- Opowiadanie: śniąca - Passio Musicae

Passio Musicae

Wiem, dopiero co krzyczałam na kilka osób, że dają obcojęzyczne tytuły… Na swoje usprawiedliwienie wyjaśniam, że mój jest nazwą własną, zapożyczoną z innego dzieła, o którym traktuje poniższy tekst.

 

Nie znajdziecie tu szalonej akcji, ni gwałtownych jej zwrotów. Czujcie się ostrzeżeni. Za to ten, kto tęskni za odrobiną spokoju i swoistej magii, to, mam nadzieję, że się nie rozczaruje.

 

UWAGA

Pod wpływem paru uwag czytelników skróceniu i przebudowie uległ początek w części Lato 2018. Mam nadzieję, że przy okazji niczego nie zepsułam. 

 

PS. Zdjęcia moje (nie żebym się chwaliła, ale by nie było wątpliwości co do praw autorskich).

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Passio Musicae

Lato 2018

 

W alejkach mieszało się światło lamp sodowych i coraz słabsze gasnącego dnia. Letni wieczór sprzyjał przechadzkom. Dwoje młodych, idąc powoli i trzymając się za ręce, co chwila mijało podobne im pary.

Dotarli na opustoszały placyk, na skraju którego błyszczała złotem w świetle lamp, zdająca unosić się w powietrzu, niezwykła instalacja. Przywodziła na myśl coś nie do końca określonego, coś dziwnie znajomego, czego znaczenie im w tej chwili umykało. Tak jak dobiegający z pomnika dźwięk, co do którego nie mogli się zgodzić, czy to zawodzenie, jak uważał młodzieniec, czy muzyka, czego pewna była dziewczyna.

Ta puściła dłoń towarzysza, podeszła bliżej i stanęła u wylotu jednej z rur składających się na grającą konstrukcję. Wiatr zmienił kierunek i uderzył w stalowe tuby z nową siłą. Muzyka ucichła, a jej miejsce zajął ptasi trel, wybijający się ponad szum liści. Kobieta wyciągnęła dłoń w stronę złocistej powierzchni, czubkiem palca dotknęła czegoś, co wyglądało jak odcisk rybiej łuski. W uszach zabrzmiał szum wody na kamieniach, plusk skaczącej ryby.

– Słyszysz? – wyszeptała, jakby w obawie, że głośniej wypowiedziane słowa spowodują, że czar pryśnie.

– Niby co?

Nie odpowiedziała, tylko gestem zaprosiła, by do niej dołączył. Młodzieniec posłusznie podszedł.

– Wsłuchaj się… Jestem pewna, że słyszę krzyki mew.

– W końcu jesteśmy nad morzem – odpowiedział, przytulając towarzyszkę. 

– Lepiej słuchaj swojej damy. 

Młodzi odwrócili się na dźwięk słów. Kilka kroków od nich stała starsza, nieco pulchna kobieta, ubrana w elegancki, niebieski płaszczyk do kolan. Na stopach miała czółenka na niewielkim obcasie, a na głowie burzę ufarbowanych na ciemno włosów. Uśmiechała się lekko. Zanim którekolwiek zdążyło odpowiedzieć, kobieta kontynuowała, wciąż zwracając się do mężczyzny:

– Jeśli chcesz mojej rady, to zamknij oczy i pozwól dźwiękom po prostu płynąć.

Młodzieniec posłusznie przymknął powieki, dziewczyna zrobiła to samo. Stali, trzymając się za ręce i wsłuchując w echo północnego sztormu, porykiwania niedźwiedzia, szelestu jesiennych liści, dzwonki sań. Gdzieś w tle starsza pani zaczęła opowieść. Słowa mieszały się z muzyką natury.

 

1962

 

Eilę Hiltunen obudziły wibrujące dźwięki trąbek, które wwiercały się w umysł i dzwoniły w uszach. I chociaż ze snu pamiętała zaledwie skrawek wypełniającej go melodii, potrafiłaby rozpoznać ją wszędzie. Muzyka Sibeliusa od miesięcy rozpraszała ciszę pracowni i towarzyszyła Eili całymi dniami, inspirując i pomagając się skupić.

Kobieta uniosła ciężkie powieki. W sypialni było całkiem ciemno, nie wiedziała, czy to z powodu pory, czy zamkniętych okiennic. Częściowo rozbudzona, niewyspana po pracy ciągnącej się długo w noc, była pewna, że wciąż słyszy nuty suity „Karelia”. Jednak zamiast gry orkiestry, ciszę nocy przecinały piski fujarki.

Starając się nie obudzić męża, Eila wyśliznęła się z łóżka, zarzuciła na ramiona szlafrok i boso podążyła za dźwiękami instrumentu.

Na skraju biurka ktoś siedział i grał, odwrócony do wchodzącej bokiem. Eila stanęła w progu pokoju, przyglądając się niewielkiej sylwetce, odcinającej się na tle rozświetlanego przedświtem okna.

Niski człowieczek w końcu zorientował się, że nie jest sam. Przerwał grę, odłożył fujarkę i uśmiechnął się do kobiety.

– Podoba nam się twój pomysł. – Machnął trzymającą instrument dłonią w stronę rozrzuconych na blacie szkiców i projektów. – Tak bardzo nam się podoba, że postanowiliśmy ci pomóc go zrealizować. Zwłaszcza że czujemy się też do tego zobowiązani wobec wielkiego Jeana. Będziemy w kontakcie.

Eila, milcząc, wciąż stała w drzwiach, obejmując się rękoma i zastanawiając, czy to jednak nie jest sen. Zerknęła na wiszący na ścianie zegar. Dochodziła czwarta rano.

Skrzat zamajdał odzianymi w botki ze skóry renifera nogami, po czym zeskoczył zwinnie na podłogę. Stare deski nawet nie drgnęły pod niewielkim ciężarem. Wyciągnął wetkniętą za pas ozdobną czapkę, wyszywaną liśćmi paproci, i ruszył w stronę wyjścia. Mijając w drzwiach gospodynię, pokłonił się na pożegnanie, prawie zamiatając pomponem przy czapie podłogę, i po prostu zniknął.

Nic już nie przerywało ciszy. Eila podeszła do biurka, usiadła przy nim i zaczęła przesuwać i przeglądać rysunki. W pewnym momencie trąciła dłonią obcy przedmiot. Ujęła w dwa palce miniaturową fujarkę, z pietyzmem wydrążoną w drewnie, którego gatunku nie rozpoznała. Zaczęła przyglądać się instrumentowi w pierwszych promieniach słońca wpadających przez niczym nieosłoniętą szybę. Spojrzenie kobiety zaczęło wędrować między zdobionym kawałkiem drewna, a jednym ze szkiców.

Po chwili grafit zostawił nowy ślad na papierze. I kolejny, zakrywający wcześniejsze kreski, zmieniający ich znaczenie i kształt.

W końcu ołówek wypadł ze zmęczonej dłoni, ciężkie powieki opadły, a czarne, półdługie włosy rozsypały się na kartki, gdy głowa oparła się o blat. Piszczałka stoczyła się poza biurko, spadła i utknęła w szczelinie podłogi pod ścianą.

Trzy godziny później, stojąc przy kuchence i chłonąc zapach parzącej się kawy, Eila zastanawiała się, co było snem, a co jawą. Czy w ogóle kładła się do łóżka? Czy może jednak zasnęła przy pracy i przy biurku spędziła całą noc, a wizyta menninkäinena była jedynie sennym majakiem? Gdy pomyślała o projekcie, poczuła nerwowe ssanie w żołądku. Myśli od razu zdryfowały w kierunku konkursu.

Z zaskoczeniem przyjęła wiadomość, że poza oficjalną piątką finalistów, wybranych spośród pięćdziesięciu zgłoszeń, jej praca została dodatkowo zakwalifikowana do drugiego etapu. Postanowiła więc dać z siebie wszystko.

Zawahała się przez chwilę w momencie pakowania dokumentacji projektu do koperty, ale ostatecznie włożyła najnowszą wersję. Sama dobrze widziała, jak bardzo różniła się od pierwotnej wizji, jak bardzo się rozwinęła. Ze zbitej, gęstej grupy rur przypominających organy wyewoluował lekki, prawie zwiewny kształt, który samej Eili kojarzył się z brzozowym zagajnikiem.

 

Ogłoszenie Komitetu o wyborze projektu Eili Hiltunen, który zatytułowała „Passio Musicae”, stanowiło jej prywatne święto, ale też początek ciężkiej pracy. I walki. Nie dało się ukryć, że znaczna część społeczeństwa nie była zadowolona z decyzji jurorów. Awangardowy pomysł, stojący w opozycji do klasycznych rozwiązań, nie mógł pomieścić się w głowach obywateli.

Jednak do Eili docierały jedynie słabe echa protestów. Rzeźbiarka zamknęła się w warsztacie na Lauttasaari i zabrała do pracy, prawie całkowicie odcinając się od świata zewnętrznego. Do pomocy miała jedynie młodego metalurga, Emila Kukkonena, i nową zdobycz techniki – spawarkę MIG.

Tak jej się przynajmniej wydawało.

 

Grudzień 1963

 

Sylwester tego roku był wyjątkowy. Prawdopodobnie nie byłby taki, gdyby Emil towarzyszył jej tego dnia i w porę przypomniał o dacie i wieczornych zobowiązaniach. Jednak artystka dała pomocnikowi wolne, by sam przygotował się do świętowania.

Najpierw Eila zapomniała o bożym świecie i czekającej na nią rodzinie, pochłonięta pracą. Miała tylko uporządkować papiery, ale błyszcząca stal rur przyciągała ją z siłą, której kobieta nie potrafiła się oprzeć. A gdy w końcu, już na granicy spóźnienia, zrzucała z siebie roboczy kombinezon, odwiedził ją menninkäinen. Ten sam, który wiele miesięcy wcześniej w jej domu urządził nocny koncert.

– Zaczynasz prace? To świetnie. Jak wspomniałem poprzednim razem, chcemy ci pomóc.

– My? – zapytała Eila, odkładając kombinezon i zarzucając na ramiona sweter.

– My, czyli Suomi i wszystkie jej istoty. Wielki Jean oddał także nam hołd swoją muzyką, nawet jeśli nieświadomie i wyłącznie z ludzko patriotycznych pobudek. Chcemy się odwdzięczyć. Projekt jest genialny w kształcie, ale martwy. A powinien żyć. Możesz go ożywić z naszą pomocą.

– Naszą? – Czarne brwi lekko się uniosły. Kobieta skrzyżowała ręce na piersiach i ze stoickim spokojem spoglądała z góry na skrzata. Artystki o bogatej wyobraźni nie zdziwiła za bardzo wizyta legendarnej istoty. Nawet teraz, na początku drugiej połowy dwudziestego wieku, wszystkie baśniowe stworki i duchy wciąż były żywe w ludzkich wierzeniach. Dlaczego więc nie mogły być prawdziwe?

– Ach! No tak, nie przedstawiłem się. – Skrzat pacnął się dłonią w czoło, aż mu się nieco zsunęła czapka. Zamiast ją poprawić, ściągnął z głowy i kłaniając się szarmancko, powiedział: – Ponieważ od urodzenia byłem wspaniały, matka nazwała mnie Mainio i od tamtej pory noszę takie miano. Zostałem oddelegowany przez Finlandię i jej nie-ludzkich mieszkańców…

– Takich jak ty? – Eila przerwała mu w pół zdania.

– Nie tylko. – Mainio uśmiechnął się szeroko. – Reprezentuję także zwierzęta, rośliny, jeziora, góry, równiny… Całego, bogatego różnorodnością, ducha kraju. Każdy wesprze, jak będzie mógł, przelewając swoją część w twoje dzieło. Daję ci na to moje słowo, słowo menninkäinena.

I rzeczywiście skrzat słowa dotrzymał. Co jakiś czas odwiedzał pracownię rzeźbiarki, przynosząc podarki z różnych zakątków kraju.

 

Styczeń 1966

 

Drzwi warsztatu uchyliły się z cichym skrzypnięciem, który uszedł uwadze Eili, zajętej spawaniem. Skrzat przecisnął się wąską szparą i stanął przy wejściu, nie zważając na wlatujące za nim płatki śniegu. Najpierw sprawdził, czy po warsztacie nie kręci się Emil. Gdy nigdzie nie spostrzegł blond czupryny pomocnika, zrobił krok w głąb pomieszczenia. Był tu nie pierwszy raz, ale zawsze zadziwiał go pozorny chaos panujący w pracowni. Stosy stalowych tub o różnych długościach i średnicach z miesiąca na miesiąc zmieniały położenie razem z kształtem. Przybysz trzymał w dłoniach zdjętą z ramienia torbę, ale nie otwierał jej, tylko przyglądał się artystce.

Eila siedziała okrakiem na rurze. Zza skrywającej twarz maski wystawały kosmyki czarnych włosów. Rażące bielą iskry strzelały dookoła i wypalały mikroskopijne dziurki w nogawkach czerwonego kombinezonu i połach starej, skórzanej kurtki, skwierczały na zimnej stali sąsiednich elementów. We wnętrzu warsztatu unosił się charakterystyczny zapach.

Zimny podmuch owionął Mainio, który wzdrygnął się, naciągnął głębiej na uszy czapę z pomponem i zatrzasnął za sobą drzwi. Eila uniosła głowę. Wyłączyła spawarkę i odłożyła na bok, zsunęła maskę, odsłaniając zmęczoną twarz i zaczerwienione, podrażnione oparami metalu oczy.

– Witaj, Mainio. Dawno cię nie było. Co mi dziś przynosisz?

– Oj, dawno, dawno. Ciągła wędrówka w tę i nazad przez zaspy jest mało przyjemna. Za to mam dla ciebie prawdziwe cudeńka.

Skrzat podszedł bliżej. Nierdzewna stal błyszczała złociście w świetle żółtych żarówek podwieszonych pod sufitem na luźno zwisających kablach. Eila zsunęła się na podłogę, przeciągając się i z lubością rozprostowując kości. Gestem wskazała stojący w kącie stolik, zawalony papierami, które natychmiast zgarnęła, robiąc nieco wolnej przestrzeni. Od razu postawiła tam termos i dwa różnej wielkości kubki. Usiadła na krześle, a skrzat z wprawą wdrapał się na stos skrzynek.

Mainio zaczął grzebać w torbie.

– Tu masz dzwonek z sań Joulupukki. Na początku trochę marudził, ale w końcu dla wielkiego Jeana poświęcił jeden. A tu jest śnieżynka z Koła Polarnego – powiedział gość, kładąc na blacie, obok srebrnego dzwonka, zamknięty w górskim krysztale płatek śniegu. – Od niej chyba musisz zacząć, żeby nie zdążyła stopnieć. Chociaż masz tu taki ziąb, że i do wiosny pewnie mogłaby przetrwać – dodał, zacierając zmarznięte ręce. – Jak ty tu wytrzymujesz?

– Trzymaj. – Eila podała gościowi gorące glöggi. – To ci poprawi humor. Jakoś wytrzymuję, praca mnie rozgrzewa. Co tam jeszcze masz?

Skrzat nie odpowiedział, bo ręce i usta zajęte miał kubkiem. Z głośnym siorbaniem pił aromatyczny napój, a z każdym łykiem jego zaczerwienione od mrozu oblicze rozjaśniało coraz większe zadowolenie.

– Zaraz, zaraz. Przepyszny przysmak. – Odstawił puste naczynie i wierzchem futrzanego rękawa przetarł usta. Wyjął kolejny kryształ, który migotał delikatnie zmieniającym się światłem. Nic nie mówiąc, podał go zaciekawionej artystce.

Eila przyglądała się przez chwilę feerii barw, zieleni przenikającej się z fioletem, oranżem, błyskającej miejscami bielą. Fala kolorowego światła przelewała się przez wnętrze minerału.

– Przepiękna… – szepnęła zachwycona kobieta. – Już dawno takiej nie widziałam.

– Bo za rzadko opuszczasz miasto. Powinnaś wybrać się na północ, w tundrę. Wiesz, że Kied-Kie-Jubmel zapewniłby ci transport, a zaprzyjaźnieni Saami nocleg. Kilka dni odpoczynku…

– Nie mogę, mam za dużo pracy. Sam się zresztą do niej dokładasz, przynosząc coraz to nowe, niezliczone fanty. – Eila uśmiechnęła się, zawadiacko mrugając okiem.

– À propos niezliczoności, chyba jednak przesadzasz, da się to policzyć. Ile już mamy? Dwieście?

Artystka wygrzebała ze stosu papierów niepozorny notatnik w szarej okładce. Przekartkowała go, znalazła odpowiednią stronę i powiedziała:

– Doliczając dzisiejsze elementy, mamy trzysta czterdzieści osiem.

– Aż tyle? – zdziwił się menninkäinen. – Nie pamiętam, żebym kursował do ciebie aż tak często…

– Bo nie kursowałeś. Część elementów dostarczyli inni. Za każdym razem miałam wrażenie, że robią to tylko dlatego, żeby mnie sobie obejrzeć, jak jakiś eksponat. Dziwnie się z tym czułam.

– Sławna jesteś, to dlatego. Cały kraj cię podziwia i chce wziąć udział w tym przedsięwzięciu. No dobrze, my tu gadu gadu, a przecież ciebie czeka robota, a mnie droga powrotna nad Kukkolankoski, do domu.

Mainio zeskoczył ze skrzynek, przewiesił torbę przez ramię, poprawił czapkę i ruszył do wyjścia.

– Pozdrów żonę! – Eila zdążyła jeszcze zawołać, zanim zniknął w ciemności zimowego południa. Dopiła swoje glöggi, dopisała w notesie trzy nowe elementy. Dzwonek i świecący kryształ schowała do szuflady, do innych, jeszcze nie wykorzystanych artefaktów, a śnieżynkę zabrała ze sobą.

Ponownie wdrapała się na stos połączonych ze sobą rur, usiadła okrakiem na jednej z nich i wróciła do przerwanej pracy. Obracała w palcach minerał i, zerkając na dotychczasowe postępy, zastanawiała się przez chwilę, jak wkomponować w tubę płatek śniegu.

W końcu wyjęła z kieszeni kurtki nożyk z diamentowym ostrzem, który przy jednej z wizyt podarował jej Mainio, i ostrożnie rozcięła kryształ. Pozwoliła, by śnieżynka opadła na zimną powierzchnię. Zamrożona w fantastyczny, skomplikowany, lodowy wzór kropla przywarła do stali, migocząc srebrzyście. Eila ujęła w dłoń uchwyt spawarki, przysunęła końcówkę do płatka. Łuk zajaśniał oślepiającym światłem, rozgrzana stal zaczęła się odkształcać, wchłaniając stopiony płatek.

 

Maj 1964

 

Trzy krople wody z jeziora Puruvesi spłynęły z miniaturowego flakonu na rozgrzany metal. Zaskwierczało, zasyczało. Biała mgiełka zawirowała, ale zamiast rozwiać się, zwinęła w spiralę i wkręciła w postrzępiony brzeg świeżo powstałego otworu.

 

Luty 1966

 

Żywe srebro popłynęło cieniutką strużką, która w akompaniamencie ledwo dosłyszalnego dźwięku dzwonka stworzyła na powierzchni stali błyszczącą kałużę. Strumień zimnej wody, smuga pary, syk stygnącego szybko metalu. I znów rozświetlony łuk i stal wymieszała się ze srebrem, tworząc nieregularny wzór.

 

Sierpień 1964

 

Połyskliwa łuska z grzbietu łososia z Kukkolankoski idealnie zlewała się z fakturowaną powierzchnią. Szkoda było ukrywać ją wewnątrz. Wymagało to szczególnej ostrożności, delikatności i dokładności, ale łuska w całości została przyspawana do wierzchu niejednolitej tekstury, stając się jej częścią.

 

Marzec 1966

 

Gdy przecięty kryształ rozpadł się, roztańczone światło rozlało się po warsztacie. Sunęło pod sufitem, wzdłuż ścian, wokół drewnianych podpór. Przelewało się przez stosy rur i spływało z nich niczym barwny wodospad. Za światłem pogonił śmiech. Po chwili kobieca dłoń chwyciła zielone pasmo i pociągnęła. Kolorowa wstęga posłusznie owinęła się wokół tuby. Barwne światło zblakło, przyćmione blaskiem rozżarzonego łuku, wciskającego smugę w głąb stali.

 

Kwiecień 1965

 

Trącony palcem biały brzeg lotki zabrzmiał echem trelu rokitniczki, który zgubił się w grzmocie, jaki przetoczył się przez warsztat, gdy potrącony przypadkiem stos rozpadł się, rozsypał po podłodze. Po chwili w powietrzu rozniósł się zapach palonego pióra, a ptasi świergot rezonował w wibrującej ledwo wyczuwalnie konstrukcji.

 

Styczeń 1967

 

Czerń polarnej nocy rozlała się między nierównościami nadtopionej stali, przepłynęła przez poszarpany brzeg wypalonego otworu. I tak zastygła, kryjąc się w cieniach chropowatej powierzchni.

 

Wrzesień 1965

 

Ten artefakt dostarczył osobiście Kied-Kie-Jubmel, który zjawił się pod postacią rena. Potrząsnął łbem, zahaczając koroną o zwisające z sufitu kable. Grzebnął, a gdy podniósł nogę, na drewnianej podłodze został cień kopyta.

Dwie dłonie delikatnie objęły go i przeniosły do wnętrza rozciętej tuby. Ciepły oddech rozwiał fantom, a jego strzępki osiadły na ściankach.

 

Lato 1967

 

Ostatni, sześćsetny element został zaklęty w stali. Ostatnia, sześćsetna rura dołączyła do jednego z czternastu około dwutonowych elementów składowych projektu. Czternaście ciężarówek ruszyło w stronę mostu i centrum Helsinek, by po przejeździe przez miasto zostawić ładunek w Parku Sibeliusa.

Eila osobiście nadzorowała przygotowujących teren i montujących całość robotników. Kręciła się między nimi, co rusz poprawiając opadającą szelkę niebieskich spodni roboczych. Sama też wciąż pracowała ze spawarką, łącząc poszczególne bloki w jedną całość. Lato mijało, siódmy września zbliżał się wielkimi krokami. Do tego czasu wszystko musiało być gotowe.

Z każdym dniem konstrukcja rosła i nabierała kształtu. Z każdym dniem Eilę rozpierała coraz większa duma. Z każdym dniem coraz mniej ludzi narzekało na jej awangardowy styl. Do usatysfakcjonowania części z nich wystarczyło prawdziwie ludzkie, pełne powagi i zadumy oblicze kompozytora, które zwieńczyło szczyt naturalnego, skalnego piedestału.

Aż nadszedł najważniejszy dzień – dzień odsłonięcia pomnika. Przewodniczący Towarzystwa Sibeliusza J.E. Niemi i prezydent Finlandii Urho Kekkonen wygłosili płomienne mowy, ale artystka ich nie słyszała. Wsłuchiwała się w muzykę Jeana Sibeliusa, w szum drzew, trele ptaków, szmer strumieni, w popiskiwania nowo narodzonych zwierząt, huk przelewających się przez progi rzeczne wody, w ciszę polarnej nocy. To wszystko spływało na nią, stojącą pod pomnikiem, ubraną w niebieski płaszczyk. I chociaż do oczu napływały jej łzy, uśmiechała się. Miała wrażenie, że cała Finlandia szepce jej na różne sposoby i różnymi głosami: „Dziękuję”.

 

***

 

– Zawsze lubiłam tu przychodzić. Passio jest takie samo, jak tamtego wrześniowego dnia, nic się nie zmieniło. – Westchnienie kobiety brzmiało jak szept wiatru, ledwo dosłyszalne. – Ukochane dziecko zawsze zostanie ukochanym dzieckiem.

Młoda para otworzyła oczy i odwróciła się, ale nieznajomej już nie było. Pozostały tylko refleksy światła, grające na przywodzącej na myśl polarną zorzę konstrukcji. I echo melodii. I oddalające się, charakterystyczne klikanie reniferowych kopyt.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

O ja cię, ale to piękne!

No i co tu można powiedzieć? Śliczne, nastrojowe, romantyczne. Po prostu – cudne!

I tak tylko pomyślałem – a u nas? Kto przyniósłby coś i komu? Ech, szczęsna Finlandio…

Ale – nie byłbym Staruchem, gdybym nie zadawał dociekliwych pytań ;):

– “znaczenia nie umiała w tej chwili złapać” – znaczenia się łapie? A może – pojmuje?;

– “nie wyspana po pracy ciągnącej się długo w noc” – jak dla mnie “niewyspana”;

– “Każdy wesprze, jak będzie mógł, by przelać jego część w twoje dzieło” – hm, a to nie tak – “Każdy wesprze, jak będzie mógł, przelewając swoją część itd itp”?;

– “Odstawił puste naczynie” – to już tak trochę z logiką na bakier: skoro skrzat wypija, ot tak, kubek napoju, gdzie się w nim to mieści? to jakby człowiek wypił od strzału beczkę wody np. Coś mi tu nie gra;

– “zahaczając koroną” – czy ten Reni Król nosi koronę, czy zahacza po prostu porożem (wieńcem)?

 

W każdym razie – cudnie magiczne, Śniąca! A Sibeliusa to muszę zdaje się posłuchać ;)!

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Dziękuję, Staruchu! Za piękne słowa i za uwagi. Część już poprawiłam (takie banały, że aż mi głupio). Skrzat nie ma paru centymetrów wysokości ;), do tego wydawało mi się, że rozmiar naczyń nie jest na tyle istotny, by o nim wspominać, zostawiając takie drobiazgi w domyśle. Jednak ociupinkę zmieniłam. 

Co do korony – tak, trącał koroną, czyli tym rozgałęzieniem poroża/wieńca, które jest na samym szczycie – nie wiem, jak to opisać. To miało mieć podwójne znaczenie – dosłowne jako element poroża i w pewien sposób metaforyczne – boska korona reniferowego boga. To więc zostaje bez zmian. 

 

Sibelius stworzył największe dzieła na przełomie XIX i XX wieku, komponował muzykę romantyczną, mocno patriotyczną (Finlandia znajdowała się wtedy pod panowaniem rosyjskim). Nie wiem, czy taki rodzaj muzyki będzie każdemu pasował :) 

 

 

Edyta.

Co u nas? Też się pewnie coś znajdzie, ale muszę mieć natchnienie (coś mi się tam tłucze pod sufitem, ale jeszcze za wcześnie, żeby mówić o konkretach). A ten “obiekt” idealnie zgrał się z moim hasłem.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca – po prostu śliczne. Przepłynęłam przez Twoje opowiadanie jak przez morze pełne gwiazd, hmm… nie przepłynęłam, ja utonęłam w magii…

I zdjęcia też przepiękne.

Klikam, nominuję i życzę powodzenia w konkursie :)

Katiu, bardzo dziękuję i cieszę się, że udało mi się zabrać Cię w magiczną podróż, nawet jeśli zakończyła się utonięciem ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Fajna konstrukcja i ładną historię do niej domyśliłaś. Na swój sposób z lokomotywą było podobnie…

Faktycznie, z fabułą gorzej. Dostajemy tylko pomysł na pochodzenie pomnika i opis jego konstruowania. Interesujący, podniosły… Skrzat (czy jak tam on się po ichniemu nazywał…) pomagający ludziom to już bardziej standard.

No, niech będzie.

Początek wydaje mi się nadmiernie rozbudowany. To prawie przewodnik po Helsinkach – a którędy szła, a to, a tamto…

Babska logika rządzi!

Maruda marudzi, ale klika daje ;) Dzięki za jedno i drugie.

Wiem, że jak zacznę cokolwiek o podróży, to rozpędzam się łatwo i nie umiem skończyć. I tak nie wspomniałam nawet słowem o Sofiankatu Street Museum. Przemyślę to jutro (albo dziś później) na spokojnie i może coś wytnę.

I rzeczywiście lokomotywa była małą inspiracją, gdy tylko zobaczyłam hasło. Przynajmniej ściągam sama z siebie ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zazgrzytało mi: zdziwił go pozorny chaos, przepyszny przysmak. Szukam słów do skomentowania i nie mogę znaleść. Niby miło, niby okej. Ja nie lubię tak onirycznie.

edit po 30 min. Po za pomysłem nie widzę w tym tekście nic ciekawego.

Dalekopatrzący, tekst nie trafia w Twój gust, trudno, z tym nie jestem w stanie nic zrobić, ale dziękuję, że mimo wszystko zostawiłeś komentarz. 

Przepyszny przysmak jest zamierzone – tak mówi postać i już. Co do drugiego, to zadziwiał, nie zdziwił – to jest różnica, może niewielka, ale zawsze. Co więc jest nie tak z wyrażeniem zadziwiał go pozorny chaos? Możesz doprecyzować nieco, bo nie mogę nic dostrzec? 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Klik za pomysł na historię pomnika. Marudzenie za brak fabuły… ;-)

Babska logika rządzi!

Ostrzegałam, że akcji nie ma (co ma wypływ na kształt fabuły)? Ostrzegałam, więc jestem kryta :D

Sama bardzo lubię fabułę i jak coś się dzieje, ale często, jak czytam tu niektóre teksty, to widzę, że daaaaleko mi strasznie do wymyślania ciekawych akcji. Co nie znaczy, że nie próbuję tego naprawić ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Z tym kryciem to nie przesadzaj. ;-)

Ostrzegałaś, że nie ma szalonej akcji…

Babska logika rządzi!

Ada patrzyła na mijaną wyspę przez przymgloną drobinkami wody szybę, przez co rozmyty obraz wyglądał jeszcze bardziej baśniowo, niż przy poprzedniej wizycie

Wiesz, można by to skrócić, np.: Zza przymglonej od wody szyby wyspa wydawała się jeszcze bardziej baśniowa, niż kiedy Ada była tu poprzednio. Nie upieram się przy tym – pokazuję tylko, jak sama bym napisała.

 Przy okazji wcześniejszych podróży unikała

Przy okazji podróży do Finlandii odwiedziłam także Szwecję – ale w czasie podróży zatrzymałam się w hotelu. OK?

 wypowiadali się z czcią

O parku? To chyba przesada.

 obiecując, że, gdy

Wydaje mi się, że powinno być: obiecując, że gdy – bo "gdy odkryje sekret" nie jest wtrąceniem.

 Zboczyła lekko z głównej drogi

Uwaga, bo się czepiam – zboczyła nieco. Albo troszkę. "Lekko" można tańczyć, ale zastępowanie nim każdego "troszkę", "odrobinę", "nieco" itp. – nie.

 mieszało się światło lamp sodowych i coraz słabsze zmierzchu

Zmierzch świeci?

 mijała trzymające się za ręce pary i całe rodziny

Jeśli rodziny trzymały się za ręce, to OK. Jeśli nie, przesuń je przed trzymanie.

 na skraju którego błyszczała złotem w świetle lamp, zdająca unosić się w powietrzu, niezwykła konstrukcja

Nie robiłabym tego wtrąceniem – raczej tak: na skraju którego migotała złociście konstrukcja niemal polatująca w powietrzu.

 stanęła u wylotu jednej z rur składających się na grającą kompozycję

Mogłabyś to trochę wyraźniej opisać? I "kompozycja" to raczej sama muzyka, niż to, co ją gra (dzwonki? organy? czytając dalej widzę, że chodzi o pomnik – ale tutaj to nie jest tak jasne, jak mogłoby być).

Muzyka ucichła, a jej miejsce zajął ptasi trel

Czy muzyka ma miejsce? Wiem, metafora. Ale mimo wszystko.

 Pojedynczy podmuch

Wystarczy "podmuch" – sama gramatyka wskazuje na pojedynczość.

 Ada odwróciła się na dźwięk słów.

Wiemy, czemu się odwróciła.

 Uśmiechała się lekko.

Znów "lekko" – a może nieznacznie? Pod nosem?

 skrawek wypełniającej go melodii

Nie wiem, czy melodię można pokroić. Chociaż "strzęp" by mnie nie raził, więc może się czepiam.

 nie wiedziała, czy to z powodu pory, czy zamkniętych okiennic

Ja dałabym: nie wiedziała, czy jest jeszcze noc, czy za zamkniętymi okiennicami nie wzeszło już słońce.

 zamiast orkiestry, ciszę nocy przecinały piski fujarki.

Coś mi tu nie pasuje, ale nie mogę tego uchwycić.

 wyszywaną liśćmi paproci

Liśćmi – czy we wzorek liści?

 Spojrzenie kobiety zaczęło wędrować

Może: przeskakiwać?

poza oficjalną piątką finalistów, wybranych spośród pięćdziesięciu zgłoszeń, jej praca została dodatkowo zakwalifikowana do drugiego etapu

Hmm? Praca – poza piątką? Nie widzę, co masz na myśli.

 organy, wyewoluował

Tu przecinek niepotrzebny.

 Awangardowy pomysł, stojący w opozycji do klasycznych rozwiązań nie mógł

A tu potrzebny, bo wtrącenie: Awangardowy pomysł, stojący w opozycji do klasycznych rozwiązań, nie mógł.

 spawarkę MIG

Znani mi majsterkowicze nazywają to urządzenie migomatem.

 gdyby Emil jej tego dnia towarzyszył i w porę przypomniał

Przeorganizowałabym: gdyby Emil towarzyszył jej tego dnia i w porę przypomniał.

 uporządkować kilka papierów

"Kilka" to mało do porządkowania. Może "ułożyć"? Albo: uporządkować trochę papierów?

 na granicy spóźnienia

Dałabym: bliska spóźnienia.

 Projekt jest genialny w kształcie, ale martwy.

Projekt to rysunki techniczne – gotowe dzieło po polsku nie nazywa się projektem (jeszcze?).

 Każdy wesprze

Wesprzeć trzeba coś – ale możesz napisać, że każdy pomoże, jak będzie mógł.

 cichym skrzypnięciem, który uszedł

Związek zgody.

 Rażące bielą iskry

Bielą – czy jasnością?

 zaczerwienione, podrażnione oparami metalu, oczy

To nie jest wtrącenie, a raczej określenie – drugi przecinek możesz wyrzucić.

 dzisiejsze elementy

Wyrzuciłabym "elementy" – są zimne.

 Nie pamiętam, żebym kursował do ciebie aż tak często…

Ale przynosi po kilka naraz?

 zamiast rozwiać się

Zamiast się rozwiać.

 Aż szkoda było ukrywać ją wewnątrz

Ale ona tego nie robi, więc możesz wyrzucić "aż".

 Gdy przecięty kryształ rozpadł się, roztańczone światło rozlało się po warsztacie.

Zrobiłabym tak: Kryształ rozpadł się, przecięty na połowy, uwalniając roztańczony blask tęczy.

 światło zblakło, stłumione blaskiem

Przyćmione, bo ono ciągle tam jest, tylko nie widać go tak dobrze.

 

Jeejku, jakie śliczne. Aż się miło człowiekowi robi po smętnym dniu. Faktycznie nie ma tu konfliktu – ale czy wszędzie musi być konflikt?

 Rozmiar naczyń nie jest na tyle istotny, by o nim wspominać, zostawiając takie drobiazgi w domyśle

Widzisz – właśnie takimi detalami możesz zastąpić nudne "miał n centymetrów wzrostu". Jeśli kubek był wielkości naparstka, to pijący musiał być odpowiednio mały.

Pokój i błogosławieństwo.

Postanowienie na rok 2018: robić ćwiczenia stylistyczne!

Śniąca, zadziwienie jest stanem rozciągniętym w czasie. Zadziwienie to dla mnie “zadumanie” i “zamyślenie”. Pozorność chaosu jest “uchwycona” jest “olśnieniem”. Stąd sprzeczność.

Tarnino, dziękuję. W kilku przypadkach przegapiałam, w kilku innych rozjaśniłaś mi i podpowiedziałaś coś, co mi nie grało, ale nie umiałam sama złapać co. A kilka innych zostawiłam jak było.

Miło mi, że Ci się spodobało :)

 

Dalekopatrzącyzadziwiony w znaczeniu wprawiony w podziw. Nie chciałam wprost pisać, że podziwia ten artystyczny chaos. Najwyraźniej rozjechało nam się tu pojmowanie słowa zadziwiać. Z kolei olśnienie, to coś nagłego, a nic nagłego tu nie ma. Skrzat za każdym razem, gdy odwiedza warsztat zachwyca się tym, co się tam dzieje od nowa – bardziej na takiej zasadzie to działa. Przynajmniej ja tak to widzę i tak staram się przedstawić.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Czytałam z lekko mieszanymi uczuciami.

Ostrzegałaś przed brakiem wyrazistej akcji i momentami mi jej brakowało, ale z drugiej strony Twój tekst zaczarował mnie jakąś łagodnością i spokojem, których też czasem człowiekowi brakuje. Ma to w sobie to “coś”, co pozwala przeczytać z zadowoleniem i myślę, że dobre emocje, którymi naładowałaś opowiadanie, na długo zostają w czytelniku. :)

Sympatyczne skrzaty i ładna legenda. Zdjęcia piękne.

Zgłaszam do biblioteki. :)

Rosso, miło mi, że wśród mieszanki uczuć, te pozytywne wygrały i ostatecznie tekst przypadł Ci na tyle do gustu, że klikasz. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Cześć!

Niezwykle klimatyczne, wspaniałe opowiadanie! Od bijących z niego łagodności i stonowania aż chciałbym się przenieść w ośnieżoną ostoję finlandzkich ostępów. Choć tekst nie jest napisany wybitnie (a po prostu bardzo dobrze), to jego magia nadrabia drobne niedociągnięcia ;)

Jedyne, co rzucało mi się w oczy, to zbyt częste kropki między myślnikiem dialogowym. Wiem, że u Ciebie wszystkie opisy po wypowiedziach stanowią słynny wyjątek, po którym kropkę się stawia, ale… wygląda to w moim odczuciu dziwne.

Pozdrawiam serdecznie! :)

Jai guru de va!

Dzięki, Rokitniku, za wizytę i komentarz. Mówisz, że nadużywam tych opisów przy wypowiedziach? Muszę się temu przyjrzeć i zastanowić. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie, nie opisów – broń Boże! :)

Chodziło mi bardziej o zasadę pisowni dialogów, w której to przed myślnikiem nie stawia się kropki w wypowiedzi. CHYBA, że czasownik po myślniku nie odnosi się do niej i jest pisany z dużej litery. A ja przyzwyczaiłem się do nie stawiania tych kropek w ogóle.

Swoją drogą – Klik już zamówiony ;)

Jai guru de va!

Ok, już łapię, o co Ci chodzi. No cóż, zamiast gołych dialogów i/lub ograniczania się do “czynności odgębowych”, czyli pisania powiedział, zapytał itp., wolę wypowiedzi wzbogacić o coś więcej. I wtedy faktycznie wygląda jak wygląda. 

Dziękuję za klik :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Osobiście lepiej leżałoby mi pomieszanie jednego modelu i drugiego, ale to raczej kwestia gustu. I bardziej zaawansowanego warsztatu ;)

A klik w pełni zasłużony, choć niestety nie mam mocy na nic “więcej” :)

Jai guru de va!

niestety nie mam mocy na nic “więcej” :)

 

Dla mnie i tak najważniejsza jest satysfakcja czytelnika :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo nostalgiczne opowiadanie, Śniąca. Choć od razu dodam, że jestem trochę zawiedziony. Szkoda, że nie poszłaś całkowicie w formę baśni. Wyraźnie mi tego zabrakło. Także postać Emila wydaje się być pominięta. Praktycznie w ogóle nie uczestniczy w budowie, gdzieś tam tylko skrzat sprawdza, czy go nie ma w warsztacie. 

Poza tym pięknie oddałaś sam “proces” projektowania i budowy pomnika. Widać, że postaci Eili poświęciłaś mnóstwo uwagi. Wręcz wzorowa charakterystyka psychologiczna bohatera (ki).

Podsumowując, pięknie jest, choć szkoda, że nie baśniowo.

Darconie, dziękuję, zwłaszcza za “wzorową charakterystykę” – bo to nie zawsze mi się udaje :)

Emil nawet po śmierci Eili nie chciał udzielać szczegółowych wywiadów i opowiadać o swoim wkładzie w pracę. Taką mieli podobno umowę. Stąd też nie było materiałów źródłowych, a nie chciałam w tym akurat temacie fantazjować. Poza tym limit mnie ograniczał (a i tak skorzystałam z łaskawości Cienia i ponad te dwie dychy wyszłam) i dla Emila nie było już po prostu miejsca. A też nie chciałam go całkowicie pomijać, więc ledwie jest zaznaczony w tle. 

Mówisz, że jest mało baśniowo? A ja się bałam, że wyjdzie zbyt baśniowo, a za mało realnie ;)

I, jeśli się nie mylę, dziękuję za klika :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Faktycznie, zapomniałem o limicie. W tej treści ciężko coś wyciąć kosztem Emila. Tak, jeśli na tapetę wzięłaś prawdziwą historię to wyszło trochę baśniowo, a tych baśni wyraźnie brakuje mi na portalu. Takich i dla dzieci i dla dorosłych. Malutko jest tych pięknych, choć bardzo trudnych tematycznie, baśniowych opowiadań, jak Dom między wszędzie i nigdzie Merrin, czy Nagrody Wojownika Finkli…

Dobra, koniec off topu.

Pozdrawiam.

Nie offtopujesz, więc nie ma problemu :) Żadna dyskusja tematyczna nie jest offtopem. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Oj tam, można wyciąć kawałki o Adzie.

Babska logika rządzi!

Można, ale trzeba było o tym pomyśleć (mam na myśli siebie) dużo wcześniej. Teraz już za późno na tak dużą rewolucję. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Czytam o procesie twórczym: babie lato, polarny mrok, cień renifera, żywe srebro, multum czarodziejskich składników… Wyobrażam sobie finalny produkt jako przepiękną, egzotyczną konstrukcję, której geometria wymyka się euklidesowej wyobraźni… A tu rurociąg. Soc-brutalistyczne szkaradziejstwo zostawiło blizny na mojej duszy. Nie chciałem na to patrzeć :((( Odrąbana głowa artysty wyraża emocje podobne do tych, które poczułem w chwili czytelniczego “odsłonięcia” pomnika.

Czym jest ten krowiasty kleks obok twarzy kompozytora?

Wisielcze, przykro mi, że nie dość dobrze to napisałam i z tego powodu tekst zwiódł Cię na manowce i wyobrażenie rozjechało się z rzeczywistością :(

Pomnik na żywo naprawdę robi wrażenie i wiatr w nim gra, echem odbijają się ptasie trele. Nie wiem, czym jest kleks, a sama głowa, a raczej twarz, była dodana do pierwotnego projektu dla udobruchania społeczeństwa, które nie było obyte ze sztuką abstrakcyjną i koniecznie chciało mieć pomnik z wizerunkiem kompozytora. Jak dla mnie z kolei, to właśnie głowy mogłoby nie być, bo ta rurowa konstrukcja sama w sobie jest niesamowita. Ale, jak z każdym rodzajem sztuki, to w końcu kwestia gustu – ani mój tekst, ani pomnik nie musi się wszystkim podobać. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mój dytyramb nie był zarzutem wobec Twojego tekstu. Jesli chodzi o tak egzotyczne obiekty, to naprawdę trudno oddać ich wygląd w słowach. Na podstawie tego samego opisu każdy czytelnik wyobrazi sobie coś trochę innego, nawet jeśli opis jest literacki i kunsztowny – a może właśnie szczególnie wtedy, gdy autor porzuca techniczną skrupulatność dla beletrystycznego uroku.

Czytałem Twoje dawniejsze opowiadanie o lokomotywie i rzeczywiście widzę, że przez oba teksty płynie nurt tej samej fascynacji. 

Nie wiem, czym jest kleks, a sama głowa, a raczej twarz, była dodana do pierwotnego projektu dla udobruchania społeczeństwa, które nie było obyte ze sztuką abstrakcyjną i koniecznie chciało mieć pomnik z wizerunkiem kompozytora.

Gdybym zamówił pomnik kompozytora (zapewne z publicznych pieniędzy) i dostał rurociąg, tobym się zeźlił ;D Wobec tego zupełnie nie dziwi mnie zgorszenie społeczeństwa. Mieszkam w Łodzi, gdzie za pięć milionów złotych wystawiono coś takiego:

https://d-pt.ppstatic.pl/kadry/k/r/1/70/67/5790dd116942f_o,size,1068x623,q,71,h,7efce8.jpg

 Nie dość, że brzydkie, to jeszcze postawione zupełnie bez poszanowania dla okolicznej architektury. Finkla i Reg mogą zapewne coś o tym opowiedzieć.

Samemu opowiadaniu mogę zarzucić brak linii fabularnej, a pochwalić opisy, które rzeczywiście były barwne i malownicze.

Bardzo ładna bajka o kreacji. Bajka, bo za baśń i za mała i za piękna ;-) Lubię pomieszanie rzeczywistości z fantastyką, u Ciebie w taki miły, łagodny sposób.

 

Zdecydowanie jednak wstęp do skrócenia. Podchodziłem dwa razy, bo opisy zwiedzania Ady są po prostu nieinteresujące z punktu widzenia historii. Ja wiem, że show not tell, ale tu aż się prosi o grube cięcia, żeby jak najszybciej przejść do dialogu pod instalacją, otwierającego bajkę właściwą. 

 

Brak fabuły – no brak. Ale jest to taka płynąca, miła historyjka o pomyśle, dużej ilości serca i wysiłku. Zdjęcia na końcu bardzo ładnie dopełniają treść, ale… no zabrakło mi tutaj, skoro korzystamy z Internetów, linki do pliku, w którym można posłuchać jak ten pomnik brzmi. 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wisielcze, wedle relacji, do których dotarłam, społeczeństwo udobruchało się i głową i obserwując trwający podobno kilka tygodni montaż całości w Parku. Gdy ludzie zobaczyli pomnik na żywo, przestali narzekać. Ja sama nie przepadam generalnie za sztuką nowoczesną i nie ma wielu tego typu dzieł, które by mi się podobały. Passio Musicae należy do tych nielicznych wyjątków. Za to to, co pokazałeś… Hm, a niby co to miało być? Aczkolwiek i tak wygląda lepiej niż dziwaczna instalacja, którą kiedyś widziałam bodajże w Krakowie (ale mogę źle pamiętać) – płaty folii zwieszone z dachu kamienicy – że to niby wodospad. Tytuł i autorkę (zapamiętałam, że to była kobieta) zgubiłam w odmętach zapomnienia. 

 

Fishu, bardzo się cieszę, że zajrzałeś :) I że bajkowość przypadła Ci do gustu.

Co do początku to już drugi głos. I zaczynam się zastanawiać. Wywalenie go, czy raczej mocne przycięcie, to duża ingerencja. Bo nie chciałabym się go pozbywać w całości. Chcę pokazać dzień obecny i że nie tylko Eila słyszała pomnik, ale każdy może – jeden mocniej, drugi słabiej, ale zawsze. No i w takim kształcie tekst dostał kliki. Czy nie nadużyję zaufania czytelników, jeśli teraz wprowadzę taką sporą zmianę?  

Co do posłuchania, nie znalazłam żadnego nagrania (ale też nie szukałam zbyt namiętnie). Polecam udać się tam samemu ;) Finlandia jest dobrym miejscem na wakacje :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Moje błogosławieństwo i zgodę na skrócenie wstępu masz. ;-)

Babska logika rządzi!

Ok zatem :) Dziś już nie, bo nie dosypiam ostatnio i zaczyna mi już świat tańczyć przed oczami i nie wiem, co by mi wyszło. Postaram się jutro coś z tym zrobić. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Urzekający i magiczny jest ten tekst. smiley

Zapraszam: www.jacek-lukawski.pl

Jacku, dziękuję bardzo :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Tekst stoi opisem procesu tworzenia rzeźby, który to opis jest znakomity, urzekający, troszkę baśniowy, a przede wszystkim – piękny. Można delektować sie każdym zdaniem, co czyniłem z najwyższą przyjemnością. Nie jestem miłośnikiem opowiadań praktycznie bez fabuły, ale… Tu jest jakaś historia, a że nie ma jakiegoś antagonisty (niezadowolone społeczeństwo się chyba w tym charakterze nie liczy, co? ;-)), nie ma konfliktu, nie ma zła, to w zasadzie nie przeszkadza. Bo tekst jest trochę jak odpoczynek, jak relaks przy znakomitej muzyce, która niekoniecznie musi nieść jakieś doniosłe i oryginalne treści, wystarczy, że jest.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Coś mi się nasunęło po komentarzu Thargone’a. 

Podobno literaci dzielą się na “pisarzy pomysłu” i “pisarzy stylu”.

Zdecydowanie preferuję “pomysł”, a od “stylu” odrzuciły mnie głównonurtowe dzieła w stylu “Ulissesa” czy “Lolity”. Bazuje na “stylu” cała (prawie) współczesna proza polska – jakieś Kuczoki, Masłowskie itp. Czyli generalnie – omijam!

A Śniąca pokazała tym opkiem, że “literatura stylu” może być równie piękna, jeśli czasem nie piękniejsza, jak “literatura pomysłu”.

Czapki z głów!

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Jak styl zapłodni pomysł, to wtedy dopiero są dzieci. Najlepszy koncept można zarżnąć marnym wykonaniem. I odwrotnie: z ładnych nut nic nie wynika, jeśli nie łączą się w jakąś melodię.

“literatura stylu” MOŻE być równie piękna

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Thargone, bardzo dziękuję i cieszę się niezmiernie, że mimo braku wyrazistej fabuły i antagonisty, miło spędziłeś czas przy lekturze. 

 

Staruchu, aż mi brakuje słów. Dziękuję i będę się starała tej wiary we mnie w przyszłości nie zawieść. 

 

Jak styl zapłodni pomysł, to wtedy dopiero są dzieci.

Wisielcze, co prawda, to prawda. Cały czas mam nadzieję, że i takie dzieci zacznę w świat wypuszczać. Pracuję nad tym nieustannie ;) 

 

Panowie, komentarze krytyczne pozwalają zastanowić się nad sobą i tym, co się pisze/robi i bardzo je sobie cenię. Ale takie, jak Wasze teraz, dodają skrzydeł. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca, moja uwaga nie była krytyką Twojego opowiadania. Passio Musicae posiada zarówno styl, jak i pomysł. Brakuje natomiast konfliktu i puenty w rozumieniu zwrotu akcji finalizującego opowieść. W efekcie tekst stanowi długi, rozłożysty, sekwencyjny opis, odsłaniający arkana powstawania…

… chciałem powiedzieć “arcydzieła” i byłby to rzeczownik zupełnie na miejscu, gdybym nie skonfrontował rzeczywistości językowej z wizualną. ;D

Formę rurociągu ratuje trochę to gwizdanie, o którym wspomniałaś.

Wisielcze, wiem, że to nie była krytyka, ale też z drugiej strony wiem, że tekstowi brakuje fabuły w tym jej klasycznym brzmieniu, co zresztą tym razem było celowe. I chociaż staram się odsiewać i w życie wprowadzać jedynie co lepsze pomysły (przynajmniej według mnie, bo niby według kogo innego?), to wiem też, że ciągle im czegoś brakuje. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Uległam i zmieniłam początek – przycięłam i trochę przebudowałam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ładne :)

Anet jak zwykle w formie :) Dzięki :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Anet, myślałaś, żeby napisać sobie to fajne/ ładne w sygnaturce? Tylko wpisywałabyś spację albo kropkę jak Cień i komentarz załatwiony. ;-p

Babska logika rządzi!

Myślałam, ale musiałabym zmieniać, jakbym trafiła na niefajne opowiadanie ;)

Wtedy po prostu piszesz “nie”. ;-)

Babska logika rządzi!

Fajny pomysł. I jaka oszczędność czasu ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jako że jestem raczej zwolennikiem szalonej akcji i gwałtownych jej zwrotów, moja opinia może nie być miarodajna. ;)

Zgodzę się z poprzednikami – bardzo dobrze napisane i klimatyczne. Podobała mi się postać skrzata, tak sama w sobie, jak i w kontekście połączenia rzeczywistości z fantazją. Nawet jeśli, jak ktoś wspominał, pomagający skrzat to standard, to wcale to nie przeszkadzało i skrzat podobał mi się tak czy inaczej.

Postać Eili natomiast mało wyrazista wg mnie, w zasadzie była ona tylko wykonawcą dzieła, nie przejawiając jakichś cech indywidualnych. Zabrakło mi też fabuły, która wzbudzałaby emocje, tzn. emocje wynikały z samej narracji, zaś fabuła przypominała mi raczej reportaż niż opowiadanie. Z drugiej strony chyba taki właśnie był Twój zamysł.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

El Lobo Muymalo, dziękuję za komentarz.

 

moja opinia może nie być miarodajna. ;)

A co wpływa na miarodajność gustu? ;) 

 

Niezależnie od faktu, że brak szalonej akcji to nie Twoja bajka, miło, że znalazłeś w tekście coś, co Ci się spodobało.

Tak, dokładnie taki był mój zamysł, stąd taka a nie inna forma. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ładna i ciekawa ilustracja. Nie znałem tej rzeźby, a teraz już znam!

Zabrakło mi trochę historii, dziania się. I to nie w sensie dynamiki, sporu, ale właśnie jakiegoś procesu – poszukiwania drogi przez artystkę, poczucia braku elementów, które dopiero stopniowo będą uzupełniane przez fińskie duchy aż do momentu ułożenia ostatniego, wieńczącego dzieło puzzla. Skrzat pojawia się już na początku i wiadomo, że wszystko będzie dobrze. Rozumiem, że nie chciałaś wartościować artefaktów, ale jednak rozwiązanie z jednym, najmagiczniejszym, najtrudniejszym do zdobycia a dostarczonym na koniec przez samą personifikację Finlandii elementem byłoby ciekawsze fabularnie. Nie bardzo rozumiem zamysł z przemieszaniem planów czasowych – czyżby chodziło o jeszcze większe odejście od liniowości i “demokratyzację” artefaktów?

 

Coboldzie, dziękuję za wizytę i podzielenie się wrażeniami. 

Hmm, jak już tak to ująłeś odnośnie akcji i procesu twórczego Eili (no, bo nie mojego, chyba że bardzo pośrednio), to zaczęłam się zastanawiać. Przyznaję, że nie wpadłam na coś takiego. Może dlatego, że taką wizję miałam od początku i w tym kierunku szłam, nie próbując nawet szukać innego pomysłu. A im dłużej myślę, tym bardziej się zgadzam, że fabuła nabrała by większej wyrazistości i pazura. No, ale trudno, musi zostać jak jest – bardzo spokojnie. 

Przemieszanie czasu – dokładnie tak, jak zgadujesz.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

To teraz widzę, że Twój nick jest nieprzypadkowy :) Miałem wrażenie jakbym oglądał cudzy sen. Najbardziej podobał mi się odmalowany folklor Finlandii, zupełnie tego dotąd nie znałem.

Oglądanie cudzych snów to ryzyko, ale cieszę się, że Ty wyszedłeś z tego bez szwanku ;)

Dziękuję i polecam się na przyszłość :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo przyjemne opowiadanie, ładnie oddałaś ducha Finlandii, a przynajmniej tak myślę, bo nigdy tam nie byłem :P Sama konstrukcja również ciekawa. Lubię opowiadania, które nie tylko bawią, ale i uczą czegoś nowego (zabrzmiało to trochę jak powiedzonko starego belfra, ale co ja za to mogę).

Zygrydzie, miło mi gościć kolejnego zadowolonego czytelnika :) Lubię w trakcie lektury dowiadywać się czegoś nowego i lubię też czasem sama coś przekazać. Mam tylko nadzieję, że wychodzi mi to w miarę klarownie i nie zbyt sucho – przynajmniej tak się staram. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka