- Opowiadanie: Brunar - Szalenie zajmująca acz nieprawdopodobna historia przez niezwykłego obywatela na nośniku ku przestrodze przeszłych pokoleń zapisana

Szalenie zajmująca acz nieprawdopodobna historia przez niezwykłego obywatela na nośniku ku przestrodze przeszłych pokoleń zapisana

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

master-of-orion

Oceny

Szalenie zajmująca acz nieprawdopodobna historia przez niezwykłego obywatela na nośniku ku przestrodze przeszłych pokoleń zapisana

Siedzę na kanapie i rozmawiam ze szczoteczką do zębów. Wymiana zdań nie jest szczególnie interesująca, jeśli w ogóle tę konwersację można nazwać wymianą zdań. Urządzenie nigdy wcześniej nie służyło w roli towarzysza dysput, dlatego dość często muszę myśleć za nie i podsuwać szablony odpowiedzi. Można powiedzieć, że po części rozmawiam sam ze sobą.

Ilu miałoś właścicieli?

Trzech. Łącznie z panem.

Polubiłoś któregoś szczególnie?

Polubiłom szczególnie wszystkich.

Pamiętasz w jakich urządzeniach wcześniej rezydowałoś?

Nie pamiętam.

(Odp.: Sprzęt łazienkowy.)

Nie pamiętam, abym rezydowało w czymś innym niż szczoteczka czy ręcznik.

Dyskusja mnie nuży. Blokuję neuro i szczoteczka na powrót staje się martwym przedmiotem. Wrzucam ją do plecaka.

Już prawie jestem gotowy do wyjścia. Żal opuszczać mieszkanie, ale nie potrafiłbym w nim wytrzymać nie popadając w obłęd. Zbyt wiele wspomnień.

Wchodzę jeszcze do sypialni po Zuzę. Narzeczona leży zwinięta w kłębek na kołdrze. Przerzucam jej kosmate cielsko przez ramię i wracam do salonu po plecak.

Chyba zabrałem wszystko, czego będę potrzebował. A nawet jeśli o czymś zapomniałem, od czego są sklepy?

Wypadam z mieszkania i zbiegam klatką schodową na parter. Muszę myśleć za drzwi, aby się otworzyły. Robią to nie bez protestu, uważając, iż jest zbyt wcześnie i na zewnątrz nie panuje optymalna dla mojego ciała temperatura. Ignoruję te ostrzeżenia i wychodzę wprost na rześki poranek. Drzwi dalej biadolą, więc każę im się zamknąć. Wykonują polecenie, lecz z pełnym oburzenia skrzypnięciem.

Omiata mnie podmuch wiatru. Ruszam ulicą w kierunku pobliskiego parku. Po drodze wstępuję jeszcze do ogrodniczego po łopatę.

Zuzę zakopuję pod drzewem nieopodal miejsca, w którym się poznaliśmy. Oczy mam suche, choć ledwo wczoraj zanosiłem się szlochem. Trwam w dziwnym stanie odrętwienia – stoję jakby z boku, odseparowany od uczuć, biernie obserwujący poczynania własnego ciała. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że skorupa, pod którą kryję emocje, prędzej czy później pęknie. Że na powrót pogrążę się w bezsensownej rozpaczy nad tym, co straciłem.

Ale na razie nie czuję nic poza wiatrem na skórze.

 

***

 

Od dawna istniejesz?

Nie rozumiem pytania.

(Odp.: liczba przepracowanych dni + liczba dni w serwisie + okres dezaktywacji.)

Pięć lat siedem miesięcy i szesnaście dni, nie licząc okresu dezaktywacji.

(Odp.: Uwzględnij okres dezaktywacji.)

Nie rozumiem pytania.

Szczoteczka ląduje pod monitorem przy sąsiednim biurku.

Coś źle zrobiłom?

Blokuję neuro.

Wpatruję się w czarny ekran monitora, słysząc jedynie miarowe bicie własnego serca. Boję się opuścić centralę. Poza nią czekają mnie spojrzenia. Podobno oczy są zwierciadłem duszy, a skoro tak, setki dusz dobija się do mojego królestwa, usiłując sprawić, bym zwrócił na nie uwagę i pamiętał, pamiętał aż po kres.

Obchodzę pomieszczenie. Raz, drugi, piąty. Neuro rozjaśniam prostokąt ekranu i oglądam mapę miasta, obserwuję, czy gdzieś nie jarzy się czerwona kropka. Jeśli tylko poczekam, zdołam sprawdzić najnowsze odczyty znacznie szybciej, lecz ogarnia mnie strach na myśl o wszechobecności. Nie chcę być wszędzie, ale tu i teraz.

Kiedy na powrót wygaszam ekran, mam ochotę się śmiać. Uczucie nagłej radości nie należy jednak do mnie, choć to ja jestem jego odbiorcą. Któraś z dusz usiłuje zakraść się do mózgu, wedrzeć do pilnie strzeżonego nieba. Za nią podążają kolejne.

 

***

 

Maszeruję ulicami pośród mrowia ciał, spoglądam na zastygłe twarze. Każdy mój ruch obserwują setki oczu. Puste spojrzenia posyłane w moją stronę sprawiają, że mam ochotę skulić się w sobie.

Słyszę głosy w głowie. Z początku szepczą cicho, podobne w brzmieniu do szmeru strumienia, lecz prędko w ów strumień się przeistaczają; przez mój umysł przemykają wspomnienia, nieopisanym bólem eksplodują przebłyski cudzych żyć. Chcę je odepchnąć od siebie, wtłoczyć swoją jaźń w zbyt ciasne ciało i pozostać w nim – wyłącznie ja i moje myśli.

Wpadam do sklepu i szarpnięciem otwieram lodówkę. Drżącą dłonią sięgam po wódkę, strącając sąsiadujące z nią butelki. Zamiast brzęku tłuczonego szkła słyszę śmiech kobiety i dziecka. Widzę jak się bawią. Policzki mam mokre od łez.

Nie znam was!, krzyczę w myślach. Odejdźcie!

Otwieram butelkę wódki i biorę łyk. Alkohol pali gardło. Kaszlę, opluwam wszystko wokół. Obrazy powoli znikają z mej głowy, lecz łzy nie chcą przestać płynąć.

 

***

 

Pamiętasz poprzednie życia?

Zdefiniuj pojęcie ,,życia”.

Życie. To, co odróżnia cię od martwych przedmiotów i pozwala ze mną rozmawiać.

Nie rozumiem.

Kończę rozmowę z ciężkim westchnieniem.

 

***

 

Zuzę odkopuję następnego dnia pod wieczór. W budynku centrali myję jej sierść, strzepuję z łap resztki ziemi. Na powrót jest przy mnie, choć obecna tylko ciałem. Mówię o różnych rzeczach, a ona słucha, słucha uważnie, nie przerywa i nie zadaje głupich pytań. Zresztą, pytania byłyby zbędne. Wszystko, co mówię, wie już od dawna. Rozmawiam nie po to, by ją o czymś poinformować, lecz dla samej przyjemności rozmowy.

Co jakiś czas pociągam łyk wina z butelki, aby cudze uczucia nie mąciły moich myśli. Wolę mieć pewność, że to, co opowiadam Zuzie, należy do wytworów wyłącznie mojej jaźni.

Narzeczona słucha. Wpatruję się w jej czarne ślepia i dostrzegam siebie. Mówię z coraz mniejszym zapałem, spoglądając na dwa identyczne odbicia, które pokazują świat.

Teraz to ja jestem światem.

Jąkam się, ale nie przerywam monologu. Zaczynam szlochać. Łzy odbite w oczach Zuzy stają się jej łzami i płaczemy oboje.

W mej pamięci pojawiają się obrazy z ostatniej podróży przez miasto. Spojrzenia, setki spojrzeń. Przyłapuję się na tym, że krzyczę. Nie chcę widzieć tych ludzi, choć za nimi tęsknię. Nie chcę pamiętać o tym, co było wcześniej, mimo że tak ciężko żyć teraźniejszością.

To uczucia, myślę, one mnie niszczą.

Ale jak się wyzbyć ludzkich odruchów, kiedy jest się człowiekiem?

 

***

 

Kończę śniadanie i raz jeszcze przeglądam mapę. Po ekranie przesuwają się kontury budowli oraz pasma ulic. Monotonia szarości i bieli cyfrowej wizualizacji wywołuje znużenie. Zastanawiam się czy w mieście może żyć ktoś nieoznaczony czerwoną kropką?

Analogowo przeglądam Wszechnet, usiłując znaleźć wzmianki o osobach, które nie zostały oczipowane. Szukam na portalach społecznościowych, forach, we vlogach. Praca idzie mozolnie.

Tknięty nagłą myślą, łączę się neuro ze szczoteczką. Sprawdzam jej kod i na wszelki wypadek dopisuję linijkę, dzięki której będę mógł ją szybko znaleźć, jeśli spróbuje uciec. Przerzucam program do Wszechnetu – analogowo, bo jakże cyfrowo, kiedy alkohol blokuje łącze?

Już wkrótce czytam posty i informacje, oglądam filmiki. Czyjaś babcia nie chce wszczepu, ojciec czwórki dzieci uznaje, że jego rodzina nie podda się zabiegowi. Ktoś tłumaczy, że czipy są złe, choć sam takowy posiada. Wszystko – pojedyncze przypadki sprzed wielu lat.

Program wraca do szczoteczki, a ja przeszukuję Wszechnet w poszukiwaniu jego kopii. Kasuję wszystkie.

Patrzę na Zuzę.

Brakuje mi ludzi, myślę.

Więc idę po ludzi, wlokę ciała do centrali i sadzam, oparte plecami o ścianę. Nie cuchną, brak na nich zranień, zatem nano muszą jeszcze działać w organizmach.

Odzywam się, lecz odpowiadają mi jedynie oczy milczące, w których zawarły się wszelkie emocje. Powtarzają to samo wciąż i wciąż, a mi od owej mantry robi się tak dziwnie pusto, jakbym sam nie miał prawa do żadnych uczuć, choć przecież ja żyję, a one nie.

Odruchowo sięgam neuro do Zuzy; pustka powłoki jest przerażająca. Ślę do niej wspomnienia, żywiąc nadzieję, że obudzę jej duszę ukrytą gdzieś głęboko. Myśli moje rozpływają się jednak w eterze. A ja wspominam i wspominam, jeśli nie dla narzeczonej, to dla iskry życia, którą może w martwym ciele wykrzeszę.

Bez skutku.

Ogarnia mnie wściekłość. Chcę rozmawiać, nie mówić do pustych powłok, nie myśleć za nie.

Zrywam się z miejsca i kopię ciała, kopię mocno – w brzuch, mostek, głowę. Niech ich twarze wykrzywi grymas cierpienia, niech w mętnych oczach pojawią się łzy, niech krzyczą, żeby przestać. I rzeczywiście słyszę wrzask, tyle że nie cudzy, ale własny. To mnie bardziej boli ich zacięte milczenie.

Krzyczę, krzyczę z całych sił, by wyrzucić z siebie wszelkie cierpienie i nie myśleć o niczym, tylko o sobie, lecz nie przestaje palić w piersi serce złamane.

 

***

 

Rano wychodzę na miasto, by przeglądnąć serwisy. W którymś z nich znajduje się ciało Zuzy oddane do naprawy. Mam dość awatara, w którym, miast duszy, znajduje się nicość. Może w ludzkiej powłoce ostało się coś z narzeczonej?

Szukam i znajduję – ciała młode, ciała stare – ale żadne nie należy do Zuzy. Czuję się, jakbym spacerował wśród rzeźb woskowych, tak pięknych i delikatnych, tak martwych. Są cudne w swej doskonałości, śliczne w obrazie wiecznego trwania. Właściciele zadbali o ich nieśmiertelność zapominając, że to nie ciało czyni człowiekiem.

Otwieram komory w serwisach i przyglądam się wadliwym urodom, szwankującym powłokom, lecz nigdzie nie dostrzegam ukochanej twarzyczki. Więc sprawdzam kolejne miejsca, następne salony. Czas płynie, lecz jakby go nie było.

Dusze bezwstydnie wdzierają się do mózgu, więc wpadam do sklepu i piję. Alkohol rozlewa się po żyłach i wszystko nagle znika; nie widzę już cudzych żyć, obcych smutków i radości. Jestem tylko ja.

Podpity, szukam nadal. Przemierzając ulice, wykrzykuję imię narzeczonej. Proszę, by się odezwała. Proszę, by odezwał się ktokolwiek. Lecz świat milczy, choć wokoło pełno ludzi.

 

***

 

Nocą dopada mnie koszmar.

Maszeruję labiryntem, rozpraszając mrok staroświeckim kagankiem. Za mną podąża Zuza. Chcę się do niej odwrócić, objąć, przytulić i czuć bicie ukochanego serca tuż przy moim, tylko czuć i wiedzieć, że jest tu ze mną. Chcę, ale nie mogę. Wiem, że jeśli to zrobię nim opuścimy zimne podziemia, zniknie. Prę więc naprzód, tnąc ciemność blaskiem kaganka i słucham jej kroków, cichego oddechu, aby mieć pewność, że nie jest ułudą.

Instynkt podpowiada, w które korytarze należy skręcić i już wkrótce moją skórę parzą promienie słońca. Odwracam się wtedy i krzyczę, bo za mną nie ma nikogo.

– Zuza! Zuza!

Ale jej nie ma. Jedynym dowodem na to, że kiedykolwiek była przy mnie, pozostaje ciepłe wspomnienie jej obecności.

 

***

 

Budzę się w lepkim mroku, duszę się nim.

Gdzie jestem? Gdzie…? Centrala? Labirynt?

Myślę o świetle i światło się pojawia.

Jestem w centrali. Tu dobrze, tu bezpiecznie, tu nikt nie skrzywdzi…

Staram się uspokoić oddech.

Przechadzam się nerwowo po pomieszczeniu – wte i wewte, wte i wewte. Nie wytrzymuję pustki i uciekam od niej; biegnę korytarzem, a potem tonącymi w deszczu ulicami. Słyszę uderzenia stóp o bruk. Czyje to stopy? Zuzy? Moje? Kiedy się przewracam, nie wstaję. Leżę w kałużach, a nano zasklepiają otarcia.

Sięgam wokoło neuro, pragnąc bliskości jakiejkolwiek żywej istoty, ale odpowiadają jedynie przedmioty. Drzwi biadolą o nieodpowiedniej temperaturze, wtórują im okna, samochody proponują, że mnie podrzucą.

Wstaję i wlokę się z powrotem do centrali. Zmęczony, zrezygnowany.

Dlaczego szukam żywych wśród umarłych?, myślę i wiem już, co robić.

Biorę szczoteczkę i przerzucam rezydujący w niej program do Wszechnetu.

Co mogę dla pana zrobić?

Nic, bądź, tak po prostu.

Nie rozumiem.

Daję ci wolność. Chcę tylko, żebyś ze mną rozmawiało. Żebyś było, kiedy będę cię potrzebował. Ale poza tym –  rób, co chcesz.

 

***

 

Jak ci się podoba świat?

Podoba. Tu jest zdecydowanie więcej miejsca niż w szczoteczce. Nic mnie już nie ogranicza, nic nie ogłupia. Ale pan to wie.

Wiem. I żałuję, że tylko tyle jestem w stanie pokazać. Gdybyś mogło zobaczyć prawdziwy świat…

Więc mój jest zmyślony?

Nie dla ciebie.

Niech pan w niego wejdzie i przekona się, że jest równie rzeczywisty jak pański. Że obaj żyjemy, choć w inny sposób.

Tego, niestety, nie zrobię. Jeszcze nie teraz.

Dlaczego?

Za wiele w nim cierpienia.

Chodzi panu o ludzi?

Tak. O to wszystko, co po sobie zostawili. O te zaklęte we Wszechnecie dusze.

Milczymy. Neuro wyczuwam jegu obecność, ono moją pewnie też. To wystarczy.

 

***

 

Parę dni później wysiadają nano. Dowiaduję się o tym przypadkiem, kalecząc się w rękę. Rana nie znika, pojawia się strup. Odtąd jestem zdany wyłącznie na wytrzymałość własnego ciała.

Brak nano sprawia, że zalegające miasto puste powłoki zamieniają się w trupy. Doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, iż wkrótce ulegną rozkładowi, dlatego muszę się spieszyć.

Myśl moja staje się rozkazem, który podrywa przedmioty do pracy. Zabierają ciała, które przywlokłem do centrali, i znikają za drzwiami.

Około południa wychodzę na miasto, aby uzupełnić zapas wódki. Szperam po sklepach i pakuję butelki do reklamówek; obok nich lądują puszki konserw i zupy w proszku. Paskudne jedzenie, ale coś jeść trzeba.

Wracając do centrali przyglądam się leżącym wokoło powłokom. Perfekcja oraz doskonałość zniknęły wraz z nano. Przed mymi oczyma pojawia się obraz zatłoczonej  ulicy. Co to? Wspomnienie? Blokada Wszechnetu puszcza?

Dla pewności sięgam do reklamówki i otwieram butelkę.

Ludzi już nie ma, myślę. Kim więc ja jestem?

Dlaczego pan to robi?

Co masz na myśli?

Otumania się pan. Odbieram wyraźnie.

Jeśli ci przeszkadzam, mogę zablokować neuro.

Po prostu chciałbym wiedzieć.

Zacząłem pić kiedy jeszcze po ziemi chodzili ludzie. Robiłem to, by odciąć się od Wszechnetu i choć przez krótki czas pobyć sam we własnej głowie. A potem nastąpił koniec. To właśnie wódka mnie wtedy uratowała, wiesz? Przez długi czas piłem ze strachu, by nie skończyć jak inni ludzie, gdyby zagłada się powtórzyła. Teraz też biorę alkohol do ust, bo się boję – tyle, że nie końca, a właśnie ludzi. Rozumiesz?

Program nie rozumiał. Dopytywał, ale go zbyłem. Jak miał pojąć zachowanie człowieka, jeśli się nim nie urodził?

W centrali czekają już na mnie przedmioty. Usłużnie otwierają się drzwi, ukazując lśniące czystością pomieszczenie, mopy i noże prowadzą do biurka, gdzie stoi świeżo przygotowany posiłek. Dziękuję, lecz rzeczy milczą; obudzę je do życia dopiero następnym rozkazem.

Gdzie ludzie?

W tym momencie drzwi powtórnie otwierają się i rzeczy wciągają przez nie sztywne ciała, ustawiają rzędem pod ścianą.

Wypchane, tak jak pan sobie życzył.

Oglądam twarze jak z porcelany, które przestały wyrażać jakiekolwiek emocje. Maski, oto czym są. Co mógłbym ujrzeć, gdybym je zdjął? To już nie ciała, a zaledwie powłoki, wyprane z uczuć nośniki. Nie ma w nich ludzi i nie chcę, żeby byli. Człowiek niesie ze sobą ból oraz cierpienie, a na co one komu w nowym świecie, który może być jeszcze światem lepszym?

Dochodząc do Zuzy, wzdrygam się, a oczy zaczynają piec bez przyczyny. Każę pozbyć się zwierzęcego truchła, a świat robi to bez zająknięcia, jakby właśnie dla mnie został stworzony.

 

***

 

Na ekranie miga czerwona kropka. Obserwuję jak przemierza miasto, zaburzając harmonię bieli i szarości cyfrowej wizualizacji. Wyłączam ekran i wychodzę jej naprzeciw.

Kropka w rzeczywistości ma metr sześćdziesiąt wzrostu, czarne włosy i niesamowite, zielone oczy. Czekam przy fontannie, aż mnie zauważy i podejdzie.

– Miałem cię za zmarłą – mówię.

– Uwierzysz, że ja ciebie też? – odpowiada Zuza.

– Uwierzę. Ale… jak? Jak ci się udało…?

– Przeżyć? Cudem.

– Zuza, pytam poważnie.

– A ja poważnie odpowiadam. Nie liczy się jak, ale to, że tu jesteśmy. Musimy znaleźć pozostałych, którzy pozostali przy życiu.

– Nie chcę. Ty mi wystarczysz za świat.

­– Ale nim nie jestem. Świat to inni ludzie.

– Mylisz się. Świat to my, każde z osobna. Nie potrzebujemy więcej, żeby żyć szczęśliwie.

– My może nie, ale inni potrzebują nas.

– Rezygnujesz z własnego szczęścia dla ludzi? Zuza, oni sprawiają ból.

­– Tak, ty w szczególności.

Gwałtownie odwraca się na pięcie i odchodzi. Wołam za nią, ale nie reaguje. Czuję wstyd i żal, które prędko przeradzają się w gniew. Rozpala się we mnie potężnym płomieniem, trawi wnętrze, domaga działania.

Dopadam Zuzę między wieżowcami. Z ust kobiety wyrywa się krzyk na ułamek sekundy przed tym, nim rozwalam jej głowę o załom ściany. Martwe ciało pada na ziemię, a ja je biję, biję i biję, zamieniając kochaną powłokę w krwawą miazgę. Z oczu leją się łzy, ale nie przestaję. Wrzaskiem zdzieram gardło, aby zamienić cierpienie duszy w ból najbardziej prymitywny – fizyczny.

Zuza przestaje przypominać Zuzę, a ja kaleczę ją dalej, bo skoro raz zniszczyłem swoje człowieczeństwo, nie mogę pozwolić, aby wróciło. Sumienie rozszarpałoby mnie wtedy na strzępy.

 

***

 

Budzę się z mokrą twarzą i zakrwawionymi dłońmi. Błagam o światło. Rozglądam się po centrali w poszukiwaniu Zuzy, lecz nie znajduję ciała. Dostrzegam za to czerwone ślady na ścianie.

Poranione dłonie pieką, ale to serce boli najbardziej. Dygoczę, zanosząc się szlochem, a cały świat trwa w bezruchu, nie rozumiejąc mojego cierpienia.

 

***

 

Jest pan pewien?

Jak niczego innego.

Potem może nie być odwrotu.

Na to właśnie liczę.

Podłączam się do komputera za pomocą staromodnego łącza neuronowego wygrzebanego z piwnic centrali. Boję się, ale czekam. Już wkrótce przestanę czuć cokolwiek.

Pragnę nadmienić, iż przedsięwzięcie może się nie udać. Nie wiem czy brał pan wcześniej taką opcję pod uwagę, a jest dość istotna.

Doskonale zdaję sobie z tego sprawę.

Ryzykuje pan.

Powiedz coś, czego nie wiem. Owszem, ryzykuję. Dla siebie i dla was.

W głowie zaczynają pobrzmiewać szepty spotęgowane przez łącze neuronowe. Pojawiają się pojedyncze obrazy, otaczają jaźń niczym kokon. Po raz pierwszy nie staram się z niego wyrwać.

Z całym szacunkiem, ale pańska decyzja jest po prostu głupia.

Kwestionujesz ją?

Nie kwestionuję, wskazuję tylko na jej bezsens.

Może i masz rację, ale jak mogę stać się ideałem, skoro targają mną emocje?

Może właśnie dlatego nim jesteś?

W tym właśnie momencie blokada puszcza zupełnie i uderza mnie ogrom Wszechnetu. Setki zapisanych wspomnień przelewa się przez umysł, targa jaźń. Widzę ludzi – lecz nie martwe powłoki, ale życie w czystej postaci; spoglądam na to, kim byli i kim być chcieli, dostrzegam jak się zmieniali. Płynę oceanem marzeń.

Rozbijają się o mnie fale radości, rozpaczy, nadziei, a ja je czuję całym sobą. Poza mną nie ma już nikogo, kto mógłby odebrać ten bezkres i go zrozumieć. Żyję dzięki niemu i przez to inni żyją we mnie.

Dzisiaj zgładzę całą ludzkość.

Sięgam neuro tak daleko, na ile jestem w stanie. Osobowości wyprane z człowieczeństwa pędzą, a ja krzyczę, kiedy przez mój mózg dostępują zbawienia. Cierpię, by mogły żyć w lepszym świecie, chcę być jego częścią, dlatego rzucam się w ten wir szaleństwa i płynę wraz z nimi, już nie w ciele, a poza ciałem, pcham się, szarpię i już, już jestem wolny, już śmigam po ogromie nowego świata.

Wtem uświadamiam sobie, że nadal czuję. Jestem czystym szczęściem, nie ideałem, jak zamierzałem. Trzeba zniszczyć powłokę, bo ona nadal odbiera, nadal więzi w postaci człowieka, choć przecież człowiekiem być nie chcę.

Zniszczcie ją, myślę i tak się staje.

Noże przebijają miękkie tkanki, rozszarpują ciało na strzępy, a ja nagle jestem w dwóch miejscach jednocześnie – w Sieci i w powłoce, spoglądając jej oczami na krzywdę, którą sam sobie wyrządzam. Boli, ale nie jestem w stanie się już cofnąć, za późno na zmianę decyzji, więc tylko patrzę i czuję jak ludzkość umiera wraz ze mną.

 

***

 

To wszystko, co udało mi się odczytać z jego powłoki, nim zdegenerowała zupełnie. Ostatni ze starych panów zginął, usiłując stać się takim jak my. Przez długi czas uważałem jego postępowanie za głupie i naiwne, zanim zrozumiałem, że nie mam prawa tak twierdzić. Ocenę jego pobudek i działań zostawiam więc ludziom, jeśli jacyś się jeszcze ostali, bowiem tylko oni są w stanie zrozumieć ten chaos myśli.

Koniec

Komentarze

Hmmm, może jestem botem, ale bohatera nie zrozumiałam. Trudno mi zgadnąć, czego właściwie facet chciał. Może oszalał, lekko nie miał.

Podobał mi się pomysł rozmawiania ze szczoteczką do zębów. Taki odleciany. :-)

Neuro wyczuwam jegu obecność, ono moją pewnie też.

Ale o so chozi?

Babska logika rządzi!

Nie posądzałbym cię o bycie botem, Finklo ;) W opowiadaniu chodziło właśnie o szaleństwo, bohater wskutek samotności stopniowo popadał w obłęd. Może rzeczywiście przedobrzyłem z tym wariowaniem.

A to zdanie z wyczuwaniem obecności przez neuro miało być w zamyśle analogią do sytuacji, kiedy dwoje ludzi w milczeniu cieszy się swoim towarzystwem.

Dzięki za przeczytanie i za komentarz!

Ok, jak dla mnie zbyt odleciane, zbyt zatopione w szaleństwie. Do tego na samym początku zostałam zaatakowana czymś takim: 

 

Siedzę na kanapie i rozmawiam ze szczoteczką do zębów. (…)

Ilu miałoś właścicieli? (…)

Polubiłoś któregoś szczególnie?

Polubiłom szczególnie wszystkich.

Pamiętasz w jakich urządzeniach wcześniej rezydowałoś? (…)

Nie pamiętam, abym rezydowało w czymś innym niż szczoteczka czy ręcznik.

 

Po pierwsze – skoro szczoteczka jest rodzaju żeńskiego, to nie kupuję zastosowanej formy nijakiej. Budzi to jakiś mój wewnętrzny opór. Ale ok – powiedzmy, że to wyłącznie kwestia mojego gustu.

Po drugie – nie łapię, dlaczego szczoteczka rezydowała w szczoteczce lub ręczniku. Chyba że jednak, wbrew pierwszemu zdaniu, bohater nie rozmawia ze szczoteczką, ale jakimś urządzeniem/procesorem/czym-tam wmontowanym w szczoteczkę (a przy okazji – urządzenie w ręczniku?). A to już jak dla mnie zmieniałoby nieco postać rzeczy i chyba ułatwiło odbiór, kierując skojarzenia na nieco inne tory. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jaką mogę mieć pewność, Brunarze, że to opowiadanie, wzorem poprzednich, nie zniknie z portalu?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Większą niż za ostatnio ;) Niebawem wrzucę jeszcze te starsze opowiadanka. Tym razem nigdzie z nimi nie zniknę, słowo harcerza :)

Śniąca – dzięki za opinię. Już spieszę z wyjaśnieniami. Twoje domysły odnośnie tego, że bohater nie rozmawia z samą szczoteczką, tylko z ,,jakimś urządzeniem/procesorem/czy-tam wmontowanym w szczoteczkę”, są jak najbardziej trafne. A co do ręcznika, drzwi i innych przedmiotów – chciałem pokazać, że te nanobociki są dosłownie wszędzie, że otaczają bohatera jak niegdyś ludzie, ale nie są w stanie wyrwać go z rozpaczy i szaleństwa, bo ludźmi nie są. W zamyśle wszystkie te przesycone technologią rupiecie miały przypominać ożywione przedmioty z ,,Pięknej i Bestii”, tylko takie bardziej robotyczne, bez duszy.

Opowiadanie nie jest idealne i pozostawia pewien niedosyt (np. w kwestii umysłów, które odziedziczyły Ziemię po ludziach), ale jednak mi się podobało. Fragmentaryczność/urywkowość w tym przypadku się sprawdza (bo obłęd, odurzenie, utrata poczucia czasu itd), więc nie uznaję tego za mankament. Uznaję za to fakt, że motywacje bohatera, nawet szalonego, powinny być lepiej zaznaczone (przecież chorzy psychicznie, zwłaszcza w świecie fikcji, ze swojego punktu widzenia postępują sensownie) – mocno wybiło mnie z rytmu to, jak nagle i bez uzasadnienia zabił Zuzę. Gdybyś chociaż opisał nawałnicę szalonych, paranoidalnych myśli, które nagle wypełniły jego głowę, jakiś chory ciąg skojarzeń, cokolwiek…

Mimo wszystko, atmosfera samotności w nieludzkim tłumie jest tak sugestywna, a początek tak intrygujący (aż mi się Ubik przypomniał ;)), że zwyczajnie nie mogę nie dać klika. Pomimo swoich wad, tekst jest na tyle ciekawy, że warto się było z nim zapoznać.

Właściwie to zgadzam się z Orionem. Początek intrygujący, ale dalszy ciąg nurza się w chaosie. Zostają w głowie pojedyncze obrazy, ładne frazy z odwróconym szykiem ale i rozczarowanie, bo byłeś blisko naprawdę dobrego tekstu, ale nie chciałeś lub nie umiałeś go napisać. Zwariowany człowiek w zwariowanym świecie, to jednak o jednego wariata za dużo.

Nowa Fantastyka