- Opowiadanie: Ajzan - Lotta

Lotta

Dwie krótkie, powiązane ze sobą opowieści. Mam nadzieję, że całość spełnia wymogi konkursu.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Lotta

Cicha Lotta

 

Dawno temu małe miasteczko gdzieś na zachodzie obiegła smutna wieść – tym bardziej druzgocąca, iż powinna być radosna. Otóż żona znanego w okolicy kupca zmarła w chwilę po tym, jak urodziła córeczkę. Zrozpaczony ojciec dał dziewczynce na imię Lotta.

Dzieciństwo spędziła pod opieką najpierw piastunki i służącej, potem szkoły. Niestety, śmierć matki nie była ostatnią tragedią w tej rodzinie, gdyż kilka tygodni po posłaniu córki na nauki, kupiec zginął tragicznie w pożarze magazynu. Ocalałego majątku wystarczyło, by Lotta pozostała w szkole. Szybko dała się tam poznać jako pilna i oczytana, lecz małomówna uczennica. Rzadko kiedy odzywała się sama z siebie, a jak już, to bardzo cicho. Z tego powodu nie nawiązała nigdy przyjaźni z żadną z rówieśniczek. Nazywano ją Cichą Lottą.

Skrytość dziewczynki martwiła szczególnie Emmę, nauczycielkę śpiewu oraz opiekunkę szkolnego chóru. Na jej zajęciach Lotta po prostu była. Gdy cała klasa śpiewała, ona razem z nimi, nie wybijając się ponad innych. Poproszona jednak o solowy występ, sztywniała i nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Była jak zaczarowana, a jedynym sposobem, by zdjąć z niej klątwę, było powiedzenie, że może odejść. I tak za każdym razem, ku rozpaczy Emmy, która potrafiła rozpoznać, czy ktoś posiada ukryty talent. Co mogło wydać się dziwne dla postronnego, ostrzegała również w Cichej Lotcie dostrzegała nieodkryty jeszcze dar, czekający na odpowiedni moment.

 

*

 

Nadszedł grudzień. Kolorowe dorożki i sanie jedne po drugich zabierały roześmiane dziewczęta do domu na święta. Wkrótce po nich także niektórzy nauczyciele odjechali, by również z własnymi rodzinami spędzić ten radosny czas.

Wśród tych, którzy pozostali w szkole była też nauczycielka śpiewu, dla której wiekowy budynek był domem, teraz dziwnie spokojnym i pustym.

Wieczorem przed Bożym Narodzeniem poszła do szkolnej kaplicy, by pomodlić się za bliskich. Zasiadła w ławie na samym końcu, gdyż nie miała śmiałości podejść bliżej do ołtarza. Spowita cieniami zmawiała szeptem modlitwy – słowa tylko dla Niego oraz jej rodziny i przyjaciół w Niebie.

W pewnym momencie spokój świętego miejsca zmącił stukot obcasów na drewnianej posadzce – ktoś jeszcze wszedł do kaplicy. Przybycie tej osoby nie przeszkodziło Emmie skupionej na modlitwie.

Przeżegnawszy się, podniosła wzrok na daleki ołtarz. Oświetlany przez świece wyglądał w otaczającym go mroku jak cudowna wizja.

Pod krzyżem stała figura anioła. W migotliwym świetle wydawał się żywy, gotów zanieść wiernym Słowo Pana.

 

Cicha noc, święta noc,

Pokój niesie ludziom wszem…

 

Kaplicę wypełnił nie za wysoki, czysty głos. Emma wstała z klęczek, niepewna, czy właśnie nie została świadkiem cudu. Przeżegnała się, gdy tymczasem anielski głos dalej śpiewał starą kolędę. Teraz jednak nie wychodził z ust anioła, lecz z bocznej nawy, w której głębi postawiono nieukończoną jeszcze szopkę. Nauczycielka śpiewu zajrzała do środka.

Podobnie jak główny ołtarz, żłobek stał jasno oświetlony świecami. Ich płomyki odbijały się od wypolerowanych, porcelanowych figur Maryi, Józefa i trzody. Przed nimi stała drobna osoba – to ona śpiewała kolędę.

Któż to jest, Boże? – zapytała w myślach Emma.

Pan musiał ją wysłuchać, bo po chwili dziewczyna dokończyła pieśń. Dygnęła przed Maryją, przeżegnała, po czym stanęła na moment bokiem, dzięki czemu obserwatorka mogła zobaczyć jej twarz. Gdy to się stało, omal nie krzyknęła z wrażenia.

Właścicielką anielskiego głosu okazała się bowiem Cicha Lotta. Emma aż zamrugała kilka razy, by mieć pewność, że znów ją oczy nie mylą, ale o tym nie mogło być mowy.

Na palcach wycofała się cichutko, by nie spłoszyć uczennicy, która pogrążyła się w modlitwie.

 

*

 

Święta minęły, przyszedł Nowy Rok i kolejny semestr. Na pierwszej lekcji śpiewu zapowiedziano zmiany, czekające chór w nadchodzących miesiącach. Ku zdumieniu wszystkich dziewcząt, Cicha Lotta została jego członkinią. Nauczycielka nie zamierzała zdradzić nikomu, co stało się w szkolnej kaplicy, dlatego nie wyjaśniła, czemu podjęła taka decyzję.

Sama zainteresowana, czując na sobie wiele przeszywających spojrzeń, milczała jak zwykle w takich przypadkach. Wielkie wyróżnienie, o którym jej opowiadano, wcale jej się nie podobało, ale z natury nieśmiała nie oponowała.

Emma natomiast miała nadzieję, że wcielając Lottę do chóru, wyzwoli w niej iskrę. Nie mogła pozwolić, by taki dar od Boga poszedł na marne. Wkrótce jednak przekonała się, jak trudne jest doprowadzenie do tego cudu. Na próbach i występach chóru było tak samo, jak na zwykłych lekcjach. Lotta śpiewała z innymi, nie wybijając się, a sfrustrowana opiekunka czasem miała wrażenie, że wręcz porusza tylko ustami. Rozmawiała z nią na osobności, przekonywała, ale dziewczynka pozostawała taka sama.

Tak upływały kolejne miesiące, aż przyszedł koniec roku. Zgodnie z tradycją chór zaśpiewał podczas ceremonii. Cicha Lotta też tam była, jak zwykle stopiona z tłem. Po występie oraz odebraniu pochwał i podziękowań od dumnych rodziców pozostałych członkiń, Emma zabrała dziewczynkę na bok.

Patrząc jej prosto w oczy, zapytała:

– Powiedz mi, Lotto, tak szczerze od serca, czy w przyszłym semestrze nadal chciałabyś należeć do chóru?

Dziewczynka stała przez chwilę nieruchomo, jak zaklęta. Emma westchnęła.

– Jakakolwiek będzie twoja odpowiedź, zrozumiem – przyznała. – Nie chcę cię już dłużej trzymać tu na siłę.

Wtedy dopiero Lotta leciutko kiwnęła głową.

– Nie, proszę pani – odpowiedziała tym swoim cichym głosem. – Nie chcę więcej śpiewać w chórze.

Niepewnie spojrzała na nauczycielkę, która ze zrozumieniem pokiwała głową.

– Niech tak będzie, ale na zwykłe lekcje nadal masz przychodzić – zastrzegła.

 

*

 

I tak już zostało do końca nauki Lotty. Ilekroć Emma na nią spoglądała, czuła pewien smutek. Ta dziewczynka miała prawdziwy talent, którego nie chciała pokazać.

Może nie powinnam jej zmuszać – myślała w takich chwilach. – Może ten głos nie jest przeznaczony dla niepowołanych uszu. Chyba zgrzeszyłam, podsłuchując ją wtedy.

Dzień, kiedy rocznik Lotty opuszczał na zawsze mury szkoły, był wyjątkowo słoneczny. Chór, do którego kiedyś należała, bardzo zmienił się od momentu jej odejścia. Gdy śpiewał, niewielu zdołało powstrzymać wzruszenie.

Uściskom, słowom otuchy oraz łzom zdawało się nie być końca, kiedy absolwentki żegnały nauczycieli.

Przyszło i do ostatniego spotkania Emmy z Lottą. Przez te wszystkie lata dziewczyna urosła, dojrzała, stała się kobietą.

Nauczycielka przytuliła ją mocno, niczym matka córkę, która za chwilę opuści dom rodzinny, by zamieszkać z mężem.

– Do zobaczenia, droga Lotto. Trzymaj się tam, w wielkim świecie.

Po tym, jak została uwolniona z uścisku, uśmiechnięta Lotta dygnęła.

– Bardzo pani dziękuję. Również pani życzę wiele dobrego. – Mówiła cicho, spokojnie, jak zwykle. Pomimo wszystko wciąż była Cichą Lottą.

Jej już była nauczycielka śpiewu również uśmiechnęła się.

– Jestem pewna, że gdzieś tam na zewnątrz jest ktoś, kto cię wysłucha a także uszanuje twoje milczenie.

– Naprawdę jest tego pani pewna? – zapytała zaskoczona Lotta.

– Jak w Boga wierzę! – odpowiedziała Emma.

 

Srebrny kanarek

 

Dawno temu w małym miasteczku gdzieś na zachodzie zamieszkał czarnoksiężnik. Rodzice przestrzegali dzieci, by nie przechodziły przez płot otaczający jego dom, bo już na zawsze pozostaną w ogrodzie, zaklęte w drzewka lub krzewy, tak jak gęstwina nicponi przed nimi. 

O czarnoksiężniku krążyły także inne, jeszcze cudaczniejsze, straszne opowieści, dla niego były jednakże niczym lekka bryza dla ogromnej skały. Uważał, że nie warto marnować na nie cennego czas, kiedy można było go lepiej spożytkować. Całymi dniami i nocami siedział w zaciszu swej samotni bez reszty oddany przeróżnym badaniom. Mijające godziny wypełniał szelest przewracanych stronic, skrobanie pióra po pergaminie, zgrzytanie i stukot skomplikowanych mechanizmów, oraz bulgot cieczy. 

W końcu jednak przychodził ten czas, gdy czarnoksiężnik na nic nie miał siły. Siadywał wtedy zmęczony w starym fotelu w salonie. Równe tykanie zegara tylko podkreślało panującą wokół ciszę. Można było odnieść nawet wrażenie, że z każdą chwilą jest ona głębsza, tak samo jak ciemność spowijająca dom.

Słuchając czasomierza i spoglądając w ciemne kąty, czarnoksiężnika coraz częściej rozmyślał, jak mógłby wypełnić otaczającą go pustkę.

 

*

 

Lotta przerwała czytanie książki, kiedy usłyszała, jak ptak ląduje na parapecie za oknem. Mieszkała niedaleko rynku i często odwiedzali ją skrzydlaci przyjaciele. Wstała powoli, by nie wystraszyć małego gościa, a gdy na niego spojrzała, bardzo się zdziwiła.

Zazwyczaj niezapowiedziane wizyty składały jej gołębie, wróble, z rzadka wrony. W dzisiejszym przybyszu rozpoznała w pierwszej chwili kanarka, lecz im bliżej podchodziła, tym mniej był jednak do niego podobny, a bardziej do zabawki. W przedpołudniowym słońcu nie mienił się złotem, lecz srebrem. Poruszał główką i skrzydłami, ale w tych ruchach nie było życia, nie takiego prawdziwego. Oczy miał jak dwa lśniące guziki.

Zafascynowana Lotta patrzyła na mechanicznego kanarka bez lęku. Unikając zbyt gwałtownych ruchów, otworzyła okno. Srebrny ptaszek wleciał do salonu i kilka razy zatoczył koło wokół żyrandola zanim wylądował na oparciu fotela. 

Zaświergotał metalicznie – to była niezwykła i na swój sposób piękna melodia podobna do muzyki organków.

Nie przestawał śpiewać, kiedy Lotta podeszła do niego i dotknęła palcem srebrnej główki. Już polubiła niezwykłego gościa.

Ciekawe skąd nadleciał?

Spróbowała wziąć go w ręce. Nie stawiał oporu, tylko przestał świergotać. Zaciekawiona dokładnie zbadała to małe cudeńko, tak by nie uszkodzić delikatnego mechanizmu. Już w czasach szkolnych przeczytała kilka książek o maszynach, lecz nic, co z nich zapamiętała, nie mogło wyjaśnić działania srebrnego kanarka.

To magia musi nim poruszać – jak tylko Lotta o tym pomyślała, przeszedł ją dreszcz, bo jednocześnie zrozumiała, kto mógł stworzyć coś takiego.

 

*

 

Siedziba czarnoksiężnika stała na uboczu. Ponurego domu z wieżą, otoczonego zarośniętym ogrodem nie dało pomylić się z żadnym innym.

Lotta podchodziła do niego ostrożnie, jakby każdy gwałtowniejszy ruch mógł rozgniewać to, co mogło czyhać za płotem. Słyszała wiele opowieści o czarnoksiężniku , ale nigdy się nimi zbytnio nie przejmowała, bo nie zachodziła w te strony. Do dzisiaj.

Na domiar złego, po tym jak przebyła połowę dystansu, wiatr przybrał na sile a niebo zakryły gęste chmury zwiastujące ulewę – to mógł być znak, by nie odwiedzała czarnoksiężnika. Jednocześnie jednak czuła, że powinna oddać zgubę, która mu uciekła, a jeśli srebrny kanarek nie należał do niego, to z całą pewnością lepiej niż ona będzie wiedział, co z tą małą zabawką począć.

Stanęła przed furtką niepewna, co ma teraz zrobić. Wyciągnęła dłoń do klamki, lecz wtedy podmuch wiatru otworzył przed nią przejście przez ogród.

Przełknęła ślinę i mimo pewnych oporów postanowiła iść dalej. Z obu stron szeleściły targane przez wiatr gęste krzewy. Ich sterczące, rozkołysane gałęzie przypominały Lotcie ręce wyciągane przez uwięzione dusze intruzów. Nie miała pewności, czy sama nie jest nieproszona – z jakiegoś powodu wątpiła, by otwarcie przed nią furtki było jedynie kaprysem wiatru.

Stanąwszy przed dwuskrzydłowymi drzwiami wejściowymi, ponownie zawahała się, lecz tym razem zdołała zapukać. Po chwili nerwowego czekania usłyszała po drugiej stronie czyjeś kroki.

Drzwi otworzył wysoki, wychudzony mężczyzna o bladej twarzy. Jak tylko Lotta go zobaczyła, odczuła lęk, lecz o dziwo, szybko zamienił się on we współczucie. Choć wynędzniały, mógł być zaledwie kilka lat starszy od niej. Nosił coś, co w pierwszej chwili wzięła za szatę maga, ale to był tylko stary szlafrok, na głowie miał zaś podsunięte na czoło gogle.

Mężczyzna obejrzał ją zmęczonym wzrokiem.

– Co panią do mnie sprowadza? – zapytał bez cienia emocji.

Lotta opamiętała się i dygnęła.

– Dzień dobry i przepraszam za najście. Nazywam się Lotta… – W tym właśnie momencie gdzieś za nią w oddali zagrzmiał cicho grom.

– Miło mi panią poznać. – Mężczyzna wykonał ruch podobny do uchylania kapelusza. – Nazywam się Thomas, ale w okolicy znany jestem jako czarnoksiężnik. Może wejdzie pani do środka? Zanosi się na burzę.

 

*

 

Czarnoksiężnik Thomas z góry przeprosił za nieład, usprawiedliwiając się brakiem wizyt i pracą. Nieporządek jednak nie zdenerwował Lotty, która z ciekawością zerkała na mijane przedmioty, kiedy gospodarz prowadził ją do salonu. Na każdym blacie leżało coś jakby od niechcenia pozostawione. Tam książka ze sterczącą zakładką, gdzie indziej notes i ołówek, a obok części jakiejś maszyny. Nie zauważyła za to śladów kurzu, czego przyczynę wkrótce poznała. Przechodząc obok gabloty, ujrzała samotną ścierkę polerującą szkło.

Pozostając w trwożnym podziwie, Lotta podążała milcząca za gospodarzem, który stanął na końcu korytarza. Otworzył na oścież kolejne dwuskrzydłowe drzwi. Z wnętrza dobiegła muzyka fortepianu. Instrument stał w rogu salonu i Lotta, po tym czego już doświadczyła, nie była zdumiona odkryciem, że na stołku przed nim nikt nie siedzi… A może?

– Proszę się nie martwić. – Czarnoksiężnik musiał odgadnąć jej myśli. – Ten dom nie jest nawiedzony. To magia. – Wyciągnął dłoń do góry i kręcąc nią w powietrzu powiedział kilka niezrozumiałych dla Lotty słów. W tej samej chwili nie tylko muzyka ustała, ale też coś jeszcze. Musiał zatrzymać całą magię w tym pomieszczeniu. Srebrny kanarek, którego przyniosła ze sobą, także musiał to odczuć.

Thomas poprowadził ją do starego fotela przed kominkiem. Styłu na zewnątrz pierwsze krople uderzały o szyby.

Kolejne machnięcie dłonią zapaliło drwa.

– Chciałbym wiedzieć, co panią do mnie sprowadza – powiedział czarnoksiężnik, który zasiadł w fotelu naprzeciw.

Lotta zareagowała jak rozmarzona uczennica, którą nauczycielka przywołała z powrotem do rzeczywistości. Z torebki wyciągnęła drewniane pudełko i powoli uchyliła wieczko.

Opowiedziała krótko o tym, jak weszła w posiadanie jego zawartości.

– Pomyślałam, że to pan będzie mógł najwięcej o nim wiedzieć – dodała na zakończenie.

Thomas przez cały czas słuchał jej uważnie, ale co chwila zerkał na siedzącego w gniazdku z gałganków srebrnego kanarka. Jego spojrzenie stało się żywsze, wyraz twarzy uległ zmianie.

– A myślałem, że straciłem cię na zawsze – powiedział do mechanicznego ptaszka, kiedy brał go w ręce.

 

*

 

Za nieśmiałą namową gościa, czarnoksiężnik opowiedział o odzyskanej zgubie. Stworzył srebrnego kanarka, aby razem z grającym samodzielnie fortepianem i innymi poruszanymi magicznie przedmiotami, wypełniał pustkę zalegającą w domu, kiedy on sam był zbyt zmęczony, by zagłuszać ją pracą. Niestety, parę dni temu mechaniczny ptaszek wyfrunął z klatki i przez otwarte okno, po czym wszelki ślad po nim zaginął. Thomas szukał go po całej okolicy, także w lesie, lecz stracił już nadzieję. Nie sądził, by jego dzieło zdołało polecieć tak daleko, jak do okna Lotty.

Na początku mówił z niezwykłym ożywieniem, ale im dalej brnął, tym bardziej był niepewny. Bacznie obserwował reakcje słuchaczki, czy jego wynurzenia nie budzą w niej negatywnych emocji, jak u wszystkich tych, którzy w przeszłości uznali jego studia nad magią za zbyt ekscentryczne, dziwaczne.

Tamci traktowali go pobłażliwie, jak dziecko mówiące z pełnym przekonaniem o mało realnych planach na przyszłość, ale ta młoda kobieta naprawdę go słuchała. Co więcej, chyba podobało jej się to, czego słuchała, dlatego opowiadał dalej, już nie tylko o kanarku, ale i rzeczach, o które zapytała.

Wyjaśnił między innymi, że większość opowieści o nim to bzdury. Nigdy nie zamienił żadnego dziecka w krzak.

Nie pamiętał, kiedy ostatnio tyle mówił.

 

*

 

Po burzy powietrze pachniało inaczej, było czyste i rześkie. Podobnie też czuła się Lotta, kiedy opuszczała dom Thomasa późnym popołudniem, jak tylko przestało padać. Rośliny w ogrodzie czarnoksiężnika nie przypominały jej już uwięzionych dusz.

Przez jakiś czas gospodarz i gość stali w furtce. Żadne z nich nie wiedziało, co powiedzieć.

– Bardzo miło mi było cię u siebie gościć… – oznajmił w końcu Thomas krótko, choć wydawało się, że chciałby coś jeszcze dodać.

– Dla mnie też ta wizyta była przyjemnością – odparła Lotta. – Do… widzenia, Thomasie.

W ostatnich trzech słowach chciała zawrzeć więcej niż tylko pożegnanie. Ich adresat zrozumiał ukryty przekaz. Jego oczy znów zabłysły.

Energicznie skinął głową.

– Do zobaczenia, Lotto.

 

*

 

Kilka dni później do Lotty przyszedł list od byłej nauczycielki śpiewu, bardzo ciekawej, jak sobie radzi jej “najniezwyklejsza uczennica”.

Nawet po tylu latach Emma często ją wspominała.

Lotta pisała właśnie odpowiedź, kiedy usłyszała stukanie o szybę. Miłym zaskoczeniem było dla niej ujrzenie ponownie srebrnego kanarka. Bez wahania otworzyła mu okno, a on wleciał do środka i tak jak poprzednio okrążył parę razy żyrandol, po czym przycupnął na oparciu fotela.

Do grzbietu miał tym razem przytwierdzony cylinder. Metalowy ptaszek pochylił się ku Lotcie, aby mogła go z niego ściągnąć.

Ze środka wyjęła zwinięty w rulon liścik. Aby go przeczytać, usiadła w fotelu obok kanarka. Po chwili wstała i powróciła do sekretarzyka. Odsunęła przerwany list do byłej nauczycielki, by zrobić miejsce dla następnego arkusza papieru.

Metalowy ptaszek przyfrunął bliżej. Przekrzywiał łepek w jedną to w drugą stronę, obserwując jak Lotta pisze odpowiedź na zaproszenie Thomasa.

Wkrótce potem wyfrunął przez okno, znów z cylindrem na grzbiecie. Miejsce na przesyłki nie było jedynym udoskonaleniem w napędzanym magicznie mechanizmie. Poleciał prosto do domu swego twórcy.

 

*

 

Dzień ponownego spotkania Lotty z Thomasem był słoneczny, ciepły i wyglądało na to, że pozostanie taki do końca.

Młoda kobieta szła pewniejszym niż wcześniej krokiem w stronę domu na uboczu. Czuła się tak dobrze nie tylko z powodu pogody, ale też myśli o spotkaniu z kimś, kogo bardzo polubiła. Thomas oraz jego badania zafascynowały ją, a i on wydawał się szczęśliwy w jej towarzystwie.

Minęła ostatnie domostwa – dalej żwirowa droga prowadziła tyko do domu Thomasa. Świadoma tego, że teraz nikt jej raczej nie zobaczy, Lotta mogła lepiej wyrazić przepełniający ją wspaniały nastrój.

Nie wiedziała tylko, że i Thomas postanowił wyjść na spotkanie. Od dnia, kiedy srebrny kanarek przyniósł odpowiedź Lotty, dokładał wszelkich starań, aby nadchodząca wizyta wypadła o wiele lepiej od pierwszej. Wysprzątał dom, przygotował poczęstunek oraz wybrał te swoje projekty, które chciał pokazać nowej przyjaciółce.

Teraz zaś, porządnie ubrany i uczesany, powoli zmierzał w jej stronę. Nagle jednak przystanął, bo usłyszał dochodzący z naprzeciwka śpiew. Słuchał jak zaklęty, gdyż jeszcze nigdy nie miał do czynienia z głosem tak pięknym, nie za wysokim, dźwięcznym, oraz dziwnie znajomym.

Zaintrygowany ruszył szybszym krokiem. Głos dochodził teraz tuż zza ogromnego dębu. Kiedy Thomas za niego skręcił, o mały włos nie wpadł na Lottę.

Śpiew ustał. Dwoje młodych ludzi patrzyło na siebie z zakłopotaniem. Z obu stron padły najpierw niemrawe słowa powitania.

– Przepraszam, że cię wystraszyłem – wydukał następnie Thomas.

– Nie szkodzi – odpowiedziała onieśmielona Lotta.

Następna chwila ciszy.

– Masz bardzo ładny głos – Thomas miał nadzieję, że tym sposobem poprawi Lotcie nastrój.

– Dziękuję… ale nie lubię śpiewać przy innych – przyznała, przypomniawszy sobie w tym momencie czasy szkolne.

– Rozumiem. – Thomas pokiwał głową.

Poprosił, aby Lotta towarzyszyła mu w drodze do jego domu. Aż do przekroczenia furtki nie rozmawiali ze sobą, lecz nie była to już cisza pełna konsternacji.

Czasami nie potrzeba słów, by dojść do porozumienia.

Koniec

Komentarze

Klimatyczne i ładnie napisane :).

Tylko… jakby niedokończone. Wątki cudownego głosu Lotty i samotnego maga jakby urwane, bo to że będą razem, to prawie pewne, ale – co dalej z głosem? Z magią? Trochę też dziwne połączenie chrześcijaństwa z magią – zdaje mi się, że pokojowe współżycie byłoby niemożliwe.

Parę uwag też mam:

– “zmarł tragicznie w pożarze swego magazynu” – a nie “zginął”?; bo “zmarł” kojarzy mi się ze spokojnym odejściem we własnym łóżku;

– “figur Dzieciątka, Maryi, Józefa, Trzech Króli, pasterzy i trzody” – skoro to było przed Bożym Narodzeniem, to figurki Dzieciątka jeszcze tam nie mogło być;

– “zmiany, jakie czeka chór” – czekają;

– “Mijające godziny wypełniały szelest” – wypełniał, bo to przecież szelest wypełnia godziny, a nie godziny wypełniają szelest;

– “przeprosił za nieład swój” – tego nie rozumiem – co to jest “swój” nieład?;

– “powiedział do mechaniczne ptaszka” – mechanicznego.

 

Ogólnie – podobało mi się, ale nadzwyczaj piękny i nastrojowy początek zapowiadał coś więcej jeszcze.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Na swój sposób zwięzły, trochę jakby pośpieszny styl opowiadania. Zwolnij, Ajzan, a będzie lepiej!

 

“(…) po czym oddał pod opiekę najpierw piastunki i służącej, potem do szkoły”. Nie brzmi to najlepiej. Proszę, zrób coś z tym.

 

Pozdrawiam,

MZ :)

 

Ładny pomysł, ale dla mnie też realizacja pospieszna i niewykończona (limit?). W związku z tym mam wrażenie, że dwie części są ze sobą sklejone trochę na wyrost i sztucznie, mimo że oczywiście fabularnie połączone. Także częste jak na tak krótki tekst zmiany punktu widzenia mi tu średnio pasują. Mogłoby być więcej o Thomasie, kanarku…

No i jeśli dobrze zgaduję hasło (konsternacji nie ma na liście, a związane ze śpiewem jest tylko jedno), to mam wrażenie, że jego znaczenie nie zostało wykorzystane.

A poza tym oczywiście Lotta tak bardzo mi się kojarzy w Werterem, że z początku mimo woli szukałam jak durna jakichś związków :D

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mam podobne wrażenia, co przedmówcy. Wydaje mi się, że można było odpuścić sobie pierwszą część, a przynajmniej skrócić o jakieś 90% i zostawić kilka słów wstępu o niechęci do śpiewania przed kimkolwiek i skupić się na drugiej, która zdaje się być urwana. Hasło zdaje się być zaledwie dodatkiem, nie osią tekstu, ale to już – na szczęście – problem jurorów, a nie nasz, jako czytelników ;) 

O ile Lotta jakichś szczególnych emocji u mnie nie wywołała, to Thomas okazał się ciekawszą postacią. I jak Drakaina uważam, że mogłoby Thomasa i jego wynalazków być więcej. I jakiś wpływ na śpiew / wpływ śpiewu, skoro ma mieć znaczenie. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

zapytała niepewnie Lotta

(..)

kto mógł stworzyć coś takiego 

Brak kropki

jak weszła w posiadania jego zawartości

powiedział do mechaniczne ptaszka

innymi poruszanym[i] magicznie przedmiotami

gość stali w furtce, Każde z nich nie wiedziało, co powiedzieć.

Przecinek zamiast kropki i ,,każde z nich nie wiedziało” (powinno raczej być ,,żadne z nich nie wiedziało”)

 

Też wydaje mi się, że pierwsza część jest troszkę za długa i niezbyt skleja się z drugą, która za szybko kończy. Pierwsza część jest bardzo ładnie, klimatycznie napisana i ma taki spokojny, ładny nastrój, ale ,,Srebrny kanarek” spodobał mi się bardziej – dobrze się czytało i bardzo polubiłam Thomasa, chętnie przeczytałabym o nim więcej. Całość wydaje się zbyt rozciągnięta na początku i zbyt przyspieszona na końcu, tak że finalnie trudno wczuć się w postacie i ich relację.

Nie uwiodło.

Bardziej podobała mi się pierwsza część. Kojarzyła mi się z przypowieścią o talentach. Bo w drugiej to już tylko romansidło. No, ale ta pierwsza część nie ma właściwie wpływu na treść, spokojnie można ją wywalić. A przynajmniej jej większość.

Miałam problem z odgadnięciem hasła. Skoro ma być związane ze śpiewem, to faktycznie jedna możliwość. Ale ten śpiew ma tak znikome znaczenie, że bardziej by pasowało inne hasło.

Babska logika rządzi!

Dobrze mi się czytało :)

Pierwsza część podeszła mi zdecydowanie bardziej. Może i jest nieco zbyt rozwlekła, ale czytało mi się znacznie przyjemniej. Druga wyszła trochę zbyt pospiesznie.

I podobnie jak Drakaina skojarzyłam Lottę z “Cierpieniami młodego Wertera”. 

Bardzo spokojne opowiadanie. Jest w nich pewien urok, ale nie obraziłbym się na więcej fabuły i jakieś mocniejsze puenty. Obie części wydają się dość luźno powiązane, do tego stopnia, że do póki nie wspomniałaś o Emmie w drugim tekście, myślałem, że to dwa różne opowiadania, a w obu bohaterka nosi to samo imię :P Jest trochę do poprawy, zwłaszcza rzuciły mi się w oczy problemy z podmiotami:

 

Stanęła przed furtką niepewna, co ma teraz zrobić. Wreszcie wyciągnęła dłoń do klamki, lecz wtedy naparł na nią od tyłu podmuch wiatru

Wiatr naparł na bohaterkę, na jej rękę czy na klamkę?

 

Słuchając czasomierza i spoglądając w ciemne kąty, czarnoksiężnika coraz częściej przytłaczała otaczająca go pustka.

Zmieniłaś podmiot i wyszło, że to pustka słuchała czasomierza i spoglądała w ciemne kąty.

Mam wrażenie, że opowiadanie zyskałoby, gdyby obie części nie były prezentowane oddzielnie, a raczej zgrabnie ze sobą splecione. Szkoda też, że tak wiele miejsca poświęciłaś Lotcie, a tak mało Thomasowi.

Wykonanie, niestety, pozostawia nieco do życzenia.

 

Zroz­pa­czo­ny oj­ciec dał dziew­czyn­ce na imię Lotta, po czym oddał pod opie­kę… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

nie­któ­rych jej na­uczy­cie­li, szcze­gól­nie zaś Emmę, na­uczy­ciel­kę śpie­wu… –> Powtórzenie.

 

Gdy klasa śpie­wa­ła razem, ona razem z nimi… –> Powtórzenie.

 

Ich pło­my­ki od­bi­ja­ły się od wy­po­le­ro­wa­nych na po­łysk, por­ce­la­no­wych figur Dzie­ciąt­ka, Maryi, Jó­ze­fa, Trzech Króli, pa­ste­rzy i trzo­dy. –> Masło maślane. Przedmiot wypolerowany  to przedmiot z połyskiem.

Do uwagi Starucha dodam jeszcze, że Królów też nie powinno być.

 

Przed nimi stał cień drob­nej osoby… –> Czy cień może stać?

 

za­po­wie­dzia­no zmia­ny, jakie czeka chór w nad­cho­dzą­cych mie­sią­cach. –> Raczej: …za­po­wie­dzia­no zmia­ny, czekające chór w nad­cho­dzą­cych mie­sią­cach.

 

Wkrót­ce jed­nak prze­ko­na­ła się, jak cięż­kie jest do­pro­wa­dze­nie do tego cudu. –> Wkrót­ce jed­nak prze­ko­na­ła się, jak trudne jest do­pro­wa­dze­nie do tego cudu.

 

– Na­praw­dę jest tego pani pewna? – za­py­ta­ła nie­pew­nie Lotta –> Nie brzmi to najlepiej. Brak kropki na końcu zdania.

 

Cia­kwe skąd nad­le­ciał? –> Pewnie miało być: Cieka­we skąd nad­le­ciał?

 

po­wie­dział do me­cha­nicz­ne ptasz­ka, kiedy brał go na ręce. –> Małego ptaszka można wziąć w ręce, ale nie wydaje mi się, by można było wziąć go na ręce.

Literówka.

 

– …Ro­zu­miem. – Tho­mas po­ki­wał głową. –> Czemu służy tu wielokropek?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam. Komentarz po zakończeniu konkursu :)

Na samym początku chciałam przeprosić za wcześniejszy brak odpowiedzi oraz zwłokę z korektą. Wszystkie wskazane błędy poprawiłam.

Bardzo też dziękuję za uwagi. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to mój najlepszy tekst (już leży na kupce tekstów “do ewentualnego rozwinięcia w czasie mocno nieokreślonym”).

Pierwotny pomysł był trochę inny, bardziej makabryczny, ale w czasie pisania doszło do zmiany planów. Fragment o Lotcie w szkole pisałam w pociągu, na tym etapie konkursu, kiedy nie mogłam już sobie pozwolić na kolejny reset, zaś pomysł na dwie opowieści w jednej przyszedł mi do głowy, bo nie bardzo wiedziałam, jak inaczej połączyć spójnie oba wątki.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Fantastyka – jest

Sposób wykorzystania hasła – średnio – nie jest źle, ale mogło być lepiej

 

Ajzan – hasło, które wylosowałaś miało w sobie spory potencjał, który nie do końca został wykorzystany. Przedstawiłaś dwie historie, z których pierwsza w zasadzie sprowadza się do tego, że dowiadujemy się, iż Lotta nie lubi śpiewać przy ludziach, ale głos ma przepiękny. I wszystko byłoby ok., gdybyś to jakoś połączyła z częścią drugą. Tuż po przeczytaniu naszła mnie taka myśl – a gdyby to głos Lotty ożywiał magię? Gdyby pod wpływem jej śpiewu kanarek uciekł właścicielowi i przyleciał do Lotty? Gdyby inne magiczne przedmioty budziły się do życia tylko pod wpływem jej głosu? Wtedy dwie części ładnie by się zazębiły, no i hasło zostałoby lepiej wykorzystane.

A tak to jedynym momentem, który obie części łączy jest ten fragment:

 

Następna chwila ciszy.

– Masz bardzo ładny głos – Thomas miał nadzieję, że tym sposobem poprawi Lotcie nastrój.

– Dziękuję… ale nie lubię śpiewać przy innych – przyznała, przypomniawszy sobie w tym momencie czasy szkolne.

Rozumiem. – Thomas pokiwał głową.

 

Druga część nieco ciekawsza, bardzo podobało mi się, że „zły mag” wcale nie okazał się taki zły. Często tak jest w prawdziwym życiu (nie, żebym znała jakichś magów) :)

Historię czyta się szybko, a pozytywne zakończenie sprawiło, że jakoś tak miło mi się na sercu zrobiło. Chociaż generalnie zbyt wiele akcji nie ma. Nie bardzo wiem, czemu wspominałaś o liście od Emmy, bo to nie ma tak naprawdę żadnego znaczenia dla fabuły, „zeżarło” tylko znaki.

Ogółem – czytało się przyjemnie, chociaż efektu „wow” zabrakło. Czy jak to ktoś nazywa „fajerwerków” ;)

 

Technicznie – mogłoby być lepiej. W tekście jest troszkę literówek i powtórzeń.

 

Przykładowe usterki:

 

Co mogło wydać się dziwne dla postronnego, ostrzegała również w Cichej Lotcie dostrzegała nieodkryty jeszcze dar, czekający na odpowiedni moment.

 

Uważał, że nie warto marnować na nie cennego czas, kiedy można było go lepiej spożytkować.

 

Ciakawe skąd nadleciał?

 

Lotta podchodziła do niego ostrożnie, jakby każdy gwałtowniejszy ruch mógł rozgniewać to, co mogło czyhać za płotem.

 

Musiał zatrzymać całą magię w tym pomieszczeniu. Srebrny kanarek, którego przyniosła ze sobą, także musiał to odczuć.

 

Styłu na zewnątrz pierwsze krople uderzały o szyby.

Może to dziwne skojarzenie, ale pierwsza część opowiadania/pierwszy tekst przywodzi mi na myśl dziewiętnastowieczne opowieści o tragicznych losach niewinnych sierot. Chyba głównie dlatego, że używasz wielu utartych zwrotów (małe miasteczko, smutna wieść, zrozpaczony ojciec), przez co postaci wydają się trochę papierowe. Ciekawiej robi się w drugiej części, zwłaszcza w chwili, kiedy pojawia się czarnoksiężnik. Mam nawet wrażenie, że jego charakter mocno dominuje całą opowieść, a Lotta jest bardziej tłem… czuję też pewien niedosyt, jeśli chodzi o hasło konkursowe, bo gdyby Lotta nie śpiewała, a tylko mówiła/milczała, to zasadniczo nie zmieniałoby wydźwięku historii. Warsztatowo: można by na pewno przeczytać ten tekst jeszcze raz, bo widać ślady redakcji ("Co mogło wydać się dziwne dla postronnego, ostrzegała również w Cichej Lotcie dostrzegała nieodkryty jeszcze dar, czekający na odpowiedni moment."), a przecinki chwilami brykają :-)

Nowa Fantastyka