- Opowiadanie: Issander - Światło na szczycie wieży

Światło na szczycie wieży

Niby postapo, ale jednak trochę dramat rodzinny. Wygląda na to, że jestem pierwszy, choć nie jestem pewien, czy to dobrze, czy źle.

Tekst nie powstał bezpośrednio na konkurs, a został wydobyty z odmętów szuflady :) Jednak jest w nim sporo dialogów i niemal każda z postaci wypowiada się z charakterystycznym akcentem, tonem lub efektami, więc wydaje mi się, że mógłby całkiem ciekawie brzmieć. Zobaczymy, co powie jury :)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Darcon, NoWhereMan

Oceny

Światło na szczycie wieży

Obudził mnie harmider i dźwięki obijania o barykadę, która oddzielała pomieszczenie od reszty budynku. Otworzyłem oczy i usiadłem.

Szybko wychwyciłem nosowe głosy oraz monotonny szum skrzydeł. Przypomniałem sobie o grupie żyjących w pobliżu furkawców. To musiały być one. Podszedłem bliżej.

– Jezd du, jezd du! – krzyknął jeden, a pozostałe błyskawicznie podchwyciły. Zapanowało nagłe podniecenie, co poskutkowało hałasem dwa razy silniejszym, niż wcześniej. – Chodź, chodź!

– Cisza! Ty! – Wskazałem na największego poprzez dziury w zaporze. – Mów, o co chodzi.

Udało mi się trochę je uspokoić. Furkawce są energiczne i gadatliwe, a jednocześnie niezbyt inteligentne, więc próby nawiązania z nimi dialogu przeważnie kończą się bólem głowy. Dobrze za to odnajdują się na niskich szczeblach hierarchii, w związku z czym zwykle łatwiej jest po prostu wydawać im polecenia.

– Do zdrażne, zdrażne! Zozdaliśmy zjedzeni! – Pozostałe zaczęły wtórować, ale uciszyłem zgromadzenie ruchem ręki.

– Nie wszyscy, jak widzę… Kto was zaatakował?

– Do był źlizgon. Brzybył pod ozłoną dziemnoździ i nim go zpozdrzegliźmy, bołowa była już zbaraliżowana jego wzrogiem.

Rzeczywiście, dostrzegłem ich tylko jakiś tuzin, czyli mniej, niż podpowiadała mi pamięć.

– I co ja mam z tym zrobić? Dlaczego przylecieliście do mnie, zamiast znaleźć sobie nowe legowisko?

– Do legowizko dobre! – odparł tym razem inny, a reszta zaraz zaczęła jazgotać: – Dobre! Dobre!

Musiałem ponownie je uciszyć. Następnie ten, którego wybrałem jako przedstawiciela, kontynuował:

– Do dej bory nigd nie ważył się du zjawidź. Jezdeźmy bezbiedżni dzięgi tobie. Dladego zadbaj, by źlizgon zobie bożedł.

– Dlaczego? Sami załatwiajcie wasze sprawy. Skoro nie potraficie sobie z nim poradzić, znajdźcie inne miejsce – powtórzyłem.

Moje słowa wywołały kolejną falę poruszenia. Stworki zaczęły przekrzykiwać się nawzajem, tak że nawet w ich monotonnych głosach mogłem wyczuć nutę desperacji:

– Ale jag do!

– Brzedzież żyjemy w dwojej domenie!

– Nie bomoże?

– Muziż dbadź o naże bezbiedżeństwo!

– Jag do, jag do?!

– Zazady domeny zą…

Od tego wszystkiego poczułem lekkie pulsowanie w skroniach.

– Cisza! – ryknąłem. – Nie przypominam sobie, żebym brał was pod swoją opiekę.

– Bozwoliłeź nam mieżgadź w dwojej domenie. My muzimy bydź dzi bozłużni, a dy muziż naz chronidź. Gażdy do wie – dodały chórem.

– Nigdy nie zgadzałem się na taki układ. Nawet nie zależy mi na waszej obecności.

– Ale my du mieżgamy i dy deż. Muziż naz chronidź.

Słowa furkawców jeszcze raz zlały się w pozbawioną porządku paplaninę.

Wykonałem w myślach szybką analizę, co będzie wymagać ode mnie mniejszego wysiłku: znalezienie im nowej lokacji, przekonanie stworków, że do niczego nie jestem względem nich zobowiązany, czy zrobienie tego, czego ode mnie oczekiwały.

– Dobra, już dobra. Niech będzie, zajmę się tym ślizgonem – oznajmiłem niechętnie.

Machnąłem ręką, jakbym chciał odsunąć barykadę, a jej fragmenty odleciały w kąt, pchnięte magiczną siłą. Natychmiast znalazłem się w centrum roju. Odpędzając się od furkawców, skierowałem swe kroki w kierunku schodów – a przynajmniej tam, gdzie kiedyś się znajdowały. Więcej drogi pokonałem skacząc w dół poprzez wyrwy, niż schodząc. W końcu jednak dotarłem do dużego pomieszczenia, które niegdyś mogło pełnić funkcję atrium.

Wokół jednego z filarów owinął się ślizgon. Był masywny, przynajmniej pięć razy dłuższy ode mnie. Z tego, co wcześniej usłyszałem, wynikało, że stwór posiadał zdolność paraliżu. Poniżej kolumny leżały ciała furkawców. Nie interesowało mnie, czy były martwe, czy tylko unieruchomione.

– Och… Mussiszszsz być tym, o którym wsspominały pomniejszsze issstoty – powitał mnie powolny, syczący głos. – Powiedziały, że przyjdzieszszsz je obronić, ale nie ssądziłem, że naprawdę issstniejesz… Czy przyszszedłeś je obronić?

– Zasadniczo wtrącanie się w wasze waśnie nie leży w moim interesie – odparłem szczerze – ale będę zmuszony poprosić cię, żebyś opuścił ten bu… moją domenę.

– Próbujeszsz mnie przekonać… Lecz sssłowa znaczą tylko tyle, ile wola isstoty, z ussst której padają. A jaka moc, by wprowadzać ssłowa w czyn, drzemie w tobie? Nie rozzpoznaję twojego gatunku. Czym jesssteś?

– Jestem człowiekiem. I muszę raz jeszcze raz zażądać, żebyś znalazł sobie inne legowisko.

– Phi! – Rozdwojony język przeciął kilkukrotnie powietrze. Nie mogłem określić, czy była to oznaka zdenerwowania, czy przygotowań do ataku. – Nie uda ci ssię mnie przekonać, jeśśli woliszsz kłamać. Ludzie to tylko posstacie z legend i bajań! Nikt nigdy żadnego nie sspotkał!

Gdy mówił, poczułem zawirowania magii. Jego spojrzenie stało się intensywniejsze i domyśliłem się, że użył na mnie paraliżującego wzroku, jednak samo zaklęcie było tak słabe, że odbiło się nieszkodliwie od jednego z pomniejszych zabezpieczeń, którymi na stałe się otoczyłem. Zrobiłem krok naprzód.

– Zapewniam cię, że mówię prawdę. – Język istoty ponownie przeciął powietrze, ale tym razem jakoś inaczej: szybciej i nieco nerwowo. – I po raz ostatni proszę cię, byś stąd sobie poszedł.

– Zaczekaj! – syknął. W widoczny sposób ubyło mu na pewności siebie. To prawdopodobnie pierwszy raz, gdy nie zadziałała sztuczka, na której zwykle polegał. – Nie przybyłem w to miejssce z włassnej woli. Nie wierzę, że jesteśśś człowiekiem, ale jeśli rzeczywiśście masz moc zbliżoną do jednego z nich, to moglibyśśmy sssobie nawzajem pomóc. Do niedawna byłem właścicielem ssporej domeny, lecz w te sstrony przybył ssam bóg-demon Korga Kalacz. Nie byłem w ssstanie mu się przeciwsstawić, lecz razem moglibyśśmy go wypędzić i odzyssskać mój teren!

– Nic z tego. Powiedziałem już, że nie interesują mnie wasze problemy. Mam gdzieś, co zamierzasz zrobić… Byle nie tutaj. Teraz wynoś się lub giń.

Doświadczyłem nieprzyjemnego deja vu, gdyż ta rozmowa zaczynała robić się równie monotonna, jak poprzednia. Z jakiegoś powodu do nikogo nie docierało to, co starałem się przekazać.

Tymczasem bestia zastanawiała się. Przygotowałem zaklęcie, które błyskawicznie i pewnie pozbawiło by ją życia. Nie było moim zamiarem sprawienie ślizgonowi bólu.

– Niech ci będzie! – oznajmił wreszcie i odpełznął w kierunku jednej z dziur. – Lecz to nie jesst jeszcze nasze osstatnie ssspotkanie! – rzucił na odchodnym.

Posłałem za nim zaklęcie obserwujące, by mieć pewność, że naprawdę się oddalił, po czym wleciałem na górę. Ostatnią przeszkodą dzielącą mnie i spokój była wdzięczność furkawców. Wróciłem do przerwanego odpoczynku dopiero, gdy już udało mi się od nich odpędzić.

Mogło się wydawać, że całe to zamieszanie dobiegło końca – do czasu, kiedy ruiny budynku eksplodowały. Gdy wszystko się uspokoiło, pozbawiony osłony znalazłem się oko w oko z demonem wielkości wieżowca.

– Oto i on, panie – usłyszałem znajome syczenie. Dostrzegłem ślizgona, leżącego na krawędzi krateru. – Ten, co twierdzi, że jessst człowiekiem.

Większy demon zmrużył gorejące ślepia.

– Jak najbardziej wygląda na jednego z nich. – Jego głos był o wiele donośniejszy, basowy i dudniący. – Lecz skąd się tu znalazł? Ludzkie ciała są wiotkie i słabo opierają się upływowi czasu. A minęły tysiące lat, odkąd spotkałem jakiegoś po raz ostatni.

– Może po prosstu udaje?

Moi nieproszeni goście nie wyglądali, jakby zamierzali kontynuować atak, więc powoli zniżyłem się na poziom gruntu, lewitując. Otaczały mnie zgliszcza.

– Rzecz w tym, że żadna pomniejsza istota nie ma prawa wiedzieć, jak ludzie wyglądali… A rozpoznałbym każdego z moich braci i sióstr, nawet gdyby zmienili formę. Człowieku! – zwrócił się do mnie. – Jam jest Korga. Nie wiem, skąd się tu wziąłeś, ale zapewne znajdziesz pocieszenie w fakcie, że stoisz przed jednym z nielicznych, którzy pamiętają jeszcze waszą cywilizację oraz to, jak się skończyła. Przybyłem, by porozmawiać, lecz musisz wybaczyć mi jeszcze na moment.

Mówiąc to, podniósł jedną z ogromnych nóg i zmiażdżył pod nią ślizgona tak, jak ja mógłbym zmiażdżyć ślimaka.

– Nie chcielibyśmy, żeby wydał twój sekret jeszcze komuś, nieprawdaż?

Nie było szans, żeby furkawce przeżyły poprzedni wybuch. Gdybym uparcie je ignorował, zapewne znalazłyby sobie nowe schronienie. Ślizgon też już nie żył, bo postanowiłem się wtrącić. Najgorsze jednak było to, że choć chciałem zwyczajnie wrócić do mojej medytacji, jedna za drugą pojawiały się przeszkody.

– Czego ode mnie chcesz? – Uznałem, że nie zaszkodzi dowiedzieć się, o co chodzi intruzowi. – I dlaczego zniszczyłeś mój dom?

– Spójrz na mnie. Nie mogłem przecież po prostu wejść do środka. Tak było szybciej. Jak również stanowiło to pewnego rodzaju test: gdybyś umarł, oznaczałoby, żeś oszust i niepotrzebnie się fatygowałem. Powód, dla którego przybyłem w te strony, jest jeden: Wieża.

– Cóż, w takim razie nie potrzebujesz wcale mojej pomocy. Z pewnością sam do niej trafisz, rzuca się w oczy. A ponieważ byłeś tak miły i raczyłeś pozbawić mnie dachu nad głową, widać ją nawet stąd. Tak więc żegnam – odparłem. Nie chciałem mieć z tym przeklętym budynkiem do czynienia.

W demonie zagotowało się, gdy usłyszał mój sarkazm.

– Czy nie dosłyszałeś, kim ja jestem? – zapytał spokojnym tonem, po czym huknął tak, że aż zatrzęsło się gruzowisko. – Jestem Korga Kalacz, a ty, człowiek czy nie, nie będziesz się do mnie odzywać takim tonem! Nie wiem, w jaki sposób udało ci się przetrwać, lecz skoro znalazłem cię właśnie tutaj, to na pewno ma to jakiś związek z Wieżą! Więc ZAPROWADZISZ mnie do niej i OTWORZYSZ ją dla mnie, albo przypomnę ci, dlaczego twoja rasa nie stąpa już po powierzchni ziemi!

Na taką reakcję miałem tylko jedno rozwiązanie. Uwolniłem przyszykowane zaklęcie, anihilując natręta… A przynajmniej tego się spodziewałem. On jednak nadal znajdował się w jednym kawałku po tym, jak opadł pył.

– A więc to jest twoja odpowiedź?! Pożałujesz, że wystawiłeś nos poza norę, w której się chowałeś! – Najwyraźniej zdążyło już mu umknąć, że przecież samemu z niej nie wyszedłem. – Wiedz, że nie ma znaczenia, jak potężną magią dysponujesz! Jestem odporny na każdy efekt działający bezpośrednio na mnie!

– Dzięki za tę informację! – krzyknąłem, po czym przyzwałem kawałek jakiegoś antycznego budynku. Zawisnął wysoko nad nami, po czym gwałtownie przyspieszył w dół. Korga spojrzał w górę, lecz na jego obliczu zamiast strachu pojawiła się radość.

– Meteor… Zaprawdę, posiadasz wielką moc! Lecz tacy jak ty najprędzej wpadają w moją pułapkę!

Inny obiekt nadleciał od boku, zderzając się z przyzwanym przeze mnie. Rozległ się potężny huk, po czym zostaliśmy zasypani deszczem odłamków. Niektóre były większe niż moja głowa, ale to nie wystarczyło, by zranić demona, a ja posiadałem magiczną osłonę.

– Kolejną moją zdolnością jest błyskawiczne kopiowanie wszystkich zaklęć, które zobaczę – poinformował mnie. – Już jestem pewien, że wiele się od ciebie nauczę! Lecz znaj moją łaskę: pozwolę ci wybrać, w jaki sposób mi się przysłużysz!

W rzeczy samej, jego zdolności okazały się dość problematyczne. Te stworzone przez pradawnych ludzi istoty nie potrafiły uczyć się rozmaitych zaklęć, jak oni sami. Zamiast tego miały kilka czarów wbudowanych w swoje istnienie, z których korzystały tak, jak człowiek ruszał ręką czy oddychał. Może i były mniej potężne od wyszkolonego czarodzieja, lecz żadnego szkolenia nie potrzebowały, przez co idealnie nadawały się na szeregowych żołnierzy.

Choć w swoich badaniach nie zajmowałem się ich tworzeniem, znałem teoretyczne podstawy tej sztuki. Zestaw zaklęć, jaki wpleciono w mojego przeciwnika, wymagał niewyobrażalnej wręcz precyzji. Nigdy przedtem nie przyszło mi do głowy, że jest to w ogóle możliwe.

Postanowiłem wysłuchać jego propozycji.

– Jak już powiedziałem, przybyłem tu w poszukiwaniu mocy. Praktycznie pewnym jest, że w Wieży znajdują się relikty po waszej cywilizacji. To jedyna budowla, która ostała się w tej części globu, mimo iż ze względu na swoją wysokość powinna upaść jako pierwsza. Nie potrafię jednak dostać się do wewnątrz. Znalazłem za to ciebie, żywego człowieka. Teraz, gdy ujrzałem, jak walczysz, nie mam już żadnych wątpliwości, że jesteś jednym z nich. Otwórz dla mnie Wieżę, a pozwolę ci żyć. Jeśli nie, to zamiast jej sekretów poznam twoje. Będziemy walczyć tak długo, aż posiądę cały arsenał twoich czarów, a potem uczynię z ciebie mego sługę. Tak czy siak, albo zyskam moc Wieży, albo twoją! – Rozległ się dudniący śmiech. Korga musiał być wyjątkowo zadowolony ze swojego planu. – Wybór należy do ciebie.

Stałem tam, rozważając dostępne opcje. Choć demon tylko zgadywał, że coś łączyło mnie z Wieżą, to miał rację. Mogłem jeszcze spróbować pozbyć się go na kilka sposobów, ale brakowało mi pewności, że którykolwiek zadziała. Gdyby coś poszło nie tak, zamiast tego demon stałby się jeszcze potężniejszy. Nawet dla mnie stanowił trudny orzech do zgryzienia. Z dużą niechęcią postanowiłem zrzucić tę odpowiedzialność na kogoś innego.

– Niech będzie. Zabiorę cię do Wieży.

 

***

 

– Przejrzałam twoją propozycję – powiedziała kobieta, kładąc papiery na blacie.

– I jak? – spytałem.

– To wykonalne. – Podniosła szklankę z wodą do ust i upiła kilka łyków. – Ale głupie.

– Dlaczego tak uważasz?

– Och, daj spokój. Przecież wiesz, co powiem. Pewnie masz już przygotowane kontrargumenty i tylko czekasz, żeby mi je przedstawić.

Dźwięk kroków oznajmił światu, że przeniosła się do salonu. Podążyłem za nią.

– Wiesz, że nie zależy mi na twojej zgodzie, tylko opinii.

– Jak zawsze… Niech będzie. Przede wszystkim to ogromny wydatek, który nie przyniesie żadnych wymiernych korzyści. Jak do tej pory miałam wrażenie, że próbujemy zbudować tutaj bezpieczną przystań. Ta Wieża ani nas nie ochroni przed najeźdźcami, ani nie nakarmi, ani nie wyleczy z chorób, ani nie zapewni nam światła i ciepła.

– Lecz jest coś, co tylko ona może nam dać. Wyobraź sobie, że mieszkasz w jednym ze zrujnowanych, sąsiednich państw. Twoja rodzina nie żyje. Od lat nie miałaś pełnego brzucha ani wygodnego łóżka. Aż pewnego dnia usłyszałaś pogłoskę, która rozbudziła w tobie iskierkę. Ta iskierka to nadzieja – że gdzieś tam może istnieć bezpieczne miejsce. Podążając za tą pogłoską przemierzyłaś setki, jeśli nie tysiące kilometrów. I wtedy dostrzegasz światło na szczycie Wieży. Wiesz, że tak długo, jak długo masz je w zasięgu wzroku, nic ci nie grozi. – Zatrzymałem się na moment. – Nasz świat przestaje istnieć. Potrzebujemy symbolu.

– Nie tylko uchodźcy je zobaczą! Naprawdę chcesz zwracać na siebie uwagę ościennych państw? Nie ważne, jak potężna jest twoja magia, sam nie dasz rady ochronić nas przed wszystkimi najeźdźcami. Ocaleliśmy dzięki tobie, ale też dzięki temu, że nikt nie uważa nas za zagrożenie ani za cel warty złupienia. Co sobie pomyślą, jeśli pokażesz całemu światu, że mamy środki, by zbudować takiego kolosa?

– Masz rację. Nie jestem w stanie nas ochronić, ani powstrzymać zniszczenia, jakie dosięgnęło świat. Nie sam. Bez gwałtownych zmian jedyne, co mogę nam zapewnić, to odroczenie wyroku. Ale jest pewien sposób… Żeby się powiódł, potrzebuję jeszcze dużo pracy… I wiele pomocy. Spodziewam się, że dzięki Wieży inni magowie o podobnym nastawieniu o nas usłyszą i spróbują się przyłączyć. – Wręczyłem jej kolejny plik papierów. – Przejrzyj to, proszę.

Przez chwilę ciszę przerywał tylko szelest kartek. Wreszcie spojrzała się na mnie z uśmiechem, ale oczy miała szkliste.

– To, co tu proponujesz, brzmi niewyobrażalnie. Naprawdę da się to zrobić?

– Brakuje mi jeszcze paru rozwiązań, ale wreszcie posunąłem prace na tyle daleko, by mieć pewność, że się uda.

– Z tobą zawsze tak było – westchnęła. – Sięgałeś po największą możliwą nagrodę. Albo wszystko, albo nic. Stałeś się potężny, rządzisz państwem. Doszedłeś tak daleko, ale to jedno się w ogóle nie zmieniło.

– Jaka jest twoja decyzja? – ponagliłem.

– Nie zgadzam się. Ale przecież nie pytasz mnie o zgodę, prawda?

Nie było potrzeby odpowiadać.

– Pomogę ci. Po raz kolejny daję się wciągnąć w wir twojej ambicji. Może to źle, ale ja nigdy nie pragnęłam naprawiać świata. Chciałam tylko jakoś ułożyć sobie życie. – Teraz już wyraźnie mówiła przez łzy. – Ja wiem, że jest tyle osób, którym nie będzie to dane, ale chciałam po prostu być szczęśliwa. Jak możesz mi to robić? Jeśli ci się uda, to wtedy… Ty już nie…

– Ćśśśś. – Przyklęknąłem obok, kładąc rękę na jej brzuchu. – Rozumiem… Lecz teraz mamy jeszcze jeden powód, by zadbać o przyszłość.

– Wiedziałeś? – Przez moment wydawała się zaskoczona, ale potem uśmiechnęła się delikatnie. – Dlaczego mnie to nie dziwi…

– Oczywiście. Chciałem zaczekać, aż sama mi o tym powiesz. Przepraszam, że nie dałem rady.

Pokręciła głową, pociągając nosem. Widać było, że zaraz rozklei się już na dobre.

– Sprawdziłeś też płeć?

– Nie – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Nie miałem w tej kwestii żadnej preferencji.

– Więc przynajmniej tyle mogę ci obwieścić. To będzie dziewczynka.

 

***

 

Droga do Wieży nie była długa, ale poruszanie się po gruzach bez pomocy magii nie należało do najszybszych form transportu. Owszem, mogłem latać lub od razu teleportować się na miejsce, lecz na razie nic nie sugerowało, by Korga również to potrafił. Nie miałem zamiaru go niczego uczyć.

– Oto i bariera – rzekł, gdy zatrzymaliśmy się jakieś pięćdziesiąt metrów od celu. – Mam nadzieję, że potrafisz ją złamać.

Spędziłem chwilę, badając magiczną zaporę. Jednak wbrew temu, co sądził demon, nie robiłem tego przymierzając się do wejścia. Bądź co bądź to ja ją zaprojektowałem. Chciałem po prostu sprawdzić czy dobrze się trzyma mimo upływu czasu.

– Złamać? Nie – odparłem – ale mogę zrobić wyrwę. – Przyjrzałem się cielsku potwora. – Tyle tylko, że będzie dla ciebie za mała.

– Jeśli o to się martwisz, to wiedz, że wcale nie musisz. Jest mi doskonale znana sztuka polimorfii.

Jeszcze zanim skończył mówić, zaczął się przeistaczać, przybierając postać mężczyzny. Całkiem porządnie mu wyszło, jednak kilka drobnych szczegółów, jak choćby czerwone oczy, wciąż zdradzało jego prawdziwą naturę. Zrozumiałem, że musiał kłamać, gdy tłumaczył się ze zniszczenia mojej samotni.

– I jak? – zapytał.

Nie byłem pewien, czy po prostu oczekiwał pochwały, czy też zamierzał wyprowadzić mnie z równowagi udając człowieka, więc zignorowałem pytanie i po prostu poleciłem mu przygotować się do wejścia.

Rozpocząłem inkantację. Tu przynajmniej nie musiałem się obawiać, że demon podpatrzy, co robię. Do działania zaklęcia niezbędne było hasło, podane mentalnie.

Zaiskrzyło i zafalowało w miejscu, gdzie bariera osłabła. Otworzyła się wyrwa, wyrzucając z siebie falę zdolną zerwać skórę i zmiażdżyć wnętrzności niezabezpieczonej istoty, lecz moje osłony natychmiast się aktywowały i usłyszałem jedynie dźwięk przypominający wystrzał korka z butelki.

Magiczne ciśnienie urosło w siłę od mojej poprzedniej wizyty. Uznałem to za niepokojące, ale miałem na głowie pilniejsze problemy.

– Idź przodem – polecił Korga. Najwyraźniej jego niewrażliwość na magię obejmowała również ten efekt, gdyż nie dał po sobie poznać dyskomfortu.

– Jak sobie życzysz, ale… Nadal jesteś pewien, że chcesz tam wejść? – Nie mogę powiedzieć, na ile kierowałem się chęcią dania demonowi jeszcze jednej szansy, a na ile to pytanie stanowiło naiwną próbę oszczędzenia sobie spotkania, które czekało na mnie na szczycie. – Jeśli wejdziesz do środka, nie będzie dla ciebie odwrotu. Nie czeka tam na ciebie nic, co posłuży zwiększeniu mocy… A jedynie śmierć.

– Pozwól, że sam się o tym przekonam. A teraz idź.

Nie było sensu w dalszej dyskusji. No i nie spodziewałem się przecież innej reakcji.

Podeszliśmy do wrót. Bariera zasklepiła się za nami, a świat na nowo stał się bezpieczny od tego, co znajdowało się w środku. Wbrew temu, co zdawał się sądzić Korga, jej głównym zadaniem nie było powstrzymywanie intruzów przed wejściem. Wręcz odwrotnie.

– I co teraz?

– Musimy wejść na samą górę. Dalej nie ma już wielu zabezpieczeń. Właściwie to większość Wieży jest pusta, spiralne schody wypełniają większą część jej objętości. I windy, ale te nie działają od kataklizmu. Jedynie na szczycie znajdują się komnaty. – Magiczne ciśnienie cały czas rosło. Nawet z moimi osłonami ciężko było mówić. Kiedy ostatni raz udałem się na szczyt Wieży, taki poziom osiągało dopiero gdzieś w okolicach jej połowy.

– Zatem prowadź – zabrzmiał bas demona. Zadziwiająco, ton jego głosu nie zmienił się wiele pomimo przemiany.

I tak, z narastającym poczuciem bezradności, zacząłem mozolną wspinaczkę schodami Wieży.

Co do samego demona, to dotarło do mnie, że był już w zasadzie martwy. Z jakiegoś powodu dodało mu to w moich oczach nieco sympatii, choć równie możliwe, że po prostu łatwiej przyszło mi traktować go po ludzku, gdy zaczął wyglądać jak człowiek. Nie żebym cieszył się z jego towarzystwa, ale postanowiłem zabić czas rozmową. Koniec końców nie istniał taki scenariusz, w którym dotarlibyśmy na szczyt, a demon uszedłby z życiem. Wraz z zamknięciem wyrwy stracił możliwość odwrotu. Nawet jeśli skopiowałby cały mój arsenał zaklęć, bez klucza nie mógłby przełamać bariery. Stanowiła prawdziwy cud magii – została zaprojektowana, by uwięzić boga. W porównaniu do niej siła demona była niczym.

– Powiedziałeś, że przybyłeś tu w poszukiwaniu mocy. Dlaczego dopiero teraz, po tylu latach?

– Czemu niby miałoby cię to interesować?

– Cóż, widziałeś z zewnątrz, jak wielka jest Wieża. Minie trochę czasu, zanim dotrzemy na górę. A może wolałbyś iść w ciszy?

Demon zastanowił się chwilę.

– Poszłoby nam szybciej, gdybyś tylko zechciał wzmocnić magię, która cię otacza…

A więc zorientował się. W miarę wspinaczki ciśnienie rosło i kilkukrotnie musiałem wznosić kolejne osłony, jednak cały czas trzymałem je na możliwie najniższym poziomie – takim, by móc iść naprzód i nie tracić oddechu. Na wszelki wypadek nie chciałem pokazywać mu nic ponad to, czego nie dało się uniknąć.

– Pośpiech nie ma sensu. Zresztą, gdybym pognał czym prędzej na szczyt, czy nie odniósłbyś wrażenia, że próbuję coś przed tobą ukryć? Albo że prowadzę cię w pułapkę?

– Masz rację. Dziwna to budowla. Nie wiem, co mieli w głowach ci, co ją wznieśli – odparł po chwili Korga, rozglądając się, choć nie było na co patrzeć. – A co do twojego pytania, wcześniej po prostu nie istniała taka potrzeba.

– Co masz na myśli?

– Po kataklizmie niewiele zostało z cywilizacji. W powstałym chaosie łatwo było rządzić tym nielicznym z nas, którzy posiadali jakąś moc. Lecz potem pomniejsze stwory zaczęły się mnożyć. Wyłoniło się z nich kilka ras, które teraz zasiedlają świat. Powoli powstają nowe kraje. Jak zapewne wiesz, twoi ziomkowie uczynili wyższe demony bezpłodnymi, by nie mogły same zastąpić ich jako dominujący gatunek.

– Więc przybyłeś tu, bo obawiasz się, że te nowe cywilizacje stworzą technologię będącą w stanie ci zagrozić?

– Byłbym głupcem, gdybym nie brał tego pod uwagę. Choć osobno żaden człowiek mi nie dorównywał, to przecież właśnie oni dali mi życie. Do czasu kataklizmu mieli nade mną pełną kontrolę, trzymając w magicznej klatce, niczym bestię służącą jedynie do siania zniszczenia. Dysponując odpowiednią ilością czasu, słabi zawsze pokonają silniejszych. Właśnie ze względu na słabość, będą jednoczyć się i uczyć kompensować, podczas gdy silni pozbawieni są tej motywacji. – Dziwnie się czułem, słuchając, jak demon bez problemu ciągnie wypowiedź, podczas gdy sam z trudem łapałem oddech już po paru zdaniach. – Ale pomyliłeś się, to nie dlatego tu jestem. Nowe cywilizacje są w powijakach. Potrzeba jeszcze wiele, wiele czasu, by osiągnęły taki poziom, bym naprawdę musiał się z nimi liczyć. Być może nawet więcej, niż upłynęło już od kataklizmu… Nie, jestem tu, gdyż zdałem sobie sprawę, że prędzej czy później pozostałe wyższe demony dojdą do podobnych wniosków. Postanowiłem, że muszę być pierwszym w Wieży.

– Być może znalazły się tu już przed tobą? Może dostały się na szczyt Wieży i słuch o nich zaginął?

– Próbujesz osłabić moją motywację? Może rzeczywiście jest tak, jak mówisz, lecz i tak to ja będę pierwszym, któremu uda się tam, gdzie inni zawiedli! Pierwszym, który posiądzie moc Wieży!

Przez moment żaden z nas nic nie mówił. Wykorzystałem tę chwilę, by po raz kolejny nieco wzmocnić prywatną magię ochronną.

Schody ciągnęły się w nieskończoność. Kiedy projektowałem Wieżę, skupiony byłem jedynie na jej formie oraz laboratoriach, tak więc w środku brakowało detali, na których dałoby się skupić uwagę, aby jakoś rozproszyć monotonię wędrówki. Jeszcze nigdy – a kiedyś pokonywałem ją często – droga na górę tak mi się nie dłużyła. Oczywiście, jeden z powodów to wymuszona oszczędność w stosowaniu zaklęć, lecz fakt, że prowadziłem na śmierć istotę, która już mi nie zagrażała, również grał swoją rolą. Jak i świadomość, że będę musiał ponownie spotkać się ze swoim dzieckiem.

– Czy słyszałeś coś o Wieży jeszcze przed kataklizmem? – zapytałem, gdy z powrotem mogłem swobodnie mówić.

– Niewiele da się dowiedzieć, siedząc w klatce. I choć jestem nieśmiertelny, to przecież nie pamiętam wszystkiego. Być może została nam przedstawiona jako potencjalny cel, siedziba potężnego maga? Całkiem prawdopodobne. Natomiast wszystkie istotne informacje udało mi się poznać już po. Najwyraźniej to gdzieś tu znajdowało się centrum katastrofy. Jeśli moje źródła mówią prawdę i budowniczy Wieży igrał z siłami na tyle potężnymi, że zniszczyły całą ludzką cywilizację, to powinieneś rozumieć, dlaczego zależy mi, by zawczasu posiąść tę moc.

– Myślisz, że tego właśnie chciał? Zniszczenia?

– Co za różnica? – Korga zaśmiał się głucho. – Liczy się efekt.

Wymusiłem krótki odpoczynek, podczas którego demon nie szczędził komentarzy na temat słabości ludzkiego ciała. Teraz to ja znalazłem się pod ostrzałem pytań, na które odpowiadałem raczej zdawkowo, kilka razy zatajając część prawdy. Nie dlatego, że pełne odpowiedzi mogły jakoś Kordze pomóc – zwyczajnie rozmowa na niektóre tematy przywoływała złe wspomnienia.

Zdążyłem jeszcze dowiedzieć się nieco, jak wygląda sytuacja w dalekich krainach. Ostatnio podróżowałem tuż po kataklizmie, szukając ludzi, którzy przeżyli. Z nadzieją, że uda mi się jeszcze jakoś odpokutować, prowadząc ich na ścieżce odbudowy. Jednak myśl, że jestem w stanie cokolwiek naprawić, okazała się naiwna. Zdałem sobie sprawę, że nie ma już kogo ratować, że przekroczyliśmy punkt bez powrotu, że mimo całej swojej mocy nie mogę niczego cofnąć. A potem już tylko spędzałem czas w letargu, zawsze w pobliżu Wieży.

– Ślady walki – zauważył Korga.

– Niemal tak stare, jak i sama Wieża – uspokoiłem go. – Ale to oznacza, że jesteśmy już prawie na szczycie.

– Nareszcie. – Demon zabulgotał, co chyba miało oznaczać radość. Takiego dźwięku spodziewałbym się raczej obcując z jego oryginalną formą.

Po przejściu ostatnich kilkudziesięciu metrów przedostaliśmy się przez potężne wrota. Ich skrzydła były powyginane i częściowo wyważone. Pojawiło się więcej śladów po zaklęciach bojowych. Zaprowadziłem demona poprzez niewielki korytarz do podłużnego pomieszczenia, wypełnionego rzędami roztrzaskanej maszynerii i stanowisk kontrolnych. Ściana po prawej stronie była tak naprawdę wielką szybą z nieprzezroczystego, matowego szkła.

Chociaż dawno już usunąłem ciała oraz zapewniłem im pochówek, wchodząc do środka przez moment ujrzałem je raz jeszcze. Musiałem przystanąć na chwilę, dopóki złudzenie mnie nie opuściło.

– I to tyle? – zapytał Korga. – Zajmie mi trochę czasu, by odnaleźć tu cokolwiek wartościowego.

– Cóż, pozostają jeszcze inne piętra, ale znajdują się tam tylko pomniejsze laboratoria i komnaty mieszkalne. Jesteśmy w głównej sali kontrolnej. Rozejrzyj się, jeśli chcesz, ale prawdziwy sekret Wieży odnajdziesz w sali zgromadzeń. Normalnie widzielibyśmy ją stąd, przez tę wielką szybę, ale oddziela nas jeszcze jedna bariera.

– Kolejna?

– Tak, ale nie musisz się nią przejmować. W przeciwieństwie do tej zewnętrznej, jedynym jej celem jest zapobieganie wydostawaniu się energii ze środka. Działa tylko w jedną stronę, a na fizyczne obiekty w ogóle. – Kiedyś było inaczej, ale zmieniłem to, by móc bez przeszkód wchodzić i wychodzić. – Do sali zgromadzeń dostaniesz się z korytarza, przez który przeszliśmy.

– Skąd mam wiedzieć, że nie prowadzisz mnie w pułapkę? – W głosie demona zabrzmiał gniew. – Im dłużej z tobą rozmawiam, tym więcej zdajesz się skrywać sekretów, które chciałbym poznać. Skąd znasz Wieżę na tyle dobrze, by nawet pamiętać rozkład pomieszczeń? Jak przetrwałeś kataklizm i cały ten czas, który od niego upłynął, choć nie powiodło się to żadnemu innemu człowiekowi? Być może odpowiedzią na te pytanie jest: ty już posiadłeś moc Wieży i teraz zamierzasz pozbyć się mnie z jej pomocą?

Westchnąłem.

– Nie mogę zapewnić, że nie jest tak, jak mówisz. – Cóż, może i rzeczywiście prowadziłem go w pułapkę, ale z drugiej strony niemal wszystko, co wcześniej powiedziałem, było przecież prawdą. – Ale jeśli spróbujesz wydobyć ze mnie odpowiedzi siłą, będziemy walczyć, a wtedy Wieża zawali się, a wraz z nią wszystko, co tak bardzo chcesz poznać. Poza tym, musisz przecież czuć, że mam rację. Nawet jeśli jesteś odporny na jej negatywne efekty, musisz być świadomy całej tej magicznej energii, która wylewa się z Wieży. I z pewnością czujesz, że jej źródło znajduje się właśnie tam, za tą szybą, w sali zgromadzeń. Ja zaczekam, szukaj sobie tego, po co tu przybyłeś. Może znajdziesz. Ale prędzej czy później i tak musimy wejść do tamtej sali. Powiedz, jak będziesz gotowy.

Znalazłem sobie siedzisko, dając tym samym jasny sygnał, że nigdzie się nie ruszam, po czym zająłem się wznoszeniem kolejnych zabezpieczeń wokół swojej osoby. Korga poświęcił dłuższą chwilę na przeszukanie komnat, łącznie z tymi na pozostałych piętrach. Gdy zszedł na dół, po jego minie było widać, że nie znalazł niczego interesującego. W milczeniu skierował się we wskazanym przeze mnie kierunku.

Nawet mając kilka godzin, nie zdążyłem do końca się przygotować. Wywołanie zaklęć obronnych to jedno, ale z nastawieniem mentalnym już tak łatwo nie poszło. Wstałem i dołączyłem do demona.

Ciężkie drzwi do głównej sali ustąpiły z oporem, upiornie skrzypiąc. Za nimi znajdowała się ciemnoszara zasłona, efekt uboczny bariery. Zrobiłem krok jako pierwszy, a po chwili po drugiej stronie wyłonił się także Korga.

Sala, w której się znaleźliśmy, była o wiele większa, niż pozostałe w Wieży. Jednak to, co najbardziej rzucało się w oczy, to jej stan. Nie było po niej widać ani śladów bitwy, ani upływu czasu. Sama komnata świeciła pustkami, lecz ściany, podłogę oraz sufit pokrywały bogate zdobienia. Z tego ostatniego zwisały ciągle działające magiczne żyrandole, a ich światło podkreślało niezwykłą aurę pomieszczenia. Jedynie kilka szarych, blokujących widok połaci psuło wystrój.

Na środku unosił się więzień Wieży. Moja córka. Nie mogłem przestać tak o niej myśleć, nawet ze świadomością, że to, co widziałem, było tylko eteryczną zjawą, awatarem wyższego bytu, który tylko ze względu na nieszczęśliwy zbieg okoliczności bazował na jej psyche. Chociaż spoglądając na nią, wiedziało się, rozumiało, na co się patrzy, to nie dało się wyodrębnić poszczególnych kolorów czy krawędzi. Obraz pochodził z magicznej projekcji przekazywanej wprost do umysłów – zawsze miałem wrażenie, że zawierał więcej informacji, niż te potrafiły pojąć.

Mimo to dla mnie wciąż wyglądała tak samo.

Odwrócona tyłem, zdawała się nie zwracać na nas uwagi. Wokół w smugach eterycznej mgły rozgrywały się sceny z naszej przeszłości. Wiedziałem, że projekcja odzwierciedla stan jej umysłu.

– Co to jest? – przerwał ciszę Korga. – A więc to ona stanowi źródło tego wszystkiego? Hej! – zwrócił do zjawy. – Jam jest Korga Kalacz, jeden z dwunastu bogów-demonów. Przybyłem, by poznać sekret twej mocy!

Wizje przeszłości rozpłynęły się, a w powietrzu zaistniało napięcie. Zjawa zaczęła się obracać, po czym znalazła się tuż przed moją twarzą. Nie była to po prostu teleportacja – część mnie zarejestrowała ruch, część nie. Raczej miało się wrażenie, jakby kilka rzeczywistości nakładało się na siebie. Zapragnąłem schować się, uciec – mój umysł opierał się przeładowaniu bodźcami…

– Ojcze… – powiedziała cicho, niemal niesłyszalnie, ignorując demona zupełnie, a ja poczułem delikatny dotyk dłoni na moim policzku. Ustał jednak, gdy kontynuowała wypowiedź. – A więc nie zapomniałeś o mnie. Co cię tu sprowadza po tym, jak mnie uwięziłeś i unikałeś przez wieki? Czyżby za ciężko było ci spojrzeć w twarz własnemu dziecku, wiedząc, co mu zrobiłeś?

Jej głos niósł się tak po fizycznym, jak i magicznym medium, rezonując w mózgu słuchacza. Wystarczyłoby jej zwrócić się do kogoś w gniewie, by go unicestwić. Całe szczęście dzięki wszystkim moim osłonom stałem się częściowo odporny, choć wbrew woli udzielił mi się nastrój żalu i przykrości.

– Ja… Wiem, że powinienem odwiedzać cię częściej. Rozumiesz, że nie jest to łatwe. – Wskazałem na mojego towarzysza. – Korga zmusił mnie, by go tutaj przyprowadzić. Szuka w Wieży mocy, która ma mu pomóc stać się silniejszym.

– A więc nawet nie przyszedłeś tu z własnej woli! – Smutek ustąpił miejsca gniewowi, a ten morderczej żądzy. Eteryczna mgła zajaśniała ciepłymi kolorami. Poczułem, jakbym został uderzony, i ugięły się pode mną kolana. – I przyprowadziłeś tu jedną z istot, które mają na dłoniach krew matki! Ty! – zwróciła się do demona, jakby dopiero teraz go zauważyła. – Jak widać mój ojciec nie potrafi rozwiązywać własnych problemów i muszę zrobić to za niego. A więc chcesz ode mnie mocy?

Korga skinął głową.

– Zatem jak sobie życzysz!

Obraz zawirował, po czym strumień niewyobrażalnie potężnej magii uderzył w demona. Jednak efekt był taki sam, jak wcześniej w pojedynku ze mną.

– Nie zdołasz mnie pokonać! – rzucił z pewnością siebie Korga, choć w porównaniu do wrzynającego się w umysł głosu mojej córki jego bas nie robił już takiego wrażenia. – Jestem odporny na magię! Lepiej od razu się poddaj i wyjaw sekrety, po które tu przybyłem!

– Ha! Marna istoto, to nic dla mnie nie znaczy!

Poczułem, jak układ prądów magicznych w pomieszczeniu zmienił się w sposób nawet dla mnie niepojęty.

Kolejny strumień uderzył w demona i tym razem, przeczuwając, że coś jest nie tak, stwór obronił się w ostatniej chwili za pomocą podpatrzonych u mnie barier. Najwyraźniej cały czas bacznie obserwował, by móc teraz w mgnieniu oka skopiować wszystkie zaklęcia, jakich używałem w Wieży, a nawet dodać coś od siebie.

Mimo to nie wyszedł bez szwanku. Na jego ciele pojawiało się wiele drobnych ran, które zaczynały błyskawicznie się goić. Najwyraźniej kolejnym z jego talentów była natychmiastowa regeneracja. Nigdy przedtem nie spotkałem istoty obdarzonej kompletem tak rzadkich mocy.

– Jak… Jak udało ci się mnie zranić? Jestem niewrażliwy… – Demon ciężko dyszał. Władczy i buńczuczny ton został zastąpiony przez pełen zdziwienia i narastającego strachu. Odwróciłem głowę.

– Milcz! – Głos zjawy zabrzmiał na tyle potężnie, że pociemniało mi przed oczami, choć nie stanowiłem jego celu. Kątem oka zauważyłem, że poprzednio gojące się rany demona zaczęły otwierać się na nowo. – Ojcze! Jak śmiałeś nauczyć to monstrum swojej magii, by próbował się przede mną bronić?! – Zwinięty z bólu, nie byłem w stanie odpowiedzieć. – Nieważne. Te sztuczki są i tak poniżej mojego poziomu. Teraz czas twojego kalania tego miejsca swoją obecnością dobiegł końca!

Trzeci i ostatni strumień energii usunął ze świata, wraz ze wszystkimi pozostałościami, potężnego boga-demona, Korgę. Ja tymczasem zemdlałem.

 

***

 

Wreszcie wszystko było już gotowe. Razem z dziewięćdziesięcioma dziewięcioma zaufanymi magami – a wśród nich dorosłą już córką – zebraliśmy się w komnacie na szczycie Wieży.

Przez przeszkloną ścianę mogliśmy obserwować grupę naukowców uruchamiających maszyny, których celem było wzmocnić i odpowiednio nakierować naszą magię. Moja żona dyrygowała nimi umiejętnie. Kilka razy nasze oczy spotkały się, lecz nie zabawiały razem na długo. Przez ostatnie lata wiele razy widywałem, jak płakała, ale tylko w prywatności. Na oczach publiczności zawsze pozostawała w pełni profesjonalna.

Kiedy po drugiej stronie wciąż trwała faza wstępna, skupiłem się na zabawianiu pozostałych uczestników eksperymentu. Większość była wyraźnie poddenerwowana. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę naturę tego zgromadzenia.

Dwadzieścia trzy lata zajęło mi układanie inkantacji, rozpisanie ról i połączenie ich w całość za pomocą odpowiednich grafów po wyliczeniu interakcji pól magicznych – wszystko w skali, jakiej świat jeszcze nie widział. Teoretycznie najmniejsza wymagana ilość osób, do jakiej udało mi się sprowadzić rytuał, to tylko osiemdziesiąt cztery, jednak podciągnąłem ją do setki, żeby zabezpieczyć się przed niepowodzeniem poprzez redundancję. No i “stu magów” brzmiało po prostu lepiej.

Wszyscy zgłosili się, wiedząc, jakie będą konsekwencje. Nasze umysły miały połączyć się w jeden nowy byt, obdarzony niewyobrażalną mocą. Chociaż można powiedzieć, że stanowiłby kontynuację każdego z osobna, to my sami przestalibyśmy istnieć. Nie przewidziałem, że wśród nich znajdzie się również moje dziecko. Naturalnie oboje próbowaliśmy odwieść ją od tego zamiaru, jednak nie udało się. Ustąpię, jeśli ty także zrezygnujesz, ojcze – powtarzała uparcie – inaczej wszystkie twoje argumenty to czysta hipokryzja.

Wydawać by się mogło, że ciężko znaleźć taką ilość osób gotowych poświęcić swoje dotychczasowe życie dla dobra innych, ale przez te dwadzieścia trzy lata świat naprawdę się posypał. Nawet w mojej domenie sprawy nie miały się dobrze. Po ukończeniu Wieży nastąpił ogromny napływ uchodźców z okolicznych krajów, a także zwróciła się na nas uwaga pozostałych potęg. Tylko liczne bariery zabezpieczały państwo przed najazdem, a ciągła praca magów wśród ludności przed wybuchem wewnętrznego chaosu. Znaleźliśmy się na krawędzi i taki stan rzeczy nie mógł trwać wiecznie.

Dostałem sygnał – można rozpoczynać inkantacje. Odwróciłem wzrok od pokoju kontrolnego. Odchrząknąłem głośno i zacząłem przemowę.

Moja rola – poza zaprojektowaniem zaklęcia – była głównie ceremonialna. Sama inkantacja, po rozłożeniu na sto części, nie należała do najtrudniejszych. Mówiłem o poświęceniu, o obowiązku wobec świata, o wdzięczności, o rodzinie, o cierpieniu, o chwale, o strachu i o jeszcze wielu innych rzeczach. A kiedy mówiłem, dokoła rozwijała się zasłona energii oddzielająca nas od świata zewnętrznego. Rzucając tak potężny czar, musieliśmy odciąć się zupełnie, by uniknąć interferencji.

Kiedy skończyłem, pozostali magowie rozpoczęli recytację własnych fragmentów. Wreszcie przyszedł czas na zaklęcie mające uratować nasz świat.

Odwróciłem się, by po raz ostatni uśmiechnąć się do tej osoby, która wspierała mnie od samego początku, choć wiedziała, że jedynym co otrzyma w zamian, było cierpienie, i ujrzałem ją w objęciach śmierci.

Ledwo co widziałem przez mglistą zasłonę magicznej bariery dzielącej nas od świata, lecz dzięki szybkiemu zaklęciu zrozumiałem, co się dzieje.

Do dziś nie wiem, czy ogromna ilość energii przez nas wyzwolona została wykryta i ktoś zaatakował w panicznym odruchu, czy może inwazja była planowana już od dawna. Tak czy inaczej, jak tylko otoczyłem nas zasłoną, odciąłem się również od świata zewnętrznego, w związku z czym bariery nałożone przeze mnie osłabły lub zniknęły zupełnie.

To pozwoliło wrogom na atak. W Wieży, a zapewne również w całym państwie, otworzyły się portale, z których wysypały się demony – istoty stworzone przez magów z innych krajów, gdy zabrakło im żołnierzy do armii. Tylko nasza setka była nadal bezpieczna, spowita potężną magią.

Nie czekałem z reakcją. Eksperyment mógł być kontynuowany beze mnie, ale w tym momencie zupełnie o tym nie myślałem. Zasłona była nie do zdjęcia, lecz to ja ją zaprojektowałem. Nie mogłem jej usunąć, ale zostawiłem sobie furtkę, gdyby jakaś modyfikacja okazała się niezbędna. Zacząłem natychmiast rzucać czary, by się przez nią przedostać.

Moja córka zorientowała się, że coś jest nie tak, ale nie potrafiła zerknąć poza barierę. Poczułem jej dłoń na ramieniu. Odwróciłem się i ujrzałem pytające spojrzenie. Dokładnie w tym samym momencie ostatni czar wywołał się, przenosząc mnie do sali kontrolnej.

To był chaos. Istoty rodem z piekła znajdowały się wszędzie, niszcząc, co tylko się dało, i mordując próbujących uciekać naukowców. Przez chwilę nawet nie zwróciły na mnie uwagi. To wystarczyło.

Szybkim zaklęciem zmiotłem je z powierzchni ziemi, kolejnym posłałem gigantyczną eksplozję na drugą stronę portalu, z którego wypełzły, zaś ostatnim wprowadziłem zakłócenia w polu magicznym na tyle silne, by ten stał się niestabilny i implodował.

Doskoczyłem do żony. Nie potrzebowałem magii skanującej – rana w brzuchu, pochodząca od jakiegoś wielkiego pazura lub rogu, wyglądała jak ziejąca jama.

Objąłem kobietę jedną ręką, błagając, by mnie nie zostawiała, jednocześnie drugą rzucając czar za czarem, choć oczywiście rozumiałem, jak beznadziejna była sytuacja.

Nie mogłem zrobić już nic, by ją uratować, ale moje starania okazały się nie być zupełnie bezowocne. Choć tylko na moment, pozwoliły jej otworzyć oczy i spojrzeć na mnie raz jeszcze przytomnym wzrokiem. Zobaczyłem, jak jej wargi poruszają się.

– Spraw… nie na… marne. – Nachyliłem się jak mogłem, a mimo to ledwie odróżniałem słowa. – Ja… wierzę w ciebie.

I to był koniec.

Zostałem tak przez chwilę, nie mogąc się zmusić do jakiegokolwiek działania. Następnie przygotowałem skok poza Wieżę. Musiałem zrobić tyle rzeczy, być w tylu miejscach… Kto, jak nie ja, mógł powstrzymać ten mord? Lecz w tamtym momencie kierowała mną po prostu ślepa żądza krwi. Zamiast zapobiegać jej rozlewowi, pragnąłem ją przelewać. Nie było mi jednak to dane.

Obudziłem się z potwornym bólem głowy i nudnościami, które pojawiają się, gdy ktoś niezabezpieczony podróżuje poprzez taumaturgiczne wymiary. Magia pochodząca z rytuału musiała wypaczyć moje zaklęcie teleportujące. Podniosłem się na roztrzęsionych nogach.

Do dziś nie mogę zapomnieć tamtego widoku.

Nie było czegoś takiego jak horyzont. Nie było ani jednej poziomej linii. Niektóre fragmenty powierzchni zapadły się, a inne podniosły w górę, jak gdybym patrzył na ciasto, które ktoś zgniótł, trzymając za boki. Jedynymi śladami po cywilizacji były powalone, częściowo wciągnięte pod ziemię budynki. To, co z początku wziąłem za księżyc, okazało się być słońcem, zasłoniętym grubą warstwą pyłu. Raz za razem pojawiały się kolejne wstrząsy i grzmoty.

W oddali widać było szalejący huragan, w którego oku się znajdowałem. Szybko zrozumiałem, że to Wieża jest centrum kataklizmu. Uruchomiłem awaryjne zabezpieczenia w zasłonie otaczającej salę zgromadzeń, które wzmocniły barierę.

Za późno. Za późno dla wszystkich.

 

***

 

Było pogodnie i słonecznie. Z terenów zielonych roztaczających się wokół Wieży dochodził gwar wielu ludzkich istnień. Moja żona siedziała obok na ławce, pogrążona w lekturze jakiejś skomplikowanej naukowej księgi. Nasze jedyne dziecko hasało po trawie, raz po raz rzucając proste zaklęcia. Rozpierała mnie duma, tak szybko i chętnie się uczyła. Znowu stanowiliśmy szczęśliwą rodzinę, a świat był piękny i przyjazny, nawet jeśli tylko w tym jednym miejscu…

Obudziłem się. Leżałem na podłodze sali zgromadzeń. Chociaż w powietrzu ciągle czuć było nuty różnych emocji, to po sztormie, który miał miejsce wcześniej, nie pozostało nic więcej. Spróbowałem się podnieść.

– Ostrożnie. Musiałam trochę cię naprawić. Przy okazji zajrzałam w twoją przeszłość. A więc naprawdę jedynym powodem twojej wizyty było wyręczenie się mną w rozwiązaniu problemu.

– To nie tak, jak myślisz…

Zamilkłem, gdy zorientowałem się, jak żałośnie brzmią moje słowa. Ale wiedziałem, że jeśli naprawdę mam wreszcie skończyć z uciekaniem przed odpowiedzialnością, to nie mogę się poddać.

– Przynajmniej nie do końca tak, jak myślisz. Racja, cała ta sytuacja doprowadziła mnie tutaj, ale to było raczej jak popchnięcie w kierunku, w którym i tak postanowiłem zmierzać. Przez cały ten czas znajdowałem się w letargu, pozbawiony jakiejkolwiek motywacji. Gdzieś tam głęboko powoli docierało do mnie, co powinienem zrobić, ale po prostu nie mogłem się przemóc, by wykonać pierwszy krok. A potem pojawił się Korga. Myślę, że właśnie dlatego tak łatwo mu się podporządkowałem.

– Czyli przyznajesz, że uciekłeś ode mnie, uciekłeś… Od niej. Jak mogłeś spoufalić się z tym plugastwem? Nie pamiętasz, kto ją zabił?!

– Korga może i należał do tego samego rodzaju, ale on sam w niczym ci nie zawinił. Poza tym to przecież my, ludzie, stworzyliśmy demony i to my posyłaliśmy je do walki. Korga może nie był najprzyjemniejszą osobą, ale dzięki niemu zyskałem nieco inną perspektywę… Choć moje trybiki były gotowe do pracy, dopiero dzięki niemu w końcu wskoczyły na właściwe miejsca. Wiesz, że po kataklizmie szukałem pozostałych przy życiu ludzi. Łudziłem się, że odbudowując świat, odnajdę przebaczenie za to, co na niego sprowadziłem. Ale nie udało mi się nikogo znaleźć, więc się poddałem. Tymczasem tysiące istot, które przeoczyłem lub zignorowałem, wcale się nie poddały. Gdy ja spałem, pędzone wolą przetrwania stworzyły nowe cywilizacje. Udało im się coś, co nie udało się mnie, mimo całej mojej mocy. To właśnie dzięki nim ten świat właśnie się odradza.

– Zawsze taki byłeś. Ileż to razy rozwodziłeś się nad tym, jak zapewnić wszystkim przetrwanie i dobrobyt.

– O tak, doprawdy moje działania przepełniała arogancja. Chciałem stworzyć przystań dla uciśnionych i zawiodłem. Spróbowałem uratować świat i sprowadziłem na niego zagładę. Lecz już nie. Wreszcie zrozumiałem: nikt nie potrzebuje pasterza takiego, jak ja.

– Nie to miałam na myśli! Nawet teraz tego nie widzisz? Twoje wzniosłe ideały były i nadal są dla ciebie ważniejsze, niż własna rodzina! Jak mogłeś mnie tutaj zostawić? Jak mogłeś pozwolić matce umrzeć w imię twoich celów?! Dlaczego powstrzymałeś mnie, gdy chciałam zniszczyć wszystkich odpowiedzialnych za jej śmierć?! Gdyby zależało ci na nas nawet w połowie tak bardzo, jak na tych głupich ideałach, ona nadal by żyła!

– Tak naprawdę – westchnąłem – to jest dokładnie odwrotnie. Gdybym tylko zamiast samemu wydostać się z eksperymentu, wypuścił ciebie! Ile istnień by się dzięki temu uchowało! Lecz gdy ujrzałem, jak otrzymuje śmiertelną ranę, po prostu musiałem być przy niej. Gdybym potrafił zignorować w tamtym momencie swoje uczucia i posłać ciebie przez barierę, to teraz znajdowałbym się na twoim miejscu. Gdybym rzeczywiście był taki bezduszny, doprowadziłbym eksperyment do końca. Zawsze pragnąłem tylko waszego szczęścia. To dla was chciałem ratować świat.

– To dlaczego nie dałeś mi go zniszczyć, gdy takie było moje życzenie? Jeśli to dla mnie tak dbasz o ten świat, to jaki ma to sens, skoro pragnę jego końca?

– Ponieważ zależy mi na tobie, a nie na twoich celach! Nie zawsze to, do czego dążysz, da ci szczęście. Spójrz na mnie! Wiem o tym doskonale. Wiem, jak bardzo cierpisz. Ale wyładowanie bólu na innych nie przyniesie ci ukojenia. W twoim stanie nie będzie mu końca. Nawet, jeśli zniszczysz ziemię zupełnie, będziesz trwać nadal. Ja… Postanowiłem to zakończyć.

Atmosfera w pomieszczeniu zmieniła się. To, co powiedziałem, musiało ją zaalarmować.

– Co planujesz zrobić? – spytała ostro.

– Wieża miała być symbolem bezpieczeństwa, lecz tak długo, jak długo istnieje, stanowi zagrożenie dla świata. Inni będą do niej ściągać. Jest szansa, że za milion lat komuś uda się powtórzyć ten proces. Jeszcze większa, że ktoś cię uwolni… Jeśli sama do tej pory nie przełamiesz moich barier i nie spuścisz na świat swojej furii. Nie mogę na to pozwolić.

– I jak niby zamierzasz temu zapobiec? – zadrwiła.

– Jest jeszcze jedno zabezpieczenie, które wplotłem w zaklęcie. Nikomu o nim nie powiedziałem. I tak poza mną nie znalazłaby się osoba będąca w stanie go użyć, jest tak skomplikowane. Nie chciałem nikogo niepotrzebnie martwić. Miałem je wywołać, gdyby coś poszło źle z samym zaklęciem… Naprawdę źle. Wykorzystując ten sam proces, który dał ci obecną formę, furtka ta wygeneruje gigantyczny, niekontrolowany wyciek mocy ze wszystkich jej źródeł. Przykro mi… To jedyne, co może jeszcze zakończyć twoje istnienie.

– I naprawdę sądzisz, że ci na to pozwolę?! Mogę cię zniszczyć równie łatwo, co demona, którego tu przyprowadziłeś!

– Ale czy to zrobisz? Nie sądzę, żebyś potrafiła mnie skrzywdzić. Miałaś już wiele ku temu okazji. Byłoby to zgodne z twoimi interesami. Gdyby mnie zabrakło, nie miałby kto pilnować Wieży i utrzymywać barier w dobrym stanie. Jeśli rzeczywiście twoim pragnieniem jest zagłada świata, to mój los nie powinien mieć dla ciebie znaczenia. Ten niewielki fragment mocy, który trafił do mnie na początku rytuału, sprawił, że się nie starzeję, ale nie zmienił nic więcej. Mimo to przetrwałem, pozostając nieprzytomnym w samym centrum kataklizmu, który kontrolowałaś.

Wziąłem głęboki wdech. Wypuściłem powietrze. Był tylko jeden sposób, by sprawdzić, czy to co przed chwilą powiedziałem było prawdą, czy też może jedynie blefem. Czas brać się do roboty, pomyślałem.

Machnąłem ręką, rozrzucając przygotowane wcześniej zaklęcia. Każde z nich zaczęło samodzielnie tkać nową magię – fragment metaczaru.

Zaklęcia, które rzucały zaklęcia – gdyby ktokolwiek usłyszał o tym ode mnie przed kataklizmem, zostałbym wyśmiany i to pomimo wielkiego autorytetu, jakim się cieszyłem. Była to jednak jedyna metoda, która pozwoliła mi na zastąpienie wszystkich pozostałych magów niezbędnych do odprawienia rytuału. Udało mi się ją odkryć tylko dzięki zdobytej długowieczności. Jej opracowanie zajęło mi wieki, zaś przygotowanie każdego z zaklęć-pośredników lata. W każdej innej sytuacji okazałaby się zbyt niepraktyczna, by z niej skorzystać.

– Zostajesz tutaj? Nie zamierzasz uciekać? – Podczas gdy zaklęcie samo się rozbudowywało, moja córka gotowała się, by wykonać swój ruch. Najwyraźniej uznała, że ma jeszcze dość czasu, by zadać kilka pytań.

– Tak. Mógłbym to zrobić poza twoim zasięgiem, poza barierą. Lecz jest dla mnie ważne, bym tu został. Chcę spędzić z tobą te ostatnie chwile. Bez ciebie i tak nie będzie już nikogo, dla kogo miałbym dalej żyć. Myślę, że przynajmniej częściowo się ze mną zgadzasz. I chcę dać ci szansę, by pokazać, że się mylę. Jeśli moje zaklęcie wywoła się do końca, będzie to oznaczało, że jednak mam rację. Że tego chcesz.

Czar nie wymagał już mojego udziału, więc mogłem obserwować pełną napięcia sytuację. W magii wypełniającej pomieszczenie czuć było wahanie, zmieniała się szybciej i bardziej chaotycznie, niż kiedykolwiek przedtem. A potem, nagle, decyzja została podjęta i wszystko to ruszyło wprost na mnie. Świat zamienił się w ciemność, zanim zdążyłem pojąć, co się dzieje.

Poczułem, że znajduję się w ciepłym i miękkim objęciu.

– Cieszę się, że mnie nie opuściłeś – wyszeptał głos tuż przy moim uchu. – Gdybyś to zrobił, pewnie bym cię powstrzymała. Jak długo nam zostało?

– Odrobinę. Ja… Naprawdę jest mi przykro. Myślałem, że potrafię tak dużo, a nie byłem nawet w stanie zapewnić ci rodziny, jakiej potrzebowałaś…

– Nie da się cofnąć czasu – odparła kojąco.

– Powinienem już tak dawno stawić czoła temu wszystkiemu, a nie uciekać. Zaoszczędziłbym ci tyle cierpienia.

– Oboje popełniliśmy wiele pomyłek. Udało ci się sprawić, że wreszcie to zaakceptowałam. Teraz twoja kolej.

Chociaż nie czułem już własnego ciała, wiedziałem, że pojawiły się łzy.

– Mhm. Niedługo będzie koniec. Możemy tak już zostać?

Ale nie otrzymałem odpowiedzi. Zdążyłem jeszcze pomyśleć – biorąc pod uwagę, jak skonstruowałem to zaklęcie – że wkrótce ze szczytu Wieży rozleje się światło widoczne z bardzo, bardzo daleka.

A potem wszystko ucichło.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Nie uwiodło.

Mało akcji, dużo retrospekcji. Nie bardzo rozumiem, co tam właściwie się stało w momencie eksperymentu. Dlaczego została akurat córka bohatera? Że była wkurzona, to jasne. Jak to się stało, że demony zaatakowały matkę, skoro znajdowała się w wieży chronionej barierą?

Wykonanie niezłe.

Nie ważne, jak potężna jest twoja magia,

Nieważne.

Babska logika rządzi!

Dlaczego została akurat córka bohatera? Że była wkurzona, to jasne.

Psyche powstałej w wyniku rytuału istoty bazuje na psyche jego uczestników. Akurat tak się nieszczęśliwie złożyło, że w momencie aktywacji zaklęcia chwilowo pragnienia córki narratora były tak silne i jasno skierowane, że przysłoniły mdłą i mało entuzjastyczną potrzebę ratowania świata pozostałych.

Jak to się stało, że demony zaatakowały matkę, skoro znajdowała się w wieży chronionej barierą?

Cały kraj był chroniony barierami, a też został zaatakowany. Najsilniejsza bariera otaczała samą komnatę, w której odbywał się eksperyment. Jest wprost podane, że gdy została aktywowana, pozostałe bariery osłabły lub zniknęły, ponieważ ich twórca – narrator – został od nich odcięty.

Mało akcji, dużo retrospekcji.

Taki już chyba mój styl, nie sądzisz? :)

 

Dzięki za wyłapanie tego byka. Wszystkie wskazane błędy poprawię natychmiast po zakończeniu konkursu.

ironiczny podpis

Aha. Czyli podczas rytuału powstała jakaś istota i jakby opętała córkę/ stała się jej posłuszna/ wzmocniła ją? To nie było dla mnie jasne.

To, że padły pozostałe bariery, rozumiem. Ot, źródło zasilania nagle się schowało za zasłoną. Ale najbardziej wewnętrzna bariera ma do niego dostęp. No i potem Korga przecież nie mógł dostać się do wieży, to dlaczego inne demony podczas ataku właziły jak do stodoły? Czy to bohater pobudował barierę dookoła wieży już po zabawie z setką magów? No, ale w takim razie, dlaczego jego córka pozwoliła się zamknąć?

Pewnie taki Twój styl. Ale niektóre Twoje teksty bardziej mi się podobają.

A tam, poprawiaj, póki trwa konkurs, to można. Taki się utarł zwyczaj na portalu. Chyba że sędziowie zadecydowali inaczej, ale nie kojarzę żadnego takiego zapisu, tylko o betowaniu coś było, żeby wstawiać teksty na nowo, bez ukrytych komentarzy.

Babska logika rządzi!

To, że padły pozostałe bariery, rozumiem. Ot, źródło zasilania nagle się schowało za zasłoną. Ale najbardziej wewnętrzna bariera ma do niego dostęp.

Najbardziej wewnętrzna bariera obejmuje samą komnatę z eksperymentem. Dlatego ta pozostała nienaruszona – nie toczyły się tam walki. Jest to zaznaczone w opisie, gdy Korga i narrator do niej wchodzę. Natomiast nie obejmowała sali kontrolnej, gdzie znajdowali się naukowcy. Jest to wielokrotnie zaznaczone, chociażby w tym, że po aktywowaniu tej bariery uczestnicy eksperymentu i naukowcy nie widzą siebie nawzajem (za wyjątkiem narratora, który wie, jak obejść barierę).

No i potem Korga przecież nie mógł dostać się do wieży, to dlaczego inne demony podczas ataku właziły jak do stodoły? Czy to bohater pobudował barierę dookoła wieży już po zabawie z setką magów?

Dokładnie. Jest napisane wprost, że gdy obudził się po nieudanej teleportacji w trakcie trwania kataklizmu i zorientował się w sytuacji, natychmiast podniósł awaryjne bariery, a potem pozostawał cały czas w pobliżu Wieży, utrzymując je w dobrym stanie.

No, ale w takim razie, dlaczego jego córka pozwoliła się zamknąć?

“Córka” po eksperymencie jest czymś w rodzaju boga, ale nie Boga. Nie jest wszechpotężna ani wszechwiedząca – inaczej te superhiper bariery by jej nie powstrzymały. Z jednej strony “córka” była skupiona na niszczeniu świata – a bariery zostały już stworzone jako awaryjne zabezpieczenia, więc podniesienie ich zajęło krótką chwilę. Z drugiej strony, końcówka pokazuje, że mimo swojej wściekłości “córka” jednak gdzieś głęboko chciała zostać powstrzymana.

 

A tam, poprawiaj, póki trwa konkurs, to można. Taki się utarł zwyczaj na portalu. Chyba że sędziowie zadecydowali inaczej, ale nie kojarzę żadnego takiego zapisu, tylko o betowaniu coś było, żeby wstawiać teksty na nowo, bez ukrytych komentarzy.

Wiem, ale mimo wszystko tak sobie przyjąłem :)

ironiczny podpis

OK, wyjaśniłeś wątpliwości. Jednak te padające i podnoszące się bariery trzymają się kupy.

Babska logika rządzi!

Jednak te padające i podnoszące się bariery trzymają się kupy.

Uff. :)

ironiczny podpis

Furkawce są najmnocniejszą stroną tekstu. Początek naprawde mnie zaintrygował, ekosystem pożerających się i walczących o lebensraum demonów zachęcił do dalszego czytania.

Potem uciekłeś w retrospekcje, ocalanie świata i objaśnienia zasad magii, moim zdaniem ze szkodą dla tekstu. Osobiście nie lubię, gdy historia kończy się sceną, w której bohater podchodzi do “konsoli sterowania światem” i przekłada wajchę, tudzież poświęca się heroicznie. Totalizm takich zakończeń odbiera im naturalność i przydaje holywoodzki zapaszek.

W związku z tym, niestety, troszkę się rozczarowałem.

Z interesujących aspektów historii, to przypominała mi trochę chińską bajkę z gatunku shonen – daję dużego plusa za przywołanie specyficznego klimatu ;D Niezwykli bohaterowie, posiadający unikalne dla siebie zdolności, toczą w trakcie pojedynku długie rozmowy, wyjaśniając charakter swoich mocy i błyskotliwość wykonanych ataków.

Z interesujących aspektów historii, to przypominała mi trochę chińską bajkę z gatunku shonen – daję dużego plusa za przywołanie specyficznego klimatu ;D Niezwykli bohaterowie, posiadający unikalne dla siebie zdolności, toczą w trakcie pojedynku długie rozmowy, wyjaśniając charakter swoich mocy i błyskotliwość wykonanych ataków.

Tutaj to tylko fragmenty, historia ma trochę inny wydźwięk, ale piszę tekst, który od początku do końca będzie shonenem. Postaram się zapamiętać, by ci wysłać PM-kę, jak go opublikę.

Osobiście nie lubię, gdy historia kończy się sceną, w której bohater podchodzi do “konsoli sterowania światem” i przekłada wajchę, tudzież poświęca się heroicznie. Totalizm takich zakończeń odbiera im naturalność i przydaje holywoodzki zapaszek.

Rozumiem. Ja akurat lubię, gdy status quo zmienia się dramatycznie :)

ironiczny podpis

Nie przeszkadza mi zmiana statusu quo.. Mam na myśli miejsca w przedstawionym uniwersum, z których można sterować światem, przestawiając przysłowiową “wajchę”. Do tego rodzaju zepsutych zakończeń zaliczam np Pana Lodowego Ogrodu (skądinnąd przepiękna i pełna rozmachu opowieść) albo trzecią część serii Mass Effect.

W rzeczywistości wydarzenia nie rozwijają się zwykle w ten sposób, że jest jakiś tron władzy nad światem i tam można przestawić zwrotnice historii. Nie jest to obiektywny zarzut, a moja osobista niechęć do tego typu mechanizmów zawartych w strukturze świata i fabuły.

Ok. Teraz rozumiem bardziej :)

ironiczny podpis

Tekst nie powstał bezpośrednio na konkurs

A może powstać "pośrednio" na konkurs? Ooj, popraw się ;)

 harmider i dźwięki obijania o barykadę

Nie dość, że harmider, to jeszcze dźwięki – to trochę jak jabłka i owoce. Lepiej od razu opisz ten dźwięk.

 barykadę, która oddzielała pomieszczenie

A nie ściankę działową?

 Szybko wychwyciłem…

Ten paragraf jest cokolwiek przegadany. Ja zrobiłabym tak (w czasie teraźniejszym jest myśl bohatera – takie mieszanie jest dopuszczalne): Odgłosy tłuczenia o ścianę mieszały się z monotonnym szelestem i nosowymi, niewyraźnymi nawoływaniami. A, przecież tu niedaleko są furkawce. Podszedłem, żeby sprawdzić, czy to one.

 Zapanowało nagłe podniecenie, co poskutkowało hałasem dwa razy silniejszym

Mógłbyś to opisać: Przekrzykiwały się nawzajem, aż słowa utonęły w jednolitym jazgocie.

 Wskazałem (…) poprzez dziury

Przez dziurę.

 zaczęły wtórować

Niby to poprawne, ale coś nie brzmi.

 dostrzegłem ich tylko jakiś tuzin, czyli mniej, niż podpowiadała mi pamięć.

Troszkę zbyt wymyślne. Moja wersja: faktycznie, kiedy się przyjrzałem, było ich mniej, niż powinno być, może tuzin.

 Następnie ten, którego wybrałem jako przedstawiciela

To "następnie" bym wyrzuciła.

 żebym brał was

Składnia: żebym was brał.

 Wykonałem w myślach szybką analizę, co będzie wymagać ode mnie mniejszego wysiłku

Nienaturalne. Ja dałabym: Zastanowiłem się pospiesznie, czy mniej wysiłku będzie wymagało…

 Machnąłem ręką, jakbym chciał odsunąć barykadę, a jej fragmenty odleciały w kąt, pchnięte magiczną siłą.

Primo – po co sobie niszczy dom? Secundo – ten opis jest jakiś… hmm. zewnętrzny. Gdybyś sam to robił, opisałbyś tę siłę jako "magiczną"?

 skierowałem swe kroki w kierunku schodów – a przynajmniej tam

Trochę za wysokie w tonie. Może: ruszyłem w kierunku schodów?

 stwór posiadał zdolność paraliżu

Nienaturalne: stwór umiał paraliżować wzrokiem. Właściwie nie musisz tego powtarzać – wystarczy, że opiszesz te leżące na podłodze ciała, a my już sobie przypomnimy sami.

 Nie interesowało mnie, czy były martwe

Consecutio temporum: czy są martwe.

 Próbujeszsz mnie przekonać…

Jeszcze nie próbuje. Wola i zdolność sprawcza to nie to samo – gdyby było inaczej, ludzkość już dawno trafiłby szlag przez klątwy bliźnich i własne głupie życzenia. Chyba, że tu panuje magia w swojej najprostszej postaci – na co wskazywałoby telekinetyczne odsuwanie przegrody.

 A jaka moc, by wprowadzać ssłowa w czyn, drzemie w tobie?

To nie brzmi dobrze. Ja dałabym (syk dołóż sam): A czy potrafisz poprzeć swe śmiałe słowa czynem?

 Nie mogłem określić

Może lepiej: nie umiałem, albo: nie byłem w stanie. I możesz wyrzucić "była".

 Ludzie to tylko posstacie z legend i bajań!

A może tak: Ludzie issstnieją tylko w baśśniach!

 Jego spojrzenie stało się intensywniejsze

Cokolwiek to znaczy. Może po prostu wgapił się w bohatera?

 użył na mnie paraliżującego wzroku

Anglicyzm! Spróbuj tak: spróbował na mnie tego obezwładniającego spojrzenia.

 jednak samo zaklęcie było tak słabe, że odbiło się nieszkodliwie od jednego z pomniejszych zabezpieczeń, którymi na stałe się otoczyłem.

No, i tu zaczynamy wnikać w naturę magii w tym świecie. W swojej najprostszej postaci magia to oddziaływanie woli bezpośrednio na świat materialny (tu masz omówienie niektórych spotykanych w fantastyce rodzajów), i z początku myślałam, że na tym chcesz poprzestać – ale teraz wygląda to na vance'owską magię w paczuszkach.

 Język istoty ponownie przeciął powietrze

Może mógłbyś to jakoś inaczej opisać?

 proszę cię, byś stąd sobie poszedł

Składnia: proszę cię, żebyś sobie stąd poszedł.

 W widoczny sposób ubyło mu na pewności siebie

Uprościłabym: Wyraźnie stracił pewność siebie.

 prawdopodobnie pierwszy raz, gdy nie zadziałała sztuczka

Tu też: pewnie po raz pierwszy zawiodła go sztuczka.

 masz moc zbliżoną do jednego z nich

Jak moc ma się zbliżyć do człowieka? Ja dałabym: jeśli masz choć odrobinę ich mocy.

 gdyż ta rozmowa zaczynała robić się równie monotonna, jak poprzednia

Niestety. "Gdyż" jest ciut za wysokie – wystarczy "bo".

 to, co starałem się przekazać.

A może "to, co mówiłem"?

 Wróciłem do przerwanego odpoczynku dopiero, gdy już udało mi się od nich odpędzić.

To furkawce odpędził – udało mu się od nich opędzić. Ja dałabym tak: Trochę trwało, zanim zdołałem je odpędzić i mogłem wrócić do przerwanego odpoczynku.

 Mogło się wydawać…

Bardzo skrótowe. Prześlizgujesz się nad światem opowiadania i nie pokazujesz go za dużo, a chyba jest ciekawy.

Ludzkie ciała są wiotkie

To, co sztywne, też niszczeje.

 powoli zniżyłem się na poziom gruntu, lewitując. Otaczały mnie zgliszcza.

I tu powinieneś dotknąć świata, np. tak: ześliznąłem się na dół z mojego piątego piętra i wylądowałem na kawale gruzu, jeszcze ze smugami białawego tynku.

 zmiażdżył pod nią

Zmiażdżył nią.

 poprzedni wybuch

Był tylko jeden. Żeby przeżyły tamten wybuch, albo po prostu wybuch.

 Najgorsze jednak było to, że choć chciałem zwyczajnie wrócić do mojej medytacji, jedna za drugą pojawiały się przeszkody.

Dziwnie to brzmi.

 Uznałem, że nie zaszkodzi dowiedzieć się, o co chodzi intruzowi.

Doprawdy.

 Jak również stanowiło to pewnego rodzaju test: gdybyś umarł, oznaczałoby, żeś oszust

"Jak również" nie pasuje. Ja dałabym tak: Przy sposobności chciałem cię wypróbować – gdybyś zginął, wiedziałbym, że byłeś oszustem.

 Nie chciałem mieć z tym przeklętym budynkiem do czynienia.

Chyba jaśniej byłoby: Nie miałem zamiaru się zbliżać do tego przeklętego budynku.

 W demonie zagotowało się, gdy usłyszał mój sarkazm.

To jest zbędne (zaraz pokażesz to samo w dialogu) i wytrąca z iluzji.

 Na taką reakcję miałem tylko jedno rozwiązanie.

Jak chcesz rozwiązać reakcję?

znajdował się w jednym kawałku

Znajdować można się w jakimś miejscu, ale to nie jest synonim "być". Staraj się nie używać słów tylko dlatego, że są ą-ę, chyba, że w dialogu bardzo pretensjonalnej postaci.

 Jestem odporny na każdy efekt działający bezpośrednio na mnie!

Primo – to źle brzmi. Ja napisałabym: Moja skóra odbije każde zaklęcie! – lub coś w tym stylu. Secundo – to Final Fantasy? Twój demon nawet mówi trochę jak Ultros.

 przyzwałem kawałek jakiegoś antycznego budynku

Znów zbyt skrótowo.

 Zawisnął

Zawisł.

 na jego obliczu zamiast strachu pojawiła się radość

Może po prostu opisz jego minę?

 nadleciał od boku

Z boku.

 posiadałem magiczną osłonę

"Posiadać" nie jest synonimem "mieć". Ja napisałabym: mnie chroniła magiczna osłona.

 Kolejną moją zdolnością jest błyskawiczne kopiowanie wszystkich zaklęć, które zobaczę

Final Fantasy. Jak babcię kocham, blue mage.

 jego zdolności okazały się dość problematyczne

To brzmi bardzo źle.

 Te stworzone przez pradawnych ludzi istoty nie potrafiły uczyć się rozmaitych zaklęć, jak oni sami. Zamiast tego miały kilka czarów wbudowanych w swoje istnienie, z których korzystały tak, jak człowiek ruszał ręką czy oddychał

No, nie wiem. Trudno mi to teraz przeformułować, ale wypadałoby.

 Praktycznie pewnym jest, że

Składnia: jest praktycznie pewne, że.

jedyna budowla, która ostała się w tej części globu, mimo iż ze względu

Rozumiem, że chałupa bohatera się nie liczy (skoro już jest zburzona)? I "mimo, iż" jest pretensjonalne – czemu nie "choć"?

 Rozległ się dudniący śmiech. Korga musiał być wyjątkowo zadowolony

Znowu – pokaż to, a nie zapewniaj mnie o tym, np.: Śmiech demona zatrząsł szkieletami budynków.

 Stałem tam, rozważając dostępne opcje.

Możesz wyciąć, bo to oczywiste.

 brakowało mi pewności, że którykolwiek zadziała.

Jw.

 zamiast tego

Zamiast czego? (domyślam się, oczywiście, ale gramatycznie to nie wynika)

 Dźwięk kroków oznajmił światu, że przeniosła się do salonu.

Przesadne. Mógłbyś trochę opisać ten gabinet, salon, czy gdzie oni rozmawiają, bo na razie wiszą w próżni.

 zrujnowanych, sąsiednich państw

Ten przecinek jest tu potrzebny?

 Nie ważne

Łącznie.

 sposób… Żeby się powiódł

Czy sposób może się powieść?

 spojrzała się na mnie

Spojrzała na mnie.

 To, co tu proponujesz, brzmi niewyobrażalnie

A może: Nie potrafię sobie wyobrazić tego, co tu opisałeś.

 tyle mogę ci obwieścić

Bardzo wysoki ton.

 poruszanie się po gruzach bez pomocy magii nie należało do najszybszych form transportu

I znowu – dotknij tego świata, np. tak: gramolenie się przez najeżone głazami ruiny, gdzie pełno dziur, które trzeba mozolnie obchodzić, siłą rzeczy trwa długo.

 nie robiłem tego…

Ja dałabym: nie szukałem słabych punktów. Bądź co bądź, sam zaprojektowałem tę barierę. Chciałem po prostu sprawdzić, czy wytrzymała przez te lata.

 Zrozumiałem, że musiał kłamać, gdy tłumaczył się ze zniszczenia mojej samotni.

No, nie mów.

 Do działania zaklęcia niezbędne było hasło, podane mentalnie.

Może lepiej: Zaklęcie nie zadziałałoby bez pomyślenia hasła.

 Otworzyła się wyrwa, wyrzucając z siebie falę

Mętne. Może: mur pękł, a towarzysząca temu fala mocy…

 ciśnienie urosło w siłę

Ciśnienie nie ma siły: ciśnienie wzrosło.

 świat na nowo stał się bezpieczny od tego

Ja dałabym: świat znów był bezpieczny przed tym, co…

 Nawet z moimi osłonami ciężko było mówić.

Nie mówi z osłonami, raczej zza osłon.

 Zadziwiająco

Co zadziwiające.

 że był już w zasadzie martwy

Jest – consecutio temporum.

 kilkukrotnie musiałem wznosić kolejne osłony, jednak cały czas trzymałem je na możliwie najniższym poziomie – takim, by móc iść naprzód i nie tracić oddechu

Nie bardzo widzę, jak to ma działać.

 nie mogły same zastąpić ich jako dominujący gatunek

Składnia: nie mogły ich zastąpić jako dominujący gatunek.

 uczyć kompensować

Uczyć kompensować – co? Nie jaśniej byłoby "współpracować"?

 wiele, wiele czasu

Anglicyzm: bardzo wiele czasu.

jeden z powodów to wymuszona oszczędność w stosowaniu zaklęć

To źle brzmi.

gdy z powrotem mogłem

Znowu mogłem. Z powrotem można gdzieś iść.

 informacje udało mi się poznać już po

Po czym? (Wiem, po kataklizmie, ale to niechlujne). Informacje się raczej zdobywa, niż poznaje.

 Zdążyłem jeszcze dowiedzieć się nieco, jak wygląda sytuacja

Składnia: Zdążyłem się jeszcze dowiedzieć tego i owego o sytuacji.

 jakoś odpokutować, prowadząc ich na ścieżce odbudowy

Co odpokutować (tak, wiem, co, ale… – domyślasz się). "Ścieżka odbudowy" jest cokolwiek pretensjonalna.

 spędzałem czas w letargu

Źle to brzmi.

 tak stare, jak i sama Wieża

"I" jest niepotrzebne.

 zapewniłem im pochówek

Sam je pochował, bo komu mógł to zlecić?

 Zajmie mi trochę czasu, by odnaleźć…

Składnia: Odnalezienie tu czegokolwiek zajmie trochę czasu.

 zasłona, efekt uboczny bariery

To znaczy?

 kilka szarych, blokujących widok połaci

"Połać" musi być czegoś – domyślnie ziemi, a tu na pewno nie o to chodzi.

 nawet ze świadomością

Może lepiej: nawet wiedząc.

 bazował na jej psyche

Czyli opierał się (w swoim istnieniu). Hę?

 w powietrzu zaistniało napięcie

Opisz to.

 mój umysł opierał się przeładowaniu bodźcami…

I to też.

 morderczej żądzy

Żądzy mordu. "Mordercza żądza" brzmi trochę jak tytuł filmu, którego nie puszcza się przed dwudziestą drugą.

 Poczułem, jakbym został uderzony

Poczułem uderzenie.

 rzucił z pewnością siebie

No, nie wiem.

 Poczułem, jak układ prądów magicznych w pomieszczeniu zmienił się

Jak się zmienia (consecutio temporum). I dotychczas nie było "prądów" – koncepcja magii zmienia się tu z akapitu na akapit.

 nie wyszedł bez szwanku

Znowu: "wyjście bez szwanku" wymaga jakiegoś dopełnienia.

 Władczy i buńczuczny

Wystarczy jedno (ja dałabym "buńczuczny").

 Głos zjawy zabrzmiał na tyle potężnie (…) choć nie stanowiłem jego celu.

Celu głosu? I "na tyle" sugeruje, że wcześniej był słabszy.

 to monstrum swojej magii, by próbował

Jeśli to monstrum, to próbowało.

 Teraz czas twojego kalania tego miejsca swoją obecnością dobiegł końca!

Przepraszam, ale to brzmi jak ze źle przetłumaczonego anime – jest bardzo nienaturalne. Ja napisałabym: Twoja obecność nie skala już tego miejsca!

nasze oczy spotkały się, lecz nie zabawiały razem na długo

Musiałyby w tym celu wyskoczyć z oczodołów. Może: nasze oczy spotykały się, tylko na moment.

 ale tylko w prywatności

Nie po polsku. Płakała tylko w domowym zaciszu, albo tylko w obecności bliskich.

 najmniejsza wymagana ilość osób, do jakiej udało mi się sprowadzić rytuał, to

Nie po polsku. Może: udało mi się opracować rytuał tak, by wystarczyło do jego przeprowadzenia… (choć to ciągle niezgrabne)

 redundancję

"Redundancja" to brzydkie słowo.

jak tylko otoczyłem nas zasłoną

Tak się silisz na wysoki ton, a tu nagle "jak tylko"?

 zabrakło im żołnierzy do armii

Dziwnie to brzmi.

 zakłócenia w polu magicznym na tyle silne, by ten stał się niestabilny

Ten pole?

 Objąłem kobietę

Strasznie zimne – przecież on ją kocha?

 starania okazały się nie być zupełnie bezowocne

Skróciłabym: nie starałem się całkiem na próżno.

 Zostałem tak przez chwilę…

Ten akapit – bardzo chaotyczny. Może o to chodziło, ale nie wygląda to dobrze.

 taumaturgiczne wymiary

Cokolwiek to jest.

 Nie było czegoś takiego jak horyzont.

Wbrew prawom fizyki. Horyzont pewnie był przesłonięty pyłem, ale to i tak brzmi dziwnie.

 terenów zielonych

To nie plan zagospodarowania miasta. Czemu nie “ogrodów"?

 gwar wielu ludzkich istnień

Czy istnienia gwarzą?

 Moja żona siedziała obok na ławce

Naturalniej byłoby: Żona siedziała obok mnie na ławce.

 Rozpierała mnie duma, tak szybko i chętnie się uczyła

Duma się uczyła?

 doprawdy moje działania przepełniała arogancja

Kto tak mówi?

 Lecz już nie.

Co już nie?

 wydostać się z eksperymentu

Nie po polsku.

 pozostając nieprzytomnym

Wystarczyłoby: nieprzytomny.

 Była to jednak jedyna metoda, która pozwoliła mi na zastąpienie

A może tak: Tylko w ten sposób mogłem przeprowadzić rytuał bez pomocy…

 gotowała się, by wykonać swój ruch

A może: szykowała swój ruch.

 jest dla mnie ważne, bym tu został

A może prościej: Chcę tu zostać. To dla mnie ważne.

 w ciepłym i miękkim objęciu

"Objęcia" są pluralis tantum.

 Jak długo nam zostało?

Lepiej: Ile czasu nam zostało?

 Oboje popełniliśmy wiele pomyłek.

Słabe słowo.

 ze szczytu Wieży rozleje się światło widoczne z bardzo, bardzo daleka

Punkt na koniec za klamrę.

Dialogi nienaturalne i przegadane. Bohater nie jest specjalnie interesujący – ma za dużą moc i za bardzo wszystko w nosie, nawet pod koniec, kiedy wiemy, o co mu chodzi. Kuleje stylizacja – za dużo wysokich słów, ciągle tylko "gdyż", "ponieważ", "poprzez" (zawsze tam, gdzie powinno być "przez") itp. Jakoś nie przekonuje mnie ten tekst – może chodzi o błędy, może o panujący w nim bałagan (brak konsekwencji co do natury magii), a może po prostu o za dużą skalę tego wszystkiego? Nie wiem.

 przysłoniły mdłą i mało entuzjastyczną potrzebę ratowania świata pozostałych

… eee, świat się wali. Zostały nam jeszcze czipsy? :)

 Furkawce są najmnocniejszą stroną tekstu. Początek naprawde mnie zaintrygował, ekosystem pożerających się i walczących o lebensraum demonów zachęcił do dalszego czytania.

Zgadzam się. Wyglądają prawie, jak z Dicka.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnino, taki komentarz od ciebie to jak Boga za nogi złapać. Nawet, jeśli w większości negatywny :) Niestety nie mogę od razu zastosować się do uwag, bo biegam po Babiej Górze. Poprawię wszystko po zakończeniu konkursu.

 

Okej – do trzech razy sztuka – przekonaliście mnie. Moźe napiszę kiedyś prostsze i nieprzegadane opowiadanie o furkawcach, zaś kolejne tego typu trafią raczej do szuflady.

ironiczny podpis

Moźe napiszę kiedyś prostsze i nieprzegadane opowiadanie o furkawcach, zaś kolejne tego typu trafią raczej do szuflady.

O ile furkawce zawsze są mile widziane, nie naciągaj ich do tego, co chcesz powiedzieć (jeśli akurat chcesz powiedzieć coś niefurkawcowego – niefurkatego?).

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Kurcze, sama nie wiem.

Podzieliłam sobie tekst na trzy części, bo wydał mi się zbyt ciekawy, by porzucić czytanie, a jednocześnie miałam momenty, gdy trochę mi się dłużył. Tak jak napisała Finkla, mało akcji, dużo retrospekcji. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że niektóre fragmenty są przegadane. 

Nie zrozum mnie źle, Issander. Nie uważam, że to słabe opowiadanie (chociaż może trochę tak to brzmi), ale może po prostu nie jestem w grupie docelowej. Uważam, że tekst ma swój klimat i jest całkiem nieźle napisany. Postaci też na plus. Na pewno też nie żałuję, że przeczytałam Twoje opowiadanie.

Pozdrawiam. :)

Tarnino, pewnie. Furkawce pozostaną w swojej roli. Będe oczywiście musiał wymyślić jakieś nowe demony.

Rossa, dzięki za słowa otuchy :)

ironiczny podpis

Furkawce mówią w taki sposób, że rozważałam porzucenie tego tekstu. Rozumiem, że dla słuchowiska to fajna sprawa, ale mnie czytało się tragicznie.

Nie ważne, jak potężna jest twoja magia, sam nie dasz rady ochronić nas przed wszystkimi najeźdźcami.

Nieważne.

Chyba nie zrozumiałam, o co chodzi, jakoś mnie nie uwiodło :(

Znam tylko pięć liter ;)

Przeczytałem.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

To numer telefonu czy konta? ;-)

Babska logika rządzi!

Czytałam i czułam się trochę jak dziecko we mgle – najpierw furkawce i ślizgon, potem Korga i wędrówka do wieży, a w międzyczasie mnóstwo wspomnień i wiele rzuconych czarów. Trochę się w tym wszystkim gubiłam i dopiero lektura komentarzy pozwoliła mi lepiej zorientować się w sytuacji. Przeczytałam bez większej przykrości, ale Światło na szczycie Wieży z pewnością nie jest moim ulubionym Twoim opowiadaniem.

 

Przy­go­to­wa­łem za­klę­cie, które bły­ska­wicz­nie i pew­nie po­zba­wi­ło by ją życia. –> …pew­nie po­zba­wi­łoby ją życia.

 

Nawet dla mnie sta­no­wił trud­ny orzech do zgry­zie­nia. –> Nawet dla mnie sta­no­wił twardy orzech do zgry­zie­nia.

Twardy orzech do zgryzienia to związek frazeologiczny.

 

Nawet z moimi osło­na­mi cięż­ko było mówić. –> Nawet z moimi osło­na­mi trudno było mówić.

 

Za­dzi­wia­ją­co, ton jego głosu nie zmie­nił się wiele po­mi­mo prze­mia­ny. –> Za­dzi­wia­ją­ce, ton jego głosu

 

Po­sta­no­wi­łem, że muszę być pierw­szym w Wieży. –> Po­sta­no­wi­łem, że muszę być pierw­szy w Wieży.

 

Czyż­by za cięż­ko było ci spoj­rzeć w twarz wła­sne­mu dziec­ku… –> Czyż­by zbyt trudno było ci spoj­rzeć w twarz wła­sne­mu dziec­ku… 

 

Na oczach pu­blicz­no­ści za­wsze po­zo­sta­wa­ła w pełni pro­fe­sjo­nal­na. –> A może: W oczach postronnych za­wsze po­zo­sta­wa­ła w pełni pro­fe­sjo­nal­na.

 

Wy­da­wać by się mogło, że cięż­ko zna­leźć taką ilość osób… –> Wy­da­wać by się mogło, że trudno zna­leźć taką liczbę osób

 

Nie­któ­re frag­men­ty po­wierzch­ni za­pa­dły się, a inne pod­nio­sły w górę… –> Masło maślane.

 

Korga może nie był naj­przy­jem­niej­szą osobą… –> Skoro Korga był demonem, to raczej: Korga może nie był naj­przy­jem­niej­szą istotą

 

Mogę cię znisz­czyć rów­nie łatwo, co de­mo­na… –> Mogę cię znisz­czyć rów­nie łatwo, jak de­mo­na… 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Niestety nie dotarłem do końca, a zaczęło się fajnie. Romowa z furkowcami i ślizgonem wyszły bardzo dobrze i wtedy opowiadanie mnie wciągnęło (brakowało mi tutaj opisów jak wyglądają te stwory). Później niestety zaczynało nużyć, a kompletnie odpadłem podczas drogi na szczyt wieży i rozmowy bohaterów. Było tam zbyt dużo informacji i retrospekcji.

Napisane przyzwoicie, furkowce rządzą. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

przeczytane

Tylko nie "Tęcza"!

Przeczytałam. 

To, co spodobało mi się najbardziej, to pomysł. Niby magowie już byli, zniszczona kraina (świat) też i nawet ten samotny super-mag, ale to wszystko ładnie jest u Ciebie połączone. Wieża ma tu wymiar symbolu, a jej budowa i zastosowanie, choć nie oryginalne, to dobrze są wkomponowane w opowiadanie. Z ciekawych fragmentów, to moment gdy zaklęcia rzucają zaklęcia. Nie spotkałem się z tym jeszcze i muszę przyznać, że to błyskotliwie.

Utwór ma też kilka słabych punktów. Na pewno jest nim początek z furkawcami. Czytając dalszą część opowiadania, nie mogłem zrozumieć, co one w ogóle w nim robią. Ktoś napisał, że „to może ciekawe, jeśli chodzi o słuchowisko”, otóż właśnie nie. Twoje opowiadanie to nie bajka dla dzieci, a początek mógłby właśnie na to wskazywać. Niewyraźna wymowa zwierzątek tym bardziej tyczy się bajek, to jest mało interesujące dla dorosłych. Słuchowisko jest trochę jak kino, pierwsze minuty mają cię wprowadzić w opowieść, ale nie zmylić. Mam na myśli “przeszedłem na bajkę, a dostałem horror”.

Główny bohater wywołuje u mnie mieszane uczucia. Jego postępowanie i motywy przyciągają czytelnika, tego oczekuje się po „superbohaterach”. Niestety nie przypadło mi do gustu jego zachowanie. Domyślam się, że miał być zrezygnowany, może nawet przegrany, ale zachowywał się, jak zblazowany. I to właśnie jego zachowanie irytowało mnie w opowiadaniu najbardziej. Może nie słabym, ale niedopracowanym elementem jest śmierć żony bohatera, która jest przecież ważną postacią. Przecież po jej śmierci zmienia się zarówno główny bohater, jak i jego córka, to jej śmierć wpływa niejako na dalsze losy świata, a kobieta ginie zupełnie przypadkowo. To wyraźnie zaniża dobry poziom wątków przyczynowo-skutkowych. Można powiedzieć, że działania wszystkich bohaterów, włącznie z demonem, są dobrze umotywowane, więc tym bardziej szkoda tego „rogu w brzuchu”.

Ująłeś mnie finałem, taki trochę nostalgiczny, z rodzicielskim wydźwiękiem. Dobrze wypada na zakończenie opowieści, ładna klamra.

Zupełnie nie rozumiem więc braku głosów do biblioteki. Ode mnie na pewno masz.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Bardzo ciekawy pomysł na apokalipsę, intrygujące połączenie magii i zagłady. Fajnie, że konsekwentnie wynika z niego rzeczywistość po katastrofie – nowe gatunki, demony i ich pragnienia, człowiek jako istota właściwie mityczna – to mi się podobało.

Opowieść zaczynasz powiedziałabym niepozornie, nieco humorystycznie, z budzącymi mieszaninę irytacji i sympatii furkawcami. Potem historia się rozwija, bohater zyskuje jakąś głębię – i to jest dobre – ale jednocześnie wykręcasz w stronę zupełnie innej konwencji, tematyki czy nawet charakterystyki bohatera (bo czy w scenie z furkawcami dowiadujemy się o nim czegoś naprawdę istotnego?), w związku z czym cały początek sprawia wrażenie zbędnego, jakby z innej bajki. 

Z kolei to, czego mi zabrakło, to zbudowanie klimatu i podziałanie na wyobraźnię. Tekst jest dość ubogi w opisy, co utrudniało mi wczucie się, tym bardziej, że miałam wrażenie że naprawdę sporo tracę – taki zniszczony przez magię i demony świat musiał być naprawdę malowniczy. Mrocznie malowniczy, oczywiście. Szkoda, że bardziej go nie pokazałeś.

Czytało mi się na ogół płynnie, bez większych potknięć, choć zanotowałam sobie, że napotkałam kilka niezręczności stylistycznych i gramatycznych – niestety, ponieważ czytałam na tablecie, a notowałam na kartce, nie zapisałam sobie szczegółowo o co chodziło.

Nowa Fantastyka