- Opowiadanie: cobold - Nić Ariadny

Nić Ariadny

Opowiadanie opublikowane w “Silmarisie”, nr 1/2018.

Finkli, Funowi i Małemu Słowikowi dziękuję za betę, Bellatrix – za astronomiczne podpowiedzi, a Gorii za piękną ilustrację.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Nić Ariadny

Kiedy Thaddeus myślał o swoim dzieciństwie, najstarsze wspomnienie, które przychodziło mu do głowy, dotyczyło wycieczki w okolice wodospadu Niagara. Nie pamiętał samego widowiska, tylko powrót do domu. Leżał, otulony kocem, na wygodnej kanapie małego fiata i obserwował pluszowego pieska kiwającego głową z tylnej półki samochodu. Radio grało „Welcome to the machine” Floydów, elektryczny silnik cicho szumiał w tle, rodzice o czymś rozmawiali, a przez szklany dach zaglądała do środka Ziemia.

Co ciekawe, to wspomnienie dotyczyło chwili, w której nie działo się nic niezwykłego. Był spokojny i całkowicie bezpieczny. Nic od niego nie zależało. Pozostał więźniem tego słodkiego obrazu nawet wtedy, gdy pod koniec życia zapomniał już słów określających otaczające przedmioty, nie umiał przywołać do siebie wnuków, czy w końcu przestał reagować na brzmienie własnego nazwiska.

Dla odmiany Mindor Poeta w dniu swojej śmierci pamiętał prawie wszystkie słowa.

Jego najdawniejsze wspomnienie było całkiem inne. Dotyczyło dziewczyny z sąsiedztwa. Nie musiał zamykać oczu, by przywołać związane z nią obrazy i emocje. Choć znał imiona tylu rzeczy, jej imię na zawsze pozostało zakryte. Dlatego nikt nie wiedział, komu Mindor poświęcił wszystkie swoje poematy.

 

* * *

 

Ojciec Tada pracował w Archiwum. W domu mieli dużo książek. Same oficjalne reprinty, żadnych skrótów, adaptacji czy tekstów o niepotwierdzonej autentyczności. Piętrzyły się na półkach w każdym pokoju, z reguły stłoczone w dwóch rzędach: z przodu ułożone tematycznie poszczególne serie Kanonu Myśli Ludzkiej, za nimi poupychane pojedyncze zdobycze, zaczątki nowych kolekcji czy zdublowane egzemplarze przeznaczone na wymianę. Codziennie wieczorem ojciec podchodził do jednej z szaf, stawał przed nią jak szeryf na głównej ulicy miasteczka, mrużył oczy, przebiegał wzrokiem po tytułach i nagłym ruchem sięgał po jeden z tomów. Starał się dobierać teksty odpowiednie dla Tada, choć czasem przeceniał możliwości syna.

– No, ale dlaczego płaczesz? Przecież wszystko się dobrze skończyło…

– Wcale że nie płaczę. – Tad wytarł rękawem nos. – Tylko żal mi tej dziewczyny. Czemu on ją zostawił na tej wyspie?

– Nie wiem, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. – Ojciec z zakłopotaniem wertował książkę, jakby szukając przypisów do tekstu. – Wiesz, chyba chodzi o to, że nie można mieć wszystkiego…

W wieku pięciu lat Tad miał całkiem odmienne zdanie na temat możliwości, które niesie życie.

– Tatusiu, przeczytaj mi jeszcze raz, ale teraz tak, żeby się dobrze kończyło – poprosił.

– Nie da się. To by nie była prawdziwa historia.

Chłopiec zamyślił się przez chwilę.

– Gdybym musiał kiedyś wejść do takiego labiryntu, zabrałbym swoją własną nić – powiedział poważnie.

– Pamiętaj, żeby była odpowiednio długa – zaśmiał się ojciec.

– Jak stąd do Ziemi?

– I z powrotem, synku. I z powrotem!

 

Tad miał dziesięć lat, kiedy odkrył, że okładki niektórych książek z biblioteki ojca zawierają tylko puste kartki.

 

 

Na dwunaste urodziny dostał od rodziców magnetofon dwukasetowy. Ojciec promieniał dumą ze zdobytego prezentu, mama płakała, tuląc Tada i nazywając go swoim małym mężczyzną. Wieczorem tego dnia przyszedł Jason. Przyniósł ze sobą zwinięty rulon.

– Masz, ode mnie. Ze Schwarzeneggerem! – Pełnym namaszczenia gestem rozwinął i zaprezentował plakat.

Tad miał już taki sam, dostał rano od dziadka. Całe szczęście, że nie zdążył go powiesić na ścianie, bo Jason mógłby się poczuć głupio. Zakładając, że w ogóle był zdolny do takiej emocji.

Rozłożyli plakat na podłodze w pokoju Tada.

I’ll be back – przeczytał na głos Jason. – Wiesz, że w drugiej części on jest dobry? Walczy ze swoim złym bratem bliźniakiem!

– Nie ma żadnej drugiej części.

– Jest! Na Ziemi. Mój kuzyn mi opowiadał – zaperzył się przyjaciel.

Kuzyn Jasona był legendarną postacią, która wszystko wiedziała najlepiej. Tad nigdy nie widział go na oczy i miał szczere wątpliwości, co do jego istnienia.

– Skąd twój kuzyn wie? Był już na pielgrzymce? – zapytał.

– Nie, ale jego sąsiad zna chłopaka, którego starszy brat wrócił z Ziemi i wszystko mu opowiedział.

Tad przemyślał sprawę.

– Jak są bliźniakami, to skąd wiadomo, który jest ten zły, a który dobry?

– Głupi jesteś, nie znasz się na filmach – odburknął Jason. – Pokaż lepiej, gdzie masz to cudo.

Tad otworzył barek meblościanki i zaprezentował radiomagnetofon. Jason pokiwał głową z uznaniem.

– Niezły sprzęt, prawie nieużywany. Będziesz mógł teraz przegrywać kasety. Przyniosłem ci kilka fajnych.

Postawili magnetofon na biurku i podłączyli kabel do prądu. Jason ze znawstwem przyglądał się urządzeniu. Zaczął regulować ustawienia potencjometrów. Podkręcił bas do oporu.

– O, widzisz, teraz jest dobrze!

Rozpakowali z folii nową kasetę. Dołączone naklejki lepiły się do palców. Tad zabrał z biurka ołówek, włożył go w jeden z otworów i przewijał taśmę do końca rozbiegówki.

– Mój kuzyn opowiadał, że na Ziemi mają takie magnetofony, że nie muszą nic przewijać. Naciskają guzik i samo przeskakuje do wybranej piosenki! – podzielił się kolejnymi rewelacjami Jason.

– Ci na Ziemi już sami nie wiedzą, czego im się chce… – odparł Tad.

Pokiwali obaj głowami, mądrzy mądrością swoich rodziców.

Włączyli nagrywanie. Muzyka cicho grała, kółeczka obu kaset kręciły się w swoim tempie, a oni, nieświadomi, że właśnie mija ich dzieciństwo, leżeli obok siebie na dywanie.

– Widziałeś tę dziewczynę, co wprowadziła się do domu po Petersach? – zapytał nagle Jason.

– No, kręci się tam jakaś gówniara… A co, podoba ci się?

– Tak, od razu! Głupi jesteś… – zaśmiał się Jason i uderzył Tada poduszką.

 

Początki były trudne. Pierwszy raz odezwał się do Rose na Zaćmieniu Ziemi. Wypatrzył ją w tłumie mieszkańców, stojących na placu z zadartymi głowami i, żeby podejść bliżej, musiał przeciskać się przez labirynt nieruchomych sylwetek. W błękitnym świetle ziemskiej pełni wyglądała jak Królowa Śniegu. Stała z dwiema koleżankami. Tad rozpoznał Maddie Colchick i Verę Arquette – siostrę Jasona. Już z daleka było widać, że obie świecą tylko odbitym blaskiem.

– Przyszła… Przyszłyście posłuchać muzyki sfer niebieskich? – zająknął się Tad. Wymyślił tę odzywkę dwa dni wcześniej. Wiedział, że Rose ładnie śpiewa.

Odwróciła się i zmierzyła go wzrokiem. Jej towarzyszki zachichotały. Lodowa róża ledwie się uśmiechnęła.

– Ty rzeczywiście głupi jesteś, czy tylko udajesz?

– Ee, nie znacie tego tekstu? Taki żart… – próbował się bronić.

Uratowała go Ziemia. I Księżyc. I Słońce. Oddalone od siebie o miliony kilometrów, ale na tę jedną chwilę, specjalnie dla niego, nanizane na jedną kosmiczną nić. Otaczający ich ludzie jęknęli i unieśli ręce, pokazując sobie nawzajem, gdzie należy patrzeć. Tak, jakby ktoś mógł zapomnieć, po co tu przyszli.

Jak liszaj, coś brudnego i kosmatego albo jakaś choroba, szare piętno powoli pełzło po tarczy Ziemi. W miejscu, gdzie się kłębiło, rozmywało na chwilę jej barwy, zacierało granice chmur, wód i lądów. Wyglądało jak plama chaosu, dziura na wylot, wymazana gumką na powierzchni błękitnej planety. Cały czas przesuwało się jednak, a Ziemia po jego przejściu zabliźniała się bez śladu. Tysiące ludzi stojących na placu z uniesionymi głowami śledziło wędrówkę cienia. Po kilku minutach Tad przymknął oczy i potarł powieki. Chciał sprawdzić, czy obszar zaćmienia rzeczywiście nadal wędruje przez Ziemię, czy też może to tylko powidok albo paproch, który wpadł mu do oka i zniekształca postrzegany obraz. Kiedy otworzył oczy, było już po wszystkim.

Bał się ponownie spojrzeć na Rose; przyszło mu do głowy, że jeżeli teraz to zrobi, może nie zobaczyć jej nigdy więcej. Rozejrzał się nerwowo na boki. Unieruchomieni w sinej poświacie ludzie z miasta wyglądali jak bohaterowie czarno-białych filmów, wyrastający z ekranu olbrzymiego, leżącego pod ich stopami telewizora. Choć widowisko się skończyło, nikt nawet nie drgnął. Zastygli w miejscu, jakby czekali na kolejne zaćmienia. Albo liczyli, że Ziemia jednak nie wytrzyma doznanego zbrukania i za chwilę eksploduje nad ich głowami.

Prychnięcie Very Arquette złamało czar.

– Phi, i to miało być to niezwykłe zjawisko? Słabe.

– Ty, poeta, a co ty o tym myślisz? – Rose odwróciła się do Tada. Patrzyła na niego śmiało, a jej oczy dumnie błyszczały.

Wytrzymał to spojrzenie. I, jak rzadko kiedy, improwizował:

– Jestem szczęśliwy, że mogłem, choć na chwilę, przesłonić komuś tam na górze cały świat.

 

Rose kazała im załatwić to między sobą. Po lekcjach poszli poszukać jakiegoś ustronnego miejsca. W mieście nie było o to łatwo.

– Coś ty się tak uparł akurat na Rose? Vera za tobą szaleje. Ja przecież nie pójdę na dyskotekę z własną siostrą! – narzekał Jason.

– Trzeba było się decydować wcześniej, kiedy było więcej dziewczyn do wyboru. Teraz już tego nie odkręcimy. Rose by się obraziła – odpowiedział Tad.

– Przecież nie będziemy się bić ze sobą jak jacyś trzej muszkieterowie!

– Trzej muszkieterowie nie walczyli ze sobą…

– No właśnie – odpowiedział ni w pięć, ni w dziewięć Jason.

Wlekli się przez znajome ulice. Na ławeczkach siedzieli staruszkowie z sąsiedztwa i machali do nich rękami. Ludzie wracali z pracy do domów. Z rzadka przejeżdżał drogą elektryczny pojazd.

W sumie Jason miał rację. Znali się tyle lat i nigdy się o nic nie bili. Zawsze potrafili jakoś dojść do porozumienia.

– Tad, mam pomysł. Rzucimy monetą.

Jason wyjął z kieszeni dwukolorowe euro z bykiem niosącym dziewczynę na grzbiecie. Położył je na dłoni. Trzęsły mu się ręce.

– Słyszałeś, że mają je wycofać? Podobno okazało się, że są anachroniczne – nawijał bez sensu, żeby tylko zamaskować zdenerwowanie.

– Wszyscy jesteśmy anachroniczni.

– A ty znowu swoje… Czasem cię nie rozumiem. Nie jesteśmy już dziećmi, żeby marzyć o niestworzonych rzeczach! Nie wystarcza ci to, co jest, co możesz mieć? Chcesz zawsze więcej. Tak jak teraz, z Rose!

– Jason, przestań. Rzucaj tą monetą. – Tad chciał mieć to już za sobą.

– Wkurzasz mnie! Czasem zachowujesz się normalnie, jak mój kumpel, a czasem jakby w środku ciebie siedział ktoś inny…

– Daj spokój, rzucaj. Rose czeka przed szkołą.

– Nie odpuścisz? – zapytał jeszcze Jason.

– Nie.

– Dobra. Twój będzie byk. Uparty jak ty.

Moneta zawirowała w powietrzu i poszybowała w górę. Unieśli głowy, błękitna Ziemia oślepiła ich na chwilę. Usłyszeli cichy brzdęk i pochylili się nad powierzchnią drogi. Moneta utonęła w księżycowym pyle. Jason dmuchnął lekko.

Zeus ze swoją wybranką zniknęli. W srebrnym świetle błyszczała duża cyfra dwa i zarys kontynentu. Taki sam, jak widoczny na unoszącej się nad nimi planecie.

– Sorry, stary. – Jason rozłożył ręce. A potem pchnął mocno Tada. – Niech Rose myśli, że rzeczywiście się o nią pojedynkowaliśmy!

Tad odleciał do tyłu, przetoczył się na bok i natychmiast poderwał z powrotem na nogi. Doskoczył do Jasona i popchnął go z całej siły. Przez chwilę rzeczywiście nie był sobą. Jason poszybował w powietrzu na dobre kilka metrów. Lecąc, śmiał się głośno. Upadając, jakoś dziwnie podwinął nogę. Przestał się śmiać. Próbował wstać, ale twarz wykrzywił mu grymas bólu.

– Kurwa, stary! Chyba złamałeś mi nogę!

 

Na dyskotekę Rose ubrała się w czerwoną sukienkę.

– Wiedziałam, że ty wygrasz. Jesteśmy do siebie podobni – szepnęła mu do ucha, kiedy wchodzili na przystrojoną girlandami salę gimnastyczną.

Przy piosenkach Modern Talking trochę się powygłupiali i z Tada wreszcie opadło napięcie. Potem ktoś puścił Floydów. Wszyscy wokół unieśli zaciśnięte pięści i odśpiewali chóralnie „We don’t need no education”. Nauczyciele przyglądali się temu z pobłażliwymi uśmiechami. Tad i Rose patrzyli tylko na siebie.

Kiedy przyszedł czas na „Lady in red” Chrisa de Burgha, pocałowali się pierwszy raz.

– Napiszesz teraz dla mnie wiersz? – zapytała.

– Teraz już nie potrafię. Jestem zbyt szczęśliwy.

 

Okazało się, że Jason nie poleci na pielgrzymkę. Przyniósł na komisję zaświadczenie o poważnej wadzie serca i przeciwwskazaniach do lotu. Zwolnienie wypisał mu ojciec, ale ponieważ wszyscy szanowali doktora Arquette, nikt w ratuszu nie robił problemów. Jason odgrywał niewinność uciśnioną, zapowiadał, że jeszcze porozmawia ze starym, ale najwyraźniej sam stchórzył i był zadowolony z takiego rozwiązania.

Wracali do domu piechotą. Miasto nie było duże, a oni mieli mnóstwo czasu. Tad dogryzał koledze:

– Jason, może jednak dobrze by ci zrobiło, gdybyś poleciał? Kojarzysz Szajbniętą Annie? Co roku przez trzy miesiące chodziła do szkoły, a przez kolejne trzy musieli ją zamykać w domu i przypinać pasami do łóżka, bo nie nadawała się do pokazywania ludziom. Tuż przed swoją pielgrzymką wysypała śmieci z kosza na głowę nauczycielki. I co? Poleciała i wróciła całkiem normalna. Może ciebie by też uzdrowili?

– Spieprzaj… – ripostował Jason.

 

Mama płakała tak co roku. Najbardziej w osiemnaste urodziny Tada. Tym razem obyło się już bez prezentów. I tak nie zdążyłby się nimi nacieszyć. Wszystko, co potrzebne, miał już spakowane do dwóch walizek. Kiedy wracał z łazienki, dziadek zaciągnął go jeszcze w ciemny kąt i wcisnął do ręki paczkę prezerwatyw.

– Masz, przydadzą ci się na Ziemi. – Mrugnął porozumiewawczo.

Tad przyjrzał się pudełku. Sądząc po jego wyglądzie, pochodziło jeszcze z czasów burzliwej młodości staruszka. Strach było sprawdzić datę ważności.

– Ale… – Wciąż trzymał rękę wyciągniętą przed sobą. – Jesteś pewien?

– Bierz śmiało! – huknął dziadek, zapominając o konspiracji. – Jesteś już dorosły. Tam mają różne choroby, nie chcielibyśmy przecież, żebyś coś przywlókł ze sobą. – Poklepał Tada po plecach i wrócili razem do stołu.

Mama przeszła samą siebie, przygotowując z przydziałowych porcji żywności prawdziwą ucztę. Mimo to impreza przypominała stypę. Ojciec był wyraźnie spięty, jakby przygotowywał się do oficjalnej przemowy, mamie trzęsły się ręce, gdy nakładała jedzenie. Tad tylko czekał, kiedy będzie mógł wyrwać się do ogrodu, żeby porozmawiać sam na sam z Rose. Jeden dziadek obrał sobie za punkt honoru podtrzymywanie rozmowy przy stole i, przekrzykując telewizor, kontynuował opowieść swojego życia.

– I wtedy ja mu mówię: weź się zdecyduj. Albo tak, albo tak…

Opowiadał tę głupią historię przy okazji każdego rodzinnego spotkania. Gdyby mama do niego nie zadzwoniła, prawdopodobnie zapomniałby o urodzinach wnuka, ale banalne wydarzenia z przeszłości pamiętał w najdrobniejszych szczegółach.

– Bo co zrobisz, jak nic nie zrobisz? Przecież się nie rozdwoisz – ciągnął swe talmudyczne mądrości.

Ojciec wstał i pogłośnił telewizor. Dziadek skapitulował.

– Tak że tak… No, na mnie już czas.

Odprowadzili go do przedpokoju. Spuchnięte stopy nie chciały zmieścić się do butów. Tad przyniósł łyżkę, a potem pomógł założyć stary, ciężki płaszcz. Jeszcze futrzana czapka. Otwarte drzwi.

– Jak już tam będziesz, to zapytaj, czy ciągle pamiętają dziadka! – Staruszek pomachał do nich ostatni raz, wychodząc w błękitną poświatę.

Zostali z ojcem sami w przedpokoju. Ich spojrzenia spotkały się pierwszy raz tego wieczoru. Tad wykorzystał to i zapytał:

– Tato, jak tam jest naprawdę?

– Sam zobaczysz, przez te lata wszystko mogło się zmienić – odpowiedział ojciec, patrząc znów pod nogi.

– A ludzie?

– Ludzie? Ludzie są wszędzie tacy sami.

Mama zmywała naczynia w kuchni. Tad podszedł od tyłu i położył jej rękę na ramieniu. W pierwszym momencie zesztywniała, po chwili poczuł, że cała drży. Nie odwróciła się.

– Mamo, już dobrze… Przecież wrócę.

 

Siedzieli na murku przed domem i gapili się na Ziemię. Nie mieli wyboru. Stara planeta, raz większa, raz mniejsza, wisiała nad nimi przez cały czas.

– Będziesz tęskniła? – zapytał.

– Za kim? – odpowiedziała zbyt szybko.

– A jeśli tam zostanę?

– Wszyscy wracają.

– Ktoś musi być tym pierwszym.

– Ja też polecę. W przyszłym roku. Znajdę cię. – Oczy znów jej błyszczały.

– Ziemia jest ogromna.

– I tak cię znajdę. Wszędzie.

 

Orkiestra grała „The Final Countdown” zespołu Europe, a silniki lądownika powoli stygły. Stali w dwóch szeregach, gotowi do podróży: czterdziestu chłopców i czterdzieści dziewcząt. Przemawiał burmistrz. Co roku te same słowa.

– …nasi ojcowie podjęli tę śmiałą decyzję w ostatnim możliwym momencie. Ratowaliśmy, co tylko się dało z wielkiej kultury, chroniąc to przed zepsuciem, pomieszaniem, degrengoladą…

Will things ever be the same again?” – zawodził wokalista. Tad rozejrzał się po trybunach – przyszli wszyscy: mama, tata, sąsiedzi. Jason stał obok Rose. Przyszła też Vera. Brakowało dziadka, rano zabrali go do szpitala.

– …ale nikt nie może powiedzieć, że nie dajemy mu wyboru. Drzwi są otwarte. Co roku wyrusza kolejna pielgrzymka na starą planetę. Młodzi ludzie, wchodząc w wiek dorosły, mogą zobaczyć, dokąd doprowadziły ich braci: pęd ku nowoczesności, cyfrowa rewolucja, chaos informacyjny. Zobaczyć i podjąć decyzję…

Pokrywa włazu lądownika opuściła się powoli, tworząc prowadzący na zewnątrz trap; zabłysły okalające otwór diody, a ze środka, jak na filmie, buchnęły kłęby pary. Chwila dramatycznego napięcia i na schodach pojawili się pierwsi powracający z pielgrzymki. W powietrze wystrzeliły sztuczne ognie. Gitarzysta z zapamiętaniem katował swój instrument. Tad liczył przygarbione sylwetki wysuwające się ze statku. Siedemdziesiąt sześć, siedemdziesiąt siedem. Odetchnął z ulgą. Wrócili wszyscy.

We all miss her so” – powtarzał chór. Przechodzący pozdrawiali ich, unosząc dłonie, uśmiechając się ze znużeniem, niektórzy dla żartu salutowali. Z trybun sypały się papierowe kwiaty. Nie było czasu na rozmowy.

Zawyły syreny. Nowa grupa pielgrzymów ruszyła w stronę, ciemnego teraz, włazu do lądownika. Tad pomachał na pożegnanie rodzicom. Nie widział twarzy Rose. Chyba pobiegła witać powracających.

I’ll be back! – krzyknął jeszcze w kierunku Jasona.

 

Dwadzieścia lat później Thaddeus stał obok swojego ojca. Nic się nie zmieniło. Z głośników płynęła ta sama muzyka, korowód dzieci zmierzał do lądownika.

– Nie martw się o nią. Kate to mądra dziewczyna. Wyszaleje się, wróci… Wszystko będzie dobrze. – Ojciec zamyślił się na chwilę. – Pamiętasz? Ty też miałeś w jej wieku dziwne pomysły.

Thaddeus patrzył i nie mógł uwierzyć, że miał kiedyś tyle samo lat, co jego córka.

Kate odwróciła się i pomachała mu na pożegnanie.

 

* * *

 

Mindor kilkakrotnie obserwował przybycie księżycowych ludzi. Dla bezpieczeństwa pozostawał ukryty w jednym z wielu pomieszczeń okalających mlecznobiałe sklepienie hali przylotów. Oprócz hologramu lewitującego pośrodku saloniku, korzystał z możliwości bezpośredniej obserwacji tego, co się dzieje na dole, sam nie będąc widocznym przez półprzezroczyste ściany budynku. Mógł na żywo oglądać grupkę wystraszonych dzieciaków, potykających się przy wychodzeniu z promu lunarnego, witaną przez kilkuset miejscowych.

Nawet z tej odległości rozpoznawał w tłumie Ziemian twarze Przewodników. Resztę grupy powitalnej stanowili szczęściarze, wylosowani spośród tych, którzy nie znaleźli sobie na dzisiaj żadnej lepszej rozrywki. Przyglądali się przybyszom ze srebrnego globu jak zwierzętom w rezerwacie. Trudno było mieć do nich o to pretensje. W końcu to Ziemia utrzymywała funkcjonowanie kolonii sekciarzy na Księżycu. Lunatycy mogli programowo odrzucać postęp techniczny i tkwić mentalnie w czasach sprzed rewolucji informatycznej, ale ktoś musiał nadzorować i konserwować kopułę, pod którą żyli. Ten dzisiejszy mały festyn, chwila emocji dostarczanej znudzonym starszym braciom, nie były wysoką ceną za iluzję samodzielności.

Niektórzy z miejscowych wykorzystywali coroczny przylot promu lunarnego w inny sposób. Wystarczyło pół obrotu fotela i Mindor mógł też spojrzeć z góry na garstkę oszołomów, bez specjalnego przekonania protestujących na zewnątrz budynku. Wznosili tablice z hasłami, którym brakowało dowcipu i polotu. Dla formalności kilka botów porządkowych oddzielało demonstrantów od wejścia do hali.

 

Tad rozglądał się wokoło, stojąc na płycie ziemskiego kosmodromu: ogromna hala wyglądała jak wnętrze leżącej wydmuszki, ze ścianami pokrytymi perłową masą. Nie miał pojęcia, jak lądownik dostał się do wnętrza. Opalizującego sklepienia nie znaczyła żadna rysa. Może ta podróż to tylko iluzja i wciąż stoimy na Księżycu? – pomyślał.

Popychany przez tłoczących się za nim kolegów, zrobił kilka niezgrabnych kroków. Zwiększone ciążenie, pomimo wielu tygodni przygotowania fizycznego, dawało się we znaki, weryfikując przy tym wszelkie wątpliwości. Witający ich tłum zareagował brawami, a Tad poczuł się przez chwilę jak cyrkowy niedźwiedź z bajki.

Obserwujący ich Ziemianie sprawiali sympatyczne wrażenie. Uśmiechali się, machali rękoma, zachęcali gestami do kolejnych kroków; całe zgromadzenie wyglądało jednak na dość przypadkowe, improwizowane. Nikt nie przewodził grupie witających. Nie było żadnego przemówienia. Zresztą, podczas samego lotu, obsługa promu i lądownika nie wspominała wcale o szczegółach uroczystości powitalnej.

Tad, starając się zachować płynność ruchów, zrobił kilka kolejnych kroków w stronę Ziemian. Przyglądał się twarzom miejscowych. Ludzie są wszędzie tacy sami – powiedział tata. Chyba miał rację. Tad poczuł, że stojący z tyłu przestali naciskać na jego plecy, kątem oka dostrzegł sylwetki kolejnych pielgrzymów, odrywających się od stłoczonej przed lądownikiem grupki, stawiających pierwsze, śmielsze kroki na planecie swych przodków. Zauważył idącą po prawej stronie Maddie Colchick, odpowiedział na jej uśmiech, spojrzał znowu na ziemskich braci, pomachał do nich i ruszył zdecydowanie przed siebie.

Tłum witających również uległ przegrupowaniu. Stojący z przodu, nie przestając klaskać, rozsunęli się na boki, robiąc miejsce nadchodzącym z dalszych rzędów młodym ludziom. Wszyscy, chłopcy i dziewczęta, ubrani byli w podobne niebieskie, obcisłe stroje. Nie patrząc nawet na pozostałych Ziemian, minęli ich i podążyli na spotkanie księżycowych dzieci.

Tad zwrócił uwagę na idącą z przodu wysoką dziewczynę. Miała czarne włosy, upięte w górze, z wypuszczoną na czoło grzywką, duże, smutne oczy i zabójczo zgrabną sylwetkę. Wyglądała jak młodsza wersja replikantki Rachael z „Łowcy androidów”. Wyraźnie zmierzała w jego kierunku. Zawahał się przez chwilę. Zobaczył, że każdy z błękitnych obrał sobie za cel jednego z pielgrzymów; do Maddie zbliżał się kręcony blondyn o wyglądzie tego chłoptasia z „Błękitnej laguny”. Nie wiedzieć czemu przypomniało mu to opowieści dziadka.

Dziewczyna podeszła do Tada, chwyciła go za rękę i zdecydowanie pociągnęła za sobą.

– Chodź, zabiorę cię stąd!

Ruszyli razem w stronę tłumu witających. Dziewczyna wyraźnie zwolniła kroku, dopasowując się do możliwości Tada. Była od niego o głowę wyższa. Czuł się bardzo niezręcznie.

– Jak masz na imię? – zapytał, patrząc na jej nogi w obcisłym kombinezonie.

– A jak byś chciał? – odpowiedziała ze śmiechem.

– Nie rozumiem…

– Jesteś tu gościem. Masz specjalne prawa – wyjaśniła.

No tak, to mógł być jakiś miejscowy zwyczaj. Najwyraźniej pielgrzymi z nowego świata byli tutaj darzeni specjalnym szacunkiem.

– Ro… Rachael – odpowiedział.

– To ładne imię. Dziękuję ci. – Jej drobne, bardzo czerwone usta cały czas się uśmiechały, ale oczy błyszczały, jakby pokryte łzami.

Otaczający ich tłum rozstępował się na boki, gdy zmierzali w kierunku węższego końca hali. Tad dostrzegł kilkadziesiąt małych, czterokołowych pojazdów, stojących za plecami ludzi. Przypominały pokraczne ropuchy z atlasu zoologicznego ojca. Kilka par, które ich wyprzedziły, wsiadało już do swoich wehikułów. Rachael mocniej ścisnęła dłoń Tada. Odważył się spojrzeć w górę, na jej twarz. Odpowiedziała mrugnięciem.

– Będę twoją przewodniczką.

Drzwi pojazdu uniosły się jak w DeLoreanie z „Powrotu do przyszłości”. Dziewczyna wskazała gestem siedzenie pasażera, sama obeszła maszynę i wsiadła z drugiej strony. Tad też wgramolił się do środka i utonął w miękkim fotelu. Drzwi opadły bezgłośnie. Przez chwilę otaczała ich ciemność, po czym wnętrze stopniowo rozjarzyła delikatna, czerwona poświata. Siedzieli razem, zamknięci w niewielkiej przestrzeni; pojazd najwyraźniej nie miał szyb. Zrobiło się ciepło. Rachael odetchnęła głębiej i rozsunęła zamek kombinezonu pod szyją. Tad poczuł silny zapach olejku różanego.

– Gdzie… – zakrztusił się śliną.

Dziewczyna pochyliła się nad nim, przez chwilę miał przed oczami jej dekolt. Uniósł wzrok, Rachael lekko ścisnęła usta i przyłożyła do nich palec. Paznokcie miała długie, pomalowane na ciemny kolor, w tym świetle wyglądały prawie jak czarne.

– Ciii… – wyszeptała.

Fotel lekko zawibrował. Tad poczuł, że zapada się w niego jeszcze głębiej.

– Ale… mój bagaż?!

– Nie bój się, niczego ci tutaj nie zgubimy – zaśmiała się i wróciła na swoje miejsce.

Przyspieszenie wgniotło go teraz w oparcie i Tad zrozumiał, że opuszczają halę przylotów. Zerknął na Rachael – miała zamknięte oczy. Zauważył, że pojazd porusza się całkiem samodzielnie, przed dziewczyną nie dostrzegł żadnych urządzeń sterowniczych. Choć nie mógł zobaczyć, co jest na zewnątrz, odczuwane akceleracje sugerowały, że maszyna przemieszcza się dość szybko, najprawdopodobniej szybując w powietrzu.

Rachael oddychała spokojnie, jej piersi unosiły się i opadały miarowo jak we śnie. Tad przypomniał sobie o prezencie od dziadka i szybko odwrócił wzrok. To z powodu tego czerwonego światła – pomyślał. I jeszcze ten zapach… Co zrobisz, jak nic nie zrobisz? Próbował pomyśleć o czymś innym. Poczuł, że pojazd zwalnia i stopniowo opada. Wibracje ustąpiły. Kiedy Rachael otworzyła oczy, światło przygasło, a drzwi bezszelestnie powędrowały w górę.

Na zewnątrz było ciemno. I padał deszcz.

Mokre, jakby tłuste ściany budynków pięły się stromo, zasłaniając niebo. Ze studzienek ściekowych buchały kłęby pary. Podobne do ich pojazdu, inne latające ropuchy unosiły się ławicą na wysokości kilku pięter, zręcznie manewrując w labiryncie spinających budynki kratownic, rur i pęków kabli. Wąskie stożki rozproszonego światła reflektorów omiatały kanion ulicy. Jeszcze wyżej gigantyczne ekrany telewizyjne migotały błękitnym blaskiem. Wyświetlane na nich wielkie ludzkie twarze prowadziły ze sobą dialog. Głosy, mówiące w nieznanym Tadowi języku, brzmiały jak kaseta magnetofonowa, puszczona od tyłu, w zwolnionym tempie.

Wystawił na zewnątrz jedną nogę, wdeptując w kałużę. Oślepiły go kolorowe światła przelatującego tuż obok pojazdu, ogłuszył towarzyszący temu dźwięk syreny. Przez szum w uszach przebiła się jeszcze, dobiegająca z drugiego końca ulicy, seria strzałów. Chciał wrócić do środka maszyny, ale potknął się o zalegające na bruku sterty śmieci. Rachael podtrzymała go za rękę. Tad spojrzał na dziewczynę z przerażeniem. Jej kostium, mokry od deszczu, przylegał ściśle do ciała. Zaniosła się śmiechem:

– Taki żart! Od najlepszego kreatora przestrzeni!

Uniosła rękę i pstryknęła palcami.

Budynki wokół zafalowały, ich ściany zaczęły się wybrzuszać, jakby pod elewacją przepełzały setki węży. Padająca z góry poświata zmieniła odcień na seledynowy, a kostki brukowe ugięły się pod stopami jak gąbka. Otaczające ich głosy sięgnęły wyższych tonów, stały się bardziej skandowane, by w końcu przejść w rodzaj treli i pohukiwań. Wilgoć utrzymywała się w powietrzu, choć deszcz przestał już padać. Zrobiło się wyraźnie cieplej. Domy po obu stronach ulicy zmieniły się w coś w rodzaju organicznej, trójwymiarowej pajęczyny, nabrzmiewającej powoli w roślinne kształty. Tuż przed Tadem wyrosło drzewo o fraktalnej budowie, pokryte pomarańczowymi owocami. Spojrzał w lewo, za kępą zgeometryzowanych paproci zobaczył nagą kobietę spoczywającą na czerwonej kanapie. Pamiętał ten obraz. Taki sam wisiał na ścianie gabinetu ojca. Zakradali się tam czasem z Jasonem, kiedy tata był w pracy. W życiu nie można mieć wszystkiego. Cofnął się o krok i zderzył z Rachael.

– Nie podoba się? W podstawowym pakiecie masz jeszcze jakieś sześćset aranżacji. Znajdziemy coś dla ciebie. – Ponownie pstryknęła palcami.

Teraz wszystko zmieniało się szybciej. Powiał słony wiatr, a otaczające ich fantastyczne rośliny zmieniły się w złoty pył, który opadł na ziemię. Stali na łagodnym zboczu, u stóp rdzawej góry. Nieco dalej, przed nimi, trzy kremowe kolumny wygrzewały się w słońcu; żłobione kręgi kilku kolejnych leżały rozrzucone dokoła w trawie. W dole, po lewej, morskie fale z zapamiętaniem pieściły brzegi zatoki. Tad po raz pierwszy w życiu zobaczył błękitne niebo.

Przypomniał sobie dziecięce rozmowy z Jasonem. Na Ziemi mają takie magnetofony, że nie muszą nic przewijać. Naciskają guzik i samo przeskakuje…

– Co będziemy teraz robić? – zapytał.

– A co byś chciał? – odpowiedziała, przekrzywiając głowę i poprawiając włosy.

 

 

Mindor nie przepadał za muzyką dawną. Scenariusz widowiska wymagał jednak jego obecności na scenie podczas całego zaćmienia. Amfiteatr był oryginalny, odkopany pośrodku pustyni, a miejsc na widowni wystarczyło tylko dla nielicznych szczęściarzy. Co, biorąc dodatkowo pod uwagę premierę nowego tekstu, oznaczało, że holotransmisję będzie obserwował cały świat.

Został zaproszony do wygłoszenia swojego najnowszego poematu – „Powrotu Tezeusza”. Jak zwykle zrezygnował z udziału w próbach. Występując publicznie, potrzebował świeżości; prawdy, nie rutyny. Recytacja miała rozpocząć się tuż po przejściu księżyca przez słoneczną tarczę; wcześniej, podczas narastania ciemności, zaplanowano występ jakiejś znanej wokalistki. Reżyser wydarzenia, młody, ale już ze spektakularnymi sukcesami, przedstawiając Mindorowi swoją koncepcję, pocił się i krygował niemiłosiernie, niepewny, czy poeta nie będzie urażony taką kolejnością.

– Mistrz rozumie… Chodzi o metaforę stwórczej mocy słowa. Pierwotny chaos, kołysany dźwiękami pradawnej muzyki, budzi się do życia, oblekając się w całkiem nowy logos – bredził, wymachując rękami.

– Synu, ty mnie nie ucz o metaforach. Ty postaraj się tylko o dobre nagłośnienie – uciął Mindor.

Wiatr powiał, kiedy księżyc nadgryzł już powierzchnię słońca. Ziarenka piasku uderzyły po twarzy. Mindor zamknął powieki i potarł je dłońmi. Równocześnie zabrzmiały pierwsze dźwięki utworu. Powietrze uspokoiło się – najwyraźniej włączono pole siłowe wokół amfiteatru. Otworzył oczy. Mógł nie lubić tej płyty, ale musiał ją znać. „Dark Side of the Moon”. Wybór tak oczywisty, że niebezpiecznie bliski kiczu. Był jednak pod wrażeniem tego, z jakim wyczuciem przygotowano całość – żadnych fajerwerków, laserów, nawet tego nieszczęsnego pryzmatu, tylko czyste dźwięki fortepianu, potem gitara, krótka przytłumiona recytacja zza kulis, oczywiście w wykonaniu reżysera. Pieśniarka stała z przodu sceny, tyłem do niego, dlatego nie widział jej twarzy. Wydawało się, że jest starsza niż podejrzewał, być może nawet w jego wieku. Zrobiło się zimno. Zadrżał, gdy rozpoczęła wokalizę „The Great Gig in the Sky”.

Księżyc stopniowo wypełniał słońce mrokiem, cienie traciły swoje kontury, a ona śpiewała – najpierw drapieżnie, ostro, chrapliwie, potem coraz łagodniej, jakby godząc się na to, co nieuniknione. Mindor wystraszył się, że pieśniarka w swoim uniesieniu straci synchronię z zaćmieniem, skończy zbyt wcześnie albo przeciągnie wokal. Ona jednak panowała nad wszystkim. Ostatni dźwięk zgasł równocześnie z diamentem korony słonecznej.

Mindor wstał w ciemności. Panowała cisza. Kiedy rozpoczął recytację, miał łzy w oczach.

Tezeusz wyszedł z labiryntu

Lecz, czy Minotaur w nim pozostał?…

Publiczność była zachwycona.

 

Przez pierwszy miesiąc kochali się prawie codziennie, później raz, dwa razy w tygodniu. Przestali po pół roku. Nigdy się nie kłócili, Rachael wydawała się do tego niezdolna.

Wcale nie była smutna, po prostu miała takie oczy.

Tad najczęściej wybierał scenerię greckiej wyspy. Lubił też wnętrze biblioteki. Gotowe aranżacje różniły się wielkością, ale żadna nie przekraczała kilku kilometrów kwadratowych. Wędrując wewnątrz wybranego świata, wcześniej czy później docierał do jego granic – muru bez drzwi, pionowej skały, nieprzebytego gąszczu roślin, ściany ognia, barwnej szklanej tafli. Wcześniej, na Księżycu, kilkakrotnie widział z bliska wewnętrzną powierzchnię kopuły pokrywającej całe miasto; zawsze miał poczucie przebywania w zamknięciu, tamta przestrzeń wydawała się jednak skrojona na jego rozmiar.

– Co jest na zewnątrz? – pytał.

– To samo. Wszędzie jest tak samo – odpowiadała Rachael.

W bibliotece, pośród tysięcy tomów, odnalazł wszystkie książki, które pamiętał z biblioteki ojca. Także te, których okładki na Księżycu były wypełnione pustymi kartkami. Dużo sobie obiecywał po ich lekturze, ale treść zadrukowanych stron w większości rozczarowywała. Czytanie znudziło go niewiele później niż seks.

Zaczął na nowo pisać.

Rachael przyglądała się uważnie wszystkiemu, co robił. I coś chyba zauważyła.

– Nudzisz się? Przecież masz tutaj wszystko…

– W życiu nie można mieć wszystkiego.

– Niby dlaczego? – Nie rozumiała, ale martwiła się.

Któregoś ranka obudziła go, wyraźnie zadowolona z siebie.

– Chodź, zabieram cię na wycieczkę. Powinno ci się spodobać.

Polecieli ropuchą. Kiedy Rachael otworzyła już oczy, a dach pojazdu zsunął się do tyłu, Tad zobaczył, że wylądowali w miejscu przypominającym jajowate wnętrze hali przylotów. Tym razem otaczające pustą przestrzeń mury nie tworzyły gładkiej krzywizny, lecz wyglądały jak zbudowane z olbrzymich klocków Lego. Ściany, wykonane z tego samego, mlecznie opalizującego materiału, wznosiły się, załamywały ku sobie i łączyły wreszcie nad ich głowami, na całej wysokości powtarzając kaskadami rytm wcięć i uskoków. Ich maszyna przycupnęła na jednej z takich półek i Tad mógł obserwować chmary pojazdów, krążące wewnątrz hali, jak wir herbacianych fusów w szklance. Raz po raz któryś z nich odrywał się od stada i lokował wygodnie w załamaniu ściany. Jedna z latających kapsuł wylądowała tuż obok i przytuliła się bokiem do ich ropuchy, po chwili pojawiła się następna, z drugiej strony. Tad zauważył, że kolejne pojazdy wypełniają szczelnie wszystkie półki do połowy wysokości hali, a opuszczone dachy odsłaniają siedzących wygodnie w swoich fotelach Ziemian. Kiedy założył podane mu przez Rachael czarne gogle i zobaczył z bliska pustą, owalną scenę na środku hali, zrozumiał, że jest w teatrze.

Światło przygasło, a prawda okazała się być znacznie gorsza. Opera. Przez chwilę spodziewał się jakiejś ekstrawagancji, niezwykłych efektów technicznych, udziału publiczności – nic z tego. Na scenie podstarzali śpiewacy, z różowymi policzkami, za to w wyblakłych strojach, odgrywali w klasyczny sposób zwykłą, staroświecką komedię omyłek. A może tragedię – trudno powiedzieć, śpiewali po niemiecku. Tad widział dziesiątki podobnych przedstawień na Księżycu i szczerze nie znosił ich sztampy i wtórności.

Kiedy pierwszy z aktorów padł na deski, ściskając ostrze szpady pod pachą (chyba jednak tragedia), Tad znudzony zdjął gogle z twarzy. Spojrzał na Rachael – wpatrywała się w odległa scenę ze skupieniem, jakiego nigdy dotąd nie widział na jej twarzy. Nie używała okularów, choć widziane z tej odległości sylwetki aktorów były ledwie małymi figurkami, nie pasującymi do potęgi emitowanych przez siebie dźwięków. Chcąc zwrócić uwagę dziewczyny, powiercił się chwilę w fotelu, cicho odchrząknął – bez efektu. Spojrzał w prawo; siedząca obok para Ziemian również gapiła się na ledwie widocznych śpiewaków, a ich twarze wyrażały nie tyle zachwyt, co pełnię skupienia. Jakby analizowali każdy ruch aktorów i uczyli się na pamięć każdego dźwięku. Tad przyłożył ponownie gogle do oczu. Spojrzał na pierwsze rzędy widowni, po przeciwnej stronie, oświetlane poświatą ze sceny. Wszędzie te same, pełne koncentracji twarze. Uniósł nieco okulary, przejechał nimi w lewo i w prawo – wyglądało na to, że jest jedynym widzem w hali, który nie poddał się hipnozie śpiewaków.

W tym momencie usłyszał cichy śmiech, dobiegający gdzieś z rzędów położonych za jego plecami. Zadarł głowę, mignęła mu w górze męska sylwetka, opięta niebieskim mundurem, a obok niej jasne, kobiece włosy. Flirtująca para, najwyraźniej spłoszona jego zachowaniem, odchyliła się do tyłu, zapadając w swoje fotele i próbując zachować powagę. Po chwili usłyszał jeszcze tłumione, dziewczęce parsknięcie. Tad domyślił się, że przyłapana dwójka to któraś z dziewczyn z jego pielgrzymki oraz jej przewodnik. Ze zdziwieniem uświadomił sobie, że czuje wstyd, wywołany zachowaniem nieznanej koleżanki.

Wrócił do oglądania przedstawienia, choć cały czas przeskakiwał wzrokiem ze sceny na widownię. Nic się nie zmieniło, wszyscy widzowie chłonęli sztukę, nie mrugnąwszy nawet okiem. Para u góry się uspokoiła. Przekwitła diwa utonęła ostatecznie w objęciach korpulentnego amanta (może jednak komedia?), rozjarzyło się światło, umilkły frenetyczne brawa i Tad doczekał się wreszcie uwagi ze strony Rachael. Emocje tłumu nieco mu się udzieliły:

– Widziałaś, jak oni patrzyli?

– Do jutra zapomną o wszystkim i będą szukać nowych wrażeń. Sami nie potrafią nic wymyślić – mówiła niby spokojnie, ale Tad po raz pierwszy usłyszał w jej głosie coś, co przypominało gniew.

Wtedy zrozumiał, że musi to kiedyś powiedzieć.

 

– Rachael… Ja chyba zostanę tu z tobą…

 Spojrzała na niego z zaskoczeniem.

– Ty to chyba naprawdę urwałeś się z księżyca!

– Po tym wszystkim… Powinienem…

– Mogę mieć jeszcze stu takich jak ty! – Teraz jej oczy wyglądały jak szklane. – Wracaj, głupku, do swojego małego świata, póki jeszcze potrafisz odnaleźć drogę!

 

Stali w kolejce. Pierwszy raz od przylotu na Ziemię spotkali się wszyscy w jednym miejscu i stali, jedno za drugim, nie odzywając się do siebie. Nie było o czym rozmawiać. Kolejka przesuwała się dość sprawnie; śluza wejściowa otwierała się co chwilę, połykając po jednej osobie.

Tad nie wiedział, co zrobić. Owszem, spakował swoje rzeczy i odesłał je na kosmodrom. Pożegnał się sztywno z Rachael, od wizyty w operze popsuło się między nimi. Chciał powiedzieć coś ważnego, zgasiła go tym swoim wzrokiem. Ale to nie znaczy, że podjął decyzję.

– Maddie… – nieśmiało zagadnął stojącą przed nim dziewczynę.

– Co? – odpowiedziała zmęczonym głosem.

– No wiesz… Zostajesz?

Odwróciła się gwałtownie. Tak, jakby miała odpowiedź przygotowaną od dawna.

– Tu, w tym pieprzonym raju za darmo?!

Cofnął się o krok, wpadając na stojących za nim. Maddie chwyciła go za ramiona i wykrzyczała prosto w twarz:

– Przecież to wszystko jest na niby! Dorośnij wreszcie!

Przecież się nie rozdwoisz.

Popatrzył na nią z przerażeniem. Odwróciła się, chyba płakała. Nie odzywał się więcej. Dalej nie wiedział, co chciałby zrobić.

Maddie zniknęła w środku budynku. Kiedy przyszła jego kolej, przyłożył dłoń do czytnika. Na ekranie pośrodku drzwi pojawił się napis:

Identyfikacja: Thaddeus Meandoor.

Litery zamrugały i zgasły. Pojawiły się kolejne:

Kwalifikacja: zatwierdzona.

Zapraszamy do wnętrza.

 

Thaddeus wyszedł z labiryntu.

 

* * *

 

A później było już normalnie. Gdy wylądowali na księżycu, Rose właśnie czekała na swój odlot. Minęli się na płycie kosmodromu, zabrakło czasu na rozmowę. Pomachał do niej niemrawo, odpowiedziała tylko uśmiechem.

Potem. Potem będzie łatwiej.

W domu mama znowu płakała, ojciec nie wiedział, co powiedzieć, dziadek już nie żył. Dwa dni później przyszła Vera i wyjawiła całą prawdę o Jasonie i Rose.

Nie było żadnego potem.

Thaddeus zaczął spotykać się z Madeline Colchick, zbliżył ich wstyd, o którym nie musieli rozmawiać. Pobrali się półtora roku później, żyli długo i zgodnie, mieli dużą rodzinę. Jason wyprowadził się do innej dzielnicy, Roselyn po powrocie z pielgrzymki dołączyła do niego. Chyba nie mieli dzieci.

Takie sobie życie.

 

* * *

 

Przeczytaj mi jeszcze raz, ale teraz tak, żeby się dobrze kończyło.

 

Dwadzieścia lat po tym, gdy Thaddeus powrócił na Księżyc, Mindor znów stał na wzgórzu ponad spliterem. Od niedawna pełnił funkcję selekcjonera. Szczerze mówiąc, musiał uznać swoje pierwsze wyniki za rozczarowujące. Nie wiedział, czy problem wynikał z jego braku doświadczenia, czy grupa była rzeczywiście tak słaba. Opierając się na raportach Przewodników, udało mu się wytypować tylko pięć osób, które dobrze rokowały. Największe nadzieje wiązał z dziewczyną o imieniu Kate. Niezależnie od uzyskanych wyników testów jej rozedrgana, niepokojąca osobowość wydawała się Mindorowi w jakiś sposób bliska.

Obserwował opuszczających spliter wyjściem po lewej. Widział, jak kierują się następnie w stronę kolejki magnetycznej, łączącej kompleks z kosmodromem. Rozstawali się z Ziemią, starsi prawie o rok, w swoim przekonaniu dojrzalsi, pozbawieni złudzeń. Zabierali też do domu drobny dar, o którym nie mieli pojęcia. Współżycie z biobotami skutkowało niewielkimi, kontrolowanymi mutacjami w materiale genetycznym ich gamet. Mały drobiazg, konieczny dla uniknięcia skutków chowu wsobnego w zamkniętej populacji, do której postanowili wrócić.

Na tych, którzy mieli wątpliwości, czekały dwa wyjścia. Oba były doskonale widoczne ze wzgórza, na którym stał Mindor. Wyjście po prawej prowadziło na ścieżkę, kluczącą między drzewami oliwnymi, wspinającą się krętym labiryntem po stoku, przebiegającą pod jego stopami, dzielącą na kolejne odnogi, niknące potem w wysokiej trawie. Prawe drzwi otworzyły się dzisiaj już cztery razy, cztery osoby minęły Mindora, nie patrząc mu w twarz, i odleciały wraz z Przewodnikami do swoich nowych domów.

Otrzymał sygnał, że spliter został uruchomiony po raz piąty. Z niecierpliwością czekał na to spotkanie. Wentylatory na dachu kręciły się powoli jak rolki w starym magnetofonie. Dwa wyjścia z budynku otwarły się równocześnie, złudzenie obecności między nimi zwierciadła było doskonałe. Dziewczyna i jej odbicie, obie nieco oszołomione przebytym procesem, ruszyły, każda w swoją stronę. Niewidzialne nici pamięci synchronizowały rytm pierwszych kroków, po chwili jednak każda z wersji, utwierdzając się w dokonanym wyborze, zyskiwała pełną autonomię. Kilka następnych metrów oznaczało wyparcie ze wspomnień tego, co niepotrzebne. Kate, teraz już Katherine, wracała do domu szczęśliwa.

– Zaopiekujcie się nią. – Mindor wskazał Przewodnikom idącą pustą ścieżką Prorokinię Min. – Przez jakiś czas będzie się czuła trochę zagubiona.

Pamiętał swoje pierwsze dni w tym świecie, tuż po wyjściu ze splitera, dwadzieścia lat temu.

Początki były trudne. Ale znudzony świat wciąż potrzebował artystów, wizjonerów, szaleńców. A tacy rodzili się tylko na Księżycu.

Tak w sumie, Thaddeus Mindor nie żałował w życiu niczego.

Koniec

Komentarze

Pozwolę sobie zacytować samą siebie z wątku silmarisowego:

 

Rozbroił mnie mały fiat z kiwającym głową pieskiem. Ponieważ mam sentyment do tego, co odeszło już w przeszłość, urzekła mnie ta niezwykła retro-kolonia. I wszystko byłoby ok, ale przez chwilę zastanawiałam się nad zakończeniem i ostatecznie doszłam do wniosku, że jednak chyba mi się nie spodobało. Wewnętrzny konflikt bohatera – zostać czy odejść – został potraktowany moim zdaniem zbyt lekko. Odbieram to jako pójście na łatwiznę. Pewnie, że każdy chciałby zjeść ciastko i mieć ciastko, ale zastosowane tu rozwiązanie jest jak dla mnie nudne. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

To jest jedno z tych opowiadań które nie budzą we mnie emocji. Nie trącają żadnej struny. Nie mam sentymentu do przeszłości. Ciepły usmiech nie pojawia się na wspomnienie “malucha”. Wtręty muzyczne są dla mnie osobiście wadą tekstu. Jakby autor nie potrafił opisać emocji. Muzyka i pisanie to dwie różne wrażliwości, łączenie ich to zarzynanie tekstu. Jest jednak kilka ładnych fraz, fragment w operze bardzo udany. Podsumowując mam podobnie jak bohater dylemat po przeczytaniu. Dramat to czy komedia?

Muzyka i pisanie to dwie różne wrażliwości, łączenie ich to zarzynanie tekstu.

Nie zgodzę się z tak stanowczym stwierdzeniem. Wszystko zależy od kilku czynników, a najważniejsze z nich to umiejętności pisarza z jednej strony, a wrażliwość i gust czytelnika z drugiej. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Skądś znam ten tekst… ;-)

Moją opinię też chyba znasz.

Babska logika rządzi!

śniąca

nie jestem doktrynalnym zwolennikiem relatywizowania wszystkiego. (to zdanie nie oznacza, że Ty jesteś)

nie czytałem pisania (prozy) które w udany sposób połączyło by tekst i muzykę (biografia Chopina? ), może mi coś podpowiesz?

Dalekopatrzący, z biografii, które zapamiętałam, to czytałam tylko Feynmana i paru pisarzy, muzyka żadnego. Jednak wątpię, by to był dobry przykład. Tekst Cobolda nie opiera się na muzyce, a wspomniane wstawki z nią związane to ułamek zawartości i stanowią pewne elementy scenografii, moim zdaniem w sposób naturalny. Jakby na to nie spojrzeć, to muzyka, w przeróżnych formach i gatunkach, towarzyszy człowiekowi na co dzień. Pewnie, można było napisać, że chłopak wspomina pierwszy pocałunek bez wspominania o utworze, który temu towarzyszył, lub, że prom startował w ciszy, nie było żadnej uroczystości. A jednak te dodatki budują pewien klimat i wzbogacają tekst. 

Oczywiście, nie musisz się ze mną zgadzać. Masz inny gust i inną wrażliwość, to normalne. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję za pierwsze opinie.

Śniąca – kiedy ja właśnie chciałem pokazać, że nie można mieć ciastka i zjeść ciastka, bo w każdym z tych przypadków stajemy się innym człowiekiem. Dziękuję za miłe słowa o znaczeniu muzyki – pamiętałaś te sceny, czy czytałaś drugi raz?

Dalekopatrzący – dziękuję za opinię (chyba pierwszy raz pod moim tekstem?). W kwestii muzyki mogę tylko odpowiedzieć, że się z Tobą nie zgadzam, a co do sentymentów, to one chyba przychodzą z wiekiem.

Finkla – no właśnie jestem ciekaw ostatecznej opinii, bo w becie była raczej surowa, ale w redakcji chyba uległa złagodzeniu?

Oj, tak ze szczegółami nie pamiętam. Jak dla mnie trochę zbyt niejasne, ale napisane dobrze, jakieś ciekawe pomysły z tej mętnej wody można wyłowić. Chociaż wolę, kiedy bohater ma jakiś konkretny cel, zadanie…

Babska logika rządzi!

Bardzo udane opowiadanie. Dobry pomysł, porządne wykonanie, ładnie zbudowany klimat. Przeczytałam z przyjemnością.

Odliczanie pamiętałam, pozostałe mi się przypomniały, gdy tu sobie skanowałam tekst w trakcie przewijania do komentarzy, żeby zostawić swój. 

Co do ciastka – ja to odebrałam tak, że Tad nie umiał się zdecydować – zostać, czy odlecieć, bo chciał jedno i drugie. Więc szast prast zróbmy sobie kopię i miejmy wszystko. Wiem, że z tego zrobiły się osobne, odmienne jednostki i ten co odleciał, nawet nie wiedział o tym drugim, ale jednak wrażenie pozostało. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dla mnie ten tekst to po prostu poezja :) I piszę bardzo poważnie, a rozpływać się nad Twoim stylem, coboldzie, nie trzeba. Po prostu nie zawodzisz na tym polu. Co do treści, uwielbiam tego typu historie, a już motyw kultu na Księżycu, który nie chce być stechnologizowany (a żyje sobie pod jak najbardziej nowoczesną kopułą), od razu mnie zdobył. Podobają mi się emocje jakie zostały ujęte w tekście. A że Tad zdecydował się skopiować i żyć podwójnie – dla mnie jest na swój sposób tragiczne.

Mam po lekturze bardzo mieszane uczucia – jak po obejrzeniu niezwykle efektownego filmu, z którego następnie w emocjach właściwie nic mi nie pozostaje.

Napisane bez zarzutu, choć mnie też akurat niezbyt podoba się ta “ilustracja muzyczna”, mam wrażenie, że jest trochę na siłę wpisana w tekst jako rodzaj odautorskiego komentarza. Od początku miałam przeczucie, że Tad i Mindor to ta sama osoba, aczkolwiek realizacji tego pomysłu oczywiście nie przewidziałam i do końca nie zgadłam, co oczwiście jest na plus.

 

Co mi nie pasuje? Pomysł na kosmicznych amiszów całkiem całkiem, choć oczywiście ma swoją tradycję. Ale stopień niedopowiedzianości świata jednak w pewnym momencie mnie trochę znużył. Nie mam pojęcia, kiedy to się dzieje (za ile lat? dziesiątek lat? setek lat?), dlaczego ewidentnym rajem tych sekciarzy są akurat lata 60-80 ubiegłego wieku (że tuż przed erą informatyczną?). Dlaczego tak naprawdę Ziemia utrzymuje Księżyc? To, że tam rodzą się poeci i wizjonerzy, to trochę mało dla polityków i biznesmenów, którzy za takie decyzje odpowiadają… Kto naprawdę mieszka na Ziemi, jak tam jest? Wiem, że Tad tego nie poznał, ale Mindor owszem.

Może wątku tego drugiego jest trochę za mało? Dla kogo on naprawdę tworzy? Kim są ludzie w teatrze, jednym i drugim? Za dużo mi się mnoży tych pytań, żeby historia i bohaterowie byli w stanie mnie naprawdę poruszyć – ot, piękny fajerwerk, plus fajnie ujęte to, że nie da się mieć jednego i drugiego, bo zreplikowane (celowa aluzja do BR) osobowości będą dwiema różnymi osobami. Ale fabularnie i emocjonalnie czegoś mi brakło.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Sho – dziękuję za lekturę i komentarz.

 

Deirdiu – zrobiłaś mi dzień swoimi słowami, teraz już wiem, że warto było napisać to opowiadanie.

 

Drakaino – dzięki za celne uwagi. Jeśli chodzi o wybór lat 80’ to fabularnie rzeczywiście uzasadniam to przednówkiem ery internetu. Zupełnie osobiście natomiast przyznaję, że wybór ten był podyktowany względami sentymentalno-nostalgicznymi i mam nadzieję, że moim rówieśnikom (a jest ich kilkoro na portalu) się to spodoba. I w tym wymiarze wtręty muzyczne czy filmowe wydają mi się nieodzowne.

Przyszłość chciałem sobie wymyślić inną niż stereotypowy cyberpunk, stąd pomysł na społeczność materialnego dobrobytu, w której największą wartość mają emocje wywoływane przez sztukę, społeczność mającą wszystko na wyciągnięcie ręki, ale cierpiącą na brak nowych, oryginalnych podniet artystycznych, co jest skutkiem właśnie łatwości egzystencji. W takim świecie hodowanie artystów w specjalnym rezerwacie może mieć sens ekonomiczny.

Zgadzam się w zupełności, jeśli chodzi o niewystarczające opisanie Ziemian. Dodanie tego elementu rozbijało mi konstrukcję całości opowiadania i dość długo planowałem dopisanie bliźniaczego opowiadania z punktu widzenia Rose, dodatkowo wyjaśniającego też jej decyzje. Potem zarzuciłem ten pomysł, ale Twój komentarz sprawił, że zaczynam o nim myśleć znowu poważnie.

dość długo planowałem dopisanie bliźniaczego opowiadania z punktu widzenia Rose

Mam wrażenie, że dla mnie to nic nie zmieni, bo to nadal nie będzie perspektywa ziemska. O Lunatykach wiemy dużo (ładna gra z angielskim znaczeniem tego słowa, nawet jeśli przypadkowo wyszła), o tym, jak wygląda życie na Ziemi – prawie nic. Potrzebna byłaby raczej perspektywa kogoś, kto na Ziemi pozostał, bo motywacje Księżycan są czytelne.

 

omysł na społeczność materialnego dobrobytu, w której największą wartość mają emocje wywoływane przez sztukę, społeczność mającą wszystko na wyciągnięcie ręki, ale cierpiącą na brak nowych, oryginalnych podniet artystycznych

To przydałoby się mocniej uwypuklić w opowiadaniu – bo przyznam, że scena w teatrze oraz malutkie scenki z Mindorem to trochę mało. W operze jest niby o tym mowa, ale nie bardzo tłumaczy się ten prawie trans publiczności. Skądinąd cały czas oczywiście zastanawiałam się, co to konkretnie za opera i nadal nie wiem. Niemiecki i ktoś przebity szpadą mi jakoś się nie składają ;)

 

Aha, jeszcze jedno: czy Tad i Mindor zdają sobie sprawę, że wyjściowo byli jedną osobą? Bo nawet jeśli potem się rozeszli? A raczej: czy ci zreplikowani mają świadomość, że na Księżycu jest ich kopia (oryginał?), wiodący nudne życie sekciarza? A tamci? Skoro Rose podjęła decyzję, to znaczy, że jakaś świadomość możliwości jest. Z jednej strony fajnie jak opowiadanie prowokuje do zadawania pytań egzystencjalnych, ale te niestety są trochę fabularno-egzystencjalne.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mam wrażenie, że dla mnie to nic nie zmieni

Oj, nie doceniasz mnie, Drakaino ;) Ale dosyć o tym, co by było, a nie jest. Jeśli kiedyś napiszę to opowiadanie, to zgłoszę się do recenzji.

Skoro Rose podjęła decyzję

Jedyne decyzje Rose, o których wspominam w tekście, to jej decyzje sercowe. A jeśli chodzi o pamięć i niepamięć, napisałem:

Niewidzialne nici pamięci synchronizowały rytm pierwszych kroków, po chwili jednak każda z wersji, utwierdzając się w dokonanym wyborze, zyskiwała pełną autonomię. Kilka następnych metrów oznaczało wyparcie ze wspomnień tego, co niepotrzebne. Kate, teraz już Katherine, wracała do domu szczęśliwa.

Opery nie znasz, jeszcze nie istnieje – to jeden z mniej udanych postmodernistycznych recyclingów artystów z przyszłości. Choć przez chwilę kusiło, żeby to był Tannhauser, ale uznałem, że byłoby zbyt wiele tych odniesień do Blade Runnera ;)

Ok, odnośnie pamiętania zawiesiłam się na tym, która jest Kate, a która kKatherine, więc wyleciało ze świadomości ;-)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Z imionami był taki koncept, że po Pielgrzymce, która stanowi rytuał przejścia, u powracających zmienia się imię z postaci skróconej na pełną (Tad-Thaddeus, Rose-Roselyn, Maddie-Madeline, Kate-Katherine). Stąd może pewne zamieszanie, choć większość tych imion ma swoje ukryte konotacje, np. czyjego imienia nie pamiętał Mindor?

Tad przyniósł łyżkę, a potem pomógł założyć stary, ciężki płaszcz.

Kto komu pomógł z tym płaszczem?

 

Od strony językowo-stylistycznej bardzo przyjemne. Spodobały mi się nawiązania do popkultury (choć nie jestem raczej grupą rówieśniczą). Ładne obrazki z Ziemią nad głowami.

 

Mam pewnie problemy z fabuła: 

Czy Lunatycy są przez rok trzymani w symulacjach z robotami? Z ewentualnymi wyjściami na zewnątrz, jeżeli wykażą jakiś potencjał twórczy? Zabrakło mi tego codziennego życia Ziemian.

Zabrakło mi też procesu podejmowania decyzji – jeżeli Tad wiedział, że do rodziców wróci jego klon, to chyba ułatwia mu to podejmowanie decyzji? I jeżeli o tym wiedział wcześniej, to czy szukał ziemskich wersji swoich rodziców?

 

społeczność materialnego dobrobytu, w której największą wartość mają emocje wywoływane przez sztukę, społeczność mającą wszystko na wyciągnięcie ręki, ale cierpiącą na brak nowych, oryginalnych podniet artystycznych, co jest skutkiem właśnie łatwości egzystencji.

Coś jak Brave New World tylko z Szekspirem, który nikogo nie rusza?

I łatwość egzystencji =/= zdrowie psychiczne, więc coś do bodźców artystycznych powinno im zostać.

 

Są pytania, ale takie z których wyrasta fan fiction a nie polemika z autorem.

Trochę jakby historia się skończyła zanim pokazały się najciekawsze wątki.

 

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Wybranietz – dzięki za uwagi.

Z tym płaszczem, to cały akapit jest taki migawkowy, poszarpany, bo to ostatnie spotkanie z dziadkiem, utrwalone w niepewnej pamięci jako pojedyncze sceny. Chociaż ja problemu z podmiotem nie widzę.

Jeśli chodzi o Lunatyków, to z grubsza masz rację, z jednym zasadniczym wyjątkiem – nikt z Lunatyków nie wiedział o podziale, ani przed, ani po powrocie z Pielgrzymki. I nie nazwałbym bohaterów klonami – to po prostu dwóch różnych dorosłych, wyrosłych z jednego dziecka.

Co do Ziemian – mea culpa. Świadoma, przemyślana, ale jak wynika z reakcji Czytelników – culpa.

“nikt z Lunatyków nie wiedział o podziale, ani przed, ani po powrocie z Pielgrzymki” – to troszeczkę umyka logice. Na dobrą sprawę obie wersje powinny mieć wspólną pamięć aż do replikacji… Czyli powracającym coś dodatkowo wymazywano?

 

I jeszcze jeden drobiazg: jak rozumiem, nie wszyscy pielgrzymi podlegali replikacji? Czyli na Księżycu nie ma kolonii prawie wyłącznie złożonej z kopii (za wyjątkiem tych, którzy nie pojechali na pielgrzymkę)?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Znowu wracam do tego samego fragmentu:

Kilka następnych metrów oznaczało wyparcie ze wspomnień tego, co niepotrzebne. Kate, teraz już Katherine, wracała do domu szczęśliwa.

Wracającym wymazywano te szczegóły pobytu na Ziemi, które mogłyby powodować pozytywny sentyment, czy choćby wątpliwości co do słuszności dokonanego wyboru, choć pozostawało niesprecyzowane poczucie wstydu. Pozostającym wymazywano z kolei szczegóły wcześniejszego życia na Księżycu, dlatego Mindor nie pamiętał imienia Róży, choć miał niejasne uczucie utraty czegoś ważnego.

 

Jeśli chodzi o drugie pytanie, było tak jak mówisz:

Od niedawna pełnił funkcję selekcjonera. Szczerze mówiąc, musiał uznać swoje pierwsze wyniki za rozczarowujące. Nie wiedział, czy problem wynikał z jego braku doświadczenia, czy grupa była rzeczywiście tak słaba. Opierając się na raportach Przewodników, udało mu się wytypować tylko pięć osób, które dobrze rokowały.

Albowiem: “nie każdy weźmie po Bekwarku lutniej” ;)

 

Były też osoby, które w ogóle nie odbyły Pielgrzymki – zauważ, że one, jak Jason, nie zmieniały formy imienia.

 

Widzę, że nie wyjaśniłem tego w sposób wystarczająco jasny, ale ten typ tak ma, że unika jak ognia infodumpów i oczekuje od Czytelnika lektury skupionej i pełnej zaufania do autora. I czasem się sparzy ;)

Okej, coś mi ten fragment nie chce się zapamiętać w całości. Może zbyt to skondensowałeś, może za dużo w nim informacji, a techniczna strona tego wszystkiego jest dość skomplikowana… To może być moja idiosynkrazja, że mi się na ten kawałek robi perception filter, oczywiście. Ale może wbrew pozorom nie jest to całkiem oczywiste, o co chodzi, a w takim miejscu, że istnieje ryzyko przemknięcia się nad tym i niezrozumienia? A już z tym, co pamiętają pozostający na Ziemi, to mi się wydaje całkiem nieoczywiste.

Jeśli chodzi o Mindora, to bardzo mocno zapamiętało mi się to, że jego uwagę przykuła Kate (potwierdzenie intuicji, że Tad i Mindor to ta sama osoba… – miałam tu niemal wrażenie, że te dwie osoby się tu nagle przenikają, choć to akurat pewnie nie było zamierzone, no albo Mindor czuje swoje geny w córce, jakby nie patrzeć, swojej…), więc kwestia Rose troszkę mi umknęła (informacja o tym, że zapomniał jej imię jest tak na początku. że potem trochę się zaciera).

 

Tak na marginesie – właściwie skąd pewność, że Rose nie została na Ziemi? Księżycanie nie pamiętają, a Mindor nie jest jedynym, który selekcjonuje? Pewnie, jakby została gwiazdą, to może by ją rozpoznał, ale tak czysto poznawczo, z punktu widzenia Księżycan nie ma żadnej wiedzy, czy ktoś został i się zreplikował, czy nie…

 

Strasznie dużo się tu rodzi ontologicznych pytań, bo stworzyłeś wizję, która jest szalenie sugestywna, a zarazem szalenie trudna z punktu widzenia logiki, jak wszystkie tego typu rozwarstwione światy czy osobowości.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmmm. “Wyparcie ze wspomnień tego, co niepotrzebne” to straszliwie nieprecyzyjne sformułowanie. Zależy, kto i według jakich kryteriów dokonuje oceny.

Weźmy analogię: “usunięcie z organizmu wszystkiego, co niepotrzebne”. Co to może oznaczać – wyrostek robaczkowy, blizny, tłuszcz, chorobotwórcze bakterie? A może kobiecie po menopauzie nie jest potrzebna macica, gimnastyczce cztery żebra, a prostemu robotnikowi część mózgu? Ale hej, może się zdarzyć, że Eskimosowi warstwa tłuszczu jest niezbędna, a weteran lubi się chwalić swoimi bliznami…

Babska logika rządzi!

Drakaina -

 

właściwie skąd pewność, że Rose nie została na Ziemi?

 

Ależ oczywiście, że została. Przecież obiecała, że znajdzie Tada wszędzie. Nie bez powodu wspomniałem, że lubiła śpiewać ;)

EDIT: tak, zbytnia kondensacja to chyba celna uwaga.

 

Finkla

“Wyparcie ze wspomnień tego, co niepotrzebne” to straszliwie nieprecyzyjne sformułowanie.

 

No właśnie uważam, że w przeciwieństwie do wyrostków, o takich rzeczach nie tylko nie da się, ale i nie należy mówić w sposób zamknięty, autorytatywny. Cała radość z tego opowiadania, to ta dyskusja i świadomość, że prowokuję Czytelników do samodzielnej, prywatnej interpretacji.

 

Prowokujesz, ale dopiero w komentarzach. Jak dla mnie – za mało z tego, co chciałeś zawrzeć, widać w tekście. Napisałam wcześniej o mętnej wodzie. Coś w niej błyszczy, ale diabli wiedzą, czy to złoty samorodek, czy stara aluminiowa łyżka. A nie każdy lubi grzebać w błocie, żeby sprawdzić.

Babska logika rządzi!

Dałem się wciągnąć. Moim zdaniem rewelacyjny przykład opowiadania, w którym fantastyka jest narzędziem, by pokazać historię bohatera. Świetny pomysł, świetne wykonanie, a sentymentalne granie na emocjach trafiło w punkt. Element świata delikatnie kuleje, jest mnóstwo niedopowiedzeń, ale nie odbieram tego jako minus, w końcu nie on był tu najważniejszy. Świat dawał duże pole do popisu wyobraźni i nie odczuwałem braku informacji. Jedynie pod koniec trochę się zgubiłem.

Skoro tekst był publikowany nie ma sensu wyłapywać błędów. Jedynie w oczy rzuciło mi się, że w jednym miejscu nazwałeś go Tedem.

A fragment o takim sobie życiu był perfekcyjny.

 

EDIT:

A nie każdy lubi grzebać w błocie, żeby sprawdzić.

Od razu w błocie… ;)

Faktem jest, że nie każdy może być targetem takich utworów, ale ja akurat dobrze się bawiłem interpretując różne wątki. To tylko tak dla podkreślenia, jakby ktoś nie zauważył! :)

Finklo, “Grzebanie w błocie” to już mocne słowa.

 

EDIT: Ac – zawsze jest sens wyłapywać błędy. Gdybym tego nie potrzebował, nie publikowałbym tutaj. Teda już naprawiłem. Dzięki!

Jeśli błoto Cię uraziło, to przepraszam, tego nie chciałam. Może być ouzo? Po dolaniu woda też robi się mętna, a ja nie przepadam za anyżkiem.

Babska logika rządzi!

Wybieram absynt.

To absynt się miesza z wodą? ;-)

Babska logika rządzi!

Jeśli chcesz, żeby był mętny…

Właśnie nie chcę. ;-) Ja z nieklarownych alkoholi to ajerkoniak i baileys.

Babska logika rządzi!

odnośnie płaszcza – mój błąd, myślałam, że to Tad wychodzi z domu, nie dziadek. Dlatego mi ten kawałek nie pasował, a płaszcz to już w ogóle. 

Co podważa moje kompetencje do dalszych wypowiedzi, ale trudno ;D

 

Pozostającym wymazywano z kolei szczegóły wcześniejszego życia na Księżycu, dlatego Mindor nie pamiętał imienia Róży, choć miał niejasne uczucie utraty czegoś ważnego.

no ja cię. to jest bardzo głęboko ukryte, nie przypuszczałam w ogóle, że pozostającym też zmieniano pamięć.

Ale co potem?

Fabrykowano im 20 lat życia? To nie powinno im to wymazać kreatywności?

I co – ci selekcjonerzy nie zastanawiają się, czy i oni nie są z Księżyca?

 

I dlaczego Rose miałaby go szukać na Ziemi, skoro widzieli się przy wymianie pasażerów?

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Ale co potem?

Fabrykowano im 20 lat życia?

W pierwszej wersji opowiadanie zaczynało się od przynudnawego wstępu o amnezji dziecięcej. Całkiem słusznie umarł on w becie. Ale chodziło o coś w tym stylu – pamięć (a to ona jest tytułową nicią) dotycząca chwil, które decydują o naszym dorosłym życiu jest z czasem wymazywana. Tracimy własne wspomnienia z dzieciństwa, wierzymy w to co rodzice pokazują nam na zdjęciach. W opowiadaniu pokazuję to po prostu na większą skalę.

 

To nie powinno im to wymazać kreatywności?

Założyłem, że jeśli zostaje niepewność, poczucie niejasnej straty, czegoś co jest na wyciągnięcie ręki a umyka – to to jest najlepszy impuls dla kreatywności.

 

I dlaczego Rose miałaby go szukać na Ziemi, skoro widzieli się przy wymianie pasażerów?

 

Bo ona szuka tego “starego” Tada.

Zastanawiam się, czy zacząć od plusów czy minusów, Coboldzie. Chyba od plusów, bo jest ich więcej.

Myślę, że to Twoje najlepsze opowiadanie od strony języka literackiego. Jest naturalny, niewymuszony, w łatwy i jasny sposób przekazujesz czytelnikowi to, co chcesz. Przyznam szczerze, że sam mam z tym największe problemy. Po proza powieściowa i to z dobrej półki.

Pomysł też mi się spodobał, dodatkowo ładnie “pociągnąłeś” go klimatycznie. Nie jest zbyt nostalgicznie, bo mogłoby zrobić się zbyt mdło, nie jest też bardzo poważnie, jest w sam raz.

Podoba mi się też finał, może nie zaskakuje jakoś bardzo, ale jest odpowiedni i powiedziałbym nawet, oczekiwany?

Co do minusów, nie rozumiem do końca poniższego zapisu, najpierw myślałem, że to błąd, ale stosujesz go dwukrotnie.

Tad miał dziesięć lat, kiedy odkrył, że okładki niektórych książek z biblioteki ojca zawierają tylko puste kartki

 Domyślam się, że okładki z pustymi kartkami nie mogą być książkami, ale dziwnie to brzmi. Wolałbym zwykłe “książki zawierały same puste kartki”, a jeśli nie było żadnych napisów na okładkach, to może “były brulionami”? Ale to nie jest jakaś istotna sprawa.

Większy minus to ten mały fiat, piesek i magnetofon kasetowy. Wzdycham na to zawiedziony, dlaczego? Ano właśnie…

Większość poczytnych pisarzy jest w wieku od mniej więcej czterdziestolatków do siedemdziesięciolatków. Co oznacza, że w SF te “stare zamierzchłe czasy”, stare z przeszłości, to nie mniej i nie więcej jak lata 60-te, 70-te i 80-te poprzedniego wieku, czyli czasy tęsknej młodości autorów. Uważam to za pewnego rodzaju wadę, ułomność i nieumiejętność oderwania się od własnego dzieciństwa przy pisaniu SF i “dawnych czasów” poprzedzających przyszłość. I bez znaczenia jest, kiedy jest ta przyszłość. Czy to pisze Głuchowski osadzając akcję w roku 2399, czy Simmons o nieokreślonej przyszłości, to stare czasy muszą oznaczać te cholerne lata powyżej. Chociaż muszę przyznać, że Simmons czyni to wysublimowanie, pewnie między innymi dlatego Hyperion to tak genialne dzieło.

Poza tymi drobiazgami, to bardzo udane opowiadanie.

Gratuluję.

 

Edit: Komentarz dodał mi się sam i musiałem go później edytować. I powtórzył się… Złośliwa klawiatura.

Czy multiplikacja komentarza, to metatekstowe nawiązanie do opowiadania? ;)

Dzięki, Darconie, za lekturę i uwagi. Nie pomyślałem, że okładki z pustymi kartkami w środku to nie książki. Widziałem coś takiego w Ikei na półkach. Chodziło o to, że ludzie na Księżycu próbują odtworzyć nieistniejący świat, ale ponieważ programowo odrzucają cyfrowe archiwa, ich wiedza jest pełna luk (jak pamięć Thaddeusa) i niespójności (stąd elektryczny mały fiat nad Niagarą).

I co Ty chcesz od tego pieska?

 

EDIT: Nie doczytałem poprzednio, bo dodawało się na raty. Zasadniczo masz rację, że odwoływanie się do własnego dzieciństwa to droga na skróty. Ale:

– myślę, że raz tak wolno zrobić. Gdybym się powtarzał, to już faktycznie świadczy o uwiądzie.

– myślę też, że za dużo oryginalnych pomysłów w jednym opowiadaniu powoduje chaos. Trzeba dać Czytelnikowi jakąś kotwice, coś znajomego, żeby z jej perspektywy mógł dostrzec ten najważniejszy element tekstu.

Może i tak, tylko jaką kotwicą dla osiemnastolatka będzie ten piesek czy mały fiat? ;)

A widzisz, znam kilku kilkunastolatków, którzy interesują się PRL-em ;)

Interesować się to jedno, a czuć nostalgię to drugie…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałam :) Spodobało mi się… Przede wszystkim pewnie dlatego, że bardzo dobrze napisane i oparte na fajnym pomyśle. Jak zwykle u Ciebie gwarancja udanej lektury :) Kliczek :)

Przepraszam za krótki komentarz, ale coś mam ostatnio problem z formułowaniem myśli… :(

Dzięki, Katiu. Ja w takich sytuacjach idę spać ;)

To już chyba rok od bety, nie? 

A wciąż pamiętam piękno tej historii. W ogóle wspomnienie treści tego tekstu porusza mnie najbardziej spośród wszystkich wspomnień Twoich opowiadań. Pamiętam, że w czasie pierwszego czytania nie wszystko pojąłem, ale potem ładnie przeredagowałeś i zostawiłeś wystarczająco śladów – a uważnych tropiących czeka nagroda. 

To nie jest SF z naciskiem na S, tylko SF z naciskiem na człowieka. Już sam tytuł wskazuje, że nie można czytać go dosłownie, tylko trzeba szukać metafor. A szukać warto, szczególnie kiedy jest napisane w taki sposób.

I warto uczyć się szukać.

 

Po czasie dostrzegam też, że albo znowu podświadomie zainspirowałem się Twoim tekstem, albo po prostu kręcą nas podobne tematy. 

Bardzo mi się podobało, zarówno od strony językowej jak i fabularnej.

Tak jak to świetnie ujął Fun, to SF z naciskiem na człowieka. Filozoficzne, prowokujące do myślenia i trochę niepokojące.

Kupiłeś mnie tym opowiadaniem. Metafory, świetny styl literacki i trochę odjechany pomysł – bardzo przypadło mi to do gustu. :)

 

Dzięki, Rosso. Czyli jednak da się przeczytać, pomyśleć i zrozumieć. Nie bawią mnie prostę opowieści z wszystkim podanym na tacy, czytanie powinno być aktywną przygodą. Cieszę się, że są czytelnicy chętni do takiej zabawy.

Dzięki, Funie. To dziwne, że wspomnienie akurat tego tekstu tak Cię porusza. Myślę, że miałem lepsze opowiadania. I czyżbyś przekonał się w końcu do tytułu?

Miałeś lepsze – to znaczy dostarczające więcej satysfakcji w czasie czytania. Tyle że czasem wspomnienie się zaciera. W tym przypadku mogło mieć znaczenie to, że czytałem co najmniej dwa razy, a więc mocniej się wgryzłem.

Tytuł dalej się nie wyróżnia, ale stanowi wyraźną wskazówkę, jak odczytywać ten tekst. 

Nie bez powodu twierdziłem, że dwukrotna lektura działa na korzyść moich tekstów.

Gdyby Ci kiedyś zbywało czasu… ;)

Poczekam na papierowy zbiorek, co by sobie nie męczyć oczu ;)

I tak rodzą się plotki :)

Bardzo porządnie napisane opowiadanie, więc czytałam bez najmniejszej przykrości, ale też nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że coś mi umyka, że nie wszystko do mnie trafiła i na koniec nie miałam wcale pewności, że wszystko zrozumiałam. Dopiero przejrzenie komentarzy pozwoliła mi dojrzeć to, czego nie dostrzegłam podczas lektury. A może, zgodnie z Twoją sugestią, Coboldzie, nie powinnam poprzestać na jednokrotnym przeczytani opowiadania… Nie wykluczam, że zajrzę tu ponownie, jednak wcześniej muszę nadrobić masę zaległości.

 

naj­star­sze wspo­mnie­nie, które przy­cho­dzi­ło mu do głowy, do­ty­czy­ło wy­ciecz­ki nad wo­do­spad Nia­ga­ra. –> Czy to na pewno była wycieczka nad wodospad?

 

Mo­ne­ta za­wi­ro­wa­ła w po­wie­trzu i po­szy­bo­wa­ła wy­so­ko w górę. –> Masło maślane. Czy mogła poszybować wysoko w dół?

 

do Mad­die zbli­żał się krę­co­ny blon­dyn… –> A kto kręcił blondynem?

Czy o blondynie z prostymi włosami powiedziałbyś, że to prosty blondyn?

 

Mokre, jakby tłu­ste ścia­ny bu­dyn­ków pięły się w górę, za­sła­nia­jąc niebo. –> Masło maślane.

 

wy­glą­da­ły jak zbu­do­wa­ne z ol­brzy­mich kloc­ków lego. –> …wy­glą­da­ły jak zbu­do­wa­ne z ol­brzy­mich kloc­ków Lego.

http://www.jezykowedylematy.pl/2013/09/pisownia-marek-i-artykulow-przemyslowych/

 

–Przez jakiś czas bę­dzie się czuła tro­chę za­gu­bio­na. –> Brak spacji po półpauzie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Reg.

Unoszenia w górę, choć zakamuflowanego w bardziej złożonych frazach, chyba nie pozbędę się nigdy ;)

To miłe, że nie wykluczasz powrotu, ale nie na razie nie zatrzymuję – czekają inni potrzebujący :)

 

EDIT: Kręconego blondyna zostawiłem, to kolokwializm, sugerujący niechęć ze strony Tada.

Coboldzie, jesteś bardzo wyrozumiały. Dziękuję. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się :)

 

Jak to często bywa w Twoich opowiadaniach, tekst urzeka klimatem melancholii i pewnego smutku, jaki przenika świat przedstawiony. Nie snujesz w swoich opowieściach optymistycznych wizji. W "Życiu Lothara…" mieliśmy karykaturę ludzkości, której egzystencja została przedłużona niejako na siłę w postaci… (cenzura antyspamowa). Tutaj mamy znudzony i zblazowany świat pozbawiony ludzi twórczych z jednej strony i świat nostalgii za minionymi czasami z drugiej. Przy tym ten księżycowy jest tylko rezerwuarem jednostek twórczych dla tego pierwszego. Ponura to perspektywa.

Na marginesie, opowiadanie jest bardzo coboldowe nie tylko ze względu na świetny warsztat, czysty i ładny język, specyficzną frazę i rytm tekstu. Nie tylko z powodu plastycznych opisów i urzekających pięknem scen czy raczej wizji (zaćmienie Ziemi) oraz bogatej symboliki. Czuć tutaj jakieś nieuchwytne echo "Życia…" i da się wychwycić powracające coboldowe motywy, np. motyw dwóch przyglądających się sobie i przeglądających w sobie światów ("Der Fischerkönig"), motyw młodzieńczego bohatera zaglądającego za kurtynę i odkrywającego "zasady" rządzące jego rzeczywistością, która nie jest taką, na jaką wygląda na pierwszy rzut oka (ponownie "Życie Lothara…"), motyw pięknie opisywanej nocy i Księżyca oraz muzykę, która często przenika i towarzyszy Twoim historiom.

To, co nieco odróżnia to opowiadanie od innych coboldowych tekstów, to śladowe ilości poetyckich metafor i porównań oraz pewne zagmatwanie, które wywołuje u czytelnika zagubienie. Przyznam szczerze, że postawiłeś przed nami trudne zadanie, a tropy, jakie nam pozostawiłeś na drodze do pełnego zrozumienia swojej opowieści, nie zawsze okazywały się zrozumiałe i pomocne. Być może rozwiązaniem jest ponowna lektura, ale z drugiej strony zastanawia mnie, jak trudnym do ogarnięcia był Twój tekst przed wspomnianymi przez Funa zmianami.

Ja, przyznaję ze wstydem, w celu ogarnięcia całości posiłkowałem się Twoją wymianą zdań z Drakainą w komentarzach.

Na koniec dodam, że Twoja nostalgia za latami 80-tymi jest także moją nostalgią i nie ma ona nic wspólnego z tęsknotą za rzeczywistością PRL-u. Już prędzej za urokami młodości i tym wszystkim, co pozwalało się z tej siermiężnej rzeczywistości wyrywać. Choćby były to kolorowe puszki po piwie i plakaty z BRAVO na ścianie (co nie znaczy oczywiście, że tęsknie za puszkami po piwie i plakatami z BRAVO ;))

Po przeczytaniu spalić monitor.

Anet – odpowiem krótko: dziękuję!

MrMaras (będzie nieco dłużej) – dziękuję bardzo za wszystkie refleksje, szczególnie ważne są dla mnie te podsumowujące i porównujące całe moje dotychczasowe pisanie. To niezwykle ciekawe, móc się zapoznać z przekrojowym spojrzeniem na wcześniejsze opowiadania i niezwykle budujące, zobaczyć, że są czytelnicy pamietający szczegóły i emocje, które próbowałem zawrzeć w tekstach. Twoje słowa są przy tym bardzo miłe, ale nawet gdyby takie nie były, dziękowałbym za to, że Ci się chciało poświęcić moim opowiadaniom tyle czasu i osobistych przemyśleń.

Nie snujesz w swoich opowieściach optymistycznych wizji.

Bo ja w ogóle smutas jestem. Próbowałem się też z humoreskami, czy groteską, ale pojawiły się narzekania, że to mało coboldowe. Co nie znaczy, że nie mam świadomości, że łatwiej napisać dobrą tragedię niż naprawdę dobrą komedię. Dlatego wcześniej, czy później, wrócę do tego wyzwania.

 

motyw dwóch przyglądających się sobie i przeglądających w sobie światów (…), motyw młodzieńczego bohatera zaglądającego za kurtynę i odkrywającego "zasady" rządzące jego rzeczywistością, która nie jest taką, na jaką wygląda na pierwszy rzut oka

Właśnie tak. A najbardziej lubię motyw jednostki odkrywającej, że wolna wola jest ułudą i tak naprawdę coś steruje jej życiem. Nie wiem skąd mi się to bierze, ale bardzo porusza mnie taka historia.

 

Na koniec dodam, że Twoja nostalgia za latami 80-tymi jest także moją nostalgią

Liczyłem na to ;)

Nie czytałam wszystkich komentarzy, ale zauważyłam, że na początku pojawił się zarzut odnośnie muzyki. Jeśli chodzi o mnie, to tytuły, które podajesz przenoszą mnie do cudownych czasów, kiedy słuchało się Floydów, badziewnego Europe i oglądało “Powrót do przeszłości”. Nie muszę wyszukiwać, bo słyszę muzykę i wiem co chciałeś powiedzieć każdym następnym tytułem. Ale ja jestem dinozaurem i pewnie dlatego tak to odebrałam. Do tego maluch z pieskiem ruszającym głową i przewijanie kastet magnetofonowych ołówkiem. I przegrywanie!

Tekst bardzo nostalgiczny, pełen plastycznych opisów, ale to u Ciebie norma.

Wizja Ziemi w przyszłości dość pesymistyczna, ludzi beznamiętni, nijacy,

Ale znudzony świat wciąż potrzebował artystów, wizjonerów, szaleńców. A tacy rodzili się tylko na Księżycu.

Właśnie. Cóż byłby to za świat bez artystów, wizjonerów i szaleńców?

Piękne opowiadanie, Coboldzie. :)

Dziękuję, AQQ.

Zrobiłaś mi dzień ;)

Staram się nie nominować tekstów, które betowałem. Miałem nadzieję, że “Nić Ariadny” podsuną Loży czytelnicy – bo moim zdaniem to Twój najlepszy portalowy tekst po “Lotharze”, Coboldzie. Warty piórka. Ale teraz tyle konkursów, że inne dobre opowiadania mogą przejść bez echa…

Zgadzam się z Ac (Acem?): to opowiadanie stanowi świetny przykład użycia fantastyki do pokazania historii bohatera. Podoba mi się też to, że fantastykę tworzysz nie tylko przy użyciu futurystycznych rekwizytów czy scenerii, ale też za pomocą ciekawych zestawień, jak fiat przy Niagarze. 

Innym atutem jest to, że tekst wywołuje u mnie nostalgię, choć jestem z innego pokolenia ;) Pewnie to nostalgia innego rodzaju, ale jednak nostalgia. 

I jak już mówiłem – wciąż pamiętam. Po roku. I obrazy, i idee. 

Zarzuty? Jak widzisz po komentarzach, czytelnik musi trochę pogłówkować, by zrozumieć. Sam wiesz, co z tym zrobić ;)

Tak się składa, że przeczytałam teraz ten tekst drugi raz – pierwszy raz miałam z nim do czynienia przy kwalifikacji opowiadań do Smokopolitana, jeśli się nie mylę. Teraz wiedziałam w związku z tym, czego się spodziewać, pewnie wpływa to na moją ocenę sytuacji.

Ogólnie rzecz biorąc czyta się dobrze – językowo jest w porządku, tekst płynie ładnie, jest odpowiedni klimat, postaci mają wyczuwalne rysy charakterologiczne. Z drugiej strony jednak mimo ciekawego pomysłu (hodowla księżycowych ludzi, innych od wypranych ze wszystkiego Ziemian) niezbyt kupiła mnie Twoja fabuła. Widać, że chciałeś skupić się przede wszystkim na bohaterach, na tym, co przeżywają, pokazac jakiś “zwyczajny” dramat, pokazać przemianę, rozczarowanie życiem itp. Mimo wszystko jednak trochę mi to utonęło w otoczce, a zakończenie i zaserwowane na koniec wyjaśnienie wydają się jakieś takie… niesatysfakcjonujące. Czegoś mi zabrakło i nawet nie bardzo umiem określić, czego. Może to kwestia samego Tada, który mimo wszystko jako postać jakoś nie wzbudził mojej sympatii. Śledziłam jego losy obojętnie, więc było mi wszystko jedno co zrobi, co postanowi, uda mu się czy nie. Ale to pewnie tylko mój problem, sądząc po entuzjazmie wypływającym z innych komentarzy ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Literacko bez zarzutu. Słowa płyną w tekście, czyta się to bajecznie miło.

Treściowo jest… dziwnie. Bardzo spodobał mi się motyw “księżycowych amiszów”, którzy wybierają się na Pielgrzymkę, by dopełnić pewnego rytuału przejścia w dorosłość. Zauważyłem motyw ze zmianą imion i uważam to za rewelację – uwielbiam takie smaczki kulturowe, dodają głębi światu przedstawionemu.

Nostalgia za latami 80. przeszła obok mnie, ja jestem dziecko późniejszej dekady ;) Dlatego też musiałem się trochę mocniej wysilić, by poczuć klimat melancholii i “tego co minęło”.

Same niedopowiedzenia w światotwórstwie tutaj mi nie przeszkadzały. Jak dla mnie ujawniłeś tyle, ile trzeba – wszak mieliśmy tutaj skupić się na przeżyciach bohatera, a nie na tym, co doprowadziło do otwarcia księżycowego skansenu.

Sami zaś bohaterowie nie do końca do mnie trafili. Tada jakoś nie potrafiłem polubić – jako postać jest trójwymiarowy jak trzeba, ale coś nie pykło. Chyba jak dla mnie za bardzo się wahał, zbyt melodramatycznie. Czysto subiektywne odczucie.

Reszta postaci daje się zapamiętać, ale szału nie zrobiły. Swoją rolę jednak pełnią.

Podsumowując: porządny koncert fajerwerków “made by Cobold”. Poetycki, skupiony na postaciach, z dobrze oddaną symboliką.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Uwaga, Cieniu popuszcza spojlerami.

 

Literacko tekst jest piórkowy, nawet papierny, więc czytało się, jak się czytało. Gorzej, że refleksje z tego czytania nachodzą mnie niezbyt entuzjastyczne. Generalnie rzecz ujmując, pomysł na świat przyszłości uznałbym za fajny, gdyby nie to, że wydaje mi się po prostu zbyt naiwny, by był w ogóle prawdopodobny.

 

Nawet jeśli wziąć pod uwagę, że części Księżycan (Jezu, co za paskudztwo)… otrzymała odpowiednie nastawienie po powrocie z Ziemi – ostrzegałem o spoilerach? – a pozostali wyrobili je sobie na tej biednej planetce sami, i tak nie wierzę w jednomyśl oraz wynikającą z niej przykładną zgodność mieszkańców satelity, jeśli chodzi o postęp i – ogólniej – rozwój. Osobiście jestem bowiem zdania, że takie nastawienie jest nie tylko sprzeczne z naturą człowieka (i koncepcją ewolucji jako takiej) – szczególnie, że pielgrzymka przypada zasadniczo już na okres, kiedy największy bunt; potrzeba wolności, niezależności, odkrywania samego siebie i dla zasady podważania i niszczenia starego porządku, już praktycznie przemija, a jego skutki, tak wewnętrzne jak i zewnętrzne, bynajmniej – ale też prostą drogą ku samozagładzie; prostszą nawet niż parcie na cholerny rozwój. Kto bowiem nie idzie do przodu, ten się cofa. Takie podejście, moim zdaniem, byłoby zwyczajnie destruktywne dla całej społeczności.

Tak więc pomysł, choć sentymentalnie uroczy i uroczo sentymentalny,a przy tym zwieńczony całkiem ciekawym, wymagającym chwili zadumy twistem, zwyczajnie mnie nie przekonuje. Pewnie można by się tu bronić jakąś “odgórną kontrolą” z Ziemi, dla której kolonia jest tylko “wylęgarnią cudów” (aha – uwaga, spoilery! ;), ale to byłaby wizja jedynie kolejnego muszącego upaść reżimu. Bo reżimy, jak wiadomo, mają to do siebie, że w ten czy inny sposób nieuchronnie upadają, wcześniej wyraźnie się chwiejąc. Tutaj natomiast nie czuć nawet tego zachwiania.

Zastanawia mnie też motyw niemożności twórczego rozwoju Ziemian. Czyżby wszyscy oni – prócz zasiedleńców z Księżyca – byli już tylko biobotami? Jedyna sensowna koncepcja, jednak chyba nie poparta żadnymi twardymi dowodami. Co najwyżej przesłankami.

 

Fabularnie… No cóż, wyszła Ci ładna obyczajówka z futurystycznym dizajnem. Jakkolwiek sam akt – proces – Cię czytania był niekłamaną przyjemnością, bo jest ładnie, błyskotliwie i mądrze, to jednak nie mogę powiedzieć tego samego o opowiedzianej przez Ciebie historii. Nawet abstrahując od zastrzeżenia co do świata przedstawionego, jakoś mnie ona ani rusza, ani nie rusza. Bonusowy żółwik natomiast zarówno za nawiązania do mitologii, jak i za samego Minora – postać memu sercu znacznie bliższa niźli Thaddeus.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Fun – dzięki za miłe słowa i nominację. Choć zgodnie ze starą przepowiednią “prędzej Daenerys Targaryen cośtam cośtam, a Beryl ogłosi wyniki mundialowego plebiscytu, niż Loża nagrodzi coboldowe opowiadanie kolejnym piórkiem”.

Jose – zadanie napisania opowiadania, które spodoba się Tobie, powoli, lecz konsekwentnie wędruje na szczyt moich pisarskich ambicji ;)

NWM – Tobie również dziękuję za życzliwe słowa, cieszę się, że symbolikę uznałeś za czytelną a brak nostalgii nie zaburzył koncertu fajerwerków. To, że nie polubiłeś Tada to moja wina, jakoś lubię bohaterów, którzy niekoniecznie dają się lubić.

Cieniu – to duża radość, że czytałeś z przyjemnością. I tylko w celu ewentualnego zwiększenia tej przyjemności pragnę zauważyć, że społeczności programowo odrzucające postęp istnieją i radzą sobie całkiem nieźle. Abstrahując od wspomnianych przez NWM amiszów, taką grupę (choć w wybranym aspekcie) stanowią np. antyszczepionkowcy. Doświadczenie uczy, że im wyższy poziom rozwoju populacji ogólnej i szczelniejszy parasol rozpinany przez nią nad odszczepieńcami, tym możliwość ich przetrwania jest większa. Ale jeśli powstanie kiedyś dalszy ciąg tej historii, to m.in. po to, żeby obalić reżim.

Jose – zadanie napisania opowiadania, które spodoba się Tobie, powoli, lecz konsekwentnie wędruje na szczyt moich pisarskich ambicji ;)

To miło stanowić inspirację, sądzę jednak, że moje zdanie nie jest warte wysiłku ;D

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jose – żaden wysiłek, czysta przyjemność ;)

Małymi kroczkami do przodu, Coboldzie! Najpierw Zajdel, Hugo… ^^

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Cobold uderza w SF, czyli ponownie najwyższa jakość wita w skromnych progach NF. Nie dziwię się zachwytom Funa, bo mi również bardzo się podobało. Najbardziej chyba to, że zbudowałeś i wykorzystałeś szalenie ciekawą scenografię właściwie po to, by opowiedzieć historię bohatera i tylko na nim się skupić – a ja bardzo lubię, gdy to człowiek jest w centrum uwagi. Zmieniają się okoliczności, otoczenie, ludzie dookoła i zmienia się też światopogląd Tada. Swoją drogą, nie wiem czy pamiętasz, ale swego czasu pod moim tekstem na konkurs “Pierwszy raz” wytknąłeś mi, że wytoczyłem wielkie armaty, by ostatecznie z nich nie strzelić. Mam wrażenie, że tutaj postąpiłeś podobnie, chociaż dla mnie osobiście to bynajmniej nie jest wada.

Sprytnie tłumaczysz się nostalgią do lat ‘80, ale prawda jest taka, że styl retro jest ostatnio modny, o czym niech świadczy chociażby popularność seriali takich jak “Stranger things”. Fajnie, że poszedłeś o krok dalej, tworząc porządny retrofuturyzm okalający księżycową kolonię. W ogóle część traktująca o młodości bohatera spodobała mi się najbardziej, a ten akapit to majstersztyk:

Początki były trudne. Pierwszy raz odezwał się do Rose na Zaćmieniu Ziemi. Wypatrzył ją w tłumie mieszkańców, stojących na placu z zadartymi głowami i, żeby podejść bliżej, musiał przeciskać się przez labirynt nieruchomych sylwetek. W błękitnym świetle ziemskiej pełni wyglądała jak Królowa Śniegu. Stała z dwiema koleżankami. Tad rozpoznał Maddie Colchick i Verę Arquette – siostrę Jasona. Już z daleka było widać, że obie świecą tylko odbitym blaskiem.

Część dziejąca się na Ziemi podobała mi się trochę mniej, bo byłem bardziej zdezorientowany tym, co tam się wydarzyło. Bardzo długo nie widziałem nawet sensu wprowadzania postaci Mindora. Potem jednak nastąpił finał – soczysty i satysfakcjonujący, rzucający światło na wszystko, co trzeba. I liczę się z tym, że poukrywałeś tutaj zapewne więcej odniesień, niż dałem radę wyłapać, lecz mimo to jestem z lektury kontent.

Dodam jeszcze, że dla mnie o parę odniesień do piosenek za dużo. Na pewno wszystkie są niesamowite, ale od nadmiaru cukierków mdli. ;)

 

PS: I proszę się przestać wygłupiać, natychmiast skasować notkę w profilu i brać się czym prędzej do roboty!

Sorry, Winnetou, ale jestem na NIE.

Tekst znam od dawna, czytałam przy różnych okazjach. Już nie pamiętam swoich pierwotnych wrażeń, za to doskonale wiem, jak przeszedł próbę czasu. No i rozwarstwił mi się, jak woda zmieszana z tłuszczem.

IMO, najciekawszy element świata pokazujesz w końcówce – jest interesujący wynalazek. Problem w tym, że on jest bardzo słabo związany z resztą akcji. Nie dosyć, że nie wynika z działań bohatera, to jeszcze pozbawia sporą część z nich znaczenia. Nieważne, co Tad postanowi…

Nie przemawia do mnie idea, że rozpieszczeni Ziemianie nie są zdolni do kreatywności. OK, może i poeta głodny to poeta płodny, ale nie przesadzałabym tak. Raczej obstawiałabym, że konserwatywni amisze, trzymający się kurczowo zasad ustalonych przed wiekami, słabiej wypadną pod tym względem. Jak ikony w prawosławiu – ograniczona liczba dopuszczalnych kompozycji, narzucone kolory, gesty… Nie oczekiwałabym, że ta szkoła nagle zrodzi owianą tajemnicą Monę Lisę.

Babska logika rządzi!

Coboldzie, z Amiszami masz sporo racji, bardzo celna uwaga i ciekawy argument. Niemniej, na ile się orientuję, Amiszów trzyma w kupie ich ortodoksyjność, żelazne przestrzeganie pewnych zasad i całkowita indoktrynacja członków społeczności od najmłodszych lat. Być może wpajanie, że świat na zewnątrz jest zły – nie wiem. Nie twierdzę, że na Twoim Księżycu to nie działa w ten sposób, bynajmniej. Po prostu ja, jako czytelnik, nie czuję nacisku na pewne zasady, przekonania i propagowanie “odpowiedniego” stylu życia; nacisku, który usprawiedliwiałby istniejący w kolonii egzystencjalny ład.

Faktem pozostaje jednak, iż jestem zdecydowanie bardziej przekonany do tego pomysłu, niż z początku. A to sporo.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

MrB – bardzo dziękuję za Twój komentarz, tym bardziej, że dałeś się już poznać jako juror bardzo wymagający. Z tą nostalgią za latami 80’ to chyba naturalny, niezależny proces u dzisiejszych czterdziestolatków.

Finklo – nie zaskoczyłaś mnie werdyktem, bo na temat tego tekstu wymieniliśmy już sporo uwag. Coraz bardziej natomiast intryguje mnie, jakim sposobem udało mu się wedrzeć na łamy “Silmarisa”?

Cieniu – jeśli moje wyjaśnienia mają tu jakieś znaczenie, to dodam jeszcze, że stosunek luniackich dzieci do Ziemian oparłem na własnych wspomnieniach z dzieciństwa w PRL i tego, jak z moimi rówieśnikami myśleliśmy o mitycznej Ameryce. Sam ze zdziwieniem odkryłem, że uczucie to stanowiło połączenie fascynacji (plakat ze Schwarzenegerem), zawiści (”Ci na Ziemi sami nie wiedzą czego im się chce”) i jednak, wynikającej z telewizyjnej indoktrynacji, nuty rezerwy i niechęci (to chciałem pokazać w scenie zaćmienia).

Jeśli natomiast chodzi o niemoc twórczą Ziemian (którzy nie są in corpore biobotami), to tu nie mam nic więcej do wyjaśnienia poza słowami samego Tada “Teraz już nie potrafię. Teraz jestem zbyt szczęśliwy”. Koncepcja to prosta, romantyczna i przyznaję, nieco bajkowa. Ale ja w nią wierzę.

Fajnie, że spodobało Ci się nawiązanie do mitów, bo w becie różnie o tym mówili. Ciekaw jestem, na ile czytelne jest nawiązanie w pierwszych słowach małego Tada do losów Ariadny na Naxos?

“Silmaris” swoją szosą, a piórko swoją. Jakieś zalety tekst ma – nie przeczę. :-)

Babska logika rządzi!

Wpadam z komentarzem piórkowym. Jak już wiesz – jestem na TAK.

I muszę przyznać, że w tym miesiącu był to tekst, nad którym się najdłużej wahałem. Jest tu wszystko to, co lubię – symbolika, dobre wykonanie, pewne działające w swojej logice światotwórstwo.

Co więc mnie powstrzymywało? Chyba ten nieszczęsny, wahający się do ostatniej minuty bohater. Jasne, podkreślało to melodramatyczność wyboru, pasuje jak ulał do klimatu tekstu. Jest też na swój sposób prawdziwe, bo Tad najpierw upaja się nowymi przeżyciami, a potem musi być siłą od nich odrywany i koniec końców wraca do domu z wątpliwościami. Ale u mnie jakoś nie chciało do końca zaskoczyć.

Mimo to, jest to dobry tekst z ciekawie zaprezentowaną treścią.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

 Pojawia się coraz więcej głosów, że dzieciom trzeba zostawić wolną, niezorganizowaną materialnie i czasowo przestrzeń, by te mogły nauczyć się używać wyobraźni, tworzyć, improwizować. Z drugiej strony proces twórczy wymaga wysiłku, dyscypliny i siły woli. Jeśli ktoś przyzwyczaił się, że jego wszystkie potrzeby są od maleńkiego zaspokjane natychmiast, może po prostu nie umieć zmusić się do tworzenia/nie mieć do tego cierpliwości, ale i wyobraźni. 

 To też trochę jak kino niezależne v. produkcje hollywodzkie stworzone by przede wszystkim zarabiać, które często są kopiami kopii, lub adaptacjami bestsellerów – bo nikomu nie chce się ryzykować.

Nowa Fantastyka