- Opowiadanie: ocmel - Clair et Ombre

Clair et Ombre

Ostatnio na moim blogu wzięłam się za pisanie z nudów pewnej historii o dwójce nastolatków, których losy zostały związane przez przepowiednię tajemniczego Mistrza. Wstawiam to, co na razie powstało w związku z tym tematem, w nadziei, że rzucicie jakimiś wskazówkami, zanim zabiorę się za ciąg dalszy ;) Część tekstu powstała pod wpływem chwili i jest nieredagowana, dlatego bądźcie wyrozumiali ;)

Oceny

Clair et Ombre

★★★

Na niebie rozbłyskały pojedyncze gwiazdy, którym udało się przedrzeć przez ociężałe chmury wiszące nad miastem, a moje powieki robiły się coraz cięższe, jednak doskonale wiedziałam, że nie zasnę. Noc nasączona była smrodem siarki do granic możliwości, aż wyciskało łzy z oczu. Siedziałam na poszerzonym parapecie w oknie otwartym na oścież z kubkiem dawno ostygłej herbaty przyciśniętym do piersi. Gapiłam się w ten sam punkt od kilkunastu minut, nasłuchując jakichkolwiek dźwięków dochodzących z głębi domu.

Cisza. Rodzice musieli już dawno spać.

Zsunęłam się z parapetu, bosymi stopami zatapiając się w gęste włosie dywanu i odstawiłam kubek na biurko tuż obok zdjęcia z zeszłych wakacji. Jak wiele się od nich zmieniło. Podchodząc do lustra, wyłowiłam spod koszulki na ramiączkach medalik z połówką gwiazdy, na którym wygrawerowane zostało pojedyncze słowo. Ombre. Bezwiedny gest, powtarzany przeze mnie za każdym razem, kiedy głęboko się zamyśliłam.

Omiotłam wzrokiem swoje odbicie. Ciemne, miedziane włosy spływały mi łagodnie na ramiona wciąż wilgotnymi strąkami. Przeczesałam palcami grzywkę, która przykleiła mi się do czoła. Pod zielonymi jak zakwit na wodzie oczami wyraźnie odznaczały się sine cienie, skutek wielu zarwanych nocy. W koszulce z drobnymi motylkami i jasnoróżowych spodniach wydawałam się jeszcze młodsza niż zwykle, zwłaszcza, że nigdy nie grzeszyłam wzrostem. Małe jest piękne, mówią ci, którzy nigdy nie próbowali sięgnąć mleka z górnej półki w markecie.

Zagryzłam wargę, zerkając niepewnie w stronę okna.

I tak już dzisiaj nie zasnę.

Zacisnęłam palce pewniej na naszyjniku. Clair. Poczułam ciepło pod opuszkami i przymknęłam oczy, kiedy jasne światło na ułamek sekundy wypłynęło z pół-gwiazdy. Przyjemne mrowienie w każdym zakamarku ciała trwało nie dłużej niż cztery mississippi, a gdy ustało, rozchyliłam powieki. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia.

To uzależniało.

☆☆☆

Noc była chłodna, ale nie przeszkadzało mi to ani trochę. Po przemianie stawałem się odporniejszy na wszelkie czynniki zewnętrzne, dlatego pewnie byłem jedyną osobą przemierzającą spowite mrokiem uliczki. W zasadzie powinienem już dawno spać, ale ostatnio miewałem niemałe problemy z zasypianiem, więc włóczyłem się do późna, dopóki organizm sam nie odłączał mi zasilania.

Zdawałem sobie sprawę z tego, że jeśli opuszczę kolejny dzień szkoły albo chociaż jedną godzinę, dyrektor bezwzględnie skontaktuje się z moimi rodzicami. Udawanie i ukrywanie drugiego życia przychodziło mi z coraz większym trudem, a jednak nie robiłem nic, żeby to zmienić. Mogłem zerwać z tym wszystkim i pójść do diabła, ale nie uczyniłem tego. Tkwiłem tylko w tym wszystkim beznadziejnie i miałem podświadomą nadzieję, że problem ułoży się sam. Chociaż tata od dziecka powtarzał mi, że nic nie dzieje się samo. Szesnastolatkowie są znani jednak z tego, że słowa rodziców wpuszczają jednym uchem, a wypuszczają drugim.

Bardziej wyczułem ruch niż go usłyszałem czy zobaczyłem, może dlatego, że był dla mnie już czymś tak znajomym jak stare plakaty zdobiące ściany mojego pokoju albo wykrzywiona oprawka w okularach mamy po bliskim spotkaniu z piłką od rugby. Po prostu wiedziałem, że ona gdzieś tam jest, obserwuje mnie, jak każdej nocy od kilku tygodni. Byłem pod wielkim wrażeniem wytrwałości mojej prawie nieobecnej towarzyszki, a jednak liczyłem, że w końcu coś zrobi. Wykaże się jakąś inicjatywą, doprowadzi do starcia albo cokolwiek. Naprawdę wolałbym, żeby to ona podjęła jakąś decyzję.

Przystanąłem na skraju dachu, po którym krążyłem od dłuższego czasu i spojrzałem w dół.  Kiedyś przerażały mnie takie wysokości, ale po usłyszeniu pewnych rzeczy człowiek musi przewartościować kilka spraw. Wszelkie lęki były takimi właśnie sprawami. Mój nieustępliwy cień mknął między budynkami w dole, zmierzając zapewne do lepszego punktu obserwacyjnego. Dziwne, ale nie czułem się nieswojo z byciem obserwowanym. Po prostu czekałem.

Wysoko.

W momencie, kiedy dziewczyna przecięła w poprzek ulicę, światło latarni nadało jej więcej szczegółów. Widziałem długie, tak jasne, że niemal białe włosy szalejące na wietrze do wtóru czegoś w rodzaju peleryny uczepionej paska czarnych spodni, ciasno opinających szczupłe nogi. Dla ludzkiego ucha był to dźwięk nie do wychwycenia, jednak ja słyszałem cichutki stukot obcasów na asfalcie niosący się między budynkami. Udało mi się nawet dostrzec błysk złota w oczach kształtu migdałów gęsto okolonych długimi rzęsami, kiedy dziewczyna na ułamek sekundy odwróciła twarz w moją stronę. Chwilę później zniknęła.

Dziś znów tylko przymierzanie się do tego, co musiało się wydarzyć.

Popatrzyłem na wschód. Pierwsze nieśmiałe promienie słońca wychyliły się zza horyzontu, boleśnie uświadamiając mnie, jak wiele godzin spędziłem na bezowocnej wędrówce. Czas się zwijać. Ledwie odwróciłem się na pięcie w kierunku domu, a malutka, brązowa sowa przysiadła na kominie nieopodal, przyglądając mi się z zaciekawieniem.

-Nie wyglądasz jak zwyczajny człowiek – odezwała się ochrypłym głosem kogoś bardzo starego.

-Bo nie jestem zwyczajny – poinformowałem ją, nie mając ochoty na puste rozmowy. – Miłej nocy.

Sowa w przerażający sposób okręciła głowę, odprowadzając mnie jeszcze bardziej ciekawskim wzrokiem, ale nie wyglądała na zaskoczoną tym, że ją zrozumiałem. Tym lepiej. Jeszcze przyczepiłaby się do mnie zupełnie jak Louis. Uśmiechnąłem się na myśl o małej kupce futra, śpiącej najpewniej w moim łóżku. Chociaż ktoś wykorzystywał je w należyty sposób.

★★★

Przez jakiś czas podążałam za tajemniczym chłopakiem roznoszącym okropny odór siarki, ale zrezygnowałam, kiedy zorientowałam się, że tym razem zmierzał już do domu. Byłam zaskoczona jego zachowaniem. Z pewnością zdążył mnie już zauważyć. Trzymałam się w pobliżu niemal każdej nocy od kilku tygodni i czasem naumyślnie wystawiałam się na widok, żeby sprowokować go do działania, ale moje starania zawsze spełzały na niczym. Kilkukrotnie rozważałam już przejście od razu do bezpośredniego starcia, jednak nie potrafiłam się do niego przełamać. Nigdy nikogo nie skrzywdziłam naumyślnie.

Więc jak mogłabym odebrać życie nieznajomemu chłopakowi?

Bezszelestnie wsunęłam się do sypialni przez okno, zanim pierwszy brzask zupełnie rozproszył cienie osłaniające mnie przed niepowołanymi spojrzeniami. W domu nadal panowała niczym niezmącona cisza. Przemiana zwrotna przebiegła jeszcze szybciej niż cztery mississippis, po których padłam na łóżko ze świadomością, że następnego ranka będę nieprzytomnym zombie. Jakby dla potwierdzenia moich przypuszczeń, Fred, mój owczarek, legł na pościeli z cichym skomleniem.

Usnęłam, próbując samą siebie przekonać, że jestem w stanie odebrać życie z zimną krwią.

★★★

Budzik zadzwonił stanowczo zbyt szybko.

Zwlokłam się z łóżka, z nadzieją patrząc nieprzytomnym wzrokiem na kalendarz. Środa. Cóż, nadzieja umiera ostatnia. Ubranie się i poranna toaleta zajęły mi znacznie więcej czasu, niż zwykle, dlatego z Fredem wybiegłam z domu, świadoma, że tylko cud mógłby sprawić, żebym nie spóźniła się do szkoły. Wypadłam z kamienicy ciągnięta przez dwudziestu kilogramowe cielsko i z impetem uderzyłam głową w czyjeś ramię. Upadłam na chodnik, wypuszczając przy okazji smycz z rąk. Fred pognał przed siebie na trawnik w parku po drugiej stronie ulicy, nic sobie nie robiąc z przejeżdżających samochodów. 

Podniosłam wzrok na przechodnia stojącego nade mną. 

William Laemke, starszy o rok i uznawany za bożyszcza wszystkich dziewczyn w szkole, nie patrzył na mnie, odwrócony w stronę Freda, który z radością przeczesywał skraj parku. Przez ramię przerzuconą miał torbę wypchaną po brzegi zeszytami. W końcu popatrzył na nieporadną dziewczynę leżącą u jego stóp. 

-Hej, przepraszam, zupełnie cię nie zauważyłem.

Wyciągnął do mnie rękę. 

Ostentacyjnie uniosłam brodę i wstałam o własnych siłach, pamiętając jak potraktował moją koleżankę, która zakochała się w nim na zabój. Chłopak uniósł jedną brew, ale nie skomentował całej sytuacji, tylko znów obejrzał się na Freda.

-Przyprowadzę go.

Zanim zdążyłam zareagować, William przebiegł przez ulicę i zagwizdał na mojego niesfornego psa. Uśmiechnęłam się z satysfakcją, bo doskonale wiedziałam, że Fred nie akceptuje nieznajomych. Właściwie to nie akceptował nikogo oprócz domowników i mojej przyjaciółki Niny. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zdradziecki owczarek, zamiast zignorować tą beznadziejną kanalię Laemkę, przytruchtał do niej i – o zgrozo! – otarł pysk o jej spodnie. Tego objawu sympatii nie mogłam mu darować. Kiedy tylko oboje wrócili na chodnik, machnęłam zamaszyście ręką w stronę kamienicy.

-Zjeżdżaj do domu! – rozkazałam.

Fred zamerdał ogonem, jak zwykle niewzruszony moim karcącym tonem i pobiegł we wskazanym kierunku.

-Idziesz może do szkoły? – zapytał William, poprawiając plecak.

Chyba nie ma zamiaru iść ze mną? Na wszelki jednak wypadek, pokręciłam głową.

-Nie teraz – skłamałam.

-W porządku – chłopak wyszczerzył się w swoim firmowym uśmiechu gwiazdeczki playboya. – To miłego dnia!

Odszedł żwawym krokiem, zabierając ze sobą resztki dobrego humoru, jakie miałam w sobie po przebudzeniu. Palant. Wspięłam się po schodach na poddasze, na którym pod drzwiami czekał na mnie Fred, wciąż merdając ogonem.

-Nie ciesz się, zdrajco. Nie dostaniesz dzisiaj smakołyka za karę.

Wpuściłam go do mieszkania i chwyciłam torbę, nawet nie sprawdzając, czy jest w ogóle spakowana. Korciło mnie, żeby rzucić się biegiem do szkoły i jakimś fartem spróbować zdążyć przed dzwonkiem, ale byłam pewna, że w ten sposób musiałabym minąć Williama Leamkę, a to nie wchodziło w grę. 

Z pełną więc premedytacją postanowiłam się nieznacznie spóźnić się dla zachowania własnego zdrowia psychicznego. Jedno spotkanie z Największym Burakiem Wszechświata w ciągu dnia stanowczo mi wystarczyło.

☆☆☆

Siedząc na chemii, myślami wracałem do zabawnej dziewczyny, na którą wpadłem z rana. Kojarzyłem ją, bo kilka tygodni wcześniej laska z jej klasy próbowała się ze mną umówić. Cóż, nie była w moim typie. Co mogłem poradzić? Niestety, od tego czasu reszta dziewczyn z jej rocznika patrzyła na mnie jak na zło wcielone. Ta, którą spotkałem chwilę wcześniej, nie była wyjątkiem. Niemal widziałem w jej oczach odbicie tej małej… Heather, bodajże. 

Zabawna ta solidarność.

Odchyliłem się na krześle, spoglądając w okno, z którego roztaczał się widok na cały szkolny dziedziniec. Profesor Jenkins rozpisywała na tablicy jakiś schemat zbyt obszerny, żeby chociaż spróbować go zrozumieć.

Moją uwagę przyciągnęła znajoma postać pędząca na złamanie karku w kierunku wschodniego skrzydła budynku z bujną, rudą czupryną rozwianą na wietrze. Zmarszczyłem brwi, pochylając się w kierunku szyby, żeby sprawdzić, czy wzrok mnie nie myli.

-Idziesz może do szkoły?

-Nie teraz.

Uśmiechnąłem się lekko pod nosem. A to kłamczucha.

Kiedy zniknęła w budynku, przerzuciłem spojrzenie na zeszyt. Pustka. Jak dawno nie notowałem już nic na lekcjach? Ciężko powiedzieć, mniej więcej od kilku tygodni. Wzorowy uczeń, świadectwa z wyróżnieniem, kto by zwracał uwagę na jego zeszyty? Poza tym, to nie miało znaczenia. Nic już nie miało znaczenia, odkąd usłyszałem pewne rzeczy. Odbieranie komuś życia wydawało mi się znacznie ważniejszą kwestią do przemyślenia niż żałosne starania szkoły nad wbiciem nam do głów kompletnie nieprzydatnych informacji.

★★★

Jeszcze jedno spóźnienie, a wzywam twoich rodziców, poinformował mnie profesor Truman, kiedy zasapana wpadłam na historię. Całą lekcję udawałam zainteresowanie jego słowami, chociaż w rzeczywistości gryzmoliłam tylko po marginesie zeszytu. Dzwonek uwolnił mnie przed jego przeszywającym spojrzeniem i jako pierwsza wypadłam na korytarz, zanim zdążył mnie zatrzymać na kolejną bezsensowną pogadankę. Co się z tobą dzieje, Haley? Masz jakieś problemy? Słyszałam już to tyle razy w ciągu kilku ostatnich tygodni. 

-Myślałem, że nie wybierałaś się do szkoły – usłyszałam głos od strony szafek.

Przystanęłam, patrząc z niechęcią na jego źródło. William Laemke, a jakże. Opierał się nonszalancko o kolumnę między szafkami i uśmiechał się do mnie półgębkiem. Popatrzyłam na niego chłodno.

-W tamtym momencie się nie wybierałam.

Nie dałam mu wciągnąć się w rozmowę. Odeszłam, zanim zdążył jakkolwiek zareagować, sama nie do końca rozumiejąc, czego się boję. Byłam w nielicznej części szkoły, która miała oczy i nie leciała na tą zadufaną w sobie kanalię, więc nie groziło mi, że skończę jak jedna z jego marionetek. Może to wysoko rozwinięty instynkt. Taka czerwona lampka, która błyska i wyje jak syrena, kiedy jakiś kretyn pokroju Laemki znajduje się w pobliżu. 

☆☆☆

Równo trzy noce wytrzymałam bez przemian i obserwowania mojego towarzysza niedoli. W czwartek mimo usilnych starań, przewracałam się tylko z boku na bok, wciąż wracając myślami do brzemienia, jakie na mnie spadło. Clair, powiedziałam bezgłośnie, zaciskając palce na naszyjniku. Jak zwykle czułam się jednocześnie niekomfortowo i przyjemnie, podczas gdy przeistaczałam się w postać godną małego epizodu w komiksach Marvela. Wymknęłam się przez okno na dach budynku.

Nigdzie nie wyczuwałam zapachu chłopaka o smoliście czarnych włosach, więc po prostu skierowałam się nad rzekę, chłonąc ciszę i spokój otaczające mnie zewsząd. Przykucnęłam na brzegu, zatrzymując dłonie zaledwie kilka cali ponad taflą wody. Moje drugie ulubione zajęcie zaraz po przemierzaniu dachów w ślad za właścicielem bliźniaczego wisiorka. Wierzyłam na słowo zamaskowanemu Mistrzowi, który twierdził, że wygrawerowano na nim moje zaklęcie, Clair. Symbol naszych nierozłącznych losów.

Palcem wskazującym zatoczyłam koło i strumień wody podążył za nim z gracją, tworząc w powietrzu ciekawy wzór. Zacisnęłam dłoń w pięść i misterny obrazek runął z chlupotem do rzeki. Zimne krople na twarzy otrzeźwiły mnie na tyle, że ponownie skupiłam się na otoczeniu. Ktoś mnie obserwował. Spięłam mięśnie i ani drgnąwszy, nasłuchiwałam.

Ciche kroki. Niemal niesłyszalne.

Osiem metrów. Siedem, sześć. Na piątym ustały.

Nie, nie jestem jeszcze gotowa!

Gorączkowo usiłowałam wymyślić coś, co wyciągnęłoby mnie z tej sytuacji. Nie miałam wątpliwości, że osoba za mną to chłopak o czarnych jak noc włosach. Chłopak, którego powinnam zabić, inaczej on zabije mnie. Jak mogłam być tak nieostrożna?! Dać się podejść jak dziecko w mojej sytuacji. Ale nic w tym niezwykłego, skoro wszystko spadło na mnie tak niespodziewanie.

Niepostrzeżenie poruszyłam ręką, unosząc kolejne skupisko wody na wysokość twarzy. Dlaczego nie atakuje? Zagłuszyłam cichy głosik w głowie i zacisnęłam zęby. Tylko jedna szansa.

Odwróciłam się, wyrzucając kulę wody na oślep, licząc na szczęście i instynkt. Usłyszałam okrzyk zaskoczenia, na ułamek sekundy przed tym, jak pocisk trafił celu. W tym czasie zdążyłam już rzucić się biegiem w kierunku domu.

Nie, nie dom! Skręciłam gwałtownie w pierwszą uliczkę w lewej. Nie mogłam zaprowadzić go do swojego domu, mógłby wtedy zrobić krzywdę mojej rodzinie! Dlaczego więc ostatnim razem nie poszłaś za nim do domu? zapytał mnie znowu irytujący głosik, a ja nie potrafiłam odpowiedzieć. Może miałam nadzieję, że do tego nie dojdzie?

Chłopak zbliżał się, czułam zapach siarki roznoszący się w powietrzu.

Oby nie był zbyt szybki.

★★★

Byłem zupełnie zaskoczony reakcją białowłosej dziewczyny. Przez ostatnie noce w ogóle nie pojawiała się, kiedy krążyłem po mieście i zaczynałem wierzyć, że problem sam się rozwiązał, bo nie mogłem odebrać życia komuś, kto zniknął bez śladu. Ale dzisiaj zobaczyłem ją nad rzeką i nie potrafiłem się powstrzymać. Pewnie powinienem zajść ją od tyłu i poderżnąć gardło bez skrupułów. Ale nie potrafiłem. Wbrew temu, co mówił Mistrz, nie byłem w stanie z zimną krwią zabić kogoś, choćby nie wiem, jak wiele mogło mi to dać. Byłem szesnastolatkiem, na litość boską!

Miałem zamiar porozmawiać i spróbować zrozumieć tą sytuację. Łudziłem się nadzieją, że ona również nie chciałaby odbierać życia. Pewnie Mistrz miał rację. Tacy, jak ona nie cofną się przed niczym. Żadnych wyrzutów sumienia, żadnych wątpliwości.

A co, jeśli ją przestraszyłem? Jeśli nie spodziewała się kontaktu i uciekła, bo myślała, że jej zagrażam? Przecież miała mnie na włosku, wykorzystała element zaskoczenia i gdyby chciała, zabiłaby mnie na miejscu bez zbędnych ceregieli. A może tylko to sobie wmawiam.

Rzuciłem się za nią biegiem, właściwie odruchowo. Nie wiedziałem, czy chcę walczyć, czy rozmawiać, adrenalina i instynkt zadziałały samoistnie. Czy wie, gdzie mieszkam? Zachłysnąłem się powietrzem, kiedy ta myśl wpadła mi do głowy. Zna moją tożsamość? Zagraża moim rodzicom? Siostrze? Przyspieszyłem, usiłując ją zatrzymać. Zbliżała się w kierunku mojego domu, ale nie byłem w stanie stwierdzić, czy robi to celowo. Nie mogłem ryzykować. 

-Proszę cię, zaczekaj! – zawołałem desperacko. – Nie chcę walczyć!

Zero reakcji. Pewnie nawet mnie nie usłyszała. Dziewczyna była dla mnie za szybka i wkrótce zniknęła z pola widzenia. Przynajmniej minęła mój dom, więc mogłem przypuszczać, że w czasie swoich obserwacji nie dowiedziała się o mnie za wiele. Byłem głupi, pozwalając się bezkarnie śledzić. Życie w ciągłym strachu nie było tego warte. Mógłbym spróbować zniknąć, odciąć się od tej części swojego 'ja', ale słowa Mistrza nieustannie powracały, zmuszając mnie do kolejnych przemian. 

Muszę po prostu być bardziej ostrożny.

☆☆☆

Trochę trwało, zanim go zgubiłam, ale w końcu poczułam, że jestem zupełnie sama. Dysząc, przystanęłam na rogu niedaleko swojego domu. Nie wiedziałam nawet, że jestem w stanie tak szybko biec. Chłopak nie miał ze mną najmniejszych szans. Dla pewności jednak, zatoczyłam jeszcze koło, a dopiero później wróciłam do mieszkania. Było naprawdę gorąco. Położyłam się na łóżku i dopiero wtedy znalazłam siły na przemianę zwrotną.

Więc się zaczęło. Przeznaczenie powoli się wypełnia, dokładnie tak jak zapowiedział Mistrz. Tylko co sprowokowało tego chłopaka do ataku akurat dziś? Czy to dlatego, że mógł działać z zaskoczenia? Bo nie obserwowałam go ten jeden jedyny raz?

Nie mogłam sobie pozwolić na kolejną taką sytuację.

Muszę po prostu być bardziej ostrożna.

Koniec

Komentarze

Dyżur, na którym panuje posucha, więc jakkolwiek fragmenty nie wchodzą w zakres obowiązków, powiem tak: problem zaczyna się od przedmowy.

 

Ostatnio na moim blogu wzięłam się za pisanie z nudów pewnej historii o dwójce nastolatków, których losy zostały związane przez przepowiednię tajemniczego Mistrza.

Już na początek serwujesz czytelnikowi zapowiedź wielkiego zieeew. Po pierwsze opowieść pisana z nudów budzi pewien niepokój, że jest nieprzemyślana, aczkolwiek oczywiście mogą to być twórcze nudy. Po drugie – i to już poważniejsza sprawa – fabuła wygląda na boleśnie nieoryginalną, a w każdym razie składa się najwyraźniej z przewidywalnych cegiełek.

 

Część tekstu powstała pod wpływem chwili

Oj, niedobrze.

 

A teraz co do tekstu: trudno go oceniać, bo nie ma w nim nic, co przyciągałoby uwagę. Ot, dość standardowe wprowadzenie, o bohaterach wiemy bardzo niewiele, a nie ma w nich nic, co by było tak absorbujące czy intrygujące, żeby zachęcało do dalszej lektury. Jeśli masz pomysł na fabułę, to jako young adult paranormal romance może ktoś to łyknie, ale jest to gatunek dość oblegany.

Uwaga techniczna: osadzasz fabułę ewidentnie w jakimś kraju anglojęzycznym. Znasz go na tyle dobrze, żeby nie walić babola za babolem w kwestii realizmu? Na razie trudno to stwierdzić, bo świata przedstawionego to jest tu tyle co kot napłakał.

I po co ten francuski tytuł? Kocham Francję i (prawie) wszystko, co francuskie, język takoż bardzo, ale tu nie widzę dla niego uzasadnienia. Oczywiście, francuskie słowa pojawiają się w tekście, związane z magią, i to może zostać sensownie rozwinięte, ale tytuł jednak dałabym jakoś inaczej, bo obcojęzyczne tytuły zazwyczaj są pretensjonalne.

 

Fragmentaryczna łapanka, co się rzuciło w oczy (stwierdzenie “Część tekstu powstała pod wpływem chwili i jest nieredagowana, dlatego bądźcie wyrozumiali” jest aroganckie – po co wrzucasz, skoro jest niewykończone? Nikt nie oczekuje, że będzie idealne, ale w takim przypadku można sobie darować poprawianie, bo najpierw powinien zrobić to autor):

 

“uznawany za bożyszcza“ → bożyszcze. Bożyszcza to liczba mnoga

 

“Środa. Cóż, nadzieja umiera ostatnia.“ – ??? a cóż takiego strasznego jest w środzie??? warto by to wyjaśnić

 

“Równo trzy noce wytrzymałam bez przemian i obserwowania mojego towarzysza niedoli.“ – niedoli?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

“Noc nasączona była smrodem” – przesycona?

“Gapiłam się w ten sam punkt od kilkunastu minut, nasłuchując jakichkolwiek dźwięków dochodzących z głębi domu.” – czyli że patrzyła na zewnątrz, ale wsłuchiwała się w odgłosy z wewnątrz?

“jak zakwit na wodzie” – upewnij się, czy nie powinno być zakwit wody.

 

Generalnie szczegółowy opis ubioru postaci, o ile nie jest istotny dla fabuły (patrz: strzelba Czechowa) lepiej pominąć.

 

“wciąż wilgotnymi strąkami” – wilgotnymi ponieważ?

 

“Zacisnęłam palce pewniej na naszyjniku. Clair. Poczułam ciepło pod opuszkami i przymknęłam oczy, kiedy jasne światło na ułamek sekundy wypłynęło z pół-gwiazdy. Przyjemne mrowienie w każdym zakamarku ciała trwało nie dłużej niż cztery mississippi, a gdy ustało, rozchyliłam powieki. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia.” – Ten fragment jest dla mnie nieczytelny. Przekombinowany. Nie zapominaj, że czytelnik wie tylko to, co mu przedstawisz. Pierw opisujesz naszyjnik i znajdujący się na nim grawer i to jest ok, a potem pojawia się powyższe z “Clair” i “Mississippi” – wprowadzasz chaos. To pierwszy moment w którym część czytelników porzuca lekturę.

 

“Noc była chłodna, ale nie przeszkadzało mi to ani trochę. Po przemianie stawałem się odporniejszy na wszelkie czynniki zewnętrzne, dlatego pewnie byłem jedyną osobą przemierzającą spowite mrokiem uliczki.” – Błąd logiczny. Ze względu na chłód nikt nie chodził? Chłód generalnie towarzyszy niemal każdej nocy więc to nie powód aby się nie przemieszczać. Siarczysty mróz już prędzej, ale to raczej nie zima skoro w pierwszej scenie bohaterka siedzi w otwartym oknie, wysoko (co wskazuje panorama miasta) i z mokrymi włosami.

Poza tym chwilę później dowiadujemy się, że bohater nic nie przemierza, a tylko kręci się po jakimś dachu. Brak konsekwencji!

 

“W zasadzie powinienem już dawno spać, ale ostatnio miewałem niemałe problemy z zasypianiem, więc włóczyłem się do późna, dopóki organizm sam nie odłączał mi zasilania.” – Łaził póki nie zemdlał?

 

“Zdawałem sobie sprawę z tego, że jeśli opuszczę kolejny dzień szkoły albo chociaż jedną godzinę, dyrektor bezwzględnie skontaktuje się z moimi rodzicami.” – to chyba nie koniec świata? Gorzej gdyby bohater miał zostać wydalony ze szkoły, ale zwykły dywanik dla rodziców to jeszcze nic takiego. Lęk bohatera nie jest więc przekonujący.

 

“problem ułoży się sam.” – chyba rozwiąże?

 

“Udawanie i ukrywanie drugiego życia przychodziło mi z coraz większym trudem, a jednak nie robiłem nic, żeby to zmienić. Mogłem zerwać z tym wszystkim i pójść do diabła, ale nie uczyniłem tego. Tkwiłem tylko w tym wszystkim beznadziejnie” – Jeśli ta enigmatyczność miała intrygować to nie wyszło. To ten moment w którym albo sypiesz czytelnikowi jakiś okruszek wiedzy, albo opisujesz rzeczy nieco mniej pompatycznie. “straszne to” jest straszne tylko ze względu na kliszę, którą tworzy.

 

“wyczułem ruch niż go usłyszałem czy zobaczyłem” / “wiedziałem, że ona gdzieś tam jest, obserwuje mnie, jak każdej nocy” / “Przystanąłem na skraju dachu, po którym krążyłem od dłuższego czasu i spojrzałem w dół.” / “W momencie, kiedy dziewczyna przecięła w poprzek ulicę” – Jeśli ta na dole ma być tą, która go obserwuje to nic tu się kupy nie trzyma. Raz, że bohater łazi po dachu, a dopiero potem podchodzi do krawędzi. Nie ma więc możliwości aby wcześniej zobaczyć go z dołu. Dwa, że osoba na dole nie zwraca na niego uwagi. No chyba, że tą obserwującą miałaby być postać z pierwszej sceny, ta z mokrymi włosami. Ale wtedy:

“wytrwałości mojej (…) towarzyszki” – “doprowadzi do starcia” – konflikt logiczny przyjaciel – wróg.

 

“Udało mi się nawet dostrzec błysk złota w oczach kształtu migdałów gęsto okolonych długimi rzęsami, kiedy dziewczyna na ułamek sekundy odwróciła twarz w moją stronę.” – To też element nadprzyrodzonych mocy, by w mroku, w ułamek sekundy, z dachu dostrzec szczegóły?

 

“Dla ludzkiego ucha był to dźwięk nie do wychwycenia, jednak ja słyszałem cichutki stukot obcasów na asfalcie niosący się między budynkami.” – Obcasy generalnie głośno stukają, co wynika z ich konstrukcji, szczególnie w nocy jest to słyszalne.

 

Tu kończę.

 

Piszesz płynnie i przyjemnie konstruujesz zdania. Tekst jednak roi się od elementów będących na bakier z logiką i skrótów myślowych. Ty masz w głowie historię i bohaterów, znasz to wszystko. Nie zapominaj, że Twoim zadaniem jest przedstawić to czytelnikowi w sposób czytelny i logiczny. Bez chodzenia na skróty.

 

 

 

“Część tekstu powstała pod wpływem chwili i jest nieredagowana, dlatego bądźcie wyrozumiali” – Następnym razem zastanów się więc, po co mamy tracić czas by go czytać.

Zapraszam: www.jacek-lukawski.pl

Obcasy generalnie głośno stukają, co wynika z ich konstrukcji, szczególnie w nocy jest to słyszalne.

O, tak. Jedna sąsiadka (na szczęście już się chyba wyprowadziła albo przynajmniej zmieniła pracę na inny dress code), która o siódmej rano maszerowała po korytarzu w butach na obcasach, była zmorą mojego życia.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Część tekstu powstała pod wpływem chwili i jest nieredagowana, dlatego bądźcie wyrozumiali ;)

Wybacz szczerość, Ocmel, ale po takim wyznaniu opuściła mnie wszelka chęć przeczytania Twojego tekstu, a prośbę o wyrozumiałość uważam w tej sytuacji za arogancję!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Też jestem na dyżurze i po takim wstępie nie mam ochoty czytać. Dlaczego mam poświęcać swój czas dla tekstu, który chociaż raz nie był poprawiany przez autora?

Nowa Fantastyka