- Opowiadanie: El Lobo Muymalo - Kulminacja

Kulminacja

A co będę ciągle pisał takie dziady ponure! Po ciężkim i brudnym temacie na „Mechy...”, tym razem proponuję coś z lekkim przymrużeniem oka. Nawet więcej niż jednego. Ale nie uprzedzajmy faktów.

 

Na pewno nikt się nie domyśli jakie dostałem hasło. :]

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Kulminacja

Rozbestwiły się były dzikie ludy Północy. Jęły próbować najazdów a zbrojnych wypadów. Tak skalisty Erdaon, jak i spalony słońcem Tagr w pojedynkę pójść by z dymem musiały, krwią spłynąć przez tych nikczemników!

Uradzono tedy przymierze księstw obojga. Ażeby zaś sporów a niesnasek uniknąć, uznano, że zawdy wódz jeden rządzić będzie, spośród dziedziców tronu obu krain wybrany.

Wybór należał do wyroczni, a był to, zaprawdę, dziwny stwór, o pochodzeniu zgoła nieznanym. Od tysiąca lat mieszkał w pieczarze na pustyni, a wiedzy, jaką posiadał, nie potrafiły objąć umysły człowiecze.

Stało się tak, że padł był w bitwie nieodżałowany pan Tello z księstwa Erdaon, naonczas wódz przymierza. Nastała tedy pora wyboru nowego władcy.

Przed grotę wyroczni przybyło poselstwo Erdaonu w półtrzecia sta pancernych ze swym dziedzicem, kniaziem Tirso, najstarszym synem poległego przywódcy. Oczekiwano jeszcze kandydata z Tagru, lecz coś go, choroba, nie było widać.

 

Kroniki Ziem Spalonych, Anonim

 

*

 

W głowie Tirso zaświtała nadzieja. Gdyby nikt z Tagru się nie pojawił, zostałby wodzem siłą rzeczy. Inaczej, cóż, wyrocznia mogła go nie wskazać. Więcej – był pewny, że go nie wskaże.

Na nieskazitelnie błękitnym niebie słońce stało wysoko, a prażyło – niemiłosiernie. Wiatr świszczał w skalnych szczelinach, targał zatknięte na włóczniach proporce, nawiewał pustynny pył w ciemny otwór groty.

Na horyzoncie Tirso dostrzegł tumany piasku i połyskujące w słońcu hełmy. Nadjeżdżał poczet z Tagru. Książę zagryzł wargi.

Gdy orszak nadjechał, zobaczył go. A właściwie ją. Smukłą i prężną księżniczkę, dosiadającą siwej klaczy. Nosiła błyszczący hełm ze szkarłatno-złotym pióropuszem i srebrzysty pancerz ze stalowych łusek. U jej siodła zwisał długi miecz, mierzący więcej niż dwa łokcie.

Gdy zdjęła hełm, warkocz czarnych włosów, splecionych wysoko, niemal na czubku głowy, opadł jej na plecy. Niżej Tirso widział powabną, śniadą twarz, ciemne oczy, pełne usta.

Książę siedział na koniu, tak jak ona, a jednak zdawała się wyższa od niego, potężna i piękna niczym bogini. Żołądek podszedł mu do gardła. Nogi zmiękły. Skłonił głowę.

– Witaj, pani – wykrztusił ze ściśniętego gardła. – Zaszczytem jest ciebie poznać. Jak ci na imię?

Księżniczka spojrzała na niego, a potem skrzywiła się, jakby zjadła coś kwaśnego. Odwróciła głowę.

 

*

 

W jaskini panował półmrok. Chłód. Przez otwory w sklepieniu wpadały skośne promienie słońca. Niezliczone stalaktyty, smukłe i lśniące, zwisały ze stropu, a z dna groty pięły się ku górze stalagmity, jak kły w paszczy potwora. W jakimś mrocznym zakątku miarowo kapała woda.

Głaz, spory, wielkości słonia, leżał na środku jaskini.

Tirso i księżniczka z Tagru zbliżyli się do niego i wtedy usłyszeli głos dziecka, kilkuletniej dziewczynki, dobiegający zza kamienia.

– Zamknij się!

– Sama się zamknij! – odpowiedział drugi głos, należący do chłopca.

– Ktoś idzie – szepnęła dziewczynka.

Książęta obeszli głaz.

Na ziemi, oparty o skałę plecami, siedział ogromny mężczyzna, odziany w kubrak ze skóry wielbłąda. Posiadał czworo ramion, nagich, grubych, o skórze białej jak mleko. Wyrastały po dwie z każdej strony tułowia.

Miał dwie głowy – jedną z nich była głowa piegowatej dziewczynki, drugą – piegowatego chłopca. Obie obsypane kędzierzawymi, rudymi włosami. Piegów, rudych włosów, ani jasnej cery nie spotykało się na dalekim południu.

Tirso nie wiedział co powiedzieć, ani jak się zachować. W końcu, uznawszy, że dobre obyczaje są zawsze w cenie, skłonił się nisko. Spojrzał na swoją towarzyszkę.

Księżniczka stała dumnie wyprostowana, patrząc wyroczni w oczy. No, w każdym razie, w jedną z par oczu.

– Mów, kto z nas zostanie nowym wodzem sojuszu – powiedziała głosem silnym, aż echo poniosło się po jaskini.

Dziecięce głowy spojrzały na siebie i uśmiechnęły się. Wyrocznia wstała. Teraz okazało się, że istota musiała mieć dobrze ponad siedem stóp wzrostu. Popatrzyła na przybyszów z góry.

– Nikt.

Tirso uniósł głowę. Tego się nie spodziewał. Nie wiedział jeszcze, co ma czuć z tego powodu.

Księżniczka wiedziała.

– Jak to nikt? – krzyknęła. – Chyba od razu widać, kto się lepiej nadaje. Przecież ten kluch nie potrafiłby rządzić nawet własną…

– Nikt z was się nie nadaje – powtórzyła dziewczynka. Chłopiec kręcił głową. Stwór jedną parę rąk skrzyżował na piersi, drugą oparł o biodra.

– Kto zatem ma być wodzem? – zapytał Tirso.

– Musicie poddać się próbie – powiedział chłopczyk.

– Próbie gwiazdy – wyjaśniła dziewczynka.

– Pójdziecie wgłąb jaskiń. Najjaśniejsza gwiazda w kulminacji oświetli swym blaskiem nowego władcę.

– Nie rozumiem – powiedział Tirso. – Skoro nikt z nas się nie nadaje, to kogo ma wskazać gwiazda? Po co ta próba?

– Kpicie sobie ze mnie? – warknęła księżniczka.

Dziecięce głowy znów popatrzyły na siebie. I uśmiechnęły się.

– Aby mógł nadejść nowy władca… – powiedział chłopiec.

– Musicie spełnić pewne warunki – dokończyła dziewczynka.

– Ty, księżniczko Fiaro, jesteś uosobieniem siły, więc musisz odnaleźć w sobie słabość – wyjaśnił chłopiec.

– Ty zaś, książę Tirso – odezwała się dziewczynka – jesteś wcieleniem mądrości, dlatego musisz odnaleźć w sobie głupotę.

– Bez tego – powiedziało oboje dzieci jednocześnie – nigdy nie nadejdzie nowy władca, a księstwa Południa czeka zagłada od nieprzyjaciół z Północy. Pójdziecie tedy tam. – Wyrocznia dwoma z czterech ramion wskazała ciemne wejście do korytarza, ziejące w ścianie jaskini. – Idźcie, a najjaśniejsza gwiazda w kulminacji oświetli nowego wodza zjednoczonego Południa.

Fiara ruszyła przodem hardo i szybko, kołysząc barkami. Wciąż wściekła. Tirso podreptał za nią.

– Odnajdź swoją słabość, Fiaro – zawołała dziewczynka.

– Odnajdź swoją głupotę, Tirso – dorzucił chłopiec.

Dziecięce głowy zachichotały, a kiedy książę zagłębiał się w skalny korytarz, usłyszał za sobą ich głosy:

– Zamknij się!

– Sama się zamknij!

 

*

 

Długo szli korytarzem. Droga to pięła się w górę, to opadała łagodnie, cały czas jednak biegła płytko pod powierzchnią skał. Przez szczeliny co rusz wpadały do jaskiń skośne promienie słońca, wraz z upływem czasu bardziej i bardziej nachylone.

Szli po kamiennym podłożu, a echo ich kroków niosło się w tunelach, odnogach i wyżłobionych przez wodę skalnych komnatach. I jak gdyby w odpowiedzi, z najgłębszych czeluści jaskiń, mrocznych zakątków, gdzie nigdy nie dociera światło słońca, wracały do nich odgłosy świergotania i dziwne pohukiwanie. Dźwięki tak nikłe i odległe, że Tirso nie był pewien, czy rzeczywiście je słyszy, czy to tylko wiatr świszczący w skalnych szczelinach płata figle jego uszom. Fiara, jeśli coś słyszała, nie dała tego po sobie poznać.

– Ponoć jesteś wcieleniem mądrości – powiedziała, stawiając wielkie kroki. Tirso ledwo za nią nadążał. – Mów więc. Jaka gwiazda ma to być? Jaka jest najjaśniejsza?

– Heptos – odparł, dysząc ciężko. – Mamy czternasty dzień miesiąca Taxan, czterdziesty piąty dzień roku. Heptos jest teraz najjaśniejszy.

– Obyś się nie mylił.

Wkrótce korytarz skończył się i weszli do ogromnej jaskini. W sklepieniu widniał wielki otwór, przez który widzieli ciemniejące, purpurowe niebo, a pomarańczowe promienie zachodzącego słońca wpadały do wnętrza groty.

Dno jaskini przykrywała gruba warstwa mlecznobiałej mgły. Na samym środku z oparów sterczała płaska skała, z grubsza okrągła, szeroka na sążeń.

Ruszyli naprzód i zagłębili się w wilgotnej mgle, a potem wdrapali na skałę.

– Czekamy – powiedziała Fiara.

I czekali. Ściemniało się, a im ciemniejsze było niebo, tym częściej Tirso słyszał z otaczających jaskinię czeluści cudaczne odgłosy, przywodzące na myśl wynaturzoną sowę lub pijanego dzika. Fiara wyciągnęła z pochwy miecz i usiadła, kładąc go sobie na udach. Srebrzysta klinga zajaśniała odbitym światłem gwiazd.

W końcu Tirso dostrzegł na nocnym niebie tę, która migotała wyraźnie jaśniej niż inne.

– Jest – powiedział.

Fiara uniosła głowę. Spojrzała na gwiazdę, a potem na księcia i lekki uśmiech rozjaśnił jej twarz.

– Spisałeś się – mruknęła.

Patrzyli na gwiazdę jak zaczarowani, gdy z wolna sunęła po nieboskłonie, aż stanęła w zenicie. Osiągnęła kulminację. Zdawała się wtedy rozbłysnąć jeszcze jaśniej.

Tirso poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Teraz wszystko się okaże. Z drugiej strony, może lepiej, jeśli nie zostanie władcą? To bardzo odpowiedzialne stanowisko, można popełnić wiele błędów, zawieść wielu ludzi… Tylko dlaczego wyrocznia powiedziała, że ani on, ani Fiara nie nadaje się na wodza? Zatem po co ta gwiazda?

– Nic się nie dzieje! – warknęła księżniczka. Zarówno uśmiech, jak i oczarowane spojrzenie zniknęło. Spojrzała na księcia, a w jej oczach zapłonęły ognie. – Wymyśl coś!

Tirso myślał. Ale nie wymyślił.

Gwiazda minęła punkt kulminacyjny i powoli ruszyła w dół. Nic się nie wydarzyło. Żaden blask nie padł ani na jedno, ani drugie z książąt. Nie zagrały też fanfary, nie pojawił się poczet dam dworu, niosących wysadzaną klejnotami złotą koronę, nie wbiegli do jaskini błaźni i kuglarze, grając na piszczałkach i wywijając hołubce. W grocie panowała cisza, a mgła zdawała się z wolna unosić. Gwiazdy migotały jak zawsze.

– Wracamy – zakomenderowała Fiara. – Porozmawiam sobie z tą wyrocznią. Całe Południe jest zagrożone, a ona, czy on, czy nie wiadomo kto, robi sobie żarty. To jakaś kpina.

Oparła miecz o ramię i szybkim krokiem ruszyła w drogę powrotną.

Tirso skrzesał naprędce ogień i rozpalił łuczywo. Pobiegł za nią. Pochodnia rozbłysła żółtym światłem, a stalaktyty, stalagmity i fantazyjnie wyrzeźbione przez wodę skalne draperie rzuciły upiorne cienie.

Weszli do tego samego korytarza, którym przybyli. Tylko że teraz panowała w nim ciemność.

A w tej ciemności rozbłysły oczy.

 

*

 

Oczy przeróżne. Jasnozielone, żółte i czerwone. Jedne dość blisko siebie, zwiastujące małą głowę posiadacza, inne przeciwnie, rozstrzelone tak, że stwór, do którego należały, musiał mieć łeb szeroki jak wielbłąd. Do tego słychać było trzepot skrzydeł, plaskanie płaskich stóp, wycie, ryki, warczenie i nawet coś, co – Tirso mógłby przysiąc – brzmiało jak gęganie gęsi. Kakofonię dźwięków dopełniał duszący odór mokrej sierści i gnijącego mięsa.

– Nocuchy! Uciekaj! – zawołał książę, dobywając miecza.

– Sam uciekaj. – Fiara stała już w pozycji bojowej, trzymając długi miecz wysoko, z jelcem na wysokości oczu. Migoczący płomień pochodni tańczył na klindze.

– Nie dasz im rady sama! – Złapał ją za ramię i pociągnął za sobą, ale wyrwała się z łatwością.

– Zostaw mnieeeee! – wrzasnęła.

W tym samym momencie z ciemności, w obręb światła, wleciały dwa dziwaczne stwory, przypominające jaszczurki z szerokimi skrzydłami.

Fiara jęknęła głośno, ostro skręciła biodra. Błyszcząca ogniście klinga rozmazała się w skośnym cięciu.

Jeden z latających potworów runął na ziemię w dwóch kawałkach. Drugi zagęgał jak gęś, gdy przebił go błyskawiczny sztych, po czym wyrżnął o kamień i przekoziołkował ze dwa razy.

Z ciemności wyskoczyły kolejne dziwadła. Trzy latające, takie jak wcześniej, do tego coś przypominającego dzika, lecz z paszczą pełną długich zębów. Dwóch osobników człekokształtnych, choć niskich i grubych jak beczki, a każdy z toporem. Pędził także stwór wyglądający jak wielka jaszczurka z trzema głowami na długich szyjach i płaskimi stopami, wydającymi podczas biegu charakterystyczne plaskanie.

– Wynoś się stąd! – wrzasnęła Fiara. – Wracaj na skałę i wymyśl coś! Dam sobie radę!

Zwinnie uniknęła zębów jednej z głów na długiej szyi. Cięła drugą, a niebieska posoka trysnęła daleko, aż na twarz Tirso. Jednym ruchem Fiara wyrwała mu z ręki łuczywo.

Książę otarł twarz. Odwrócił się na pięcie i pobiegł.

Wrócił do wielkiej groty i wdrapał się na skałę. Spojrzał w niebo, lecz niczego szczególnego nie dostrzegł.

Był na siebie wściekły. Dlaczego pozwalał, by Fiara mu rozkazywała? Co gorsza, zostawił ją samą, walczącą ze zgrają dziwolągów. Po co jej słuchał? Co z niego za mężczyzna? Wyrocznia miała rację, nie nadaje się na wodza.

Z ciemnego korytarza, rozświetlanego płomieniem pochodni, dobiegały odgłosy walki. Świst miecza, ryki ranionych potworów, przekleństwa i okrzyki Fiary.

Co robić? Co robić, co robić? Wrócić i narazić się na jej gniew? Czy zostać tu i czuć się parszywie?

W końcu zdecydował. Zostaje. Tu bardziej się przyda. Skoro z księżniczki taka wielka wojowniczka i chce sobie udowodnić, że nie potrzebuje pomocy – niech tak będzie. Jest dużą dziewczynką, poradzi sobie. On zostanie i znajdzie sposób na wskazanie wodza.

Wtedy właśnie usłyszał wrzask.

– Pomooooooocy!!!

Nie zastanawiał się. Myśl, żeby zostać, wyparowała natychmiast. Pobiegł, ściskając rękojeść miecza.

 

*

 

Pochodnia leżała na ziemi. Obok, w kręgu światła, klęczała Fiara, cała utytłana w niebieskiej posoce. Warkocz rozplątał się i zmierzwione, posklejane krwią stworów włosy opadały jej na plecy. Wokół walały się stosy ubitych nocuchów. Wiele gatunków Tirso widział po raz pierwszy w życiu. Wszystkie pocięte, pokłute i sprane.

Kolejna fala stworów już biegła do Fiary, a w ciemnościach świeciły oczy następnych.

Księżniczka odwróciła się do Tirso. Jej twarz zdradzała śmiertelne zmęczenie. Usta poruszyły się, lecz nie dobiegł z nich żaden dźwięk. Ledwie trzymała miecz w górze. Słabość Fiary musiała osiągnąć kulminację.

Tirso wrzasnął opętańczo. Skoczył naprzód, wznosząc broń.

Stwory cofnęły się na moment, spłoszone obecnością nowego przeciwnika. Szybko jednak odzyskały rezon. Ponowiły szturm ze zdwojoną zaciekłością.

Tirso trzasnął jednego mieczem przez łeb, ale tak niewprawnie, że walnął go tylko płazem.

Stwór, wyglądający jak pies, ale z ludzkimi uszami wielkości talerzy, zaskomlał. Cios oszołomił go na chwilę.

Tirso rzucił mieczem w nadbiegającą mrówkę wielkości małego niedźwiedzia. Wziął Fiarę na ręce. Nie myślał co robi, nie miał planu. Wiedział tylko jedno – że ma uciekać, jak najszybciej i jak najdalej. 

Po zaledwie kilku krokach poczuł na karku gorący dech. W nozdrza uderzył niewyobrażalny smród. Chciał biec jeszcze szybciej, ale kamieniste podłoże i ciężar księżniczki nie pomagały mu w tym.

– Zostaw mnie! – krzyczała. – Dam radę, puść mnie!

Nie tym razem, pomyślał. Tym razem cię nie zostawię.

W niknącym świetle pochodni dostrzegł czarną jamę w ścianie korytarza, szerokości może dwóch stóp. Mało delikatnie upuścił Fiarę na ziemię.

– Właź tam! – krzyknął.

Posłuchała. Na czworakach wpełzła do dziury.

Do Tirso dobiegł pies z ludzkimi uszami wielkości talerzy. Rozwarł szczęki. Ociekające śliną białe kły zalśniły w ciemności.

Kopnął go w pysk. Poczuł silny ból w dużym palcu u nogi.

Z zębatego pyska prysnęła piana. Stwór zaskomlał i uciekł, podkulając ogon.

Tirso wpełzł do otworu za Fiarą. Ledwie zdążył, zanim dopadła go mrówka wielkości małego niedźwiedzia.

Wsunęła do groty łeb z czułkami długimi na stopę i zębatymi szczękami.

Tirso złapał po omacku leżący w pobliżu kamień i trzasnął ten łeb, aż się rozległo.

Stwór zasyczał i wycofał się, a wtedy książę zabarykadował otwór kamieniami i wygrzebaną skądś dziurawą deską.

 

*

 

Zrobiło się całkowicie ciemno. Zza ściany cały czas dobiegało chrobotanie, syki, wrzaski, pohukiwanie i dziwny świergot, jak gdyby między potworami znalazł się zwykły gil, ale wielki jak byk.

Gdzieś w ciemności Tirso słyszał dyszenie Fiary.

– Co to było? – wysapała.

– Nocuchy. Przynajmniej ta nazywają je potocznie. Gnieżdżą się w ciemnych, odludnych miejscach. Wychodzą po zmroku.

– Uratowałeś mnie.

– Trochę ci pomogłem.

– Nie. Byłam słaba, nie dałam rady. I ty mnie uratowałeś. Jak bohater.

Poczuł, że się czerwieni.

– Daj spokój. Nie zabiłem nawet jednego. Ha, walnąłem go płazem, rozumiesz? Ty natłukłaś ze dwa tuziny.

– Pamiętasz, co mówiła wyrocznia?

Kiwnął głową.

– Miałaś odnaleźć swoją słabość. Myślisz, że to właśnie się stało?

Nie odpowiedziała. Jeśli kiwnęła głową, to Tirso nie zobaczył tego po ciemku.

– Czas jeszcze na twoją głupotę – powiedziała, a w jej głosie usłyszał uśmiech i poczuł coś jakby… ciepło?

Książę wstał. Grota była tak niska, że musiał schylić głowę, żeby nie uderzyć o sklepienie. Wymacał drewniane ławy i stojaki. Wyraźnie czuł pod palcami chłód metalu, ostre głownie mieczy i szabel, druciane kółka kolczug, stalowe hełmy i groty włóczni. Wszystko przykryte grubą na palec warstwą kurzu, spowite siecią pajęczyn. Musieli trafić do jakiejś starej zbrojowni.

Zza prowizorycznie zatkanego otworu cały czas dobiegało szuranie, drapanie i przerażające odgłosy. Gil wielki jak byk odgrywał koncert stulecia. Nocuchy ewidentnie próbowały się do nich dostać.

– Co zrobimy, jeśli tu wejdą? – zapytała Fiara.

– Nie wejdą – odpowiedział pewnym głosem, choć pewny wcale nie był.

Usiadł na ławie. Usłyszał, że oddech księżniczki uspokoił się, zwolnił. Odetchnęła głęboko. Nagle wybuchła śmiechem, głośnym i swobodnym.

– Miałam cię za niedorajdę. Za kogoś słabego, nawet nie mężczyznę. Jakieś… Jakieś nie wiem co. Myliłam się. Potrafisz być silny, jeśli trochę się postarasz.

– A ty potrafisz być słaba, jeśli się postarasz.

Roześmiała się znowu. A potem Tirso poczuł na swojej dłoni dotyk. Dotyk i ciepło drugiej dłoni, smukłej, lecz silnej i twardej. Splotła palce z jego palcami. Ścisnęła.

Zerwał się z ławy.

– Musimy znaleźć wyjście – powiedział. – Nocuchy mogą się do nas przebić lada chwila. Albo się udusimy. Nie wiadomo, czy jest tu jakiś dopływ powietrza.

Usłyszał, że wstała. Zbliżyła się. Mimo iż nie dotykała go, poczuł jej ciepło.

– A może teraz czas na twoją głupotę? – powiedziała wolno. – Może zdamy się na los? Czy nie tego chciała wyrocznia?

Zarzuciła mu ręce na szyję. Sprężyste uda dotknęły jego ud.

To głupie, pomyślał. Za ścianą grasują potwory, może nam zabraknąć powietrza, znamy się ledwie jeden dzień. Totalnie głupie. Idiotyczne. Bezdenna głupota.

A potem poddał się tej głupocie. I głupota osiągnęła kulminację.

Zachrzęściła pospiesznie zrzucana zbroja, zatrzeszczała pod ciężarem drewniana ława. Ktoś kichnął, gdy wzbite tumany kurzu wypełniły grotę. Brzęknął hełm, w nieuwadze strącony ze stojaka, z hukiem rymnęły włócznie, kopnięte niesforną nogą.

I po raz kolejny nastała kulminacja, i tym razem osiągnęli ją wspólnie.

A gdyby to, co zrobili, nie było wystarczająco głupie, to po wszystkim po prostu zasnęli.

Za przysypanym kamieniami wejściem do groty świergolił wściekle gil, całkiem zwyczajny, ale wielki jak byk.

 

*

 

Zbudził ich promień słońca. Wpadał do groty przez niewielką dziurę prowadząca na zewnątrz, na pustynię. Wcześniej, w nocy, nie dostrzegli jej. Odgłosy nocuchów ustały.

– Nocuchy, jak sama nazwa wskazuje – Tirso wyjaśnił patrzącej mu głęboko w oczy Fiarze – są aktywne tylko nocą. Skoro nie wdarły się do groty pod osłoną ciemności, to teraz dadzą nam spokój. Aż znowu się ściemni.

Błyskawicznie powiększyli dziurę za pomocą włóczni i topora znalezionych w zbrojowni. Przecisnęli się przez otwór wprost na skąpaną w słońcu pustynię, a na podstawie położenia słońca Tirso bez trudu określił kierunek marszu. Ruszyli w drogę powrotną, aby pomówić z wyrocznią i wyjaśnić sobie z nią to i owo.

Wędrowali czas jakiś, splatając dłonie i całując się co chwilę, aż słońce stanęło w zenicie. Zaświeciło wtedy z wyjątkową mocą i zdało im się, że jego blask pada ni mniej, ni więcej, tylko na łono Fiary.

– Już wiem! – zawołał Tirso.

Księżniczka popatrzyła na niego z zakłopotanym uśmiechem.

– Najjaśniejsza gwiazda w kulminacji to po prostu słońce w zenicie! – powiedział książę. – Wskazało na twój brzuch. Wiesz, co to oznacza? Dzisiejszej nocy stałaś się brzemienna i nasze dziecko zostanie wodzem!

Twarz Fiary rozjaśniła się.

– Jakie wszystko jest proste, kiedy ty jesteś ze mną. Ale zaraz, a kto obejmie władzę, zanim nasze dziecko dorośnie?

 

*

 

– A kto obejmie władzę, do czasu aż nasze dziecko dorośnie? – zapytała.

– Będziemy rządzić razem – powiedział stanowczo Tirso, obejmując ją. – Świetnie się uzupełniamy. Fiara jest uosobieniem siły, a ja…

Chłopczyk i dziewczynka popatrzyli na siebie i uśmiechnęli się. Książę zamilkł.

– Już mówiłam… – zaczęła dziewczynka.

– Że nikt z was się nie nadaje – dokończył chłopiec.

– Więc kto?

– Ja – odpowiedziała wyrocznia ustami chłopca.

– Bo ja tu jestem najmądrzejsza – powiedziały usta dziewczynki.

– Nie bez kozery zwą mnie wyrocznią – powiedziało oboje dzieci razem. – Pokieruję sojuszem, aż wasze dziecko osiągnie piętnasty rok życia. A wy zajmijcie się lepiej czymś innym.

– Czyli sobą – powiedział chłopiec.

– I nie przeszkadzajcie – dodała dziewczynka.

Koniec

Komentarze

tym razem proponuję coś z lekkim przymrużeniem oka

Cel osiągnięty :) Ubawiłam się. 

Mignęły mi gdzieś jakieś pojedyncze literówki, ale szkoda mi było się zatrzymywać, więc nie wypisałam – wybacz. 

Co do hasła, hmmm… No, nie wiem. Ukryłeś je tak mocno, że zgaduję, zgaduję i zgadnąć nie mogę ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A mnie trochę minęło jakoś. Nie przejąłem się losami bohaterów. Ale pewnie dlatego, że ja fantasy z reguły omijam szerokim łukiem.

Czytałem wczoraj, to nie wypisałem babolków. Dużo nie było. “Wgłąb” się gdzieś trafiło. No i nie wiem, czy w jaskini mającej tyle kontaktów z powierzchnią (pustynną do tego), byłoby na tyle wilgotno, bu powstawały stalagmity. Oraz nie wiem, jak blask Słońca może padać tylko na łono. Soczewkę jakąś podstawili czy cu ;)?

@Śniąca – tytuł opowiadania, moja droga :D.

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

A emotki na końcu nie zauważyłeś?

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Sorry, to już wiek blush.

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Ty się wiekiem wiecznie nie zasłaniaj, do Matuzalema Ci jeszcze daleko :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bliżej niż dalej :P

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Tak, wiem – z każdym dniem i każdą minutą. Jak wszystkim nam ;)

 

ElLobo, sorki za offtop, już uciekam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki za wizytę. :)

 

Śniąca – cieszę się. :) No właśnie taką łamigłówkę chciałem zorganizować. ;)

 

Staruchu – no trudno. :) Stalaktyty i stalagmity – przyznam, że nie wiem. A promień słońca tak padł, bo to taka magiczna moc była. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Stalaktyty i stalagmity – przyznam, że nie wiem.

Teoretycznie, standardowo, jeśli są na tyle duże otwory na powierzchnię, że światło wpada i rozświetla – nie. Ale nie czepiam się przy zastosowanej konwencji. Poza tym, skoro to była siedziba wyroczni, to w takim świecie wszystko jest możliwe :) Takie bajki biorę z całym dobrodziejstwem inwentarza. 

 

A promień słońca tak padł, bo to taka magiczna moc była.

I to jest właściwe podejście :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki za wyjaśnienie. 

Tak właśnie objawiła się moc przepowiedni i mądrość wyroczni. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Pocieszne ;)

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Średnio mi podeszło, bo jakkolwiek bardzo sprawnie napisane, to rozwiązanie było tak oczywiste od spotkania z wyrocznią, że psuło mi to dalszą lekturę, zwłaszcza że spory kawałek to bijatyka z nocuchami, a za długimi opisami rąbanki i posoki nie przepadam. Miałam po trochu nadzieję, że zakończenie wniesie trochę więcej zaskoczenia w oczywistą historię, ale nie wniosło. Ogólnie zabawka do przeczytania bezboleśnie, ale i bezboleśnie zapomnienia.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Sympatyczne, ale nieco przewidywalne.

Zaiste, hasło tak ukryłeś, że nie sposób odgadnąć. ;-) Acz spodobało mi się jego wielokrotne wykorzystanie.

Jest trochę literówek.

Babska logika rządzi!

Witam nowych Gości :)

 

Wybranietz – to i ja jestem pocieszony ;)

 

Drakaina – cieszę się, że przynajmniej napisane nie najgorzej. Może następnym razem trafię w Twój gust (choć z rąbanki i posoki nie zrezygnuję raczej, bo ja z kolei za nimi przepadam ;)

 

Finkla – dzięki za klika! Miło mi, że sympatyczne. Hasło miałem na tyle wdzięczne, że chciałem je właśnie wykorzystać na jak najwięcej sposobów.

Kurczę blade, dałem d… głowę z tymi literówkami, ale już za późno żeby poprawić.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Opowiadanie całkiem sympatyczne, choć końcówka zbyt przewidywalna. Jednak generalnie na plus, jednak nie zostanie mi chyba na długo w pamięci.

 

EDIT: O, prawie powtórzyłem komentarz Finkli :D

Kiedy u wejścia do groty wyroczni stanęli on i ona, rzecz stała się tak jasna, jak hasło, które było Twoją inspiracją. Jednakowoż nie zepsuło mi to przyjemności lektury. ;)

 

– Pój­dzie­cie wgłąb ja­skiń. –> – Pój­dzie­cie w głąb ja­skiń.

 

Tylko dla­cze­go wy­rocz­nia po­wie­dzia­ła, że ani on, ani Fiara nie na­da­je się na wodza? –>Piszesz o dwóch osobach, więc: …nie na­da­ją się na wodza?

 

Za­rów­no uśmiech, jak i ocza­ro­wa­ne spoj­rze­nie znik­nę­ło. –> Piszesz o uśmiechuspojrzeniu, więc: Za­rów­no uśmiech, jak i ocza­ro­wa­nie spoj­rze­nie znik­nę­ły.

 

Ka­ko­fo­nię dźwię­ków do­peł­niał du­szą­cy odór mo­krej sier­ści i gni­ją­ce­go mięsa. –> Ka­ko­fo­nii dźwię­ków do­peł­niał

 

War­kocz roz­plą­tał się i zmierz­wio­ne, po­skle­ja­ne krwią stwo­rów włosy opa­da­ły jej na plecy. –> War­kocz roz­plótł się

 

Nagle wy­bu­chła śmie­chem, gło­śnym i swo­bod­nym. –> Nagle wy­bu­chnęła śmie­chem, gło­śnym i swo­bod­nym.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Lekkie, przyjemne, lecz w którymś momencie zbyt oczywiste.

Raczej nie zapamiętam Twojego opowiadania, jednak czytało się całkiem nieźle. :)

Witam w moich skromnych progach!

Oczywistość i przewidywalność, jakie są, każdy widzi. ;)

 

Światowider – cóż, dobrze, że chociaż na plus. :)

 

Reg – dzięki za klika! Cieszę się, że – raz – sprawiło przyjemność i dwa – że tej przyjemności nie zepsułem. ;) Dziękuję też za łapankę, tylko niestety poprawić już chyba nie mogę, po terminie. Natomiast wezmę sobie Twoje uwagi za pazuchę i wykorzystam w przyszłości.

 

Rossa – miło mi. :) A że nie zapamiętasz? Nic to, napiszę nowe i Ci o sobie przypomnę. ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zacznę od tego, o czym każdy już napisał – przewidywalne (ale męczymy xd). Ale nie miałem z tym problemu. Opowiadane bardzo lekkie i sympatyczne (niestety sympatycznością nie dorównuje opku o weselu :D). Bardzo mi się podobało. Bohaterowie fajniusi, wyrocznia rządzi. I co mogę jeszcze powiedzieć, żeby w bibliotece na krótki komentarz nie marudzili? Poprawiłeś mi humor, stąd mój punkcik :)

Cieszę się, Karolu, że się podobało i dzięki za klika!

Kurczę, miałem pewne przeczucie, że zagadka może być zbyt łatwa, ale nie sądziłem, że aż tak.

Jestem mile zaskoczony, że zapamiętałeś opowiadanie o weselu. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Miałam jeszcze poczekać i kliknąć jako ostatnia (taka niewidzialna ręka ;)), ale już mi się nie chce dłużej zwlekać. Może ten punkt pchnie dalej…

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję serdecznie, za klika i za pamięć. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Czekasz i czekasz na kropka, to chociaż dokliknę, coby coś się zadziało ;)

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Dziękuję za kropka nad “i” ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Przeczytałam. Komentarz po zakończeniu konkursu :)

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Nowa Fantastyka