- Opowiadanie: Revlis - Pan Twinshadow

Pan Twinshadow

Clayton Blackbone przybywa do hrabstwa Oxfordshire podając się za fotografa, jednak w rzeczywistości jest on szpiegiem, którego misją jest zebranie dowodów oczerniających miejscowego hrabiego. Szybko orientuje się, że na terenie posiadłości arystokraty skrywana jest wielka tajemnica... 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Pan Twinshadow

– Ale ja nie chciałabym mieć do czynienia z wariatami – rzekła Alicja.

– O, na to nie ma już rady – odparł Kot. – Wszyscy mamy tutaj bzika. Ja mam bzika, ty masz bzika.

– Skąd może pan wiedzieć, że ja mam bzika? – zapytała Alicja.

– Musisz mieć. Inaczej nie przyszłabyś tutaj.

Lewis Carroll – Alicja w Krainie Czarów

♦♦♦♦♦♦♦

Ciekawość. Nieodparta potrzeba dążenia do poznania. Do poszukiwania. Do zrozumienia. Świat od zawsze mnie ciekawił. Gdy byłem dzieckiem, ojciec pracował jako kamieniarz w znajdującym się niedaleko miasta kamieniołomie. Każdego dnia, gdy wracał z pracy, na jego ciele dostrzegałem nowe bruzdy i siniaki. Ich liczenie było dla mnie czymś w rodzaju codziennego rytuału. Ojciec mówił, że są to symbole jego ciężkiej pracy, a ich widok budzi w nim dumę. Matka, która wtedy pracowała jeszcze jako krawcowa, również posiadała okazałą kolekcję powstałych w wyniku wykonywania zawodu obrażeń ciała. Do dzisiaj, gdy spoglądam na jej pomarszczone dłonie, dostrzegam setki śladów po wyjmowanych z nich w pośpiechu igłach. Żaden z moich rodziców nigdy nie powiedział mi, że coś go boli lub coś mu dolega. Milczenie, którym częstowany byłem za każdym razem, gdy próbowałem dowiedzieć się faktycznego stanu rzeczy, smakowało gorzką irytacją. Gdy miałem siedem lat, w kamieniołomie zdarzył się wypadek. Podczas wykonywania prac strzałowych, polegających na detonacji ładunków wybuchowych w wywierconych wcześniej otworach, doszło do przedwczesnej eksplozji. Mój ojciec, wraz z kilkoma towarzyszącymi mu robotnikami, zginął w wyniku wybuchu lub zmiażdżenia odłupaną półką skalną. Widziałem jego ciało. Podczas gdy moja matka wraz z pozostałymi mieszkańcami miasta zajęta była szukaniem ocalałych, kątem oka dostrzegłem coś, co wyglądało jak ojcowska koszula. To był pierwszy raz, gdy poczułem niewidzialną dłoń na swoich plecach. Pierwszy raz, gdy ta nieokiełznana siła pchnęła mnie w kierunku mojej obsesji. W kierunku prawdy. Gorzkiej, ale jednak prawdy. Oddzieliłem się od matki i podążyłem w stronę gruzowiska, gdzie dostrzegłem fragment ojcowskiej koszuli. Po dotarciu na miejsce, próbowałem usunąć największe fragmenty piaskowca, jednak zadanie to okazało się zbyt trudne dla dziecka. Wykorzystując wszystkie swoje siły udało mi się poluzować tylko jeden głaz, który staczając się z gruzowiska, odsłonił twarz mojego ojca. W górną część czaszki wbite były skalne odłamki, a prawa połowa twarzy została sprasowana do tego stopnia, że kości żuchwy i mięśnie policzków zmieniły się w krwawą papkę. Z kącika ust wypływała gęsta struga krzepnącej krwi. Byłem wtedy dzieckiem, więc nie zdawałem sobie sprawy z tego, co się właśnie stało. Wiedziałem jednak, że sina twarz mojego ojca oznaczała zazwyczaj ciężki dzień pracy. Nachyliłem się więc nad jego uchem i zapytałem, czy coś go boli. Jak zwykle, nie odpowiedział.

♦♦♦♦♦♦♦

Piorun. Siedzący w przedziale mężczyzna otworzył oczy. W ich szklanej tafli odbijały się krople deszczu za oknem. Ciemne chmury kłębiły się na nieboskłonie.  

– Clayton, zasnąłeś? – zapytała siedząca naprzeciwko, młoda kobieta.

Była ubrana w dwuczęściowy kostium wykonany z tweedu. Jego dolną część stanowiła sięgająca do łydek beżowa spódnica w plisy, a górną, zakrywający ręce żakiet, wykończony wstążką w okolicy bioder. Z szykownego kołnierza wystawała smukła szyja.

– Na to wygląda – rzekł mężczyzna odziany w długie, ciemne spodnie i marynarkę cynamonowej barwy, pod którą znajdował się popielaty sweter. – Przepraszam, jestem zmęczony.

– Co ci się śniło? – zapytała kobieta, mrugając kasztanowymi oczami.

– Wspomnienie z dzieciństwa – rzekł oschle Clayton, ospale przecierając powieki.

– Czy było to dobre wspomnienie? – wtrąciła z ciekawością, siedząca naprzeciwko dziewczyna.

Mężczyzna zamilkł. Jego podkrążone oczy o barwie brudnego lodu, powędrowały w dół.  

– Jeśli nie czujesz się dobrze, możemy dokończyć tę rozmowę innym razem – dodała kobieta, po czym uśmiechnęła się lekko.  

– Nie, panno Castelli – odparł mężczyzna, sięgając wewnętrznej kieszeni marynarki. – Nie lubię zostawiać niedokończonych rzeczy. Szczególnie gdy zainteresowanie nimi wykazują osoby, z którymi lepiej jest wyjaśnić je bez zwłoki. Tak więc, panno Castelli…

– Clara – przerwała mu kobieta. – Na imię mam Clara. Znamy się już całe trzy miesiące. Po takim czasie powinieneś zapamiętać przynajmniej moje imię – dodała, poprawiając spięte z tyłu głowy, czarne jak krucze pióra loki.

– Dobrze więc, Claro – odparł Clayton, wyciągając z kieszeni marynarki niewielką książkę.

Jej brązowa okładka nie miała tytułu ani zdobień. Pożółkłe strony niechlujnie wystające poza nią, były więc znacznie starsze. Mężczyzna ostrożnie otworzył książkę na jej pierwszej stronie, a następnie przejechał palcem po wyblakłym nazwisku autora.

– Charles Lutwidge Dodgson – zaczął mężczyzna. – Znany szerzej pod pseudonimem Lewis Carroll. Pisarz, poeta i fotograf, odszedł z tego świata w 1898 roku. Na pewno słyszałaś, droga Claro, o jego największym dziele. Opowiada ono historię dziewczynki, która wpadła do króliczej nory.

– Czy słyszałam? – parsknęła Clara, zakrywając usta dłonią. – Alicja w Krainie Czarów to moja ulubiona bajka! Niania czytała mi jej fragmenty każdego wieczora.

– Data powstania pamiętnika, który teraz jest w moim posiadaniu, wskazuje na rok 1865, czyli ten sam, w którym powstał wspomniany utwór – przerwał jej Clayton, zachowując przy tym poważny ton głosu. – Z pewnych źródeł wiem także, że w 1867 roku, czyli dwa lata po publikacji, autor odbył wycieczkę do Petersburga, odwiedzając po drodze Warszawę. Ponieważ wymienione daty zgadzają się z relacją poprzedniego posiadacza tego pamiętnika, skłonny jestem wierzyć, iż jest on praw…

– Oczywiście, że jest prawdziwy – wtrąciła mu Clara, zakładając nogę na nogę. – Powstał całe pięć dekad temu. Nie widzę powodu, dla którego ktoś miałby go podrabiać. Szczególnie, zważywszy na fakt, iż tak jak powiedziałeś mi wczorajszego wieczora, nie zawiera on żadnej twórczości artystycznej autora. Zapewne dlatego udało ci się kupić go na aukcji za tak niewielką cenę.

Clayton nie skomentował. Przypomniał sobie aukcję w Warszawie, na której musiał być obecny. Była to bowiem część jego pracy, którą jako znajdujący się na zagranicznych terytoriach szpieg, musiał wykonywać zgodnie z wyznaczoną dyrektywą swoich przełożonych. W tamtym czasie jego zadaniem było śledzenie dwóch francuskich dyplomatów. Z sobie tylko znanych powodów, postanowili wziąć udział w licytacji dobytku pewnego hrabiego, który w wyniku afery związanej z podrabianiem waluty, musiał w pośpiechu opuścić kraj. Dyplomaci nie domyślali się, że są śledzeni. Clayton, preferujący jednak dopinanie wszystkiego na ostatni guzik, zachowywał niezwykłą ostrożność. Do czasu, gdy z listy przedmiotów wyczytany nie został pamiętnik należący do niejakiego Dodgsona. Clayton nie słyszał nigdy tego nazwiska, więc nie mógł wiedzieć, że należało ono do pisarza. W tym momencie jego serce zaczęło bić szybciej. Nogi stały się ciężkie. Na karku pojawiła się kropla potu. Znał to uczucie, lecz nie mógł przypomnieć sobie skąd. Nagle na plecach poczuł delikatne popchnięcie. Odwrócił się raptownie, sądząc, iż któryś z licytujących zamierza upomnieć go, by nie zasłaniał mu aukcji. Za jego plecami nie było jednak nikogo. Tego wieczora zrobił coś, co przeczyło wszystkim jego szpiegowskim nawykom. Nie powinien wstawać ze swojego miejsca. Nie powinien podnosić dłoni w celu podbicia stawki. Nie powinien licytować tego pamiętnika. Do tej chwili zastanawiał się, dlaczego zrobił coś, co przeczyło jego naturze. Dlaczego żądza ciekawości tego dnia wygrała nad jego umysłem. W żaden sposób nie wpływało to na możliwość jego wykrycia, ale pytanie pozostało.

– Nie powinien pan zostawiać damy w trakcie rozmowy – rzekła Clara, kładąc delikatne, białe dłonie na kolanie. – To bardzo niegrzeczne – dodała, uśmiechając się.

– Czy coś się stało? – odparł Clayton, spoglądając na różowe usta siedzącej naprzeciwko kobiety.

– Przez ostatnie kilka minut wpatrywałeś się w pierwszą stronę tego pamiętnika – powiedziała. – Pierwszy raz widziałam kogoś, kto potrafi spać z otwartymi oczami – dodała, po czym cicho zachichotała.

– Przepraszam – rzekł nerwowo Clayton. – Co prawda przeczytałem go już kilkukrotnie, lecz ostatnią noc także spędziłem na jego lekturze. Gdzie stanęliśmy?

– Na autorze – odparła kobieta. – Wiem już, kim był. Teraz chciałabym wiedzieć, o czym pisał.

– Pamiętnik opowiada o pobycie swego twórcy w parafii Nuneham, znajdującej się w hrabstwie Oxfordshire – zaczął Clayton. – Podczas swojej wiz…

– Oxfordshire? – przerwała mu zdziwiona Clara. – Czy to nie tam zostaliśmy zaproszeni przez hrabiego Harcourta? Niedługo pociąg powinien znaleźć się w granicach jego hrabstwa. Cóż za ciekawy zbieg okoliczności – dodała, spoglądając na znajdujące się za oknem pola środkowej Anglii.

– W istocie – skomentował Clayton, który na zewnątrz dostrzegał jedynie krople deszczu i kłębiące się w dali ciemne chmury. – Pierwsza połowa pamiętnika jest dosyć typowa. Opisuje głównie, jak wyglądały posiłki i rozrywki autora. W pewnym momencie jego styl ulega jednak stopniowej zmianie. Coraz częściej pojawiają się także wzmianki o spotkaniu z osobą, o której informacji nie posiadał poprzedni właściciel pamiętnika.

– Czy jego autor zdradził, jak ta osoba ma na imię? – zapytała Clara.

– Nie – odparł sucho Clayton. – Nie wiedział nawet, jak wygląda. Zapewne ku ułatwieniu zapisywania myśli w pamiętniku, twórca twojej ulubionej bajki nadał jej równie baśniowe imię. Pan Twinshadow.

♦♦♦♦♦♦♦

Podróż do Oxfordu była długa i męcząca. Po przybyciu na stację kolejową, bagaże Claytona i jego towarzyszki podróży zostały odebrane przez służbę hrabiego Harcourta. Lewis Vernon Harcourt, znany także jako Reginald Harcourt, był członkiem brytyjskiej partii liberalnej. W tym roku objął stanowisko Sekretarza Stanu do spraw Kolonii, co było głównym powodem zainteresowania jego osobą przez obcy wywiad. Miał także ciekawe hobby. Był prawdziwym fanatykiem historii. Dzięki wpływom swojego wysokiego statusu został mandatariuszem Muzeum Brytyjskiego, Wallace Collection, a także Galerii Portretów Narodowych. Przerzucenie na teren hrabstwa zagranicznego szpiega, nie stanowiło dużego wyzwania. Niedaleko Oksfordu znajdowała się bowiem, znana Claytonowi z czytanego wiele razy pamiętnika, parafia Nuneham, która jeśli wierzyć badaczom, powstała na dawnych rzymskich pozostałościach. Gdy wieść o historii tego miejsca dotarła do uszu hrabiego, bez zwłoki rozpoczął poszukiwania odpowiednich historyków, których zadaniem było odkrycie dziejów tej okolicy. Jedną z osób, które przyjęły zaproszenie hrabiego, była Clara Castelli, od młodości pobierająca lekcje historii starożytnej we Włoszech. Powszechnie sądzono, że kobiety przez wzgląd na swój temperament nie były zdolne do pełnienia funkcji autorytetu w pewnych dziedzinach, bez względu na stopień otrzymanej edukacji. Clayton uważał to stwierdzenie za absurdalne. Hrabia Harcourt najwyraźniej też. Ponieważ jednak damie nie wypada podróżować samej, w trakcie pobytu w Anglii towarzyszyć miał jej zaufany przyjaciel rodziny. Przyjaciel, który przez ostatnie trzy miesiące wkupywał się w łaski rodziców Clary, oraz podjął się pracy jako fotograf. Przyjaciel, który teraz wraz z niepodejrzewającą niczego Clarą Castelli stał przed bramami posiadłości znajdującej się nad Tamizą, o niezbyt oryginalnej nazwie – Nuneham House.

♦♦♦♦♦♦♦

– Hrabia nakazał czekać – powiedziała służąca ubrana w biały fartuch, pod którym znajdowała się długa, czarna suknia. – Jest zajęty grą w karty – dodała, lekko przekręcając głowę w stronę zamkniętych drzwi, stanowiących jedno z bocznych wejść do salonu.

Clayton znał dobrze zwyczaje arystokracji. W czasie swoich podróży po Europie przeczytał dziesiątki książek i publikacji na temat dworskiego savoir-vivre’u. Wielu informacji o życiu w wyższych sferach dowiedział się także od swojego ojczyma. Przez dwadzieścia lat pełnił on funkcję kamerdynera w zamku w Łańcucie, który pod zwierzchnictwem małżeństwa Romana Potockiego i Elżbiety Radziwiłłówny, przeszedł gruntowną renowację. Ojczym Claytona często opowiadał mu o znajdujących się wewnątrz pomieszczeniach, ich kunsztownym wyposażeniu, oraz licznych kaprysach arystokracji. Wiedział, że dla hrabiego gra w karty to nie przynosząca zabawę rozrywka. To sposób na budowanie przyjaznych relacji pomiędzy grającymi. Pozostali gracze bez wątpienia pochodzili z podobnych sfer, co sam hrabia, więc nie mógł on pozwolić sobie na ich ignorowanie. Ta informacja była dla Claytona szczególnie ważna, gdyż w przeciwieństwie do swojej towarzyszki, nie przybył on do Nuneham House, by dać upust hrabiowskiej pasji. Clayton wiedział, że za drzwiami toczyły się rozmowy natury politycznej. Za drzwiami, które właśnie otwierane były od wewnątrz przez dwójkę służących. Z pomieszczenia wydobyła się fala dymu, za którą podążył nieprzyjemny zapach wypalonych cygar.

– Ach, panna Castelli – rzekł z uśmiechem wąsaty mężczyzna, odziany w rozpięty, czarny garnitur, oraz krawat, sterczący pod kołnierzem białej koszuli. – A to musi być pani towarzysz, pan… – umilkł.

– Clayton Blackbone. Fotograf – powiedział spokojnie mężczyzna ubrany w brązową marynarkę, po czym układając prawą dłoń na piersi, wykonał staranny ukłon.

Clayton wiedział, że w spotkaniach między arystokracją a pospólstwem najważniejsze jest pierwsze wrażenie. Perfekcyjnie wykonany ukłon był wszak częścią osoby Claytona Blackbone, która stworzona została na potrzeby akcji szpiegowskiej. Stojąca obok panna Clara Castelli zauważywszy gest Claytona, chwyciła rąbek spódnicy, po czym sama wykonała delikatny ukłon. Ponieważ pochodziła ona z bogatej włoskiej rodziny, statusem społecznym nie odbiegała bardzo od pozycji samego hrabiego. Jej ukłon miał więc raczej formę powitania niż tak jak w przypadku Claytona, uznania wyższości gospodarza. 

– Fotograf? – powtórzył hrabia Harcourt, drapiąc się po podbródku. – Świetnie się składa. Potrzebujemy kogoś, kto uwiecznieni wykopaliska przy nowym kościele. Sporo rzeczy zostało odkryte, gdy mój świętej pamięci ojciec postanowił go ufundować. Czy przywiózł pan ze sobą odpowiedni sprzęt?

– Oczywiście – odparł Clayton, który zawsze posiadał przy sobie rzeczy, pomagające mu uwiarygodnić swoją aktualną tożsamość. – Służba zabrała je, gdy tylko wysiedliśmy w Oxfordzie.

– W takim razie od jutra może pan zacząć pracę – rzekł hrabia. – A ty, moja droga – rzekł zwracając się do Clary – powinnaś odwiedzić mnie w moim gabinecie. Tylko przebierz się, proszę, w coś bardziej odpowiedniego. Służba w tej chwili powinna rozpakowywać twoje rzeczy.

– Ale już niemal północ – odparła niepewnie panna Castelli. – Najpierw muszę…

– Nonsens, moja droga – przerwał jej hrabia Harcourt. – Noc jeszcze młoda. Nakażę służbie przynieść wino i przekąski. Mamy dużo do omówienia. A ja, w towarzystwie takiej muzy na pewno oka nie zmrużę – dodał podchodząc do Clary, po czym ostrożnie schylił się i pocałował ją w dłoń.

Panna Castelli zarumieniła się, po czym raptownie odwróciła twarz, ukrywając swoje oblicze za lokami, czarnymi jak krucze pióra. Okazywanie zawstydzenia, a nawet jego udawanie, było w takiej sytuacji oczekiwane od dam. Hrabia wyprostował się, po czym poprawiając krawat, wrócił do zadymionego salonu. Clayton wiedział, że pomieszczenia w posiadłościach arystokracji rozmieszczane są w ramach zasady budowania wrażenia, a nie utylitarności. Aby dostać się do swojego gabinetu, hrabia musiał zapewne przejść przez kilkanaście bogato zdobionych pokojów, wypełnionych drogimi meblami i tuzinami obrazów. Dwóch służących zamknęło od wewnątrz prowadzące do salonu drzwi. Pozostała przed nimi służka ukłoniła się lekko przed panną Castelli, po czym udała się w przeciwnym kierunku. Był to znak, aby Clara podążyła za nią. Zapewne do swojego pokoju, gdzie czekała już na nią wykonana z jedwabiu suknia.

– Clayton, zaczekaj – powiedziała pośpiesznie Clara. – Ja…

– Dam sobie radę – przerwał jej mężczyzna, zdający sobie dobrze sprawę z faktu, iż jego pokój znajduje się w pomieszczeniach dla służby. – Jak słyszałaś, hrabia postanowił znaleźć dla mnie zajęcie, więc najlepiej będzie, jeśli jak najszybciej położę się spać.

– Tylko nie czytaj znowu tego pamiętnika – odparła Clara. – Ostatnio jesteś tak przejęty jego lekturą, że zaczynam się o ciebie martwić. Powinieneś się odprężyć.

Clayton nie skomentował. Ukłonił się lekko, po czym powoli odwrócił się i podążył wzdłuż długiego korytarza, na którego końcu stał ziewający stróż nocny. Po kilkunastu metrach zerknął za siebie, by sprawdzić, czy panna Castelli udała się wraz ze służącą do swojego pokoju.

– Jest spostrzegawcza – mruknął pod nosem Clayton. – Jednak niewystarczająco dobra.

Clayton był szpiegiem. Autor posiadanego przez niego dziennika przebywał w Nuneham, gdy należało ono jeszcze do ojca obecnego hrabiego. Zapisane w nim informacje dotyczyły nie tylko wyglądu okolicy, ale i zawierały szczegółowe opisy znajdujących się w niej obiektów. Takich jak Nuneham House oraz ciągnące się w nim sieci korytarzy, które dekady później, bez wątpienia zamienione zostały w przejścia dla służby. Arystokracja nie była skora do tolerowania widoku swoich służących, więc tego typu konstrukcje, sprytnie ukryte za kunsztownymi kotarami lub możliwymi do łatwego przesunięcia obrazami, były dosyć popularne. Gdy tylko Clayton dowiedział się, że jego kolejna akcja szpiegowska prowadzona ma być w hrabstwie Oxfordshire, szybko przypomniał sobie o zakupionym kilka miesięcy wcześniej pamiętniku. Powodem, dla którego przez wiele nocy oddawał się lekturze dzieła Lewisa Carrolla, nie było, jak sądziła Clara, zamiłowanie do twórczości bajkopisarza, a chęć zapamiętania opisanej przez niego mapy całego Nuneham. Gdy nocny stróż przestał ziewać i rozejrzał się po korytarzu, Claytona już w nim nie było. 

♦♦♦♦♦♦♦

Nocne niebo zasnuwały ciemne chmury, skutecznie zasłaniając księżyc i gwiazdy. Dla Claytona była to bardzo przychylna pogoda, jako że powodem jego nocnej przechadzki był rekonesans terenów wokół Nuneham House. Ponieważ od następnego poranka miał rozpocząć pracę jako fotograf, a w ciągu dnia kręcący się wokół dworu osobnik mógłby budzić podejrzenia, ta noc wydała mu się idealna na zwiad. Teren posiadłości znajdował się pod obserwacją stróżów nocnych, jednak dzięki znalezionej w pamiętniku informacji dotyczącej tylnego wyjścia przez powozownię, Claytonowi udało się bez problemów ominąć patrole. Po kilku minutach skradania dostał się do okazałego ogrodu, gdzie szybko wypatrzył dogodne miejsce do prowadzenia obserwacji. Był to niewielki pagórek otoczony kilkoma japońskimi klonami i gęstym wieńcem z nieznanej mu odmiany różanecznika. Clayton wdrapał się na wzniesienie, po czym przykucnął za kilkoma z nich. 

– Harcourtowie nie są znani ze skromności – wymamrotał, rozglądając się po okolicy.

Mimo ciemności był w stanie dostrzec zarysy ogrodowych altan i fontann, a także wybudowaną dla pawi wolierę. Zwrócił uwagę na widoczny w oddali ciemny kształt, którego jeśli wierzyć informacjom z posiadanego przez niego dziennika, nie powinno tam być.

– To zapewne nowy kościół, o którym wspomniał hrabia Harcourt – powiedział pod nosem Clayton. Autor pamiętnika przebywał w tej okolicy przeszło pół wieku temu, więc pojawienie się nowych budynków wydało się Claytonowi rzeczą oczywistą. Nagle jego przemyślenia przerwane zostały przez pojawiające się w oddali światło. Niewielka, jasna kula wyszła z terenów posiadłości Nuneham House, po czym podążyła w stronę znajdującej się kilkadziesiąt metrów dalej budowli. Clayton wielokrotnie obserwował swoje cele w czasie nocnych operacji, więc wiedział, że tego typu oświetlenie zapewnić może płomień świecy. Ktoś prócz niego wymknął się z dworu. Budynek, do którego zmierzał nieznany osobnik, był w istocie kaplicą rodu Harkourtów, wzniesioną w popularnym w poprzednim stuleciu stylu. Na tym kończyły się jednak zamieszczone w pamiętniku informacje. Kaplica ta była bowiem ostatnim miejscem opisanym przez autora książki. Dalsze części wspomnień dotyczyły już tylko jego wewnętrznych rozterek. Światło zniknęło. Postać musiała wejść do środka budowli. Clayton zastanowił się, czy w istocie miał już to, po co przybył do ogrodu pod osłoną nocy. Potwierdził, że stworzona przez niego mapa terenu niemal całkowicie pokrywała się z zawartymi w pamiętniku informacjami.

– Zostaje więc tylko kaplica. Na niej wątek się urywa – wymamrotał Clayton, przypominając sobie o zakupionej na aukcji książce, znajdującej się w kieszeni jego cynamonowej marynarki.

Było zbyt ciemno, by mógł dostrzec, co zostało napisane na wyblakłych stronach pamiętnika Lewisa Carrolla. Clayton zamknął oczy. Jedyną rzeczą jaka przyszła mu do głowy, była próba przypomnienia sobie fragmentów dotyczących kaplicy. Ponieważ przed przybyciem do Nuneham przeczytał całą książkę wielokrotnie, nie było to trudne zadanie.

 

Tego dnia stanąłem przed kościołem, znajdującym się niedaleko Nuneham House.

Jego kopuła i białe kolumny wskazywały na styl palladiański. Wszedłem do środka.

Moją uwagę natychmiast przykuła niezwykła pustka panująca wewnątrz.

Słyszałem, że niedaleko powstaje nowy kościół. To wyjaśniałoby brak wyposażenia.

Cały dobytek tego budynku został już przeniesiony do bardziej dogodnej lokacji.

Jedyną rzeczą jaka pozostała, były freski przedstawiające postacie o dwóch twarzach.

Nie wiem, co symbolizują. Mimo ich doskonałości, patrząc na nie, czułem dyskomfort.

Jakby każda z nich obserwowała mnie swymi dwiema parami oczu. Z każdej strony.

Odwróciłem się. Nie dostrzegłem nikogo. Jestem pewien, że ktoś tu był. Ktoś tu stał.

Postanowiłem przyjść tu kolejnego dnia. Być może wtedy zobaczę pana Twinshadow.

 

– Tajemniczy pan Twinshadow – wymamrotał Clayton, otwierając oczy. – Durny wymysł autora. 

Po krótkim przemyśleniu uświadomił sobie, że rodowa kaplica Harkourtów, która w czasie odwiedzin Lewisa Carrolla pełniła jeszcze funkcję kościoła, była jednym z dwóch budynków, których nie udało mu się zbadać. Drugim był znajdujący się na północ od Nuneham House nowy kościół, którego wnętrze będzie miał okazję dokładnie poznać podczas jutrzejszego dnia pracy jako fotograf. Minął kwadrans, nim Clayton ponownie dostrzegł wątłe światło. Osobnik, który wcześniej wymknął się z dworu, był właśnie w trakcie swojej drogi powrotnej. Po kilku minutach blask świecy ponownie zniknął. Clayton wstał i odetchnął głęboko. Wyposażenie. Tajne przejścia. Ciągnące się pomiędzy kaplicą a posiadłością tunele. Autor pamiętnika nie wspomniał o niczym, co pozwoliłoby Claytonowi na uzupełnienie swojej mapy Nuneham. Dla szpiega wiedza o tego typu rzeczach była niezwykle przydatna. Nie myślał więc długo nad decyzją. Ostrożnie wyszedł ze swojego ukrycia i pod osłoną nocy podążył w kierunku ciemnego kształtu zwieńczonego owalną kopułą.

♦♦♦♦♦♦♦

Kaplica wyglądała zupełnie tak, jak została opisana w pamiętniku Lewisa Carrolla. Jej białe ściany sprawiały, iż była nieco lepiej widoczna od pozostałych budowli znajdujących się w okolicy. Upewniwszy się, że nikt go nie śledzi, Clayton podszedł do znajdujących się pomiędzy kolumnami drzwi. Były to zimne, metalowe wrota, zwykle spotykane w staromodnych kościołach. Z powodu ciemności, nie mógł odnaleźć klamki bez kierowania się dotykiem. Po kilku sekundach szukania po omacku zdał sobie jednak sprawę z faktu, iż główne drzwi kaplicy nie posiadały klamki. Clayton nie liczył, że będą otwarte, jednak jego szpiegowskie umiejętności pozwalały mu na otwieranie prostych zamków.

– Ciekawe – wymamrotał pod nosem szpieg. – Skoro drzwi wejściowe nie posiadają klamki, w jaki sposób do środka dostała się osoba, którą widziałem wcześniej? W dzienniku nie było niczego na temat innej drogi dostępu. Gdzieś tu musi być boczne przejście – dodał, podążając wzdłuż ściany.

Ostrożnie przeszedł pod niewielkimi oknami kaplicy, unikając miejsc oświetlanych przez wychodzący zza chmur księżyc. Po minucie okrążania budynku udało mu się odnaleźć niewielkie przejście ukryte na tyłach świątyni. Było ono otoczone kilkoma ozdobnymi iglakami oraz częściowo pokryte przez zwisający z niewielkiego gzymsu bluszcz.

– Przejście dla służby – stwierdził Clayton, szukając klamki. – Po zmianie tego miejsca z kościoła w prywatną kaplicę Harcourtów potrzebne były dodatkowe środki bezpieczeństwa. Budynek zapewne jest nieczynny dla zwiedzających, a otwierany jedynie na polecenie samego hrabiego – kontynuował, odnajdując mosiężną klamkę oraz kłódkę. –  Dopiero gdy ma on potrzebę odwiedzenia kaplicy, służący dostaje się do środka przez tylne przejście, a następnie otwiera wejście główne – dodał, przykucając pod drzwiami.  

Clayton wiedział, że takie rozwiązanie jest bardzo niewygodne, w szczególności dla samego hrabiego. Domyślił się także, dlaczego arystokrata postanowił nie pozbywać się staromodnych drzwi. Uwielbiał historię. Jego pasja nie pozwoliłaby mu na przeprowadzenie remontu kaplicy.

– Pomyślmy – wymamrotał Clayton, zdejmując prawy but. – Wygląda mi to na starodawny zamek wpuszczany. Nie powinien sprawiać problemów – dodał, wyjmując z obuwia język, odsłaniając tym samym ukrytą pod nim wnękę.

Z niewielkiej skrytki w bucie szpieg wyjął niepozornie wyglądający kluczyk. Był to klucz uniwersalny, znany na świecie pod nazwą Skeleton Key, w sprawnych rękach pozwalający otworzyć większość starych zamków. I tym razem spełnił swoją funkcję. Po niecałej minucie ostrożnego kręcenia narzędziem wewnątrz zamka wydał on oczekiwane przez Claytona szczęknięcie. Kłódka puściła. Drzwi zostały otwarte. Mężczyzna schował swój uniwersalny klucz do skrytki w bucie, po czym wyprostował się i pociągnął za mosiężną klamkę. Wszedł do środka. Mimo iż ciemne chmury towarzyszące Claytonowi podczas jego wymknięciu z posiadłości Nuneham House zdążyły już odsłonić księżyc i gwiazdy, ich blask nie był w stanie dostać się do wnętrza kaplicy. Okna umieszczone w nawach bocznych były na to zbyt wąskie. Szpieg zamknął za sobą drzwi, po czym sięgnął do kieszeni marynarki. Wyjął z niej niewielką, metalową tubę, na której jednym końcu znajdowała się mosiężna nasadka, a na drugim wypukłe szkiełko. W mgnieniu oka z czubka urządzenia wystrzelił snop światła. Niezbyt duży, ale wystarczający, by oświetlić Claytonowi drogę. Jego oczom ukazało się wnętrze kaplicy. Idąc przed siebie po ciemnym dywanie, minął rzędy ławek, oraz znajdujący się nad głównym wejściem ozdobny portal. Dotarł do ołtarza, na którym ku jego zdziwieniu nie znajdował się krzyż. Odwrócił się, po czym raz jeszcze przeszedł środkiem kaplicy, badając jej wnętrze. Zorientował się, że symboli chrześcijańskich nie brakuje tylko na ołtarzu. W całym pomieszczeniu nie znalazł nie tylko żadnego krzyża, ale i ikon czy wizerunków baranka i gołębicy. Zerknął raz jeszcze w stronę ołtarza, by… Trzask! Clayton instynktownie zgasił latarkę, po czym szybko schował się za jedną z ławek. Czyżby osoba, którą widział wcześniej, wróciła do kaplicy? Nie. Dźwięk nie doszedł od strony drzwi. Ani bocznych, ani głównych. Mężczyźnie wydawało się, że jego źródło znajdowało się pod ziemią. Nie był jednak pewny. Jego sprawcą mogła być wadliwa instalacja wodna, prowadząca do Nuneham House z rzeki Tamizy, lub znajdujące się na zewnątrz zwierzę. Ogród przez wzgląd na swe rozmiary, nie był ogrodzony. Psy i koty z leżącego na północy miasta mogły więc przybłąkać się w te okolice. Clayton nie chciał ryzykować. Postanowił zaczekać kilka minut w ciemności. Tak na wszelki wypadek. Trwał skulony za dębową ławką, póki rytm jego serca nie wrócił do normy. Był zmęczony. Przez ostatnie dwie noce zajmował się zapamiętywaniem mapy i opisów hrabstwa Oxfordshire. Chciał wstać, by powrócić do badania wnętrza kaplicy, jednak fizyczne wykończenie nie było łatwe do pokonania. Stwierdził, że odpocznie chwilę. Tylko chwilę. Zamknął oczy. 

 

Czuję na sobie czyjś wzrok. Jego wzrok. Czuję na karku czyjś oddech. Jego oddech.

Jestem przekonany, że  mnie śledzi. Nie wiem, kim jest, ale brakuje mu manier.

Próbowałem go spotkać przez ostatnie kilka dni. Regularnie odwiedzałem kościół. 

Niezależnie od tego, ile razy jestem pewien, że stoi za mną, gdy się oglądam…

Nie widzę nikogo. Nie widzę niczego. A mimo to, wiem że pan Twinshadow istnieje.

Siostra twierdzi, że to moja wyobraźnia. Przyjechałem tu wszak, by czerpać inspiracje.

Być może ma rację. Być może… Nie. To zbyt prawdziwe, aby okazało się ułudą.

Czuję, że powoli tracę kontakt z rzeczywistością. Jakbym wpadł… Do króliczej nory. 

 

Clayton otworzył oczy. Przez ostatni kwadrans, nie słyszał żadnego podejrzanego dźwięku. Wstał, po czym raz jeszcze włączył latarkę i… stanął jak wryty, gdyż niecałe dwa metry od siebie, dostrzegł parę ślepiów, spoglądających prosto na niego. A właściwie dwie pary. Szpieg cofnął się o krok, gotowy do ucieczki, lecz po kilku sekundach uświadomił sobie, że stojąca przed nim ludzka sylwetka nie należy wcale do istoty z krwi i kości.

– To tylko fresk – burknął Clayton, uspokajając się nieco. – Człowiek o dwóch głowach. Taki sam jak ten opisany w pamiętniku – dodał, podchodząc do malunku.

Był on wyblakły. Zaniedbany. Swój majestat prezentował zapewne w czasie, gdy budynek był odwiedzany przez Lewisa Carrolla. Czyli jakieś pięć dekad temu. Clayton pochylił się nad freskiem by bliżej mu się przyjrzeć. Przedstawiał on człowieka ubranego w togę, który w jednej ręce trzymał sporych rozmiarów klucz, a w drugiej laskę lub berło. Najbardziej charakterystyczną cechą postaci, był fakt, iż miała ona dwie głowy, zwrócone w przeciwnych kierunkach. Jedna z nich miała oblicze młodego mężczyzny z krótkim zarostem, podczas gdy druga cechowała się licznymi zmarszczkami i długą brodą. Clayton nie wiedział, co symbolizować miało przedstawienie postaci w taki sposób. Nie przyszedł jednak do kaplicy, by podziwiać jej zdobione wnętrze. Wyprostował się, po czym raz jeszcze poświecił latarką dokoła. Nie znalazł niczego, co miałoby wartość dla szpiega. Żadnego tajnego przejścia czy tunelu. Odwrócił się więc w kierunku bocznych drzwi, by opuścić kaplicę. Zrobił jeden krok, po czym znieruchomiał. Jego serce zaczęło szybciej bić. Poczuł nagły przypływ ciepła. Dreszcz wędrujący w dół kręgosłupa. Jego oddech stał się ciężki. Raptownie odwrócił się gotowy do skoku w bok. Zobaczył tylko ścianę oraz znajdujący się niej malunek człowieka o dwóch głowach, których ślepia wpatrywały się w Claytona. Szpieg nie umiał wytłumaczyć sobie tego nagłego poczucia niebezpieczeństwa. Pochylił się lekko, po czym nie spuszczając oczu z malunku, zaczął się cofać. Powoli, ale niezbyt ostrożnie.

– Niech to szlag – syknął, upadając na plecy, spod których wydobyło się ciche szczęknięcie.

Skupiwszy całą uwagę na fresku, nie dostrzegł, że jedną ze stóp zahaczył o krawędź ciemnego dywanu. Clayton wstał, otrzepał z pyłu marynarkę, po czym pochylił się.

– Ciekawe – wymamrotał, chwytając oburącz krawędź dywanu. – Posadzka w kaplicy wykonana jest z marmuru. Dlaczego więc akurat w tej części wydaje podejrzany dźwięk?

Jednym silnym ruchem odsłonił ukrytą pod dywanem klapę. Była wykonana z metalu. W niczym nie przypominała starych drzwi wejściowych kaplicy. Nie miała klamki. Nie miała też kłódki. Nie miała nawet dziurki od klucza. Clayton przykucnął nad nią, po czym przyłożył dłoń do jej zimnej powierzchni. Ani drgnęła.

– Co to jest, do licha? – syknął Clayton, kładąc latarkę na ziemi tak, by jej światło padało na metalowy właz.

Jego krawędzie pokryte były dziwnymi symbolami, spośród których udało mu się rozpoznać jedynie odwróconą ósemkę, oznaczającą symbol nieskończoności. Clayton podniósł z posadzki latarkę, po czym wstał. Nie wiedział, co mogło skrywać się pod klapą. Mimo zmęczenia był z siebie zadowolony. Co prawda odkrył je przez przypadek, lecz udowodnił, że na terenie Nuneham znajduje się nieznane mu do tej pory ukryte pomieszczenie lub przejście. Trzask! Kolejny odgłos, tym razem o wiele głośniejszy od poprzedniego, rozległ się spod ziemi. Z wnętrza klapy. Clayton odskoczył w tył, gasząc latarkę. Wiedział już, że wcześniejszy dźwięk nie był przypadkowy. Ktoś lub coś, znajdowało się pod kaplicą Harcourtów. Mężczyzna nie zamierzał czekać, aż wyjdzie. Po omacku znalazł krawędź dywanu, chwycił ją oburącz, po czym zakrył metalowy właz. Kierując się pamięcią, podążył w stronę bocznych drzwi kaplicy. Po wydostaniu się na zewnątrz zamknął otwartą wcześniej kłódkę. Trzask! Z wnętrza świątyni wydobył się odgłos, który mógł oznaczać tylko jedno. Klapa została otwarta. Clayton bez zastanowienia rzucił się do ucieczki. Nie zwracał już uwagi na blask księżyca, który mógł ujawnić jego pozycję obecnym w okolicy patrolom. Jak błyskawica pędził do znajdującej się obok Nuneham House powozowni, przez którą mógł dostać się na teren dworu. Bicie serca zagłuszało odgłosy jego kroków. Nie uspokoiło się, nawet gdy stanął u progu posiadłości hrabiego Harcourta. Gdy dostał się do środka przejściem dla służby. Gdy w mroku udało mu się odnaleźć swój pokój. Gdy wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi na klucz. Poczuł krople zimnego potu, pędzące w dół po jego karku. Miał problem ze złapaniem oddechu. Przypomniał sobie o momencie, gdy przewrócił się wewnątrz kaplicy. On sam był w stanie słyszeć dochodzące z jej podziemi odgłosy, więc ktoś znajdujący się po drugiej stronie klapy, bez wątpienia słyszał i jego upadek. Kierując się dotykiem, odnalazł swoje walizki pozostawione w pokoju przez służących, którzy odebrali je z dworca w Oxfordzie. Ostrożnie otworzył jedną z nich, po czym wyjął z wnętrza ciemne pudło, będące częścią przenośnego aparatu. Bez zastanowienia otworzył je, po czym wyjął z jego wnętrza pistolet. Usiadł na ziemi, opierając się o krawędź łóżka. Nasłuchiwał. Tej nocy również nie zmrużył oka. Był cholernie zmęczony. Wiedział, że kolejny dzień bez snu będzie prawdziwym koszmarem na jawie. Nie mógł jednak pozwolić sobie na zamknięcie oczu. Nawet na chwilę. Nie, gdy ktoś w Nuneham mógł go zdemaskować, choćby przez podążanie jego śladami.

– Moja pieprzona ciekawość – burknął Clayton. – I pieprzony pan Twinshadow.

♦♦♦♦♦♦♦

– Tu powinno być dobrze – rzekł mężczyzna ubrany w marynarkę. – Proszę zostawić stojak tutaj. Resztą zajmę się sam – dodał, przykucając nad leżącą na trawie walizką.

Promienie słońca otulały otaczające kościół błonie. Mimo nieprzespanej nocy spędzonej z palcem na spuście pistoletu, na Claytona czekał teraz dzień pracy jako fotograf. Gdy rano składał do kupy swój pospiesznie otworzony aparat miechowy, modlił się, by tego dnia także padało. Wtedy hrabia Harcourt nie miałby innego wyjścia, jak przełożyć uwiecznianie wykopalisk na inny dzień, co dałoby Claytonowi trochę czasu na odpoczynek. Gdy służba zjawiła się pod drzwiami jego pokoju, informując, że pan posesji chce, by jak najszybciej stawił się on na terenie nowego kościoła, nie mógł odmówić. Był okropnie zmęczony, ale nie chciał dopuścić, by ta informacja rozprzestrzeniła się wśród dworskiej służby. Ktoś lub coś, co wczorajszej nocy znajdowało się w podziemiach kaplicy, wiedziało już, że jej wnętrze zostało spenetrowane. Proszenie o wyrozumiałość z powodu zmęczenia, uczyniłoby z Claytona podejrzanego. Jedyną rzeczą, której nie mógł ukryć, były podkrążone oczy. Tym jednak nie przejmował się tak bardzo, gdyż na teren Nuneham House przybył już z nimi. Pan Twinshadow, kimkolwiek by nie był, nie mógł więc zidentyfikować go jedynie dzięki nim. Pan Twinshadow. Tak Clayton zaczął nazywać coś, co wczorajszej nocy znajdowało się w podziemiach kaplicy. Teraz gdy słońce znajdowało się już niemal w zenicie, był o wiele bardziej spokojny. Przebywał teraz wszak na terenie wykopalisk, prowadzonych kilkanaście metrów od nowego kościoła, którego ciemny kształt dostrzegł już w czasie swojego nocnego rekonesansu. Poza tym, wewnątrz skrzyni jego aparatu wciąż znajdował się naładowany pistolet.

– Clayton! – krzyknęła ubrana w jedwabną sukienkę kobieta, nad której głową znajdował się zdobiony wizerunkami zwierząt parasol. – Wiedziałam, że cię tu znajdę – dodała, podchodząc do prostującego się mężczyzny, trzymającego oburącz sporych rozmiarów aparat.

– Panna Cas… – umilkł na chwilę – Clara. Co robi dama, na terenie wykopalisk?

– Ty już dobrze wiesz, co – burknęła, zadzierając do góry swój delikatny nos. – Hrabia poprosił mnie, bym rzuciła okiem na znalezione tu antyki. Poza tym, od poranka zwiedziłam już każdą część Nuneham. Prócz kaplicy. Była zamknięta. Nie widzę więc powodu, dla którego w drodze do magazynu ze znaleziskami nie mogłabym przejść się po tej okolicy.

Clayton wiedział dobrze, że prawdziwy powód obecności panny Castelli w tym miejscu jest zupełnie innej natury. Była honorowym gościem hrabiego Harcourta. Gdyby miała takie życzenie, wszystkie znajdujące się w magazynie antyki, a może i sam magazyn, zostałyby przeniesione tam, gdzie sobie tego życzyła. Nie. Powodem jej wizyty, był on sam. Nie trzeba było być szczególnie bystrym, by to dostrzec. Zgoda na podróż bez dodatkowej służby. Ciągłe przelotne spojrzenia. Nawet prowokacyjne zakładanie nogi na nogę. Clayton wiedział, że panna Castelli jest zainteresowana jego osobą. On jednak nie mógł odwzajemnić jej uczuć. Nie dlatego, że nie uważał jej za atrakcyjną. Był szpiegiem. W jego zawodzie wszelkiego rodzaju rozterki prowadziły do spadku efektywności. Poza tym, w tej chwili był Claytonem Blackbone, czyli fotografem z zagranicy. Clara nie darzyła uczuciem jego, a jedynie stworzoną na potrzeby misji personę.

– Znowu czytałeś te bzdety? – zapytała, patrząc na podkrążone oczy mężczyzny. – Wyglądasz jeszcze gorzej niż wczoraj. Może powinieneś wziąć sobie dzień wolny?

– Nie jest tak źle, jak wygląda – skłamał Clayton. – Po prostu mam trudności z przyzwyczajeniem się do angielskiego powietrza. A jak poszło spotkanie z hrabią?

– Rozmawialiśmy chyba do trzeciej nad ranem – zaczęła Clara. – Pan Harcourt był bardzo uprzejmy, ale i nieustępliwy w kwestii antyków. Gdy rozmowa schodziła na temat wykopalisk, nasz dialog przekształcał się w hrabiowski monolog, podczas którego zupełnie mnie ignorował.

Claytonowi nie wydało się to szczególnie dziwne. Wiedział już, że pan Nuneham House jest prawdziwym fanatykiem historii, a wszelkie związane z nią rzeczy budzą w nim ekscytację.

– Jego gabinet wypełniony jest antykami, wykopanymi podczas budowy nowego kościoła – kontynuowała kobieta, poprawiając czarne loki. – No, a przynajmniej najładniejszymi znaleziskami. Nawet postawił figurkę Janusa na półce obok drzwi gabinetu.

– Janusa? – przerwał jej Clayton, usadawiając miechowy aparat na stojaku.

– To rzymski bóg początków, przejść, bram i takich tam – odparła panna Castelli. – Zwykle przedstawiany jako postać o dwóch twarzach, z których jedna jest starsza, a druga młodsza.

Clayton przełknął ślinę, przypominając sobie o znajdującym się w kaplicy fresku.

– Czy ta figurka także pochodziła z wykopalisk? – rzekł po chwili.

– Z pewnością – odpowiedziała Clara, wyraźnie zadowolona z faktu, iż udało jej się zaciekawić swojego rozmówcę. – Była stara. Bardzo stara. Za to całkiem dobrze zachowana.

Clayton umilkł. Zastanawiał się. Brak chrześcijańskich symboli w kaplicy. Obecność malunków przedstawiających rzymskiego boga zamknięta przed światem zewnętrznym. Umiłowanie do antyków i wszystkiego, co związane ze starożytnością. Szpieg szybko połączył fakty, po czym zmarszczył brwi. Ostatnim razem pomyślał o hrabim Harcourtcie jako o fanatyku historii. Zrobił to rzecz jasna żartobliwie, jednak tym razem miał powody sądzić, iż to stwierdzenie nie było dalekie od prawdy.

– Zaciekawiła cię historia Nuneham, czyż nie? – zapytała Clara, uśmiechając się lekko.

– W rzeczy samej – potwierdził Clayton. – Powiem więcej. Przyznam się, że chciałbym poznać dzieje tego miejsca. Hrabia Harcourt zaprosił cię do swojego dworu przez wzgląd na twoją wiedzę historyczną. Czy przed przyjazdem tutaj czytałaś może jakieś ciekawe publikacje na temat Nuneham? Zawarte w nich informacje mogą mi się przydać w pracy.

– Do fotografowania? – odparła panna Castelli. – Cóż, w istocie jest tu kilka miejsc wartych uwiecznienia. Przywiozłam ze sobą trochę notatek. Zawierają najistotniejsze dane.  

– Dziękuję Claro – rzekł Clayton, z trudem odwzajemniając jej wcześniejszy uśmiech.

– Przekażę ci je wieczorem – powiedziała kobieta, wyraźnie rozbawiona wyrazem twarzy swego rozmówcy. – Do tego czasu lepiej nie zapuszczaj się poza okolice Nuneham. Służka hrabiego ostrzegła mnie, że ostatnio w okolicy wzrosła liczba zaginionych osób. Krążą plotki o porywaczu. 

– Spokojnie – zapewnił szpieg. – W tej chwili nie interesuje mnie nic, poza Nuneham.

♦♦♦♦♦♦♦

Nuneham, niegdyś Nevenham, zostało zbudowane na pozostałościach romańskich.

Znajdujący się tam kościół, miał prawdopodobnie formę saksońskiej parafii.

Został zniszczony w czasie duńskiej inwazji. Odbudowano go z końcem XI wieku.

Znany od tej pory jako Kościół Wszystkich Świętych zachował oryginalne podziemia.

W 1764 roku kościół został zniszczony przez hrabiego w celu budowy ogrodu.

Niedługo po tym wydarzeniu, świątynia została odbudowana w stylu palladiańskim.

Obecny hrabia wybudował nowy kościół, kilkaset metrów na północ od poprzedniego. 

Stara świątynia została przekształcona w prywatną kaplicę rodu Harcourtów.

 

Zgadza się – wymamrotał Clayton, odkładając notatki Clary na bok. – Wszystko nabiera sensu. Budowa nowego kościoła miała na celu odwrócenie uwagi od kaplicy. 

Po całym dniu spędzonym na fotografowaniu wykopalisk oraz znalezionych wśród nich przedmiotów, czy raczej ich szczątków, mężczyzna był wykończony. Od trzech dni nie spał. Był jednak zadowolony. Zawarte w notatkach Clary informacje okazały się dla niego bezcenne. Jego zadaniem, jako szpiega, było zdobywanie w Nuneham użytecznych danych na temat hrabiego Harcourta, który od niedawna pełnił ważną funkcję polityczną. Dzięki swojemu nocnemu zwiadowi oraz informacjom od panny Castelli, potwierdził, że w podziemiach kaplicy, zwanej kiedyś Kościołem Wszystkich Świętych, ukryte jest coś, co dla samego hrabiowskiego rodu jest niezwykle ważne. Nie widział innej przyczyny, dla której podziemia liczące sobie całe milenia, pozostały nienaruszone aż do obecnej generacji panów Nuneham. Fałszywe złoto. Zrabowane w czasie ostatnich stuleci dobra. Źródło dochodów arystokracji. Może nawet nielegalna dokumentacja. Cokolwiek ukryte było w podziemiach kaplicy, miało wystarczającą wartość, by każdej nocy z dworku wysyłany był stróż, którego zadaniem było upewnienie się, że stalowa klapa pozostaje zamknięta. Clayton musiał dostać się do środka.

– Pozostaje tylko kwestia pana Twinshadow – burknął pod nosem, wstając z krzesła. – Istnieje duża szansa, że to stróż pozostawiony wewnątrz podziemi. Co więcej, w takim przypadku czystą głupotą byłoby myślenie, że jest nieuzbrojony – dodał, zerkając na swoje walizki.

Poczuł nagły przypływ ciepła. Jego serce zaczęło szybciej bić. Znał to uczucie. Przez ostatnie kilka dni, doświadczał go regularnie. Jego największe natężenie nastąpiło wczorajszej nocy, podczas ucieczki z kaplicy. Od tamtego czasu, Clayton nie mógł się go pozbyć. Chwilami, gdy myślał o swoich szpiegowskich planach lub o tajemniczym panu Twinshadow, uczucie ulegało nasileniu. Czuł się jakby… ktoś go obserwował. Tym razem, mężczyzna nie obejrzał się za siebie. Raptownie uniósł prawą dłoń, po czym z całej siły pacnął się w plecy.

– To tylko bezsenność – powiedział sam do siebie. – Niczego za tobą nie było. Niczego za tobą nie ma. Im bardziej skupiasz się takich błahostkach, tym szybciej popadasz w paranoję. A na to, nie możesz sobie pozwolić.

Mówienie do siebie może i nie koiło jego obaw, lecz pozwalało skutecznie walczyć z bezsennością. Clayton kucnął przy walizkach, po czym otworzył tę, zawierającą złożony aparat. Ostrożnie namacał ukrytą na pudełku nasadkę i pociągnął ją. Pudło rozpadło się na kilka części. Ponieważ wczorajszej nocy obudowa miechowego aparatu otworzona została siłą, Clayton spędził cały poranek na jej składaniu. Teraz, nie miał takiego problemu. Po kilku sprawnych ruchach urządzenie zostało złożone w całość. Zaraz po wyjęciu z niego pistoletu.

– Muszę tam dziś wrócić – rzekł Clayton, wyglądając przez okno na znikające za horyzontem słońce. – Wystarczy, że znajdę coś, czym mogę oczernić hrabiego, a moja wizyta w Nuneham zostanie drastycznie skrócona – wymamrotał, usadawiając się na podłodze.

Nie chciał siadać na łóżku. Nie chciał ryzykować, że zaśnie. Myślał tylko o tym, jaki sekret może skrywać się pod metalową klapą, znajdującą się wewnątrz kaplicy.

♦♦♦♦♦♦♦

Clayton ponownie wymknął się przez powozownię. Korzystał z ukrytych przejść dla służby, więc ani ona, ani nocne patrole nie zdołały zorientować się, że opuścił teren Nuneham House. Dobrze pamiętał drogę do kaplicy. Dotarcie do niej zajęło więc o wiele mniej czasu niż ostatnio. Problemem niedającym mężczyźnie spokoju, był stróż, który ostatniej nocy odwiedził budynek niedługo przed nim. Nie wiedział bowiem, czy jego wizyta była jednorazowa, czy zgodna z zaleconym przez hrabiego harmonogramem. Aby upewnić się, że podczas swojego pobytu w świątyni nie zostanie przez nikogo zaskoczony, wpadł na pewien pomysł. Po wejściu do środka bocznym wejściem zamierzał otworzyć od wewnątrz drzwi główne. Dzięki temu miałby dodatkową drogę ucieczki, gdyby wejście na tyłach kaplicy zostało zablokowane. Dodatkowo w czasie drogi do budynku, podniósł z ziemi kamień nie większy od swojej pięści. By uczynić z niego gwarant bezpieczeństwa, zamierzał położyć bryłkę za tylnymi drzwiami. W ten sposób, gdy byłyby otwierane, dźwięk kamienia pchanego po marmurowej posadzce zaalarmowałby Claytona. Plan wydawał się sprytny, jednak szpiegowi do pokonania została ostatnia przeszkoda. Poprzednim razem zorientował się, że prowadząca do podziemi klapa nie ma klamki, kłódki, ani nawet dziurki od klucza. Oznaczało to, że otwierana mogła być tylko od wewnątrz. Mężczyzna znalazł i na to rozwiązanie. Zeszłej nocy, gdy upadł na klapę, ktoś z drugiej strony usłyszał wydawany przez nią odgłos, a niedługo później ją otworzył. Clayton domyślił się, że skoro odblokowana może zostać tylko od środka, uderzanie w jej metalową powierzchnię musi być znakiem, który informuje znajdującego się po drugiej stronie strażnika, by otworzył właz. Szpieg zamierzał zmusić stróża do otworzenia klapy tym właśnie sposobem, a następnie znokautować go uderzając w potylicę. Robił to już wiele razy. Znał się na tym. Jednak jeśli w ostateczności i to by zawiodło, w kieszeni marynarki, zaraz obok pamiętnika Lewisa Carrolla, spoczywał pistolet. Plan wydawał się dopięty na ostatni guzik, jednak w ostateczności nie zdał egzaminu. A raczej nie był potrzebny. Tylne drzwi do kaplicy były uchylone. Szpieg upuścił trzymany do tej pory kamień, po czym przyłożył ucho do szpary. Niczego nie usłyszał. Po kilku minutach ciszy zdecydował się na wejście do środka. Włączył latarkę. Ku jego zdziwieniu, dywan, który powinien znajdować się na środku pomieszczenia, był odsłonięty, a klapa… otwarta.

– Coś jest nie tak – syknął Clayton, rozglądając się po wnętrzu kaplicy. – Nikt nie szedł przede mną. Jestem tego pewny. Dlaczego więc przejście jest otwarte? To… to musi być pułapka.

Chciał się odwrócić i wyjść. Naprawdę chciał. Zanim jednak zdążył to zrobić, poczuł na swoim karku oddech. Stanął sparaliżowany, kurczowo trzymając latarkę. Poczuł nagły przypływ adrenaliny i dużą kroplę potu ściekającą mu po skroni. Nie mógł oddychać. Nie mógł też odwrócić się, by sprawdzić, kto stoi za nim. A raczej nie chciał. W ostateczności udało mu się odzyskać zmysły. Zachowując zimną krew, instynktownie skoczył do przodu, wyjmując z kieszeni marynarki pistolet. Raptownie zwrócił się w kierunku napastnika, po czym wycelował w niego jednocześnie bronią i latarką. Na wprost od niego, nie było jednak nikogo. Tylko jeden ze znajdujących się na końcu ściany fresków, przedstawiających rzymskie bóstwo o dwóch twarzach.

– Kurwa – zaklął po polsku Clayton. – Jako szpieg, potrafił biegle posługiwać się zarówno językiem angielskim, jak i francuskim, ale w takich momentach używał swej mowy rodzimej. 

Był przerażony. Nie potrafił znaleźć logicznego wytłumaczenia na to, co właśnie przeżył. Zmęczenie i przepracowanie dawały mu się we znaki, ale był do nich przyzwyczajony. Nigdy nie zdarzyło mu się mieć halucynacji. Chciał stąd wyjść. Jak najszybciej. Zapomnieć o swojej misji. Uciec jak najdalej stąd. Jak najdalej od pana Twinshadow. Teraz zdawał sobie sprawę, że opisany przez Lewisa Carrolla twór, nie był efektem jego wyobraźni. W tej kaplicy coś było. Coś złego, a jednocześnie tak pradawnego, że zwykły człowiek nie zdawałby sobie sprawy z jego istnienia. Zanim jednak Clayton zrobił krok w kierunku wyjścia, usłyszał z dworu szczekanie psów.

– Cholera – wycedził szpieg, gasząc latarkę. – Patrol. Nie zdążyłem jeszcze otworzyć drugiego przejścia. Jeśli będą przechodzić obok kaplicy, z pewnością zobaczą, że tylne drzwi są otwarte. A jeśli tu wejdą, nie uda mi się uciec. Zostanę zdemaskowany. Chyba że – umilkł, po czym spojrzał na znajdującą się na środku pomieszczenia, otwartą metalową klapę. – Jeśli odblokować można ją tylko od środka, nieważne ilu strażników tu przyjdzie, nie będą w stanie wejść do podziemi. Pozostaje tylko jedno pytanie. Czy klapa jest otwarta, bo ktoś z niej wyszedł, czy… Nie. To niemożliwe – dodał, zwracając się w jej kierunku. 

♦♦♦♦♦♦♦

Clayton miał rację. Od swojej wewnętrznej strony metalowa klapa mogła zostać zaryglowana dzięki stalowym płytom, które po obróceniu skutecznie uniemożliwiały jej otwieranie. Mężczyzna użył tego prostego mechanizmu, by zamknąć za sobą właz. Wewnątrz panował wszechobecna ciemność. Szpieg włączył latarkę. Znajdował się teraz w obszernym tunelu wyrytym w litej skale. W jego ściany powbijane były metalowe bolce, z których zwisały szkarłatne kurtyny. Mężczyzna spojrzał w dół. Zorientował się, że stoi na sporych rozmiarów, kamiennym stopniu, będącym w rzeczywistości częścią schodów. Przykucnął, przejechał dłonią po powierzchni ciemnego bloku, po czym zbliżył  palec wskazujący do swojej twarzy.

– Ani śladu kurzu – wymamrotał, prostując się. – Za to na sklepieniu znajdują się ślady sadzy – dodał, oświetlając górne partie pomieszczenia. – Ktoś dba o to miejsce. I często go używa.

Clayton ruszył po schodach w dół tunelu. Rozglądając się dokoła, dostrzegł, że zauważone wcześniej kurtyny, miały na sobie wyblakłe malunki. Mężczyzna podszedł do jednej z nich. Przedstawiała, jak już zdążył się domyślić, postać o dwóch twarzach. Dotknął tkaniny, która niemal rozpadała się w rękach. Była stara. Bardzo stara. Szpieg nie znał się na datowaniu antyków tak dobrze, jak jego towarzyszka podróży, ale nawet on był w stanie stwierdzić, że te kurtyny były tu na długo przed przejęciem hrabstwa Oxfordshire przez ród Harcourtów. Szedł dalej. Nie czuł już obcej obecności za swoimi plecami, ale nawet zamknięta klapa nie pozwalała mu oddychać spokojnie. Po minucie ostrożnego schodzenia udało mu się dotrzeć do kamiennej posadzki. Clayton wydedukował, że w tej chwili znajdował się około dwudziestu metrów pod ziemią. W tym miejscu tunel się rozszerzał, a jego sklepienie wspierane było przez liczne, kamienne kolumny. Mężczyzna dostrzegł sporych rozmiarów półki wykute w skale, na których znajdowały się ciemne płyty. Podszedł do jednej z nich. Jej krawędzie zdobione były symbolami podobnymi do tych, które dostrzegł na wierzchu stalowej klapy.

– Granitowa trumna – wymamrotał szpieg, kładąc latarkę na krawędzi skalnej półki. – Przez wieki kościół był wielokrotnie burzony, ale zawsze odbudowywany w tym samym miejscu – kontynuował, próbując przesunąć ciężkie wieko. – Te podziemia musiały pełnić funkcję krypty.

Po kilku sekundach granitowa pokrywa ustąpiła, po czym zgrzytając, odsłoniła zawartość trumny. Clayton podniósł latarkę i zajrzał do środka. Na dnie pojemnika spoczywał szkielet. Mężczyzna spodziewał się takiego widoku, jednak coś w tych szczątkach wydało mu się niezwykle nienaturalne. Szczęka szkieletu lub przynajmniej to, co z niej pozostało, była szeroko otwarta. Po oświetleniu pozostałych części zwłok, Clayton dostrzegł strzępki ubrań, oraz coś, co wyglądało jak skórzane mocowania. Normalnie, nie byłoby w nich nic dziwnego. Zmarłych chowano wszak w odzieniu. Strzępy mocowań znajdowały się jednak w okolicy skrzyżowanych dłoni i stóp umarlaka.

– Pochowali go żywcem – syknął szpieg, czując, jak rytm jego serca gwałtownie rośnie. – A to co? – dodał, dostrzegając odbijające się od czegoś światło.

Po raz kolejny zbliżył latarkę do głowy zmarłego. Coś niewielkiego, wykonanego z metalu, spoczywało w jednym z zapadniętych oczodołów. Mężczyzna zbliżył do niego wolną rękę. Po kilkunastu sekundach szukania wyciągnął z wnętrza czaszki błyszczącą monetę. Pomyślał chwilę, po czym podobnie uczynił z drugim oczodołem. Zgodnie ze swoimi przewidywaniami, po krótkiej chwili odnalazł kolejne świecidełko, bliźniaczo podobne do pierwszego. Szpieg słyszał o pradawnych pochówkach, podczas których na oczach zmarłego kładło się monety, jednak nie sądził, by spoczywający w kamiennej trumnie szkielet był na tyle stary, by swym wiekiem sięgał kilku mileniów. Trzask! Mężczyzna upuścił trzymane monety, zgasił latarkę, po czym schylił się i skoczył w kierunku jednej z kamiennych kolumn. Trzask! Odgłosy dochodziły z głębi krypty. Clayton sięgnął do kieszeni marynarki, zostawił w niej cylindryczne urządzenie, po czym wyjął naładowany pistolet.

– Tu się dzieje coś nienormalnego – burknął, podążając w kierunku, z którego doszedł dźwięk.

Przez chwilę rozważał powrót na powierzchnię, jednak gdy tylko chciał zawrócić, poczuł dreszcz przechodzący po jego kręgosłupie. Chciał zrobić krok w tył, lecz jego ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Zgrzytnął zębami, po czym z całej siły uderzył się pięścią w brzuch.

– Czego się boisz? – syknął przez zęby. – Masz przecież broń.

Ból po chwili przywrócił mu władzę nad kończynami. Szpieg przykucnął, oddychając głęboko. W tej chwili przypomniał sobie o znajdującym się w kaplicy dywanie. Ponieważ stalowa klapa zamykana była od wewnątrz, mogła zostać zasłonięta tylko z drugiej strony. Jeśli nocny patrol dostał się do budynku, z pewnością zauważył, że coś jest nie tak. Podążanie w głąb tunelu, wydało mu się lepszą alternatywą. Tutaj miał przynajmniej element zaskoczenia. Po kilku minutach wędrówki w ciemności dostrzegł wątłe światło. Ponieważ jego źródło znajdowało się kilka metrów nad ziemią, Clayton domyślił się, że musi pochodzić od wiszącej na ścianie pochodni. Podążył w jego kierunku, starając się stąpać tak cicho, jak to tylko możliwe. Nie czuł wysiłku i zmęczenia, które dręczyły go od kilku dni. Pulsująca w jego żyłach adrenalina, nie pozwalała mu nawet na chwilę zmrużyć oczu. Z powodu braku światła dopiero po dotarciu do pochodni, zauważył, że tunel, którym podążał, raz jeszcze się poszerzył. Spojrzał w jego głąb. W oddali dostrzegł coś, co wyglądało jak ślepy zaułek. Ściana. Zanim jednak postanowił przyjrzeć się jej bliżej, spróbował sięgnąć po pochodnię, by ją zgasić. Nie chciał, by światło zdradzało jego pozycję, szczególnie gdyby ktoś postanowił go ścigać. Niestety, była ona przyczepiona zbyt wysoko, by szpieg był w stanie cokolwiek z nią zrobić. Czuł się bezsilny. Zrezygnował więc z tego pomysłu i podążył w kierunku ślepego zaułka. Jednak im bliżej obiektu podchodził, tym bardziej miał wrażenie, że było to coś innego. Po kilku minutach marszu dotarł do końca tunelu. Ostrożnie dotknął ciemnej skały, tylko po to, by przekonać się, iż była ona miękka w dotyku. Jak tkanina. Clayton cofnął się o krok, po czym wolną ręką wyciągnął latarkę. Używanie światła nie wydało mu się dobrym pomysłem, lecz w ciemności nie był w stanie stwierdzić, na co się natknął. Snop światła padł na ogromnych rozmiarów, dwuczęściową kurtynę. Na obu jej częściach przedstawiona była twarz rzymskiego boga. Należące do wizerunków oczy zdawały się wpatrywać w stojącą przed nimi sylwetkę szpiega. Były szeroko otwarte. Wyglądały groźnie.

– Witam! Witam! Witam! – rozległ się głos zza kurtyny.

Słysząc go, Clayton błyskawicznie zgasił latarkę i postanowił rzucić się do ucieczki. Nie mógł jednak się odwrócić. Był sparaliżowany. Chciał krzyknąć, lecz z jego ust wydobyło się tylko ciche jęknięcie. Ktoś lub coś, stało za nim. Czuł na swoich plecach czyjś wzrok. Czuł na swoim karku czyjś oddech. Uczucie to było podobne do tego, którego doświadczał już na powierzchni kaplicy, jednak tym razem o wiele silniejsze.

– Proszę się nie przejmować, panie Blackbone – kontynuował głos. – Jest pan wszak wśród przyjaciół. Obserwowałem pana. I on także. On widzi wszystko. Wszystkich. Podążał za panem. Nie wie pan nawet, od jak dawna. Proszę przejść na drugą stronę.

Clayton chciał zawrócić, ale kończyny zaczęły poruszać się wbrew jego woli. Ugryzł się w język. Miał nadzieję, że ból pozwoli odzyskać mu kontrolę. Nie tym razem. Jego ręka sama chwyciła za krawędź gobelinu, po czym raptownie odsunęła go na bok. Zza tkaniny wydobyło się ostre światło. Z zamkniętymi oczami, Clayton Blackbone przeszedł na drugą stronę.

♦♦♦♦♦♦♦

Spora sala oświetlona przez dziesiątki postawionych na jej posadzce świec była wykuta w litej skale. Po obu jej stronach znajdowały się półki skalne, podobne do tych, które wcześniej widział Clayton. Pomiędzy nimi znajdowały się szkarłatne kurtyny, pokryte dziwnymi symbolami. Prócz nich, jego uwagę przykuły sporych rozmiarów klatki. Były one wystarczająco duże, by pomieścić dorosłego człowieka. Kości i czaszki znajdujące się wewnątrz mówiły o ich przeznaczeniu. Po kilku krokach mężczyzna zorientował się, że posadzka pokryta jest lepką substancją. Zerknął w dół. Dostrzegł kałużę gęstej krwi, która ciągnęła się aż do środka sali. W samym jej centrum znajdował się wykonany z granitu podest. Szpieg szybko zauważył, że ciemna kałuża, w której stał, wypływała właśnie z tego obiektu. Sam przedmiot pokryty był gęstymi strugami posoki, wyraźnie mniej zakrzepłej niż ta, znajdująca się na posadzce. Była świeża. Za podestem stała ludzka sylwetka. Człowiek ubrany w długi, brązowy płaszcz zakrywający całe ciało, prócz głowy. Ta zasłonięta była pozłacaną maską, o obliczu brodatego mężczyzny. Posiadała dwa okrągłe otwory na oczy oraz sporych rozmiarów usta, które zdawały się uśmiechać. Przypominała teatralny rekwizyt. Postać obróciła głowę w bok, pokazując drugą, taką samą maskę, znajdującą się z tyłu. 

– Trochę panu to zajęło – zaczęła postać – ale wreszcie odnalazł pan naszą małą społeczność.

Nagle znajdujące się w sali kurtyny zaczęły się poruszać. Zza każdej z nich wyszła zamaskowana postać, wyglądająca niemal tak samo, jak ta stojąca na środku sali. Od siebie różniły się jedynie posturą.

– Co to do diabła ma znaczyć! – fuknął Clayton, wreszcie odzyskując częściową władzę nad ciałem.

– To ja powinienem pana o to zapytać, panie Blackbone – odparła postać. – O ile jest to pana prawdziwe nazwisko. Dlaczego tak długo ignorował pan nasze zaproszenie?

– Nie wiem, o czym pan mówi – przerwał mu Clayton, celując w postać bronią – panie hrabio.

Zamaskowany osobnik stał przez w chwilę w bezruchu, jakby obawiał się, że szpieg zamierza pociągnąć za spust. Po chwili jednak zaśmiał się cicho, a następnie zrzucił na ziemię swój brązowy płaszcz. Clayton obserwował, jak postać zdejmuje z głowy dwie maski, najpierw tylną, potem przednią, odsłaniając tym samym oblicze hrabiego Harcourta.

– Zuch chłopak – rzekł wąsaty mężczyzna, upuszczając obie maski na ziemię. – Po czym poznałeś?

– Po głosie – odparł Clayton, którego szpiegowskie nawyki kazały mu uczyć się o swych celach wszystkiego, co tylko możliwe. Rozpoznawanie ich po barwie głosu, nie było dla niego problemem.

– Opuść, proszę, tę zabawkę – powiedział hrabia, poprawiając czarną kamizelkę, pod którą znajdowała się biała koszula. – Mówiłem ci już, że jesteś wśród przyjaciół.

– Mam lepszy pomysł – wycedził Clayton, chwytając pistolet oburącz. – Wyśpiewasz mi zaraz dokładnie co to za miejsce, co tu robisz i od jak dawna. A jeśli któryś z tych cholernych sekciarzy zbliży się do mnie, choć na krok – dodał, obserwując pozostałe postacie – wpakuję ci kulkę w łeb.

– Sprytne – odparł hrabia Harcourt, uśmiechając się lekko. – Chociaż myślałem, że większości domyśliłeś się już sam. Cóż, od czego by tu zacząć… Wiem! – kontynuował, unosząc palec wskazujący prawej dłoni. – Czy wiesz, czym jest ciekawość? Potrafisz ją zdefiniować? Dla mnie to pierwotna siła, która popycha człowieka w kierunku tego, co chciałby wiedzieć. Problem pojawia się, gdy uświadomisz sobie, że nie można znaleźć dla niej miejsca w ludzkiej historii. Po co ktoś miałby robić coś głupiego lub niebezpiecznego, jeśli nie przynosi mu to widocznych korzyści? Człowiek nie toczy wojen, tylko dlatego, że chciałby wiedzieć jakiego koloru kwiaty urosną na mogiłach poległych. Robi to, bo coś go do tego popycha. Też to czułeś. Może dekady temu. Może kilka minut temu. Może czujesz to nawet teraz, trzymając pistolet. To delikatne popchnięcie, które daje początek ludzkiej akcji. Nie odróżnia przy tym agresji od miłości. To uczucie było z nami od dawna. Przybyło tu, do tych właśnie podziemi, razem z naszymi przodkami. Całe milenia temu. Od tamtego czasu oddajemy cześć tej tajemniczej sile, która góruje nad ludzkim rozumem. Składamy tu ofiary ucieleśnieniu tego majestatu.

– Komu? – przerwał mu Clayton, rozdrażniony przedłużanymi wyjaśnieniami hrabiego.

– Och, ma wiele imion – odparł wąsaty mężczyzna. – Janus, Brahma, Lugus, czy…

– Pan Twinshadow – wtrącił szpieg.

– Ach, przypominam sobie. Jeden z naszych członków właśnie tak go nazywał – rzekł hrabia Harcourt, cofając się kilka kroków z uniesionymi rękami. – Może chciałbyś go zobaczyć? Wszyscy nasi bracia i siostry mieszkają wszak pod jednym dachem – dodał, zatrzymując się przy jednej ze skalnych półek, po czym bez słowa uderzył pięścią w wieko leżącej na nim trumny.

– Żadnych gwałtownych ruchów! – wrzasnął Clayton, przygotowując się strzału.

– Na twoim miejscu oszczędzałbym amunicję – rzekł spokojnie hrabia. – Może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale pan Twinshadow, jak go nazwałeś, stoi właśnie za twoimi plecami.

Szpieg wzdrygnął się, czując nagłe uderzenie gorąca. Przez chwilę chciał się odwrócić. Sprawdzić, czy mityczna istota naprawdę istnieje. Zanim jednak to zrobił, ugryzł się w język. Tym razem zrobił to tak mocno, że z jego ust wyciekła strużka krwi. Poluzował zgryz dopiero wtedy, gdy ból stał się tak wielki, że był jedyną rzeczą, o jakiej myślał. Wycelował w postać stojącego kilka metrów dalej hrabiego, po czym spróbował pociągnąć za spust. STRZAŁ! Fala ciepła, której dopiero doświadczył Clayton, zniknęła całkowicie. Zastąpiona została przez piekielny ból w lewym boku. Mężczyzna upuścił pistolet, po czym upadł na ziemię, trzymając się za ranę. Domyślił się, że jedna ze stojących w pomieszczeniu zamaskowanych postaci, musiała mierzyć do niego z broni już od chwili, gdy do niego wszedł. Hrabia Harcourt widząc leżącego szpiega, uśmiechnął się szkaradnie. Gestem dłoni kazał swoim sługusom podnieść rannego i przynieść go bliżej siebie. W czasie gdy dwie osoby w płaszczach chwytały Claytona za ramiona, kilka pozostałych zajętych było znoszeniem kamiennego sarkofagu na ziemię. Arytokrata kopnął kilkukrotnie wieko grafitowej trumny, które z hukiem upadło na posadzkę. Kultyści przynieśli rannego do sarkofagu, po czym puścili go tak, by upadając, oparł się o jego krawędź. Clayton, wciąż trzymając się za krwawiący bok, zajrzał do środka. W kamiennej trumnie spoczywał ubrany w garnitur staruszek z dwiema monetami na oczach oraz ustami otworzonymi szeroko, gotowymi do wydania niemego krzyku przerażenia. Jego ręce i nogi były skrępowane grubymi, skórzanymi pasami.

– Jesteście popieprzeni – wydusił z siebie Clayton, opierając się o krawędź sarkofagu.

– Wszyscy jesteśmy nieco walnięci – skomentował żartobliwie hrabia, po czym pochylił się nad otwartą trumną. – Ten tutaj szczególnie. O ile dobrze pamiętam, nazywał się Lewis Carroll. Czekaj, nie. To był jego pseudonim artystyczny. Co on właściwie napisał? Ach, tak. Alicję w krainie czarów. Prawdziwy dziwak, mówię ci. Nawet swojego kota nazwał Cheshire – dodał, wyjmując zza głowy nieboszczyka kocią czaszkę, wciąż pokrytą płatami skóry i niewielką ilością sierści.

– Cudownie – parsknął szpieg, czując, że jego powieki stają się ciężkie. 

– Myśli pan, że to już koniec? – rzekł hrabia, przykucając obok rannego. – Och, nic z tych rzeczy. Został pan tu zaproszony. Przyjął pan zaproszenie. Więc teraz, pora by wziął pan udział w przyjęciu.

– Pieprzony sekciarz – syknął Clayton, zaciskając zęby z bólu.

– Zanim to się jednak stanie – powiedział hrabia, sięgając do kieszeni ukrytej w marynarce Claytona – pozostaje kwestia osobistych rzeczy zmarłego – kontynuował, wyjmując z niej pamiętnik Lewisa Carrolla. – Nieładnie tak przywłaszczać sobie cudzą własność. Szczególnie, że to za sprawą właściciela tej książki zaszczycił nas pan swoją obecnością.

– Pierdol się – wymamrotał po polsku Clayton, opuszczając głowę. – To była pułapka. Od początku – dodał, tym razem po angielsku. 

– Nic z tych rzeczy – przerwał mu hrabia, wkładając pamiętnik i kocią czaszkę do trumny. – Sam pan tu przyszedł. Z własnej, nieprzymuszonej woli. Czy raczej, ciekawości.

Szpieg nie zdążył skomentować. Kultyści, którzy do tej pory trzymali go za ramiona, podnieśli go i siłą zawlekli do znajdującego się na środku pomieszczenia ołtarza. Dostrzegł, że jeden z nich wyjmuje zza płaszcza okazałych rozmiarów, dwuręczny młot. Narzędzie pokryte było ciemną, zakrzepła krwią. 

– Więc to wydawało te głośne dźwięki – wymamrotał, wciąż kurczowo trzymając się za ranę.

– Dziękuję za pańską współpracę – rzekł hrabia, podchodząc do ołtarza. – Bracia i siostry. Nadeszła pora inicjacji naszego najnowszego członka. Połóżcie ofiarę na ołtarzu.

Dwójka sekciarzy położyła głowę Claytona na pokrytym gęstą krwią podeście. Był zbyt słaby, by się bronić. Dostrzegł, że jedna z kurtyn, za którą do niedawna ukrywali się kultyści, pozostała częściowo odsłonięta. Za nią, znajdował się stos makabrycznie zmiażdżonych ludzkich ciał. Clayton zrozumiał, co go czeka. Zmęczenie, bezsenność i utrata krwi, sprawiały, że tracił kontakt z rzeczywistością. Zamknął oczy. Wydawało mu się, że widzi tłum ludzi, oraz przejeżdżający środkiem placu samochód. Trzymał pistolet. Wymierzył prosto w pasażera pojazdu. Nagle poczuł, jak coś go popycha. Strzał. Obraz rozpłynął się, po czym zmienił w rzędy ubranych w nieznane mu mundury żołnierzy, których rękawy przepasane były chustami z symbolami czegoś w rodzaju koślawo narysowanego krzyża. Stał przed nimi na podeście. Nagle poczuł, jak coś go popycha. Podniósł rękę. Obraz ponownie się rozmazał. Teraz przybrał formę kokpitu w samolocie. Clayton siedział za sterami z jedną ręką trzymaną nad tablicą z kontrolkami. Nagle poczuł, jak coś go popycha. Nacisnął przycisk. Otworzył oczy. Nad nim stała ubrana w płaszcz i dwie maski postać, trzymająca sporych rozmiarów młot.

– Przepraszam – powiedziała, delikatnym, kobiecym głosem.

– Clar… – zaczął Clayton.

Urwał jednak, dostrzegając stojącą za postacią sylwetkę. Była ciemna, niemal niemożliwa do odróżnienia od zwykłego cienia. Jej kształt i ruchy, odpowiadały posturze osoby trzymającej młot. Widmowe dłonie uniosły się nad jej głowę. Sekundę później, ręce kultysty wykonały identyczny gest. Claytonowi wydało się, że widzi przed sobą lalkarza, który kieruje ruchami swojej zabawki. Nie wiedział, czy jest to owiany tajemnicą pan Twinshadow, czy może wytwór jego paranoi, wywołanej zmęczeniem i utratą krwi. Nie chciał jednak się nad tym zastanawiać. Nie miał na to wiele czasu. Ostatnią rzeczą, jaką poczuł, było uderzenie stalowego młota, z impetem miażdżącego jego czaszkę.

♦♦♦♦♦♦♦

Ciała Claytona Blackbone nigdy nie odnaleziono. Dochodzenie przeprowadzone niedługo po jego zaginięciu, niczego nie wykazało. Kilka lat później, wybuch I Wojny Światowej miał negatywne skutki na pozycję hrabiego Harcourta w świecie polityki, co wiązało się ze spadkiem jego wpływów w Anglii. W kolejnych latach w Oxfordshire zaczęły krążyć plotki o porwaniach związanych z osobą samego hrabiego. W 1922 roku popełnił samobójstwo przez przedawkowanie środków uspokajających. W ostatnich dniach przed swoją śmiercią zajęty był tworzeniem pamiętnika. W swoim testamencie napisał, iż pragnie, by książka ta została wystawiona na angielskiej aukcji.

 

Koniec

Komentarze

No cóż, Revlisie, przykro mi to pisać, ale przez Twoje opowiadanie przebrnęłam z największym trudem. Historia szpiega udającego fotografa, a nocą usiłującego znaleźć jakieś materiały, które pogrążą pewnego niewygodnego hrabiego, dzięki czemu niemożliwa będzie jego kariera polityczna, okazało się dość nudne i straszliwie przegadane. Intryga zdała mi się mało odkrywcza, opisano już bowiem wiele podobnych, kiedy to gość odkrywa niecne praktyki dziejące się w goszczącym go domu, a u Ciebie, choć niewątpliwie starałeś się stworzyć nastrój grozy, to porządnej grozy właśnie mi brakło.

Do nie najlepszego odbioru opowiadania z pewnością przyczyniło się także wykonanie, pozostawiające wiele do życzenia. Najbardziej przeszkadzały mi nie zawsze poprawnie skonstruowane zdania, liczne powtórzenia i wszechobecna zaimkoza. Dodam jeszcze, że bardzo źle czyta się spore, zwarte bloki tekstu. Sugeruję, abyś, dla ułatwienia lektury przyszłym czytelnikom, podzielił je na mniejsze akapity.

 

Była ubra­na w dwu­czę­ścio­wy ko­stium wy­ko­na­ny z twe­edu. Jego dolną część sta­no­wi­ła się­ga­ją­ca do łydek be­żo­wa spód­ni­ca w plisy, a górną, za­kry­wa­ją­ca ręce ko­szu­la, wy­koń­czo­na wstąż­ką w oko­li­cy bio­der. – Damski kostium składa się ze spódnicy i żakietu, nie koszuli. Pod żakietem zazwyczaj nosi się bluzkę.

 

– Co ci się śniło? – od­par­ła ko­bie­ta, mru­ga­jąc kasz­ta­no­wy­mi ocza­mi. –> Skoro postawiłeś pytajnik, to raczej: – Co ci się śniło? – zapytała ko­bie­ta

 

od­parł męż­czy­zna, się­ga­jąc do kie­sze­ni, znaj­du­ją­cej się we­wnątrz jego ma­ry­nar­ki. –> A może prościej: …od­parł męż­czy­zna, się­ga­jąc do wewnętrznej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki.

 

– Clara – prze­rwa­ła mu ko­bie­ta. – Na­zy­wam się Clara. –> – Clara – prze­rwa­ła mu ko­bie­ta. – Na imię mam Clara.

 

Clay­ton, pre­fe­ru­ją­cy jed­nak do­pi­na­nie wszyst­ko na ostat­ni guzik… –> Clay­ton, pre­fe­ru­ją­cy jed­nak do­pi­na­nie wszyst­kiego na ostat­ni guzik

 

rze­kła Clara, kła­dąc swoje de­li­kat­ne, białe dło­nie na ko­la­nie. –> Zbędny zaimek. Czy mogła położyć na kolanie cudze dłonie?

 

po­wie­dzia­ła, wska­zu­jąc pal­cem na trzy­ma­ną przez męż­czy­znę książ­kę. –> Dama, a za taka uważa się Clara, niczego nie pokazuje palcem.

 

– Pierw­sza po­ło­wa pa­mięt­ni­ka wy­glą­da dosyć ty­po­wo. Opi­su­je głów­nie, jak wy­glą­da­ły po­sił­ki… –> Powtórzenie.

 

Opi­su­je głów­nie, jak wy­glą­da­ły po­sił­ki i roz­ryw­ki swego au­to­ra. –> Opi­su­je głów­nie, jak wy­glą­da­ły po­sił­ki i roz­ryw­ki au­to­ra.

 

w zamku w Łań­cu­cie, który pod zwierzch­nic­twem mał­żeń­stwa Ro­ma­na Po­toc­kie­go i Elż­bie­ty Ra­dzi­wił­łów­nej, odbył grun­tow­ną re­no­wa­cję.  –> …mał­żeń­stwa Ro­ma­na Po­toc­kie­go i Elż­bie­ty Ra­dzi­wił­łów­ny, przeszedł grun­tow­ną re­no­wa­cję.

 

– Ach, Panna Ca­stel­li – rzekł z uśmie­chem… –> – Ach, panna Ca­stel­li – rzekł z uśmie­chem

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Sto­ją­ca obok panna Clara Ca­stel­li za­uwa­żyw­szy gest Clay­to­na, chwy­ci­ła rąbki swo­jej spód­ni­cy… –> Spódnica ma jeden rąbek. Zbędny zaimek.

 

Jed­nak nie wy­star­cza­ją­co dobra. –> Jed­nak niewy­star­cza­ją­co dobra.

 

spryt­nie ukry­te pod kunsz­tow­ny­mi ko­ta­ra­mi… –> …spryt­nie ukry­te za kunsz­tow­ny­mi ko­ta­ra­mi

 

Nie­wiel­ka, jasna kula wy­szła z te­re­nów po­sia­dło­ści Nu­ne­ham House, po czym po­dą­ży­ła w stro­nę… –> Kula sama wyszła i podążyła?

 

Było zbyt ciem­no, by był w sta­nie do­strzec… –> Powtórzenie.

 

prze­czy­tał on całą za­war­tość książ­ki wie­lo­krot­nie… –> Może wystarczy: …prze­czy­tał całą  książ­kę wie­lo­krot­nie

 

Clay­ton nie, że będą otwar­te, jed­nak jego szpie­gow­skie umie­jęt­no­ści po­zwa­la­ły mu na otwie­ra­nie pro­stych zam­ków. –> Chyba czegoś zabrakło w tym zdaniu.

 

po­kry­te przez zwi­sa­ją­cy z nie­wiel­kie­go gzym­su bluszcz. –> Bluszcz jest pnączem, jego pędy nie zwisają, a pną się po budowli.

 

kon­ty­nu­ował, od­naj­du­jąc mo­sięż­ną klam­kę, oraz znaj­du­ją­cą się nie­da­le­ko niej kłód­kę. –> Nie brzmi to najlepiej.  

 

ary­sto­kra­ta nie po­sta­no­wił po­zbyć się sta­ro­mod­nych drzwi. –> Raczej: …ary­sto­kra­ta po­sta­no­wił nie po­zbywać się sta­ro­mod­nych drzwi.

 

chmu­ry to­wa­rzy­szą­ce Clay­to­no­wi pod­czas jego uciecz­ki z po­sia­dło­ści Nu­ne­ham House… –> Clayton nie uciekł z posiadłości, on się wymknął.

 

po czym się­gnął do kie­sze­ni swo­jej ma­ry­nar­ki. –> Zbędny zaimek.

 

na któ­rej jed­nym końcu znaj­do­wa­ła się mo­sięż­na na­msad­ka… –> Literówka.

 

Był zmę­czo­ny. Przez ostat­nie dwie noce za­ję­ty był za­pa­mię­ty­wa­niem… –> Powtórzenie.

 

Sku­piw­szy całą swoją uwagę na fre­sku… –> Zbędny zaimek.

 

roz­legł się spod ziemi. Z wnę­trza klapy. –> Czy klapa, skoro miała wnętrze, była czymś w rodzaju skrzynki?

 

TRZASK! –> Dlaczego wielkie litery?

 

któ­rzy ode­bra­li je z dwor­ca w Oxfor­dzie. Ostroż­nie otwo­rzył jedną z nich, po czym wyjął z niej ciem­ne pudło, bę­dą­ce czę­ścią prze­no­śne­go apa­ra­tu. Bez za­sta­no­wie­nia otwo­rzył je, po czym wyjął z jego wnę­trza pi­sto­let. –> Nadmiar zaimków. Powtórzenia.

 

co wczo­raj­szej nocy znaj­do­wa­ło się w pod­zie­miach ka­pli­cy. Teraz gdy słoń­ce było już nie­mal w ze­ni­cie, był o wiele bar­dziej spo­koj­ny. Znaj­do­wał się… –> Powtórzenia.

 

kon­ty­nu­owa­ła ko­bie­ta, po­pra­wia­jąc swoje czar­ne loki. –> Zbędny zaimek.

 

Służ­ka hra­bie­go ostrze­gła mnie, że ostat­nio w oko­li­cy wzro­sła licz­ba za­gi­nio­nych osób. –> Skoro ostatnio liczba zaginionych wzrosła, to znaczy, że wcześniej utrzymywała się w jakiejś normie, że zaginięcia uważano za normalne?

 

Jako szpieg, jego za­da­niem w Nu­ne­ham było zdo­by­wa­nie uży­tecz­nych da­nych… –> Raczej: Jego zadaniem, jako szpiega, było zdobywanie w Nuneham uży­tecz­nych da­nych…

 

Mó­wie­nie do sie­bie może i nie koiło jego obaw, lecz po­zwa­la­ło mu sku­tecz­nie wal­czyć z bez­sen­no­ścią. Clay­ton kuc­nął przy swo­ich wa­liz­kach, po czym otwo­rzył , za­wie­ra­ją­cą zło­żo­ny apa­rat. Ostroż­nie na­ma­cał ukry­tą na pu­deł­ku na­sad­kę i po­cią­gnął do sie­bie. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

wy­mam­ro­tał, usa­da­wia­jąc się na ziemi. –> …wy­mam­ro­tał, usa­da­wia­jąc się na podłodze.

Clayton jest w swoim pokoju, a tam chyba nie było klepiska.

 

Po wej­ściu do środ­ka bocz­nym wej­ściem za­mie­rzał otwo­rzyć od środ­ka przej­ście głów­ne. –> Powtórzenia.

 

pod­niósł z ziemi ka­mień nie więk­szy od swo­jej pię­ści. Jako gwa­rant bez­pie­czeń­stwa, za­mie­rzał po­ło­żyć go za tyl­ny­mi drzwia­mi. –> Czy dobrze rozumiem, że Clayton był gwarantem bezpieczeństwa?

 

Plan wy­da­wał się do­pię­ty na ostat­ni guzik, jed­nak w osta­tecz­no­ści nie zdał re­zul­ta­tu. –> Rezultat można osiągnąć, a zdać np. egzamin.

 

Szpieg po­ło­żył na ziemi trzy­ma­ny do tej pory ka­mień, po czym przy­ło­żył ucho do szpa­ry. –> Powtórzenie.

 

po­czuł na swo­ich ple­cach od­dech. –> Poczuł oddech przez koszulę i marynarkę?

 

które po ob­ró­ce­niu sku­tecz­nie unie­moż­li­wia­ły jej otwie­ra­nie. Męż­czy­zna użył tego pro­ste­go, lecz sku­tecz­ne­go me­cha­ni­zmu… –> Powtórzenie.

 

We­wnątrz pa­no­wał wszech­obec­ny mrok. –> Wydaje mi się, że raczej: We­wnątrz pa­no­wała wszech­obec­na ciemność.

W mroku może nie musiałby używać latarki.

 

oka­za­łym tu­ne­lu wy­ry­tym w litej skale. –> Czym przejawiała się okazałość tunelu?

Proponuję: …w obszernym tu­ne­lu wykutym w litej skale.

 

Męż­czy­zna do­strzegł spo­rych roz­mia­rów półki wy­ku­te w skale, we­wnątrz któ­rych znaj­do­wa­ły się ciem­ne płyty. –> Czy półki mają wnętrza? A może w skale wykute były wnęki?

 

Clay­ton pod­niósł swoją la­tar­kę i zaj­rzał do środ­ka. –> Zbędny zaimek.

 

Na dnie po­jem­ni­ka spo­czy­wał zmur­sza­ły szkie­let. –> Obawiam się, szkielet nie był zmurszały, zmurszeniu bowiem ulega drewno.

 

Clay­ton się­gnął do kie­sze­ni swo­jej ma­ry­nar­ki… –> Zbędny zaimek.

 

Czuł na swo­ich ple­cach czyjś wzrok. Czuł na swoim karku czyjś od­dech. –> Zbędne zaimki.

 

Spora sala oświe­tlo­na przez dzie­siąt­ki le­żą­cych na jej po­sadz­ce świec… –> Spora sala oświe­tlo­na przez dzie­siąt­ki stojących/ postawionych na jej po­sadz­ce świec…

 

Do­strzegł gęstą ka­łu­żę krwi… –> Raczej: Do­strzegł ka­łu­żę gęstej krwi

 

Za­ma­sko­wa­ny osob­nik stał przez w chwi­lę w bez­ru­chu, jakby oba­wiał się, że sto­ją­cy przed nim… –> Powtórzenie.

 

uno­sząc palec wska­zu­ją­cy swo­jej pra­wej dłoni. –> Zbędny zaimek.

 

Oh, ma wiele imion… –> Och, ma wiele imion

 

Tym razem zro­bił to tak mocno, że z jego ust wy­strze­li­ła struż­ka krwi. –> Śmiem twierdzić, że po ugryzieniu się w język, z ust nie wystrzeli strużka krwi.

 

Ukrad­kiem oka do­strzegł, że jeden z nich wyj­mu­je… –> W którym miejscu oko ma ukradek?

 

Ukrad­kiem oka do­strzegł, że jedna z kur­tyn… –> Domyślam się, że to drugie oko i drugi ukradek.

 

ne­ga­tyw­nie wpły­nął na po­zy­cję hra­bie­go Har­co­ur­ta w świe­cie po­li­ty­ki, co wią­za­ło się ze spad­kiem jego wpły­wów w An­glii. –> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Łapanka pośpieszna, wybiórcza, to, co mi się stylistycznie szczególnie rzuciło w oczy:

 

“Podczas wykonywania prac strzałowych, polegających na detonacji ładunków wybuchowych w wywierconych wcześniej otworach” – zbyt ciężki infodump, rozbija narrację

 

“Z szykownego kołnierza wystawała smukła szyja.” – niby wiadomo, co chciałeś powiedzieć, ale nie wyszło to jakoś szczególnie elegancko literackie

 

“Z pewnych źródeł wiem także, że w 1867 roku, czyli dwa lata po publikacji” – publikacji czego? pamiętnika?

 

“– Oczywiście, że jest prawdziwy – wtrąciła mu Clara, zakładając nogę na nogę. – Powstał całe pięć dekad temu. Nie widzę powodu, dla którego ktoś miałby go podrabiać.“ – data powstania jest słabym argumentem na rzecz tego, że nikt nie podrabiał. To ten sam pamiętnik, który został opublikowany? (?) Data powstania, data publikacji – co, kiedy, jak?

Skądinąd Clara jest elegancko ubrana i raczej dobrze wychowana, więc raczej siedzi z nogami w bok, ale równolegle, zgodnie z obyczajem epoki. Założenie nogi na nogę przez kobietę, nawet w dwudziestoleciu (a trochę mam problem z umiejscowieniem akcji w czasie, wychodziłoby ok. 1900-1910, wtedy żadna spódnica do pół łydki czy gdziekolwiek łydki), jest dość ekscentryczne.

 

“– Nie powinien pan zostawiać damy w trakcie rozmowy” – on gdzieś wyszedł?

 

hrabstwie Oxfordshire – to jest po polsku problem, bo Oxfordshire to już hrabstwo Oxford, więc trochę to masło maślane, ale chyba tak się przyjęło. W ogóle tu jest problem, bo w Anglii hrabia by se siedział raczej w swoim hrabstwie, więc nie bardzo tu tego Harcourta widzę, na dodatek Harcourt to albo nazwisko, albo tytuł, nie jedno i drugie. Brytyjskie nazwiska plus tytulatura arystokratyczna to piekielna sprawa. No i po polsku Oksford, do Oksfordu, choć niestety w tytule hrabiowskim chyba (ale nie jestem na 100% pewna) x.

 

“kunsztownym wyposażeniu” – kunsztowne może być wykonanie, ew. drobne przedmioty, wyposażenie raczej eleganckie, wytworne, luksusowe. Pojawiające się dalej kunsztowne kotary są jeszcze gorsze

 

“Clayton wiedział, że pomieszczenia w posiadłościach arystokracji rozmieszczane są w ramach zasady budowania wrażenia, a nie utylitarności.“ – rzadziej niż by się wydawało, wbrew pozorom

 

Harkourtów – ??

 

“Mimo iż ciemne chmury towarzyszące Claytonowi podczas jego wymknięciu” – wymknięcia. Poza tym szedł w towarzystwie chmur?

 

Uwagi ogólne. Doszłam do połowy i dość mnie znudziło, resztę przeskanowałam, żeby zobaczyć, czy fabuła czymś mnie zaskoczy – nie zaskoczyła – ale może wrócę i doczytam porządnie, choć jest to okropnie przegadane, a połowa postaci jest nie wiadomo, po co. Lubię vintage, ale tu koloryt epoki jest bardzo powierzchowny i stereotypowy. Nie zaintrygowali mnie niestety bohaterowie: o Claytonie wciąż piszesz, jakim to jest wspaniałym szpiegiem i jakie ma umiejętności, ale na deklaracjach się kończy. Bohater jest, nie działa, opisujesz zamiast pokazywać. Prolog trochę na doczepkę.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pomysł tu jest, mocno podobny do klasycznego filmu Kult (Wicker Man). Tylko że pomysł to tutaj za mało. Wykonanie ma swoje potknięcia językowe, które wskazały poprzedniczki, natomiast mnie bardziej znużyło monotonne tempo oraz brak napięcia. Wiele czynią tutaj rozwlekłe opisy, które zamiast podkreślać napięcie lub przekazywać emocje, brzmią bardziej, jakby składano sprawozdanie. Ponadto dużo mówisz o bohaterze, ale niestety mało ukazujesz jego cechy – gdybym miał ocenić umiejętności szpiegowskie po wydarzeniach, to najlepszym agentem on nie był.

Podsumowując: dużo opisów spowalniających akcję, ale mało w nich emocji, przez co koncert fajerwerków przeszedł raczej bokiem. Bywa.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka