- Opowiadanie: rogas - Nie tylko ogień spada z nieba

Nie tylko ogień spada z nieba

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Nie tylko ogień spada z nieba

Zagrzmiało gdzieś na wschodzie. Burza jest jeszcze daleko, mam czas. W tej chwili interesuje mnie inny dźwięk. Zbliża się, słyszę go coraz wyraźniej. Jego źródło lada moment powinno się pokazać.

– No dalej, chodź do mnie. – Wyjmuję strzałę i opieram ją na cięciwie. Nie naciągam jeszcze, jest za wcześnie. Jeśli zbyt długo będę trzymał napięty łuk, ręce szybko opadną z sił. Czekam.

Mija chwila i zza ruin wschodniej baszty wystrzeliwuje ciemny kształt. Wydaje charakterystyczne, klekoczące odgłosy. Każdy, kto słyszał ten dźwięk i przeżył, nigdy nie pomyli go z niczym innym.

– Mam cię. – Napinam łuk i wypuszczam strzałę. Trafiony! Grot przebił poszycie. Zaraz… To ustrojstwo wciąż leci! – No dalej, spadnij! Spadnij!

Przez chwilę mam wrażenie, że nic się nie dzieje. Może jednak spudłowałem? Maszyna podąża wciąż tym samym kursem.

Podrywam już rękę do kołczanu, gdy nagle Popielnik wpada w korkociąg. Klekoczące dźwięki stają się nieregularne, urywane. Wybiegam z kryjówki i patrzę, jak pikuje. Uderza w osmolone pozostałości po stajniach.

Ruszam zadowolony w stronę miejsca, gdzie spadł. Część nadpalonych krokwi złamała się i przygniotła wrak. Muszę je odrzucić, zanim się do niego dobiorę. Wyciągam je ostrożnie, jedną po drugiej, żeby reszta chybotliwej konstrukcji nie spadła mi na głowę.

 Grzmi coraz bliżej, ale wciąż mam czas. Zajmuje mi to chwilę, zanim bok maszyny zostaje odsłonięty.

– Chwila… Coś tu jest nie tak. – Opieram się stopą o wystającą deskę, żeby przyjrzeć się części dziobowej. – Nie ma dmuchawy.

Wszystkie Popielniki, jakie do tej pory widziałem, miały na dziobie metalową dmuchawę, przez którą mogły pluć ogniem. Ten ma gładki kadłub i żadnych rur po bokach. Widzę tylko mały otwór o poszarpanych krawędziach, który zrobiła moja strzała.

Przytrzymuję się jednego ze skrzydeł i wchodzę na rozbitą maszynę. Zbiornik ognistego płynu powinien być w środkowej części. Oczywiście, gdyby to był zwykły Popielnik. Pokrywa zbiornika jest na szczęście tam, gdzie powinna.

– Nie zawiedź mnie, przeklęty rupieciu. – Sięgam po nóż i próbuję nim podważyć metalową osłonę. Chwila zmagań i pokrywa wyskakuje ze swojego miejsca. – Co u licha?

Gnomka. W miejscu zbiornika z ognistym płynem zamontowane jest dziwne siedzisko, a na nim widzę najprawdziwszą gnomkę. Nie może być mowy o pomyłce, nikt inny nie mógłby być tak drobnej postury. Jest nieprzytomna. Po czole spływa jej krew, a w nodze sterczy ułamana strzała.

– Gnomka… – Czuję falę gniewu, która wzbiera we mnie szybko i wypełnia całe wnętrze. Ostrze noża jest już przy jej chudej szyi. Nie wiem, kiedy je tam przystawiłem. Tak niewiele brakuje, wystarczy drobny ruch ręki…

Znowu uderza grom. Tym razem znacznie bliżej. Dziwne, bo na niebie nie widać błysków. Czyżby? Nie, to niemożliwe… Wybiegam przed zgliszcza i spoglądam w niebo. Ogromny, szary kształt powoli wynurza się z chmur. Hardatiański statek powietrzny. Mam niewiele czasu.

Natychmiast zaczynam biec w stronę ruin wschodniej baszty. Ukryta w podłodze klapa unosi się z łatwością. Wrzucam łuk i kołczan do ciemnego otworu. Okręt jest coraz bliżej i zniża wyraźnie pułap. Muszę się śpieszyć. Dlaczego jeszcze nie wskakuję? Czemu się waham?

***

 Podłoże drży pod moimi stopami, gdy statek powietrzny zrzuca kolejne bomby. Ze szczelin na suficie sypie się pył, który pokrywa włosy szarym nalotem. Mimo grubej warstwy ziemi ogradzającej mnie od powierzchni, doskonale słyszę stłumione dźwięki kolejnych eksplozji, obracających w nicość ruiny i tak zniszczonego już grodu.

Gnomka jest dwukrotnie mniejsza ode mnie, ale przeniesienie jej przez wąski tunel sprawia nie lada kłopot. Byłoby łatwiej, gdyby była przytomna. Lub martwa.

Drgania maleją stopniowo, statek powietrzny oddala się coraz bardziej. Kiedy docieram do wspólnej sali nie słychać już wybuchów. Jestem tak zmęczony, że muszę oprzeć się o ścianę.

– Arjuk! – Słyszę wołającego mnie Wafnira. Podbiega do mnie i chwyta dłonią za ramię. –  Co tam się dzieje?

– Hardatiański okręt – tłumaczę, otrzepując kurz z włosów i ubrania. – Przybył ze wschodu. Zdążyłem uciec tuż przed tym, jak zaczął zrzucać bomby.

– Statek powietrzny? Tutaj? – Wafnir wydaje się bardziej zaciekawiony, niż wystraszony. Podczas wojny widziałem, jak ten potężnie zbudowany mąż jednym cięciem miecza przeciął w pół hardatiańskiego sipaha razem z wierzchowcem. Dziś, chociaż jego twarz pokryły już zmarszczki, wciąż czuję tę dawną siłę, gdy ściska coraz mocniej moje ramię.

– Urwiesz mi rękę, Wafnir.

– Wybacz, przyjacielu. Co on tu może robić? Od dawna nie przelatywał w tej okolicy.

– To nie koniec wieści. – Wskazuję brodą na wylot korytarza. – Zobacz, co spadło z nieba.

– Bogowie… – Wafnir odwraca nieprzytomną gnomkę na plecy i przygląda się jej twarzy. – Czy ja dobrze widzę?

– Była w Popielniku, który udało mi się zestrzelić.

– W Popielniku? – Oczy Wafnira rozszerzają się ze zdumienia.

– Siedziała w schowku na ognisty płyn. Kiedy zobaczyłem nadlatujący okręt, pomyślałem… Właściwie nie wiem, co pomyślałem. Powinienem był poderżnąć jej gardło.

– Nie! – Wafnir wstaje i kładzie mi dłonie na ramionach. – Dobrze zrobiłeś. Ona może się nam przydać.

– Przydać do czego? – Parskam śmiechem, w którym więcej jest gniewu niż radości. – To przez nią chowamy się pod ziemią, a nasze miasta spłonęły! Przez nią i jej podobnych!

– Ciszej! – Wafnir próbuje mnie uspokoić, ale mój wybuch zdążył już przyciągnąć uwagę zebranych w sali ludzi. – Zobaczymy, co powie, gdy się obudzi. Zwiąż ją mocno i niech ktoś opatrzy jej rany.

***

Nie pierwszy raz udaje mi się uniknąć śmierci, ale zawsze ogarnia mnie wtedy to samo, dziwne uczucie. Każdy kęs mięsa wydaje się wtedy smaczniejszy, a woda mniej mętna niż zwykle. Ciepło lampy grzeje przyjemnie, suche ubranie na grzbiecie jest równie dobre, jak królewskie szaty.

Gnomka co jakiś czas wierci się niespokojnie i coś mamrocze. W pierwszej chwili nie zauważam, że odzyskuje przytomność. Dopiero na dźwięk jej głosu chwytam gwałtownie za miecz.

– Gdzie… Gdzie jestem? – mówi bardzo cicho. To szok i osłabienie. Straciła trochę krwi.

– Jesteś bezpieczna. Przynajmniej na razie. – Kładę broń na kolanach, ale nie wypuszczam jej z dłoni. – Leż spokojnie i nie próbuj się uwolnić, gnomko.

– Czemu jestem związana? Co się stało? – Zaczyna szarpać się w panice.

– Leż spokojnie! Bo ci przyłożę, jeśli będę musiał!

Przestała się wiercić. Nie wiem, czy to przez władczy ton mojego głosu, czy widok klingi w mojej dłoni.

– Spadłaś. Wyciągnąłem cię z wraku tuż przed tym, nim spadły bomby.

– Ta strzała, która przebiła mi nogę… To byłeś ty!

– Masz szczęście, że nie przebiła ci głowy.

– Przez ciebie się rozbiłam!

– Co to za hałasy? – Przygarbiony Wafnir wynurza się z korytarza. – Po tych wrzaskach wnioskuję, że nasz jeniec odzyskał nie tylko przytomność. Czerwone policzki, napięte sznury… Szybko wrócił ci wigor, mała gnomko.

– Wypuście mnie! Nic nie rozumiecie!

– Właśnie po to tu jesteśmy. – Wafnir rozsiada się na podłodze obok mnie. – Żeby zrozumieć. Kim jesteś? Co robiłaś w Popielniku?

Gnomka przygląda nam się przez chwilę, jakby starała się nas ocenić.

– Mam na imię Estera. Uciekłam z pokładu sterowca, kradnąc jeden z lataczy. Chciałam dotrzeć na zachód, za Dymiące Góry. Wrócić do swoich.

– Wolniej, maleńka. – Wafnir mówi do niej spokojnie, jak do dziecka. Tylko, że ona nie jest dzieckiem. Gnomy pomogły hardatczykom zniszczyć nasz kraj. Zbudowały ten przeklęty statek powietrzny i Popielniki! Obróciły w popiół całe miasta i ich mieszkańców!

– Arjuk? – Głos przyjaciela cuci mnie, wyrywa z amoku. – Opuść miecz.

Oboje patrzą na mnie – gnomka jest przerażona, a Wafnir wyraźnie zaniepokojony. Opuszczam miecz i siadam z powrotem na ziemi. Nawet nie wiem, kiedy się podniosłem.

– Sterowiec… Masz na myśli hardatiański statek powietrzny? – pyta Wafnir.

– On nie należy do Hardat. Ukradli go nam. Zbudowaliśmy ten statek, żeby lepiej poznać świat. Móc odkrywać jego tajemnice. Hardatczycy oszukali nas i wzięli w niewolę. Zmusili, żebyśmy przerobili nasz okręt na broń, a potem zabili większość załogi. Zostawili tylko kilkoro spośród nas, bo sami nie potrafią go naprawiać i konserwować.

– Czemu uciekłaś? Czemu zostawiłaś tam swoich?

– Nikogo nie zostawiłam. Jestem ostatnia. Kiedy pozostali zginęli, co miałam do stracenia? Od tygodni przerabiałam potajemnie jeden z lataczy. Czekałam na okazję, żeby uciec…

– Daruj sobie łzy – Zaciskam pięści tak mocno, że nawet przez rękawice czuję, jak wbijają mi się paznokcie. – Wiesz ilu ludzi zabiły te wasze latacze? Kobiety i dzieci zamieniały się w słupy ognia na moich oczach! Budzę się w nocy, słysząc w głowie ich krzyki!

– Przykro mi…

– To nie wystarczy!

– Arjuk! To nie zwróci im życia! – Wafnir uspokaja mnie po raz kolejny. – Oni odeszli. Martwmy się o tych, którzy zostali.

Przytakuję. Mam już dość tego przesłuchania. Jestem zmęczony.

– Mówiłaś, że chciałaś uciec do swoich? Czy gnomy mogłyby nam pomóc? Może dać nam drugi statek, którym pokonalibyśmy hardatczyków?

– Nie. – Gnomka spuszcza wzrok. – Nie ma więcej sterowców. Po tym, co się stało, nie sądzę, żeby moi kuzyni chcieli więcej pomagać komukolwiek z zewnątrz.

– Daliście latający statek naszym wrogom. Maszynę, dzięki której zamordowali tysiące, a teraz po prostu umyjecie ręce? – pytam ze złością.

– Mogę tylko powiedzieć jeszcze raz, że jest mi przykro…

– Przykro ci? – Chwytam ją za gardło. – Daj mi choć jeden powód, żebym nie zgniótł cię tu i teraz, jak przejrzały owoc.

– Puść! To boli!

– To nie ma sensu, Arjuk. – Słyszę głos Wafnira. – Ją też chcą zabić. Statek przyleciał tu za nią. Zrzucił bomby, gdy się rozbiła. Jak sądzisz, dlaczego?

– Chcieli mieć pewność, że zginęła. – Rozluźniam uścisk i cofam powoli ręce. – I że nie zbuduje już więcej podobnej broni.

– Skoro nie może nam pomóc, to niech wraca do swoich. Tutaj nie może zostać. Jedzenia i wody starcza ledwo dla nas. Wyprowadź ją na powierzchnię.

– Chodź za mną. – Przecinam więzy i wyprowadzam gnomkę na wąski korytarz. Utyka przez ranną nogę.

Po chwili docieramy do większej komory. Pod ścianami leżą sienniki, na których tłoczą się brudni, mizernie wyglądający ludzie. Matki tulą do siebie dzieci na widok obcej, jakby chciały uchronić je od złego. Gnomka zatrzymuje się nagle.

– Tędy – Poganiam ją. Estera nie może odwrócić wzroku od wynędzniałych twarzy i oczu patrzących na nią ze strachem. W końcu ociera nos rękawem i rusza za mną w milczeniu.

Właz jest czymś przywalony. Mocuję się z nim chwilę, ale w końcu ustępuje. Wychodzimy z otworu i naszym oczom ukazuje się krajobraz po bombardowaniu. Ziemia porozrywana jest lejami. Ruiny kasztelu to teraz jedynie kupa gruzu, wokół której walają się kamienne bloki. Ostatni fragment zachodniego muru upadł i rozleciał się na kawałki, razem z przylegającymi do niego stajniami.

– Mój latacz! – Estera zaczyna biec niezdarnie do miejsca, w którym się rozbiła. Fragment kadłuba Popielnika wystaje spomiędzy szarych kamieni i poczerniałych belek. – Popatrz! Wybuchy nie uszkodziły go tak bardzo!

– I co z tego? – Pytam zniecierpliwiony. Chcę tylko już się jej stąd pozbyć.

– Chyba wiem, jak mogę wam pomóc.

 

***

– Nie sądzę, żeby zdołał odbić się od ziemi. – Trącam stopą odłamany fragment poszycia, żeby podkreślić swoje słowa. – Zmarnowaliśmy tylko czas.

– Taki z ciebie znawca? – Estera wysuwa głowę spod kadłuba. – Podaj mi lepiej klucz osiemnastkę. Nie to! Osiemnastka jest większa! Pokazywałam ci!

– Eh… – Przetrząsam jej rzeczy i znajduję wreszcie właściwy klucz. – One wszystkie wyglądają tak samo.

– Nie są takie same.

– Ten Popielnik to szmelc. Popatrz na niego. Bomba urwała mu dwa skrzydła.

– Śmigła. To są śmigła.

– Naprawdę sądzisz, że uda ci się go naprawić?

– Silnik i mechanika są sprawne. Spadłam, bo z przestrzeloną nogą nie mogłam sterować. Wybuch też nie wyrządził poważnych szkód. Powgniatał trochę poszycie, pourywał kilka części… Nic strasznego. Daj mi jeszcze tydzień, a będzie jak nowy. Wkrętak.

– Co?

– Podaj mi wkrętak. Gruba rączka z cienkim prętem.

– Co dalej? jak już skończymy go reperować? – Wygrzebuję ze skrzynki coś, co na pierwszy rzut oka przypomina opisywany przedmiot.

– Chyba chciałeś powiedzieć, kiedy ja skończę go reperować?

– Co wtedy? Podfruniemy do sterowca i będziemy do niego strzelać z łuku?

– Poszycie jest za grube. Wasza broń go nie uszkodzi. Mam inny plan. – Estera wyczołguje się spod maszyny. Jej twarz, dłonie i ubranie są pokryte czymś, co wygląda jak sadza. – Latacze są sterowane drogą radiową…

– Porusza nimi magia – przerywam jej w pół słowa.

– To nie jest magia. Zresztą, nieważne. Ten tutaj musiałam specjalnie przerobić, żeby móc kierować nim ręcznie, ale odbiornik i mechanizm sterowania wciąż są na miejscu.

– Czyli… Statek powietrzny wciąż może nim kierować?

– Jeśli im na to pozwolę, tak.

– W jaki sposób to ma nam niby pomóc?

– Nie rozumiesz? Załadujemy go ogniem alchemicznym, który zbieraliście z wraków, żeby zasilać swoje lampy. Kiedy sterowiec przyleci i wyśle latacze, nasz wmiesza się między nie i po powrocie na okręt…

– Wybuchnie… Myślisz, że to będzie takie proste? Musimy jeszcze zwabić tu sterowiec.

– To proste. – Estera wzrusza ramionami. – Rozpalimy ognisko.

***

Tydzień później latacz jest gotów, tak jak mówiła. Może nie wygląda tak, jak przed rozbiciem, ale przynajmniej może wznieść się w powietrze.

Ogień rozpaliliśmy o świcie. Nie wiem, co gnomka dodała do ognistego płynu, ale słup czarnego dymu wzbija się aż pod niebiosa. Kiedy używaliśmy go do zasilania lamp, w ogóle się nie kopcił.

– Największe ognisko, jakie kiedykolwiek widziałem – Wafnir przerywa ciszę, która zalegała od jakiegoś czasu.

– Jeżeli hardatczycy nie zobaczą tego dymu, to nie wiem, co innego mogłoby ich tu przyciągnąć. Nasi są gotowi?

– Jak tylko sterowiec się zjawi i zniży pułap, rozbiegną się do tuneli. Nie za wcześnie, żeby ci z góry mogli nas dostrzec.

– Wtedy wyślą na nas Popielniki. Są skuteczniejsze od bomb pośród tych ruin. Estera czuwa przy naszym lataczu.

Daleko na północy odzywa się grom.

– Wygląda na to, że już tu lecą. – Odwracam się do Wafnira i ściskam przyjaciela, wiedząc, że więcej możemy się nie zobaczyć. – Uważaj na siebie.

– Ty też, Arjuk. Nadlatują! Na pozycje!

Nie mamy na sobie szarych płaszczy, jakie zwykle nosi się na powierzchni. Nie tym razem. Czuję się nieswojo w kolorowym stroju, ale dzięki temu będziemy lepiej widoczni.

Kolejny grom, tym razem znacznie bliżej.

Sterowiec rozrywa jedną z chmur. Jego ciemny kształt wydaje się przesuwać powoli po niebie, ale to tylko złudzenie. Tak naprawdę pędzi w naszą stronę z zawrotną szybkością.

– Czekajcie na mój sygnał! – krzyczę do rozproszonych między ruinami ludzi.

Od potężnego cielska okrętu odrywają się nagle mniejsze kształty. Spływają po ciemnym niebie, jak liście opadające z drzew. Dopiero po chwili można rozpoznać charakterystyczne kadłuby Popielników. Z każdą sekundą przybliżają się do nas i ich sylwetki stają się coraz wyraźniejsze.

– Teraz! – krzyczę, kiedy są już na tyle blisko, że słyszę klekoczące dźwięki. Nasi ludzie rozbiegają się, pędzą do ukrytych wejść. Ćwiczyliśmy to wiele razy, ale i tak następuje chaos. Nie biegnę za resztą. Ruszam w stronę kasztelu, gdzie powinna czekać gnomka z lataczem.

 – Estero! Wypuść go! Wypuść teraz!

Pierwsze popielniki są już nad ziemią. Ich dmuchawy plują ogniem i choć jestem daleko, czuję żar na plecach. Słychać krzyki.

– Estero! – Wybiegam zza kupy gruzów, która kiedyś była ścianą zamku. Widzę, jak gnomka wsiada do latacza i zajmuje miejsce na swoim starym siedzisku. – Estero! Co ty wyprawiasz?

– Przepraszam. Nie ma innego sposobu. – To ostatnie słowa, jakie od niej słyszę, nim maszyna wzbija się do lotu.

Tuż obok mnie wybucha ściana ognia. Odskakuję, ale moje plecy zdążyły się zająć. Zrzucam płonący płaszcz i chowam się pod wystającymi z gruzów belkami. Wszędzie wokół szaleje pożar. Nie słyszę już krzyków. Ludzie albo uciekli, albo zginęli. Patrzę, jak latacz Estery wznosi się coraz wyżej, aż w końcu jest tylko maleńkim punktem na niebie, który zaraz znika w brzuchu potwora.

Nagle oślepia mnie blask, a niebo staje w płomieniach. Z ogromnego kłębu ognia wyłania się dziób sterowca. Oderwał się od reszty statku i sunie ku ziemi. Za nim lecą ogarnięte pożogą szczątki okrętu. Popielniki zaczynają spadać i jeden po drugim roztrzaskują się o twardy grunt.

– Dziękuję, Estero… – Unoszący się nad ruinami dym gryzie mnie w oczy, ale dopiero po chwili czuję, że po moich policzkach spływają łzy.

 

Koniec

Komentarze

W sumie bardzo porządnie napisane, jest jakaś akcja wiec nie przysypiałem jak czytałem. Bohaterowie są jak dla mnie zbyt archetypiczni i nie mają w sobie “życia” (Mądry starzec, porywczy młodzik i gnom mechanik) Gdyby udało Ci się tchnąc w nich barwę było by super. I choć zderzenie światów (łuk vs maszyna latająca) jest dosyć ciekawe i cieszy się popularnością to jednak dziś podjecie tego tematu wymaga znacznie więcej niż to co nam dałeś. Jeśli to wprawka literacka to jestem za. Jeśli pomysł na coś więcej to niech bohaterami nie bedą drewniane kukły.

Dialogi nie są zbyt porywające, w emocje nie zdążyłem się wczuć . Nazwa “Popielnik” bardzo udana i rodzi mały klimat. 

Nie wiem czy plecy mogą się zająć. ( 3 akapit od dołu) – Przemyśl tę frazę.

Te łzy na koniec, rozumiem katharzis poprzez sakarefajs. Lecz czy gniew Arjuka, któremu co noc śnią się pożogi nie prysł zbyt łatwo?

Wybiegam ze swojej kryjówki i patrzę, jak pikuje w dół. – swojej jest zbędne; pikować w dół to masło maślane, bo nie można pikować w innym kierunku

 

Uderza w osmolone kikuty, które kiedyś były stajniami i wybija otwór w poczerniałych resztkach strzechy. – coś mi tu nie gra. Jak rozumiem, stajnie zostały spalone, a na dachach miały strzechę. Ona zazwyczaj płonie doszczętnie, zwłaszcza jeśli prawie doszczętnie płonie konstrukcja – bo kikuty, to nie ściany, tylko szczątki. Te kilka spalonych budynków, krytych strzechą, które widziałam, potrafiły mieć wciąż ściany, ale dachu nigdy. 

 

Pod ścianami lezą sienniki, – literówka (dość zabawna)

 

Mocuje się z nim chwilę, ale w końcu ustępuje. – literówka

 

Zresztą, nie ważne. – nieważne

 

Troszkę dziwnie, ale i nawet ciekawie wygląda zestawienie “średniowiecznego” świata z technologicznie rozwiniętym najeźdźcą, nawet jeśli ta technologia jest zawłaszczona od kogoś innego. Z czego robili groty strzał i z czego były poszycia popielników, że tak łatwo dało się je przestrzelić? Przy okazji popielnika – dobra nazwa.

Tekst może nie porywa, ale jest całkiem przyzwoitą lekturą.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki za uwagi, zrobiłem trochę poprawek :)

Niezła fabuła, spodobał mi się naprędce opracowany plan. Mają jakiś cel i próbują go osiągnąć przy pomocy tego, co im spadło z nieba. Takim działaniom można kibicować.

Bohaterom przydałoby się trochę głębi, cech indywidualnych…

Jakim cudem gnomka przeżyła katastrofę samolotu? Bez katapulty, spadochronu itp. to było bardzo mało prawdopodobne.

– Eh…

Po polsku “ech”. W ogóle w polskim niewiele słów kończy się na samo h.

Babska logika rządzi!

Przy niejednym tekście to pisałam, ale cóż, powtórzę się – lubię, kiedy jako czytelniczka od razu jestem wrzucona w wir akcji. Niestety, tło historii jest tak szczątkowe, że nie wiem o co chodzi. Gnomy, ludzie i powietrzne statki – tyle pamiętam. Postacie też przewidywalne i można było się domyślić, że gnomka postanowi zrobić po swojemu. Pomysł na historię jest, ale trudno mi powiedzieć cokolwiek więcej.

Jakiś szkic świata jest, opowieść zmierza do niezgorszego finału, niby wszystko okej, ale… Cała historia wydała mi się poprowadzona na szybko, czytało mi się ją bardziej jak scenariusz albo streszczenie, niż tekst literacki. To po części wina niezbyt dobrych, trochę drętwych/sztucznych/mało wiarygodnych dialogów (a trudno o świetne dialogi, kiedy bohaterowie są, jak to trafnie ujął Dalekopatrzacy, “archetypiczni”), a po części wina faktu, że zmiana relacji między bohaterami przebiega zbyt gwałtownie. Może po prostu tekst jest za krótki i brakuje w nim kilku scen, w których ludzie stopniowo przekonują się do gnomki?

Bo na razie wygląda to tak: najpierw Arjuk niechcący omal nie zabija Estery, a ona prawie od razu stwierdza, że ok, spoko, zdarza się. Tymczasem ludzie w schronie kulą się na widok gnomki, zamiast rzucić się do linczu, choć przecież ich świat umarł przez takich jak oni. Arjuk przez chwilę się unosi, że jak to, gnomy są złe, ręka sama sięga po miecz, ale już zaraz jej wierzy. Za kulisami pozostali ludzie w magiczny sposób przekonują się do gnomki i niedługo później posłusznie wkładają kolorowe ciuszki, rozpalają wielkie ognisko i pozwalają jej wprowadzić w życie plan.

Wszystko dzieje się za szybko i niezbyt, w moim odczuciu, przekonująco.

Jeśli chodzi o język, jest w porządku, czyli całkiem zwyczajnie.

Świat przedstawiony zyskałby na wiarygodności i głębi, gdyby przemycić kilka okruchów lore, jakąś nazwę własną, jakiś zwyczaj albo przesąd, cokolwiek. Bo na razie ten świat to masa białych plam, które wyobraźnia czytelnika wypełnia, z braku innych bodźców, nijaką przeciętnością.

W skrócie, jako betujący widziałem, że potrafisz lepiej pisać :)

Doszedłem do wniosku, że mam problem z nadmiernym skracaniem tekstów. Zawsze wychodzą mi takie na 15-18 tys znaków, a czasem się w tylu zwyczajnie nie da opowiedzieć dobrze historii. W każdym razie mam nad czym popracować :) Serdecznie dziękuję za uwagi i komentarze!

Mieszane uczucia dyżurnego ;) Jest pomtsł na świat – może nie bardzo oryginalny (klimaty zderzenia dwóch całkowicie odmiennych poziomów cywilizacyjnych czy średniowiecza pomieszanego z technologią były u Strugackich, Le Guin czy Norton oraz rozlicznych klonów), ale dość sugestywny. Natomiast fabuła trochę szczątkowo-pretekstowa, a bohaterom przydałoby się więcej życia i osobowości. Przedpiścy zwrócili uwagę na sporo logiczno-fabularnych drobiazgów, które też bym przemyślała – motywacje bohaterów powinny być klarowne i przede wszystkim konsekwentne w obrębie świata i psychologii, a nie takie, jak autorowi wygodnie ;) Zwłaszcza że jak autor sam przyznał, za bardzo skraca, więc może rozbudowanie motywacji i historii postaci wyjdzie tekstowi na dobre.

Znaczy: potencjał jest, trzeba popracować nad szczegółami.

 

“Wskazuję brodą na wylot korytarza.” – podbródkiem?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dostrzegam tu pewien pomysł i mogę tylko żałować, że dane mi było przeczytać zaledwie dość oszczędny zarys historii, która, gdyby ją rozwinąć i tchnąć w nią więcej życia i akcji, mogłaby przerodzić się w całkiem zajmujące opowiadanie.

 

Zaj­mu­je mi to chwi­lę, zanim bok ma­szy­ny zo­sta­je od­sło­nię­ty.

Chwi­la… –> Powtórzenie.

 

– Arjuk! – Sły­szę wo­ła­ją­ce­go mnie Waf­ni­ra. Pod­bie­ga do mnie i chwy­ta dło­nią za ramię. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

– Gdzie… Gdzie je­stem? – mówi bar­dzo cicho. –> Skoro jest pytajnik, to chyba: – Gdzie… Gdzie je­stem? – pyta bar­dzo cicho.

 

Nie wiem, czy to przez wład­czy ton mo­je­go głosu, czy widok klin­gi w mojej dłoni. –> Czy oba zaimki są konieczne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka