźniły się. Kilka minut później zasnęła.

Pani Isabel patrzyła na to wszystko z niedowierzaniem. Widząc, jak córka spokojnie śpi, sama poczuła chwilową ulgę. Od wielu ludzi słyszała o magii Indian, o ich kontaktach z duchami, o dziwnych, lecz skutecznych metodach leczenia, ale nigdy nie dawała wiary tym opowieściom, aż do tej chwili.

– Zostaniesz ze mną przy niej, dopóki nie przyjedzie lekarz – oznajmiła w końcu.

Jednak godziny mijały, a wezwanego do Felici lekarza wciąż nie było.

Dziewczynka budziła się od czasu do czasu i cichutko jęczała. Indianka trzymała ją za rękę, a pani Bloylock i dwie służące przyglądały się nieufnie.

– Proszę pani – zagadnęła nieśmiało Sissinnguaq. – Ja potrafię to wyleczyć.

– Co ty mówisz? – zapytała pani Isabel, którą słowa Indianki wyrwały z odrętwienia.

– Mówię, że mogę to wyleczyć – powtórzyła Sissinnguaq. – Te oparzenia. Zrobię tak, że nie zostanie po nich żaden ślad.

– To niemożliwe. Widziałam poparzonych ludzi. To zostaje na całe życie – mówiąc te słowa, pani Bloylock zaniosła się spazmatycznym płaczem. – Moja córeczka… moja śliczna córeczka… oszpecona na zawsze…

– Proszę nie płakać. Proszę mi pozwolić spróbować. Wszystko będzie dobrze.

– Czy to ją będzie boleć? – Isabel chciała się upewnić.

– Nie. To nie boli.

– Więc zrób, co w twojej mocy.

 

***

 

Kiedy kilka miesięcy później Fiona oznajmiła Egdarowi, że spodziewa się dziecka, ten nie posiadał się z radości.

– Czwarty miesiąc?! – Doktor Grandwels nie mógł uwierzyć, że sam wcześniej niczego nie zauważył. – Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?

– Chciałam mieć całkowitą pewność – odparła Fiona, spuszczając wzrok.

– Jak się czujesz? Muszę cię zbadać. Muszę być pewny, że wszystko jest w porządku. Tu w końcu chodzi o mojego… o naszego syna.

– Jeszcze nie wiadomo, czy to będzie chłopiec.

– Ja wierzę, że to będzie syn – stwierdził zdecydowanie Edgar. – A teraz powiedz, jak się czujesz?

– Czuję się świetnie i zapewniam cię, że wszystko jest w najlepszym porządku. Sissi już zadbała o mnie…

– Sissi? Potrzebujesz lekarza, a nie… – Edgar w ostatniej chwili ugryzł się w język, nie chcąc denerwować żony.

– Wszystko jest w najlepszym porządku – stwierdziła stanowczo Fiona. – Jeśli poczuję, że coś jest nie tak, to od razu poinformuję cię o tym. Póki co cieszmy się, że wreszcie nam się udało i wkrótce na świecie pojawi się nasze dziecko.

– Fiono, to jest bardzo poważna sprawa…

– Mam tego świadomość, Edgarze – zgodziła się. – Czuję się bardzo dobrze i wiem, że w razie czego mam obok siebie najlepszego położnika w Glasgow – dodała, by załagodzić sytuację i przytuliła się mocno do męża.

– Tak, moja droga, masz rację. – Edgar wreszcie nieco się uspokoił. – Jestem taki szczęśliwy – powiedział, po czym objął Fionę jeszcze mocniej. – Ale pozwolisz, że zadam ci kilka pytań. Tak, żebym był spokojniejszy.

– Odpowiem na wszystkie – odparła Fiona z uśmiechem.

 

Brzuch Fiony z miesiąca na miesiąc stawał się coraz większy. Pani Grandwels zapewniała męża, że wszystko jest w najlepszym porządku, że dobrze się czuje, a dziecko rusza się regularnie i nie ma powodów do niepokoju.

Dużo grała na fortepianie w tamtym czasie. Nie było dnia, żeby wnętrza salonu w domu przy placu Somerset nie wypełniała muzyka Chopina czy Schumana. Edgar widział, że gra uspokaja Fionę, a dzięki temu sam również wydawał się spokojniejszy.

– Chciałbym dotknąć – powiedział pewnego dnia Edgar, siadając obok Fiony przy fortepianie.

– Dotknąć klawiszy? Zagramy znów na cztery ręce? – zapytała, robiąc mu więcej miejsca obok siebie. – Już dawno nie graliśmy razem.

– Wiesz, że nie o to chodzi.

– A o co?

– Chodzi o dziecko.

Coś, co na co dzień robił, gdy zgłaszały się do niego pacjentki z nieprawidłowo przebiegającymi ciążami, obumarłymi płodami i innymi dolegliwościami, w przypadku żony, noszącej pod sercem ich dziecko, paradoksalnie nie było takie łatwe.

– Przecież ci mówiłam, że z dzieckiem wszystko w porządku – odparła Fiona.

– Chciałbym po prostu je… poczuć. Chciałbym dotknąć mojego syna, chociażby przez skórę.

– Jak się urodzi, to będziesz mógł go dotykać do woli. – Fiona zaśmiała się nerwowo.

– Chcę to zrobić – stwierdził stanowczo Edgar. – Proszę… – dodał w końcu.

– Oczywiście, Edgarze – powiedziała Fiona i chwyciwszy dłoń męża, przyłożyła ją do brzucha.

W pierwszym momencie Egdar nic nie poczuł, ale już po chwili pod skórą coś się poruszyło i zaczęło się rozpychać. Przy okazji Edgar wyczuł jakieś dziwne mrowienie, jednak nie zastanawiał się dłużej nad tym, bo najważniejsze w tej chwili było to, że tam w środku, żyje i rośnie jego upragniony syn, a już niedługo, z bożą pomocą, szczęśliwie przyjdzie na świat.

 

***

 

Szepcząc prośby do duchów, Sissinnguaq powoli nacięła nadgarstek i skropiła krwią zawartość wiklinowego kosza. Czerwone krople wsiąkały w ziemię, nadając jej specyficzną barwę. Kiedy Indianka poczuła, że zaczyna tracić siły i kręci jej się w głowie, wsunęła dłoń, aż po nadgarstek między grudki i po kilku minutach nieprzyjemne uczucie minęło, a rana się zamknęła i zaczęła momentalnie goić.

Kiedy Sissinnguaq zjawiła się ponownie w pokoju Felici, przy łóżku zastała jedynie panią Isabel.

– Pani też musi wyjść.

– Zostanę – zaprotestowała pani Bloylock.

– To się nie uda. – Pokręciła głową Indianka. – Muszę być z nią sama.

– Nie wiem, co chcesz jej zrobić. Czy jej nie skrzywdzisz?

– Do tej pory tylko pomogłam. A teraz chcę ją zupełnie wyleczyć. Proszę mi zaufać.

Isabel przez chwilę toczyła ze sobą wewnętrzną walkę. Widziała, jakie efekty przynoszą starania Sissinnguaq i wiedziała też, że to jedyna nadzieja na to, żeby jej córka nie była oszpecona do końca życia.

– Jak masz na imię? – zapytała w końcu pani Bloylock.

– Sissinnguaq.

– Słuchaj, Sissinnguuu… Słuchaj, Sissi, los mojej córki jest w twoich rękach. Jeśli coś jej zrobisz, to osobiście wyrwę ci serce! – zagroziła Isabel, po czym wstała, pocałowała córkę w czubek jasnej główki i wyszła z pokoju.

Sissinnguaq zaczęła powoli i delikatnie nakładać ziemię na rozognioną, pomarszczoną skórę Felici.

 

***

 

Dzień w szpitalu dłużył się Edgarowi niemiłosiernie. Wiedział, że rozwiązanie jest już blisko i kazał służbie zawiadomić natychmiast, gdy tylko Fiona zacznie odczuwać pierwsze skurcze, albo gdy zacznie się dziać coś niepokojącego. Nie mógł pozwolić, żeby w takim momencie jego żona została bez fachowej opieki, zdana jedynie na pomoc Sissi.

Choć wiele słyszał o uzdrowicielskich zdolnościach Indianki i o tym, że to ona przyjmowała wszystkie porody w rodzinie jego żony i cieszyła się ogromnym zaufaniem, nie tylko Fiony, ale też jej rodziców w sprawach związanych z leczeniem, to w tym konkretnym przypadku, gdy w grę wchodziło życie ich dziecka, wolał wziąć sprawy w swoje ręce i sam odebrać poród.

 

W tym dniu przyjęto na oddział położniczy niespełna szesnastoletnią dziewczynę w dziewiątym miesiącu ciąży. Mary Cockburn – bo takie nazwisko podała – miała zapadnięte policzki, sine worki pod oczami i ręce tak chude, że mogłoby się wydawać, że to same kości powleczone jedynie skórą. Z całą jej mizerną postacią mocno kontrastował olbrzymi brzuch.

Dziewczyna zwijała się z bólu za każdym razem, kiedy pojawiał się kolejny, coraz silniejszy skurcz.

– Wyciągnijcie ze mnie to dziecko! – krzyczała przez łzy. – Błagam, zróbcie coś!

– Proszę się uspokoić – powiedział łagodnie profesor Albert Grandwels. – Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby ci ulżyć w cierpieniu, drogie dziecko.

Pomimo wypowiadanych zapewnień, doktor Grandwels dobrze wiedział, że ta drobna dziewczyna z wąską miednicą nie ma szans urodzić. Już nie raz w swojej długoletniej karierze zawodowej patrzył na śmierć matek i ich dzieci. Dwukrotnie podejmował się przeprowadzenia cięcia cesarskiego, ale w obu przypadkach kobiety umierały w wyniku krwotoku wewnętrznego. Żadne z dzieci również nie przeżyło.

Wiedział, że cokolwiek teraz zrobi, ta dziewczyna nie ma żadnych szans i najgorsze w tym wszystkim było to, że mimo swojej wiedzy i doświadczenia, w tej sytuacji był bezsilny.

– Ojcze. – Głos Edgara przerwał rozważania profesora. – Wyjdźmy.

Chwilę później obaj mężczyźni znaleźli się na szpitalnym korytarzu.

– Myślę, że powinniśmy spróbować – zaproponował Edgar drżącym głosem.

– Wiesz dobrze, synu, że tego się nie praktykuje. Masz świadomość, jak to się skończy. Wszystko jest w rękach Boga – odparł Alfred z rezygnacją w głosie.

– Wiem, ale przynajmniej dziecko będzie miało szansę.

– Nie sądzę. – Profesor Grandwels odwrócił głowę w stronę okna i wpatrywał się w ciężkie, kłębiaste chmury, zwiastujące nadciągającą burzę.

– To, że tobie się nie udało, nie znaczy, że teraz też tak będzie. Są przypadki, kiedy dzieci przeżywały. Musimy tylko szybko zadecydować.

– Ja się tego nie podejmę. Nie zabiję jej.

– Ja to zrobię. – Edgar zaczął nerwowo spacerować za plecami ojca.

– Czy zrobiłbyś to, gdyby chodziło o Fionę?

Pytanie ojca całkowicie zaskoczyło młodszego lekarza. Nigdy nawet nie przyszedł mu do głowy ten najczarniejszy z czarnych scenariuszy. Wiedział, że ryzyko istnieje, ale nie brał go pod uwagę. Chyba po prostu nie chciał dopuszczać do siebie takiej myśli. Kiedy jednak chwilę się nad tym zastanowił, już wiedział, jaką podjąłby decyzję.

– Tak, zrobiłbym to. Gdybym wiedział, że mogę uratować przynajmniej dziecko, to bym to zrobił – powiedział Edgar, stając w końcu obok ojca. Przez moment wydawało mu się, że przez brudne szyby dostrzegł Sissi, rozmawiającą z jednym z pracowników kostnicy. Ostatecznie wydało mu się to niedorzeczne, bo w końcu, co Sissi miałaby tu robić?

– Odebrałbyś życie swojej żonie? – Z rozmyślań wyrwał go głos ojca.

– Tak… Gdybym miał szansę uratować dziecko, to zrobiłbym to.

– Więc spróbuj.

– Pomożesz mi?

– Wolałbym…

– Proszę. To może się udać.

– Dobrze.

– Zastanawiam się, czy nie powinniśmy użyć karbolu?

– Bzdura! Nie czas na eksperymenty.

 

 

***

 

W Sissinnguaq było coś takiego, co pozwalało jej zjednywać sobie ludzi. Po tym, jak udało jej się uleczyć Felicię, zyskała zaufanie pani Isabel, a także jej męża, w efekcie czego stała się opiekunką ich córki. Życie stało się prostsze, a sama Sissinnguaq, nazywana teraz przez panią – Sissi, odnalazła się w nowym otoczeniu i z przyjemnością obserwowała, jak dorastała jej mała podopieczna. A mimo iż dzieliło i różniło ją od tych ludzi tak wiele, to czuła, jakby byli dla niej rodziną.

Mała Felicia bardzo mocno przywiązała się do Sissi. Dziewczynka traktowała ją i kochała jak starszą siostrę, której nigdy nie miała. Kochały ją później dzieci, wnuki i prawnuki Felici.

Wiele lat później, gdy biały szron czasu pokrył głowy obu dziewcząt, ich twarze przypominały wyschnięte koryta rzek, coraz częściej docierała do nich świadomość upływającego czasu i nieuchronności losu. Świadomość zbliżającego się końca.

– Nigdy ci nie podziękowałam, Sissi – powiedziała Felicia i zaniosła się kaszlem, kiedy pewnego wieczora siedziały na werandzie i słuchały wieczornego koncertu świerszczy.

– Za co?

– Za to, że dałaś mi tak wiele. Za twarz, za zdrowie i długie życie.

– Dlaczego akurat teraz dziękujesz?

– Bo jestem zmęczona, a to nie może trwać w nieskończoność.

– W nieskończoność nie – zgodziła się Sissi. – Tego nie potrafię, ale jeszcze wiele lat przed tobą.

– To już nie przynosi takich efektów jak kiedyś. Słyszysz, jak kaszlę? Nie, już nie chcę – Felicia pokręciła głową – Nawet za cenę tego, że nie będę mogła patrzeć, jak dorastają moje prawnuki, jak zakładają rodziny i mają swoje dzieci, nie chcę.

– Felicio…

– Zaopiekujesz się nimi? Dasz im to, co dałaś mnie? Wiem, że potrafisz to zrobić. 

– Nie wiem… musiałabym zniknąć na jakiś czas. To nie jest takie proste.

– Więc odejdź, jeśli musisz, ale wróć. Czuję, że nie zostało mi zbyt wiele czasu.

Mimo złożonej deklaracji Sissinnguaq wciąż miała wątpliwości. Zastanawiała się, czy przypadkiem dla niej też już nie nadszedł czas, w końcu jednak przywiązanie do magii ziemi i chęć eksperymentowania okazały się silniejsze. Wiedziała, że dzięki tej magii może zyskać kilka, kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt lat. Pamiętała, że jej plemię uważało, że Wahkan jest nieśmiertelny, ale dopiero teraz zrozumiała, co dawało mu tę nieśmiertelność.

Zrobiła tak, jak uczył ją szaman: krew, pot, łzy i ziemia; dużo ziemi. Potem trans i prośby zanoszone do duchów, a w końcu zimno i wilgoć; początkowo drażniące i obce, ale z czasem coraz bardziej kojące. Sissinnguaq czuła jakby otaczająca ją ziemia wypełniała każdą cząstkę ciała, jakby przenikała do wnętrza, zespalała się z nią, by w końcu stać się jednością. Krew krążyła w żyłach szybciej, jakby napędzała machinę, która miała cofnąć czas. Poczuła w ustach smak ziemi – smak życia, który poznała już wcześniej i wiedziała, że od tej pory będzie jej już zawsze towarzyszył.

 

Kiedy Felicia zobaczyła Sissi w ciele, jakie Indianka miała wiele lat temu, gdy spotkały się po raz pierwszy, długo nie mogła dojść do siebie. Zmarła kilka dni później, a Sissinnguaq została, by wychowywać kolejne pokolenia Bloylocków, dbać o nich, leczyć, przyjmować na świat i cieszyć się ich zaufaniem.

Kiedy wiele lat później na świat przyszła mała Fiona, Sissinnguaq zobaczyła w niej wierną kopię małej Felici.

 

***

 

Jasny blask błyskawicy przecinającej niebo rozświetlił salę operacyjną, kiedy Edgar wykonał pierwsze cięcie. Gdy jego ojciec, tym razem asystujący przy operacji, rozciągnął brzegi rany, przebiegającej od pępka w dół, ich oczom ukazała się nabrzmiała macica.

– Musisz szybko wyjąć dziecko – poinstruował Alfred.

Edgar zawahał się tylko przez ułamek sekundy, po czym jeszcze raz dokładnie wytarł skalpel o mankiet surduta i zdecydowanym ruchem wykonał cięcie. Krew tryskająca z naczyń krwionośnych przysłoniła lekarzom pole widzenia. Niezrażony tym młodszy doktor Grandwels szybko sięgnął w głąb i już po chwili obaj lekarze ujrzeli małą, pokrytą ciemnymi włoskami główkę, a zaraz potem sine ramiona, korpus i nóżki dziecka.

– To chłopiec. Żyje – stwierdził Edgar z ulgą. – Proszę się nim zająć – zwrócił się do położnej i podał jej dziecko.

– Musisz ją szybko zaszyć – ponaglał Albert Grandwels.

– Tak, wiem. – Edgar otrząsnął się z emocji i wrócił do pracy. – Zastanawiam się tylko, czy nie powinienem zszyć również macicy?

– Synu, tego się nie praktykuje. Przecież to mięsień; sama się zamknie.

– Może robimy błąd i właśnie tutaj tkwi przyczyna nieudanych operacji?

– Nie sądzę – stwierdził zdecydowanie ojciec Edgara. – Nie ma czasu. Trzeba szyć, jeśli chcesz ją uratować.

– Tak, oczywiście – zgodził się ostatecznie Edgar i sięgnął po igłę.

– Doktorze Grandwels – powiedziała nagle położna oficjalnym tonem. – Dziecko nie żyje.

 

Po skończonej operacji Edgar podszedł do leżącego na stole obok ciałka noworodka. Patrzył na spoczywające bezwładnie maleńkie rączki i nóżki. Zaczął dostrzegać takie szczegóły, jak niewielkie znamię w kształcie gwiazdki, które chłopczyk miał na stópce, czy wyjątkowo długie ciemne włoski. Oczyma wyobraźni widział, jak to małe ciałko jutro spocznie w zbiorowym grobie, zabrane wieczorem wraz z innymi zmarłymi tego dnia w szpitalu. Zastanawiał się przez chwilę, co by czuł, gdyby to był jego syn, ale szybko odpędził od siebie tę koszmarną myśl.

Tego dnia wcześniej opuścił szpital. Chciał się upewnić, że z żoną i dzieckiem wszystko jest w porządku. Kiedy zbliżał się do swojego domu, zauważył Sissi, wracającą najwyraźniej z zakupów, o czym świadczył ogromny kosz, który Indianka miała ze sobą. Edgar zwolnił nieco, pozwalając kobiecie pierwszej dotrzeć do domu. Nie miał ochoty spotykać się z nią na ulicy.

 

Pacjentka Mary Cockburn zmarła kilka dni później na zapalenie otrzewnej. Fakt ten, jak i doświadczenie ojca w zakresie cięcia cesarskiego ostatecznie zniechęciły Edgara do wykonywania w przyszłości tego zabiegu.

 

W domu państwa Grandwels dawało się wyczuć nerwową atmosferę, towarzyszącą zazwyczaj oczekiwaniu na ważne wydarzenie. Fiona wciąż grywała na fortepianie, ale większość czasu wolała spędzać w swojej sypialni, tłumacząc się zmęczeniem. Dla Edgara było to zrozumiałe, że kobieta w jej stanie potrzebuje odpoczynku. Wiedział, że żona się boi, a on sam bał się chyba jeszcze bardziej. Co chwilę stawał mu przed oczami obraz małego chłopczyka ze znamieniem na stópce, a on myślał o tym, jak ulotne jest ludzkie życie.

Sissi również znikała w swoim pokoju na długie godziny. Edgar mógłby przysiąc, że słyszał dobiegające zza drzwi zawodzenia i jakieś dziwne śpiewy.

Wychodził rano do szpitala i jeśli było to tylko możliwe, wracał wcześniej do domu. Ze zniecierpliwieniem wyczekiwał kogoś ze służby, kto powiadomi go o tym, że właśnie się zaczęło, bardziej jednak liczył na to, że poród zacznie się w jego obecności.

Kiedy w końcu zobaczył ich służącą Betty biegnącą szpitalnym korytarzem, nie musiał czekać na to, co miała do przekazania.

Sowicie opłacony dorożkarz popędzał konie z całych sił. Przechodnie uciekali w popłochu przed rozpędzonym powozem, przeklinając głośno, gdy błoto pryskające spod końskich kopyt brudziło ich ubrania i twarze.

Roztrzęsiony doktor Grandwels wpadł do domu jak burza. Biegiem przebył drogę do sypialni Fiony, przeskakując schody po kilka stopni. W progu przywitała go Sissi.

– Ma pan syna, doktorze – poinformowała oficjalnym tonem.

– Już?! – zdziwił się Edgar.

– Już. Szybko poszło – potwierdziła Indianka. – I obyło się bez komplikacji – dodała.

Edgar spojrzał na leżącą w łóżku Fionę i na spoczywające obok niej zawiniątko, z którego dobiegało ciche kwilenie.

Podszedł na sztywnych nogach i spojrzał na małą twarzyczkę okoloną becikiem. Malec krzywił się, robiąc przy tym śmieszne miny. Ten rozczulający widok sprawił, że do oczu Edgara zaczęły napływać łzy szczęścia.

– Syn… mój syn! – powiedział z dumą, wpatrując się w dziecko. – Jak się czujesz, kochanie? – zapytał po chwili, jakby dopiero teraz zauważył żonę.

– Dobrze. – Fiona uśmiechnęła się blado. – Bardzo dobrze. Sissi świetnie się sprawiła.

Edgar spojrzał, na stojącą wciąż przy drzwiach Indiankę i skinął głową w wyrazie podziękowania. Ona odkłoniła mu się i wyszła z sypialni.

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę, moja droga! Wiesz, jak mocno pragnąłem tego dziecka.

– Wiem, Edgarze. Ja też jestem bardzo szczęśliwa.

– I do tego jeszcze syn! – Edgar pokręcił głową z niedowierzaniem. – Teraz wiem, że tradycja lekarska w rodzinie Grandwelsów nie zaginie. Mój syn…

Edgar wziął dziecko na ręce i nie mogąc oderwać od niego oczu, zaczął spacerować po pokoju.

– Mój syn… – powtarzał wciąż w kółko, jakby brzmienie własnych słów napawało go dumą. – Mój syn…

Szczęście przepełniało serce doktora, kiedy trzymał w ramionach tę maleńką istotkę. Krew z krwi, kość z kości… Grandwels – myślał. By lepiej mu się przyjrzeć, odsunął nieco otulający dziecko becik. Dziecko wydawało mu się niemal idealne. Spojrzał na długie ciemne włoski i nagle coś niezwykłego zwróciło jego uwagę. Tuż przy skroni, w plątaninie pasemek, dostrzegł dziwne czerwonawe grudki. Im dłużej im się przyglądał, tym bardziej nabierał przekonania, że już gdzieś widział tę dziwną substancję, przypominającą ziemię.

Dziecko nagle się poruszyło i zaczęło cicho płakać. Czy to niewygoda, czy też głód, sprawiły, że malec zaczął energicznie zginać i prostować nóżki. Edgar położył syna na łóżku, chcąc go dokładnie obejrzeć. Teraz mógł podziwiać swojego potomka w całej okazałości. Wszystko było idealne: główka, rączki i nóżki. Patrzył na miniaturowe stópki i nagle na jednej z nich zauważył niewielkie znamię w kształcie gwiazdki.

Koniec

Komentarze

“(…)dla kogoś spoza Glasgow, byłaby pewnie nie do zniesienia.” → Zbędny ten przecinek.

 

“(…)zdecydowanym krokiem, omijając kałuże, ruszył w stronę wejścia.” – Wg mnie brzmi nienaturalnie to wtrącenie. Radziłabym zmienić na: “zdecydowanym krokiem ruszył w stronę wejścia, omijając kałuże.”

 

Poza tym nie dostrzegłam jakichś rażących zgrzytów, ale wywinę się tym, że czytałam na telefonie.

 

Nie wiem, czy znasz serial “Tabu” z Tomem Hardym. Klimat jest właściwie identyczny, plecionka zadymionych, deszczowych, rozwijających się metalurgicznie i technologicznie wysp wraz z indiańskim szamanizmem tworzy tam idealne połączenie, które natychmiast skradło moje serce. Tutaj widzę tyle podobieństw, że wcale nie będę obiektywna i po prostu rzeknę, że bardzo mi się podobało. Historia ciężko stąpającego po ziemi doktora połączona z losem kroczącej wraz z bogami Indianki jest niezwykle obrazowa – przy czym wcale niełatwa do zrobienia, bo łatwo przesadzić z jednym wątkiem i przyćmić drugi. Ty poradziłaś sobie naprawdę zacnie. Czułam się, jakbym oglądała krótkometrażowy film.

 

Mam jednak parę pytań. (Spoilery)

 

Rozumiem, że silną rolę w indiańskiej magii ma reinkarnacja, z zaznaczeniem, że nie skradana jest cała dusza, lecz tylko jej kawałek – jak widać w tekście, siły witalne – a ziemia jest nośnikiem tego całego rytuału. Czy jednak to musi być jakąś konkretna ziemia, czy wystarczy ta z doniczki losowej paprotki? I czym są te czerwone drobinki? Krwią? Czy więc ziemia musi być nią “poświęcona”, żeby rytuał zadziałał?

 

Nie jestem pewna, czy właściwie zinterpretowałam zakończenie: dziecko ze znamieniem zmarło → pochowano je na cmentarzu → Indianka użyła ziemi z grobu dziecka do uratowania syna doktora, który zyskał identyczne znamię.

Wychodzi na to, że poród nigdy nie miał się powieść. Czy więc fakt, że żona zaszła w końcu w ciążę, był interwencją Sissi, która chciała pomóc Fionie, bo kochała ją i chciała jej szczęścia? Czy ten nieszczęsny kanarek ma z tym wszystkim jakiś związek?

 

Mimo pytań, lektura udana. Czyta się szybko, bohaterowie są prawdziwi. Medycyna absolutnie nie przeszkadza, choć poziom wiedzy ówczesnych lekarzy mną wstrząsnęła D: Jeżeli miałabym na coś narzekać, to wydaje mi się, że zbytnio chroniłaś nas przed realiami wojen międzyklanowych i ogólną grozą. Bo niby czuć i słychać, ale pokolorować jeszcze można. Przydałaby się tutaj porządna, soczysta brutalność, ale to tylko moje zdanie ;)

 

Jeśli chodzi o sprawę słuchowiska, to mogą być problemy z perypetiami Edgara, lubi sobie chłopak snuć swoje rozważania. Ale jakby tak faktycznie się nad tym zastanowić, to tym zarzutem można spokojnie obarczyć wszystkie opowiadania w konkursie. 

Podoba mi się układ postaci i relacje między nimi: ojciec i syn, kultywujący rodzinną profesję, mąż i żona, których związek oziębł i starają się go naprawić na gruncie rodzicielstwa; pani i egzotyczna służka, zaufana i praktykująca indiańskie czary.

Najlepszym wątkiem tekstu było dla mnie cesarskie cięcie, poród nieszczęsnej panny (pani?) Cockburn i towarzyszące procedurze dyskusje o rozwoju medycyny.

Główny wątek, niestety, nie wzbudził mojego zainteresowania. Rozwijał się w sposób bardzo przewidywalny i żadnym momencie nie popłynął na przekór oczekiwaniom czytelnika. Wiadomo, że magiczne moce indianki wyleczą poparzenia i pomogą przyjać poród i w ogóle są niezadowne, a z pewością znacznie skuteczniejsze od dziewiętnastowiecznej medycyny. Nie ma ryzyka, nie ma nie pewności, nie ma akcji.

Chyba mało dialogu, jak na słuchowisko. Opowiadanie jest przytłoczone przez narratora.

Kilka zdań ode mnie, podsumowujących betę:

 

Pięknie rozpisane dwa wątki, które rozwijają się symetrycznie, proporcjonalnie – tu historia rodzinna, małżeńska głównie, a równolegle stopniowo pokazane źródło głównego fantastycznego motywu, wywierającego wpływ na tą historię.

Idą liniowo, potem elegancko się splatają w pewnym momencie i lecą dalej ku końcowi, ku kapitalnej puencie, która z jednej strony doskonale zamyka opowieść, a z drugiej zostawia pewną otwartość – reakcja Edgara jeśli pokuma sytuację, a może nie pokuma…? Genialnie!

Podobają mi się proporcje w każdym rozdziale, nigdzie nie ma przesady, czy zbędnego tłuszczyku, wszystko, co zawarłaś w tekście ma swoje uzasadnienie, kreśli obraz sytuacji, kontekst, bohaterów i rozwija opowieść, i to jak wpływają na proporcjonalność i krój tekstu.

Cieszę się, że rozwinęłaś wątek szamanizmu, to naprawdę dodaje wiele smaku, choć tego ziemistego, gorzkiego, ale prowadzącego do źródła życia i będącego doskonałym kontrastem dla lekarskiej, szpitalnej sterylności, dla życia w sztywnych protezach wiktoriańskiego konwenansu, wypranego z tego, co naturalne. I naprawdę dobrze to wyszło, można poczuć, zobaczyć i usłyszeć zmysłami Sissi wszystkie elementy transu, bez zbędnych rozwinięć i cudowania.

Osiągnęłaś w tym tekście bardzo wysoki, jeśli nie idealny, stopień równowagi. Ja tu czuję balans, którym sam bym się chciał posługiwać. Może kiedyś… ;)

Namalowałaś mi Glasgow. Widzę tą architekturę – cegłę, stal i szkło, i to od pierwszych akapitów. Czuję ciężkie powietrze, chłonę atmosferę otaczającego miejskiego, fabrycznego otoczenia.

Narracja ma coś takiego w sobie, co kojarzy mi się z dawnymi powieściami i doskonale odzwierciedla świat przedstawiony i bohaterów.

 

Ta historia sama w sobie jest niezwykła, ciekawa, naprawdę wspaniały pomysł. I nie podany wprost, na żadnym etapie, a jednak zawierający pięknie wplecione wskazówki i „zasysacze” (elementy podkręcające ciekawość :D).

Podsumowując… Jak dla mnie, ten tekst posiada wszystko, co dobry tekst posiadać powinien! Brawo!!!

 Z ośmiu Twoich tekstów, które czytałem, ten podoba mi się najbardziej.

 

Gratulacje, AQQ, trzymam kciuki za konkurs!;)

 

 

 

i rozwija opowieść, i to jak wpływają na proporcjonalność i krój tekstu.

Cieszę się, że rozwinęłaś wątek szamanizmu, to naprawdę dodaje wiele smaku, choć tego ziemistego, gorzkiego, ale prowadzącego do źródła życia i będącego doskonałym kontrastem dla lekarskiej, szpitalnej sterylności

Ha, ha. Sterylności…

No cymes to nie był wówczas, ale w porównaniu z rootsem, chyba jednak. :)

“…niebo nad Glasgow, przybrało…” – bez przecinka

 

“miasto wydawało się jeszcze brudniejsze i brzydkie niż zwykle” → i brzydsze [OT: jakże to pięknie podsumowuje Glasgow ;)]

 

“źródłem ich narastającej wzajemnej niechęci, bez wątpienia” – bez przecinka

 

“sposób bycia, czyniły” – bez przecinka

 

Indianka najpierw poczuła” – narracja jest z jej punkti widzenia w tym kawałku, a ona raczej tak o sobie nie powie. Dalej, w narracji Edgara, jest ok

 

ognień – literówka

 

“Edgar dopił szkocką” – może to moja idiosynkrazja, ale mam wrażenie, że będąc Szkotem w Szkocji powiedziałby po prostu whisky, bo inna by mu do głowy nie przyszła ;)

 

“nie zauważając starej murzynki” – nie przypadkiem wielką literą?

 

“wskazała na Felicię” → Felicję? Masz niekonsekwentnie, osobiście byłabym za spolszczoną formą, bo ta przez “cia” wygląda w odmianie niedobrze (a w wymowie robi się Felići, Felića, Felićę)

 

“w końcu jednak przywiązanie do magii ziemi i chęć eksperymentowania, okazały się silniejsze” – bez przecinka

 

“Jasny blask błyskawicy przecinającej niebo rozświetlił salę operacyjną, kiedy Edgar wykonał pierwsze cięcie.” – bardzo to frankensteinowskie i na mój gust w tym tekście niepotrzebne

 

Z uwag merytorycznych mam wrażenie, że w 2 połowie XIX w. cesarskie cięcia, w których przeżywało dziecko i matka nie były już chyba rzadkością, choć musiałabym doczytać, zwłaszcza, jak to było na wyspach.

 

Ogólnie podoba mi się (marzy mi się zrobienie kiedyś antologii z tekstami o XVIII/XIX w. i od razu byłoby kandydatem), ale fabularnie niezbyt rozumiem, dlaczego Sissinguaq w ogóle trafiła na plantację? Oraz nie załapałam chyba związku jednego noworodka z drugim, bo przecież Fiona była wcześniej w ciąży, więc nie jest tak, że nagle urodziła jako żywe tamto martwe dziecko? Chyba że gwiazdka jest znakiem tych dzieci ziemi? Brakuje mi tu wyjaśnienia albo coś przegapiam.

 

I jeden drobiazg: w 1867 roku imię “Sissi” jednoznacznie wszystkim będzie się kojarzyć z cesarzową austriacką, jest to na dodatek rok zakończenia ważnej dla Europy wojny prusko-austriackiej, w której monarchia habsburska poniosła sromotną klęskę i przekształciła się w Austro-Węgry, więc sprawy austriackie były na ustach wszystkich. Ergo w Twoim świecie imię Indianki niosłoby bardzo mocne skojarzenia – nie jestem pewna, czy tego chcesz?

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Żongler – Dzięki za wyłapanie baboli. Poprawię później na spokojnie.

Nie, nie znam “Tabu”. Raczej nie oglądam seriali, więc w żaden sposób nie mogłam się nim zainspirować.

…ziemia jest nośnikiem tego całego rytuału. Czy jednak to musi być jakąś konkretna ziemia, czy wystarczy ta z doniczki losowej paprotki? I czym są te czerwone drobinki? Krwią? Czy więc ziemia musi być nią “poświęcona”, żeby rytuał zadziałał?

Myślę, że ziemia z losowej paprotki czy kaktusa też się nada. :P

Co do reszty dobrze kombinujesz.

Nie jestem pewna, czy właściwie zinterpretowałam zakończenie: dziecko ze znamieniem zmarło → pochowano je na cmentarzu → Indianka użyła ziemi z grobu dziecka do uratowania syna doktora, który zyskał identyczne znamię.

Pudło. Niestety źle zinterpretowałaś, ale wiem, że prawidłowa interpretacja na postawie tekstu jest możliwa. Beta to potwierdziła. :)

Mała podpowiedź – Fiona nigdy nie była w ciąży, a kanarek to taki bonus, jako podpowiedź do rozwiązania zagadki.

Bardzo się cieszę, że ostatecznie lekturę uważasz za udaną, pomimo braku brutalizmów. Dzięki. :)

 

Wisielcze – cieszę się, że zwróciłeś uwagę na fragment z cesarskim cięciem i dyskusje o rozwoju medycyny.

Główny wątek, niestety, nie wzbudził mojego zainteresowania. Rozwijał się w sposób bardzo przewidywalny i żadnym momencie nie popłynął na przekór oczekiwaniom czytelnika. Wiadomo, że magiczne moce indianki wyleczą poparzenia i pomogą przyjać poród i w ogóle są niezadowne, a z pewością znacznie skuteczniejsze od dziewiętnastowiecznej medycyny. Nie ma ryzyka, nie ma nie pewności, nie ma akcji.

Zastanawiam się, jak zinterpretowałeś historię z dzieckiem, bo jak na razie jeszcze nikt tego nie zrobił właściwie. Czy jesteś pewien, że ktoś oprócz nieszczęsnej Mary Cockburn urodził dziecko?

Chyba rzeczywiście mało dialogów. Trudno. Dzięki za odwiedziny. :)

Majku – na cóż ja ci mogę powiedzieć poza pięknym DZIĘKUJĘ. :D

Cieszę się, że dostrzegłeś tyle pozytywnych stron tego tekstu i ostatecznie zdecydowałeś się, żeby go zgłosić tam gdzie zgłosiłeś.

Więc jeszcze raz – DZIĘKUJĘ!

Drakaino – Tak, wiedziałam, że znajdzie się jeszcze masa błędów, których sama nie byłam w stanie wychwycić. Dzięki. :)

Z uwag merytorycznych mam wrażenie, że w 2 połowie XIX w. cesarskie cięcia, w których przeżywało dziecko i matka nie były już chyba rzadkością, choć musiałabym doczytać, zwłaszcza, jak to było na wyspach.

Pierwsze udane cięcie cesarskie przeprowadził niejaki Porro – Włoch w 1876. Usunął macicę, matka i dziecko przeżyli. Wcześniej jedynie w sporadycznych przypadkach udawało się uratować dziecko, a matki umierały za zapalenie otrzewnej. Tak jak pisałam w tekście, uważano, że zaszywanie macicy nie jest konieczne, więc kobity sobie tak krwawiły i umierały. Zapewniam cię, że tutaj wszystko jest w porządku i odsyłam jednocześnie do niesamowitych książek Jurgena Thorwalda: “Stulecie chirurgów” i “Triumf chirurgów”, bo bazowałam akurat na tych pozycjach.

…ale fabularnie niezbyt rozumiem, dlaczego Sissinguaq w ogóle trafiła na plantację

Wydawało mi się, że wyjaśniłam to w tekście. Tak się składa, że jedne plemiona polowały na członków innych plemion i sprzedawały ich plantatorom, jako tanią siłę roboczą. Niewolnikami byli nie tylko Murzyni, Indianie też. Jakoś przez przypadek trafiłam na taki wątek i postanowiłam go wykorzystać.

Oraz nie załapałam chyba związku jednego noworodka z drugim, bo przecież Fiona była wcześniej w ciąży, więc nie jest tak, że nagle urodziła jako żywe tamto martwe dziecko? Chyba że gwiazdka jest znakiem tych dzieci ziemi? Brakuje mi tu wyjaśnienia albo coś przegapiam.

Kolejna zła interpretacja, ale kombinuj dalej. Zapewniam cię, że jest to możliwe. ;)

 

Odnośnie imienia Sissi, to najpierw znalazłam to indiańskie i bardzo mi się spodobało, ale domyślam się, że byłoby trudne do wymówienia przez “białych”, i dlatego pani Isabel skróciła je do – Sissi. Nie brałam pod uwagę sytuacji politycznej w Europie, ale chyba nie będę już tego zmieniać. 

Przy okazji jeszcze raz dziękuję za Chopina i Schumana. :)

No to jak nie znasz Tabu, to serdecznie polecam, tematyka właściwie identyczna jak w Twoim opowiadaniu. ;)

Dzięki, może kiedyś się skuszę. :)

AQQ – Thorvalda przyłapałam parę razy na wybiórczym traktowaniu tematu (to głównie w tym o ginekologach), żeby było sensacyjniej, oraz paru babolach, więc nie mam do niego pełnego zaufania, ale nie będę polemizować, bo moja wiedza o historii medycyny jest niestety dość ograniczona. Odczucia miałam raczej z lektury pamiętników dziewiętnastowiecznych, ale też nie był to w nich podstawowy temat ;) niemniej wydawało mi się, że przynajmniej dzieci przeżywały dość często.

 

W kwestii tego, czemu była na plantacji – wiem historycznie o niewolnictwie Indian i jego mechanizmach, chodzi mi o konkretną bohaterkę, o to, że miałam wrażenie, że jako ta ożywiona, pod opieką szamana, miała na to znacznie mniejsze szanse i może w ogóle żyła gdzieś poza społecznością. W pierwszej chwili myślałam, że ona u tych państwa znalazła się celowo, z jakichś sobie tylko znanych powodów.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tabu gicio, czekam na drugi sezon, się ciągnie, kurde, chyba na przyszły rok premiera. :(

Zastanawiam się, jak zinterpretowałeś historię z dzieckiem, bo jak na razie jeszcze nikt tego nie zrobił właściwie. Czy jesteś pewien, że ktoś oprócz nieszczęsnej Mary Cockburn urodził dziecko?

Chyba rzeczywiście mało dialogów. Trudno. Dzięki za odwiedziny.

Mary urodziła dziecko, które zmarło, a potem Indianka Sissy wskrzesiła je metodą ziemno-szamańską.

Muszę pochwalić ten aspekt konstrukcji indiańskiego wątku: wskrzeszenie noworodka miało podwójny forshadowing, podczas retrospekcji szamanki i w wąteczku kanarka. Cenię dobrą konstrukcję fabuły, bo to rzadkość. A u Ciebie wydarzenia posuwają się w sposób klarowny, przejrzysty i logiczny. Umiejętnie splotłaś dwa wątki i jeszcze retrospekcję.

Morałem jest wyższość duchowości tradycyjnej nad chłodną (błądzącą? pionierską? bezemocjonalną?) nauką. Wolałbym, żeby konfrontacja dwóch światów postawiła pytania, zamiast udzielać oczywiste odpowiedzi. Puentę odczytuję jako ekologiczny triumfalizm.

Nie podoba mi się jednoznaczność przesłania i fakt, że wątek indiański jest, jak już wspomniałem, mało zaskakujący. Opowiadanie po prostu nie rzuciło wyzwania moim oczekiwaniom, w każdej scenie działo się to, co uważałem za oczywiste.

Marudzę Ci bo uważam, że tekst jest solidny, piszesz umiejętnie. Im autor bieglejszy, tym mocniej krytykuję teksty. Dowodem tego są moje wypowiedzi w wątkach debiutantów, gdzie wypowiadam się w zupełnie innym tonie.

Zatem przyjmij, proszę, moją krytykę jako komplement. Powodzenia w konkursie! ;)

PS mogłabyś przedstawić większą część historii za pomocą dialogów. W obecnej chwili aktorzy mają małe pole do popisu, bo nie dość, że kwestii mówionych jest mało, to nie są one szczególnie wysycone konfliktem i emocjami. Wyjątkiem jest scena przy stole, gdzie między małżonkami widać interesujące napięcie.

Miałaś w tym tekście super układ postaci, otwierający drzwi do napisania fajnych dialogów; między ojcem i synem, ojcem i synową, indianką i ojcem, dało się pokazać zderzenia przeróżnych poglądów i większą część ekspozycji przerzucić z narratorskich komentarzy do kwestii wygłaszanych przez bohaterów.

Nie chcę wyjść na zarozumialca, ale pozwolę zaprosić Cię do mojego opowiadania “Seleukos w Kolchidzie”. Tam prawie wszystko dzieje się dialogiem. Sądzę, że masz lepsze szanse w rywalizacji, bo poruszyłem niszową tematykę i wykorzystałem niepopularną stylizację,  co uświadomiły mi dopiero komentarze. Niemniej jeśli chodzi o względy formalno-konstrukcyjne, uważam, że warto tam zajrzeć.

“Spisek przeciwko następcy” Finkli też dobrze wypada pod względem dialogów: jest ich sporo, często związane są z konfliktem między postaciami i można z nich sporo wycisnąć aktorską interpretacją.

Drakaino – sprawdzałam inne źródła i dowiedziałam się tego samego na temat cięcia.

że jako ta ożywiona, pod opieką szamana, miała na to znacznie mniejsze szanse i może w ogóle żyła gdzieś poza społecznością. W pierwszej chwili myślałam, że ona u tych państwa znalazła się celowo, z jakichś sobie tylko znanych powodów.

Nie uważasz, że można po prostu mieć w życiu pecha? ;)

Nie znalazła się tam celowo.

 

Wisielcze – Brawo! prawidłowa interpretacja! Twoją krytykę przyjmuję jako komplement, a co zostało napisane, to tego już nie zmienię. Niestety. 

Od przyszłego tygodnia zaczynam nadrabiać zaległości portalowe, więc oczywiście zajrzę do Ciebie.

 

Nie uważasz, że można po prostu mieć w życiu pecha? ;)

Można. Ale zgłosiłam coś, co mnie w tekście zatrzymało ze znakiem zapytania…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Można. Ale zgłosiłam coś, co mnie w tekście zatrzymało ze znakiem zapytania…

Uważam, że najprostsze rozwiązania są czasem najlepsze i nie ma się co doszukiwać drugiego dna. :D

Nie doszukiwałam się drugiego dna – po prostu ten kawałek historyjki wydał mi się niedopowiedziany, bo w moim czytelniczym odczuciu rozwój wypadków zapowiadał inne rozwiązanie. To nie jest krytyka Twojego rozwiązania, które oczywiście jest sensowne, ale tylko i wyłącznie zgłoszenie, że coś zwróciło moją uwagę jako niedopowiedziane. Jako autorka lubię dostawać takie sygnały, więc je również wysyłam…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, wątpliwości to rzecz naturalna i w pełni cię rozumiem. Cieszę się, że zgłaszasz zastrzeżenia, uwagi, bo mnie również daje to do myślenia. Mam nadzieję, że w tym przypadku moje wyjaśnienie jest wystarczające. :)

Ładna historia. Faktycznie, fabuła w dużej części przewidywalna, bo nie byłoby historii, gdyby coś potoczyło się inaczej. No, ale i tak jest ładnie. Tak sobie tekst spokojnie płynie, jak woda w Tamizie.

Ha! Dobrze zinterpretowałam, że oszukały faceta. Interesujące podejście do zdrady małżeńskiej. Teraz będzie wychowywał nie swoje dziecko, chociaż żona nie spała z innym. I to przed prawidłową cesarką, o in vitro nie mówiąc. ;-)

Zostało Ci trochę literówek, nie wypisywałam wszystkich.

ale im silniejsza stawał się jej wola

Jedna.

Fiona wydawała się odmieniona, a jej czułość wydawał się zaskakująca.

Druga, a do tego powtórzenie.

Babska logika rządzi!

Finkla – fajnie, że udało ci się rozszyfrować zagadkę! Bardzo się cieszę, że spodobał ci się ten tekst, nawet jeśli fabuła była przewidywalna. 

Interesujące podejście do zdrady małżeńskiej.

Jak znów zdrada? Ze zdrady, to można mieć satysfakcję. W sumie dziecko też. :)

Dzięki!

Oszukiwały go, że to on jest ojcem – zdrada jak byk. ;-)

Babska logika rządzi!

Jak oszukiwały – to oszustwo. :)

Jedno nie wyklucza drugiego. ;-)

Ale OK – technicznie to nie była zdrada. Chociaż skutki identyczne. I to jest ciekawe.

Babska logika rządzi!

Nie każde oszustwo to zdrada, ale każda zdrada jest oszustwem.

Ale OK – technicznie to nie była zdrada. Chociaż skutki identyczne. I to jest ciekawe.

Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej podoba mi się to, co wymyśliłam. :D

 

Nawiasem mówiąc, zapomniałam dodać, że masz u mnie wielkiego plusa za Indian, którzy nie są jedynie przemądrymi, szlachetnymi i niewinnymi, ale wykorzystałaś niechęci i wojny plemienne, które pomija się w popkulturowym, ale często też historycznym przekazie :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ogromnie się cieszę z tego plusa. :) A Indianie, podobnie jak chyba wszystkie nacje świata, mają swoje czarne karty w historii, więc nie chciałam ich idealizować.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki, NWM. :)

Zasnute mieszaniną mgły i dymu z kominów niebo nad Glasgow, przybrało brunatny kolor, sprawiając, że miasto wydawało się jeszcze brudniejsze i brzydkie niż zwykle.

To tak na dzień dobry ;-) 

Ale poza tym, nie mam żadnych powodów do marudzenia, bo jest klimat, są ciekawi bohaterowie, interesujący temat, jest tajemnica… Bo, generalnie wszystko, czego porządny tekst potrzebuje. Napisane też solidnie, widać tu sporo włożonej pracy.

Pójdę za Majkubarem – jest to najlepsze Twoje opowiadanie do tej pory. Znaczy z tych, które czytałem, bo może coś mi uciekło. 

Zastanawia mnie tylko co stało się z dzieckiem Fiony? No bo była w ciąży, tak? Czy była to jakaś indiańska ściema, a ja to przegapiłem? 

Cóż, czas zrobić użytek z moich nowo nabytych supermocy :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone – dzięki za wyłapanie. Nie mam pojęcia, jak to się tam znalazło. :)

Wiesz, ja też mam takie odczucie, że ten tekst mi wyszedł i generalnie jestem z niego zadowolona. Fajnie, że Ty i Majkubar potwierdziliście to. 

Zastanawia mnie tylko co stało się z dzieckiem Fiony? No bo była w ciąży, tak? Czy była to jakaś indiańska ściema, a ja to przegapiłem? 

No, niestety, ale Fiona nie była w ciąży. A teraz kombinuj. ;)

I jak? Fajne te supermoce? Bo mnie się bardzo Twój głos podoba i dziękuję za niego. :D

 

 

Z której strony bym nie przeczytał, to mi wychodzi, że ona coś w tym brzuchu miała. Bo jeśli to jakaś szamańska sztuczka, to musiała być niekiepska, że lekarz dał sie nabrać, nawet gdy pragnienie posiadania potomka nieco padło mu na mózg. Tylko co miała? Gdyby nie scena z dotykaniem, to nie ma problemu. Dziewiętnasty wiek, osobne sypialnie, jeśli przez okres nibyciąży zachowywali wstrzemięźliwość (co za okropne słowo) to wcale nie musiał jej nawet oglądać bez kilku warstw tkaniny. Rosnący brzuch można byłoby zamarkować. Ale coś tam się jednak poruszało. Chyba nie kanarek? :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dobre pytanie, też mnie to zastanawiało. :-)

Babska logika rządzi!

Mówię, że coś jest nie halo z kanarkiem. Wgl ptaszki w klatkach to jakieś uosobienie zła, szukającego zemsty za lata zniewolenia. Btw, stwierdzam, że bardzo średnio wypada w tym opowiadaniu tytuł. Celowo taki ogólnikowy? ;)

Proponuję: “Chtoniczna rezurekcja i zagadka widmowego płodu”

albo

“Gleba”

"Zastosowanie północnoamerykańskiego ziemiolecznictwa w ginekologii i położnictwie, ze szczególnym uwzględnieniem ryzyka wystąpienia zmian patologicznych w obrębie metafizyki prenatalnej."

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Hej :)

Bardzo mi się podobało Twoje opowiadanie i naprawdę, przeczytałem je z przyjemnością :)

 

Jedna, merytoryczna uwaga:

Bez obrazy, ale to nie ma nic wspólnego z szamaństwem :) Duchowość przez Ciebie przedstawiona, jest bardzo płytka i stereotypowa. każdy, kto trochę praktykował szamanizm (a ja praktykowałem i zostałem nawet przyjęty do pewnego plemienia :) ), uśmiechnie się z pobłażaniem ;)

Proponuje Ci, zanim weźmiesz na warsztat ten temat, kilka lektur:

Serge King

– Szaman miejski (PODSTAWA, BEZ TEGO NIE ZABIERAJ SIĘ ZA SZAMANIZM)

Carlos Castaneda:

 Nauki Don Juana 

Odrębna rzeczywistość 

Podróż do Ixtlan

Opowieści o mocy

Drugi krąg mocy

Dar orła

Aktywna strona nieskończoności

Wewnętrzny ogień

Potęga milczenia

Sztuka śnienia

 

I dla uzupełnienia Władimir Merge, seria: Dzwnoniące Cedry Rosji.

 

Mam nadzieję, ze Ciebie nie uraziłem (nie takie miałem intencje), ale generalnie, przy całym szacunku i uznania dla warsztatu, nie lubię, jak ktoś pisze o czyms, o czym nie ma dogłębnej wiedzy :)

 

Przykładowo:

Ayahuasca, czyli silny napój halucynogenny, używany do ceremonii duchowych, jest zielona, nie jest gorzka i napewno nie rzyga się po niej :)

Jest taka, robiona dla turystów, ceremonia, w której tychże turystów zatruwa się jadem żaby, oni potem rzygają i sa zachwyceni, ale Indianie maja ich za fajerów ;) Ona faktycznie jest żółtego koloru.

 

Ceremonia zwiazana z przyjęciem środków halucynogennych, tak nie wygląda. Ząden szaman nie zrobiłby tego w ten sposób. 

Przygotowania do takich ceremonii trwają miesiącami, a to dla zniechęcenia “duchów strachu”, czyli nieuświadomionych traum tkwiących w podświadomości. Robi się długotrwałe posty, medytacje, ceremonie wstępne… a i tak nie wszyscy zostaliby dopuszczeni do takiej ceremonii. Z tego samego powodu, dla którego nie da się wejść – nieprzygotowany – w buddyjskie odosobnienie, czy zwiedzić Świątynię Mormonów. Osoba nieprzygotowana dostałaby kręćka. Twoja bohaterka raczej też ;)

 

Widzenie świata przez szamanów nie jest obiektowe, tylko symboliczno– energetyczne. Jest to zasadnicza różnica w percepcji rzeczywistości między kulturą euro– amerykańską, opartą o filozofię grecką, a kulturą Indian obu Ameryk.

 

 

Dlatego przyzwoity Autor opowieści duchowej musi liznąć szamanizmu, buddyzmu, pojechac do klasztoru Cystersów, zwiedzić świątynie koptyjskie (chocby tylko w internecie), a Autor SF musi znać podstawy fizyki kwantowej i historię :)

 

Ale piszesz fajnie, pozdrawiam :)

Thargone, toż to brzmi jak praca naukowa, fuj! Ja ze swojej strony dorzucę: “Dychotomia dobra i zła na przykładzie żółtego kanarka w klatce” lub “Tajemniczy przypadek doktora Edgara Grandwelsa” (ostatnie bardzo XIX-wieczne, niczym nagłówek w gazecie, polecam).

Ja też uważam, że kanarek jest tu istotny. Symbolizuje zniewolenie Indian, wciąż umiera i odradza się w tej samej klatce. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Jest Finkla, jest Thargone – jest impreza. :D

Czytałam wasze komentarze z telefonu, ale nie miałam jak odpowiedzieć. W każdym razie bawiłam się nieźle, widząc propozycje tytułów.

"Zastosowanie północnoamerykańskiego ziemiolecznictwa w ginekologii i położnictwie, ze szczególnym uwzględnieniem ryzyka wystąpienia zmian patologicznych w obrębie metafizyki prenatalnej."

heart

Wiem, że tytuł jest nijaki, ale nie mogłam wymyślić nic lepszego.

Kanarek został wskrzeszony z pomocą ziemi. Generalnie ma to znaczenie na samym końcu, kiedy Edgar widzi dziecko i w tym momencie wszystkie kawałki układanki powinny wskoczyć na swoje miejsce. Jaka była później jego reakcja, to już zostawiam wyobraźni czytelnika.

Jeśli chodzi o ciążę Fiony, to pokombinujcie z cieniami. :)

 

Trukszyn – Cieszę się, że opowiadanie ci się spodobało, mimo płytkiego i stereotypowego potraktowania w nim szamanizmu. Przyznam, że nie mam o tym większego pojęcia, a sam wątek pojawił się w mojej głowie dość niespodziewanie i nie miałam czasu, by odwiedzić klasztor Cystersów, poeksperymentować i poczytać więcej niż to konieczne.

Poza tym nigdzie nie ma mowy, że to Ayahuasca (z tego co wiem, to raczej Indianie z Ameryki Południowej tym się zabawiają) Owszem była inspiracją i tyle. Jest wiele roślin, które robią dziwne rzeczy z człowiekiem.

Rozumiem, że masz pewne doświadczenia w swoim plemieniu i Twój odbiór tekstu jest taki, a nie inny, ale pisząc ten tekst nie miałam zamiaru wgłębiać się w coś, o czym, jak zauważyłeś, nie mam pojęcia, a to co napisałam powinno zadowolić przeciętnego czytelnika. Nie przypuszczałam, że trafię na fachowca, więc sorry.

Dzięki za komentarz i absolutnie nie czuję się urażona. :)

 

 

Aż mi głupio, że nie zapodałam żadnego alternatywnego tytułu. Śpieszę nadrobić niedopatrzenie. Naukowe już chyba wyeksploatowane, pójdźmy w stronę finklową: lekką i z humorem: “Ptaszek doktora Grandwelsa”. ;-)

Babska logika rządzi!

Piękne <3 choć myślę, że doktor Grandwels wolałby określenie “ptak”. ;)

Dziwi mnie jednak, Finkla, że w Twoim tytule brak lodówki. ;D

A wtedy znano technologię schładzania?

Najpierw rzucasz kłody pod nogi i wybierasz jakąś bezlodówkową epokę, a potem marudzisz… ;-)

Babska logika rządzi!

Wiesz dobrze, że lodówkę można dopasować do każdej epoki i sytuacji. :P

No do idźmy w horror: “Przechowywanie krwi poza organizmem. W stu procentach naturalne, bezlodówkowe metody”.

Babska logika rządzi!

Od razu lepiej. ;)

Jeśli chodzi o ciążę Fiony, to pokombinujcie z cieniami. :)

Fiona była w ciąży z Cieniem? ;-) 

Ale na serio – kojarzę ten moment, kiedy doktor Grandwels idziemy od sypialni małżonki i widzi coś, co wygląda jak cień dziecka, ale potraktowałem to jako element dodający klimatu. Jeśli miałbym się na upartego czegoś w Twoim tekście czepiać, to niewykorzystanego motywu tej pseudociąży. Cholernie ciekawi mnie co to było, skąd się wzięło i co sie z tym potem stało. Choć zdaję sobie sprawę, że nie ma to właściwie znaczenia dla fabuły. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Powiem szczerze – to jedno z najlepszych opowiadań, jakie do tej pory czytałem na portalu. Jasne, udzielam się w sumie od niezbyt dawna, ale i tak :)

Mam nadzieję, że odrobina historii medycyny Was nie zniechęci.

Właśnie ta historyczna otoczka, klimat zupełnie innych czasów i ukazanie odmiennej mentalności jest jednym z najlepszych elementów. Do tego świetny, dopasowany do epoki język i naprawdę dobra historia.

Jeśli musiałbym się czegoś przyczepić, powiedziałbym, że elementy czysto szamańskie wypadają odrobinę blado na tym tle, tzn. szczególnie moment z wizjami po psychoaktywnym koktajlu mnie nie urzekł. Jasne, przekazał zwięźle to, co jest niezbędne do zrozumienia tekstu, ale osobiście wolałbym, gdybyś trochę tu popłynęła z tematem (współcześnie szamanizm jest ciągle żywy i nie brakuje w sieci opisów ayahuascowych albo innych tripów, którymi można się zainspirować).

Ale to tak w ramach czepiania się :) Ogólnie – jestem pod wrażeniem. KLIK!

 

 

Pełna zgoda, to zdecydowanie Twoje najlepsze opowiadanie. Jeśli powstało specjalnie na potrzeby konkursu, to powinnaś brać się za każdy kolejny, bo Twoje pióro nabiera barw z konkursu na konkurs.

Opowieść może i toczy się koleinami, które czytelnik sobie sam równolegle wytycza w trakcie czytania, ale mimo to jest kilka zaskoczeń. Ja na przykład, przy początku tekstu sprawdzałem, czy nie ma taga "horror" i czy Sissi nie będzie się mściła w starym indiańskim stylu rodem z "Manitou" na ludziach, którzy stali tak naprawdę za śmiercią jej bliskich. A tymczasem jej losy poszły w zupełnie inną stronę.

Napisałaś swoją historię ładnym językiem, równym rytmem i przy tym obrazowo (może powierzchownie nieco, ale nie wymagam od Ciebie podróży w czasie do XIX-wiecznego Glasgow, tak jak nie wymagam wstąpienia do plemienia indiańskiego w celu opisania szamanizmu ;))

Podoba mi się dobór miejsca, scenografii i czasu akcji. Ciekawie wyglądają postacie, mimo że w sumie mieszczą się w stereotypach, to jednak lekko je przełamują (niepokojąca, ale jednak dobra szamanka z orlim nosem, ojciec-lekarz wcale nie surowy tylko sympatyczny itd.).

W trakcie lektury napotkałem sporo zdań czy fragmentów (np. opisów), przy których kiwałem głową z uznaniem. Dobrze się to czyta po prostu.

W kwestii kompozycji mam tylko jedną uwagę. Zacząłbym tekst od wątku Sissi, od jej śmierci, a dopiero jako drugą linię fabularną wprowadziłbym historię Edgara.

Ja także pomyślałem, że jednak Fiona urodziła. Pomyślałem, że urodziła ale dziecko zmarło i indiańska przyjaciółka ożywiła dla niej to drugie dziecko (nie wiem czemu nie jej tylko jakieś inne, ale jak mówił wcześniej szaman, nie każdego da się ożywić), a kanarek był jakby próbą generalną ożywiania (jak wspomniałaś wcześniej Sissi nie potrafiła z początku przywracać do życia tak, jak to potrafił jej nauczyciel). Czekam więc na rozwiązanie zagadki czegoś kopiącego w brzuchu, bo nadal nie wiem jaki był Twój zamysł.

Ps. Tak na marginesie. Zaczynam podejrzewać Ciebie o pracę w służbie zdrowia.

Ps.2. Master mnie ubiegł z klikiem gdy pisałem komentarz, ale masz mojego klika wirtualnego.

 

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Thargone 

Fiona była w ciąży z Cieniem? ;-) 

Dokładnie, a Edgar się burzył z tego powodu. ;D

Cholernie ciekawi mnie co to było, skąd się wzięło i co sie z tym potem stało.

Pierwsza wersja tego, co znajdowało się w brzuchu Fiony była na tyle niesmaczna, że pewien doktor wybił mi ją z głowy. Zostańmy zatem przy cieniu i indiańskich czarach. ;)

 

Masterze – niezmiernie miło czytać taką opinię. Cieszę się, że klimat epoki, język i cała otoczka przypadły ci do gustu. Co do szamanizmu, to raczej się nie wybronię, więc przyjmuję krytykę.

Bardzo dziękuję za klika i zgłoszenie do piórka. :)

 

Marasie – Na wstępie przepraszam, że znów wrzuciłam opowiadanie we czwartek. Dopiero jak sobie uświadomiłam jaki to dzień, to pomyślałam, że czwartkowi dyżurni mają ze mną przerąbane. :)

Miło widzieć pod swoim tekstem kolejnego zadowolonego czytelnika. To bardzo mobilizuje do dalszej pracy. 

Opowiadanie zaczęłam pisać jeszcze w zimie, i kiedy ogłoszono konkurs, to pomyślałam, że mogę je wykorzystać.

Czekam więc na rozwiązanie zagadki czegoś kopiącego w brzuchu, bo nadal nie wiem jaki był Twój zamysł.

Tego akurat nie podam ci na tacy, ale mogę jedynie powiedzieć, że Fiona nie była w ciąży, a Thargone kombinuje w dobrym kierunku. ;)

Nie, nie pracuję w służbie zdrowia, ale przyznam, że kiedyś miałam fazę na bycie lekarzem, krojenie ludzi, babranie się we wnętrznościach. Ostatecznie skończyło się na żabie i kilku rybach. :D Jednak medycyna wciąż mnie pasjonuje.

Dzięki za wizytę, dobre słowo, mobilizację i wirtualnego klika. :)

A może “Co jest doktorku, czyli Sissi i Tweety”?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Poza tym nigdzie nie ma mowy, że to Ayahuasca (z tego co wiem, to raczej Indianie z Ameryki Południowej tym się zabawiają)

 

Jeśli chodzi o “przejście przez zasłonę” ( bo to robi Twoja bohaterka), to bezwzględnie była to ayahuasca. Jest ona rozpowszechniona wśród plemion wszystkich, trzech Ameryk, ale rozpowszechniona przez Carlosa Castanedę, absolutnego guru, jeśli chodzi o duchowość szamańską. Zresztą nie tylko, był on najpopularniejszym, hipisowskim, amerykańskim pisarzem, a na historii o naukach Don Juana wzorował się sam George Lucas, pisząc scenariusz do Gwiezdnych Wojen.

 

To tyle ciekawostek na temat szamanizmu Indian wszystkich, trzech Ameryk :) I wysp polinezyjskich :)

 

Mimo wszystko, upieram się przy swoim. Pisząc o powieść historyczną, trzeba znać historię, powieść o SF, trzeba znać parę dziedzin naukowych… odwołując się do duchowości szamańskiej… no wypadało chociaż przeczytać jakiś artykuł :D

Myślę, że jeśli piszemy o czymś, o czym nie mamy żadnego pojęcia to nasza opowieść będzie popularna tylko w kręgach znajomych, a jak trafi na kogoś, kto nas nie zna… to się otwieramy na ostrzał z ciężkiej artylerii. :) 

 

Widzę, Marasie, że dołączyłeś do zabawy. :D

Dobry tytuł!

Trukszyn – zapewniam cię, że czytałam. Jeśli nie wyszło w tekście, to tylko dlatego, że miałam własną wizję na pewne sprawy. To nie są kwestie naukowe i w opowiadaniu fantastycznym mam prawo interpretować pewne rzeczy według tego, co podpowiada mi wyobraźnia.

To nie są kwestie naukowe i w opowiadaniu fantastycznym mam prawo interpretować pewne rzeczy według tego, co podpowiada mi wyobraźnia.

 

Czy ja wiem? To popularny trend, nie zaprzeczam, to się sprzedaje… ale czasami mam z tym kłopot. Uważam, że dobra opowieść powinna nieść w sobie dawkę informacji. Tak, żeby “bawiąc, uczyć”.

 

Powiedzmy, czytam opis przyszłych czasów, gdzie Ziemia opleciona jest obręczą, sztucznym pierścieniem pełniącym rolę gigantycznej stacji orbitalnej. Autor podaje mi mimochodem informację, że ów Pierścień spleciony jest z grubych kabli nano-weglowych.

 

– O! – myslę sobie – to ciekawe. Co to jest ten “nano-węgiel”… i to mnie ciekawi… :)

 

Ten ostatni film, “Cisza”, czy jakoś tak… pomysł ciekawy, sensacja na świecie itd. ale mi brakowało jakiegoś większego celu. Jak czytam Fundację Asimova, to widzę – oprócz akcji – kawał dobrej socjologii.

 

Pomysł, akcja, dialogi, warsztat… i informacja :)

 

 

 

Jak długo będziesz uważał, że jesteś najważniejszy na świecie, tak długo nie będziesz w stanie naprawdę docenić świata wokół siebie.

Carlos Castaneda “Podróż do Ixtlan”

 

W naukach Don Juana Matusa ważność była jednym z kluczowych zagadnień…

Pozdrawiam, Trukszynie. ;) Najserdeczniej.

Majkubar:

 

O, widzisz, dokładnie! Wojownik ćwiczy NIESKAZITELNOSĆ, czyli walczy z ułudą tworzoną przez swoje ego. Źródło wszelkich nauk duchowych. Szkoda, że bohaterka opowiadania, nie przedstawiła chociażby takiej idei, tylko jakieś “leczenie zwierząt”, jakby była uczennicą Pocahontas, a nie starego szamana :D

 

Dobra, bo to idzie w stronę krytyki Autorki, a wcale nie mam ochoty tego robić, bo opowiadanie barzo mi się podobało :)

 

Pozdrawiam :)

Czy ja wiem? To popularny trend, nie zaprzeczam, to się sprzedaje… ale czasami mam z tym kłopot. Uważam, że dobra opowieść powinna nieść w sobie dawkę informacji. Tak, żeby “bawiąc, uczyć”.

Pewnie masz rację, ale kto bogatemu zabroni? Myślę, że już wyjaśniłam ci, jak ja to widzę, przy czym oczywiście szanuję twoje zdanie.

 

Majku, dziękuję. :)

Szkoda, że bohaterka opowiadania, nie przedstawiła chociażby takiej idei, tylko jakieś “leczenie zwierząt”, jakby była uczennicą Pocahontas, a nie starego szamana :D

Może nie potrzebowała tego robić…

Szkoda, że komentujący nie odniósł się do literackich wartości tekstu równie gorliwie, wszak po to się tu spotykamy… ;)

To co, panowie, kończymy temat? ;)

Podobało się? Podobało! I o to chodzi!

Pozdrawiam. :D

Niestety, nie umiem się odnieść do literackiej wartości tekstu :D

 

Umiem tylko stwierdzić, czy mi się opowiadanie podoba, czy nie :)

 

Przeważnie podobają mi sie wszystkie opowiadania, zawsze znajduję w nich coś interesujacego, chociażby osobowość Autora ;)

 

Ocenę wartości literackich pozostawiam tym, którzy ukończyli polonistykę, lub zarabiają dobre pieniądze na pisarstwie ;)

 

Odnoszę się do rzeczy, o których coś się dowiedziałem :)

 

Mnie się podobało, kończymy temat :)

 

A zaczęliśmy jakiś…? :D

 

Trukszynie, zaintrygowały mnie pozycje Kinga i Merge, nie znam, sprawdzam w sieci, ale opisy to zwykle lipa i niewiele wyjaśniaja…

Byłbyś w stanie coś pokrótce napisać mi na PW na temat – dlaczego cię tak zabrały? Jakieś porównanie z Carlosem… Jeśli masz czas i ochotę. Będę wdzięczny. :)

Bardzo, bardzo chętnie :) Odezwę się po weekendzie :) Też jestem ciekaw Twoich wrażeń z lektury Castanedy, bo Europejczycy rzadko rozumieją sposób percepcji rzeczywistości Indian :)

A Castaneda jest wyjątkowo trudny :)

Super, nie ma pośpiechu, mamy wakacje. :D

 

Myslę, że jest trudny z takiego samego powodu, z jakiego trudne są inne systemy zgłębiające naturę wszechświata, a zwłaszcza człowieka… Ale za to łatwiejszy i skuteczniejszy niż wizyta u psychologa. :D

Ale o tym w wolnej chwili…

Do natępnego, zatem! ;)

Naprawdę niezłe. Podobał mi się klimat opisanej epoki i indiańskiego życia oraz magii. Fajny pomysł na służącą pracującą dla rodu przez pokolenia. 

Historia może nie jest porywająca, ale dobrze napisana, przeczytała się sama i gładko. Ciekawym zabiegiem okazała się zaburzona chronologia, która pozwoliła na niepokojące zakończenie. 

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Dzięki, Pietrku, za odwiedziny. Cieszę się, że spodobał ci się klimat epoki, bo stworzenie takowego było moim zamiarem. Jeśli czytało się samo i w dodatku gładko, to miło mi tym bardziej.

Również pozdrawiam. :)

 

Dobre, naprawdę dobre. Trzymało od początku do końca. Czuć atmosferę w każdym fragmencie inną, odpowiednią do miejsca, czasu i postaci. 

Dziwi mnie tylko jedna rzecz, że Sissi nie przewidziała, że Edgar może poznać dziecko, którego poród sam odbierał. Liczyła na to, że się nie przyjrzy? 

Więcej zastrzeżeń nie mam :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A skąd miały wziąć dziecko, którego by nie odbierał? ;-)

Babska logika rządzi!

A to tylko jeden szpital w mieście porody odbierał? Jakoś nie wierzę, że wtedy wszystkie kobiety leciały do szpitala rodzić. Wątpię też, by Edgar był jedynym lekarzem, bo był choćby nawet jego ojciec. A Glasgow pod koniec XIX wieku to było spore miasto, a nie prowincjonalna wioska.

No ale ok, rozumiem, że gdyby Sissi wzięła dziecko z innego “źródła”, to nie byłoby takiego fajnego zakończenia ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca – Bardzo się cieszę, że podobała ci się atmosfera i napięcie trzymało do końca. :)

Dziwi mnie tylko jedna rzecz, że Sissi nie przewidziała, że Edgar może poznać dziecko, którego poród sam odbierał. Liczyła na to, że się nie przyjrzy? 

Noworodki generalnie są do siebie podobne i może nie zwróciła uwagi na jakieś niewielkie znamię.

 

Kobiety rodziły raczej w domach, a nie leciały do szpitala. Nie to co dzisiaj. Do szpitala trafiały raczej jakieś skomplikowane przypadki. A w Glasgow był wtedy chyba jeden szpital. Jacyś lekarze pewnie też praktykowali i mieli wizyty domowe.

No i oczywiście masz rację, pisząc:

gdyby Sissi wzięła dziecko z innego “źródła”, to nie byłoby takiego fajnego zakończenia ;) 

Jeszcze raz bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarz. :D

AQQ, jestem pod wrażeniem. To zdecydowanie najlepszy Twój tekst, z którym miałam przyjemność się zapoznać. Pięknie napisany, wciągający od samego początku i trzymający w napięciu do samego końca. Gratuluję.

Przeczytałam zaraz po opublikowaniu, ale na komórce, więc dopiero teraz komentarz… Już nie mogę nominować do biblioteki, więc nominuję do piórka :) Naprawdę, bardzo dobry tekst.

Katiu, przeczytałam Twój komentarz również na komórce, a dopiero teraz dorwałam laptopa i mogę odpowiedzieć. :)

Ogromnie się cieszę, że tekst ci się spodobał, a już sam fakt, że uznałaś, iż jest godny wyróżnienia jest dla mnie najlepszą nagrodą. Bardzo serdecznie dziękuję, :D

Bardzo dobrze napisane i ciekawe. Historia medycyny nie przeszkadzała wcale a wcale. Przedstawiłaś ją tak fajnie, że chętnie poczytałbym o tym nawet więcej.

Podobnie jak niektórzy komentujący mam problem z zakończeniem. Skoro moc Indianki polegała generalnie na leczeniu i wskrzeszaniu, to skąd w brzuchu Fiony ożywione dziecko innej kobiety?

Ogólnie mogłoby też być trochę więcej przeszkód na drodze bohaterów, byłoby ciekawiej, bo tak to wszystko szło im dość łatwo (ok, zgadzam się, że sprzedanie w niewolę to jest jakaś przeszkoda, ale wiesz co co mi chodzi ;)).

Tak czy siak klikałbym, gdyby nie było doklikane.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

El Lobo – fajnie, że wątek medyczny cię nie zniechęcił, a wręcz przeciwnie. 

Skoro moc Indianki polegała generalnie na leczeniu i wskrzeszaniu, to skąd w brzuchu Fiony ożywione dziecko innej kobiety?

Fiona nie była w ciąży, a moc Indianki nie polegała jedynie na wskrzeszaniu i leczeniu. Wskrzesiła dziecko, które umarło w szpitalu, a to co było w brzuchu Fiony, to zmyłka i indiańska magia. :D

Szkoda, że rzeczywiście nie dołożyłam im więcej przeszkód, ale mam litość nad swoimi bohaterami. :D

Dzięki, El Lobo, za odwiedziny i dobre chęci!

Była cała, zdrowa i dobrze wiedziała[+,] jaki los ją czeka.

Boże, dlaczego Edward musiała akurat dzisiaj wyjechać!

Nie miała pojęcia, jak ulżyć w cierpieniu swojemu dziecku, a o tym, że dziewczynka będzie oszpecona do końca życia[+,] starała się nawet w tamtej chwili nie myśleć.

Końcówka z gwiazdką na stópce dziecka trochę przewidywalna, ale nie szkodzi.

Dla mnie scena z kanarkiem była próbą przed ożywieniem dziecka.

Podobało mi się :)

Dzięki, Anet. Już poprawione.

Cieszę się, że ci się podobało, mimo przewidywalności niektórych elementów. :)

I cóż mogę Ci powiedzieć, AQQ, kiedy już tyle zostało powiedziane… Dołączę więc do usatysfakcjonowanych czytelników i dodam, że i mnie lektura sprawiła ogromną przyjemnością, a choć Ziemia jest opowieścią wielowątkową, przedstawiłaś rzecz niezwykle umiejętnie i jasno, tak że nie miałam najmniejszych problemów ze śledzeniem wszystkich wydarzeń – zarówno tych w przeszłości, jaki i bieżących, że o markowanej ciąży pani Gran­dwels nie wspomnę.

Zastanawiam się tylko, skąd Fiona i Sissi miały pewność, że kiedy nastąpi koniec „ciąży”, będą mogły zdobyć odpowiedniego noworodka? Czy to, że trafił się chłopczyk Mary Cock­burn, to przypadek? Czy w tamtych czasach zgony noworodków były na tyle częste, że dobycie odpowiedniego ciałka nie stanowiło problemu?

 

w zbyt za­ży­łych sto­sun­kach. Wo­lał­by, żeby jego żona utrzy­my­wa­ła bliż­sze sto­sun­ki z pa­nia­mi… –> Powtórzenie.

 

Sis­sin­n­gu­aq prze­łknę­ła kilka łyków gorz­ka­we­go na­po­ju. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Świa­do­mość wra­ca­ła bar­dzo po­wo­li. Sis­sin­n­gu­aq czuła, jakby znów wra­ca­ła do życia. –> Powtórzenie.

 

Że tuż obok niego jest jesz­cze ktoś lub coś jesz­cze. To ir­ra­cjo­nal­ne uczu­cie po­głę­bi­ło się jesz­cze bar­dziej, gdy spoj­rzał na ścia­nę i zo­ba­czył, że obok cie­nia, który sam rzu­cał, znaj­du­je się jesz­cze jeden cień, tylko bar­dzo mały; jakby cień dziec­ka. –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Czer­wo­ne kro­ple wsią­ka­ły w zie­mię, na­da­ją jej spe­cy­ficz­ną barwę. –> Literówka.

 

Głos Ed­ga­ra prze­zwał roz­wa­ża­nia pro­fe­so­ra. –> Literówka.

 

Kidy Fe­li­cia zo­ba­czy­ła Sissi w ciele… –> Literówka.

 

Kiedy zbli­żał się do swo­je­go demu… –> Literówka.

 

Edgar spoj­rzał, na sto­ją­cą wciąż przy drzwiach In­dian­kę i ski­nął głową w ge­ście po­dzię­ko­wa­nia. –> Edgar spoj­rzał, na sto­ją­cą wciąż przy drzwiach In­dian­kę i ski­nął głową w wyrazie podziękowania.

Gesty wykonuje się rękami, nie głową.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I cóż Ci mogę powiedzieć, droga Reg, poza pięknym DZIĘKUJĘ! Kolejny zadowolony czytelnik, to dla autora największa nagroda, zwłaszcza jeśli zadaje pytania.

Zastanawiam się tylko, skąd Fiona i Sissi miały pewność, że kiedy nastąpi koniec „ciąży”, będą mogły zdobyć odpowiedniego noworodka? Czy to, że trafił się chłopczyk Mary Cockburn, to przypadek? Czy w tamtych czasach zgony noworodków były na tyle częste, że dobycie odpowiedniego ciałka nie stanowiło problemu?

Śmiertelność noworodków w tamtych czasach była nieporównywalnie większa. Takie dzieci, jak w przypadku syna Mary, albo wcześniaki nie miały żadnych szans na przeżycie, więc istniała szansa, że w czasie (w sumie to dość długi okres), kiedy Fiona miała rodzić jakiś dzieciak się trafi. Możemy też przyjąć, że los tego dziecka był z góry przesądzony, bo Sissi wypatrzyła sobie wcześniej matkę, a później zadziałała indiańska magia, która miała sprawę porodu skomplikować.

Bez względu na to jak było, to cieszę się, że udało mi się sprawić Ci przyjemność tym tekstem. A to na prawdę nie lada wyczyn! ;D

Pięknie dziękuję za wyłapanie baboli. Poprawię później w wolnej chwili.

 

AQQ, bardzo dziękuję za wyjaśnienia i cieszę się, że uznałaś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jakżeby Twoje uwagi mogły nie być przydatne! :)

No cóż, z rzadka, ale bywało, że spotykałam się z taką opinią. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zauważyłam. :D

Bystrzaczka! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Staram się. ;D

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kawał dobrego opowiadania, AQQ.

Historia z tych magicznych i niepokojących, dobrze rozplanowana i porządnie napisana. 

Bardzo podobał mi się wątek magii płynącej z ziemi, duchowość Sissi, oraz elementy charakterystyczne dla literatury grozy, które pięknie wtopiły się w tło Twojej opowieści.

Ponad czterdzieści tysięcy znaków, a opowiadanie przeczytałam ekspresowo i chętnie poznałabym ciąg dalszy tej historii. Ciekawe, czy mąż połączył fakty (zakładam, że tak), a jeszcze bardziej zastanawia mnie, co z tą wiedzą zrobił. Hmm… jest tyyyle możliwości. ;)

Rosso, jeśli ponad czterdzieści tysięcy znaków śmignęło ekspresowo, a do tego masz ochotę na więcej, to nie pozostaje mi nic innego, niż skakać z radości. :D

Czy mąż połączył fakty? Też się nad tym zastanawiam i dochodzę do wniosku, że jego potrzeba posiadania syna była tak wielka, że przeszedłby nad tym do porządku dziennego. Ale… kto go tam wie? ;P

Dziękuję ci bardzo za odwiedziny, komentarz i piórkowy głosik. :)

Przeczytałem, 1250-50-20.

Fajnie. :)

Wszystko, co dobre, zostało już powiedziane, a jako zadowolony czytelnik nie mam nic złego do dodania ;) Ziemię czytało się szybko i przyjemnie, jakby jechało się Pendolino.

Powtórzę kilka rzeczy, które pojawiły się wyżej w komentarzach (i z którymi oczywiście się zgadam): zgrabnie połączone wątki, ciekawa dyskusja lekarzy podczas porodu o medycynie, wyraziste postacie, dobrze napisane.

Bardzo mi się podobało Twoje opowiadanie, AQQ, więc oddaję ostatniego punkcika do nominacji ;)

 

Jednak godziny mijały, a wezwanego go Felici lekarza wciąż nie było. – do

 

Niezrażony tym młodszy doktor Grandwels szybko sięgnął w głąb i już po chwili obaj lekarze ujrzeli małą, pokrytą ciemnymi włoskami główkę, z zaraz potem sine ramiona, korpus i nóżki dziecka. – z

Cieszę się bardzo, Karolu, że mogłam ci zafundować szybką i przyjemną przejażdżkę Pendolino. :D

Dzięki za dobre słowo, wyłapanie kolejnych usterek, no i oczywiście za tego ostatniego punkcika.

 

Podobało mi się i skojarzyło jednocześnie z serialem The Knick (komplement). Przeczytałem na raz, a ostatnio to mi się nie zdarza. Fabuła jest, że ach! i och!. Teraz się czegoś czepię:

 

– Popatrz, wreszcie wyszło słońce. – Głos Fiony, która nagle stanęła tuż za nim i położyła dłoń na ramieniu, wyrwał Edgara z zamyślenia. – Może wybierzemy się dzisiaj na spacer? Co myślisz o ogrodzie botanicznym?

Moim zdaniem, to za mało, żeby odwrócić uwagę Edgara od kanarka. I jeszcze kilka takich wpadek dialogowych jest, bo dialogi – o zgrozo – są najsłabszą częścią tekstu, ale nie wszystkie.

 

A Ty mi powinnaś powiedzieć: – Czep się lepiej swojej baby! ; D

 

Bardzo dobry.

 

Pozdrawiam,

Marlow

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

Czep się lepiej swojej baby, Marlow! ;D

A tak serio, to fajnie, że ci się podobało, a przede wszystkim, że przeczytałeś na raz. :) I do tego te achy! i ochy! Dzięki!

Co do dialogów, to specjalnie są dość sztywne, bo to jednak inna epoka. Jeśli mi nie wyszło, to trudno. Chyba że coś innego jest nie tak z dialogami?

Pozdrawiam,

AQQ :)

 

 

Chyba o tę sztywność chodzi. W sumie to dobre wytłumaczenie, że to stylizacja. Połowa dialogów, to “Tak”, ale może to rzeczywiście pasuje. Kwestia gustu.

 

Nie będę się jej czepiał, bo potem ona mnie i tak już do końca życia ; D 

"Without education, we are in a horrible and deadly danger of taking educated people seriously."

To nie tylko wytłumaczenie. Starałam się dopasować dialogi do klimatu epoki, więc ta sztywność jest zamierzona. Mam świadomość, że “normalni” ludzie tak nie mówią. ;)

Masz rację, zostaw babę w spokoju, bo ci później nie da żyć. :D

„Zasnute mieszaniną mgły i dymu z kominów niebo nad Glasgow[-,] przybrało brunatny kolor”

 

„Pokrzykiwania ludzi, rżenie koni i dobiegające ze stoczni przy Clyde uderzenia tysięcy młotków do nitowania[-,] tworzyły kakofonię dźwięków”

 

„– Czyli według ciebie, to może mieć przyszłość?” – albo „według ciebie” wydzielone przecinkami z obu stron, albo wcale.

 

„– Ojcze, jeszcze nie tak dawno nikt nie wierzył, że bezbolesna operacja jest w ogóle możliwa. A teraz? Sam widzisz, że znieczulenie wybawiło nas od bólu. Możliwe, że kwas karbolowy uchroni nas przed zakażeniami, ale jest chyba jeszcze za wcześnie, żeby uznać to za przełom w medycynie – odparł Edgar spokojnie, pociągając łyk kawy z porcelanowej filiżanki.

– Masz rację, jest jeszcze za wcześnie, ale medycyna wciąż idzie naprzód – stwierdził w końcu Albert.”

 

„Wiedziała, że musi zostać na miejscu i udawać martwą, bo tylko wtedy miałaby szanse na przeżycie.” – Skąd ten tryb przypuszczający?

 

„Po całym dniu spędzonym w szpitalu Edgar lubił czasem wracać do domu piechotą.”

Eee… Piszesz przed fragmentem o Indiance „Zachodnia Wirginia, rok 1731” po czym przechodzisz do fragmentu z Edgarem, który żył kiedy indziej. Nie zmieniając na powrót oznaczenia czasu dajesz do zrozumienia, że on żył również w 1731 roku.

Po czym dalej skaczesz między czasami, nie sygnalizując tego. Dziwne.

 

„Długi[+,] orli nos[-,] [+i] ostry podbródek[-,] nadawały jej twarzy jakiś dziwny, demoniczny wygląd.”

 

„…a co najważniejsze pragnąc w końcu spłodzić potomka, postanowił się w końcu oświadczyć i ostatecznie został przyjęty.”

 

„Kobietę, która była jej bliższa[-,] niż matka.”

 

„…ostatecznie nauczył się ją tolerować, co było o tyle łatwe, że Indianka[+,] świadoma jego niechęci, raczej nie wchodziła mu w drogę.”

 

„Edgar uważał jednak, że Fiona i Sissi są ze sobą w zbyt zażyłych stosunkach. Wolałby, żeby jego żona utrzymywała bliższe kontakty z paniami z towarzystwa, żonami innych lekarzy czy asystentów, a nie spędzała większości czasu z jakąś nawiedzoną kobietą.

Jednak najzabawniejsze wydawało się Edgarowi…”

 

„Mimo takiego podejścia żony, Edgar czuł, że jego pozycja[-,] jako lekarza we własnym domu jest niezagrożona.”

 

„powiedziała Fiona wstając[-,] i odkładając tamborek na fotel.”

 

„wyszła z salonu, [+nawet] nie patrząc nawet na Edgara.”

 

„– Czy bycie miłym dla służby[-,] to mój obowiązek?”

 

„A ziemia, która żywi się krwią, potem i ludzkimi łzami[+,] i wszystkim, co jest w człowieku”

 

„zawodzenie Wahkana poczuła, jak jej ciało wygina się w spazmatycznych drgawkach, a dusza opuszcza ciało i wędruje do innego świata”

 

„Wraz z nimi Sissinnguaq powoli pogrążała się w otchłani, gdzie[+,] jak mała iskierka, tliło się życie. I czuła je. Czuła początek wszystkiego…

Odzyskiwała świadomość bardzo powoli. Sissinnguaq czuła, jakby znów wracała do życia.”

 

„Sypialnia Fiony mieściła się na końcu korytarza, ale według doktora Grandwelsa[-,] mogłaby się znajdować jeszcze dalej.”

 

„Śpiew kanarka sam w sobie nie był dziwny, jednak fakt, że poprzedniego dnia Edgar widział, że zwierzę było martwe, a nazajutrz słyszy jego trele, wydał mu się już zaskakujący.” – Nie nazajutrz. Raczej teraz. Piszesz o sytuacji w danym punkcie w czasie, także jeśli kanarek był martwy „poprzedniego dnia”, to „nazajutrz” wypadałoby dnia jeszcze następnego, czyli dwa dni od śmierci ptaszka.

 

„Głos Fiony, która nagle stanęła tuż za nim i położyła dłoń na ramieniu, wyrwał Edgara z zamyślenia.” – Mimo wszystko brakuje zaimka, czyje to było ramię.

 

„Pod stopami państwa Grandwels szeleściły liście we wszystkich odcieniach żółci, czerwieni i brązów, kiedy nieśpiesznie spacerowali alejkami, korzystając z ostatnich ciepłych dni tego roku. Otwarty park z licznymi szklarniami prezentował się przepięknie jesienią. Promienie słońca błyskały figlarnie w szybach osadzonych w kutych, żelaznych kratownicach, malując je wszystkimi barwami tęczy.”

 

„Edgar od czasu do czasu spoglądał na Fionę, która na tę okazję założyła tartanową spódnicę i pasujący do niej szal spięty broszą na ramieniu[+,] i musiał przyznać, że żona wyglądała kwitnąco.”

 

„Ostatnio rozterki wiązane z brakiem potomka powodowały” – związane

 

„– To oczywiste – stwierdził Edgar. – Żeby to wiedzieć, nie musisz brudzić rąk – dodał i strzepnął resztki ziemi z rąk żony. [+–] Chodźmy.”

 

„Szczęściem było to, że nie przydzielono jej do pracy przy zb[+i]orze tytoniu, tylko zagoniono do kuchni, gdzie uwijała się[-,] jak w ukropie między czarnoskórymi i indiańskimi niewolnicami.”

 

„Tutaj poznawała język i zwyczaje białych ludzi, i to właśnie tutaj, wśród zamieszania towarzyszącego zwykle przygotowywaniu posiłków doszło do zdarzenia, które na zawsze miało zmienić [+jej] życie Sissinnguaq.”

 

„Po zderzeniu w ułamku sekundy zawartość naczynia znalazła się na twarzy i piersiach małej Felici.” – Felicii

 

„– Co się stało?! – Kkrzyknęła Isabel Bloylock, matka dziewczynki, wpadając do kuchni.”

 

„zapłakała, zrozumiawszy, że to teraz ona teraz będzie musiała podejmować wszystkie decyzje.”

 

„Poparzona Felicja wiła się z bólu i krzyczała[+,] i spośród wszystkich znajdujących się w kuchni[-,] jedynie Sissinnguaq miała na tyle odwagi, by zbliżyć się do dziecka i spróbować je uspokoić.”

 

„Felicję szybko przeniesiono do sypialni, gdzie zajęła się nią matka i służące.” – zajęły

 

„– Sprowadźcie natychmiast tę kobietę! – Zzarządziła pani Bloylock, a kilka minut później Sissinnguaq już stała w progu pokoju.”

 

„Jednak godziny mijały, a wezwanego do Felici lekarza wciąż nie było.” – Felicii

 

„– To niemożliwe. Widziałam poparzonych ludzi. To zostaje na całe życie[+.]mMówiąc te słowa, pani Bloylock zaniosła się spazmatycznym płaczem.”

 

I co, nikt nawet nie próbował dziewczynki ochłodzić, opatrzyć ran? To niemożliwe, by całymi godzinami pozwolono jej po prostu leżeć. Sama Sissi nie powinna na to pozwolić. Nikt, kto choć odrobinę znał się na leczeniu, albo widział kiedyś jak ktoś kogoś opatrywał, nie powinien na to pozwolić. To… nieludzkie ;(

 

„Doktor Grandwels nie mógł uwierzyć, że sam wcześniej niczego nie zauważył. – Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?”

 

„– Chciałam mieć całkowitą pewność – odparła Fiona, spuszczając wzrok.

– Jak się czujesz? Muszę cię zbadać. Muszę być pewny, że wszystko jest w porządku.”

 

„– Ja wierzę, że to będzie syn – stwierdził zdecydowanie Edgar. – A teraz powiedz, jak się czujesz?

(…)

– Wszystko jest w najlepszym porządku – stwierdziła stanowczo Fiona.”

 

„jednak nie zastanawiał się dłużej nad tym, bo najważniejsze w tej chwili było to, że tam[+,] w środku, żyje i rośnie jego upragniony syn”

 

„Kiedy Indianka poczuła, że zaczyna tracić siły i kręci jej się w głowie, wsunęła dłoń[-,] aż po nadgarstek między grudki”

 

„Kiedy Sissinnguaq zjawiła się ponownie w pokoju Felici, przy łóżku zastała jedynie panią Isabel.” – Felicii

 

„Sissinnguaq zaczęła powoli i delikatnie nakładać ziemię na rozognioną, pomarszczoną skórę Felici.” – jw.

 

„Wiedział, że rozwiązanie jest już blisko i kazał służbie zawiadomić natychmiast, gdy tylko Fiona zacznie odczuwać pierwsze skurcze[-,] albo gdy zacznie się dziać coś niepokojącego.” – Zawiadomić kogo?

 

„Choć wiele słyszał o uzdrowicielskich zdolnościach Indianki i o tym, że to ona przyjmowała wszystkie porody w rodzinie jego żony i cieszyła się ogromnym zaufaniem, nie tylko Fiony, ale też jej rodziców w sprawach związanych z leczeniem, to w tym konkretnym przypadku, gdy w grę wchodziło życie ich dziecka, wolał wziąć sprawy w swoje ręce i sam odebrać poród.” – Bardzo długie i niezgrabne to zdanie.

 

Żadne z dzieci również nie przeżyło.

Wiedział, że cokolwiek teraz zrobi, ta dziewczyna nie ma żadnych szans…”

 

„Ostatecznie wydało mu się to niedorzeczne, bo w końcu[-,] co Sissi miałaby tu robić?”

 

„…zyskała zaufanie pani Isabel, a także jej męża, w efekcie czego stała się opiekunką ich córki. Życie stało się prostsze, a sama Sissinnguaq, nazywana teraz przez panią [-] Sissi, odnalazła się w nowym otoczeniu i z przyjemnością obserwowała, jak dorastała jej mała podopieczna. A mimo iż…”

 

„Kochały ją później dzieci, wnuki i prawnuki Felici.” – Felicii

 

„Wiele lat później, gdy biały szron czasu pokrył głowy obu dziewcząt, [+a] ich twarze przypominały wyschnięte koryta rzek, coraz częściej docierała do nich świadomość upływającego czasu i nieuchronności losu.”

 

„– To już nie przynosi takich efektów jak kiedyś. Słyszysz, jak kaszlę? Nie, już nie chcę[+.] – Felicia pokręciła głową[+.] – Nawet za cenę tego…”

 

„Sissinnguaq została, by wychowywać kolejne pokolenia Bloylocków, dbać o nich, leczyć, przyjmować na świat i cieszyć się ich zaufaniem.” – Dbać o nie, o pokolenia

 

„Kiedy wiele lat później na świat przyszła mała Fiona, Sissinnguaq zobaczyła w niej wierną kopię małej Felici.” – Felicii

 

„Edgar zawahał się tylko przez ułamek sekundy, po czym jeszcze raz dokładnie wytarł skalpel o mankiet surduta…” – Jezu O.o Ja się nie znam, ale czy w tych czasach lekarze byli rzeczywiście aż tak głupi i mieli tak mało poszanowania dla higieny? Toż nawet na wsiach akuszerki wiedziały, że potrzebna jest duża ilość czystej wody do odbierania porodów, a lekarze nie?

 

„Krew tryskająca z naczyń krwionośnych przysłoniła lekarzom pole widzenia. Niezrażony tym młodszy doktor Grandwels szybko sięgnął w głąb i już po chwili obaj lekarze ujrzeli małą…”

 

„Fakt ten, jak i doświadczenie ojca w zakresie cięcia cesarskiego[+,] ostatecznie zniechęciły Edgara do wykonywania w przyszłości tego zabiegu.”

 

„Sowicie opłacony dorożkarz popędzał konie z całych sił. Przechodnie uciekali w popłochu przed rozpędzonym powozem, przeklinając głośno, gdy błoto pryskające spod końskich kopyt brudziło ich ubrania i twarze.”

 

„Edgar spojrzał[-,] na stojącą wciąż przy drzwiach Indiankę i skinął głową w wyrazie podziękowania.”

 

„– Nawet nie wiesz, jak się cieszę, moja droga! Wiesz, jak mocno pragnąłem tego dziecka.

Wiem, Edgarze. Ja też jestem bardzo szczęśliwa.

– I do tego jeszcze syn! – Edgar pokręcił głową z niedowierzaniem. – Teraz wiem, że…”

 

„Czy to niewygoda, czy też głód[-,] sprawiły, że…”

 

Przeczytałam gładko i szybko, bo lubię Twój styl, AQQ, ale – napiszę prosto z mostu – fabuła mnie niezbyt zainteresowała. Na początku mnie zaintrygowałaś, bo byłam ciekawa, jak łączą się światy Sissi i doktora, jednak rozwiązanie ani mnie nie zaskoczyło, ani nie wzbudziło większych emocji.

Przyznam, że dopiero z Twojego komentarza wywnioskowałam, o co chodziło z dzieckiem (SPOILER – nie domyśliłam się, że Fiona nigdy nie była w ciąży), przez co – oczywiście to może być tylko moja wina – końcówka raczej wywołała we mnie konsternację niż zaskoczenie. W sumie największe wrażenie zrobiła na mnie ta beznadziejna krótkowzroczność i głupota (przynajmniej tak to wygląda z naszej perspektywy) lekarzy. O ile rozumiem, że to trwało, nim dowiedzieli się o higienie, sterylności, bakteriach itp., o tyle w głowie mi się nie mieści, że uznali mięsień za niewarty zszywania. W przypadku dowolnych innych ran, np. ciętych, które wymagały szycia, serio zszywali tylko skórę? No nie wierzę, po prostu nie wierzę ;O

Podsumowując – czytało mi się dobrze, więc miło spędziłam czas, ale fabuła mnie nie chwyciła. Może następnym razem ;)

 

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Fakt, że lubisz mój styl, jest dla mnie ogromnym komplementem. Jeśli fabuła nie zachwyciła, ale czytało się gładko i szybko, to przynajmniej mam satysfakcję, że nie musiałaś się męczyć. :D

Wszystkie poprawki wprowadzę po zakończeniu konkursu, bo teraz już chyba nie można.

…w głowie mi się nie mieści, że uznali mięsień za niewarty zszywania.

Nie mam pojęcia, dlaczego ówcześni lekarze uważali, że zaszywanie mięśni macicy jest niezasadne, niemniej jednak praktyka ta była powszechna. Inne rany pewnie zszywali, co jednak nie dawało pacjentowi gwarancji przeżycia, bo aseptyka była jeszcze w powijakach. Generalnie był syf, gangrena, zakażenia i trup padał gęsto.

Następnym razem postaram się napisać coś, co jeśli cię nie zachwyci, to przynajmniej zainteresuje.

Dzięki za odwiedziny. :)

 

Hehe, zmyliłaś mnie tym tytułem, trochę minęło zanim zorientowałem się, że to TO opowiadanie.

Ale poza tym, że tytuł roboczy podobał mi się bardziej, innych uwag nie mam (no ewentualnie te ruchy płodowe, na które już zwracałem uwagę – ale o nich już pisali inni czytelnicy).

Przeczytałem drugi raz i podtrzymuję zdanie – wykreowałaś dwa pełne, oryginalne i ciekawe światy, które umiejętnie splotłaś w jedną opowieść. Klimat tych światów, historyczny i magiczny zarazem, jest tym czego szukam w lekturze.

 

Hehe, to trzeba było zaglądnąć na betę, bo zostawiłam tam informację, że publikuję pod zmienionym tytułem. :)

Wszyscy się czepiają tych ruchów płodowych, ale coś się tam musiało ruszać, żeby Edgar nie nabrał podejrzeń. Indiańska magia jest wystarczająco silna, żeby poradzić sobie z takimi sprawami. ;)

Jeśli klimat tu zawarty jest tym, czego szukasz w lekturze, to jest mi niezmiernie miło. I jeszcze raz dziękuję.

A to był jakiś dalszy ciąg bety? Hehe ;)

Hehe, ja wiem, że w powodzi offtopu mogłeś nie zauważyć, ale był. :D

Szczęściem było to, że nie przydzielono jej do pracy przy zborze tytoniu

Zbiorze?

 

Ładnie napisane, dojrzałym językiem, zwracającym uwagę na niuanse w zachowaniach bohaterów, nad którymi sam lubię przystanąć. Nie czytało mi się tego źle, jeśli chodzi o warsztat.

Treść mnie jednak rozczarowała. Historię odebrałem jako bardzo naiwną i mocno przewidywalną: nie mogą mieć dzieci → zbliżenie → ciąża → poród. Przyznam, że nie doszukałem się najważniejszego twistu, zmieniającego banał w intrygę, dopóki nie przejrzałem komentarzy. Jasne, są przesłanki, że ciąża była fałszywa, bo deklaracji żony i jakiegoś skrytego pod ubraniami brzucha nie można brać za pewnik – natomiast pojawiła się scena, w której bohater dotyka brzucha żony i czuje ruchy płodu. Tego się nie da zasymulować, to jednoznacznie potwierdza, że bohaterka jest w ciąży i sprawia, że kompletnie bym nie pomyślał w finale, że ciąża była udawana, a dziecko podrzucone. Zamiast zaskoczenia i satysfakcji dostałem sporo konsternacji. Bez tego fragmentu myślę, że wszystko by zagrało, a tak dostałem jakieś mętne wytłumaczenia, że to Indianka wyzamieniała te dzieci, chociaż mam ewidentny dowód na prawdziwość ciąży. Nie kupuję tego. Magia też powinna mieć swoją logikę.

Co do samej Indianki i jej wątku – znudził mnie nawet bardziej niż historia lekarzy. W przeciwieństwie jednak do niej, akcja w Wirginii nie zaskakuje absolutnie niczym, do tego wątek szamanów uważam za niewykorzystany i potraktowany po łebkach. Dozę informacji, jaka została przekazana tymi fragmentami, dałoby się przekazać dużo zwięźlej bez straty dla tekstu. Być może wyciskanie liczby znaków pod limit to nie był najlepszy pomysł.

Dość gorzki komentarz mi wyszedł, ale muszę wspomnieć, że bardzo podobały mi się motywy przybliżające historię medycyny. Wprowadzają wartość edukacyjną i zwyczajnie mnie zaciekawiły. To nie jest złe opowiadanie, czytało się mi je przyjemnie, ale dla mnie na piórko za mało. :<

MrB, czy Twój komentarz jest gorzki? Wcale tak nie uważam. Rozumiem, że nie każdy znajdzie tutaj to, czego szuka i nie można dogodzić wszystkim czytelnikom. Zarzut odnośnie przewidywalności fabuły pojawił się już wcześniej, to samo dotyczy nieszczęsnych ruchów płodu. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że motyw indiańskiej magii, która wywołała efekty, takie jak prawdziwa ciąża nie został dość jasno pokazany. Liczyłam na domyślność czytelnika, powiązanie zdania o tym, że ziemia może udawać życie z cieniami wszystko załatwi, ale niestety nie udało się.

Mogę mieć satysfakcję z tego, że przynajmniej warsztatowo w porządku, a odrobina historii medycyny zaciekawiła. 

Dzięki za odwiedziny i wnikliwą analizę tekstu. :)

Przeczytałam :)

Fajnie. :)

Nowa Fantastyka