- Opowiadanie: rprz - Głowa

Głowa

Taki na szybko napisany szort “okolicznościowy” (w związku z dzisiejszą datą), a może tylko szkic szorta?

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Głowa

Pojawiła się nagle i bez ostrzeżenia, jak to piszą w tanich powieściach. W jednej chwili patrzyłem na pusty stół, a w kolejnej już tam była. Głowa. Na talerzu, czy raczej tacy. W pierwszym momencie… Cóż, obiecałem sobie pisać o wszystkim, no może PRAWIE o wszystkim, więc tak, wyrwało mi się bardzo brzydkie przekleństwo. Ale wiecie, każdy by tak zareagował, widząc głowę na swoim stole w kuchni. Zakląłem zatem i o mały włos bym zrzucił ją na podłogę, bo w odruchu obrzydzenia – no cóż, jestem tylko człowiekiem – machnąłem ręką, jak na jakąś muchę. Na szczęście nie trafiłem – równocześnie próbowałem odskoczyć jak najdalej. To mnie otrzeźwiło i z bezpiecznej odległości przyjrzałem się uważniej. Coś mnie tknęło. Spojrzałem na kalendarz promocyjny mojego miasta. W zasadzie to mieszkałem na wsi, ale prawie-prawie w jego granicach i lubiłem mówić o nim “moje”. Tak – to była TA głowa, z herbu. No i cóż, muszę się przyznać, że znowu zakląłem, ale wyglądała identycznie. Blada, czarne włosy, czarna broda, półprzymknięte powieki. Nogi się pode mną ugięły i padłem na kolana.  Wiecie, jestem katolikiem, ale raczej krytycznym wobec tego, co się teraz dzieje, no i nigdy raczej nie można mnie było nazwać zagorzałym/nawiedzonym (niepotrzebne skreślić), a jednak padłem. TA głowa, u mnie w domu, na stole ?! Każdy by padł.

Jak już padłem, to po chwili powstałem i zacząłem myśleć. Głowa w domu – to pachnie kłopotami, i to dużymi. Ze wstydem się przyznam, że przeszło mi przez myśl, żeby się jej pozbyć, ale… Każdej innej – jasne, od razu, ale TEJ? Wiem, teraz to brzmi śmiesznie: „każdej innej głowy”, jakby to był mój chleb powszedni, znajdowanie takich rzeczy w kuchni, ale to pomyślałem wtedy. No i pewnie oglądaliście jakiś odcinek CSI – co byś nie robił, zawsze znajdzie się ktoś, kto coś widział, znalazł podejrzany włos i lądujesz w pace na amen. Napiłem się wody, oglądając przez ramię, bo czułem na sobie JEJ wzrok, spod tych półprzymkniętych powiek. Ktoś na górze może miał jakiś zamysł związany z tym wszystkim i pewnie powinienem współdziałać, ale jak? Nie otworzyło się niebo i nikt gromkim głosem nie zakrzyknął „ten jest moim prorokiem, jego słuchajcie” (otworzyłem okno i sprawdziłem, nic – pogoda jak dzwon, bez jednej chmurki, słońce paliło). Nie pojawił się płomień nad moją głową (lustro nie kłamie, przynajmniej w takich sprawach). Morze Czerwone ani żadne inne się nie otworzyło (przez dobre paręnaście minut skakałem z CNN poprzez TVN 24 do Trwam, z przerwami na rzuty oka przez ramię). Nie powalił mnie blask na mojej być może rozpoczętej drodze do Damaszku ani nawet nie trafił liliowy promień. Słowem – nic, kompletne „zero i null” objawień. Oprócz głowy, rzecz jasna. Muszę powiedzieć, że przez chwilę miałem nadzieję, że pojawi się choć Salome, ale to też nie wypaliło. Biorąc pod uwagę przeszłość głowy, może i dobrze.

W końcu chwyciłem za telefon i już miałem wykręcić 112, ale znowu: takie rzeczy w domu, i co pomyśli policja? No właśnie. Nawet jeśli uwierzą w to, co im powiem. A co powiem – że nagle pojawiła mi się w domu TA głowa ? Wolne żarty. Trzeba się zabezpieczyć, bo nie miałem wątpliwości, że w końcu bez stróżów prawa się nie obędzie. Zadzwoniłem do proboszcza, że jestem w dołku, kryzys wiary, totalna pustynia, sami wiecie, i że muszę z kimś porozmawiać. Na szczęście parafia mała, więc msze już odprawił (bo to była niedziela, zapomniałem wspomnieć). Przyszedł. Profilaktycznie zamknąłem drzwi na klucz i dobrze, bo jak zobaczył, to rzucił się do ucieczki. Nie dziwię się, nie każdy chce zostać w domu z religijnie nawiedzonym psychopatycznym mordercą. Znowu padłem na kolana i zdołałem go ubłagać, żeby mnie wysłuchał. Nie miał zresztą wyjścia, bo drzwi były zamknięte, a walczyć ze mną z oczywistych powodów nie próbował. Po dłuższej chwili chyba uwierzył – w każdym razie po ostrożnych oględzinach i porównaniu z ryciną na kalendarzu zaproponował, żeby zabrać corpus (ha, ha) delicti do kurii. Nie zgodziłem się, bo jeszcze nie byłem pewien, czy go przekonałem do swojej wersji wypadków. Poza tym jakoś tak „nie za zbytnio” krążyć po mieście z głową w… torbie? Reklamówce z Biedry? Typowy Polak – głowa w torbie, sandały i białe skarpety. Dzień jak co dzień.

Wykonał kilka telefonów, nie było lekko, ale miał znajomości. I co powiecie, sam w to jeszcze nie wierzę, przyjechało kilku purpuratów w otoczeniu wystraszonych szarych czy raczej czarnych księży. I policja.

Jasna sprawa – zabrali mnie na 48 godzin. Zgadnijcie, ile razy w ciągu 48 godzin można prowadzić takie rozmowy:

– Znał pan denata?

– Tak.

– Kto to?

– Jan Ch. – (znaczy ja powiedziałem całe nazwisko, ale założę się, że tak napisali w raportach: Jan Ch., syn Zachariasza i Elżbiety)

– Skąd się znaliście?

– Z kościoła.

– Chodziliście razem do kościoła?

– Nie, znałem go z Biblii.

Itp. itd. Ja przy chyba setnej powtórce przestałem liczyć. No i oczywiście chcieli mnie zapuszkować na dłużej, żebym nie prysnął, ale nie zgadniecie, co się stało. Głowę oczywiście zabrali z domu jako dowód, a ona zniknęła. I pojawiła się znowu u mnie na stole, kiedy lokalne SiEsAj badało jeszcze ślady. Jak cała sytuacja powtórzyła się kilka razy przez te 48 godzin, to było dla nich za wiele i stało się jasne, że coś dziwnego (nikt nie chciał powiedzieć nadprzyrodzonego) jest na rzeczy. I jeszcze zadziałała kuria. Bo biskupi załatwili, że skoro sprawa o podłożu religijnym i możliwy jest cud (tak dokładnie powiedzieli), to przyślą ekspertów, biblistów i archeologów, a mnie tymczasem przetrzymają w jakimś klasztorze, gdzie będę pod nadzorem a jednocześnie ichni inni eksperci ze mną porozmawiają i sprawdzą, czy mam manię, czy jestem święty. A może jedno i drugie. Czy wolę to niż areszt? Wolałem.  

I całe szczęście, bo ominęła mnie większość kosmicznego nomen omen zamieszania, które się rozpętało. Wiecie, tabloidy, nawiedzeńcy wszelakiej maści i z każdego koloru tęczy, poważni dziennikarze, partyjni funkcjonariusze chcący się ogrzać w blasku mojej pożal się Boże sławy… W zasadzie to nikomu tak naprawdę moja nieobecność nie przeszkadzała, a mnie najmniej. Po miesiącu, podczas którego głowa uparcie wracała z różnych miejsc na swoje miejsce w mojej kuchni, zostałem zwolniony. Manii (świętości zresztą też) nie stwierdzono, na orzeczenie cudu trzeba było jeszcze poczekać, pewnie z kilka wieków, bo młyny kościelne mielą wolno. Eksperci znaleźli jakieś pyłki w tej głowie z obszaru obecnego Izraela, ale sprzed 1000 lat co najmniej. Podobnie misa – nie znam się, ale ornamenty podobno wskazywały na czasy Heroda Antypasa, czy nawet wcześniej. Nikt nie zgłosił zaginięcia, badania DNA nic nie wniosły. Zarzutów nie postawiono.

Wróciłem do domu. A tam pandemonium – grupy modlitewne na kolanach, wojujący ateiści wręcz przeciwnie, śpiewy, modły, mało mnie nie rozerwali na relikwie, albo po prostu nie rozerwali. Na szczęście już byli zmęczeni, i po paru dniach zaczęli odchodzić, przechodząc wpierw na czuwania i protesty rotacyjne, a potem jakoś tak chyłkiem, niezauważenie, całkiem zniknęli. Odetchnąłem. Brukowce, te co to ich nikt nie czyta a wszyscy wiedzą, co piszą, już dawno się znudziły, przestały obrzucać mnie błotem/wynosić na piedestał/wynosić i obrzucać zależnie od humoru rednacza, i przerzuciły na kolejne operacje plastyczne i rozwody celebrytów. Odetchnąłem.

Przeprowadziłem kilka własnych eksperymentów. Po wyniesieniu poza dom głowa samoistnie wracała na miejsce. W obrębie mieszkania mogłem ją przemieszczać swobodnie. Ponieważ się nieco zakurzyła, musiałem omieść ją miotełką. Jak mus to mus, ale z szacunkiem.  Kupiłem szklany klosz i postawiłem na tacy. W końcu przeniosłem całą konstrukcję na szafę. Od czasu do czasu przychodził ktoś, kto chciał głowę zobaczyć. Wyciąłem takie zagłębienie w stole, żeby stawiać tacę dokładnie tam, gdzie się pojawiała. Nie wiem czemu, ale może to miało jakieś znaczenie. Skrzynkę na datki postawiłem w widocznym miejscu, wahałem się, ale rozgrzeszyła mnie myśl, że w końcu to moje życie, które takie wizyty zakłócają i rekompensata się należy. Poza tym konserwacja głowy kosztuje. Jasne, nie musiałem nic z nią robić, wciąż wyglądała tak, jak pierwszego dnia (już samo to zakrawa na cud, ale okresowo pojawiający się mój „opiekun” z kurii sprawdzający stan być-może-relikwii nie chciał nic na ten temat powiedzieć), ale MOŻE będę musiał.

Życie toczy się, a czasem płynie jak carpe diem, jak to się mówi. Jak zawsze. Jakby nic się nie stało. A ja czekam. Czekam.

Koniec

Komentarze

Przyznaję, że najpierw przewróciłam oczami, bo od samego początku absurd, a mnie z nim nie po drodze generalnie. Jednak udało Ci się napisać tę historyjkę w ciekawy i zabawny sposób, nie przeginając z udziwnieniami. 

 

Czyżby nasz bohater mieszkał w Mysłowicach? ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie wiedziałem, że Mysłowice też mają Jana Ch. w herbie – ale to nie o Mysłowicach myślałem :)

O, a które jeszcze miasto ma TĘ głowę w herbie i głowa ta ma czarne włosy i brodę? 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Wrocław – co prawda nie tylko głowę, ale jest :)

Ok, faktycznie. Ja Mysłowice mam pawie za miedzą, więc ten herb znam lepiej, zwłaszcza że w nim jest tylko głowa, więc od razu miałam takie właśnie skojarzenie :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo odlotowy pomysł, spodobał mi się.

Wprawdzie fajnie by było, gdyby do tego dorzucić jeszcze jakąś fabułę, bo na razie mamy cud i reakcję bohatera wraz z otoczeniem. Jakieś dalsze skutki, wyjaśnienia, inne cuda… No, ale pewnie nie można mieć wszystkiego.

Babska logika rządzi!

Jakoś nie przekonuje mnie pomysł z relikwią. Naprawdę może to być ciekawe, ale brak fabuły, o czym wspomniała Finkla. Same reakcje to otoczenia to o wiele za mało, żebym miała ochotę na lekturę. Mam duży niedosyt, więc czekam na kolejne teksty, bądź na rozwinięcie tego pomysłu.

A mnie nie przekonało, choć potencjał na absurd jest. Tylko opowieść o powracającym przedmiocie przeczytałam pierwszy raz w dzieciństwie u Strugackich, a realia z proboszczem w dużym mieście przychodzącym do parafianina w kryzysie wydają mi się naciągane. No i jak przedmówcy nie miałabym nic przeciwko fabule.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardziej przedstawienie absurdalnej sytuacji niż konkretna opowieść, ale czytało się bardzo gładko i momentami byłem autentycznie ciekaw, w którą stronę pójdziesz i jak rozwiążesz pewne kwestie. Skończyłem z niedosytem, ale przynajmniej bez poczucia zmarnowanego czasu. “Poprawnie z plusem” ;)

Przykro mi, ale opowiadanie nie zajęło mnie w najmniejszym stopniu, a po skończonej lekturze pozostałam z niemym pytaniem – o co tu chodzi?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

drakaina: do Strugackich to ani mi się porównywać, rzecz jasna :) Dziękuję za uwagę o proboszczu, bo faktycznie bohater miał mieszkać na wsi pod miastem, ale nieco się zapędziłem w pisaniu i to mi umknęło. Wprowadziłem więc kosmetyczną poprawkę, naprawiając to niedociągnięcie.

Finkla, Deirdru, Drakaina – może nie powinienem sie przyznawać, ale to był taki “samoczelendż” (brrr co za słowo :D ), czy uda mi się coś w miarę czytalnego napisać, skoro pomysł przyszedł mi do głowy między 10 a 11, a czas na pisanie miałem do 13:00 ;) No chyba rzeczywiście nie można mieć wszystkiego :D

A dlaczego nie mogłeś tego dopracować i dać sobie więcej czasu?

Babska logika rządzi!

Zależało mi na tym, żeby wrzucić właśnie w niedzielę, bo akurat było święto Jana Ch. ;) Poza tym smutne doświadczenia wskazują, że jak coś odłożę to już przepadło :D Może więc jednak odłożyć pióro, pardon, klawiaturę ;)

Może jednak potrenuj odkładanie pióra i podnoszenie następnego dnia? To da się zrobić. ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka