- Opowiadanie: wisielec - Seleukos w Kolchidzie

Seleukos w Kolchidzie

Tekst przeznaczony na konkurs “Słuchowisko” i pisany z takim zamysłem, by odtwarzanie ról było dla aktorów ciekawym i angażującym zadaniem. Kilka scen posiada okna na umieszczenie dźwiękowych sampli w tle.

Serdecznie dziękuję za betę Ninedin, Drakainie, Tarninie, Światowiderowi oraz Żonglerce ;)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Seleukos w Kolchidzie

Kleon cisnął amforą w płaczki lamentujące wokół katafalku.

– Precz, harpie! – krzyknął do wtóru brzękowi tłuczonej ceramiki.

Kobiety rozpierzchły się jak stado wystraszonych wron. Łopocząc żałobną czernią, zniknęły w korytarzach antiocheńskiego pałacu. Młodzieniec przycisnął gorące czoło do zimnej dłoni zmarłego.

– Sierotą jestem bez ciebie. Tułaczem w ziemi popiołów. Moje serce zatrzymało się wraz z twoim, a w żyłach tężeje zgryzota – wyznał łamiącym się głosem, tłumiąc spazmy szlochu wstrząsające piersią.

Kleon przełknął ślinę przez ściśnięte gardło i pogrążył się w bezgłośnej modlitwie. Ciszę przerwał odgłos kroków, szelest jedwabiu i łagodne słowa króla:

– Wybacz mi. Źle zrobiłem, sięgając po najemną rozpacz. Twoich łez wystarczy, by wypełnić bezdenny krater Danaid. Pozwól, bym złączył się z tobą w bólu.

Nowo przybyły nosił perską szatę, a jego wysokie czoło wieńczył złoty diadem.

– Moje berło jest równie bezsilne wobec śmierci, jak wobec miłości. Przekonałem się o tym przed laty, gdy wybrałeś Peleusa zamiast mnie. Widzę to i dziś. Dzierżę w ręku połowę Azji, a mimo to moje wyroki nie sięgają za bramy Hadesu.

 Głos bazyleusa był piękny i kojący, a na jego twarzy malowało się szczere współczucie. Klęczący przy zwłokach żałobnik obrócił na monarchę spojrzenie przekrwionych oczu.

Władca objął udręczoną głowę klęczącego Kleona i przygarnął ją do siebie. Młodzieniec wybuchnął falą świeżego szlochu, wtulony policzkiem w drogocenną materię królewskich szat. Upierścienione dłonie monarchy przeczesywały grzywę złotych włosów.

– Będzie miał pochówek godny Patroklosa i Hefajstiona. – Obiecał Seleukos. - Na pogrzebie nakażę złożyć hekatombę z indyjskich słoni. Wyniosę go między bogów, ustanowię w Antiochii kult i kapłana.

– Seleukosie…

– Nic nie mów, najdroższy. Odwaga i szlachetność Peleusa zasługują na najwyższe upamiętnienie. Za życia zdobył tymi cnotami twoją miłość. Niechaj po śmierci zajmie zasłużone miejsce wśród niebian.

Król patrzył na woskowe oblicze zmarłego i czuł gorący oddech na udzie.

– Jak umarł? – zapytał złotogrzywy Kleon.

Monarcha odparł:

– Nagła gorączka chwyciła go, gdy wrócił ze Wschodu. Padł skoszony strzałą Feba. Zupełnie, jakby zawistni bogowie pragnęli jego towarzystwa i zagarnęli je dla siebie. Medycy byli bezsilni wobec wyroku Olimpijczyków.

– Zabierz mnie do komnat Peleusa – poprosił Kleon. – Pragnę usiąść otoczony jego rzeczami, odetchnąć jego zapachem. Wiem, że sporządził zapiski podczas podróży w Indiach. Chcę utonąć w spisanych przezeń słowach. Niech mówi do mnie przez papier, którego dotykał. Tam znajdę go wciąż żywym.

– Każę posłać ci pisma, nad którymi pracował. Tymczasem odpocznij.

– Chcę pójść tam teraz. Niech karmi mnie złudzenie, że czekam na Peleusa przy jego łożu, a on lada chwila przekroczy próg.

Mars niepokoju przeciął królewskie czoło, jednak Seleukos stłumił złe przeczucia. Zadbał o szczegóły. Wszystko powinno być w najlepszym porządku.

W komnatach zmarłego przeciąg hulał między otwartymi na przestrzał oknami, szarpiąc ciężkie kotary i zwiewne zasłony. Nikły zapach opium unosił się w powietrzu. Peleus przywykł do palenia makowej esencji w czasie indyjskich podróży. W ostatnich dniach życia środek musiał przynosić mu ulgę w chorobie.

Kleon rozwinął zwój pokryty chwiejnym pismem człowieka drżącego od gorączki. Znaki były niemal nieczytelne.

– Nakażę przepisać jego ostatnie traktaty – zadeklarował monarcha.

– Sam to uczynię – odparł Kleon, przebiegając wzrokiem po łamiących się liniach tekstu.

– Gdy Peleus dostrzegł, że nadchodzi śmierć, cały czas spędzony na jawie poświęcał opracowaniu wspomnień. Posłałem mu sekretarza, jednak on uparł się, by notować samodzielnie.  Opisywał bajeczną faunę Indii i przytaczał filozoficzne dysputy, toczone z braminami. Chciał przelać jak najwięcej słów na papier i bał się, że nie zdąży. Nie czuł strachu przed śmiercią; lękał się jedynie, że opowieść o krainach Wschodu umrze wraz z nim.

Seleukos mówił, zaś Kleon dotykał czule przedmiotów uświęconych dotykiem zmarłego kochanka. Młodzieniec obrócił w smukłych palcach złoty medalion, ozdobiony wizerunkiem Erosa.

– „Miłość jest wieczna” – jasnowłosy efeb odczytał na głos inskrypcję. Podważył paznokciem ukryty zamek i otworzył ozdobę. W środku znajdowała się krucha masa wysuszonego opium. Oczy Seleukosa urosły z nagłego przestrachu. Król błyskawicznie powściągnął niesforną ekspresję i przywołał na twarz maskę życzliwego współczucia. Feeria monarszych emocji umknęła Kleonowi, który był bez reszty zajęty odnalezioną pamiątką. Młodzieniec westchnął i przemówił.

– O, gorzka ironio! Oblicze Erosa skrywa lek na cierpienie.

– Powinniśmy złożyć naszyjnik na stosie, wraz z resztą przedmiotów najdroższych Peleusowi. – Monarcha oblizał wyschniętą nagle wargę.

– Nie potrafię się na to zdobyć. Wiem, że moja decyzja jest samolubna, lecz zachowam medalion.

– Opróżnij go zatem i umieść tam pukiel włosów Peleusa.

– Nie, Seleukosie. Uszanuję ten krzywy uśmiech losu, ponury żart przeznaczenia. Skoro miłość jest lekiem na ból, sięgnę tam, gdy udręka stanie się nieznośna.

Palce bazyleusa drgnęły niby pajęcze nogi, jakby chciał nagłym chwytem wyrwać naszyjnik z rąk Kleona. Mimo to wprawił w ruch usta zamiast ramion.

– Powinieneś celebrować cierpienie, które zostawił po sobie Peleus. Nie uciekaj od niego w żałobie. Pozwól mu wybrzmieć z pełną mocą, by najwłaściwiej uczcić zmarłego. Nie wolno ci być tchórzem w dniu pożegnania.

Kleon spuścił wzrok i zatrzasnął sekretne puzderko.

– Zawstydzasz mnie, królu. Masz słuszność. Peleus prowadził mnie ku dzielności i cnocie, bez niego jestem zagubiony niby okręt pod bezgwiezdnym niebem. Wciąż jednak mam ciebie i mogę kierować ster na światło twej mądrości. Dziękuję ci, Seleukosie. Odwiodłeś mnie od tchórzliwej ucieczki.

Monarcha uśmiechnął się z królewską wyrozumiałością i otoczył ramieniem jasnowłosego młodzieńca.

– Masz we mnie przyjaciela w potrzebie i podporę w rozpaczy. Miłuję cię jak własnego… syna, najdroższy Kleonie. Pozwól, że poprowadzę do łaźni. Musisz oczyścić się z podróżnego pyłu.

***

Nazajutrz przyszedł czas pogrzebu. Natarte wonnościami ciało Peleusa złożono na ukwieconym stosie z libańskich cedrów, zakute w muskularny pancerz ze złoconego brązu. Antiocheński dwór wyległ przed bramy pałacu. Wśród żałobników byli najdrożsi przyjaciele zmarłego: poeta Kalchas, waleczny Antyloch i Szapur, zhellenizowany Babilończyk, pełniący rolę królewskiego astronoma. Seleukos dotrzymał obietnicy i z bazylejskiej menażerii przyprowadzono setkę słoni. Dosiadający bestii kornakowie osadzili dłuta u nasady wielkich czaszek. Ceremonii przewodził kapłan Zeusa Gromodzierżcy.

Wzniósł dłonie ku niebu, a wówczas podniosła się setka ramion uzbrojonych w młoty, gotowych, by zadać śmiertelny cios ofiarnym zwierzętom. Monstra przestępowały na nogach i kręciły łbami, nieświadome wiszącej nad nimi śmierci.

– Groteskowe widowisko. Bogowie nieprzychylnie patrzą na podobną pychę. To nie może się dobrze skończyć – mruknął czarnobrody Antyloch.

– Seleukos pragnie zjednać sobie młodego Kleona. Pomnicie moje słowa: wkrótce wyciągnie dłoń po złote loki naszego efeba – dodał Kalchas. – Przedziwny, powikłany romans, godny uwiecznienia w tragedii.

– Niepiękne posądzenia. – Szapur pokręcił głową, uśmiechając się sarkastycznie. – Ładnie odpłacasz królowi za jego patronat!

– Seleukos jest postacią żywcem wyjętą z dramatu. – Kalchas wzruszył ramionami.

– Poeci! Niewdzięczny z was pomiot. Gdy skończysz pisać, radzę, byś pozostawił swe dzieło w szufladzie – odrzekł Babilończyk.

– Powagi, panowie. Bądź co bądź, to jest pogrzeb i bogowie patrzą. – Antyloch upomniał droczących się druhów.

– Ja myślę! – zgodził się Kalchas. – Takiej sceny jeszcze nie widzieli.

Stary kapłan Zeusa oczekiwał ze wzniesionymi rękoma, aż wszyscy kornakowie będą gotowi do uśmiercenia wierzchowców. Wtem opuścił ramiona i setka ciosów spadła w jednej chwili na karki zwierząt.

Plac wypełniło przerażające trąbienie i pijany taniec umierających bestii. Majestatyczne, szare monstra padały na ziemię niczym zwalone wieże. Świadkowie hekatomby oniemieli, zahipnotyzowani przerażającym pięknem oglądanego widowiska.

Bogowie, oczywiście, patrzyli. Mieli własne plany.

***

Brazydia zeskoczyła z konia, nim ów zdążył zatrzymać się w biegu. Podniecony galopem ogier wyrywał się stajennemu, który podbiegł i chwycił za wodze.

Kobieta rzuciła słudze zakurzony płaszcz i ruszyła sprężystym krokiem do wnętrza pałacu. Na dworze w Antiochii panował chaos i poruszenie.

– Kalchasie! – zakrzyknęła Brazydia, ujrzawszy znajomą twarz. – Co się tu dzieje? Całe miasto ogarnął obłęd i od samych bram słyszę najdziwniejsze wieści. Czy pogrzeb już się odbył?

– Tak. Spóźniłaś się i dziękuj za to losowi. Ominął cię widok straszliwy i żałosny. Klątwa spadła na dom Seleukidów. Bogowie obwieścili swoją nieprzychylność głosem mosiężnej surmy. Dobrze, że jesteś. Być może zdołasz przemówić do Kleona i powstrzymać to szaleństwo.

– Co takiego? Opowiadaj jasno i po kolei, co zaszło?!

– Nasz dobry król postanowił uczcić cień Peleusa, posyłając z nim w zaświat setkę indyjskich słoni.

– Co mówisz!

– Tak było. Gdy spełniano hekatombę, jedno ze zwierząt musiało zwęszyć śmierć wiszącą w powietrzu. Być może ręka kornaka zadrżała podczas zadawania ciosu. Być może niewidoczne bóstwo szepnęło ostrzeżenie do wielkiego ucha bestii.

– Słoń wyrwał się opiekunom – odgadła Brazydia.

– Żebyś to widziała! Zwierz runął do dzikiej szarży, strącając jeźdźca. Pognał przed siebie i stratował stos pogrzebowy, rozrzucając kłami drwa. Wreszcie gwardia hypaspistów powaliła go, ciskając oszczepami. Zdążył jednak obrócić ciało Peleusa w krwawy strzęp. Kapłan Gromodzierżcy ogłosił, że to znak bożej klątwy, najniepomyślniejsza wróżba. Stary hierofanta stoi nad grobem, nie lęka się gniewu bazyleusa i nikt nie zdołał skłonić go do zmiany wyroku.

– Co z Kleonem?

– Wyniósł zbezczeszczone ciało do komnat Peleusa i waruje nad nimi, niby lwie szczenię przy zwłokach matki. Nie dopuszcza do siebie nikogo, nawet samego króla. Idź, przemów do nieszczęsnego! Jeśli wysłucha kogokolwiek, to tylko ciebie.

– Idę – oświadczyła Brazydia i ruszyła przez pałac ogarnięty pożarem zbiorowego szaleństwa.

Z pokojów zmarłego dobiegały naprzemiennie gniewne bluźnierstwa, żarliwe modlitwy i pełne wyrzutu pytania, skierowane do milczących bogów. Urywane solilokwia kontrapunktował brzęk tłuczonych sprzętów, zwierzęce ryki i napady szlochu. U drzwi nasłuchiwał pochylony Seleukos. Oblicze bazyleusa wyrażało najgłębszy frasunek.

– Jesteś wreszcie! – krzyknął szeptem król.

– Kalchas mnie wtajemniczył. W jakim stanie jest ciało?

– Sponiewiarane, lecz posłałem po balsamistów, którzy doprowadzą je do porządku. Planuję złożyć ofiary przebłagalne i ponowić pochówek. Tymczasem musisz iść do Kleona, nim utonie w żalu i obłędzie. Przekonaj go, by wydał zwłoki, a wieczorem przyszedł na sympozjon. Ogłoszę tam wieści, które rozniecą w nim nadzieję i przywrócą wolę życia.

– Przemówię do niego.

– Jeszcze jedno, nim wejdziesz. – Seleukos zbliżył wargi do ucha Brazydii. – Kleon ma ze sobą pamiątkowy wisior. Wnet go rozpoznasz; to wielki, złoty medalion ozdobiony twarzą Erosa. Należał do Peleusa. Wewnątrz ukryte jest opium. Lękam się, że przygnieciony rozpaczą chłopak zażyje całość i przekroczy Styks w objęciach Morfeusza. Koniecznie odbierz mu naszyjnik! Perswazją lub podstępem, nawet przemocą, jeśli to konieczne.

– Znajdę łagodne słowa, by ulżyć strapionej duszy.

Brazydia uchyliła odrzwia, wkraczając w królestwo szału i żałoby.

***

Zmasakrowane ciało spoczywało na łożu. Zasłony były zaciągnięte, wewnątrz panował półmrok.

– Brazydia!…

– Dość głupstw, Kleonie. Chcę pochować męża.

– Bogowie przeklęli ceremonię. Nie byłaś na pogrzebie!

– Król nie spodziewał się, że przyjadę. Sądził, że skoro Peleus sypiał z tobą, to ja przestałam być jego żoną i matką jego synów.

– Nie rozumiesz; on nie przejdzie przez bramy zaświatów! Apollo zesłał omen, słoń stratował stos pogrzebowy…

– Pleciesz androny. Słyszałam o wypadku. Nie fatum, lecz bazyleus sprowokował katastrofę, organizując to groteskowe i niepotrzebne przedstawienie. Śmierć zwierząt na nic nie przydała się Peleusowi, a nieszczęście czyhało za rogiem.

– Módl się ze mną, Brazydio! Błagajmy bogów o pomyślne znaki i cofnięcie klątwy.

– Tracę cierpliwość. Zawsze byłeś mądrym chłopcem, Kleonie, mój mąż cenił w tobie bystry intelekt. Nie daj się zaczadzić teatralnymi oparami, które rozpościera Seleukos. Przebywanie na dworze w Antiochii źle odbija się na twym rozumie.

– Ale…

– Skończ z tym i pomóż mi zanieść ciało balsamistom. W syryjskim upale wkrótce zacznie cuchnąć, to dopiero będzie wstyd.

– Czuję, że Peleus jest tutaj i mówi do mnie. Błąka się, nie widząc drogi na elizejskie pola…

Brazydia sapnęła gniewnie.

– Dość! Jeśli nie masz sił, by dźwignąć ten ciężar, sięgnij po makową esencję, którą tak uwielbiał mój małżonek.

– Skąd wiesz?…

– Seleukos powiedział mi o medalionie i kazał ci go odebrać. Nie mam nastroju podsycać twoich dramatycznych występów. Jeśli taką masz wolę, zeżryj choćby nawet minę czystego opium i dołącz do Peleusa.

Młodzieniec spuścił głowę, zawstydzony.

– Racja jest przy tobie, Brazydio. Słusznie wypominasz mi słabość.

– Król pragnie, byś wieczorem dołączył doń na sympozjonie. Twierdzi, że ma wieści, które ulżą ci w rozpaczy.

– Wolę czuwać przy zmarłym. Wkrótce wiatr rozwieje jego prochy i nigdy już nie spojrzę w ukochane oblicze.

– Idź do przyjaciół, Kleonie. Syria rodzi słodkie wino i powabne dziewczęta. Skosztuj ich, niech ulżą ci w cierpieniu. Peleus nie chciałby patrzeć, jak gnijesz w rozpaczy.

– Jesteś okrutna, Brazydio.

– Masz tupet, chłopcze, że pouczasz mnie o okrucieństwie.

***

Sympozjon rozpoczął się po zachodzie słońca. Bazyleus zapowiedział spóźnienie i kazał zaczynać, choćby go nie było. Goście zzuli sandały i podali niewolnicom stopy do obmycia. Potem rozłożyli się na sofach i pili wino czerpane z krateru.

Kalchas uronił ze swego kielicha kilka kropel na ofiarę dla Dionizosa.

– Skoro gospodarz jest nieobecny, to ja sam, w drodze przewrotu, ogłaszam się sympozjarchą.

– Skąd pewność, że lud cię nie obali? – zagadnął przekornie Szapur.

– Wystarczy, że stanie za mną wojsko. Mężny Antylochu, wodzu zastępów, czy mam twoje poparcie?

– Poprę twoje roszczenia, jeśli zezwolisz mi pić niemieszane wino – odparł generał.

– A zatem mamy układ. Niniejszym obejmuję władzę – oświadczył poeta.

– Barbarzyńska tyrania – skonstatował babiloński astronom.

– Spójrzcie na niego! – odciął się Kalchas. – Bardziej grecki niż sami Grecy.

– Ustępuję, zaznaczywszy obywatelski sprzeciw. Trony należą wszak do śmiałych. Jakie jest twoje zarządzenie, sympozjarcho?

– Odpowiedź jest oczywista. Wieczór poświęcam Peleusowi. Będziemy sławić wspomnienia, które zostawił nam w spadku i cnoty, których nauczał swym przykładem. Rozpocznie Szapur, niewyczerpana krynica babilońskich mądrości. Zakończy Kleon, choć bowiem jest najmłodszy, doznał najgłębszej rany, tracąc w Peleusie nie tylko druha i mentora, ale też ukochanego. Cierpienie przydaje jego głosowi szczególną wagę.

Młodzieniec schylił głowę na znak podziękowania. Uśmiechnął się na przekór udręce mieszkającej w podkrążonych oczach.

– Dziękuję wam, przyjaciele, i nieobecnemu gospodarzowi.

– Czy wiecie, gdzie jest król? To do niego niepodobne, by tak osierocić gości. – Pytanie padło z gąszczu czarnej brody Antylocha.

– Udał się do Zeusowego chramu, zasięgnąć rady kapłanów. Pragnął dowiedzieć się, jak postępować w sprawie pogrzebu i odwrócić nieprzychylne znaki – wyjaśnił Szapur. – Nim do nas dołączy, mój głos będzie musiał wam wystarczyć.

– Nie szczędź go nam zatem – zachęcił Kalchas.

– Wy, Grecy, lubicie myśleć o sobie jako prekursorach wszelkiej poezji. Tymczasem Babilon zna legendy poprzedzające wzniesienie ateńskiego akropolu. Jedną z nich jest opowieść o Gilgameszu, władcy miasta Uruk, który był w dwóch trzecich bogiem, a w jednej trzeciej – człowiekiem.

– W jednej trzeciej człowiekiem? – zdziwił się poeta. – Być może jako astronom i matematyk zdołasz wyjaśnić nam prawidła genealogicznej arytmetyki, które pozwalają spłodzić takiego herosa.

– Czego nie umiesz pojąć, próbujesz obrócić w żart, przyjacielu. Zamiast tego zadumaj się nad zagadką boskiego poczęcia i pozwól mi kontynuować.

– Przystaję.

– Gilgamesz utracił najdroższego towarzysza, który zwał się Enkidu. Żałoba rozdarła serce króla i otworzyła oczy na jego własną śmiertelność. Opuścił swe włości i udał się na wyprawę, by posiąść sekret wiecznego żywota.

– Czy znalazł, czego szukał? – zapytał Kleon. Kołysał winem w kielichu, niechętnie mocząc wargi. Napój miał w jego ustach smak cykuty.

– W pewnym sensie. Wydobył z morskiego dna magiczne ziele, zapewniające zdrowie i młodość. Czarodziejską roślinę skradł jednak podstępny wąż. Gilgamesz powrócił do Uruk z pustymi rękoma. Nie posiadł tajemnicy nieśmiertelności i nie ugasił żałoby po zmarłym przyjacielu.

– Gorzką lekcję przynosisz nam z Babilonu – generał westchnął i opróżnił czarę. Policzki żołnierza czerwieniły się, rozgrzane trunkiem.

– To nie wszystko, niecierpliwy Antylochu. Utrudzony król powraca do domowych pieleszy, zaś przed jego oczami rozpościera się wieczne miasto Uruk, które opuścił w poszukiwaniu wiecznego żywota. Choć zawiódł w tym zadaniu, pozostawił po sobie dumne mury królewskiego grodu. Taką naukę przynosi nam legenda – nieśmiertelność człowieka leży w dziełach jego rąk. Miasto wznosi się po dziś dzień, a opowieść o Gilgameszu przekazywana jest przynajmniej od dwóch tysięcy lat. Podobną spuściznę zostawił nam Peleus: przyniósł z dalekich Indii świadectwa swych podróży, a w sercu Kleona zaszczepił nieugaszoną miłość do cnoty i tęsknotę za mądrością. Nie wątpię, że młody lew pójdzie w ślady nauczyciela.

Ledwie wzniesiono toast dla uczczenia słów Szapura, w progu stanęła majestatyczna postać bazyleusa.

– Przysłuchiwałem się twym słowom skryty za węgłem, by nie mącić wątku twoich myśli – wyznał Seleukos, gdy fenicka niewolnica obmywała jego stopy. Wtem pchnął ją nogą w bark, przewracając dziewczynę na wznak. Nastąpił piętą na jej gardło. Przygnieciona królewskim majestatem, nie ośmieliła się stawiać oporu czy choćby tknąć dławiącej ją kończyny. Walczyła tylko bezradnie o oddech, drapiąc paznokciami posadzkę.

– Jakże kruche schronienie otrzymała ludzka dusza! – zakrzyknął sentencjonalnie władca. – Jak niewiele trzeba, by przeciąć nić, którą przędły Mojry.

Spojrzał ze scenicznym współczuciem na kobietę wijącą się bezsilnie pod jego stopą.

– Gdy ta nieszczęsna istota wyda ostatnie tchnienie, nie pozostawi po sobie niczego. Wiatr zatrze ślady jej kroków, a żadne echo nie powtórzy wypowiedzianych słów. Zazdrośni bogowie odmówili nam olimpijskich przymiotów. Pozostawili jedną tylko materię, z której utkać możemy kobierzec nieśmiertelności. Sławę.

Zdjął piętę z szyi siniejącej niewiasty. Ta, złapawszy serię spazmatycznych oddechów, powróciła do obmywania stóp swego pana.

– Przychodzę z wieściami – oznajmił król, kładąc się na sofie z pucharem wręczonym przez podczaszego. – Pokornie proszę sympozjarchę, by udzielił mi głosu.

Kalchas pogładził się po podbródku w teatralnym namyśle.

– Nie wcześniej, Seleukosie, niż poniesiesz karę należną za spóźnienie. Jej wymiar ustalam na trzy kielichy.

Król złożył libację do patery, następnie zaś spełnił potrójną czarę, posłuszny wyrokowi przewodnika biesiady. Otarł usta wierzchem dłoni i przemówił:

– Powierzyłem nasze troski i modlitwy kapłanom Kronida Gromodzierżcy. Powrócili do mnie, niosąc wolę bogów. Wiem już, co należy czynić, by zaświat otworzył łono przed Peleusem.

– Nie każ nam czekać! Mów bez dalszej zwłoki! – Ożywił się Kleon.

– Oto, co przekazała wyrocznia: ten, który podróżował daleko poza niebosiężne szczyty Hindu-Kush, winien spocząć w ziemi bohaterów, u celu najsławniejszej wyprawy, jaką przedsięwzięli Grecy. Stamtąd Hermes przeprowadzi Peleusa do grona błogosławionych.

– Spod Troi? – Próbował odgadnąć Antyloch.

– Śmielej!

– Z Kolchidy. W ślad Jazona i Argonautów – orzekł Kalchas, wydając się pewnym swego.

– Taka jest wola Zeusa – potwierdził Seleukos. – Okryjemy najdroższego druha całunem ze Złotego Runa i damy mu pogrzeb godny herosa. Kazałem zabalsamować ciało i przygotować okręt do drogi. Liczę, że wszyscy znajdziecie się na pokładzie.

Wzniesiono kielichy. Kleon ze łzami w oczach ścisnął dłoń bazyleusa. Seleukos odgarnął złote loki i ucałował go w czoło.

***

Nim uczta dobiegła końca, Brazydia wtargnęła do andronu. Fałdy peplosu łopotały w pędzie gniewnych kroków. Kalchas i Szapur całowali się na korytarzu, oparci o ścianę. Między nimi klęczał niewolnik usługujący im ustami. Poeta trzymał jednorącz dzban wina i nagradzał wysiłki chłopca, lejąc w rozchylone wargi strumień rubinowego trunku.

– Gdzie król? – wycedziła wdowa z zimną złością.

Babilończyk wskazał skinieniem głowy wnętrze sali biesiadnej. Antyloch wyszedł do ogrodu, wysikać się pod sykomorą. Niedźwiedzia sylwetka generała odznaczała się w świetle rzucanym przez uchylone drzwi.

Kleon zasnął na podołku króla. Gdy Brazydia wpadła do środka, Seleukos bawił się złotym medalionem, który zdobił szyję młodzieńca.

– Nie pozwolę na kolejne błazeństwo! Robisz pośmiewisko z pogrzebu mojego męża!

– Milcz, kobieto, jeśli nie chcesz poznać ciężaru mej ręki! Bluźnisz przeciw postanowieniu wyroczni Zeusa…

– Jesteś podłym lubieżnikiem i aktorzyną, Seleukosie. Zasięgnęłam języka wśród dworzan i pałacowych sług. Czy to przypadek, że przed dwoma miesiącami posłałeś Lizymacha właśnie do Kolchidy? Czyżbyś znał zawczasu boże wyroki?

– Ciszej! Ciszej! Przejdźmy się w ogrodach, tam porozmawiamy – sapnął gniewny władca. Niechętnie wypuścił z dłoni naszyjnik z Erosem i zsunął głowę Kleona ze swych kolan. Kosmyki złotych włosów rozsypały się na sofie.

Opuścili komnatę, król prowadził w aleję oflankowaną szpalerem daktylowców. Sad oświetlały lampy dzierżone w rękach czuwających sług.

– Choć żaden z twoich sykofantów nie powie tego na głos, wszyscy wiedzą, że chcesz wykorzystać podróż do Kolchidy by zbałamucić młodego Kleona.

– Jeśli nawet, to cóż z tego? Sądzisz, że rozumnie jest stawać na drodze królewskiemu pożądaniu? Zawiodłem się na twoim osądzie, moja droga. Nie przeczę, że zawczasu planowałem rejs do Kolchidy. Jest też oczywiste, że pogrążony w żałobie Kleon nie dołączyłby do mnie, gdybym nie uciekł się do podstępu.

– Udław się rozpustą, jeśli tego pragniesz, Seleukosie. Miej jednak łut przyzwoitości i nie mieszaj nieboszczyka do swoich zalotów. Czynisz ze mnie pośmiewisko i urągasz cieniowi Peleusa.

– Otrzyma pochówek godny herosa.

– Nie dopuszczę do tej farsy! Niech cię piekło pochłonie!

– Przyszłaś rzucać klątwy i puste pogróżki? To do ciebie niepodobne. Dobrze wiesz, że nie zdołasz powstrzymać moich zamiarów. Przejdź do rzeczy, Brazydio. Porzuć maski. Wiedz, że widzę na wskroś przez twoją kokieterię.

Wdowa pobladła i zamilkła, gubiąc rytm kroków i odpowiedzi. Gdy podjęła przerwany dialog, wściekłe tony zniknęły z jej głosu, a na ich miejsce przyszedł pragmatyczny chłód.

– Jestem gotowa sprzedać ciało męża i swoje dobre imię, jeśli w zamian zabezpieczysz przyszłość moich synów.

– Dziesięć srebrnych talentów dla Kastora i Lykiona. Najstarszy… Agaton, tak?  Otrzyma satrapię Sogdiany.

– Nie wyślę syna na skraj świata, między barbarzyńców. Chcę Cypr dla Agatona.

– Zgoda. – Seleukos uśmiechnął się łaskawie i wyciągnął pierścień do ucałowania. Brazydia obdarzyła bazyleusa jadowitym spojrzeniem. Mimo to zgięła kolano i przycisnęła wargi do królewskiego rubinu. Chociaż kobiety zwykle nie budziły namiętności władcy, poczuł przyjemne mrowienie w kroczu. Przez mgnienie gwiazd rozważał, czy nie obwarować zawartej umowy dodatkowym warunkiem. Wypił już jednak dużo, ponadto trapiła go kwestia trucizny w medalionie, z którym Kleon uparcie nie chciał się rozstać.

– Twoja nienawiść podsyca moje pożądanie. Uciekaj, nim cena wzrośnie.

– Bądź przeklęty – rzuciła na odchodnym Brazydia.

Bezsilność w jej głosie była najsłodszą muzyką dla Seleukosa. Wyrwała lampę z rąk czuwającego w ogrodzie niewolnika i odeszła w noc, pozostawiając króla sam na sam z jego ogrodem.

***

Król Kolchidy, Parnawaz, odchylił się na tronie i wsparł brodę na dłoni. Przebiegł wzrokiem po twarzach swoich dworzan, jednak nie uzyskał wsparcia. Spuszczali głowy, usiłując ukryć niestosowną wesołość. Audiencja była groteskowa.

– I cóż ja mam zrobić z tym… Smokiem? – zapytał monarcha.

Sędziwy Lizymach był wytrawnym posłem, przeto śmieszki orientalnych możnowładców nie zdołały zbić go z pantałyku.

– To krokodyl nilowy, wasza wysokość – objaśnił wysłannik. – Wielki Seleukos oczekuje, że zostanie on utrzymany w dobrym zdrowiu i otoczony opieką. Potrzebuje stawu ze słodką wodą, ruchu oraz świeżego mięsa. Może być cielęcina. Skazańcy też się nadadzą.

Parnawaz zdążył już pożałować ciekawości, przez którą polecił gwardzistom wnieść klatkę do sali tronowej. Krokodyl cuchnął szlamem i wszystkie dywany trzeba było wyrzucić. Przynajmniej królewskie córeczki wydawały się zadowolone z wizyty nieoczekiwanego gościa.

– Muszę wyznać, że nadal nie pojmuję. Jeśli stwór jest darem, to zaprawdę nie widzę dlań zastosowania. Niemniej wdzięczny jestem wielkiemu Seleukosowi za pamięć i zacne chęci.

– Nie w tym rzecz, wasza wysokość. Bestia będzie pilnować Złotego Runa. Król wraz ze świtą powali smoka i zdobędzie skarb.

– Ach, masz na myśli grecką legendę. Obawiam się, że nie mamy już Złotego Runa. O ile wiem, wywiózł je przed wiekami niejaki Jazon.

Wypowiedź króla wywołała szmer przyciszonych śmiechów.

– To nie problem – ciągnął niezrażony Lizymach i skinął na niewolników. Dwóch krzepkich tragarzy otworzyło masywną skrzynię. W środku znajdowała się skóra zdarta z dorodnego barana, skrząca się od złotego pyłu.

– Widzę, że przybyłeś doskonale przygotowany, szlachetny pośle.

– Runo należy zawiesić na konarze dębu w królewskim gaju i postawić smoka na straży.

– Czy zechcesz wtajemniczyć mnie w cel tego… Przedstawienia?

Lizymach sam się nad tym zastanawiał. Seleukos gustował w ekscentrycznych rozrywkach, ale tym razem przeszedł samego siebie. Do zadań wysłannika nie należało jednak kwestionowanie życzeń władcy.

– Cel jest następujący: zadowolony bazyleus zniesie cła na kolchijskie towary. Niezadowolony, nakaże zamknąć porty Jonii, Bitynii i Pontu dla waszych okrętów.

Władca Kolchidy miał okazję poznać wysłannika, gdy ów wizytował wasalne kraje seleukijskiego imperium. Dyplomata zrobił wrażenie człowieka rozsądnego i lojalnego. W cichości ducha Parnawaz współczuł mu niewdzięcznej służby na dworze szalonego króla.

– Rozumiem. Przekaż swemu panu, szlachetny Lizymachu, że jego zamysłowi stanie się zadość.

– Jeszcze jedno, królu.

– Zapieram dech.

– Gdy bazyleus z towarzyszami pokonają smoka, będą oczekiwać dziękczynnego orszaku, złożonego z kolchijskich możnowładców. Seleukos życzy sobie, by wasza wysokość poprowadził go osobiście.

Wśród dworzan rozległy się gniewne okrzyki.

– Hańba!

– Potwarz!

– Obłęd! Zniewaga!

Parnawaz powstał z królewskiego stolca i trzykrotnie huknął berłem w podłokietnik. Wrzawa stopniowo ucichła.

– Jeśli taka jest cena, jaką muszę zapłacić za dobrobyt królestwa, czynię to bez wahania. Audiencję uważam za zakończoną. Pomyślnych wiatrów, pośle.

***

Leukone wkradła się cichutko do komnaty śpiącego Kleona. Biedny chłopiec wreszcie zaznał odpoczynku. Hypnos wygładził oblicze, które jawa ściągała w grymas żalu i troski. Serce służki krajało się, gdy patrzyła na rozpacz pięknego efeba.

Syryjka podziwiała szlachetne krzywizny muskularnego ciała. Uwikłany w rozkopane nakrycie młodzieniec mógłby pozować do posągu Hermesa albo Zefira. Pierś unosiła się w spokojnym oddechu. Leukone od dawna kradła strzępy dni wypełnionych pokojowymi pracami, by wymknąć się ukradkiem i obserwować jak Kleon ćwiczy zapasy w gimnazjonie lub dyskutuje z Kalchasem o poezji podczas długich spacerów w ogrodach.

Teraz pozostała sama z obiektem swojej niemożliwej miłości. Przyklękła przy śpiącym i zaczęła składać pocałunki o grubość pergaminu od skóry ukochanego. Gdy poruszał się, zamierała trwożliwe. Serce wyrywało się z jej piersi jak wystraszony gołąb. Między pocałunkami szeptała gorączkowe wyznania.

– Oddałabym życie, gdybym mogła w ten sposób sprowadzić twojego Peleusa z powrotem. Mógłbyś wówczas spojrzeć na mnie z wdzięcznością, to wystarczyłoby mi za nagrodę. Gdybyś wziął mnie na służkę, nigdy nie musiałbyś na mnie narzekać. Mogłabym czesać twoje włosy i ścielić łoże. Jakim szczęściem byłoby oglądać cię codziennie, najsłodszy…

– A jednak Platon miał rację… – mruknął Kleon przez sen. Obrócił się na brzuch, obnażając pośladki, kształtne jak spod dłuta Lizypa.

Niewolnica siedziała cichutko jak trusia. Nie ośmieliłaby się wtargnąć do sypialni arystokraty z własnej woli. Przyszła tu z misją zleconą przez nadwornego astronoma. Babilończyk wezwał ją do siebie, położył dłoń na ramieniu i nachylił się nad nią konfidencjonalnie. Spięte złotymi klamrami warkocze kunsztownie zaplecionej brody łaskotały ją w kark.

–  Nie umknął mi afekt, jakim darzysz Kleona. Dlatego właśnie zwracam się do ciebie, Leukone. Wiedz, że jego życie jest w niebezpieczeństwie. W medalionie, który nosi, kryje się porcja zabójczej trucizny. Szlochający za Peleusem chłopiec każdego dnia rozważa, czy nie dołączyć doń w Hadesie. Zaklinam cię na wszystkich bogów podziemi: musisz wykraść naszyjnik, by nieszczęśnik nie odebrał sobie życia w chwili słabości.

Upewniwszy się, że Kleon śpi, sięgnęła śniadymi palcami do jego szyi. Szczęśliwie, gdy młodzieniec obracał się na brzuch, wisior nie został przygnieciony jego torsem, lecz ułożył się na poduszce obok ramienia. Przecięła łańcuch złotniczymi nożycami i zaczęła powolutku zsuwać złote puzdro z przerwanego sznura ogniw.

Kleon ocknął się gwałtownie i chwycił służkę za nadgarstek.

– Co! – krzyknął, rozbudzony. Zerwał się i ujrzał, jak Peleusowy medalion spada z przeciętego łańcucha i uderza w ziemię. – Podła złodziejka! Czy wiesz, po co wyciągnęłaś rękę, parszywa suko?

Leukone zaczęła płakać i gorączkowo kręcić głową.

– Mylisz się, panie. Nie chciałam kraść…

– Masz mnie za głupca? Zerwałaś łańcuch!

– Ratowałam cię, panie…

– Kpisz ze mnie, bezczelna!

Młódka upadła na kolana i objęła nogi Kleona.

– Nie śmiałabym, ukochany… Chciałam cię ocalić.

Arystokrata odkopnął od siebie kwilącą niewolnicę.

– Ukochany?! Dość tego, idziemy do króla.

Złapał Leukone za dłoń, postawił ją szarpnięciem na nogi i wyprowadził na zewnątrz. Mimo iż w zaciemnionej kotarami sypialni panował półmrok, resztę pałacu zalewało złote światło południa.

Seleukos siedział pod baldachimem na tarasowym dachu wysokiego portyku, górującego nad dziedzińcem palestry. Stamtąd obserwował zapaśnicze zmagania w dole. Władca uprzyjemniał sobie widowisko kandyzowanymi daktylami, zaś nubijski eunuch wachlował go rozłożystym liściem palmy na długiej tyce.

Kleon puścił dłoń niewolnicy i pchnął ją naprzód. Zgubiła krok i wywróciła się u stóp monarchy.

– Seleukosie! Ta nędzna mysz próbowała mnie okraść, gdy spałem. Wyciągnęła ręce po medalion Peleusa. Miała czelność twierdzić, że wyświadcza mi przysługę! Żądam wyjaśnień, bazyleusie, oraz surowej kary dla złodziejki.

Król poderwał się z siedziska, w kilku krokach podszedł do Leukone. Porwał ją za tunikę, pociągnął do balustrady i zepchnął z dachu. Dziewczyna spadła między zaskoczonych zapaśników, łamiąc kręgosłup.

Kleon patrzył, oniemiały, i oddychał głęboko. Seleukos wygładził na sobie perską szatę i rozłożył bezradnie ręce.

– Wybacz, mój drogi. Gdym usłyszał, że to nikczemne stworzenie zmąciło twoją żałobę w tak niski i perfidny sposób, porwał mnie nieopanowany gniew. Zawiodłem jako gospodarz. Nakażę zarządcy dworu przyjrzeć się każdemu słudze z osobna i odsiać nieuczciwych. Tymczasem, wolisz dołączyć do mnie w cieniu baldachimu, czy zejść na dół między zawodników?

– Myślę, że spróbuję sił w boksie – zadeklarował oszołomiony Kleon. – Znużenie ciała przynosi ulgę w udręce duszy.

Władca przyzwolił skinieniem. Kleon zszedł na dół i wkrótce pojawił się wśród walczących, zupełnie nagi, oprócz medalionu na szyi. Przerwany łańcuszek zawiązał po prostu na supeł.

Seleukos przewrócił oczami na ten widok. Problem trucizny z jednej strony irytował go, z drugiej jednak – bawił. Nietrudno było odgadnąć, kto wysłał dziewczynę. Oprócz króla, okoliczności zgonu Peleusa znał tylko sam truciciel, wykonawca rozkazu. Trzeba będzie porozmawiać z Szapurem i przywołać go do porządku.

***

Dwudziestorzędowiec otrzymał imię Argo, po sławnym okręcie Jazona. Zabalsamowane ciało Peleusa spoczywało w chłodnej ładowni. Seleukos włożył zmarłemu do ust srebrną tetradrachmę z własną podobizną.

Kadłub galery wykonano z libańskiego cedru, a szeroki dziób wieńczył taran z brązu, rzeźbiony w kształt głowy minotaura z zakręconymi rogami. Dym z palenisk pokładowej łaźni wydostawał się na zewnątrz przez bycze nozdrza. Na stanowcze żądanie króla w konstrukcji uwzględniono także niewielki odeon z amfiteatralną widownią, ocieniony baldachimem rozmiarów głównego żagla. Kalchas zabrał w podróż rękopisy nowych dramatów. Argonauci spędzali większość dnia w teatrze, zajęci ożywianiem słów poety na scenie. Gdy materiał został wyczerpany, arystokraci zaczęli zabawiać się homeryckimi monologami oraz improwizowaną dramatyzacją znanych motywów mitycznych. Akompaniował im chór, cytry oraz flety, przezornie zabrane na długą wędrówkę.

Dziesięć setek wioślarzy pchało bazylejską nawę wzdłuż wybrzeży Azji. Załogi mijanych statków przerywały pracę na widok królewskiego orszaku. W pobliżu Cypru okręt został zaatakowany przez cylicyjskich piratów, którzy mieli więcej śmiałości, niż rozumu. Morska napaść dostarczyła wszystkim wiele rozrywki. Na rozkaz Seleukosa żołnierze wstrzymali ostrzał z balist i dopuszczono do abordażu. Ponieważ kilku spośród ocalałych korsarzy mówiło po grecku, łaskawie zezwolono im dołączyć do załogi. Król szczególnie upodobał sobie człowieka imieniem Proklos. Był to mąż o olbrzymiej posturze, dzikiej aparycji i rozbójniczym zaroście.

– Jesteś Heraklesem – zadecydował król. Odtąd pirat zobligowany był nosić lwią skórę i maczugę wystruganą z ułamanego wiosła. Zadowolony z odmiany losu, przyjął narzucony strój z dobrodziejstwem inwentarza.

Kleon zrazu był wniebowzięty, mogąc wykazać się w boju. Wkrótce jednak szloch porwał uczuciowego efeba, gdy dotarło doń, że nie może dzielić z Peleusem radości świetnego zwycięstwa. Chłopiec znalazł pocieszenie w ojcowskich ramionach Seleukosa.

U wybrzeży Karii okręt odbił na południe. Argonauci nadłożyli drogi, by móc podziwiać zwaloną, lecz wciąż potężną postać rodyjskiego Kolosa. Król ułożył z tej okazji elegię opiewającą przemijanie chwały i poniżoną pychę zwycięzców. Nagrodzono go oklaskami. Tego wieczora statek stanął na kotwicy w zatoce Mandraki. Ucztowano do późna.

W blasku jutrzenki Seleukos odnalazł swojego astronoma. Babilończyk zwieszał się przez burtę i hałaśliwie oddawał treść żołądka.

– Jesteś uczonym mężem, Szapurze. Zawsze ufałem w twoją mądrość. Dziwię się zatem, że w sprawie naszej umowy postąpiłeś w sposób zupełnie nieprzemyślany. Po co wysłałeś nieszczęsną dziewczynę do komnat Kleona?

– Ja… Rozmawiałem z nim, królu. Dowiedziałem się, że Peleus przed śmiercią podzielił opium, które ode mnie dostał. Część ukrył w medalionie, by trzymać lek na podorędziu. Teraz naszyjnik znajduje się w posiadaniu chłopca. Jeśli przyjdzie mu do głowy sięgnąć po zawartość wisiora, czeka go śmierć.

– Jestem tego świadom. Kleon trzyma się jednak pamiątki z uporem godnym lepszej sprawy. Powiedz mi, czy moc trucizny nie osłabnie z czasem? Liczyłem, że problem rozwiąże się samoistnie, jeśli powstrzymać go przed zażywaniem lekarstwa.

– Nie, Seleukosie. Żądałeś niezawodnego środka. Perski mag, od którego zakupiłem specyfik, zapewniał mnie, że substancja nigdy nie wietrzeje.

– Coś podobnego… Cóż, trudno. Pozwól, że sam zatroszczę się o zdrowie Kleona. Bądź łaskaw powściągnąć niewczesne spazmy spóźnionego sumienia.

– Wasza wysokość…

– Nie turbuj się, przyjacielu. Wyświadczyłeś Peleusowi przysługę. Dzięki tobie odszedł w dobrej sławie, nim jego gwiazda zdążyła  zgasnąć. Gdy wędrował po Indiach, opium całkowicie zatruło mu umysł. Okradło z ambicji i zabiło w nim duszę na długo przed tym, jak twoja trucizna uśmierciła ciało. Czekało go powolne więdnięcie w szponach makowej obsesji.

– Twoje słowa przynoszą mi ulgę, patronie. – Deklaracja Szapura wypadła blado i fałszywie.

Wtem rozległ się plusk. Do morza zeskoczył człowiek. Popłynął wpław w kierunku rodyjskiego portu. Jego ramiona młóciły wodę jak młyńskie koła, błyskawicznie pożerał dystans dzielący go od miejskich świateł.

– Antyloch! – ożywił się Szapur. – Musiał słyszeć naszą rozmowę! Panie, każ go chwytać!

Seleukos nagrodził radę Babilończyka melodyjnym śmiechem.

– Niech płynie. Patrz, pruje wodę jak hipopotam! Jakaż pasja musi ożywiać jego włochatą pierś! Odchodzi, przywdziawszy skrzydła sprawiedliwego mściciela. Zazdroszczę mu determinacji i wiary w słuszność własnych czynów.

Szapur zyskał pewność, że król jest szalony. Jeśli chciał przeżyć, musiał śpiewać na tę samą nutę.

– Płetwy – skorygował Babilończyk.

– Słucham?

– Przywdział raczej płetwy, niż skrzydła.

– Istotnie – zgodził się król i otoczył astronoma ramieniem. – Wracajmy na ucztę.

Seleukos nie mógł powstrzymać podniecenia na myśl o komplikacjach, jakie miała wywołać ucieczka generała. Tej nocy król śnił o rebelii i wojnie, zaś od rana układał szkic mowy łaskawego przebaczenia.

***

Zaniepokojony hałasem smok wynurzył się z sadzawki. Przebrzydłą paszczę gada zbroiły szeregi trójkątnych zębisk. Kaprawe ślepia łypały nieprzychylnie na otaczających go Argonautów. Do grona herosów włączono, oczywiście, Heraklesa. Złote Runo wisiało na konarze dębu, kołysane oddechem łagodnej bryzy.

Seleukos i jego dworzanie nieśli oszczepy, a za nimi czuwał oddział królewskich epibatów z długimi pikami.

– Piękna bestia! – zakrzyknął Kalchas. – Żal zabijać.

– Ciekawe, czy on także zlituje się nad tobą – szydził Szapur.

– Za pozwoleniem Seleukosa, zadam decydujący cios – chełpił się Kleon.

Wśród żartów, docinków i przechwałek obrzucono krokodyla gradem oszczepów. Gdy rozjuszony zwierz zaszarżował, żołnierze opuścili sarissy, osłaniając arystokratów nieprzebytym murem grotów. Myśliwi nie spieszyli się, przerywając łowy by skomplementować celne trafienia lub napić się wina. Falanga, której uległo imperium Achemenidów, okazała się być równie problematyczna dla nieszczęsnego gada.

Wielokrotnie rażony jaszczur próbował schronić się w sadzawce, brocząc do wody ciemną posoką. Wypłoszono go stamtąd dokuczliwymi dźgnięciami pik.

Wtem Kleon wyrwał się przed szereg i pognał wprost na osłabionego zwierza. Było jasne, że zamierzał spełnić daną obietnicę i dobić smoka. Wraził oszczep w rozwartą paszczę. Szczęki kłapnęły i w dłoniach młodzieńca pozostał jedynie bezużyteczny ułomek. Zaskoczony efeb próbował się wycofać, lecz zaplątał nogi w odskoku i runął na plecy.

Kalchas ruszył na pomoc i spuścił kolchijski topór na czaszkę krokodyla. To wystarczyło, by zwrócić uwagę stwora. Zębata paszcza zacisnęła się na udzie poety. Rozległ się jęk giętego brązu i chrupot łamanej kości. Górował nad nimi wibrujący wrzask bólu i przerażenia.

Wówczas Herakles stanął okrakiem nad krokodylem i chwycił oburącz za górną i dolną szczękę. Wpijając palce w dziąsła gada, natężył grzbiet i położył swą siłę na szali przeciw morderczemu zgryzowi potwora. Sploty żył wystąpiły na bicepsy, gdy nadludzką mocą rozgiął zaciśnięte zęby i uwolnił zmiażdżoną kończynę Kalchasa. Wówczas prędko zmienił chwyt i objął ramionami masywną szyję gada. Krokodyl miotał się w zapaśniczym uścisku jak jaszczurka pochwycona w szpony orła. Ogon chłostał bezsilnie wodę. Wreszcie rozległ się trzask łamanego karku, zaś Herakles rzucił bezwładne cielsko do sadzawki.

Żołnierze patrzyli, oniemieli.

– Lekarza! – wołał Szapur, przypadając do omdlałego Kalchasa.

– Niebywałe! Pięć talentów dla Heraklesa! Cóż za widok! – krzyczał zachwycony Seleukos.

***

Król Parnawaz udostępnił Argonautom północne skrzydło swego pałacu. Rannego poetę zaniesiono niezwłocznie do komnat. Śmiertelna bladość nadawała twarzy nieprzytomnego pozór pogrzebowej maski. Zenon Ksantyjczyk zakończył czyszczenie rany i zakładanie opatrunku.

– Szczęśliwym zrządzeniem losu arteria ocalała. Kość jest zmiażdżona i nigdy nie będzie zdolna dźwigać ciężaru ciała. Zęby gada poszarpały nerw biegnący przez udo, więc rany przysporzą ogromnego bólu. Nie ma jednak zagrożenia dla życia.

– Stukrotne dzięki olimpijskim bogom! I tobie, mistrzu… – Szapur otarł zimny pot z czoła.

– Złóż koguta w ofierze Asklepiosowi. W tej chwili nie mogę dla Kalchasa nic więcej uczynić. Wrócę jutro, zmienię opatrunek. – Zenon obmywał lśniące noże, dłutka i szczypce, usuwając z nich ślady krwi oraz osocza.

– Nie zapomnę, co dla mnie uczyniłeś, czcigodny starcze. Sama Isztar błogosławi twe dłonie. Czy mogę bezpiecznie oddalić się od łoża Kalchasa na krótką chwilę? Będę czuwał przy nim przez noc do twego powrotu, najpierw jednak pragnę podziękować człowiekowi, który ocalił go z paszczy smoka.

– Nie widzę przeszkód – odparł sędziwy lekarz, pakując wyczyszczone narzędzia. – Na razie jest nieprzytomny. Gdy odzyska zmysły, uważaj, by nie zerwał bandaży.

Herakles siedział na wysokiej skale, o którą kruszyły się fale wzburzonego morza. Brzemienne nawałnicą chmury nadchodziły znad Kimeryjskich równin. Zasępiony olbrzym wpatrywał się w horyzont. Szapur spostrzegł z dala zwalistą sylwetkę korsarza i dołączył do niego, wdrapawszy się na przybrzeżny ostaniec.

– Dziękuję ci za ocalenie Kalchasa. Ryzykowałeś życiem.

– Drobnostka.

– Kim ty w ogóle jesteś? Nie wyobrażam sobie, by śmiertelny człowiek mógł zadusić krokodyla gołymi rękami.

– Jestem Herakles.

– Dworujesz sobie ze mnie.

– Jestem Herakles – powtórzył olbrzym, a w jego głosie czaiła się groźba i wyzwanie dla wątpiących. – Król Seleukos z miejsca przejrzał moje przebranie. Apollo zawsze lubił zabawiać się w ten sposób ze śmiertelnikami. Zsyła na swych ulubieńców przenikliwość i zarazem szaleństwo. A może zwyczajnie brakuje wam sił, by dźwignąć mądrość daną przez żartownisia z Parnasu?

Babilończyk nie wiedział, co o tym myśleć.

– Czemu z nami podróżujesz? Jeśli rzeczy mają się tak, jak przedstawiasz, to zapewne od początku planowałeś dołączyć do orszaku Seleukosa.

– Usłyszałem, że pojawili się śmiałkowie, którzy pragną powtórzyć wyprawę Jazona. Chciałem ponownie zobaczyć świat śmiertelników i ocenić, na ile was jeszcze stać. Niestety, Hermes miał rację. Nie ma tu już dla mnie nic ciekawego.

– Rozumiem – astronom wstał z przekonaniem, że albo rozmawia z obłąkanym, albo sam jest pozbawiony rozumu.

– Powinieneś był się sprzeciwić – rzucił Herakles do odchodzącego. – Jest już za późno. Zapłacisz cenę nieubłaganemu fatum.

***

Targany wyrzutami sumienia Kleon długo nie mógł zdobyć się na to, by odwiedzić Kalchasa. Krążył niespokojnie po kolchijskich ogrodach i dwukrotnie zawracał w drodze do pałacu. W końcu jednak przełamał wstyd i stanął u progu komnaty okaleczonego poety.

– Wybacz mi, Kalchasie! Przez lekkomyślną pochopność sprowadziłem na ciebie nieszczęście. Skoczyłeś mi na pomoc prędzej, niż ja zdążyłem pomyśleć! Oby ognisty piorun Zeusa wpędził mnie do wczesnego grobu… Lekarz mówi, że nigdy już nie będziesz chodził. Rzeknij słowo, a zawołam kata, by odrąbał moją własną nogę…

– Nie pleć głupstw, Kleonie – wystękał cierpiący poeta. – Biadolenie nie przystoi uczniowi Peleusa, który przecież lubił uchodzić za stoika. Pomóż mi unieść się na posłaniu i podaj zwoje, o które prosiłem. Będę rozmyślał nad poprawkami do dramatu o Ledzie, a łaskawe Muzy pozwolą mi zapomnieć o bólu.

– Osioł ze mnie! Noszę przecież opium zamknięte w medalionie. Poczekaj, zmieszam je z winem, przyniesie ci ulgę w cierpieniu.

Nim druga czara została spełniona, rękopis wysunął się z drętwiejącej dłoni Kalchasa.

– Straszne… Zimno… Nakryj mnie… Proszę…

Tymi słowy poeta pożegnał się ze światem.

Szapur zastał Kleona nad stygnącymi zwłokami. Zagubiony efeb przyciskał pięści do skroni. Ogłupiały z żalu chłopak wyrwał z własnej głowy pukle złotych włosów, które leżały teraz rozrzucone na łożu i posadzce. Na stolcu u wezgłowia spoczywał na wpół opróżniony kielich i otwarty medalion Peleusa. Z rozłożonego puzdra usypywały się brązowe grudki rozdrobnionego opium. Widząc to, astronom z miejsca domyślił się, co zaszło. Opadł na kolana.

– Erynie pomściły mord na Peleusie – wyznał drżącym głosem. – Sprawiedliwość bogów jest równie nieunikniona, jak okrutna. Kalchas przełknął ten sam jad, od którego zginął twój ukochany mentor. Gorzka ironio sprawiedliwej kary…

– Co mówisz, Babilończyku?

– Wyznaję! Własną ręką zadałem śmierć Peleusowi. Znajomy kupiec wskazał mi pewnego Persa, kupiłem odeń niezawodną truciznę: olej, czarny jak smoła Tartaru. Zmieszałem go z opium wiezionym dla Peleusa. Im więcej cierpiał, tym chętniej sięgał po lek i w ciągu dwóch dni popadł w objęcia Hadesu.

– Czy mówisz szczerze? Czy nie igrasz ze mną?

– To prawda, jak wiodę swój ród z Babilonu.

– Zdrajco! Łajdaku! Peleus miał cię za bliskiego druha! Jaki duch do tego cię skłonił, by go wbrew przyjaźni podstępnie mordować?

– Seleukos żądał, abym to uczynił.

– Jaka przyczyna stanęła za rozkazem?

– Peleus zdobył twoje uczucia. Król nigdy nie zapomniał tej zniewagi. Odtrącając względy monarchy, przypieczętowałeś wyrok na ukochanego.

Chłopiec rozdarł w rozpaczy własną tunikę i załkał żałośnie.

– Nierozumny Kleon! Nieszczęsny Peleus! Niegodziwy Szapur! – efeb ryczał tak, że ognista skarga musiała sięgnąć niebios i dudnić echem w lochach Tartaru. Słudzy dworu czaili się na korytarzu, jednak nie mieli śmiałości wkroczyć. Wreszcie łzy Kleona wyschły, a zdarte gardło nie było dłużej zdolne do krzyku. Efeb podniósł wówczas przekrwione oczy na klęczącego Szapura i wychrypiał:

– Skoro bogowie milczą, sam wyprostuję ścieżki przeznaczenia. Seleukos nigdy nie dostanie, czego pragnął, a morderca Peleusa zostanie ukarany. – Chłopiec podniósł z ziemi ciężki trójnóg, służący do palenia leczniczych kadzideł.

Babilończyk odetchnął głęboko i zamknął oczy.

– Żałuję, że Kalchas musiał zapłacić za mój podły postępek. Czyń, co należy, Kleonie.

Nie bronił się, gdy padały ciosy. Uderzeniom towarzyszył mosiężny klangor. Gdy ustały drgawki zmasakrowanego ciała, Kleon odrzucił narzędzie zemsty. Trójnóg brzęknął o kamienną posadzkę. Twarz chłopca plamiły krwawe cętki. Zmieszał opium pozostałe w medalionie z resztką wina w kielichu. Wychylił miksturę duszkiem i usiadł na łożu, chwytając zimną dłoń Kalchasa.

– Skoro giniemy od jednego miecza, obyśmy spotkali się w zaświatach.

***

Król Kolchidy, Parnawaz, i samozwańczy dziedzic Aleksandra omawiali kwestie rocznego trybutu oraz Kimeryjskich najazdów. Naradę przerwał goniec niosący wieści o niezwykłym poruszeniu w komnatach oddanych do dyspozycji seleukijskiego dworu. Seleukos złożył kwieciste przeprosiny i niezwłocznie udał się zbadać przyczynę niepokojących doniesień. Nie mogąc wydusić nic sensownego od rozjąkanych pokojowców, machnął ręką na służbę i poszedł osobiście zobaczyć, w czym rzecz. Wkroczył do komnaty Kalchasa.

– Wszyscy nie żyją – skonstatował król ze zdziwieniem. – Ale jak?

Oddawszy się dokładnym oględzinom zwłok, uzewnętrzniał treść swych podejrzeń, monologując na głos.

– Kleon zabił Szapura uderzeniem trójnogu, a zatem musiał dowiedzieć się, że Babilończyk otruł Peleusa. Nie ma śladów walki, więc Szapur nie bronił się przed ciosami. Czyżby poddał się karze w akcie skruchy? Czy sam wyznał swoją winę Kleonowi? Co mogło go do tego skłonić?

Król włożył dwa palce w usta martwego poety i ujrzał na języku błękitną śniedź, ślad działania trucizny.

– Tak! Oczywiście! Kleon podał Kalchasowi opium, by ulżyć mu w cierpieniu… Szapur przybył zbyt późno, by go powstrzymać… Rozkoszne.

Seleukos wybuchnął śmiechem, aż popłakał się z niekontrolowanej wesołości. Gdy tylko odrobinę się uspokoił, radosne spazmy chwytały go od nowa. Przerażeni dworzanie słuchali królewskiego rechotu, koczując na przedprożu trupiej komnaty.

Bazyleus otarł łzę i nalał sobie wina z kryształowej karafy. Wychylił kielich duszkiem, do dna.

– Przepiękne. Ileż bym oddał, by usłyszeć dialog, który wywiązał się w tych murach! Zaprawdę, musiał być godny uwiecznienia w kanonie tragedii. Szkoda, że Kalchas nie żyje. Jego metrum było nieskazitelne, a styl prawie Sofoklesowy…

Król Seleukos odrzucił wzgardliwie opróżniony puchar.

– Dałem wam szansę, bogowie Olimpu – ogłosił uroczyście. – Jeśli macie jakąkolwiek moc, powstrzymajcie mnie! Niechaj wino okaże się zatrute. Czekam!

Zapadła głucha cisza. Mojry odmierzały puls Kosmosu, snując złotą przędzę czasu pod okiem Kronosa.

Monarcha opadł z westchnieniem na łoże.

– Jestem znużony. Zazdroszczę wam, przyjaciele, pięknej śmierci oraz elizejskiego spokoju. Tymczasem, nie dla mnie wytchnienie. Poruszanie kołem historii ciąży mi niczym Syzyfowy kamień. Bywajcie szczęśliwi. Pogrzebię was w Kolchidzie, w ziemi bohaterów.

– Przejście! Niosę wieści dla króla! – rozległo się wołanie. W drzwiach stanął wierny Lizymach. Przełknął ślinę, widząc trzy trupy rozłożone w dramatycznych pozach. Wykazując opanowanie przystające wieloletniemu dyplomacie, zrobił dobrą minę do złej gry i natychmiast przystąpił do referowania nowin. Dyszał przy tym ciężko i przerywał dla zaczerpnięcia oddechu. Pośpiech nadwyrężył siły sędziwego zausznika seleukijskiego dworu.

– Panie! Bunt! Antyloch zrewoltował cylicyjskie wojska i wezwał na pomoc Rzymian! Trzy legiony wylądowały w Efezie. Generał połączył się z nimi pod Pergamonem. Nieprzyjaciele maszerują na stolicę! Miasta otwierają bramy przed buntownikami! Brazydia zaopatruje wroga drogą morską, okrętami cypryjskiej floty! Los dynastii zależy od błyskawicznego działania…

Seleukos uśmiechnął się szeroko.

– Ślij posłańców. Niech wojska satrapów Wschodu zbiorą się pod Palmirą. Osobiście poprowadzę gwardię Srebrnych Tarcz. Nadaj listy do miast Fenicji i Palestyny. Obiecaj im nowe przywileje i każ gotować się do oblężenia. Zdradziecki wąż, Ptolemeusz, z pewnością wyzyska okazję i uderzy od południa.

Lizymach uspokoił oddech i oddalił się, by spełnić polecenia króla. Nie miał ochoty przystawać do buntowników, mimo iż otrzymał już taką ofertę. Seleukos nie przestawał go zadziwiać. Rebelianci przedstawiali króla jako zniewieściałego dekadenta. Ten szalony człowiek był wprawdzie zupełnie nieprzewidywalny, potrafił jednak działać z bezwzględną skutecznością.

“A więc wojna!” – myślał Seleukos, opuszczając podwoje kolchijskiego pałacu. “Słonie, rydwany, przełamujące szarże kawalerii, błyskotliwe manewry i wzruszające męstwo prostego żołnierza. Niezawodny Antyloch!”.

Życie było wspaniałe.

Oczywiście, zaniedbanie pochówku bohaterów byłoby świętokradztwem. Co ważniejsze, król przyjechał do Kolchidy na pogrzeb, a nie lubił porzucać raz powziętych postanowień. Wpatrzony w trzaskające polana stosu, bazyleus snuł plany nadchodzącej kampanii. Na szczycie kremacyjnego paleniska ułożono Złote Runo, zdobycz Argonautów.

Każdy z czterech herosów trzymał w ustach srebrną tetradrachmę z wizerunkiem Seleukosa. Przewoźnik powinien być zadowolony.

Koniec

Komentarze

Jako ta strzelba, która musi wypalić w ostatnim akcie, tak nad Twoją opowieścią wisi medalion Peleusa i od początku wiadomo, że będzie zeń zrobiony użytek. Zagadką pozostaje, w jakich okolicznościach to się stanie – kto kogo i kiedy.

W międzyczasie natomiast rozgrywa się barwna, dramatyczna historia pełna uczuć i szaleństwa, zgrabnie nawiązująca do antycznych tragedii. A jako że lubię antyczne historie, Seleukosa w Kolchidzie przeczytałam z przyjemnością.

 

Po­mnij­cie moje słowa: wkrót­ce wy­cią­gnie dłoń po złote loki na­sze­go efeba… –> Raczej: Po­mnicie moje słowa

 

Świad­ko­wie he­ka­tom­by onie­mie­li, za­hip­no­ty­zo­wa­ni prze­ra­ża­ją­cym pięk­nem oglą­da­ne­go wi­do­wi­ska. –> Co było pięknego w tym widowisku?

 

 – Wy­niósł zbesz­czesz­czo­ne ciało do kom­nat Pe­leu­sa… –> – Wy­niósł zbez­czesz­czo­ne ciało do kom­nat Pe­leu­sa

 

Idź, prze­mów do nie­szczę­śne­go! –> Literówka.

 

– Je­steś wresz­cie! – krzyk­nął szep­tem król. –> Jako że szept jest cichy z definicji, nie wydaje mi się, aby można krzyczeć szeptem.

 

– Jak nie­wie­le trze­ba, by prze­ciąć nić tkaną przez Mojry. –> – Jak nie­wie­le trze­ba, by prze­ciąć nić przędzoną przez/ którą przędły Mojry.

Nić się przędzie, tka się tkaninę.

 

oznaj­mił król, kła­dąc się sofie z pu­cha­rem… –> Pewnie miało być: …oznaj­mił król, kła­dąc się na sofie z pu­cha­rem

 

Nie­mniej wdzięcz­ny je­stem wiel­kie­mu Se­leu­ko­so­wi za pa­mięć i zacne chęci. –> Czy chęci mogą być zacne?

Za SJP PWN: zacny  1. daw. «godny szacunku i zaufania» 2. daw. «właściwy człowiekowi o takich cechach»

 

-Czy ze­chcesz wta­jem­ni­czyć mnie w cel tego… Przed­sta­wie­nia? –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Ary­sto­kra­ta od­ko­pał od sie­bie kwi­lą­cą nie­wol­ni­cę. –> Raczej: Ary­sto­kra­ta od­ko­pnął od sie­bie kwi­lą­cą nie­wol­ni­cę.

 

Se­leu­kos sie­dział pod bal­da­chi­mem na na ta­ra­so­wym dachu wy­so­kie­go por­ty­ku… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

nu­bij­ski eu­nuch wa­chlo­wał go roz­ło­stym li­ściem palmy na dłu­giej tyce. –> Pewnie miało być:  …nu­bij­ski eu­nuch wa­chlo­wał go roz­łoży­stym li­ściem palmy na dłu­giej tyce.

 

ary­sto­kra­ci za­czę­li za­ba­wia­ći się ho­me­ryc­ki­mi mo­no­lo­ga­mi… –> Literówka.

 

Akom­pa­nio­wał im chór, cytry oraz flety, prze­zor­nie za­bra­ne na długą wę­drów­kę –> Brak kropki na końcu zdania.

 

…jeśl po­wstrzy­mać go przed za­ży­wa­niem le­kar­stwa. –> Literówka.

 

Od­cho­dzi, ob­le­ka­jąc skrzy­dła spra­wie­dli­we­go mści­cie­la. –> W co obleka rzeczone skrzydła?

Proponuję: Od­cho­dzi, przywdziawszy skrzy­dła spra­wie­dli­we­go mści­cie­la.

 

Ob­lekł ra­czej płe­twy, niż skrzy­dła. –> Płetw też się nie obleka.

Proponuję: Przywdział ra­czej płe­twy, niż skrzy­dła.

 

Nie mogąc wy­du­sić nic sen­sow­ne­go od roz­ją­ka­nych po­ko­jow­ców… –> Na czym polega rozjąkanie?

 

na­tych­miast przy­stą­pil do re­fe­ro­wa­nia nowin. Dy­szał przy tym ciężo i prze­ry­wał… –> Literówki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Najwiekszą zaletą opowiadania jest zdecydowaniem odwzorowanie czasów. Sztuczna patetyczność w czynach i – co gorsza (w tym przypadku dobrze) – dialogach, charakterystyczne postacie, realia, udany research – przedmioty i tytuły osobistości, wątki niczym ze starego dramatu. 

Fabułę rozparuję w charakterze dzieła – jest dobra. Normalnie nie zrobiłaby wrażenia, ale w tym klimacie zdaje test.

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Jest w tym tekście coś z greckiej tragedii.

Niby nie ma fantastyki podanej wprost, a jednak można się dopatrzeć swego rodzaju podwalin mitów.

Bardzo dobre słownictwo, bogate w greckie terminy – te wszystkie androny, tetradrachmy…

Jak dla mnie – za bardzo rozwleczona ta historia. Dzieje się niewiele, ale trwa to dość długo.

zakute w muskularny pancerz ze złoconego brązu.

Czy pancerz może być muskularny?

– Zapieram dech.

Na pewno “zapieram”?

Babska logika rządzi!

Na pogrzebie nakażę złożyć hetatombę z indyjskich słoni.

Literówka.

Nie miał ochoty przystawać do buntowników, mimo[-,] iż otrzymał już taką ofertę.

Fajne :)

ako ta strzelba, która musi wypalić w ostatnim akcie, tak nad Twoją opowieścią wisi medalion Peleusa i od początku wiadomo, że będzie zeń zrobiony użytek. Zagadką pozostaje, w jakich okolicznościach to się stanie – kto kogo i kiedy.

W międzyczasie natomiast rozgrywa się barwna, dramatyczna historia pełna uczuć i szaleństwa, zgrabnie nawiązująca do antycznych tragedii. A jako że lubię antyczne historie Seleukosa w Kolchidzie przeczytałam z przyjemnością.

Serdeczne dzięki! Szalenie pochlebny komentarz. Twoje wnioski po lekturze pokrywają się z moimi intencjami, więc jestem szczęśliwy ;)

Dziękuję także za uwagi stylistyczne. Złapałaś kilka rzeczy których nikt wcześniej nie zauważył. Muszę też przyznać, że głupio uparłem się na niektóre sformułowania, wypunktowane wcześniej przez Tarninę. Chodzi przede wszystkim o oblekanie skrzydeł i płetw :D

Straszny ze mnie łoś i gapa, że nie uprzątnąłem opowiadania jak należy i zostawiłem tyle potknięć. Załączyłem “Seleukosa” jako próbkę tekstu do aplikacji na staż… 

Najwiekszą zaletą opowiadania jest zdecydowaniem odwzorowanie czasów. Sztuczna patetyczność w czynach i – co gorsza (w tym przypadku dobrze) – dialogach, charakterystyczne postacie, realia, udany research – przedmioty i tytuły osobistości, wątki niczym ze starego dramatu. 

Cieszę się, że stylizacja wypadła pomyślnie. Starałem się pogodzić bogactwo tła z umiarkowaniem w epatowaniu historycznymi detalami. Pozwolę sobie ponownie wyrazić radość, że nawiązania do antycznego dramatu trafiły do celu.

Dialogi są potężnie wysycone patosem i retoryczną ornamentyką; obawiałem się, że mogłem przegiąć, zwłaszcza, że Tarnina wyraziła taką opinię podczas bety.

Jest w tym tekście coś z greckiej tragedii.

Jest! Fakt, że ta opinia powtarza się wielokrotnie, niezwykle mnie raduje. Antyczny dramat to mało współczesna forma, bałem się, że moje zabiegi zostaną przeoczone albo okażą się nieporadne w naśladowaniu charakterystycznego stylu dialogów i konstrukcji fabuły.

Biłem się z myślami, czy nie napisać tego tekstu w formule dramatu, ale zdecydowalem, że narrator uczyni tekst przystępniejszym i pozwoli uniknąć niezręcznej ekspozycji w dialogach.

Niby nie ma fantastyki podanej wprost, a jednak można się dopatrzeć swego rodzaju podwalin mitów.

Jest Herakles :D 

Na pewno “zapieram”?

Tarnina też zwróciła uwagę na ten zwrot. “Zapieram dech” to skrócona forma z “słucham z zapartym tchem”. Skróciłem, bo nie lubię kliszowych zwrotów i nadmiaru słów. Ostatecznie zostałem przy swoim, bo zwrot mi się spodobał. Jeśli można słuchać z zapartym tchem, to z konieczności można również ów dech zaprzeć.

Czy pancerz może być muskularny?

Jak wyżej, też Tarnina wypunktowała :D Lubię takie opisy, bo w dwóch słowach wiadomo o co chodzi. Nie muszę pisać, że wyrzeźbione kunsztownie wyryte dziergane misternie formowane kształty splotów mięśni. :P

Po łacinie taki pancerz nosił nazwę lorica musculata. Fakt, że Rzymianie używali takiego zwrotu, ośmielił mnie do zastosowania powyższego opisu.

Jak dla mnie – za bardzo rozwleczona ta historia. Dzieje się niewiele, ale trwa to dość długo.

Nie zgadzam się z tym zarzutem. Fakt, że bohaterowie wypowiadają się kwieciście i rozwlekle, nie znaczy, że akcja stoi w miejscu. Przeciwnie: aby zrównoważyć bizantyjskie dialogi zadbałem o to, żeby w każdej scenie dużo się działo.

Zastanawiam sie, dlaczego odniosłaś wrażenie, że dzieje się niewiele? Miałbym poważny problem, żeby skrócić tekst bez uszczerbku dla intrygi, a gotowy produkt zmieścił się 10k znaków pod poprzeczką.

Scena 1: Mary. Ustalenie sytuacji, zarysowanie konfliktu. Sugestia otrucia.

Scena 2: Pogrzeb. Ofiara ze słoni, katastrofa.

Scena 3: Komnaty Peleusa. Brazydia ściera się z Kleonem o pochowanie zwłok.

Scena 4: Sympozjon. Tu rzeczywiście mógłbym przyciąć, ale naprawdę chciałem oddać atmosferę uczty i styl dwornego dialogu, który towarzyszył takim spotkaniom. Seleukos ogłasza wyprawę do Kolchidy jako sposób na uchylenie klątwy.

Scena 5: Ogród. Brazydia ściera sie z Seleukosem o pochówek męża.

Scena 6: Dwór w Kolchidzie. Czytelnik dowiaduje się o “smoku”. 

Scena 7: Leukone próbuje ukraść medalion Peleusa. Seleukos zabija dziewczynę. Zaangażowanie Szapura w otrucie Peleusa zostaje ujawnione.

Scena 8: Rejs. Antyloch dowiaduje się o otruciu Peleusa i ucieka ze statku.

Scena 9: Ogrody. Walka z krokodylem.

Scena10: Pałac. Szapur dziękuję lekarzowi, a potem dowiaduje się, że Herakles to Herakles.

Scena 11: Kleon nieświadomie morduje Kalchasa. Szapur wyznaje, że otruł Peleusa. Kleon zabija Szapura. Rozgoryczony, popełnia samobójstwo.

Scena 12: Seleukos kwituje śmierć przyjaciół krótkim solilokwium. Przychodzi wieść o buncie Antylocha, szczęśliwy król każe zbierać wojska. Pogrzeb herosów, kurtyna.

Rozpisałem na szybko ten konspekt żeby zilustrować, że każda scena kończy się zwrotem akcji i odsłonięciem nowej fasety intrygi. Nie przelewam wody nadaremnie. Wyrzucenie dowolnego dialogu zabierze czytelnikowi informacje potrzebne do zrozumienia wydarzeń.

W tekście nie ma też długich opisów, które mogłyby rozdymać objętość. Ze szczegółami opisuję tylko rejs oraz hekatombę, a uważam, że oba te wydarzenia są dostatecznie barwne i przemawiajace do wyobraźni, by warto było zachować opis.

Cała sprawa toczy się wokół pogrzebu, co nie jest może szczególnie palącą kwestią dla współczesnego człowieka, ale dla Greków stanowiło problem najwyższej wagi. Budując sedno konfliktu podpierałem się Iliadą, Antygoną i procesem ateńskich strategów po bitwie pod Arginuzami.

Podejmuję polemikę, gdyż starałem się zrównoważyć podniosłe dialogi wartką akcją, a Twój komentarz wydaje się sugerować, że jednak poniosłem porażkę na tym gruncie. Chciałbym ustalić, gdzie mógłbym wprowadzić korekty i skąd wrażenie, że wydarzeń jest niewiele.

Fajne :)

Dziękuję ;) Kiedyś nie szanowałem tych Twoich komentarzy, ale po pewnym czasie zobaczyłem, że pojawiaja się tylko pod dobrymi tekstami.

Od tego czasu potrafię docenić znak jakości Anet. ;]

 

Jeśli można słuchać z zapartym tchem, to z konieczności można również ów dech zaprzeć.

Ale dech zapiera coś z zewnątrz, na przykład widok. Człowiek może oddech wstrzymać.

Dlaczego marudzę na przelicznik akcji do znaków? Bo wczoraj przysnęłam podczas czytania. Dzisiaj raz, że nie mogłam znaleźć miejsca, w którym odpłynęłam. Dwa, że niewiele pamiętałam, ale nie miałam wrażenia, że coś mi umyka. Być może jest to spowodowane brakiem zahaczenia na początku. Ot, umarł facet i już mu nic nie pomoże, nie ma się czym przejmować.

Babska logika rządzi!

Niezmiernie się cieszę, Wisielcze, że wyznaniem o przyjemności czerpanej z lektury, przyczyniłam się do uszczęśliwienia Cię. ;D

Miło mi także, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale dech zapiera coś z zewnątrz, na przykład widok. Człowiek może oddech wstrzymać.

Ja wiem, tak się zwykle nie mówi. Niemniej optuję za swobodą językową i staram się łamać powycierane frazeologizmy, o ile da się to zrobić bez kaleczenia języka.

Dlaczego marudzę na przelicznik akcji do znaków? Bo wczoraj przysnęłam podczas czytania. 

To trochę smutne :D 

Ot, umarł facet i już mu nic nie pomoże, nie ma się czym przejmować.

Pozostaje jeszcze pytanie, czy drugi facet otruje się tą samą trucizną, co pierwszy facet i czy trzeci facet skutecznie uwiedzie drugiego faceta :P

Zupełnie poważnie: przewidywałem, że konflikt zbudowany na zagadnieniu pochówku może być mało angażujący dla niektórych czytelników. I sprawdziło się :D Współczesna mentalność w kwestii traktowania zwłok jest mniej restrykcyjna.

Pamiętam dyskusję o Antygonie u siebie w liceum; sam wtedy nie bardzo wiedziałem, w czym problem i wśród uczniów królował wniosek, że cały dramat jest bez sensu i o niczym. Co gorsza, nauczycielka nie potrafiła nas przekonać, że jest inaczej.

Miło mi także, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Raz napisałem szorta, do którego nie zgłosiłaś żadnych uwag językowych. Możesz mi nie wierzyć, ale naprawdę się wtedy ucieszyłem!

To trochę smutne :D 

Było już dość późno. Ale sądzę, że żywsza akcja by mnie nie ululała. Kimnęłam przy pierwszej scenie, jeszcze zanim pojawiło się ryzyko otrucia i spartolona słoniowa hekatomba.

A że współcześnie na wiele rzeczy patrzy się inaczej, to insza inszość. Ofiara ze słoni mi się nie podobała. Bezsensowna jatka. Chyba to najbardziej nastawiło mnie przeciwko Seleukosowi.

Babska logika rządzi!

Raz napisałem szorta, do którego nie zgłosiłaś żadnych uwag językowych. Możesz mi nie wierzyć, ale naprawdę się wtedy ucieszyłem!

Ależ wierzę, Wisielcze, wierzę i dodam, że ja także bardzo się cieszę, kiedy nie muszę robić łapanki. ;)

 

Ja wiem, tak się zwy­kle nie mówi. Nie­mniej optu­ję za swo­bo­dą ję­zy­ko­wą i sta­ram się łamać po­wy­cie­ra­ne fra­ze­olo­gi­zmy, o ile da się to zro­bić bez ka­le­cze­nia ję­zy­ka.

Mam nadzieję, Wisielcze, że optując za swobodą językową pamiętasz, że związ­ek fra­ze­olo­gicz­ny jest formą usta­bi­li­zo­wa­ną, utrwa­lo­ną zwy­cza­jo­wo, któ­rej nie ko­ry­gu­je­my, nie do­sto­so­wu­je­my do współ­cze­snych norm ję­zy­ko­wych ani nie przy­sto­so­wu­je­my do ak­tu­al­nych po­trzeb pi­szą­ce­go/ mó­wią­ce­go. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wisielcze – od czasu do czasu myślę, że powinnam popracować nad sobą w kwestii komentarzy, ale jak dotąd jestem w tym samym miejscu, co pięć lat temu, więc nie wiążę z tym dużych nadziei. Szczerze mówiąc wcale nie tak rzadko zdarza mi się wyszukiwać do czytania opowiadania biblioteczne, żeby w razie czego nie musieć już wymyślać nic merytorycznego. Nie jestem w tym dobra.

Oj tam, Anet. Czasem coś zgłosisz do Biblioteki. Jak chcesz, to potrafisz. :-)

Babska logika rządzi!

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Powtórzę swoje uwagi z bety: podoba mi się odtworzenie realiów – ważniejsze od faktów wydaje mi się tutaj odwzorowanie mentalności i obyczajów (np. zrozumienie, jak funkcjonują greckie związki homoseksualne i że to nie to samo, co gejowski romans dzisiaj :) ); fabularnie mi się podobało, czytało mi się dobrze, widzę potencjał tego tekstu w wersji dźwiękowej :)

Bałem się, Ninedin, że srogo mnie wypunktujesz na gruncie merytorycznym i będę musiał “Seleukosa” potężnie edytować. Twój znak jakości jest dla mnie szczególnie cenny, jeśli chodzi o autentyczne odwzorowanie ducha czasów.

Historyczna wierność tekstu jest dość umowna; starałem się zachować sensowność geograficzną, ale podkręciłem przepych dworu Seleukosa ponad próg realizmu, a sam król jest postacią fikcyjną (dziedzicem dynastii Seleukidów, którymś kolejnym tego imienia).

W II wieku pne nie istniało żadne “królestwo Kolchidy”, ale potrzebowałem takiego bytu, żeby zachować przejrzystość nawiązania i jasność narracji.

Bardzo mnie też cieszy, że mimo dość złożonej intrygi, nie pojawił się dotąd komentarz o treści “nie rozumiem, co się właściwie zdarzyło”.

“nie rozumiem, co się właściwie zdarzyło”

bo w swoim pierwszym komentarzu wrzuciłeś rozpiskę scena po scenie ;P

 

zdecydowanie wolę Twoje krótsze teksty – tutaj przytłoczyła mnie bombastyczność dialogów, a z moją wiedzy o realiach historycznych nie jestem w stanie w pełni docenić zachowania im wierności ;(

I would prefer not to.

bo w swoim pierwszym komentarzu wrzuciłeś rozpiskę scena po scenie ;P

Na becie też nikt nie krzyczał ;) Wiem, że żartujesz, ale jak coś jest niejasne, to daj znać.

zdecydowanie wolę Twoje krótsze teksty – tutaj przytłoczyła mnie bombastyczność dialogów,

To kwestia stylizacji, a nie długości tekstu. Naśladuję styl wypowiedzi arystokratów z wyjątkowo wysublimowanej epoki, a tekst imituje trochę konwencję antycznego dramatu. Jestem przekonany (bo gdybym nie był, to bym tak nie pisał :]) że to wypadnie dobrze po odczytaniu.

Zanim wziąłem się do pisania Seleukosa przesłuchałem kilka dramatów greckich (plus odprawę posłów Kochanowskiego) i to, co wygląda dziwnie na papierze, nabiera życia, kiedy zostanie zagrane z adekwatną emocją.

Może strzelam poza tarczę, ale zrobiłem to, co zamierzałem, najlepiej, jak potrafiłem.

z moją wiedzy o realiach historycznych nie jestem w stanie w pełni docenić zachowania im wierności ;(

Myślę, że każdy pisze takie teksty, jakie sam chciałby czytać. Jednym z najlepszych doświadczeń czytelniczych są dla mnie takie narracje, gdzie autor zaprasza mnie do nieznanego świata i ukazuje od środka jego niuanse.

Z tego powodu bardzo cenię potężną, światotwórczą fantastykę (jak Dukaj, Mieville czy Martin) jak i fikcję historyczną, zwłaszcza, jeśli jest osadzona w realiach, które znam słabo albo wcale.

Nieznajomość realiów jest dla mnie dodatkowym atutem. Pamiętam swoje pierwsze doświadczenia czytelnicze z dzieciństwa. Były to, w nieokreślonej kolejności, takie książki: Robinson Crusoe, Odyseja, Przygody Meliklesa Greka i Hobbit. Każda z nich wrzucała mnie w nowy i obcy świat, a pamięć tych doświaczeń musiała odcisnąć się w moich gustach czytelniczych.

Słowem, próbuję dać czytelnikowi to, w czym sam jestem zakochany.

PS Jeszcze Baśnie braci Grimm, i to, jak sądzę, także widać w moich szortach.

Ok, zdecydowanie wolę stylizację z Twoich krótszych tekstów ;P

Szczególnie, że czytam, a nie słucham ;)

 

Z tego powodu bardzo cenię potężną, światotwórczą fantastykę (jak Dukaj, Mieville czy Martin) jak i fikcję historyczną, zwłaszcza, jeśli jest osadzona w realiach, które znam słabo albo wcale.

Ja bardzo rozdzielam fantastykę od fikcji historycznej.

W przypadku tej pierwszej po prostu płynę za autorem, bo to od początku do końca jego świat i nie może tam nic namieszać – nawet jak rozpoznaję coś ze świata realnego, to to nie jest Japonia tylko “Japonia ;)” i nie traktuję tego serio. Wtedy nieznajomość realiów jest fajna.

W przypadku fikcji historyczne od razu zaczynam kombinować, czy na pewno tak było i gdzie autor coś nazmieniał – bo coś nazmieniać musiał. Nie potrafię zaufać i nie potrafię dać się porwać.

I would prefer not to.

@wisielec, kompletnie nie na temat

O rany, ktoś pamięta “Przygody Meliklesa Greka”! Uwielbiałam :)

Była jeszcze druga część tego, Diossos. Ale Melikles był moim ulubionym bohaterem. Pamiętam, że Fenicjanie byli tam konsekwentnie portretowani jako czarne charaktery. Był też Gandalf, który otruł świętego krokodyla… Sobeka? Nie pamiętam, jaki kult opiekował się krokodylem.

Piękne książeczki, w lekki i barwny sposób podawały wiele wątków antycznej kultury: żeglugę, kolonizację, niewolnictwo, religię.

Bardzo oryginalny tekst i jeden z lepszych jakie ostatnio tu czytałem. 

Jestem bardzo zadowolony z lektury, bo:

– była tu prawdziwa historia (co ostatnio odchodzi w niebyt na rzecz pseudofilozofowania i innego weird fiction). A ja czytam żeby poznać historię. Głęboki oniryzm mam w łóżku.

– greckość tego tekstu jest tak bardzo naturalna, że trzeba oddać ukłon Autorowi, który – widać to – kocha antyk i umie się tą miłością podzielić.

– widzę, Wisielcze, że postarałeś się mocno, aby tekst był słuchowiskowy. Dużo dialogów i fajne okna na dźwięki sprawią, że miło się będzie tego słuchało. Tak podejrzewam. 

 

Więc z przyjemnością klikam.

O, właśnie: ja też kliknęłam :)

Przeczytałem.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dziękuję, Łukaszu. Wymienione przez Ciebie punkty to dla mnie prawdziwy hat trick, gdyż takie właśnie ambicje przyświecały mi przy pisaniu.

Nin, dzięki za decydujący, otworzyłaś mi drogę do biblioteki. ;D

Przeczytałem, 3200-40-25.

Co to za szyfr, Szara Esencjo?

Też próbuję rozgryźć…

Babska logika rządzi!

strachu przez śmiercią

przed

 

I po lekturze ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Jaki wstyd :( 

Dzięki za odwiedziny! Mam nadzieję, że było przyjemnie.

Klikałabym :)

Tylko nie "Tęcza"!

Przyznam, że mam kłopot z tym tekstem. Z jednej strony szczerze doceniam wysiłek, jaki musiałeś włożyć w przygotowanie się do pisania i w samo pisanie – próba jak najwierniejszego odwzorowania realiów, zawarcia jak największej liczby elementów i odniesień antycznych, architektura, stroje, zwyczaje itp… No kawał dobrej roboty, zdecydowanie.

Z drugiej strony stylizacja omal mnie nie zabiła. Nie oceniam, czy jest dobra, czy zła, po prostu stwierdzam, że mnie się przez nią czytało bardzo źle, sztywno, niemiodnie. Oczywiście Homera też się niełatwo czyta, ale Homer to Homer, łatwiej wybaczyć klasykowi niż komuś, kto klasyka naśladuje ;) Tak już jest i już.

Z trzeciej strony bohaterowie nie wzbudzili mojej sympatii. Kleon irytował mnie ogromnie, reszta wydała mi się raczej obojętna, choć król mający nie do końca równo pod sufitem był dość ciekawy.

Co do fabuły – też niespecjalnie mnie kupiła. O ile przypadła mi do gustu intryga z medalionem, o tyle zabiegi Seleukosa aby uwieść Kleona – wcale. Najbardziej w sumie podobało mi się wprowadzenie Heraklesa, taki przewrotny, choć smutny akcent.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki za wizytę ;)

Stylizacja okazała się ciężkawa dla wielu czytelników, co wypłynęło już podczas bety. Zdawałem sobie sprawę z ryzyka, jednak jestem przekonany o słuszności swojej decyzji. By zachować klimat epoki, nie mogłem pozwolić, by bohaterowie wypowiadali się mową potoczną czy nawet konwencjonalnym językiem formalnym.

Przygotowując dialogi wzorowałem się na tłumaczeniach dramatów antycznych. Konstrukcja fabuły także bazuje na greckiej tragedii, o czym wspominałem już w poprzednich komentarzach Szykując się do pisania, czytałem sobie na głos Iliadę i Argonauticę Apolloniosa, żeby dobrze złapać klimat i ton ;)

Najważniejszymi aspektami tekstu były dla mnie:

– przemyślana intryga

– koloryt epoki

– szaleństwo króla

Jeśli pomimo kłopotliwego stylu doceniłaś powyższe elementy, to jestem zadowolony. 

“Seleukos” opowiada o upadku wielkiej cywilizacji w dobie największego dostatku i dobrobytu.  Kultura załamuje się i upada pod ciężarem własnego dziedzictwa i kostnieje w utrwalonych formach. Rolą Heraklesa jest podkreślić rozdźwięk między wigorem i żywiołowością epoki homeryckiej, a hellenistyczną dekadencją czasow Seleukidów i Ptolemeuszy. Azjański i przezdobiony styl wypowiedzi miał ilustrować pułapkę, w której znaleźli się bohaterowie opowiadania: marionetki tańczące na sznurkach szalonego króla, dobrowolnie (i z dumą) wcielające się w przeznaczone dla nich role. Nawet finałowy bunt Antylocha okazuje się niczym więcej, jak tylko kolejnym aktem dramatu zaplanowanego przez bazyleusa. Nie ma ucieczki z okowów własnej kultury. Seleukos wie o tym i na tej świadomości zasadza się jego tragedia; rzuca wyzwanie bogom i przeznaczeniu za pomocą coraz bardziej groteskowych szaleństw. Jest królem w domku dla lalek i chociaż wewnątrz posiada całkowitą władzę, to nie jest w stanie naruszyć ścian swego więzienia.

Postacie spoza kręgu dworzan Seleukosa (Brazydia, Zenon i Herakles) wypowiadają się dużo bardziej naturalnie. Nie są “więźniami” dramatu w takim stopniu, jak Szapur, Kleon oraz Kalchas.

Antyk wzbudza we mnie gorące uczucia i na pewno powrócę doń w następnych opowiadaniach. Epoka obfituje w niezwykłe wydarzenia i oferuje przepysznie barwne tło.

Widać, że opowiadasz o tym wszystkim z uczuciem ;) To fantastycznie, bo jeśli chce się o czymś dobrze pisać, to trzeba to dobrze znać. Powodzenia!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dziękuję :)

Przeczytałam :)

Dobry z Ciebie rzemieślnik, Wisielcze. Opowiadanie jest spójne, precyzja języka jak zwykle u Ciebie robi wrażenie. Niemało się też musiałeś napracować, żeby tak przedstawić realia (pewnie wielu smaczków nie wyłapałem). Naprawdę, wykonanie techniczne takie, że czapki z głów. 

Z przykrością muszę jednak przyznać, że fabuła mnie rozczarowała. W tle działo się sporo, ale cała historia kręciła się wokół tego, by kogoś pochować… i by ktoś inny się nie zabił. Zabrakło mi tu dramatu w dramacie. Niestety nie przejąłem się losami bohaterów, przede wszystkim dlatego że ich cel (pochowanie/powstrzymanie przez samobójstwem) wydał mi się zbyt błahy. 

Nie mogę się też oprzeć wrażeniu, że to fragment czegoś większego, odpowiednio zaadaptowany na potrzeby konkursu. 

Zachowujesz więc u mnie dobrą markę, jednak w głosowaniu piórkowym będę na NIE. 

Policzono, zważono, odmierzono ;)

Dzięki za wizytę i pochylenie się nad, bądź co bądź, przydługim tekstem.

W tle działo się sporo, ale cała historia kręciła się wokół tego, by kogoś pochować…

Dla współczesnego człowieka pochówek nie wydaje się to tak istotny, ale w ówczesnej kulturze był dużo istotniejszy, niż dla nas. Antygona i Iliada, chyba najbardziej znane dzieła literackie Greckiej starożytności, kręcą się wokół odprawienia właściwych rytów nad zwłokami zmarłych. Król Priam oraz Antygona ryzykują życiem, by zapewnić bliskim właściwy pogrzeb.

Spotkałem się z tym zarzutem podczas bety “to tylko pogrzeb, pry, co za różnica” :D Ale Grecy nie widzieli tego w ten sposób. Starałem się, żeby fabuła była osnuta wokół wątków właściwych epoce. Jeśli to pogrąży mój tekst w głosowaniu – trudno. Stoję przy swojej decyzji ;)

Nie mogę się też oprzeć wrażeniu, że to fragment czegoś większego, odpowiednio zaadaptowany na potrzeby konkursu

Odpowiem szczerze, że… Nie. Historia chodziła mi wprawdzie po głowie od jakiegoś czasu, ale zabrałem sie do spisania jej dopiero na konkurs. Takie podejście było pomocne, bo mogłem dostosować formę do wymogów słuchowiska i poprowadzić akcję dialogami. Staralem się też dać dużo scen, które mogą otrzymać ciekawe tło dźwiękowe.

 Czemu wyciagnąłeś taki wniosek? Wszystkie wątki są przecież zamknięte w ramach opowiadaniu (oprócz tej wojny, która stanowi epilog).

Przeczytałam :)

Cieszę się ;) Liczę, że zajrzysz ze słówkiem po konkursie.

Mam trochę jak Jose. Z jednej strony doceniam nakład pracy włożony w odwzorowanie klasycznej antycznej opowieści, w słownictwo, scenografię. O ile coś tam jeszcze pamiętam ze szkoły, to rzeczywiście historia tkwi w tym klimacie. Tyle tylko, że to nie mój klimat. I prawdopodobnie to jest przyczyna, dlaczego ten tekst mi nie siadł i przeszedł obojętnie, a może nawet nieco ciężkawo. Brnęłam przez zapomniane już słownictwo, nie zawsze przypominając sobie znaczenie poszczególnych określeń, przez co w moich oczach utraciła plastyka – po prostu nie “widzę” tego. A ja czytam obrazami… 

Do tego, nie potrafię dostrzec tu fantastyki. Nawiązanie do mitów, nawet pojawienie się Heraklesa, to dla mnie trochę mało, to bardziej antyczna rzeczywistość ;) I jak kilku z przedmówców, nie poczułam żadnej więzi z żadną z postaci. Ich losy, osobowości wywołały jedynie wzruszenie ramion. I tak, pewnie masz rację, pisząc, że to może wynikać z kontekstu czasów, kultury i odmiennego podejścia ludzi do pewnych rzeczy (śmierć, pogrzeb, obsesyjna miłość), ale czytając, nie mogłam oprzeć się wrażeniu sztuczności, teatralności w egzaltowanym wydaniu. 

Dlatego, mimo że opowiadanie napisane jest technicznie i językowo świetnie, to jak dla mnie za mało na głos na tak. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dla starożytnych Greków pochówek taki ważny, ale czy to starożytni Grecy czytają ten tekst? ;) A czemu wrażenie fragmentu? Może dlatego że to, co moim zdaniem ciekawsze, czyli wojny, jest przed i po powyższej historii.

Eeee, wojny wcale nie są ciekawsze. Brudniejsze…

Babska logika rządzi!

Dla starożytnych Greków pochówek taki ważny, ale czy to starożytni Grecy czytają ten tekst?

Nie czytają. Jednak przybliżenie niuansów obcej kultury stanowi walor literacki :] Myślę, że w przyszłości zdołam bardziej trafić w Twoje gusta, bo lubię wojskowość i na pewno będę o niej pisał.

Brnęłam przez zapomniane już słownictwo, nie zawsze przypominając sobie znaczenie poszczególnych określeń, przez co w moich oczach utraciła plastyka – po prostu nie “widzę” tego. A ja czytam obrazami… 

Zawsze mnie cieszy, kiedy autor ilustruje w swoim tekście odmienny kontekst cywilizacyjny i przedstawia kulturę odległą od współczesnej. Staram się dać swojemu czytelnikowi to, czego sam szukam w literaturze. Obca terminologia działa na mnie magnetycznie, tak samo jak umiejętnie skonstruowane neologizmy i dobrze dobrane imiona. Rozumiem, że może się to nie podobać i zostać uznane za przyciężkie. Uważam jednak, że nie sposób ewokować tak odległych realiów przy pomocy współczesnego i konwencjonalnego języka.

czytając, nie mogłam oprzeć się wrażeniu sztuczności, teatralności w egzaltowanym wydaniu. 

I słusznie. Egzaltacja jest wyrazem “dekadenckiej” epoki. Gdybym pisał o Grekach spod Troi czy nawet Maratonu, użyłbym innego języka.

Mimo iż realia wydają się pozornie odległe od znanego nam świata, chciałem użyć historii Seleukosa, by nakreślić pewną paralelę i wyciągnąć uniwersalne wnioski. Ludzie żyjący w epoce bogatej w płody kultury nasiąkają nimi do tego stopnia, że zaczynają naśladować medialnych bohaterów i powtarzać ich zachowania (świadomie lub nieświadomie).

Dlatego, mimo że opowiadanie napisane jest technicznie i językowo świetnie, to jak dla mnie za mało na głos na tak. 

Dziękuję. :) Zwróć też uwagę na błyskotliwą i przejrzyście wyłożoną konstrukcję intrygi :D

Spodziewałem się, że opowiadanie może rozminąć się z gustami wielu czytelników. Wydaje mi się, że jest to spowodowane raczej niszową tematyką, niż słabością samego tekstu. Mimo to bardzo się cieszę z nominacji, bo zawdzięczam jej odwiedziny wielu znamienitych gości ;)

 

Wydaje mi się, że jest to spowodowane raczej niszową tematyką, niż słabością samego tekstu.

Zgadzam się z tym. Tekstu nie mogę uznać za słaby, co zresztą wspomniałam. I zgadzam się w zasadzie co do reszty Twojego komentarza.

Tyle, że u mnie to niekoniecznie sama tematyka, co klimat – jestem stworzeniem lubiącym północ i południe, najdelikatniej to ujmując, nie pociąga mnie ani trochę. Tym samym południowe kultury, choć ze szkoły mi znane i z jakichś tam wizyt trochę też, nie robią na mnie wrażenia. Prawdę mówiąc, pozostałości antycznych miast mnie nie ruszyły w sumie ani raz (no, może Ostia Antica raz, ale tego dnia padało, było zimno i byliśmy jedynymi zwiedzającymi, co dla mnie robi dużą różnicę, w dzikim tłumie ciężko poczuć jakikolwiek klimat). Za to w ziemię wbiły mnie tysiącletnie, w pełni oryginalne kościoły słupowe w Norwegii. Tam CZUŁAM tamten świat… 

 

Egzaltacja i tematyka. Wydaje mi się, że dla szerszego grona współczesnych odbiorców taka historia byłaby “strawniejsza” i ciekawsza w formie filmu, gdzie można pokazać wiele detali bez konieczności ich nazywania ;) Albo groteski, gdzie ta egzaltacja byłaby bardziej zrozumiała. Ale może się mylę, tego nie wiem, tylko teoretyzuję.

 

Jeszcze wrócę do tego: 

Zawsze mnie cieszy, kiedy autor ilustruje w swoim tekście odmienny kontekst cywilizacyjny i przedstawia kulturę odległą od współczesnej. Staram się dać swojemu czytelnikowi to, czego sam szukam w literaturze. Obca terminologia działa na mnie magnetycznie, tak samo jak umiejętnie skonstruowane neologizmy i dobrze dobrane imiona. Rozumiem, że może się to nie podobać i zostać uznane za przyciężkie. Uważam jednak, że nie sposób ewokować tak odległych realiów przy pomocy współczesnego i konwencjonalnego języka.

Co do zasady się zgadzam, ale w poszczególnych przypadkach może być różnie. Jeśli tekst mnie nie przyciągnie czymś (czasem tym czymś trudno definiowalnym), to macham ręką na ten walor edukacyjny, który jako taki lubię. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Szukam sposobu, by zacząć niniejszy komentarz słowami innymi niż “Pewnie znów okażę się wypierdkiem lożańskiej jednomyśli, co – w gruncie rzeczy – jest mi jednak doskonale obojętne”, ale wciąż nic nie przychodzi mi do głowy. Widać po prostu zatrułem się ubraną w te słowa myślą i teraz – jakkolwiek nie jest ona pewnie choćby i podobna prawdzie – żyć z nią będziemy musieli wszyscy.

Mówiąc wprost – jestem zachwycony.

Bardzo, ale to tak w cholerę bardzo, lubię antyczne klimaty i homerowską stylówę – z całym dobrodziejstwem (i złodziejstwem) inwentarza – więc zaproszenie w nostalgiczną skądinąd podróż do trochę zakurzonej już w moim umyśle Hellady (tudzież okolic) przyjąłem z prawdziwą radością.

A radość ta okazała się tym większa, im bardziej rozpościerałeś skrzydła – czy tam płetwy – swojego cholernego talentu.

Od dobrej historii wolę historię dobrze opowiedzianą – co pewnie stało się już frazesem – więc, siłą rzeczy, zarobiłeś u mnie gruby pliczek punktów już za samą pierwszą scenę. A potem kolejny i kolejny.

Oddałeś bowiem ducha epoki – cokolwiek miałoby to znaczyć – w sposób ocierający się wręcz o plagiat^^ (i nie idzie tu tylko o mega bogaty słownik i wiedzę wyraźnie sięgającą poza reaserch, choćby i bardziej niż skrupulatny), a przy tym zachwyciłeś pięknymi opisami i błyskotliwymi, nad wyraz dobrze skrojonymi dialogami do tego stopnia, że muszę to powiedzieć na głos: aż zazdrość bierze na takie pisanie.

Historia sama w sobie, jakkolwiek faktycznie nazbyt wydumana, mnie jednak przekonuje. A w każdym nie razi razie. Obrana przez Ciebie forma już sama w sobie jest wszak solidnym zabezpieczeniem przed krytyką absurdalności pewnych założeń fabularnych. Pokażcie mi bowiem jakiś grecki dramat, którego bohaterowie nie utrudniają sobie życia wręcz na siłę i nie rozwiązują (czy raczej usiłują rozwiązać) problemów prostych sposobami możliwie najgłupszymi, najbardziej pokręconymi i niedorzecznymi, które nieodmiennie prowadzą do tragedii. Tutaj, tak dla przykładu, wystarczyłoby dolać gówniarzowi czegoś do wina (albo po prostu spić go na potęgę) i ululać na kilka godzin, a potem zdjąć medalion, felerną zawartość podmienić na mniej kłopotliwą i zawiesić go chłopcu z powrotem; niech sobie ćpa do woli.

Ale jaka byłaby przy tym zabawa?

Robienie z pogrzebu szopki i budowanie wokół niej całej praktycznie fabuły – a wszystko po to, by król mógł zamoczyć – też nie przeszkadza, bo końcowa scena dobitnie pokazuje, iż dla Seleukosa wszystko było właśnie szopką; krotochwilą wręcz, mającą urozmaić zblazowaną codzienność monarchy; jednym wielkim żartem, w dodatku zupełnie udanym, pomimo ceny – a może właśnie przez wzgląd na nią – jaką zapłacili wszyscy wokół: przyjaciele, doradcy, kochankowie – zabawki.

Jak dla mnie cała naciągana niedorzeczność pewnych decyzji i zdarzeń służy fabule tak dobrze – rzuca na króla cień szaleństwa tak wiarygodnego – że w ostatecznym rozrachunku już nie sposób mówić tu o naciąganej niedorzeczności.

Zasadniczo zostaje tylko zgroza.

 

Co mi nie zagrało, to jednak przesadne epatowanie miłością bezpłodną. Znaczy wiem, że to była inna epoka i inne zupełnie podejście do tematu, niż dzisiaj (przy czym osobiście, choć nie preferuję, to jednak – wbrew złośliwym opiniom kurduplastych heterofobów – daleki jestem do wartościowania ludzi na takiej podstawie), ale zrobienie z wszystkich albo niemal wszystkich męskich bohaterów dramatu homoseksualistów (Antyloch jako jedyny jest tu w sumie homo-nie-wiadomo) wywołuje konsternację i rozbudza niewiarę. Szczególnie, że – jak się pod koniec okazuje – poplątana miłość humanizmu i nauk ścisłych ma kluczowe znaczenie dla dramatu w dramacie, co z kolei trąci jednak paskudnym uproszczeniem. Wspierając się terminologią Reg, ujmę rzecz całą w sposób następujący: Kalchas był panewką, a Szapur prochem, bez których strzelba (czy raczej samopał) nie zdołałaby wystrzelić. Wygodne, ale za bardzo naciągane.

Inna rzecz, że to i tak bardziej czepianie dla się czepiania (tudzież z obowiązku), niż faktyczny zgrzyt w odbiorze opowiadania.

Pozostałych już nawet nie chce mi się rozgrzebywać.

 

Podsumowując zatem ten kawałek nocy, jaki poświęciłem lekturze i niniejszemu dupotruciu, powiem tak: “Seleukosa…” należy oceniać w skali zupełnie innej niż wszystkie bardziej “komercyjne” teksty, bo zahacza o gatunek, który rządzi się własnymi prawami. I jakkolwiek w tej swojej skali opowiadanie winduje się naprawdę wysoko, finalnie wszystko i tak rozbija się o gust czytelnika (czyli niby nic nowego w sumie, ale tutaj to jednak jest bardziej wyraziste, tak jak wyraźna jest krecha, która oddziela styl antyczny od… od całej reszty w sumie), więc dla jednych im lepiej oddany klimat, tym gorzej, a dla innych – w tym dla mnie – im jest lepiej, tym jest lepiej.

Frazesy, wiem.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu kochany! Uradowałes mnie bezmiernie swoim komentarzem. Mocno mieszany odbiór Seleukosa wzbudził we mnie wątpliwość, czy takie pisanie ma jakąś przyszłość.

Moje zadowolenie potęguje fakt, że właściwie zinterpretowałeś motywacje i zachowania króla. Cieszę się, że przewodnia myśl opowiadania trafiła do celu.

Co mi nie zagrało, to jednak przesadne epatowanie miłością bezpłodną.

Zastanawiałem się mocno nad tym aspektem fabuły. Rozważałem, czy miłością Kalchasa powinien być babiloński astronom, czy aleksandryjska matematyczka. Zdecydowałem się na pierwszą opcję, gdyż 1) udział kobiety w sympozjonie byłby kontrowersyjny i czytelnicy obeznani z epoką mogliby uznać to za błąd rzeczowy. Jeśli już zaakceptować taki obrót wypadków, to stawiałby on uczoną niewiastę na poziomie hetery. 2) Aleksandryjka kojarzyłaby się mocno z Hypatią :D

Z drugiej strony udział matematyczki w życiu salonowym podkreślałby istotną dla fabuły myśl: to znaczy, Seleukos robi co chce i nie ogląda się na obyczaje, przyzwoitość ani bogów. Nie wykluczam więc, że usiądę do edycji opowiadania i wprowadzę powyższą zmianę, wraz z szeregiem modyfikacji w dialogach.

Scen erotycznych starałem się unikać, bo po prostu nie wiedziałem, jak to napisać.

Z pewnością wrócę jeszcze do Greckich realiów i zaproszę Cię do lektury ;) Antyk to nieprzebrana skarbnica inspiracji.

Nie czytają. Jednak przybliżenie niuansów obcej kultury stanowi walor literacki :] Myślę, że w przyszłości zdołam bardziej trafić w Twoje gusta, bo lubię wojskowość i na pewno będę o niej pisał.

Źle mnie zrozumiałeś, nie jestem jakimś fanem wojskowości. Lubię historie aktualne lub ponadczasowe. Cele wojenne – czyli pokonanie wroga – są bardziej uniwersalne niż cele, że tak powiem, pogrzebowe. Trudno mi się przejąć bohaterami dążącymi do celu, który mnie wydaje się nie dość ważny. Zabrakło mi tu czegoś, z czym współczesny człowiek mógłby się utożsamić. 

Żałuję, że nie mogłem doczytać wczoraj do końca, bo napisałbym pierwszy słowa Cienia – i ja jestem zachwycony. Przejrzałem komentarze i zauważyłem, że tekst wyjątkowo polaryzuje odbiorców, co rozumiem, gusta są różne, a to nie jest byle przystępna historyjka. Nie można jednak temu opowiadaniu odmówić tego, że jest napisane dojrzałym i konsekwentnym stylem, zaś językowe bogactwo budzić może ukłucia zazdrości. Widać, że włożyłeś dużo wysiłku w przygotowanie tego opowiadania i, moim zdaniem, opłacało się i to jak!

Podobały mi się przesiąknięte erotyzmem relacje pomiędzy postaciami. Nie uważam, by tutaj przesadzono i tym bardziej szacunek, jeśli pisałeś te fragmenty “na wyczucie”, jak mówisz. Jak dla mnie wyważenie jest idealne, bo słowami oddałeś namiętności targające bohaterami, nie popadając przy tym w wulgarność.

Sceptycznie podszedłem do grupy bohaterów, których wprowadzono do tekstu wszystkich na raz; myślałem, że się w nich pogubię. Nic takiego nie miało jednak miejsca. Całą paletę barwnych postaci zaangażowałeś do swojej historii, na czele z rewelacyjnym Kleonem pogrążonym w swym romantycznym dramacie i jeszcze lepszym Seleukosem. Liczne postaci nazywały go szalonym, lecz ja odebrałem go jako osobę, to prawda, nieco socjopatyczną, ale na pewno nie szaloną w sensie działającą w amoku, nie kontrolującą swoich czynów. Seleukos wręcz z wyrachowaniem dążył do licznych celów, a ponieważ udowodniono, że najwięksi przywódcy w historii posiadali elementy osobowości socjopatycznej, taki wybór cech charakteru króla IMO dodał mu wiarygodności.

Bardzo mi się podobało. To jedno z lepszych opowiadań, jakie miałem okazję czytać w tym roku na portalu. Prawdziwa czołówka. Drżę o wynik głosowania loży, bo chciałbym, aby Seleukos znalazł się w plebiscycie na opowiadanie roku. Mój miecz w każdym razie masz.

Whoa! Jestem oszołomiony superlatywnym charakterem dwóch ostatnich komentarzy. Sprawiliście, że jestem dumny z mojej pracy.

Podobały mi się przesiąknięte erotyzmem relacje pomiędzy postaciami. Nie uważam, by tutaj przesadzono i tym bardziej szacunek, jeśli pisałeś te fragmenty “na wyczucie”, jak mówisz.

To opowiadanie chodziło mi po głowie od pewnego czasu i miałem zagwozdkę, jak podejść do homoseksualnego erotyzmu i zakochania. Na Pyrkonie zasięgnąłem przy piwie porady pewnej Gżdaczówny. “Napisz to tak, jakby chodziło o faceta i dziewczynę” – powiedziałą, a ja zastosowałem się do tej sugestii.

Szapur i Kalchas zostali parą droczących się kochanków, a Kleona opisałem trochę jak młodą, naiwną dziewczynę, którą urabia stary lubieżnik.

Całą paletę barwnych postaci zaangażowałeś do swojej historii, na czele z rewelacyjnym Kleonem pogrążonym w swym romantycznym dramacie

Fajnie, że kupiłeś Kleona z jego rozbuchaną żałobą, bo większość czytelników, wedle komentarzy, irytował ;D

jeszcze lepszym Seleukosem

Cieszę się, że Seleukos wypadł tak pozytywnie. Jest centralną postacią historii, uosobieniem hellenizmu w całym jego szaleństwie, przepychu i wyrafinowaniu.

Cień ujął to bardzo zgrabnie:

dla Seleukosa wszystko było właśnie szopką; krotochwilą wręcz, mającą urozmaić zblazowaną codzienność monarchy; jednym wielkim żartem, w dodatku zupełnie udanym, pomimo ceny – a może właśnie przez wzgląd na nią – jaką zapłacili wszyscy wokół: przyjaciele, doradcy, kochankowie – zabawki.

Jak dla mnie cała naciągana niedorzeczność pewnych decyzji i zdarzeń służy fabule tak dobrze – rzuca na króla cień szaleństwa tak wiarygodnego – że w ostatecznym rozrachunku już nie sposób mówić tu o naciąganej niedorzeczności.

Zasadniczo zostaje tylko zgroza.

I reszta jest milczeniem ;)

Bardzo mi się podobało. To jedno z lepszych opowiadań, jakie miałem okazję czytać w tym roku na portalu. Prawdziwa czołówka. Drżę o wynik głosowania loży, bo chciałbym, aby Seleukos znalazł się w plebiscycie na opowiadanie roku. Mój miecz w każdym razie masz.

Mój duch został ogromnie pokrzepiony tak pozytywną recepcją. Trzymam za siebie kciuki :D

 

@Fun

Zabrakło mi tu czegoś, z czym współczesny człowiek mógłby się utożsamić. 

Zamierzałem opowiedzieć o tym, jak przedstawiciele wysoko rozwiniętego społeczeństwa popadają w sidła własnej kultury i zaczadzeni jej oparami, zachowują się jak… Szaleńcy. Takie ujęcie problemu mocno nawiązuje do współczesności. Rozumiem, że ta paralela nie jest bardzo wyeksponowana, bo też nie poczyniłem starań, by wydobyć ją na wierzch.

Starałem się pogodzić bogactwo tła z umiarkowaniem w epatowaniu historycznymi detalami.

I chwała Ci za to, bo przeglądając komentarze obawiałem się właśnie przeładowania i przestylizowania. Wielu czytelników pisze, że widać w tym opowiadaniu ogrom pracy i riserczu. Ja tego nie widzę (co nie znaczy, że tego nie ma) – ja widzę przede wszystkim świadomość ducha i materii epoki, pozwalające snuć zajmującą opowieść w nienachalnym, ale czytelnym klimacie antycznej dekadencji.

Dodatkowy plus ode mnie za nieoczywisty, a przecież jakże klasyczny, wątek pogrzebu bohatera.

Podoba mi się jak konsekwentnie, rytmicznie powracasz do kwestii medalionu, za każdym razem dołączając nowe informacje, podobnie stopniowo budujesz obraz szaleństwa bazyleusa.

Pleciesz androny

Brazydia wtargnęła do andronu.

Celowa gra słów?

 

 

 

Bardzo mi miło!

Wiele spośród cech tekstu doczekało się skrajnych ocen; chociażby poruszony przez Ciebie jako walor

jakże klasyczny, wątek pogrzebu bohatera.

został skomentowany jako topos, który nie rezonuje z wyobraźnią współczesnego czytelnika. 

Podoba mi się jak konsekwentnie, rytmicznie powracasz do kwestii medalionu, za każdym razem dołączając nowe informacje, podobnie stopniowo budujesz obraz szaleństwa bazyleusa.

Konstrukcja fabuły to dla mnie osobisty fetysz i staram się, żeby była przemyślana. Tekst oparty na dobrym pomyśle i napisany pięknym językiem wciąż może polec przez brak wyrazistej kulminacji, niejasną strukturę fabuły lub brak uprzedniego wprowadzenia elementów, które w finale mają okazać się rozstrzygające.

Pleciesz androny

Brazydia wtargnęła do andronu.

Celowa gra słów?

Tak. :D O ile mi wiadomo, ten związek frazeologiczny pochodzi od nazwy pomieszczenia. Ryzykując pewien anachronizm uznałem, że jednak można umieścić go w tekście.

Uznałem, że warto przypomnieć czytelnikowi to zakurzone powiedzonko, bo później w andronie rzeczywiście wyprawiają się niestworzone rzeczy.

Kupiłeś mnie greckim klimatem. Wszystko: słownictwo, tematyka, punkt widzenia bohaterów, odniesienia historyczne, religia… Okres hellenistyczny pełną gębą. To musiało wymagać gigantycznego researchu i już za to należy Ci się duży plus.

Nie zgadzam się z niektórymi, że przypisywanie tak wielkiej roli pogrzebowi jest błędem. A czym się niby mieli starożytni przejmować? Superwypasionym samochodem rydwanem? Najnowszym modelem smarkfona najszybszym posłańcem? Że właściwe rytuały pogrzebowe były w tej kulturze bardzo ważne, widać z “Antygony”. U Homera ten motyw też się przewija. A i w którymś micie chyba było, że śmiertelnik zakazał żonie właściwego pogrzebu, a potem pod tym pretekstem wyżebrał powrót do świata żywych.

Jak już wspominałam, jak dla mnie historia za wolno się rozwija. Wolałabym więcej gęstego, mniej wody. No, ale na upartego i to można usprawiedliwić – po okresie klasycznym już im się sztuka trochę zdegenerowała, poszła w swoisty barok…

Jestem na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Zaskoczyłaś mnie, bo skoro usnęłaś podczas czytania, to byłem przekonany, że będziesz na NIE :D Dziękuję za przychylny głos.

To musiało wymagać gigantycznego researchu i już za to należy Ci się duży plus.

Ponieważ hellenizm i w ogóle antyczna Grecja to jeden z moich ulubionych odcinków historii, pisało mi się dosyć swobodnie. Czytałem sobie Homera i Apolloniosa żeby złapać klimat.

Nie zgadzam się z niektórymi, że przypisywanie tak wielkiej roli pogrzebowi jest błędem. A czym się niby mieli starożytni przejmować? Superwypasionym samochodem rydwanem? Najnowszym modelem smarkfona najszybszym posłańcem? Że właściwe rytuały pogrzebowe były w tej kulturze bardzo ważne, widać z “Antygony”.

Na pewno jeszcze wrócę do Greków, ale prawdopodobnie bliżej okresu wojny peloponeskiej. Ciekawe przedstawienie odległych kultur i obcej mentalności zawsze mnie pociągało w literaturze i staram się położyć na to nacisk w swoich tekstach.

Jak już wspominałam, jak dla mnie historia za wolno się rozwija. Wolałabym więcej gęstego, mniej wody.

Mógłby obciąć sympozjon i opis rejsu niewiele szkodząc głównej intrydze, ale naprawdę nie chciałem tego robić, gdyż wspomniane sceny pokazywały fajny fragment kolorytu epoki.

Nikt nie powiedział, że researchu nie można robić przez całe życie i z przyjemnością. ;-)

Babska logika rządzi!

Wpadam ponownie z komentarzem piórkowym.

Skorom nominował, to pewnie jestem na TAK ;)

Co mnie ujęło? Dobrze odwzorowany grecki klimat. Jest tu i miejsce na dekadencję, i odwołania do antycznej filozofii, i barwne postacie odgrywające swój los niczym antyczną tragedię. Do tego zachwyca mnie zakończenie, gdzie ten zły odnosi sukces (może i nie uzyskał tego, co chciał, ale będzie miał kolejne okazje do podbojów) – a nie niszczy go żadna Deus Ex Machina ;) Można więc powiedzieć, że to pewien twist w stosunku do klasycznej greckiej formy :)

Sama konstrukcja opowiadania też działa tu na plus. Stopniowo rozkładasz napięcie, ujawniasz kolejne szczegóły, ukazujesz “kamerą” słowa kolejne cechy postaci.

Krótko powiedziawszy – jestem kontent :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki! Ostatnie komentarze przywróciły mi nadzieję, że tego rodzaju historyczna fikcja znajdzie czytelników. Był moment, kiedy miałem co do tego wątpliwości.

Tarnina pomogła mi wygładzić styl i przyciąć zanadto “rozbujane” sformułowania :) Opowiadanie dużo zyskało na jej uwagach edytorskich.

Do tego zachwyca mnie zakończenie, gdzie ten zły odnosi sukces (może i nie uzyskał tego, co chciał, ale będzie miał kolejne okazje do podbojów) – a nie niszczy go żadna Deus Ex Machina ;) Można więc powiedzieć, że to pewien twist w stosunku do klasycznej greckiej formy :)

Skoro Boga nie ma, to wszystko wolno :) Uwielbiam postacie malowniczych złoczyńców. Zakończenie miało podkreślać bezkarność i wszechwładzę króla. Chciałem też zabawić się oczekiwaniami czytelnika, każąc Seleukosowi w finałowej scenie pić z kielicha w komnacie trupów.

Być może najgorszą karą dla bazyleusa jest pozostawienie go sam na sam z jego szaleństwem :)

Twoja interpretacja, Nigdziczłeku, bardzo mnie cieszy,

Sama konstrukcja opowiadania też działa tu na plus. Stopniowo rozkładasz napięcie, ujawniasz kolejne szczegóły, ukazujesz “kamerą” słowa kolejne cechy postaci.

Staram się nad tym pracować. Na triadę najważniejszych walorów tekstu składają się dla mnie styl, pomysł i kompozycja, przy czym ten trzeci element kuleje najczęściej.

Krótko powiedziawszy – jestem kontent :) 

Ja też :D

Muszę przyznać, że Twoje opowiadanie zostawiło mnie z nierozstrzygniętym dylematem. Zacznę jednak od początku, od plusów. Grecja. Tak, to się czuje, to wręcz pachnie, świetny klimat. Naprawdę poczułem się, może nie jak czytając grecką tragedię (do tego powrócę), ale mit, choć chciałoby się powiedzieć, grecką baśń. Ktoś zaraz popuka się w głowę i powie mi, że nie rozumiem definicji baśni, ale zanim to zrobi, biegnę z wyjaśnieniem.

Czytając Twoją opowieść, byłem cały czas gdzieś z boku. Twój ciekawy, grecki świat, z dużą ilością oryginalnych pojęć, trzymał mnie na dystans. Nie potrafiłem zidentyfikować się z żadnym bohaterem, co za tym idzie, nie obgryzałem paznokci, nie bałem się, czy coś, komuś, się stanie. Czytałem to właśnie, jak baśń, przypowieść, coś, co ma mnie oczarować (i to udało Ci się znakomicie), ale nie targnąć, czy wstrząsnąć. To dramat, ale czytałem go, jak oglądam operę. Chłonąłem piękno historii, ale nie zabiło mi szybciej serce w obawie o bohaterów. Stąd też mój nierozstrzygnięty dylemat… Czasami patrzę na obrazy w galerii, nie wszystko dokładnie rozumiejąc, ale doceniam ich piękno. Coś w nich do mnie przemawia. Tu zrozumiałem wszystko, ale nie przemówiło. Zachwyciło obrazem (!), ale nie kupiło tą piękną, egzotyczną treścią.

Mam także wątpliwości, jeśli chodzi o główny motyw. Nie poczułem dlaczego Seleukos uknuł całą intrygę. Dowiedziałem się, to prawda, ale jego stosunek do Kleona odbieram jako obojętny, więc brakowało mi wiarygodnego motywu, który popchnął całą drabinkę nieszczęść i tragedii.

Gdzieś tam był mały zgrzyt – „złotogrzywy załobnik”, to koń ma grzywę, nie człowiek. Gdzieś zbyt naiwny wątek – Leukone i jej nieumiejętne przecinanie łańcuszka, jak w bajce. Gdzieś jest Zenon…

Jeśli chodzi o słuchowisko, rzeczywiście opowiadanie jest dobrze napisane pod tym względem. Jest kilkoro bohaterów, dużo dialogów, dramat, intryga, tragedia. Tylko to nie jest utwór na pierwsze słuchowisko, bardziej kolejne, gdy chcesz podać słuchaczom jakąś ciekawostkę, wysublimowany smaczek.

Nie mniej, jestem pod dużyyym wrażeniem strony literackiej utworu.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Namiętności, patos, trupy – wszystko, czego greckiej tragedii potrzeba ;) Świetnie, świetnie wykorzystałeś elementy tego gatunku, jednocześnie tak wspaniale odmalowując klimat starożytności, że totalnie wsiąkłam w ten świat. Może też trochę bardziej jako obserwator, podobnie jak Darcon – wydarzenia działy się gdzieś obok, ale rzeczywistość, w której się rozgrywały, była niemal namacalna. I może źle zabrzmi, jak napiszę, że najbardziej przejęłam się losem słoni, ale tak sugestywnie opisałeś tę scenę, że czuję dreszcze nawet teraz, gdy tylko sobie ją przypominam.

Fabułę poprowadziłeś w bardzo zajmujący sposób, świadomie wykorzystując wszystkie elementy i postaci – nikt i nic nie jest tutaj zbędne. Nieco może zbyt rozbudowany był, jak na mój gust, wątek Brazydii, bez szkody dla fabuły można by jej uciąć parę kwestii, ale z drugiej strony to fajna, silna postać kobieca, dobrze że znalazła sobie miejsce wśród tylu chłopa ;)

Piszesz pięknie i świetnie wykorzystujesz patos w dialogach – w tej konwencji i scenografii jest na swoim miejscu, nie razi, podkreśla charaktery postaci. No i stwarza możliwość do stylistycznych popisów i słowotrysków, co umiejętnie wykorzystujesz, a mnie to sprawia wiele czytelniczej frajdy.

Trochę może zbyt kwieciście wypada jednak początek. Jeszcze nie zdążymy się zanurzyć w tym świecie, a już dostajemy skrajne emocje, podniosłe wypowiedzi i zatrzęsienie przymiotników, z których część można spokojnie sobie odpuścić, przez co (być może wbrew pozorom) opisy tylko by zyskały. 

Bardzo dobre opowiadanie. Gratuluję! :)

Niezwykle miło czytać takie opinie. Wasze głosy, podobnie jak wypowiedzi Lożan umacniają we mnie nadzieję, że znajdą się czytelnicy dla bogatej, historycznej fikcji. Chciałbym napisać więcej tego rodzaju tekstów.

Nieco może zbyt rozbudowany był, jak na mój gust, wątek Brazydii, bez szkody dla fabuły można by jej uciąć parę kwestii, ale z drugiej strony to fajna, silna postać kobieca, dobrze że znalazła sobie miejsce wśród tylu chłopa ;)

W końcu jest imienniczką Brazydasa :D Ta postać miała stanowić kontrapunkt dla dekadenckich dworzan opętanych aurą Seleukosa i wnieść coś na kształt powiewu zdrowego rozsądku.

Trochę może zbyt kwieciście wypada jednak początek. Jeszcze nie zdążymy się zanurzyć w tym świecie, a już dostajemy skrajne emocje, podniosłe wypowiedzi i zatrzęsienie przymiotników, z których część można spokojnie sobie odpuścić, przez co (być może wbrew pozorom) opisy tylko by zyskały. 

Dzięki za sugestię. Po Twoim komentarzu przeczytałem ponownie początek i doszedłem do wniosku, że rzeczywiście zyska na przycięciu. Za mocno się rozbujałem.

Oczywiście, że się znajdą. Dobra literatura nie ma z tym problemu. Nie każda co prawda będzie miała milionowe nakłady, ale nie zawsze o to chodzi.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Bardzo dobry tekst, przez co trudno mi go skomentować, bo najchętniej bym tylko chwaliła, a trzeba uzasadnić wynik konkursu ;) Przyznam, że “Seleukos…” długo był moim faworytem, mimo topornego początku. Swoją drogą to jest spory minus tekstu – jestem fanką greckich klimatów, a nawet dla mnie pierwsza scena była przyciężka i mało intrygująca. Dopiero potem “to coś” chwyciło mocno i już do końca nie puściło. Scena hekatomby czy polowania – po prostu cudo. Naprawdę nie szło oderwać się od lektury. Fabuła spina się bez zarzutów. Bohaterowie wzięci jak ze sceny teatru, co akurat mi się podobało. Natomiast odwzorowanie greckich realiów zwala z nóg – aż zazdroszczę ci wiedzy!

Cieszę się w ogóle, że twoje opowiadanie dostało piórko. Bardzo na nie zasłużyło :) I gdyby rozważać tylko takich odbiorców, jakich mamy tu na portalu, zdecydowanie widziałabym cię na podium. Jednak założenie konkursowe, że tekst miałby trafić do szerszego grona, w tym ludzi młodszych, sprawę zdecydowanie utrudnił. Dlatego zasugerowałam reszcie jury wyróżnienie, na co przystali dosyć ochoczo (jeśli mogę to tak ująć) :) I mam cichą nadzieję, że “Seleukos…” kiedyś doczeka się nagrania, być może w kolejnych odsłonach słuchowiska.

Powodzenia!

Tylko nie "Tęcza"!

Serdecznie dziękuję za orędownictwo :) Wyróżnienie jest dla mnie tym cenniejsze, że nie było przewidziane i powstało specjalnie dla mojego tekstu. Czuję się jak pączek w maśle!

Pierwsza scena jest zanadto rozbujana, a w dalszej części opowiadania także zdarzają się nadmiarowe przymiotniki i niewielkie wertepy. Przysiądę jeszcze raz do redakcji. Seleukos wiele zyskał dzięki uwagom Tarniny, która z pieczołowitością ogrodnika pomogła mi przystrzyc zanadto purpurowe frazy i niezręczne sformułowania.

Założenia konkursowe są dla mnie całkowicie zrozumiałe, chociaż w świetle popularności trylogii husyckiej wydaje mi się, że historyczne słuchowiska znajdą liczne grono słuchaczy, także spoza poletka fantastów.

Ufam, że za rok lub dwa, gdy będę już szanowanym autorem z licznymi publikacjami, zespół słuchowiska zechce przychylnie spojrzeć na historię szalonego króla :)

Do przeczytania opowiadania skłoniło mnie piórko. Wcześniej troszkę zniechęcał trudny do wymówienia tytuł, który moje oczy uparcie odczytywały jako “Seleukos w kołchozie”.

 

Początek był barwny i dawał nadzieję na niezłą jakość, więc zdecydowałem się to opowiadanie przeczytać małżonce na głos. Szczególnie, że złota jesień za oknem zachęcała do lenistwa w niedzielne popołudnie.

Po kilku linijkach przeczytanych glośno zrozumiałem co miałeś na myśli, pisząc w przedmowie:

pisany z takim zamysłem, by odtwarzanie ról było dla aktorów ciekawym i angażującym zadaniem.

Mój powykrzywiany język przeklinał Twą osobę tego dnia wielokroć ;), ale też doceniłem kunszt.

 

Opowiadanie specyficzne, ambitne, i raczej skierowane ku bardziej wyrafinowanym gustom. Przeczytałem do końca i nie uważam tego czasu za stracony.

Niech mówi do mnie przez papier, którego dotykał. Tam znajdę go wciąż żywym. – jesteś pewien, że używano papieru?

 

Całkiem dobre opowiadanie. Stylizacja dialogów umożliwiła wykreowanie klimatu. Widać wysiłek włożony w wykreowanie świata.

Lektura pozostawiła mnie jednak z poczuciem pewnego niezbalansowania tekstu na dwóch poziomach:

– akapity opisowe nikną gdzieś, przytłoczone dialogami; wynika to chyba z faktu, że narracja prowadzona jest albo w sposób czysto informacyjny, albo też językiem zbyt podobnym do mowy bohaterów. Skutkuje to wrażeniem braku drugiego planu. Być może wynika to z pomysłu na dostosowanie tekstu do konkursu lub też chęci upodobnienia narracji do formy teatralnej;

– ciekawe i atrakcyjne fabularnie rzeczy dzieją się na początku i bliżej środka opowieści. Chodzi mi o na swój sposób żywe i wizualnie atrakcyjne stratowanie trupa przez słonia w trakcie uroczystości pogrzebowych i cynizm umowy między władcą a małżonką zmarłego. Później emocje napięcie i tempo opowieści słabną. Wiadomym jest, że Kleon zejdzie po zażyciu zawartości naszyjnika, jego śmierć zatem nie budzi większych wrażeń. Również okoliczność, że do opium dodano trucizny, ma nieco wtórny charakter – skoro z konwencji wynika, że po użyciu tego opium i tak ktoś umrze. Przypadkowy natomiast zgon poety i morderstwo dokonane na Babilończyku nie do końca sprawdzają się w roli kulminacji napięcia, albowiem uśmiercasz nieco bezpłciowe postaci, które trochę pałętały się w cieniu lepiej wykreowanych bohaterów (nawet Brazydia i Parnawas pozostawili po sobie lepsze wspomnienia). 

Wydaje mi się również, że intryga króla nie została w pełni wykorzystania – zdradzenie czytelnikowi obecności tej trucizny podczas rozmowy na statku uniemożliwiło wykorzystanie elementu zaskoczenia w finale.

Ostatecznie również zachowanie się władcy po ujawnieniu śmierci Kleona jawi się jako nieco niespójne z resztą opowiadania. Na podstawie historii można wysnuć wniosek, że wyraźnie zależało mu na uwiedzeniu młodzieńca, włożył dużo wysiłku i czasu w przeprowadzenie procesu, widząc zaś porażkę, nie odniósł się do niej ani słowem, ani nawet myślą. 

 

Odniosłem nadto wrażenie, że scena ze służką kradnącą naszyjnik nie wnosi nic do fabuły. 

 

Generalnie rzecz biorąc, opowiadanie jest na tyle bogate, że będąc w loży, również nominowałbym je do wyróżnienia.

I po co to było?

Dzięki za odwiedziny i ciekawe uwagi :)

Być może wynika to z pomysłu na dostosowanie tekstu do konkursu lub też chęci upodobnienia narracji do formy teatralnej;

Tak wlaśnie było. Poza tym lubię pisać dialogi.

Wydaje mi się również, że intryga króla nie została w pełni wykorzystania – zdradzenie czytelnikowi obecności tej trucizny podczas rozmowy na statku uniemożliwiło wykorzystanie elementu zaskoczenia w finale.

No tak, ale chciałem zadbać o foreshadowing. Zależało mi nie tyle na zaskoczeniu, co na wrażeniu zbliżającej się nieuchronnie katastrofy.

Przypadkowy natomiast zgon poety i morderstwo dokonane na Babilończyku nie do końca sprawdzają się w roli kulminacji napięcia, albowiem uśmiercasz nieco bezpłciowe postaci, które trochę pałętały się w cieniu lepiej wykreowanych bohaterów

Też uważam, że tych dwóch panów pozostało w cieniu Seleukosa.

Ostatecznie również zachowanie się władcy po ujawnieniu śmierci Kleona jawi się jako nieco niespójne z resztą opowiadania. Na podstawie historii można wysnuć wniosek, że wyraźnie zależało mu na uwiedzeniu młodzieńca, włożył dużo wysiłku i czasu w przeprowadzenie procesu, widząc zaś porażkę, nie odniósł się do niej ani słowem, ani nawet myślą. 

Zgadza się. Wniosek był taki, że cała intryga i uwodzenie były dla króla tylko igraszką, sposobem na ożywienie zatrutego dekadencją ducha. Seleukos docenił ironię wydarzeń i ich dramatyczny ciężar, a potem poszedł reżyserować kolejny spektakl, związany z buntem Antylocha.

Generalnie rzecz biorąc, opowiadanie jest na tyle bogate, że będąc w loży, również nominowałbym je do wyróżnienia.

Dzięki :)

Materia antyczna jest mi bliska, lubię poruszać się w tych rejonach.

No tak, ale chciałem zadbać o foreshadowing. Zależało mi nie tyle na zaskoczeniu, co na wrażeniu zbliżającej się nieuchronnie katastrofy.

 

Zauważyłem, że to pojęcie zrobiło się modne ostatnio na portalu. Myślę, że akurat w tym tekście stosowanie tej instytucji nie było konieczne, albowiem tragedia związana z narkotykiem wyraźnie wisi w powietrzu od samego początku i jest wycelowana w Kleona i Seleukosa.

Skądinąd ciekaw jest, czy umierający przez przypadek Seleukos również doceniłby ironię wydarzeń :) 

I po co to było?

Oto, co miał do powiedzenia na ten temat:

Bazyleus otarł łzę i nalał sobie wina z kryształowej karafy. Wychylił kielich duszkiem, do dna.

– Przepiękne. Ileż bym oddał, by usłyszeć dialog, który wywiązał się w tych murach! Zaprawdę, musiał być godny uwiecznienia w kanonie tragedii. Szkoda, że Kalchas nie żyje. Jego metrum było nieskazitelne, a styl prawie Sofoklesowy…

Król Seleukos odrzucił wzgardliwie opróżniony puchar.

– Dałem wam szansę, bogowie Olimpu – ogłosił uroczyście. – Jeśli macie jakąkolwiek moc, powstrzymajcie mnie! Niechaj wino okaże się zatrute. Czekam!

Jak widać, monarcha jest znużony wszechwładzą, a bogów i własny żywot traktuje jednakowo frywolnie. :D

Hej, kolego w muszce!

 

Nadrabiam piórka, a o twoim gada się dość głośno, więc ścięłam sobie kolejkę i jestem :>

Komentarz będzie krótki, bo nie chcę wnikać w to, czemu nie zachwyca, jak ma zachwycać. Nie wiem. Owszem, worldbuilding jest imponujący, ale ja za dramatami nie przepadam i nawet Antygonę zmęczyłam tylko dlatego, bo była krótka. Podejrzewam, że z moim dziurawym wykształceniem ominęła mnie większość smaczków. No, więc jest imponująco, no.

Ale to jeszcze za mało, by się zachwycić ;)

Dziwi mnie, że puściłeś to opowiadanie na Słuchowisko, bo jest dokładnym przeciwieństwem tego, co – moim zdaniem – dobrze by brzmiało w formie słuchanej. A może dlatego, bo nigdy nie natknęłam się na słuchowisko, w których długie akapity opisów ciągnęły się jeden za drugim, a wypowiedzi były sztuczne i nienaturalnie długie. To fajnie wygląda i dobrze pasuje do czasów, o których piszesz, ale niekoniecznie służy tej formie.

Sam tekst wywołał we mnie skojarzenia z Sienkiewiczem, choć nie jestem pewna, czemu, może przez przesadnie pokomplikowane akapity opisowe. Jestem za to przekonana, że jakbyście się urodzili w tym samym czasie co Sienkiewicz, to zrobiłbyś karierę ;) Bardzo jestem ciekawa twoich współczesnych tekstów, bo nie czytałam, zdaje się, nic innego spod twojego pióra.

 

I wiem, że tekst jest stary, ale parę rzeczy rzuciło mi się w oczy, a skoro są w planach antologie, to się dzielę:

 

Nazajutrz przyszedł czas pogrzebu.

Nie wiem, jak naukowo uzasadnić problem tego zdania, ale jest tak… niewygodnie niezręczne.

Zdążył jednak obrócić ciało Peleusa w krwawy strzęp

Zwłoki chyba nie krwawią jakoś usilnie, a wręcz wcale?

 

– Ustępuję, zaznaczywszy obywatelski sprzeciw.

Nie jestem pewna, czy bohaterowie tego okresu mieli koncept “obywatelskości” zarysowany na tyle, by powiedzieć coś takiego. A może tylko mi sie wydaje, że obywatelski sprzeciw to współczesne (nowożytne) pojęcie?

 

Zapłacisz cenę nieubłaganemu fatum.

Nie wydaje mi się, by można było płacić cenę fatum w tej formie. “Zapłacisz cenę losowi?” “Zapłacisz cenę Zeusowi?” – czegoś tu brak – może dopełnienia w zdaniu?

 

PS. A, ta sztuczka z andronami była fajna ;)

Sam tekst wywołał we mnie skojarzenia z Sienkiewiczem, choć nie jestem pewna, czemu, może przez przesadnie pokomplikowane akapity opisowe. Jestem za to przekonana, że jakbyście się urodzili w tym samym czasie co Sienkiewicz, to zrobiłbyś karierę ;) Bardzo jestem ciekawa twoich współczesnych tekstów, bo nie czytałam, zdaje się, nic innego spod twojego pióra.

Większość swoich tekstów piszę odwrotnie, czyli: staram się zachować skondensowany i treściwy styl.

Tutaj przyjąłem stylizację, która miała oddać ducha dekadenckiej epoki i klimat antycznej tragedii.

Chciałem namalować kilka obrazów ze szczególną wyrazistością, bo wydały mi się malownicze i warte uwiecznienia: ofiarę ze słoni, okręt, polowanie na smoka.

Swoją drogą ciekawe jest to, że przemawiający bezpośrednio przed Tobą Syf zwrócił uwagę na to, że w “tekście brak opisów, bo jest zdominowany przez dialogi”, z czym zresztą jestem skłonny się zgodzić.

Szeroki rozstrzał opinii :D

Nie jestem pewna, czy bohaterowie tego okresu mieli koncept “obywatelskości” zarysowany na tyle, by powiedzieć coś takiego. A może tylko mi sie wydaje, że obywatelski sprzeciw to współczesne (nowożytne) pojęcie?

Współczesne pojęcie obywatelskości pochodzi właśnie z greckich poleis, więc użyłem tego słowa nieprzypadkowo.

PS. A, ta sztuczka z andronami była fajna ;)

Dziękuję pani pięknie :)

Jest mi bardzo miło, że wpadłaś. Zdaję sobie sprawę, że Seleukos  nie wszystkim będzie się podobał – światomie zdecydowałem się na konwencje językowe, które odrzucą część czytelników.

Swoją drogą ciekawe jest to, że przemawiający bezpośrednio przed Tobą Syf zwrócił uwagę na to, że w “tekście brak opisów, bo jest zdominowany przez dialogi”, z czym zresztą jestem skłonny się zgodzić.

A, to ja może uściślę. U ciebie dialogi i opisy się nie przeplatają, nie ma balansu między jednym (scena z Brazydią i Kleonem), a drugim (początek od słów: “Dwudziestorzędowiec otrzymał imię Argo”). 

Większość swoich tekstów piszę odwrotnie, czyli: staram się zachować skondensowany i treściwy styl.

Uf. Zajrzę z przyjemnością :)

 

Szeroki rozstrzał opinii :D

A weź. Wiesz jak się czuję, jak przychodzę i narzekam na opowiadanie, które pława się w zachwytach osób mądrzejszych ode mnie? ;P

Wiesz jak się czuję, jak przychodzę i narzekam na opowiadanie, które pława się w zachwytach osób mądrzejszych ode mnie? ;P

Drugi rok w loży. Tell me about it. :p

Nadrabiam zaległości :).

Po lekturze uczucia mam ambiwalentne. Bo jak kocham klimaty starożytności, podobała mi się scenografia, nawet do fabuły nie mam większych uwag, to stylizacja wydała mi się przekombinowana. Ale OK, Twój wybór, tłumaczyłeś.

Czytało się dosyć płynnie, przestojów brak, ale cały czas czekałem na jakiś motyw fantastyczny (wszak to portal fantastyka.pl ;P) i… się nie doczekałem. Jeden Herakles wiosny nie czyni.

Jeszczem znalazł parę kiksów:

– “ścisnął dłoń bazylesa” – literówka;

– “Czy zechcesz wtajemniczyć mnie w cel tego… Przedstawienia?” – jak dla mnie “przedstawienia” powinno byc małą;

– “Co! – krzyknął, rozbudzony” – a tu widziałbym po “co” pytajnik, ewentualnie pytajnik z wykrzyknikiem;

– “Falanga (…), której uległo imperium Achemenidów, okazała się być równie problematyczna dla nieszczęsnego gada” – tu zdaje się nie to słowo chciałeś użyć – https://sjp.pl/problematyczny 

 

Reasumując – fajny tekst, w który niełatwo “wejść” i niespecjalnie do portalu pasuje. Ale doceniam wysiłek, bo to bardzo porządny kawałek literatury.

 

PS. A Sobeka (przemianowanego na Sebeka) zabił Białowłosy w “Czarnych okrętach” Joe Alexa ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzień dobry ;)

Seleukos docenia, że zechciałeś towarzyszyć mu w rejsie do Kolchidy. I dziękuje za wyłapanie potknięć.

– “Falanga (…), której uległo imperium Achemenidów, okazała się być równie problematyczna dla nieszczęsnego gada” – tu zdaje się nie to słowo chciałeś użyć

Mylisz się, Staruchu. Właśnie tego słowa chciałem użyć, gdyż użyłem go ironicznie.

Czytało się dosyć płynnie, przestojów brak, ale cały czas czekałem na jakiś motyw fantastyczny (wszak to portal fantastyka.pl ;P) i… się nie doczekałem. Jeden Herakles wiosny nie czyni.

W tej historii nie było miejsca na więcej fantastyki, gdyż odwracałaby uwagę od hellenistycznych realiów, które chciałem przywołać jako zasadniczy element kreacji świata. Umieściłem więc tylko Heraklesa w charakterze zwiastuna tragicznego fatum, bo uznałem, że takie rozwiązanie dobrze wpisuje się w tradycję antycznego dramatu.

Kluczowy dla zakończenia jest fakt, że Seleukosowi nie dzieje się żadna krzywda, że nie występuje żadna nadziemska interwencja, a król ma pełną wolność, by rzucić się w objęcia nowych szaleństw.

Czy to dlatego, że najgorszą karę dla monarchy stanowi milczenie niebios i pozostawienie go na sam z obłędem? Czy bogowie Olimpu osłabli i stracili moc w epoce dekadencji i schyłku?

Opowiadanie chodziło mi po głowie od pewnego czasu. Nie pisałem go z myślą o konkursie ani publikacji na NF, po prostu stwierdziłem, że “dramatyzująca” formuła, którą miałem w głowie, dobrze zgra się z realiami słuchowiska.

Z wielką nieufnością podchodziłem do tego opowiadania, Wisielcu. W momencie gdy publikowałeś, kiedy dostawałeś piórko i przegrywałeś konkurs (sorry, łączę się w bólu XD). Z okazji plebiscytu jednak przeczytałem i z ulgą stwierdzam, że nie było tak źle. Powiem więcej – czytało się bardzo przyjemnie.

Mimo świetnej stylizacji, udało Ci się pogodzić to z lekkością narracji, dzięki czemu czytałem ten tekst jakby miał 20 tysi, a nie 50. Nie czułem długości, więc też nie będę Ci zarzucał przegadania.

Podobał mi się wprawny worldbuilding i wyraziści, interesujący bohaterowie. Podobał mi się nastrój, natomiast tempo nie doskwierało – nie jest szybkie, ale też szybkie być nie musi.

Co mi się nie podobało?

Z pewnością sama fabuła. Od początku zasygnalizowałeś, że zrobisz coś z medalionem i choć podziałało to na mnie jak dobry wabik, samo rozwiązanie bardzo zawiodło. Nie wysiliłeś się z motywacją. Z intrygą. Z rozwiązaniem. Zbyt prostolinijne to dla mnie ;(

Nie podobało mi się więc również zakończenie. Tak samego wątku medalionu, jak i króla. Szaleństwo? Może i zyskałeś na immersji dzięki wiarygodności, straciłeś jednak na walorach czysto beletrystycznych, na ciekawej opowieści.

No i wątek fantastyczny – ten cały Herakles wydał mi się dodany extra, coby była jakaś fantastyka w tym ich świecie. Sama mitologia też pogłębiła nieco zmarszczki na hrabiowskim obliczu. Ile można o tych Grekach? Hmm? ;p

 

Ponarzekałem, ale nie zaprzeczę – to dobre opowiadanie. Bardzo dobrze mi się je czytało i od tego dnia (wczorajszego gwoli dokładności), Seleukos będzie się już kojarzył pozytywnie :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Cholernie ciężko mi zamieszczać komentarz na “Nie”, lecz nie oczekuję współczucia. Krótka recenzja brzmiałaby – styl, sposób napisania powala mnie na kolana, natomiast zawartość (idea, myśli) jest niewykorzystana, słaba.

Tym razem spiszę swoje wrażenia na bieżąco, ponieważ to wariacja na temat przeszłości i mam małą wiarę w to, że mi się spodoba. Bohaterowie wycięci z kartonu. Może dlatego, że same dialogi? 

Zaczynam.

Początek zabawny, ale nie mam pojęcia, czy humor był zamierzony? Gdyby go ciutkę zintensyfikować turlałabym się ze śmiechu. Może tak jest. Zobaczymy. Dlaczego tyle przymiotników, one nie są – tak mi się zdaje -potrzebne, tylko nadmuchują tekst. Czy to ryż albo popcorn?

Nie, niestety to nie pastisz, to na poważnie. W takim razie za dużo pompatyczności, a za mało bólu, uczuć straty. Mogą być koturnowe jak w operze,  lecz przebijać się powinny, tak myślę, inaczej nie zgadnę, o co chodzi, jako czytelnik. Niestety zero „dekoracji", za to dużo ludzi, nazwisk. Za kim mam podążać? Sprawdziłam w tytule – Seleukos.

Bardzo duża wprawa w budowaniu dialogów, lecz brakuje opowieści. To, że pojawia się w dialogach to za mało. Postaci wiele, przepychanki słowne, zbeszczeszenie zwłok, bohaterzy mnożą się jak króliki – trudno objąć całość, chyba są zamienniki postaci, a tego najbardziej, jako czytelnik nie lubię. Dlaczego postać trzeba ciągle nazywać inaczej – kto jest poetą Antyloch, Szapur; czy król to władca i Kleon zarazem, no nie bo Kleon to efeb, czyli władcą jest nasz główny bohater? Do cholery, czy to łamigłówka, mam rozszyfrowywać – kto jest kim? Jak mam się utożsamić z bohaterem, jeśli ciągle mi ginie w powodzi słów i mgle? Kto nim jest władca, czy efeb. Tak, możesz zarzucić mi, że czytam nieuważnie. Zadam jednak pytanie – ile razy mam przeczytać opowiadanie, aby zrozumieć, toż to nie tekst naukowy ani wyprowadzenie dowodu.

Za duży plus – wiedza i jej popularyzowanie, zaufałam Tobie, a w moim przypadku (chyba beznadziejnym to ogromny plus).

 

„Wycedziła wdowa z zimną złością.” – mniej słów w atrybucjach, albo wycedziła, albo z zimną złością, niejako może znaczyć to samo.

 

Kolejna scena rozgrywa się w innym miejscu – Kolchidzie. Wspaniale, lecz nagromadzenie postaci niemożebne do śledzenia ich wywodów. Dzieją się przerażające rzeczy/sprawy, a ja nie wiem, co? Zimne. No nie wiem, a może miejsce to samo? Wyrażają się podobnie i tak, wygląda na miejsce to samo. Eh.

 

No coś się wreszcie zaczęło dziać! „Łapię”, rozumiem. Niewolnica, Kleon, naszyjnik z trucizną i Seleukos, żywsza wymiana zdań, jakieś emocje. Co będzie? No tak, niewolnicy, król kark przetrącił, a Kleon ozdobiony tylko w zasupłany naszyjnik, zjawił się nagi (nie wiadomo dlaczego), ale za to pojawiła się wreszcie tajemnica – kto otruł Peleusa? Co prawda to Grecja, nie Rzym (aczkolwiek to jego zaleta, o Grecji nie pisano w taki sposób, bądź tego nie znam),  lecz jest cykl książek o Gordianusie (bohater powieści Saylora), opowiada – co prawda – o bardziej przyziemnych sprawach lecz czuć Rzym i okolice, a tu ciągle nic.

 

Wisielcu, podziwiam Twój styl opowiadania, lecz nie jestem admiratorem tego właśnie.

 

Nie, niestety to nie pastisz, to na poważnie.

Niedawno odkryłem, że słownikowa definicja słowa “pastisz” pozbawiona jest nacechowania negatywnego. To po prostu świadome naśladownictwo. KLIK. ;)

Dziękuję za odwiedziny na dworze Seleukosa.

Z pewnością sama fabuła. Od początku zasygnalizowałeś, że zrobisz coś z medalionem i choć podziałało to na mnie jak dobry wabik, samo rozwiązanie bardzo zawiodło. Nie wysiliłeś się z motywacją. Z intrygą. Z rozwiązaniem. Zbyt prostolinijne to dla mnie ;(

O, to szkoda. Sądziłem, że udało mi się dość inteligentnie doprowadzić do kulminacji i wszystkich pozabijać.

Nie podobało mi się więc również zakończenie. Tak samego wątku medalionu, jak i króla. Szaleństwo? Może i zyskałeś na immersji dzięki wiarygodności, straciłeś jednak na walorach czysto beletrystycznych, na ciekawej opowieści.

Bo ja wiem, czy straciłem? Szaleństwo króla zadaje ważne pytanie: co można robić, kiedy można robić wszystko? I kilka innych, które wymieniłem już we wcześniejszych komentarzach.

No i wątek fantastyczny – ten cały Herakles wydał mi się dodany extra, coby była jakaś fantastyka w tym ich świecie. Sama mitologia też pogłębiła nieco zmarszczki na hrabiowskim obliczu. Ile można o tych Grekach? Hmm? ;p

Herakles miał stanowić kontrast między herosami epoki homeryckiej a dekadencją schyłkowego hellenizmu.

Moja odpowiedź do Asylum będzie wyglądała jak ćwiczenie z asertywności:

natomiast zawartość (idea, myśli) jest niewykorzystana, słaba.

Nie. Wiem co miałem na myśli i nie jest to słaba idea. Może być, że niektórych czytelników nie przekonuje, ale taki osąd stanowi już inne postawienie sprawy.

Bohaterowie wycięci z kartonu. Może dlatego, że same dialogi? 

Nie. Myślę, że jesteś odosobniona w tej opinii.

Być może brakuje Ci narracji wewnętrznej bohaterów? Programowo unikam opisywania myśli protagonistów, poza szczególnymi sytuacjami. Staram się pisać w zgodzie z Iceberg Theory Hemingwaya.

 Kleon ozdobiony tylko w zasupłany naszyjnik, zjawił się nagi (nie wiadomo dlaczego)

Bo w greckim gimnazjonie ćwiczy się nago :)

bohaterzy mnożą się jak króliki – trudno objąć całość, chyba są zamienniki postaci, a tego najbardziej, jako czytelnik nie lubię. Dlaczego postać trzeba ciągle nazywać inaczej – kto jest poetą Antyloch, Szapur; czy król to władca i Kleon zarazem, no nie bo Kleon to efeb, czyli władcą jest nasz główny bohater? Do cholery, czy to łamigłówka, mam rozszyfrowywać – kto jest kim?

Żaden czytelnik nie miał jak dotąd tego problemu, więc wybacz – składam ten komentarz na karb nieuważnej lektury po Twojej stronie. W opowiadaniu występuje jedenaście postaci, wliczając służkę, króla Kolchidy i chirurga, którzy pełnią role epizodyczne. Każda z osób dramatu odgrywa rolę w rozstrzygnięciu intrygi.

Żeby być zupełnie szczerym, to jeden kumpel powiedział, że mieszali mu się uczestnicy dialogu podczas sympozjonu, ale żeby bohaterów nie dało się rozróżnić, to wydaje mi się opinią na wyrost i wynikającą z braku cierpliwości/dobrej woli czytelniczej.

Tak, możesz zarzucić mi, że czytam nieuważnie. Zadam jednak pytanie – ile razy mam przeczytać opowiadanie, aby zrozumieć, toż to nie tekst naukowy ani wyprowadzenie dowodu.

Raz, uważnie :)

Kolejna scena rozgrywa się w innym miejscu – Kolchidzie. Wspaniale, lecz nagromadzenie postaci niemożebne do śledzenia ich wywodów. Dzieją się przerażające rzeczy/sprawy, a ja nie wiem, co? Zimne. No nie wiem, a może miejsce to samo? Wyrażają się podobnie i tak, wygląda na miejsce to samo. Eh.

Nie rozumiem tego akapitu. Może nie czytałem uważnie :D

 lecz jest cykl książek o Gordianusie (bohater powieści Saylora), opowiada – co prawda – o bardziej przyziemnych sprawach lecz czuć Rzym i okolice, a tu ciągle nic.

Bardzo lubię Saylora; był bohaterem mojego dzieciństwa., czytałem wszystkie powieści z serii Roma sub Rosa. A niedawno dowiedziałem się, że autor pisze gejowskie erotyki. Nigdy nie poznawaj swoich bohaterów…

Wisielcu, podziwiam Twój styl opowiadania, lecz nie jestem admiratorem tego właśnie.

Trudno!

Dziękuję za wizytę i rozbudowany komentarz. Miło mi, że wpadłaś. Mam jednak wrażenie, że czytałaś tekst raczej bez dobrej woli, a kpiarski ton recenzji dodatkowo je pogłębił.

Ryzykuję, że przylgnie do mnie łatka zarozumiałego buca, lecz w gruncie rzeczy chcę powiedzieć coś, co od dawna leży mi na sercu: autor powinien wierzyć w swoją prozę, być pewnym swojego pomysłu.

Warto zachować pokorę w obliczu krytycznych opinii, ale warto też pamiętać, że nie każdy komentarz przychodzi z dobrego miejsca. Nie piję tutaj konkretnie do Asylum, zwracam raczej uwagę na gesztalt literackiego ekosystemu w internetach.

Jak widzę autorów wylewnie dziękujących za ewidentnie złośliwe komentarze to mi smutno; podobnie smutne jest urażone miauczenie w odpowiedzi na krytykę. Dobrze jest znaleźć grunt pod nogami i się go trzymać.

Komentarz Asylum rzeczywiście podszyty jest dużą dozą irytacji, ale całkiem rzeczowo na niego odpowiedziałeś, Wisielcze, choć nie bez dozy emocji. ;)

Zgadzam się też z Twoim ostatnim zdaniem.

Tyle tylko, że minęło pół roku, a na profilu u Ciebie widzę tylko jedno opko więcej, i to bez punktów do biblioteki, a Ty nadal żyjesz Seleukosem. Widać, bo na bieżąco odpowiadasz na komentarze.

Czas już ruszyć cztery litery i zabrać się do roboty.

Przyda się to także Twojemu obrońcy, bo buja się drugi rok w Loży, a na profilu opka owszem, całkiem, całkiem, nawet ostatni szort bardzo dobry, ale tego coś wielkiego to się chyba nie doczekam.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dziękuję za grzeczną i asertywną odpowiedź, w odróżnieniu od mojej – głupawej i pochopnej. Bardzo dziękuję!

Czytałam inne Twoje opowiadania, tutaj zamieszczone i bardzo mi się spodobały. Wyrzuty mam straszliwe, że zamieściłam komentarz z czytania, taki na bieżąco, dotyczący tylko jednego z Twoich opowiadań, a nie odniosłam się wcześniej (choćby tutaj) do innych.

@Darconie, masz rację z tym rozdrażnieniem, a Jasna strono z tym, że pastisz był na plus.

Na swoje mizerne usprawiedliwienie mogę napisać tylko to, że powodem mojego rozdrażnienia był ogromny żal, że tak Wisielcu to zagmatwałeś. To wyłącznie moja opinia (wyrzuć ją do kosza, bo w takim kształcie niewiele warta) oraz w dodatku nie wygładziłam zdań z lektury, nie „spięłam” ich w komentarz, a powinnam była to zrobić. Nie ma usprawiedliwienia! I za to przpraszam.

 

Wiesz, dla mnie piszesz zachwycająco, jak Cobold, Katia, Bella, Staruch, Rybak, Funthesystem, Count Primagen, Darcon, Drakaina i wielu innych, których nie wymieniam, bo komentarz byłby zbyt długi.

Pięknie piszesz, opowieść nadzwyczaj interesująca, z klimatem, znawstwem czasu i miejsca, o którym piszesz, lecz zakręcona i przedobrzona – w zasadzie to i tylko to, chciałam napisać, a wyszło byle jak. Kiedy widzę, że ktoś ma takie pióro, to chce mi się krzyczeć. Nie będę rozwijać myśli. Po prostu pisz, a potem wydawaj.

Dla mnie, komentarze, to chyba bardzo grząski grunt, nie wiem, jak je pisać. Kiedy widzę perłę to ośmielam się komentować bezpośrednio, czyli na ostro (niejako, bez znieczulenia, a to bez sensu, teraz już to wiem, niestety za późno). 

Zastanawiam się, czy nie zmienić sobie nicku na „I am sorry” lub „Pochopność” i proszę nie bierz do siebie mojego komentarza i wiedz, że czekam na nowy tekst, tu na forum, bo wtedy będę mogła przeczytać, a tak to nie wiem gdzie.

 

Teraz mi przykro, że wypowiedziałem się w tak zasadniczym tonie :(

Seleukosa napisałem innym językiem, niż większość swoich tekstów i sądzę, że przywołane przez Ciebie hasło “koturnowość” jest tu całkiem na miejscu. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim to podejdzie, że taki styl okaże się dla wielu czytelników ciężkostrawny.

Zastanawiam się, czy nie zmienić sobie nicku na „I am sorry” lub „Pochopność”

No nie wygłupiaj się.

Tyle tylko, że minęło pół roku, a na profilu u Ciebie widzę tylko jedno opko więcej, i to bez punktów do biblioteki, a Ty nadal żyjesz Seleukosem. Widać, bo na bieżąco odpowiadasz na komentarze.

Czas już ruszyć cztery litery i zabrać się do roboty.

Piszę, tyle że nie na portal :D

To bardzo dobrze, że piszesz. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Jakoś ominąłem Twój tekst mimo, że było o nim dość głośno. Przyszedłem dopiero teraz, przygnany w pewnym sensie obowiązkiem, bo nie należy głosować na najlepszy tekst roku, gdy nie przeczytało się wszystkich kandydatów. 

No i jestem zadowolony. Chylę czoła przed stylem – perfekcyjnie dopracowanym, delikatnie wyważonym, chciałoby się rzec – szlachetnym. Może i koturnowym, ale z racji, że jest to koturnowość celowa i idealnie pasująca do konceptu, niezwykle udanym. Teatralna stylizacja dialogów na początku nieco drażniła, ale później pojąłem, iż rzecz bardzo dobrze sprawdza się jako jeden z elementów, mających przybliżyć czytelnikowi mentalność ludzi z epoki. Bardzo dobrzy bohaterowie – wszyscy, nawet szaleńcy, mają łeb na karku. Poza Kleonem oczywiście; ten jest durniem, ale taka była jego rola. Przede wszystkim brawa za bazyleusa – nie pocianąłeś go zbyt grubo, nie przerysowałeś, nie uczyniłeś szalonym, niebezpiecznym dla kraju i najbliższego otoczenia potworem, knującym mordercze intrygi dla przyjemności, a raczej inteligentnym monarchą, który mimo ewidentnego obłędu jest w stanie skutecznie rządzić. 

Do tego szczypta humoru tu i ówdzie oraz bogactwo szczegółów scenografii (jakaż to przyjemność czytać tekst napisany przez autora, który znakomicie zna się na opisywanych rzeczach!) powoduje, że opowiadanie czytało się świetnie. Fakt, wolno się rozwija. Istotnie, fabuła prosta, zakończenie aż bije po oczach teatralnością, niemal pretensjonajną, a fantastyki brak. Jednak podkręcenie akcji, dorzucenie jakichś momentów batalistycznych, pokomplikowanie intryg odebrałoby tekstowi kameralność i "koturnowość" greckiego dramatu, co stanowi jego siłę, sprowadzając do zwykłej, przygodowo historycznej (albo "kostiumowej" – ostatnio rzadko używa się tego określenia, a szkoda, bo często bardzo trafne) opowiastki. Z kolei fantastyka… Prawda, jeden Herkules (tfu, na psa urok, co też plotę)… Herakles fantastyki nie czyni, ale nie zgodzę się, że niepotrzebny. Przekaz sceny, w której stwierdza, że nie ma na tym świecie już niczego do roboty jest dość łopatologiczny, ale niezwykle mocny i stanowi doskonałą puentę tekstu. 

Oczywiście nie pogniewałbym się, gdyby jakaś fantastyka w tekście była :-) 

Zatem – lekturę zaczynałem kręcąc nosem, bo należę do tych, którzy po dziurki w owym nosie mają Grecji i Greków (starożytnych) i greckiej mitologii, do spółki zresztą z nordycką. Ale choćbym nie wiem jak próbował, nie mogę tekstu zganić. To cholernie dobry kawałek literatury! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

W takim razie nie zmieniam nicku. Dziękuję za odpowiedź :D

Cześć, wisielcze!

 

Jestem pod ogromnym wrażeniem pracy, jaką włożyłeś w napisanie tego opowiadania. Klimat starożytnej Grecji oddałeś mistrzowsko, widać tutaj mocne inspiracje klasyczną tragedią grecką.

Z pewnością nie jest to opowiadanie dla każdego i ja niestety chyba nie należę do targetu :D. Zdecydowanie preferuję krótsze formy napisane przez ciebie. Tutaj mnie zmęczyła kwiecistość wypowiedzi bohaterów, chociaż wiem, że było to zamierzone i doceniam to. Mimo wszystko mnie starożytna Grecja niespecjalnie zachwyca, jakoś nigdy nie było mi z nią po drodze, może dlatego teraz kręcę nosem. Dam sobie rękę uciąć, że nie wychwyciłam w twoim tekście nawet połowy nawiązań do mitologii i historii Grecji.

Cała fabuła przeszła jakby obok mnie, z powodów wyżej wymienionych, i niestety muszę przyznać, że mało co niej zapamiętałam (tekst czytałam na raty).

Jest to opowiadanie dobre, wręcz bardzo dobre, nawet taki laik jak ja potrafi to dostrzec – są intrygi, są walki, trup ściele się gęsto i często, jest wypracowany język i bohaterowie z krwi i kości – tyle, że po prostu nie dla mnie :).

 

Pozdrawiam!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Dziękuję, Thargone!

Przede wszystkim brawa za bazyleusa – nie pocianąłeś go zbyt grubo, nie przerysowałeś, nie uczyniłeś szalonym, niebezpiecznym dla kraju i najbliższego otoczenia potworem, knującym mordercze intrygi dla przyjemności, a raczej inteligentnym monarchą, który mimo ewidentnego obłędu jest w stanie skutecznie rządzić. 

Cieszę się, że tak sądzisz. Malowniczy szaleńcy, antagoniści i geniusze zła to jeden z moich ulubionych archetypów. Pełnokrwisty szwarccharakter to dla mnie “upadły wizjoner”; człowiek, który widzi i rozumie zjawiska niedostępne dla innych, który miał w sobie potencję, by zmienić rzeczy na lepsze, lecz z różnych powodów poniósł w tym dziele porażkę – czy to złamany przez własne demony, czy sfrustrowany konfrontacją ze światem.

Koturnowy bazyleus z jednej strony posiada ogromną władzę, a z drugiej jest bezsilnym więźniem sceny, na której przyszło mu grać. Przez to, że może wszystko, nic nie jest w stanie przyspieszyć jego pulsu.

Ale choćbym nie wiem jak próbował, nie mogę tekstu zganić. To cholernie dobry kawałek literatury! 

Wielcem rad!

W takim razie nie zmieniam nicku. Dziękuję za odpowiedź :D

Smok z obrazka spogląda na mnie jakby drwiąco :D

Cześć, wisielcze!

Cześć, Sy ;)

To co mówisz pokrywa się z opiniami wielu czytelniczek i czytelników, którzy zawitali wcześniej. I mówiąc szczerze, gdybym miał zły dzień i otworzył podobne opowiadanie, też mógłbym się zezłościć na barokowość i zamknąć zakładkę, niedoczytawszy tekstu do końca.

Myślę, że wrócę jeszcze do starożytnej Grecji w mniej dekadencko-kwiecistym sztafażu i mam nadzieję, że wtedy zdołam przekonać Cię, że w temacie Hellenów nie wszysko jeszcze zostało powiedziane :)

I mówiąc szczerze, gdybym miał zły dzień i otworzył podobne opowiadanie, też mógłbym się zezłościć na barokowość i zamknąć zakładkę, niedoczytawszy tekstu do końca.

ja się nie zezłościłam, ja się po prostu zmęczyłam :D. Doceniam kunszt, ale tak jak mówiłam, tekst po prostu nie jest dla mnie :).

 

Myślę, że wrócę jeszcze do starożytnej Grecji w mniej dekadencko-kwiecistym sztafażu i mam nadzieję, że wtedy zdołam przekonać Cię, że w temacie Hellenów nie wszysko jeszcze zostało powiedziane :)

Ja też mam taką nadzieję! Szkoda byłoby, żebym się nie wgłębiła w starożytną Grecję, bo to kopalnia inspiracji, co nawet widać po “Seleukosie…”. A że ty się dobrze czujesz w tym temacie, to w ciemno wezmę się za lekturę twojego przyszłego opowiadania :).

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Wisielcze,

Wracam w związku z konkursem na najlepsza dziesiątkę. Opowiadanie przeczytałem dość dawno, ocena będzie na podstawie tego co zostało mi w głowie od tamtej pory.

 

Tytuł dobry, zapadł mi w pamięć. Od razu wiedziałem co to za opowiadanie. 

Bardzo ambitne, napisane trudnym językiem, a zarazem bardzo kunsztownie, z akcją osadzoną w mitycznej Grecji.

To przychodzi mi na myśl, gdy spoglądam na ten tytuł.

 

Ocena: 5.2/6

Doceniam zarówno wysoką notę, jak i precyzyjny system oceniania :D Mam nadzieję, że 5.2 wystarczy na głos!

No nie wiem, nie wiem… Gdzieś chyba było 5,6. ;-)

Babska logika rządzi!

No, już widzę, że nie starczy :] Ale i tak doceniam, zwłaszcza, że Chrościsko wcześniej pisał, że czytał opowiadanie żonie. To ucieszyło mnie chyba bardziej, niż potencjalne zwycięstwo w plebiscycie.

Tak, czytał. Mój język do tej pory pamięta te słowne wygibasy ;)

Od razu walnę z grubej rury: moim zdaniem to z pewnością interesujące opowiadanie, które zwyczajnie zabłąkało się na portalu poświęconym fantastyce. Rozumiem też dobrze sprzeczne opinie obu stron sporu na temat wyników Darconowego konkursu. To naprawdę najlepszy tekst konkursowy (oczywiście z tych, które poznałem) i jednocześnie absolutnie nietrafiony pod kątem zamierzeń konkursu. Niszowy, specyficzny, mało rozrywkowy, trudny do "sprzedania" szerszej publiczności w formie słuchowiska. Nawet pomimo konstrukcji zbliżonej do dramatu i opartej na dialogach, która aż prosi się o inscenizację dźwiękową.

Przyznaję, że tekst przeczytałem ze szczerym uznaniem dla znajomości tematu, ale uprzedzam, że to takie uznanie w oczach laika. Nie siedzę na tyle głęboko w tematyce antycznej (chociaż antyk lubię i nawet swego czasu Biblia i Antyk były jednym z moich ulubionych przedmiotów) żeby oceniać zawartość merytoryczną. Być może ktoś bardziej obeznany mógłby kręcić nosem. Czy opowiadanie zrobiłoby wrażenie na gronie autorytetów w dziedzinie starożytności? Chyba jednak pozostaje wypieszczonym dziełem pasjonata-amatora. Nagromadzenie terminów, szczegółów, osadzenie akcji w antycznym entourage oraz zbliżona do tragedii konstrukcja i kompozycja, a nawet tematyka i obsada, nie znaczą jeszcze, że w pełni udało się oddać ducha antycznej (greckiej) tragedii czy dramatu.

Jest "na bogato" w detale, słownictwo, patos, egzaltację, teatralne dialogi i dekoracje. Jednak tekst stoi jakby na rozdrożu. Sam stwierdziłeś, że w pierwszym zamyśle miał to być dramat, ale zdecydowałeś się na prozę i narrację trzecioosobową. I właśnie tutaj zabrakło moim zdaniem konsekwencji. Jeśli już muszę jako czytelnik przebrnąć przez te nadmuchane kwestie uczestników tragedii, obce mi terminy itd. to oczekiwałbym pełnego zestawu, pójścia na całość, a nie półśrodków. A tymczasem narracja, pomimo określonych nazw własnych, zwrotów uznawanych za staroświeckie, gdzieniegdzie stylizowana nawet szykiem zdań, jest jednak współczesna w ogólnej formie, a dobitnie to podkreślają liczne konstrukcje, język i wyrażenia typu "wysikać", "treść żołądka" itp.

Podsumowując, jako laik jestem pod wrażeniem zaangażowania w merytoryczne przygotowanie tekstu, jednak mam wrażenie, że to trochę taki popis elokwencji i znajomości tematu, w którym czytelnik i jego odczucia podczas lektury są najmniej ważne, a sama stylizacja nie jest konsekwentna.

Bez wątpienia wiele rzeczy w opowiadaniu może się podobać. Poszczególne sceny naprawdę robią wrażenie, zwłaszcza wspomniana już hekatomba słoni i starcie z krokodylem. Tekst trzyma poziom warsztatowy, stylistycznie nic nie zgrzyta, umiesz się posługiwać piórem i sprawnie opowiadasz swoją historię, zdanie po zdaniu. A każde jest dobre, nie ma takich, które brzmią fałszywie. Także sporo elementów fabuły zasługuje na uznanie. Świetny jest na przykład epizod dyplomatyczny z Parnawazem oraz wątek "Heraklesa".

Inna sprawa, że jest to historia dosyć prosta i nieco… rozwlekła. Na zarzut, że niewiele się dzieje odpowiadasz, że przecież sporo i podajesz plan akcji. Jednak ważne też jak to się dzieje i czy wzbudza emocje. A z tym jednak kiepsko. Pomijając fakt, że trudno zaangażować się emocjonalnie w losy postaci w większości niesympatycznych, do tego jakby papierowych, bo odgrywających role w wyegzaltowanym dramacie udającym antyczną tragedię. Problemem jest także brak postaci pierwszoplanowej, protagonisty, któremu moglibyśmy kibicować. Z początku zdaje się nim Kleon, mdły, rozemocjonowany miłośnik tradycyjnej, greckiej miłości męskiej, złożonej i wykraczającej poza nasze współczesne pojmowanie. Potem reflektory zwracają się ku tytułowej postaci Seleukosa. Fałszywej, oślizgłej i okrutnej, której szaleństwo odkrywamy stopniowo, ale której przecież nie współczujemy. Jednocześnie owe reflektory kierujesz na zbyt wiele celów-uczestników opowieści i także to sprawia, że ostatecznie wszyscy są nam obojętni. A brak emocji w historii pozornie pełnej emocji, to spory zarzut, sam przyznasz.

Za to naprawdę wielki plus za stojące za całą historią przesłanie, czy raczej koncept, zamysł Autora. Bardzo lubię takie "insynuacje literackie". Pisałem o tym wielokrotnie przy okazji innych tekstów, które poruszały tę strunę, obalały "czwartą ścianę" od drugiej strony. Przy całym swoim (a może właśnie dlatego i z tego powodu) szaleństwie Twój Seleukos jest poniekąd świadomy roli, jaką odgrywa na scenie życia. Uwięziony w "antycznej tragedii" losu próbuje wypełnić swoje przeznaczenie, ale zarazem jakby wyrwać się z tej klatki. Okazuje się bezsilny, jednak będąc świadomym swojego przekleństwa wystawia Olimp na kolejne pozorne próby, badając granice swojego teatru życia i władzy oraz bezkarności. Piękny to motyw, bardzo lubię takich bohaterów mniej lub bardziej świadomych swojego przeklętego losu w dramacie, potraktowanym dosłownie. Czasem są tylko statystami w przedstawieniu kogoś innego, jak tytułowa para "Rosencrantz i Guildenstern nie żyją" – znakomitej sztuki i filmu Toma Stopparda lub postacie z "Maladie" Andrzeja Sapkowskiego, a czasem odgrywają przypisanej im kwestie jak marionetki bogów lub Fortuny, ofiary toposu, archetypu, legendy. Sam próbowałem lekko zahaczyć o takie wątki w "Drugiej śmierci Kewella".

Co prawda Twoi bohaterowie, nie są "ofiarami" konkretnego utworu literackiego, ale zdają się niewolnikami konwencji, wpisują się w schemat tragedii antycznej (greckiej). Seleukos jest tego najbardziej świadomy, buntuje się i pogrąża w szaleństwie, w dekadenckim zatraceniu świata zepsutego i umierającego, bezskutecznie próbuje dorównać mitycznym i historycznym wzorcom, ale to członkowie Chóru są tego najlepszym ucieleśnieniem. A przy okazji – to jak potraktowałeś ów Chór w swoim tekście wyłamuje się z konwencji i wygląda naprawdę interesująco.

I na koniec zarzut najpoważniejszy, o którym wspominałem na wstępie. Twoje opowiadanie jest zupełnie pozbawione fantastyki. Gdybym zasiadał w jury konkursu obok Darcona pominąłbym je w wyborach nie zważając na walory literackie. Pasja pasją, ale jeśli chciałeś podzielić się swoją miłością do starożytności i antycznej kultury, to jednak nie takim tekstem w konkursie na opowiadanie fantastyczne na portalu poświęconym fantastyce. Po prostu nie widzę tutaj ani jednego elementu fantastycznego. Bogowie olimpijscy nie ingerują w świat przedstawiony i nie wpływają na akcję. Nie ma ich. Milczą. Są wspominani, ale równie dobrze wszystkie wydarzenia można interpretować bez odnoszenia się do sił wyższych. Są bytem nierealnym, a jeśli istnieją, to tylko w świadomości narratora i bohaterów.

Nie ma więc boskiej obecności, tak ważnej w tamtej rzeczywistości i kulturze, nie ma też żadnych wydarzeń wykraczających poza ludzkie pojmowanie. Tego zabrakło mi by dopełnić ową antyczną (grecką) tragedię, a także by opowiadanie mogło być traktowane jako fantastyka. Bo nie ma tu również mitologii. To nie są wydarzenia mityczne ani na wagę mitu. To jednak tylko quasi-historyczna fikcyjna historia bez elementów nadprzyrodzonych. I nawet pirat siłacz podający się za Heraklesa tego nie zmieni.

Jego wątek jest uroczy, ale jest "herosem" umownym, a pokonanie krokodyla i przedstawienie się półboskim imieniem nie czyni go jeszcze prawdziwym synem Zeusa.

Cóż można jeszcze dodać. Podjąłeś świadome wyzwanie i ryzyko. W imię artystycznych, literackich ambicji spróbowałeś się i zamierzyłeś z formą niewdzięczną i średnio atrakcyjną dla współczesnego czytelnika. I w moim odczuciu odniosłeś pyrrusowe zwycięstwo. I nie dziwisz się chyba, że przeważają opinie: świetny tekst, ale to nie moje klimaty.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Lektura komentarzy okazała się dla mnie prawie równie ciekawa, jak samo opowiadanie. I stwierdzam, że chyba już wszystko zostało omówione przez przedpiśców ;) Mając zasię świeżo w pamięci świetną skądinąd analizę-opinię mr.marasa, i jakże rozbudowaną, nie powstrzymam się i zapytam go o jeden drobiazg:

Narracja (…) jest jednak współczesna w ogólnej formie, a dobitnie to podkreślają liczne konstrukcje, język i wyrażenia typu "wysikać", "treść żołądka" itp.

Jak się więc kiedyś informowało o konieczności oddania moczu? W jaki sposób należałoby taką potrzebę sformułować, żeby nie wyszło zbyt współcześnie? “Idę zrobić siusiu”? No raczej jednak nie. Nieuchronnie będzie to jakieś poprzedzone odpowiednim przedrostkiem lanie, sikanie, pryskanie. Chyba że ktoś lubi się bawić w kreatywne eufemizmy. “Treść żołądka” też imo nie nosi piętna współczsności.

W każdym razie ja bym się języka nie czepiał, moim zdaniem styl opowiadania jest bardzo dobry, równy i konsekwentny.

 

Jak napomknąłem wyżej, chyba już wszystko zostało omówione. Swoje odczucia podsumuję zatem krótko: podobało się, zwłaszcza że ja z tych, którzy lubią starogreckie klimaty. Przy czym, jak kilka innych osób, miałem drobne zawahanie na początku. Pomyślałem: ładnie napisane, ale forma przeważa nad niezbyt absorbującą treścią. Potem jednak było z górki. Począwszy od ofiary stugłownej (mocna scena) cały czas działo się coś interesującego; końcówka również mnie nie zawiodła.

Co do elementu fantastycznego. Krokodyle nilowe zaciskają szczęki bodaj najsilniej ze wszystkich zwierząt na Ziemi. W tej sytuacji nie ma innego wyjaśnienia – były pirat to rzeczywiście sam mityczny Herakles. Inaczej bym tej akcji z rozwieraniem paszczy nie przełknął ;)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jerohu,

 

Pozwolę się wtrącić. W średniowecznych kronikach są trzy czasowniki na oddawanie moczu:

mokrzyć, szczać, pikać.

Funkcjonowało też samo słowo mocz lub mokrz.

 

Nie zmienia to faktu, że w powyższym przypadku każde z tych słów brzmiałoby śmiesznie lub wulgarnie. Słowo sikać funkcjonowało już też dość dawno, np. sikawica (trąba wodna), lub siklawa (wodospad), kwestia kiedy przybrało współczesne znaczenie. 

 

Dziękuję, Chrościsko, wzbogaciłeś moją wiedzę :)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Czyli, jeśli jakiś starszy człowiek opowiada o problemach z pikawą, to ma na myśli… ;-)

Babska logika rządzi!

Serce;)

Marasie, widzę, że pokusiłeś się o pełnoprawną recenzję. Dzięki serdeczne za przychylny w gruncie rzeczy komentarz i za dogłębną analizę.

Być może ktoś bardziej obeznany mógłby kręcić nosem. Czy opowiadanie zrobiłoby wrażenie na gronie autorytetów w dziedzinie starożytności? Chyba jednak pozostaje wypieszczonym dziełem pasjonata-amatora.

Opowiadanie betowała Ninedin, dałem je także do recenzji historykom starożytności na mojej uczelni (a UŁ ma bardzo dobre grono starożytników, ze względu na uznaną katedrę bizantynistyki w Instytucie Historii).

Z obu źródeł otrzymałem pozytywne opinie jeśli chodzi o wierność realiom i obyczajowości epoki. Ninedin zwróciła mi uwagę, że bardziej trafne byłoby przyrównanie Kalchasa do Eurypidesa zamiast Sofoklesa, bo ten pierwszy był bardziej ceniony w omawianej epoce. I to jedyne zastrzeżenie merytoryczne, jakie otrzymałem.

Więc chyba się mylisz w tym punkcie :D

A tymczasem narracja, pomimo określonych nazw własnych, zwrotów uznawanych za staroświeckie, gdzieniegdzie stylizowana nawet szykiem zdań, jest jednak współczesna w ogólnej formie, a dobitnie to podkreślają liczne konstrukcje, język i wyrażenia typu "wysikać", "treść żołądka" itp.

Z tego miejsca chciałbym podziękować Jerohowi i Chrościskowi, że wzięli mnie w obronę, bo zamierzałem napisać dokładnie to samo.

I na koniec zarzut najpoważniejszy, o którym wspominałem na wstępie. Twoje opowiadanie jest zupełnie pozbawione fantastyki. Gdybym zasiadał w jury konkursu obok Darcona pominąłbym je w wyborach nie zważając na walory literackie. Pasja pasją, ale jeśli chciałeś podzielić się swoją miłością do starożytności i antycznej kultury, to jednak nie takim tekstem w konkursie na opowiadanie fantastyczne na portalu poświęconym fantastyce.

Trochę mnie to kryterium dziwi. Nie chcę być niewolnikiem elfów i statków kosmicznych. Czy “Ballada o pewnej panience” Twardocha to fantastyka czy nie fantastyka? Osadzono ją w alternatywnych realiach historycznych, ale pierwsze skrzypce grają tam relacje między głównymi bohaterami.

Temat na dłuższą dyskusję.

Przy całym swoim (a może właśnie dlatego i z tego powodu) szaleństwie Twój Seleukos jest poniekąd świadomy roli, jaką odgrywa na scenie życia. Uwięziony w "antycznej tragedii" losu próbuje wypełnić swoje przeznaczenie, ale zarazem jakby wyrwać się z tej klatki. Okazuje się bezsilny, jednak będąc świadomym swojego przekleństwa wystawia Olimp na kolejne pozorne próby, badając granice swojego teatru życia i władzy oraz bezkarności.

Tu dotarłeś w gruncie rzeczy do sedna sprawy, i jako autor jestem bardzo zadowolony, że tak odebrałeś tekst, bo Twoja interpretacja jest całkowicie zgodna z myślą, jaką chciałem zawrzeć w opowiadaniu.

Nie ma więc boskiej obecności, tak ważnej w tamtej rzeczywistości i kulturze, nie ma też żadnych wydarzeń wykraczających poza ludzkie pojmowanie.

Hekatomba ze słoni, okręt z łaźnią i fikcyjne realia polityczne są elementami alt-historycznej kreacji świata i oto cała fantastyka w tekście.

Ingerencja bogów oczywiście wszystko by mi zepsuła, bo puentą utworu jest milczenie niebios. Moja polemika z konwencją tragedii polega właśnie na tym, że zbrodniarz uchodzi bezkarny, a deus ex machina nie pojawia się, by ferować wyroki i prostować ścieżki przeznaczenia.

Tekst trzyma poziom warsztatowy, stylistycznie nic nie zgrzyta, umiesz się posługiwać piórem i sprawnie opowiadasz swoją historię, zdanie po zdaniu. A każde jest dobre, nie ma takich, które brzmią fałszywie.

Duża w tym zasługa bety (zwłaszcza Tarninowej) i łapanki Reg – obie panie pomogły mi wypolerować styl i usunąć paprochy.

Jeśli już muszę jako czytelnik przebrnąć przez te nadmuchane kwestie uczestników tragedii, obce mi terminy itd. to oczekiwałbym pełnego zestawu, pójścia na całość, a nie półśrodków. A tymczasem narracja, pomimo określonych nazw własnych, zwrotów uznawanych za staroświeckie, gdzieniegdzie stylizowana nawet szykiem zdań, jest jednak współczesna w ogólnej formie

Masz rację. Nie miałem ambicji emulować antycznej tragedii. Seleukos to utwór współczesny w duchu i formie, który stylizacją nawiązuje do antycznego kanonu.

Jak Odprawa posłów greckich Kochanowskiego, którą zresztą wziąłem sobie za wzór. W tym dramacie czuć staropolskiego ducha mimo antycznych inspiracji, a język (co zrozumiałe) jest taki, żeby dawał się zrozumieć ówczesnemu odbiorcy. Trudno przecież oczekiwać, żebyśmy (obaj z Kochanowskim) imitowali starożytną grekę na łonie mowy polskiej.

I tak jak Kochanowskiemu, antyczny sztafaż służy mi do przekazania aktualnego komentarza społecznego. Imć Jan ganił ustami Antenora korupcję, krótkowzroczność polityków, rozprzężenie młodzieży. Ja chciałem opowiedzieć o epoce nadmiaru i dekadencji, gdy etyczny grunt usuwa się spod nóg. Dostatek i przejrzewanie kultury wydają się – według mnie – odcinać człowieka od podstaw jego egzystencji. Człowiek schyłku jest syty, ale nieszczęśliwy, odcięty od autentycznej pasji i skazany na małpowanie tego, co zostanie mu podsunięte jako treść kulturowa.

Coś takiego chciałem z grubsza pokazać.

Wobec tego podpisuję się pod wypowiedzią Jeroha i sądzę, że z tym sikaniem to się czepiasz :]

W imię artystycznych, literackich ambicji spróbowałeś się i zamierzyłeś z formą niewdzięczną i średnio atrakcyjną dla współczesnego czytelnika. I w moim odczuciu odniosłeś pyrrusowe zwycięstwo. I nie dziwisz się chyba, że przeważają opinie: świetny tekst, ale to nie moje klimaty.

Nie muszę trafić w gusta wszystkich czytelników i wcale nie zamierzałem. Wielką nagrodą jest dla mnie fakt, że pod opowiadaniem toczy się żywa dyskusja, i że wśród entuzjastów antyku tekst spotkał się z ciepłym przyjęciem.

Pyrrus to jeden z moich ulubionych bohaterów świata antycznego :D Dowódca prawie na miarę Aleksandra.

Lektura komentarzy okazała się dla mnie prawie równie ciekawa, jak samo opowiadanie.

Jerohu, dla mnie również dyskusja była bardzo zajmująca. Zwłaszcza odpowiadanie na pochwały, niezwykle ciekawe z mojej perspektywy ;D

Jak napomknąłem wyżej, chyba już wszystko zostało omówione. Swoje odczucia podsumuję zatem krótko: podobało się, zwłaszcza że ja z tych, którzy lubią starogreckie klimaty.

Jak już zapowiadałem, mam nadzieję jeszcze do tych klimatów powrócić.

Pozwolę się wtrącić. W średniowecznych kronikach są trzy czasowniki na oddawanie moczu:

mokrzyć, szczać, pikać.

Funkcjonowało też samo słowo mocz lub mokrz.

Ładne słówka. ;D

Nowa Fantastyka