- Opowiadanie: PsychoFish - Trucizna [konkurs wiedźmiński NF - 2016]

Trucizna [konkurs wiedźmiński NF - 2016]

W 2016 NF ogłosił konkurs na opowiadanie wiedźmińskie, by uczcić XXX lecie premiery Geralta w NF. To była świetna podróż wstecz, do czasów, kiedy wyobraźnią młodego chłopaka rządzili do spółki wiedźmini, Rebelianci i Drużyna Pierścienia. “Trucizna” dostała się do szerokiego finału, ale nie podołała ścisłej czołówce – i słusznie. Musiałem to i owo poprawić, żeby nadawało się do pokazania, bo wiadomo: jak Opowiadanie (nawet takie nienajładniejsze) idzie na randkę z Czytelnikami, to powinno się odpindrzyć jak należy :-)

Puszczam teraz, bo dziś ktoś mi przypomniał o konkursie. A bardzo niedawno ktoś inny jeszcze mi uzmysłowił, jak dawno nic nie pisałem lub poprawiałem tekstu. No, to mam nadzieję, że umilę wieczór wiedźmińskim fanom i współuczestnikom w konkursie!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Trucizna [konkurs wiedźmiński NF - 2016]

Z popielnika na Wojtusia

Iskiereczka mruga,

Chodź, opowiem ci bajeczkę,

Bajka będzie długa.

 

W roku 1231, w Blaviken, białowłosy wiedźmin krwawo rozprawił się z niejaką Renfri, zwaną Dzierzbą, i jej najemnymi zbirami. Owa była księżniczka, nim otoczyła się płatnymi mordercami, wraz z siedmioma gnomami łupiła kupców na mahakamskich szlakach.

Łup z tych eskapad, jeśli wierzyć plotkom, wciąż czekał na swoich odkrywców.

 

– Mówię ci, Wolfram, nie miał szczęścia ten mój kuzyn. – Gnom wsparł się na łopacie, ocierając czoło. Skwar lał się z nieba. Siedzący na skraju rozkopanego kurhanu człowiek podał mu bukłak.

– Ano nie miał, Hugo – zgodził się mężczyzna. – Ale kopczyki im usypała ładne.

– Chuja tam usypała! – rozzłościł się gnom. – Ta przeklętnica nie zwykła dbać o tych, których zabiła!

– Tia, a jaskry na tym kurhaniku same się posadziły… Przypadkiem, bo skąd miały kwiatuszki wiedzieć, że twój kuzyn akurat Jaskrowe ballady podziwiał?

Gnom nie odpowiedział. Łyżka łopaty wbiła się w ziemię z charakterystycznym chrzęstem. Pracował w milczeniu, rozkopując dalej grób. W końcu natrafił na ciało. Wraz z kompanem ostrożnie, z szacunkiem, wydobyli je z mogiły. Z pieczołowitością rozwijali starannie owinięte płótnem zwłoki. W środku, zabalsamowany, leżał gnom. Ręce miał skrzyżowane na piersi, oczy zamknięte, usta lekko rozchylone, był odziany w odświętne ubranie. Przy boku leżała mała lutnia i tuba na pergaminy. Człowiek sięgnął do ust zmarłego. Wyjął stamtąd srebrną monetę i pokazał ją towarzyszowi.

– Mahakamski brodacz na rewersie. Jak nic zdobyczny, z łupów siódemki, bo nikt przytomny takiego nominału na opłacenie drogi w zaświaty nie poświęca. Kto, jak nie ona, mógł go tak pochować? To twój kuzyn?

Spocony gnom odburknął twierdząco. Człowiek odłożył srebrnika na swoje miejsce. Uchylił lekko koszulę i syknął.

– Paskudnie to wygląda… Kilka cięć, ale to jeszcze mógł przeżyć. Zabił go sztych prosto w serce. O tu. Zaszyła rany. Grubo, dratwą, ale narobiła się. Hugo – zwrócił się do kompana – nie psujmy tego. Poszukamy kosztowności, a jak skończymy, to zawijamy, zagrzebujemy. Co ty na to?

Gnom westchnął ciężko i skinął głową. Zaczął przeszukiwać trupa, ale nic nie znalazł. Zajrzał do wnętrza lutni, wreszcie otworzył tubę. Wyjął ze środka gruby zwój papierów.

– Tylko te wierszydła. – Hugo potrząsnął rulonem. – Żadnej biżuterii, klejnotów, amuletów, nawet na klamrze paska nic. Może ukrył jakieś wskazówki w papierach? – Gnom podrapał się po głowie. Wolfram zachichotał.

– Ludzie gadają, że historia o ukrytym łupie siedmiu gnomów to bajka. Mimo to znaleźliśmy mogiły całej szajki, ba, wręcz ceremonialne kurhany. Dawaj te szpargały, musi coś tam być! Nie takie zagadki rozwiązywałeś tymi swoimi wytrychami…

Wieczór zajrzał na polanę z siedmioma kurhanami i dostrzegł niewielkie ognisko, przy którym siedziała osobliwa para. Gorączkowo odcyfrowywali pismo za pismem, pochylając się nad ogniem. Nad jednym zwojem gnom nagle zanucił:

 

Była sobie raz królewna,

Pokochała grajka,

Król wyprawił im wesele

I skończona bajka…

 

– Co tam podśpiewujesz? – zapytał Wolfram.

– At, kołysanka taka… Spisał kilka na tych pergaminach. Podkreślił tę zwrotkę. Chyba zakochał się, kretyn. Nieżyciowy taki był od zawsze. – Hugo podniósł głowę znad karty, zerkając w zadumie na kurhany.

– Nieżyciowy? Siedmiu mahakamskich gnomów i wygnana królewna, najgroźniejsza banda, jaka tu grasowała od lat, a ty mi mówisz, że nieżyciowy?

– Oj, bo się w tej Dzierzbie zadurzył, wariat. Nie on jeden, wszyscy ją kochali, idioci, że aż strach. A jej coś odbiło i tylko zemsta, zemsta! Świata poza tą swoją zemstą nie widziała. Nie przeczę, krzywdzono ją bardzo i na różne wymyślne sposoby, ale jak dla mnie w jej żyłach płynęła nienawiść, nie krew. I dlatego miała to całe ich kochanie głęboko w dupie.

Wolfram milczał chwilę, spoglądając na kurhany i wspominając zabalsamowane ciało.

– Dlaczego Dzierzba usiekła oddanych jej gnomów? – zapytał w końcu. – Przecież… nie musiała?

– Nie musiała. Sądziłem, że poszło o łupy, bo chyba to tylko mogło zmusić ich do starcia z kurewną. Ale to… – Gnom wskazał podbródkiem kopce. – Nie chowasz tak kogoś, na kim ci nie zależy. Może dostała szału, gdy próbowali ją powstrzymać przed ruszeniem za tym cholernym magiem, który zgotował jej niedolę? Złość, gniew, szast prast i już nie możesz cofnąć tego, co się stało… Miewała takie napady. Kuzyn wspominał o tym w listach. To były rozumne chłopaki; może zwyczajnie, po gnomiemu, mogli chcieć przemówić jej do rozsądku, a urazili jątrzącą się ranę? – Hugo zamilkł na chwilę. – Dziękuję, że pomogłeś mi znaleźć tę polanę. Nos masz nadzwyczajny.

Mężczyzna zaśmiał się cicho.

– Bukłaczkowi z twojego koszyczka nie mogłem się oprzeć. Szkoda, że nic nie zostało.

– Do siebie zapraszam, jak liście opadną. Akurat się przepędzi. – Hugo rozwinął kolejny pergamin nad ogniem. Zamilkli na chwilę. Las dookoła żył, noc była przyjemnie ciepła. Mężczyzna spojrzał na zwłoki.

– Pochowajmy go.

– Wiersze zostawmy – mruknął gnom. – Co mają w ziemi gnić, może ktoś to wyda. Ucieszyłby się. – Spojrzał na trzymaną nad ogniem kartę. – A niech mnie! Zobacz! 

Wolfram przechylił się nad pergaminem. Roześmiany gnom wskazywał żółtawy szkic, który pojawił się poniżej kołysanki-rymowanki pod wpływem ciepła. Rysunek, wykonany ani chybi sokiem z cebuli, bez wątpienia przedstawiał mapę.

 

Dziadziuś siwy wiąże sieci

W przedziwną mozaikę,

Ciekawemu Wojtusiowi

Dalej snuje bajkę.

 

Według mapy, do ukrytego łupu nie mieli daleko, góra półtora dnia drogi. Maszerowali równym krokiem, kierując się na szlak z Wyzimy do Anderbergu. Dzień był bardzo ciepły, koło południa skwar zmusił ich do poszukania wytchnienia w cieniu.

– Pomyśleć, że jeszcze jesienią ludzie, wędrując przez Mahakam i podgórza, drżeli o życie – westchnął Hugo.

– Spokój w lesie był przynajmniej – skomentował Wolfram. – Nie pałętał się tu nikt poza zbrojnymi. Nie to, co o tam. – Wskazał palcem samotną postać, migającą w oddali między drzewami. – Wtedy samojeden nikt się w knieje nie zapuszczał.

– Dobrze, dobrze, rozumiem… Ale nie jest teraz lepiej?

– Teraz może i tak. Ale za jakiś czas ludzie zaczną tu gospodarzyć. A potem samo pójdzie: tu spalą krasnoludowi warsztat, tam gnomy kwasem gwałtowników poparzą, w ruch pójdą widły, kosy, pochodnie… Na tej krwi, jak grzyb po deszczu, wyrośnie tu elfie komando i zrobi się groźniej niż za Dzierzby. Foltest wyśle zbrojnych, żeby stal z gór nadal wędrowała bez przeszkód. Będzie jatka, a może nawet i las z dymem pójdzie. Pozorny to spokój, krótkotrwały.

– Nie no, tak źle nie będzie… – odparł bez przekonania gnom. Postać zbliżała się, najwyraźniej nie dostrzegając odpoczywających.

– Obyś miał rację. Ale nawet ty, Hugo, nosisz w sakwie srebrny łańcuch, na wszelki wypadek.

– Gniewasz się o to?

– Nie. Ale natury nie oszukasz, prawda?

Hugo nie odpowiedział.

Samotna postać okazała się być dziewczynką. Strój miała prosty, wiejski, w ręku niosła koszyk, czoło zdobił wianek. Przystawała co rusz, rozgarniając gęstwinę zielonym badylkiem w poszukiwaniu grzybów i owoców. Wolfram wyszczerzył się szeroko:

– Motylka z barankiem tylko brakuje… Hej, mała! Co tam niesiesz?

Okrzyknięta rozejrzała się płochliwie. Cofnęła się o krok na widok człowieka, ale gdy ujrzała gnoma, pisnęła przerażona. Rzuciła koszyk na ziemię, zrobiła gest odganiający złe i odwróciła się na pięcie, czmychając ile sił. Hugo i Wolfram obserwowali rejteradę z uznaniem: branie nóg za pas w odpowiedniej chwili wydatnie zwiększało szanse na długie i szczęśliwe życie. Gdy dziewczynka zniknęła między drzewami, człowiek podniósł porzucony koszyk i obwąchał go dokładnie.

 

Wędrowali śladem dziecka, aż dotarli do małego sioła. Słońce już zachodziło za lasem, mrok powoli wkradał się między drzewa i chaty. Wieś liczyła sobie nie więcej niż trzydzieści dymów, gdzieniegdzie w obejściach krzątali się ludzie. Hugo i Wolfram szli, nie kryjąc się, z rękoma na widoku. Na widok gnoma mieszkańcy spluwali na ziemię i odwracali głowy, wchodzili do chat, trzaskały zamykane drzwi i okiennice. Mimo to podróżnicy mogli przysiąc, że przez szpary śledzą ich dziesiątki oczu. Tylko w jednym obejściu nikt się nie chował: wiekowy staruszek i opatrująca mu głowę kobieta. Przybysze przystanęli przy płocie, przyglądając się niewieście. Jasne włosy spływały na narzucony niedbale na ramiona płaszcz z kapturem, spod którego wynurzała się zgrabna figura i duży wisior, prowokacyjnie tkwiący w zagłębieniu między piersiami. Gnom dostrzegł na nim run, znak-ostrzeżenie. Mówił: nie tykaj mnie, parzę gorzej niż żywy ogień. Chwycił kompana za rękaw i zanucił cichutko:

 

W lesie żyła Baba-Jaga,

Miała chatkę z masła

 

– Słyszałam! – burknęła kobieta, nie przerywając pracy. Wolfram skinął głową Hugonowi na znak, że zrozumiał i uniósł w górę niesiony koszyk.

– Dobry wieczór! Chcieliśmy oddać kobiałkę właścicielce… Szukamy także noclegu i strawy. I być może kogoś, kto mógłby mi ranę obejrzeć i przemyć.

Kobieta spojrzała najpierw na koszyk, potem na przybyszów.

– Ach, to wy nastraszyliście Cochall… Miło, że odnieśliście. Ostatnia chata po prawej. – Zmarszczyła brwi nad ślicznym noskiem. – Powiedzcie jej ojcu, że przysyła was Caed Luned. Inaczej gotów psem poszczuć albo i gorzej. I że przyjdę tam, jak skończę.

– Ludzie tu czegoś niegościnni… – Gnom spojrzał wymownie na starca, zerkającego nieprzyjaźnie na przybyszy. Kobieta wzruszyła ramionami i wróciła do swojego zajęcia. Ruszyli dalej.

Gdy dotarli do wskazanej chaty, nikt nie zareagował na pukanie. Hugo krzyknął mocno:

– My z drogi, strudzeni! Koszyk dziewczynki mamy! Ten, co go w lesie zostawiła. Caed Luned przysłała nas tutaj. Przyjdzie tu później, opatrzyć rękę mojemu kompanowi.

Kmieć uchylił drzwi od chaty i wyjrzał na zewnątrz. Otaksował przybyszów nieufnym wzrokiem, burknął coś pod nosem i wyszedł za próg.

– Prawo gościny znacie? Zwłaszcza ten psiajuch, a? – Wycelował brudnym palcem w gnoma. Wolfram uspokajająco uniósł dłonie.

– Znamy. Zapłacimy, za nocleg i strawę. Rano znikniemy, obiecujemy.

– Cochall! Jaśko!

Dwoje malców wyskoczyło zza drzwi. Chłopiec był uderzająco podobny do wieśniaka. W dziewczynce rozpoznali małą spotkaną w lesie. Wolfram podał jej koszyk i uśmiechnął się, jak mu się wydawało, przyjaźnie. Dzieci popatrywały na obcych spode łba. Gospodarz podziękował mrukliwie za odniesienie zguby i zagonił dziatwę do izby, po jedzenie. Oboje wykonali polecenie z ociąganiem, niechętnie. Wieśniak zaprowadził Wolframa i Hugo do licho zbitego budyneczku, z którego dochodziło meczenie i beczenie.

– Kozów i owców nie tykajta! I rano idźta precz. Nocka idzie, na drogę was nie wyrzucę, ale to porządne sioło – łypnął na gnoma – bez nieludziów.

Hugo zacisnął pięści, ale ugryzł się w język. Wolfram targował się dłuższą chwilę z gospodarzem, nim dobili targu.

– Strasznie zdzieracie, dobry człowieku – syknął gnom.

Gospodarz ujął się pod boki.

– A co mam nie zdzieroć? Drugi raz tu już nie zajdziecie, ja to wim! Wystawcie sobie, na rozstaju szlaków handlowych nie żyjem, zaglądają tu do nas tylko zbóje lub uciekinierzy, tfu! Skoro Caed Luned was tu posłała, pewnikiem żeście z tych drugich… Mylę się, a? Gotowizna, żadnych papiórów!

Mierzyli się krótko wzrokiem. Wreszcie Hugo odliczył umówioną kwotę i wystawił dłoń do kmiecia. Chłop wzdrygnął się, popatrzył na Wolframa pytająco. Mężczyzna z kamienną twarzą wziął monety od towarzysza i wręczył je wieśniakowi. Zjawiły się dzieci, niosąc miskę polewki i kaszę.

– Naplułam do środka! – syknęła cicho dziewczynka, podając naczynie gnomowi.

– Naszczałem! – zawtórował jej ze źle skrywaną niechęcią chłopiec.

Hugo uśmiechnął się krzywo i wziął jedzenie. Kmieć udawał, że nie słyszy złośliwości dzieci. Podał rękę Wolframowi i pożegnał się z wyraźną ulgą, zaganiając dziatwę z powrotem do chaty.

Mężczyzna i gnom rozsiedli się na progu stodółki, racząc się polewką.

– Nieźle smakuje, jak na naplute i naszczane – odezwał się Hugo.

– Od słów się zaczyna – mruknął między kęsami człowiek. – Nadal myślisz, że nie będzie tak źle?

Gnom zasępił się na chwilę.

– Może i masz rację, w wielkiej baśni o Nordlingach i nieludziach nie kroi się na szczęśliwe zakończenie – przyznał w końcu niechętnie. – Żeby chociaż ta nasza, mała, lepiej się potoczyła…

Księżyc zdążył już wzejść, gdy kobieta dotarła do zagrody. Przywitała się zdawkowo i od razu zdjęła brudną szmatę z dłoni człowieka. Obejrzała rękę z każdej strony, kazała poruszać palcami, posmarowała maścią i założyła czysty opatrunek. W powietrzu zapach ziół mieszał się z resztkami woni polewki. Znachorka pogroziła palcem gnomowi.

– Tu nikt takich jak ty nie lubi… Dość było wizyt mahakamskiej siódemki. Za pierwszym razem, po bimberku, ujeżdżali świnie i ćwiczyli chłopów na wyścigi, niczym jakieś leśne licha. Za drugim przywlekli dwa wozy pełne skrzyń i saków. Mężczyzn ze wsi zagonili, by zanieść to gdzieś w las. Nikt z tej grupy do sioła nie wrócił, a gnomy z demonów awansowały na krwiopijców, równych wampirom i poborcom podatków. Wśród tych ludzi był ojciec Cochall, matki nie znała: zmarła przy porodzie. Tu w co drugiej chacie jest jakieś dziecko przygarnięte przez tych, którzy przetrwali.

Hugo uśmiechnął się krzywo:

– Zapewniam cię, my nie z tych.

Caed przyjrzała się uważniej kompanom.

– Ludzie różne bajki gadają… Wyglądacie mi na rozsądnych, takich, co to wiedzą, że dla bajki życia nie warto tracić.

– Jakie to w tych stronach bajdy opowiadają do snu dzieciom, jeśli wolno wiedzieć? – odezwał się Wolfram. Caed spojrzała w rozgwieżdżone niebo i westchnęła.

– Wolno. Ot, o zbójeckim skarbie, co to ponoć nieopodal wciąż ukryty czeka na znalazcę, bo Dzierzbę wiedźmin jakiś ubił – powiedziała, nie odwracając wzroku od gwiazd. – Było tu takich trzech, co to twierdzili, że znali ją i że to nie bajda. Nie wrócili, tak jak ci ludzie zabrani przez siódemkę.

Na wzmiankę o łowcy potworów twarz Wolframa stężała.

– Patrzcie no, żyje taki wiedźmin z zabijania, czasem mu się popieprzy: człeka usiecze miast potwora… – mruknął. – A wszyscy i tak zadowoleni, dzicz ich durna.

– At, uwierz mi, Wolfram, ta kurewna to był demon w ludzkiej skórze. Należał się jej wiedźmin jak nic! Dobrze, że ją usiekł – wtrącił się Hugo.

– Mhm.

– Co: mhm? No co tak się gapisz?

– Patrzę sobie, jak ci się ze złości we łbie miesza. A taki mądry, zdawałoby się…

– Ech, idź ty… Przed chwilą słyszałem, jak wiedźminów kochasz!

– Nie kocham. Ale i w drogę staram się im nie wchodzić. Powiedz nam, życzliwa bajarko – Wolfram spojrzał na wiedźmę – dlaczego trzej śmiałkowie nie wrócili?

– Klątwa jakaś strzeże? – Kobieta wzruszyła ramionami. – Ponoć to złoto skażone szaleństwem Renfri. Ja tam się w to nie mieszam, a wam mówię: poniechajcie. Szkoda życia. Z serca wam radzę. Dwa grosze za opatrunek, goi się ta rana czysto, jak na psie. Rada jest za darmo.

 

W nocy lało jak z cebra, więc leśna rzeczka okazała się nie lada wyzwaniem. Musieli nadłożyć drogi, bo oznaczony na szkicu bród okazał się nieprzekraczalny z powodu rwącej wody. W końcu znaleźli powalony pień drzewa, po którym przedostali się na drugi brzeg. Tam Wolfram zsunął kapelusz na szyję, przymknął oczy i wciągnął głęboko powietrze kilka razy. Najwyraźniej zadowolony, gestem dał znać gnomowi, by prowadził, a sam zajął się zacieraniem śladów. Wolał, by nikt nie mógł podążyć ich tropem.

Hugo, z pergaminem w dłoni, prowadził, aż dotarli do małego, pokrytego trawą pagórka, na którego szczycie rósł rozłożysty dąb. Korzenie drzewa oplatały wzniesienie niczym rozczapierzona dłoń. Pomiędzy nimi znajdował się spory kamień. Gnom długo chodził wokół skały, mamrotał coś pod nosem, przykładał do oka dziwaczny monokl, nim orzekł, że już można. Razem, nie bez trudu, odwalili głaz, odsłaniając ciemny otwór wejścia, wysoki na gnoma, szeroki na dwóch. Człowiek roześmiał się na ten widok.

– Mam tam wleźć? Bo wiesz, mogę na zewnątrz zostać…

– Marudzisz, Wolfram. – Gnom sięgnął do saka, wyciągając górniczą lampę. – Nie chcesz poznać zakończenia bajdy?

– Właź sam… – Mężczyzna machnął ręką, uśmiechając się dobrotliwie.

– Jasne, a ty kamień zawalisz, jak zaklęty strażnik skarbu, bym nigdy na świat już nie wyszedł.

– Mhm. I jeszcze czarem obłożę. Właź, nie chromol, wcisnę się za tobą.

Hugo skinął głową, krzesząc ogień. Wziął głęboki wdech i ruszył do środka.

Naturalna pieczara pod wzgórzem miała kształt odwróconego lejka. W dół prowadziły solidnie wykute stopnie. Gnomy ze zbójeckiej bandy najwyraźniej nie porzuciły całkowicie wyuczonego w kopalniach i warsztatach Mahakamu rzemiosła. Hugo schodził ostrożnie, wypatrując pułapek, ale ku jego zaskoczeniu żadna machina nie usiłowała go zrzucić ze schodów, ściany nie pluły zatrutymi ostrzami – choć naliczył kilka otworów strzelniczych, niegdyś na pewno zamaskowanych – a zapadnia w miejscu jednego ze stopni, zakończona kolcami, była otwarta i nietrudna do pokonania, bo ktoś rozmieścił na ścianie stalowe kółka i przewlekł przez nie linę. Gnom, wysilając się tylko trochę, bezpiecznie pokonał przeszkodę. Wolfram podążał za nim, na przemian klnąc na kurdupli i zastanawiając się, jak radziła sobie tutaj słynna Dzierzba.

– Padnij! – wrzasnął nagle Hugo, rzucając się na stopień. Jego kompan w ostatniej chwili runął na plecy. W ciemności usłyszeli narastający świst, a potem wielka, nadziewana kolcami bela łupnęła w ścianę dosłownie o pięść nad nimi. Ziemia i kamienie posypały się ze ściany. W ciemności coś zapiszczało, usłyszeli tupot wielu małych łapek.

Kawał drewna zabujał się jeszcze kilka razy nad ich głowami, nim uspokoił lot na tyle, że mogli kontynuować wędrówkę.

– Dziwne… – powiedział Hugo. – Większość pułapek uruchomiona, a ta jedna się ostała. Co tu się zdarzyło?

Liczne, bielejące szkielety na dnie jaskini tłumaczyły część zagadki. Czterdzieści leżało w równym rzędzie, pod jedną ze ścian. Te wyglądały na najstarsze, będące tu najdłużej. Popatrzyli po sobie, gnom pobladł.

– Rozumne chłopaki od twojego kuzyna, jak mniemam, doszły do wniosku, że nikt poza nimi nie powinien znać lokalizacji kryjówki? – Cicho, bardzo cicho odezwał się Wolfram.

Trzy szkielety, z resztkami pancerza, leżały rozrzucone bezładnie, jakby spadły z dużej wysokości. Ich pochodzenie wyjaśniały chrzęszczące pod stopami połamane bełty. Nic nie tłumaczyło jednak otwartych i opróżnionych kufrów oraz półek z pergaminami i księgami. Hugo zaklął pod nosem i ruszył na poszukiwania. Wciąż zachowując ostrożność, przejrzał zakamarki pieczary i zaczął przeglądać papierzyska w nadziei na wartościowe znaleziska. Tak się zatracił w myszkowaniu po zbójeckim skarbcu, że otrzeźwiał dopiero gdy dobiegł go głos.

– Balissa, upał i krew… Jeszcze nie czułem takiego zapachu…

Wolfram obwąchiwał trzymaną w ręku czaszkę. Gnom uniósł brwi.

– Wiemy, czemu tych trzech nie wróciło. Nie wiemy, co ich tu w środku dopadło – powiedział człowiek.

– Pułapki?

– Owszem, ale ta jedna nadal czekała. Jakim cudem?

– Bo w sumie dość prosto ją na nowo ustawić? – Hugo zadarł głowę, próbując przez mrok dojrzeć drewno wiszące gdzieś nad ich głowami. Mężczyzna odłożył czerep.

– A kiedy zginął łup siódemki? Ktoś, kto go wyniósł, zastawił tę jedną na nowo? Po co?

– Nie wiem, może na takich jak my? Rozejrzyj się za śladami, masz nos do tego. Ja jeszcze przejrzę te półki…

Gnom wrócił do poszukiwań. W pewnym momencie, gdy poruszył pokaźne tomisko, poczuł niezwykły ciężar księgi. “Historiae naturalis” miała całkiem gruby grzbiet, ale nawet tak opasłe tomiszcze nie mogło tyle ważyć. Zaintrygowany Hugo, nie bez trudu, zdjął z półki wolumen i otworzył. Wnętrze ozdabiała zgrabnie wycięta wnęka, ani chybi na pokaźną flaszkę w koszyczku i kubki, zestaw umilający nudne wykłady lub żmudne studia nad naturą stworzenia. Obecnie zajmowała ją niewielka, pękata szkatułka z małymi uchwytami po bokach. Ex libris twierdził, że księga pochodziła z Oxenfurtu, choć zapewne zawartość skrzyneczki miała bardziej skomplikowaną historię. Hugo wyszczerzył się radośnie od ucha do ucha, zamknął tomiszcze z trzaskiem i dla porządku przetrzepał jeszcze pozostałe półki.

Wolfram dosłownie węszył i przeczesywał dno jaskini, próbując znaleźć jakieś wskazówki. Prychał przy tym co chwila, jakby go coś w nosie wierciło. Niezadowolony i rozdrażniony wrócił do gnoma, gdzie humor poprawiło mu znalezisko. Męczyli się chwilę z zamkiem. Z pomocą przyszedł im zestaw wytrychów, który Hugo nosił w saku. W blasku latarni zamigotały złote i srebrne monety, a także klejnoty: onyksowe agaty, szmaragdy o głębokiej, morskiej zieleni, krwistoczerwone rubiny, kamienie miłości lub wojen, oraz kilka niedużych diamentów. Jak dzieci oglądali każdą sztukę pod światło, podziwiając kolory i kształty.

– Nasza bajda ma chyba, mimo wszystko, całkiem niezłe zakończenie – odezwał się Hugo.

– No – sapnął zdumiony Wolfram – powiem ci, wręcz szczęśliwe! Tym lepsze, że niespodziewane. Nie starczy tego może na resztę życia, ale można się wynieść w inną okolicę, nie stojącą jeszcze w ogniu, gdzie nieludzi tak nie gnoją, a odmieńcy tacy jak ja mogą bezpiecznie żyć nawet w podcieniach ludzkich domów. To co, Kovir?

– Kovir, panie Wolfram, Kovir. I to niezwłocznie. Teraz, zaraz. Opuśćmy to miejsce, pókiśmy żywi.

 

Z duszą na ramieniu wspinali się po schodach z powrotem, przystając co kilka stopni i szukając pułapek.

– Te trzy szkielety na pewno należały do kogoś, kto zjawił się tu później niż… Niż ci pod ścianą.– powiedział Hugo podczas jednego z takich przystanków. – Może to sama kurewna wróciła po część, której nie zdołała za pierwszym razem wziąć ze sobą? Ponoć w Blaviken było z nią kilku najemnych zbirów, a to nie jest tania trucizna, tacy mordercy za gotowiznę…

– Czy Dzierzba pachniała balissą i berberką?

– Raczej juchą, czerwonym kurem i krzykami śmiertelnego przerażenia. Nie patrz tak na mnie, kuzyn pisał. Zdaje się, że wąchał ją z bliska zanim… Ech.

 

Ku własnemu zaskoczeniu, wyszli na powierzchnię cali i zdrowi. Księżyc wychylał się już znad drzew, gdy dotarli do wezbranej leśnej rzeki i drzewa przerzuconego nad rwącym nurtem. Tu czekała na nich niespodzianka, najeżona widłami, oświetlona pochodniami, w liczbie pięciu kmieci i dwójki podrostków. Dzieci w rączkach trzymały łuczywa, dorośli krzepko ściskali broń.

– Jak to w bajce, skarbu strzeże wielogłowy potwór o strasznych zębiskach… – Wolfram mruknął cicho do Hugo. – Zatarłem ślady, więc musieli wiedzieć, gdzie jest skarb…

Gospodarz, u którego poszukiwacze spędzili noc, odezwał się pierwszy:

– No, jak mata coś, to dawajta. Tedy puścimy was żywych. Kupa chopów z naszego sioła pobrali siłą, chujnomy, nikt nie wrócił. A dzieciory i matki zostały, karmić jakoś trzeba.

Gnom i człowiek spojrzeli po sobie. Hugo wzruszył ramionami, ale złość wykrzywiała mu twarz. Patrzył wyczekująco na towarzysza.

– Kovir czy nie? My czy oni? – szepnął z naciskiem.

Wolfram omiótł spojrzeniem wieśniaków, widły, pochodnie. Skurcz przeszedł mu przez twarz i z wahaniem skinął głową. 

– Było samemu szukać, wiedzieliście gdzie jest kryjówka – odezwał się gnom, odwracając głowę do kmieci. – Dajcie przejść, to ujdziecie z życiem.

– Nie szukalim. Nie wolno i już, Dzierzba zabronili. Mówiła, suka jedna – kmieć splunął pod nogi – że nawet po jej zgonie w ukrytym skarbcu byndzie mieszkać śmierć, że zaklęła. I tak było, nikt do tej pory nie wracał, chocieśmy czekali na nich jak na was. Aleście wy wyszli, znaczy z nią w komitywie, albo jej tajemnice siakoś wydarli. Tedy się podzielicie. Tak będzie lepiej. Za naszom krzywde.

– Za naszczaną i naplutą polewkę, za którąśmy i tak grzecznie zapłacili? Odstąpcie. – W głosie gnoma brzmiała głucha determinacja. Wieśniacy w odpowiedzi mocniej zacisnęli dłonie na widłach, ruszając na poszukiwaczy.

Wolfram zrzucił płaszcz i warknął głucho, nieludzko, skacząc do przodu. Człowiek przeobraził się w locie w futrzastą furię, uderzeniami szponiastych łap roztrącając zaskoczonych kmieci na boki. Trysnęła krew. Hugo postępował kilka kroków za wilkołakiem, wyjmując z saka srebrny łańcuch z obciążnikiem na jednym końcu. Gnom, owijając broń wokół przedramienia, obserwował uważnie polimorfa. Nie zauważył, że Jaśko zatknął pochodnię w glebie, chwycił za porzucone widły i ruszył na Huga. Gnom uskoczył w ostatniej chwili, narzędzie rozorało plecak, księga wyleciała w powietrze i upadła z plaśnięciem na brzeg rwącej rzeczki, łącząc tytułową przeszłość z teraźniejszością. Z otwartego tomiszcza wypadła skrzyneczka, która głośno brzęknęła luźnym wiekiem.

Chłopak porzucił broń i skoczył ku szkatule. Poślizgnął się na trawie i runął jak długi do wody. W ostatniej chwili gnom chwycił go za rękę. Młodzik, spadając, chwycił za uchwyt skrzynkę z kosztownościami, która zsunęła się do wezbranej rzeczki i teraz ciągnęła go na dno.

Wilkołak krwawo rozprawiał się z wieśniakami. Wrzaski urywane bulgotem oznajmiały rozszarpywane gardła, nieprzyjemne mlaśnięcia anonsowały uderzenia szponów.

– Zostaw to! – Hugo krzyczał do chłopca, próbując przebić się przez wrzaski umierających. – Później wyłowisz, a życia nie odzysk…

– Zostaw go, chujnomie! – wrzasnęła dziewczynka, wbijając nóż w bok gnoma. Hugonowi pociemniało przed oczami, usiłował trzymać chłopaka, ale ręka zesztywniała, a dziecięce palce nie były wystarczająco silne. Przez chwilę drapały bezradnie, rozpaczliwie ślizgając się na zesztywniałej, rozczapierzonej dłoni nieludzia, a potem w powietrzu rozległ się krzyk śmiertelnie przerażonego dziecka i wszystko nakryła woda.

Plusk.

Dyszenie, chlupot. Powarkiwania. Krzyk dziewczynki. Ciemność.

 

Wilkołak, nadludzkim wysiłkiem, wywlókł półprzytomnego dzieciaka na brzeg. Chłopak żył, zanosił się kaszlem, próbując wykrztusić wodę z płuc. Powietrze raz za razem przecinał pisk przerażonej dziewczynki. Klęczała obok leżącego bez życia gnoma, oczy rozszerzone, wlepione w przemieńca. Bestia podeszła do smarkuli, uniosła łapę, warcząc głucho.

– Nie waż się! To dziecko! – Nagły, kobiecy krzyk zatrzymał Wolframa. Na pień drzewa przerzucony nad rzeczką, z nadzwyczajną zręcznością, wskoczyła wioskowa wiedźma. Włosy falowały w biegu, odsłaniając ostro zakończone uszy. Mieszana krew. W ciemnościach mało kto mógłby dojrzeć taki szczegół, ale on widział.

 

A w tej chatce same dziwy

 

– Nie wiem, czy poradzę. – Wiedząca, gdy tylko zobaczyła jego zatrute księżycową furią ślepia, złożyła palce w ochronny znak, rozpinając wokół siebie zaklęcie. Czar przytępiał instynkty, ale Wolfram i tak z trudem odrywał wzrok od piersi kobiety. Wciąż czuł w ustach smak polowania, krew krążyła mu w żyłach z hukiem, teraz był czas na nasycenie się własnym zwycięstwem.

– Co ona tu robi? – zapytała kobieta, wskazując na dziewczynkę.

– To ona go tak urządziła! – wywarczał ze złością.

– Cochall? Jak to?

– Bo to nieludź – wydyszał Wolfram, z wysiłkiem odwracając wzrok od czarownicy. – W dodatku nie chciał oddać po dobroci tego, na co się napracował, a jeszcze brata jej ratował. Doprawdy, bezczelny kutasina, jak on mógł…

– Nie wiedziałam, że w tej formie stać cię na sarkazm, kundlu.

Wolfram obnażył zęby, warcząc głucho.

– Dużo… nie wiesz…

Caed Luned rozejrzała się dookoła. Któryś z kmieci żył jeszcze, rzężąc głośno. Przenosiła wzrok między ciemnością, w której umierał człowiek, a gnomem. Wolfram dostrzegł, jak zaciska usta, marszczy brwi, odwraca się plecami do mroku i wreszcie klęka przy Hugonie. Dziewczynka załkała, odpełzając. Wilkołak odsłonił kły i warknął w jej kierunku.

Gnom jęknął bełkotliwie, gdy wiedźma wyszeptała zaklęcie. Zmiennokształtny oblizał się łakomie, pożerając wzrokiem wiedzącą.

– Wokół ręki gnom ma obwiązany srebrny łańcuch – wycharczał. – Przywiąż mnie. Proszę.

– Jak skończę. Panuj nad sobą, jeśli przerwę teraz, to gnom nie ma żadnych szans. – W głosie półelfki pobrzmiewał źle skrywany strach. – Co tu się wydarzyło? Dlaczego? – rzuciła, nie przerywając opatrywania Hugona. Zdjęła płaszcz i uciskała nim ranę, szepcząc coś w Starszej Mowie. Kapota szybko nasiąkała krwią.

Opowiedział. Słowa przyniosły ulgę, gniew i ekscytacja ulatniały się z każdym zdaniem.

Wiedźma kiwała co jakiś czas głową, zaciskała usta, ale nic nie mówiła. Gdy skończyła opatrywać Hugo, wzięła łańcuch, pchnęła Wolframa pod najbliższe drzewo i przywiązała mocno.

– Znajdę kogoś żywego, poza jej bratem? – zapytała cicho, szepcząc mu do ucha. Pachniała ziołami, krwią i upałem; włosy łaskotały pysk przemieńca.

Wolfram westchnął ciężko i opuścił uszy.

– Małe szanse. To były widły i ja. Nie myślę wtedy zbyt czysto… On… Wyjdzie z tego? – zaskomlał równie cicho. Szczerze żałował, że nie spotkali się, on, wiedźma i łańcuch, w bardziej sprzyjających okolicznościach.

– Zrobiłam co mogłam, reszta w rękach Melitele. Jeśli dożyje świtu, może się uda. – Zioła. Rozpoznał zapach: to były berberka i belissa.

– To ty! – Szarpnął się gwałtownie, ale łańcuch trzymał już mocno. Srebro paliło żywym ogniem. – Ty opróżniłaś skarbczyk!

– Ja. – Odsunęła się o krok. – Miałam swoje powody. 

Tak, on, wiedźma, ale jednak bez łańcucha, przemknęła mu przez głowę szybka myśl.

– Ale… Leczysz ich! – zaskowytał, nie rozumiejąc.

– Od dziś, po tym – zakreśliła ręką półkole – już nie. Zaślepił ich gniew. Niewybaczalne, nawet wiedząc, że ktoś im bez dania racji wyrządził ogromną krzywdę. A wy… Mogliście przecież tylko ich poturbować i uciec. Ale nie, ty musiałeś pójść na całość i wyrżnąć ich jak barany. Żyjesz tylko dlatego – głos wiedźmy stwardniał, słowa cięły ostro – że opamiętałeś się na tyle, by wyciągnąć chłopca z wody. Może coś się jeszcze da ocalić, w tobie i w tym dziecku. Zabieram go do siebie, bo malec nie może sam nocą leżeć bez ducha w puszczy pełnej drapieżników. A was żegnam.

Odeszła w mrok.

Wolfram czuwał, nie mogąc zasnąć. Złość przychodziła i odpływała falami, za każdym razem zostawiając po sobie coraz więcej pustego smutku. Czekał na ranek, na przychodzącą z nim przemianę z powrotem w człowieka, by móc wysunąć się z więzów. Krótko przed świtem Hugo ocknął się na chwilę. Las tonął jeszcze w mroku, ale widać było żarzące się w ciemności ślepia wilkołaka.

– Nic nie mów! – popiskiwał i powarkiwał na przemian Wolfram. – Odpoczywaj! Rano znajdę kosztowności, ściągnę najlepszych oxenfurckich cyrulików! A potem Kovir! Żyj, żeby cię tak popizgało, żyj, rozumiesz?!

Hugo uśmiechnął się słabo, pęcherzyki krwi pękały w kąciku ust.

– Zatruli nawet dzieci… Nienawiścią… Co za kurewskie czasy…

 

pst, iskierka zgasła.

 

Cochall owinęła się mocniej starym płaszczem. Kaptur i większą jego część pokrywała rdzawa plama. Ścisnęła pokręconymi od artretyzmu dłońmi stary symbol zemsty. Znów nie mogła spać. Kobieta, siedząca obok, kołysała się katatonicznie w przód i w tył. Była jeszcze młoda. Trzymała w ramionach szmacianą lalkę. Gładziła ją po włosach, zrobionych ze sznurków i okrawków, jakby to było żywe dziecko. W oczach miała szaleństwo. Nic dziwnego, ponoć patrzyły, jak jej rodzinę wyżyna w pień komando nieludzi.

Cochall siedziała we wspólnej izbie, w przytulisku dla bezdomnych, niedołężnych, starych, chorych, bezużytecznych… Takich jak ona. Co z tego, że zimą wskazała temerskim żołdakom wiedźmią chatkę? Co z tego, że zbrojni rozwłóczyli końmi półelfią wiedźmę za pomoc udzielaną mordercom, miast uczciwym kmieciom? Co z tego, że gdy później elfie komando najechało wieś szukając sprawców, a ojciec wiedźmy przykładał jej do gardła ostrze miecza, wywiodła ich wszystkich w pole kłamiąc bez mrugnięcia okiem? Co z tego, że podsłuchała gdzie nieludzie trzymają zrabowany z kryjówki skarb Dzierzby i poprowadziła Temerczyków do leśnej ostoi, a klejnoty przeklętej księżniczki po raz kolejny naznaczyła krew? Co z tego, że nigdy potem zaznanej krzywdy nie odpuściła, a już chujnomom i elfim kurwom szczególnie? Że całe życie poświęciła na wyplenienie tego ścierwa, by już nigdy nie skrzywdzili dobrych ludzi? Co z tego, że uszła z życiem, skoro gniew i strach nie znikły, własne dzieci o niej zapomniały, jakby była jakąś opętaną wariatką? Teraz była sama, stara i schorowana. Ukochany Jaśko, nie wiedzieć czemu, nigdy jej nie wybaczył wydania Caed Luned i ciążyło to między nimi bardzo długo, nim w końcu odszedł w świat. Rodzime leśne sioło, przetrzebione śmiercią, zapadało się w sobie, aż w końcu wszyscy je opuścili i wieś stała się tylko bezimiennym wspomnieniem z dzieciństwa.

Kobieta obok, nadal kiwając się w przód i tył, nuciła lalce kołysankę. Cochall skrzywiła się, rozpoznając słowa z „Pieśni wieczornych” autorstwa, niech go Wieczny Ogień strawi, gnomiego wierszopisa. W dodatku wydanych pośmiertnie.

– Kovirskie ścierwojady… Byleby zarobić – syknęła pod nosem.

A obok kobieta szlochała i nuciła na zmianę, tuląc lalkę do piersi:

 

Patrzy Wojtuś, patrzy, duma,

Łzą zaszły oczęta,

Czemuś mnie tak okłamała,

Wojtuś zapamięta.

 

Już Ci nigdy nie uwierzę,

Nienawiści mała,

Chwilę karmisz, potem trujesz,

Ot i bajka cała.

 

 

Pogorzelica, lipiec 2016 – Zielona Góra, czerwiec 2018

Koniec

Komentarze

Dla Twojego pióra, Rybko, nawet wiedźmiński tekst przeczytam z przyjemnością :) Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że poczytam coś Twojego.

Wrócę później z konkretnym komentarzem.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

O jakie ciepłe przywitanie ;-) No, to mam nadzieję, że przetrawisz i wiedźmiński bez zgagi :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Opowiadanie jest na tyle uniwersalne, że bez i tak pozostającego w tle wiedźmina obejdzie się bez najmniejszego problemu. Nawet jeśli więc za czytanie zabierze się ktoś taki jak ja, czyli raczej anyfan niż fan, to nawiązania ani brak szczegółowej wiedzy o oryginalnym świecie nie będą przeszkadzały.

Przepięknie napisana opowieść. Popłynęłam z jej nurtem od pierwszego do ostatniego zdania (a miałam nadrabiać komentarze do konkursowych tekstów). Masz niesamowity dar przeplatania właściwej historii wstawkami z piosenek. U różnych autorów wychodzi to różnie, ale u Ciebie są tak naturalnie wplecione, że nie umiem sobie wyobrazić tekstu bez nich.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

heart Dzięki, Śniąca. Cieszę się, że uprzyjemniłem ci wieczór :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Na widok gnoma ludzie spluwali na ziemię i odwracali głowy, szybko wchodzili do chat, trzaskały zamykane drzwi i okiennice. Mimo to mogli przysiąc, że zza bezpiecznych ścian śledzą ich dziesiątki oczu.

Podmiot zgubiłeś. W drugim zdaniu, to wciąż ludzie.

Wolfram skinął Hugo głową na znak

Tutaj trochę się zgubiłem i musiałem wracać kto, komu, czyją głową kiwa.

goi się ta rana czysto, jak na psie.

To ładne.

żmudne studia nad naturą stowrzenia.

Literówka.

Nierówne opowiadanie. Pierwsza część dużo lepsza. Więcej klimatu i naturalności w postaciach. Później trochę odnoszę wrażenie, że ich takie, a nie inne zachowanie wymaga fabuła. Rymowanki ładne, plot twisty całkiem, całkiem. Zastanawiało mnie czemu wiedźma tak szybo zrozumiała, że idą do kryjówki. Dobrze, że później się to wyjaśniło. Brakuje trochę przecinków, ale jest wiedźmińsko.

Miło się czytało, wciągające. Na plus, że nie odczułem ponad 30k, a szybko przeczytałem. :) Ogólnie solidny tekst. :)

A dziękuję serdecznie :-) Poprawki naniesione. 

Nic tak nie cieszy, jak to, że tekst sam się czyta.

Później trochę odnoszę wrażenie, że ich takie, a nie inne zachowanie wymaga fabuła

→ od którego fragmentu/momentu mniej więcej? Lub której sceny?

 

Rymowanki nie moje, tylko z kołysanki, psze pana. Takiej bardzo starej i bardzo znanej ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

od którego fragmentu/momentu mniej więcej? Lub której sceny?

Mniej więcej od wyjścia z kryjówki, scena konfrontacji.

Rymowanki nie moje, tylko z kołysanki, psze pana. Takiej bardzo starej i bardzo znanej ;-)

Nie zmienia to faktu, że nadal wplecione ładnie i pasują do całości. :)

Nie, no nie mogę! Co ja bym dał za takie słodkie słowa, płynące z ust Śniącej. Pozazdrościć, PsychoFish! ;)

AC – dzięki. Dlaczego właśnie od tamtąd zachowania postaci wydały ci się 'mniej naturalne'?

Kołysanka – ano dziękuję, taki był zamiar i bardzo się cieszę, że się udał. :-)

 

maciekzolnowski – ty nic nie dawaj, tylko pisz! Śniąca sama znajduje dobre teksty do pochwalenia :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

ty nic nie dawaj, tylko pisz! Śniąca sama znajduje dobre teksty do pochwalenia :-)

laugh

 

Dawaj, dawaj! Dawaj z siebie wszystko i pisz coraz lepiej ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ciężko mi to sprecyzować. Dialogi odstają poziomem od przedniej części. Między wilkołakiem a gnomem jest pewna chemia i uzupełniają się. Oddzielnie, lub kiedy do rozmowy włącza się ktoś o podobnym znaczeniu dla historii (wiedźma) staje się to nieco sztuczne.

np:

– Ja. – Odsunęła się o krok. – Mahakamska stal kosztuje, a hanza mojego ojca potrzebuje dobrych mieczy. By nie skończyć z nożem w boku, wrażonym przez ludzkie dziecko. I by żaden, jak to ująłeś, bezczelny kutasina więcej bezkarnie nie podnosił ręki na kobietę tylko za to, że odważyła się kochać elfa.

Po co ona im to tłumaczy? To takie hollywoodzkie trochę. Odnoszę wrażenie, że bohaterowie nie tworzą historii swoimi decyzjami, a raczej fabuła, która zmierza w danym kierunku determinuje ich zachowania.

Myślę, że to jednak subiektywne i ktoś inny mógł to odebrać zupełnie inaczej. :)

Hmmm… Dzięki, odnotowane. I chyba muszę tam dorzucić jedną małą rzecz, jeżeli odbiór się będzie powtarzał w podobny sposób. Sądziłem, że odpowiedz na twoje pytanie wyniknie z sytuacji. Prześpię się z tym i poczekam jeszcze. 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No fajne, ale dlaczego dzisiejsze opowieści nie kończą się: “żyli długo i szczęśliwie”.

@AC – myślę, że masz rację. Ten infodump w kwestii dialogowej wiedźmy jest za teatralny, a jego miejsce jest w epilogu zamykającym wątki, w dodatku w formie lekko niedopowiedzianej – i tak też zrobiłem.

 

@homar – wszelki duch! ;-) Dzięki za wizytę i wylewność :-D

A dlaczego? Bo to ‘wiedźmińskie’, bo to przetworzenie lub nawiązanie do wzorca powszechnie znanej bajki, baśni lub podania w formie brudnej, realnej – gdzie brak szczęśliwego zakończenia lub pozornie szczęśliwe zakończenie tak zaprawione goryczą, że już nie smakuje – jest elementem kanonu wiedźmińskiej antybajki. 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Fajnie, że zajrzałeś, Psycho. :-)

Dobra opowieść, ładnie pograłeś motywami Czerwonego Kapturka. Jeszcze to podkreśliłeś bajkową kołysanką.

Morał solidny, tak na granicy moralizatorstwa, ale chyba jeszcze jej nie przekracza. A zresztą, taki słuszny, że i przekroczenie można by mu darować.

Napisane porządnie, ale to wiadomo.

W środku, zabalsamowany, leżał gnom. Ręce miał skrzyżowane na piersi, oczy zamknięte, usta lekko rozchylone, był odziany w czyste, choć znoszone ubranie.

Po dłuższym pobycie pod kurhanikiem miał czyste ubranie? W kapsule pozaprzestrzennej go pochowali? ;-)

– Kóz i owców nie tykajta!

Taka dziwnie niekonsekwentna odmiana naprawdę istnieje czy ją wymyśliłeś?

Babska logika rządzi!

Woohoo, dobrze Cię znowu widzieć, Psycho! Że tak zacytuję Metallikę – “Welcome Home (fantastyka.pl)”.

A opko przeczytam w najbliższych dniach :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Finklo! Bystrość oków Twoich niezrównana, a żelazność logiczna znana jest nawet dziikusom z dlaekich krajów! ;-) Czyli, idąc od tyłu – odmiana zasłyszana na innym słowie, oczywiście niegramotna, ale pikna. ;-) A czystość ubrania przestała urażać rozsądek twój, zmieniając się w rzeczonego odzienia odświętność ;-) Dzięki!

(Czerwony Kapturek – tak, kołysanka bajkowa – tak, morał – no jaki morał… że od nienawiści dzieją się złe rzeczy? Że każdy ma swoje racje, ale realizuje je w sposób do dupy? I że od tej dupy to prawdziwego, trwałego zła niedaleko, wystarczy się struć? ;-) ) 

 

Dzień dobry, CountPrimagen ;-) Dziękuję za ciepłe przywitanie. Wpadłem na momentów parę, bo nagle pykły dwa lata od ogłoszenia konkursu wiedźmińskiego, a ja się obudziłem: jak to? Kiedy to się stało? Zapraszam do lektury i komentowania. Bo jak juz wpadłem, to i ja sobie pokomentuję. Jak to mawiają, żeby wyjąć, trzeba ten, no, włożyć… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho, nie mówię, że odmiana “owców nie tykajta” nie jest pikna. Ma swój urok. Ale pisałabym konsekwentnie: “kozów i owców”. Idź na całość! ;-)

Ja tu widziałam morał, że rasizm jest zły. Bardzo zły. Sama nienawiść… Pewnie każdemu się zdarza znielubić tę zołzę, co zabrała chłopaka, tego fiuta awansowanego na stanowisko, które mnie się należało… Ludzka rzecz. Ale tak bez powodów – to jest chore.

Babska logika rządzi!

Ależ tutaj każdy ma powód, prawda? Ta nienawiść nie dzieje się bez powodu, mniejsza z tym jakiego. I truje dookoła, nakręca się w tej spirali, z której ciężko wyjść, uciec. Dlatego ‘Trucizna’. ;-)

 

EDYTKA:

A pomieszanie prawidłowej odmiany z nieprawidłową właśnie tak usłyszałem – i to jest urzekające ;-) 

 

PO EDYTCE

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No, niezupełnie ma powód. Ludzi z wioski zabili zbójcy Dzierzby, a nie bohaterowie opka. Jednostkowa nienawiść wydaje mi się naturalna, ale generalizowanie (wszyscy rudzi, czarni, cykliści, geje, Rosjanie, gnomy…) jest chore. Trucizna to dobry tytuł.

Hmmm. Mnie mieszanie dobrej odmiany ze złą raczej nie leży, ale skoro Cisie… ;-)

Babska logika rządzi!

Gnomy wyglądają podobnie.

Białasy też.

Ludzka głowa upraszcza, posługuje się stereotypami i robi to automatycznie – mniej jest takich osób jak Ty, które świadomie to kontrolują, nie oceniają/osądzają z góry i potrafią powstrzymać odruchową reakcję i/lub uprzedzenie.

A z drugiej strony, w kimś wiecznie poszturchiwanym złym słowem/uczynkiem/dotykiem frustracja potrafi bujnie się rozrastać – i jej ujście też bywa… niekontrolowane. :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

„– Powiadam ci, Wolfram, nie miał szczęścia ten mój kuzyn[+.]gGnom wsparł się na łopacie, ocierając czoło.”

 

„Pracował w milczeniu, rozkopując dalej grób. W końcu natrafił na zakopane ciało.”

 

„Musi[-,] z napadu, bo nikt przytomny…”

 

„– Tylko te wierszydła[+.] – Hugo potrząsnął rulonem.”

„Mimo to[-,] znaleźliśmy mogiły całej szajki…”

 

„Musi[-,] zakochał się, kretyn.”

 

„Wolfram milczał chwilę, spoglądając na kurhany i wspominając zabalsamowane ciało[+.]

 

„Wolfram przechylił się do pergaminu, na którym roześmiany gnom wskazywał żółtawy szkic, który pojawił się poniżej kołysanki-rymowanki pod wpływem ciepła[-spacja].”

 

„Nie pałętał się tu nikt[-,] poza zbrojnymi.”

„Nie to, co o tam[+.] – Wskazał palcem samotną postać, migającą w oddali między drzewami.”

 

„– Spokój w lesie był przynajmniej – skomentował Wolfram. – Nie pałętał się tu nikt, poza zbrojnymi. A tych było z daleka słychać. Nie to, co o tam – Wskazał palcem samotną postać, migającą w oddali między drzewami. – Wtedy samojeden nikt się w las nie zapuszczał.

– Dobrze, dobrze, rozumiem… Ale nie jest teraz lepiej?

– Teraz może i tak. Ale za parę miesięcy, może rok, ludzie zaczną wycinać las, polować.”

 

„Postać zbliżała się w ich kierunku” – Ten zwrot jest bez sensu, masło maślane. Nie mogła się zbliżać nie w ich kierunku.

 

„Okrzyknięta[-,] wyprostowała się gwałtownie, rozglądając się z przestrachem.”

 

„W lesie żyła Baba-Jaga,

Miała chatkę z masła,”

Czemu cytat kończysz przecinkiem?

 

„– Cochall! Jaśko!” – cholernie zgrzytnęło mi zestawienie imienia „fantastycznego” i swojskiego, polskiego.

 

„Dwoje wyrostków wyskoczyło zza drzwi. W dziewczynce rozpoznali małą spotkaną w lesie, zaś chłopiec wyglądał na jej brata.” – Bój się bogów, Psycho. Wyrostek to kilkunastoletni chłopak, dziewczynka nie może być wyrostkiem!

 

„W międzyczasie dziatwa gospodarza przyniosła miskę polewki i kaszę.

(…) Podał rękę Wolframowi i pożegnał się z wyraźną ulgą, zaganiając dziatwę z powrotem do chaty.”

Za blisko siebie ta dziatwa.

 

„…by wykarbować w głowach wasz obraz tuż obok leśnych demonów.” – Przyznam że nie rozumiem w jakim sensie zostało tu użyte słowo „wykarbować”.

 

„człeka usiecze[-,] miast potwora”

 

„Gnom długo chodził wokół skały, mamrotał coś pod nosem, przykładał do nosa jakiś dziwaczny okular…” – Czy na pewno do nosa się okular przykłada?

 

„Gnomy ze zbójeckiej bandy najwyraźniej nie porzuciły całkowicie wyuczonego w kopalniach i warsztatach Mahakamu rzemiosła. Hugo schodził po nich ostrożnie…” – Wiem, że się czepiam, ale to brzmi tak, jakby Hugo schodził po gnomach, a nie po stopniach, bo to gnomy były ostatnim podmiotem ;)

 

„Kawał drewna bujał się jeszcze kilka razy nad ich głowami, nim uspokoił lot na tyle, że mogli kontynuować wędrówkę.” – Jeśli się bujał, to przez chwilę, jeśli kilka razy, to np. zabujał (różnica między czynnością ciągłą a jednorazową).

 

„Większość leżała w równym rzędzie, pod jedną ze ścian. Te wyglądały na najstarsze, leżące tu najdłużej.”

 

„– Rozumne chłopaki od twojego kuzyna, jak mniemam, doszły do wniosku, że nikt poza nimi nie powinien znać lokalizacji kryjówki? – cCicho, bardzo cicho odezwał się Wolfram.”

 

„– Nie wiem[+,] może na takich jak my?”

 

„Wnętrze ozdabiała zgrabnie wyciętą wnęka” – wycięta

„gdzie nieludzi tak nie gnoją, a odmieńcy tacy jak ja mogą bezpiecznie żyć w podcieniach.”

– Co to znaczy, że w podcieniach? Dziwna przenośnia.

 

„A w tej chatce same dziwy,”

Znowuż mnie zdziwił przecinek na końcu cytatu

 

„Kaptur i większa jego część pokrywała rdzawa plama.” – Większą

„Nic dziwnego, ponoć patrzyły, jak jej rodzinę wyżyna w pień komando nieludzi.

Cochall patrzyła w ogień we wspólnej izbie…”

 

Przeczytałam gładko, ale jakoś mnie nie kupiłeś samą historią (chociaż, patrząc pod kątem konkursu, zgrabnie nawiązujesz do różnych okołowiedźmińskich miejsc/osób/wydarzeń itp.). Historia zresztą jak historia, trochę mnie poirytowała łopatologia dotycząca tej trucizny, co to ludzi trawi. Jakoś to wszystko zebrane razem do kupy nie przekonało mnie i tyle. Ale czytało się dobrze.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki, Jose ;-)

Poprawię sobie wieczorem.

 

Łopata? Hmmm, coś jest na rzeczy, skoro Finkla też tak twierdzi :-)

 

EDYTKA:

Jose – karbowanie to karbowanie, można pewnie ten obraz wyryć. Masz rację semantycznie – karby służą jako liczebniki, więc zmieniam.

 

Reszta uwag – jak zwykle w punkt i bardzo zasadna, muchos gracias!

 

Łopatę, mam nadzieję, zredukowałem do łopatki.

 

I PO EDYTCE

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Świetny tekst. Mimo że nie moje klimaty przeczytałam z przyjemnością :) I bardzo mi się wstawki z piosenek i nawiązania do “Czerwonego Kapturka”.

Bardzo dobrze napisane, płynne, magiczne opowiadanie… Klikam i dziękuję za miłą lekturę.

Zawsze do usług ;) Zachodź do nas częściej ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

katia72 – dziękuję za dobre słowa i kilk. Cieszę się, że się spodobało, dobrze, że trafiłaś po redukcji łopaty – znaczy, chyba się operacja powiodła, tekst przeżył ;-)

 

Jose – z przyjemnością zaglądam, ale się nie odzywam. Czas. Ale, że wrzuciłem opko, to i oddam tutejszemu światu trochę komentarzy do garnuszka. Nie lubię tylko brać, jeśli mogę dać. Ta społeczność, żeby funkcjonować, musi działać w obie strony :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

kurewna

XD

 

Właściwie to nie lubię fanfików (jak i coverów), jednak w czasach, gdy Sapkowski zgubił klucz do swojego świata, nie ma co kręcić nosem – szczególnie że Trucizna jest kolejnym dowodem na to, że nie tylko on to potrafi ;)

 

Wsiąkłem właściwie od pierwszych zdań. Narracja, jak to u Ciebie, potoczysta, a wierszyki fajnie urozmaicały treść. Początek z haczykiem, choć takim niewielkim – raczej na płotkę (ekhm…) niż szczupaka ;) Fajnie, że rozkopują grób, później jeszcze fajniej, że wspominasz Dzierzbę, ale na wzmiankę o skarbie przewróciłem oczami – ograne.

Później jest raczej klasycznie – wiocha, gdzie nienawidzą bohaterów, kryjówka z pułapkami, obława… No, opowiadanie jest konkretnie fabularne, ale nieco zbyt klasyczne w swej konwencji. Twist z Cochall dobry, choć w pełni tego nie rekompensuje.

Przesłanie, czy jak to tam nazwać, i odniesieniu do tytułu wyszły zgrabnie, podobało mi się. Podobnie bohaterowie, z Caed Luned włącznie – wiarygodni i wyraziści.

Warsztat – klasa. Tytuł trochę zbyt prosty jak na mój gust, ale, jak wspomniałem, dobrze koresponduje z treścią.

Słowem, udany tekst. Może nawet bardzo udany, szczególnie że zrealizowałeś w nim swoje zamierzenia. Z pewnością godny stempla jakości, a może nawet… hrabiowskiego błogosławieństwa ;)

 

Tyle ode mnie, na koniec ulubione fragmenty:

Oj, bo się w tej Dzierzbie zadurzył, wariat. Nie on jeden, wszyscy ją kochali, idioci, że aż strach.

Tu mnie kupiłeś, też ją kocham <3 :D

Czar przytępiał instynkty, ale Wolfram i tak z trudem odrywał wzrok od piersi kobiety.

Przemieniony, poraniony, ale wciąż jedno mu w głowie… ;D

 

 

Nie lubię tylko brać, jeśli mogę dać. Ta społeczność, żeby funkcjonować, musi działać w obie strony :-)

Heh, akurat Ty dałeś portalowi naprawdę wiele, Psycho. Szkoda, że tak niewielu to rozumie… :)

 

Trzym się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Zdecydowanie za mało konkretnych zdarzeń, po prostu fabuły, a za dużo opisu i wykładu, jaki to świat będzie zły. Tekst się ciągnie i specjalnie nie zaciekawia, a nawet lekko nudzi. Pomysł może i niezły, ale jego prezentacja ginie w zbędnych szczegółach. Przydałyby się cięcia.

Mogło być znacznie lepiej.

Pozdrówka.

Roger, dziękuję za Twój czas i opinię. Tak, z założenia to miała być powolna historia w jakimś zadupiu na Zarzeczu, oparta o postaci i opis – zdarzenia są obecne w punktach widzenia i/lub paradygmatach bohaterów. Przykro mi słyszeć, że nie siadło. Co byś skracał?

 

Count, z kolei miło mi, że dostarcza przyjemności mimo pewnej kliszy czy też klasycznego formatu. Za klik-błogosławieństwo bardzo dziekuję. Zawsze mnie zdumiewa rozbieżność opinii pod tekstami; zdumiewa i cieszy, bo to takie laboratorium ludzkich gustów, w którym często pojawiają się nawet zaskakujące interpretacje lub reakcje.

Daj i bierz odnosi się nie tylko do tego portalu – to samo powinno działać w Herbatce, Weryfikatorium i tym podobnych miejscach. W takim naszym pisarskim parciu po uwagę odbiorcy łatwo zapomnieć, że twórców czekających na reakcję publiczności jest wielu. :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Sporo… Ma przykład ten fragment:

 

“– Teraz może i tak. Ale za parę miesięcy, może rok, ludzie zaczną wycinać drzewa, polować. Zresztą, nie tylko ludzie, wy też. A potem znów się po sercach trucizna rozleje, tu spalą krasnoludowi warsztat, tam gnomy kwasem gwałtowników poparzą, więc w ruch pójdą widły, kosy, pochodnie… Na tej krwi, jak grzyb po deszczu, wyrośnie tu elfie komando i zrobi się groźniej niż za Dzierzby. Foltest wyśle zbrojnych, żeby stal z gór nadal wędrowała bez przeszkód. Będzie jatka, a może nawet i las z dymem pójdzie. Pozorny to spokój, mówię ci, krótkotrwały.– Teraz może i tak. Ale za parę miesięcy, może rok, ludzie zaczną wycinać drzewa, polować. Zresztą, nie tylko ludzie, wy też. A potem znów się po sercach trucizna rozleje, tu spalą krasnoludowi warsztat, tam gnomy kwasem gwałtowników poparzą, więc w ruch pójdą widły, kosy, pochodnie… Na tej krwi, jak grzyb po deszczu, wyrośnie tu elfie komando i zrobi się groźniej niż za Dzierzby. Foltest wyśle zbrojnych, żeby stal z gór nadal wędrowała bez przeszkód. Będzie jatka, a może nawet i las z dymem pójdzie. Pozorny to spokój, mówię ci, krótkotrwały”.

 

Rozwlekły i bez emocji. Wystarczało wyciąć trochę wyrazów:

 

– Teraz może tak. Ale za parę miesięcy ludzie zaczną wycinać drzewa, polować. Nie tylko ludzie, wy też. A potem znów się po sercach trucizna rozleje, tu spalą krasnoludowi warsztat, tam gnomy kwasem gwałtowników poparzą. W ruch pójdą widły, kosy, pochodnie… Na tej krwi, jak grzyb po deszczu, wyrośnie tu elfie komando i zrobi się groźniej niż za Dzierzby. Foltest wyśle zbrojnych, żeby stal z gór nadal wędrowała bez przeszkód. Będzie jatka…Może nawet i las z dymem pójdzie. Pozorny to spokój, krótkotrwały.

 

 

Tak samo jest z kolejnym fragmentem.

 

Samotna postać okazała się dziewczyną, a właściwie dziewczynką. Strój miała prosty, wiejski, w ręku niosła koszyk, czoło zdobił wianek. Przystawała co rusz, rozgarniając gęstwinę zielonym badylkiem w poszukiwaniu grzybów i owoców. Wolfram wyszczerzył się szeroko:

– A niech mnie, motylka z barankiem tylko brakuje… Hej, dziewczynko! Co tam niesiesz?

Okrzyknięta, wyprostowała się gwałtownie, rozglądając się z przestrachem. Cofnęła się o krok na widok wstającego człowieka, ale gdy podniósł się gnom, pisnęła przerażona. Rzuciła koszyk na ziemię, zrobiła gest odganiający złe i odwróciła się na pięcie, czmychając ile sił. Pędziła przed siebie, sporadycznie zerkając przez ramię. Hugo i Wolfram stali w miejscu, obserwując tę gwałtowną rejteradę z uznaniem bywalców świata, w którym branie nóg za pas w odpowiednim momencie zwiększało wydatnie szanse na długie i szczęśliwe życie. Gdy dziewczynka zniknęła między drzewami, a las i jego mieszkańcy wrócili do swoich zwykłych konwersacji, człowiek podniósł porzucony koszyk i obwąchał go dokładnie.

 

Spokojnie może zdjąć z niego jedną czwartą. I opowiadanie bez zmiany klimatu nabrałoby dynamiki, a, moim zdaniem, tego właśnie mu brakuje

 

Pozdrówka.

Ha! W końcu dotarłem. A zasadzałem się na psychofiszowy tekst już od początku, tylko jakoś czasu brakło. I… 

W zasadzie to nie wiem, co napisać. Bo krytyka nie tu raczej sensu – tekst jest bardzo dobry – styl znakomity, solidnie podsapkujący, ale bez kopiowania, z zachowaniem nutki własnego charakteru. Lekka narracja, prosta, ale wystarczająco wymowa historia i takiż morał, ładnie zgrywający się z antybaśniowością całości. 

Więc wszystko cacy i jak najbardziej na miejscu ale… Zabrakło tego czegoś, co wymyka się wąskim widełkom konstruktywnej krytyki, zabrakło czegoś, co czyniłoby ów tekst świetnym, wybitnym może, zapamiętywalnym, chwytającym za gardło i żłobiącym dodatkowe rowki w korze mózgowej. Nie potrafię, jak Roger, wskazać konkretnego elementu, który mi się nie podobał, ewentualne dłużyzny kompletnie mi nie przeszkadzały, nawet jeśli były. Nie umiem powiedzieć co mi się nie podobało, ale nie umiem też się zachwycić. Może jurorzy konkursu wiedźminskiego też czuli podobnie, dlatego tekst, który teoretycznie posiada wszystko co powinien, nie poszedł dalej. 

A może po od Psychofisha wymagam po prostu błysku geniuszu, wspaniałości, której tu zabrakło. 

Nic to, najważniejsze, że lektura sprawiła mi autentyczną przyjemność.

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki, Roger – muszę sobie pod tym kątem przejrzeć. Nie jestem pewien, czy sama dynamika załatwi temat tajemniczego “czegoś”, co powoduje, że opowiadanie nie chwyta za serce, ale być może pomoże.

 

Hej thargone – dzięki za dobre słowo i biblioteczny klik. Trafiłeś chyba w sedno, ciężko określić, czego jeszcze w “Truciźnie” nie ma, żeby nie była “tylko“ dobra. Cieszę się, że potrafię zrobić gawędę tak, by dobrze się ją czytało, ale gryzę się tym brakiem “cusia” (bo, jak widać, tutaj też część czytelników na to wskazuje), szczególnie, że temat nienawiści jest takim mocno ruszającym mnie zagadnieniem. No nic, może komuś uda mi się podpowiedzieć, jakaś magiczna zapadka w głowie zrobi “klik” i poprawka sama się napisze ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

To jest inny problem, problem przedstawienia zajawki tajemnicy. Fakt, jest to źle rozegrane. Aż się prosiło, żeby wyodrębnić fragment z opisem pojawienie się szkicu na jednym ze zwojów. A potem wprowadzić kolejną zajawkę.

Ale to też wiąże się z redukcją nadmiaru opisu.

Pozdrówka.smiley

Przeczytałem i jestem zadowolony. Podobało mi się nawiązanie do kanonu. Podobało ukazanie bohaterów, ich stosunków oraz zakończenie. I bardzo, bardzo przypadły mi do gustu te wstawki wierszowane – idealnie budują klimat.

Ale jak u Thargone’a czegoś mi zabrakło. Myślę, że trochę może mieć racji Roger – środek z lekka mi się ciągnął, dopiero przyspieszona końcówka podbiła tempo. Ale to raczej drobnostki.

Podsumowując: solidny i fajny koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za wizytę i dobre słowo, NoWhereMan. Muszę sobie w takim razie przejrzeć pierwszą połowę tekstu :-) Kilka skrótów już weszło :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzisiaj upiekłem morszczuka, ale tu też dobra rybka.

Czytałem, niestety, na raty. Tak jak ac, miałem wrażenie, że początek trochę lepszy niż dalsza część, ale całokształt mi się spodobał. I także odczułem “chemię” między głównymi bohaterami. Nie brakowało mi może dynamiki, raczej takiego electro pie$#@!*^!$, o którym myślał Thargone. Za to przesłanie mądre.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Psycho, ty żyjesz :) I nawet atakujesz tekstem z szuflady. A tekst całkiem zacny, wciąga i ładnie napisany. Nie była to fabuła w rodzaju tych, gdzie czyta się na stojąco, ale konsekwentnie opowiedziana. Bohaterowie na plus, wkomponowanie piosenek pasuje.

Ło, goście, a aja tu resztki wódki na dnie tylko…

 

:-)

 

@Nevaz – rybka – morszczuk smakował, jak mniemam? ;-D

@zygfryd – żyję. Wpadłem na troszku w tym miesiącu ;-) Wiedźmińskie miałem puścić już dawno, tylko jakoś mi się przez te 1,5 roku zapomniało… ;-D

 

Nie wiem co z tym zrobić. To Kopnięcie Butem w Twarz to coś, co się pojawiło kilka razy w komentarzach jako brakujący element – musiałbym jechać po emocjach jakoś ostrzej, a nie jestem pewien, czy tekst nie straci wtedy na spójności :-( Dodam tam takie jedno małe zdanie (ha, skróty dały mi tysiąc znaków na razie…), ale to nie pieprznięcie, a raczej konsekwencja.

 

Dziękuję za Wasz czas i komentarze!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Opowieści wiedźmińskie, niestety, nie należą do moich ulubionych już to z racji swojej wtórności, już to z powodu, że rzadko znajduję w nich coś nowego i zaskakującego, coś, co zdołałoby mnie porwać i zadziwić. Stąd moje zdumienie, że tę historię przeczytałam bez najmniejszej przykrości, ba, nawet z przyjemnością i niejakim zaciekawieniem. Niewątpliwa to zasługa Twoich umiejętności pisarskich i takiego poprowadzenia opowieści, że, mimo pewnych usterek, łyknęłam Truciznę na raz, niczym nie popijając. ;)

No i cieszę się niezmiernie, PsychoFishu, że postanowiłeś wrócić na stronę. Mam nadzieję, że na dłużej.

 

Dodam jeszcze, że nader przypadł mi do gustu fragment, czerpiący z twórczości wieszcza:

…czoło zdobił wianek. Przystawała co rusz, rozgarniając gęstwinę zielonym badylkiem w poszukiwaniu grzybów i owoców. Wolfram wyszczerzył się szeroko:

– Motylka z barankiem tylko brakuje…  

 

 

Z pie­czo­ło­wi­to­ścią roz­wi­ja­li sta­ran­nie owi­nię­te płót­nem zwło­ki. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Z pie­czo­ło­wi­to­ścią roz­wi­ja­li sta­ran­nie spowite płót­nem zwło­ki.

 

Złość, gniew, szast prast i już nie mo­żesz cof­nąć tego, co się stało… –> Złość, gniew, szast-prast i już nie mo­żesz cof­nąć tego, co się stało

 

zro­bi­ła gest od­ga­nia­ją­cy złe i od­wró­ci­ła się na pię­cie, czmy­cha­jąc ile sił. –> Czy jednocześnie odwracała się i czmychała?

Proponuję: …zro­bi­ła gest od­ga­nia­ją­cy złe i od­wró­ci­wszy się na pię­cie, czmychnęła ile sił.

 

Gnom spoj­rzał wy­mow­nie na star­ca, zer­ka­ją­ce­go nie­przy­jaź­nie na przy­by­szy. […] Otak­so­wał przy­by­szów nie­uf­nym wzro­kiem… –> Obie formy są poprawne, ale sugeruję ujednolicenie pisowni.

 

Tam Wol­fram zsu­nął ka­pe­lusz na szyję, przy­mknął oczy… –> Jako że tylna część szyi to kark, a rozumiem, że Wolfram zsunął kapelusz na tył głowy, proponuję: Tam Wol­fram zsu­nął ka­pe­lusz na kark, przy­mknął oczy

 

wiel­ka, na­dzie­wa­na kol­ca­mi bela łup­nęła­ w ścia­nę do­słow­nie o pięść nad nimi. Zie­mia i ka­mie­nie po­sy­pa­ły się ze ścia­ny. W ciem­no­ści coś ­pisz­cza­ło, sły­sze­li tupot wielu ma­łych łapek. Kawał drew­na za­bu­jał się jesz­cze kilka razy nad ich gło­wa­mi, nim uspo­ko­ił lot na tyle, że mogli kon­ty­nu­ować wę­drów­kę. –> Czy dobrze rozumiem, że kolczasta bela, po tym jak łupnęła w ścianę, ciągle leciała, ale starała się to robić jak najspokojniej?

 

Wciąż za­cho­wu­jąc ostroż­ność, przej­rzał za­ka­mar­ki pie­cza­ry i za­czął prze­glą­dać pa­pie­rzy­ska… –> Powtórzenie.

Proponuję: Wciąż za­cho­wu­jąc ostroż­ność, skontrolował/ sprawdził/ przeszukał za­ka­mar­ki pie­cza­ry i za­czął prze­glą­dać pa­pie­rzy­ska

 

Ro­zej­rzyj się za śla­da­mi, masz nos do tego. Ja jesz­cze przej­rzę te półki… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Ro­zej­rzyj się za śla­da­mi, masz nos do tego. Ja jesz­cze przeglądnę/ przepatrzę te półki

 

Nie star­czy tego może na resz­tę życia, ale można się wy­nieść w inną oko­li­cę, nie sto­ją­cą jesz­cze w ogniu, gdzie nie­lu­dzi tak nie gnoją, a od­mień­cy tacy jak ja mogą bez­piecz­nie żyć… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

– Te trzy szkie­le­ty na pewno na­le­ża­ły do kogoś, kto zja­wił się tu póź­niej niż… –> Czy dobrze rozumiem, że trzy szkielety należały do jednej osoby?

Może: – Te trzy szkie­le­ty na pewno na­le­ża­ły do tych, którzy zja­wił się tu póź­niej niż

 

Jaśko za­tknął po­chod­nię w gle­bie, chwy­cił za po­rzu­co­ne widły i ru­szył na Huga. –> …Jaśko za­tknął po­chod­nię w gle­bie, chwy­cił po­rzu­co­ne widły i ru­szył na Hugona.

Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszej części opowiadania. https://obcyjezykpolski.pl/bruno-iwo-leo/

 

W ostat­niej chwi­li gnom chwy­cił go za rękę. Mło­dzik, spa­da­jąc, chwy­cił za uchwyt skrzyn­kę… –> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: W ostat­niej chwi­li gnom złapał go za rękę. Mło­dzik, spa­da­jąc, capnął za uchwyt skrzyn­ki…

 

Wciąż czuł w ustach smak po­lo­wa­nia… –> Skoro Wolfram jest teraz wilkołakiem, to czy na pewno ma usta?

 

Wil­ko­łak od­sło­nił kły i wark­nął w jej kie­run­ku. –> Można warczeć na kogoś, ale czy można warczeć w czyimś kierunku?

Może: Wil­ko­łak od­sło­nił kły i wark­nął na nią.

 

Zdję­ła płaszcz i uci­ska­ła nim ranę, szep­cząc coś w Star­szej Mowie. Ka­po­ta szyb­ko na­sią­ka­ła krwią. –> Kapota nie wydaje mi się najlepszym określeniem płaszcza wiedźmy. Proponuję w ostatnim zdaniu: Okrycie szyb­ko na­sią­ka­ło krwią.

 

Już Ci nigdy nie uwie­rzę… –> Już ci nigdy nie uwie­rzę

Czy kobieta nuci zaimek wielką literą?

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Spodobał mi się pomysł na wiedźmińską opowieść bez Wiedźmina, z dwójką własnych, oryginalnych bohaterów, a przecież zachowującą AS-owy gorzki klimat międzyrasowych waśni.

Za warsztat chwalił nie będę, bo nie po to chyba publikowałeś ;) Czytało się płynnie, choć momentami brakowało prostych didaskaliów, przypominających kto, co mówi (np. we fragmencie zaczynającym się od “mhm”). Niespasowały mi erotyczne fantazje Wolframa na temat wiedźmy i łańcucha, w tak dramatycznym momencie jakby wciśnięte na siłę (choć, co ja mogę wiedzieć o psychice wilkołaka?). I gdybym miał jeszcze się zastanowić, czego temu tekstowi brakuje do błysku, to chyba jakiejś konsekwencji w przywoływanych nawiązaniach. Bo, abstrahując od oryginalnych 7 krasnoludków, jest: Czerwony Kapturek, Na Wojtusia z popielnika (fajnie podzielone), Dziady cz II/Tata Kazika i Indiana Jones. Z dwóch ostatnich zrezygnowałbym, bo to za dużo różnych grzybków w barszczu ;)

Jako świeżynka nie ogarniałem do końca jak działa nominowanie do piórek, ale wówczas lożownik PsychoFish uprzejmie mi wyjaśnił, o co biega. Teraz, dwa lata później, role się odwróciły, choć nie wiem, czy do końca dobrze się stało. Tymczasem postaram się napisać cokolwiek mądrego.

Gdy konkurs wiedźmiński hulał na forum w najlepsze, miałem ten komfort, że mogłem sobie darować czytanie tych nawiązujących do Geralta opowiadań, nawet jeśli nierzadko uzyskiwały nominację do piórka. Moja niechęć do tych tekstów nie brała się z awersji do wiedźmina jako takiego, bo nawet lubię to uniwersum, ale odrzucała mnie idea pisania, w gruncie rzeczy, fanficów. Z całego tego przedsięwzięcia powstała książka, na okładce której nie ma nazwiska innego niż Sapkowski ani słowa napomknięcia, że to antologia. Taki trochę bait wyszedł z szukaniem ghostwriterów dla przygasającej gwiazdy i nie do końca mi się to spodobało.

Nie oceniam autorów biorących się za fanfiki, niech każdy pisze, co mu sprawia przyjemność. Dla mnie to trochę strata czasu i energii, które można by wykorzystać na rozwinięcie jakiejś własnej koncepcji. Oczywiście – kuszące jest korzystanie ze znanego wielu środowiska, czy sieci powiązań i odniesień, ale, no nie wiem, dusiłbym się w takiej konwencji, bo oryginału nigdy przecież nie zastąpię.

 

Dobra, wylałem żale, a tu przecież o opowiadaniu miałem pisać. ;)

Pierwsza połowa faktycznie wyszła bardzo sapkowska. Pokusiłbym się nawet, że nie do odróżnienia od oryginału – co w kontekście konkursu jest niemałą zaletą, jak mniemam, skoro szukano klonów tego, czego pan Andrzej, zdaje się, już nie potrafi.

Jednak im dalej w tekst, tym wszystko się jakoś rozjeżdża i siada. Przyczyn widzę kilka. Parę głównych bohaterów odebrałem jako nijakich i bardzo do siebie podobnych. Ponadto gdzieś do połowy byłem przekonany, że obaj są gnomami. Z błędu wyprowadziła mnie dopiero scena, w której wieśniak nie chciał podać ręki tylko jednemu z nich. Myślę, że tutaj pomogłyby bogatsze didaskalia, o czym wspomniał już Cobold. Dalej – pierwsza połowa opowiadania wypada wiedźmińsko właśnie dlatego, że pierwsze skrzypce odgrywa rasizm, stygmatyzacja, relacje międzyosobnicze. Nie potrzeba postaci wiedźmina, by to pokazać, co udało Ci się całkiem zgrabnie. Potem ma miejsce akcja z szukaniem skarbu, wyskakuje wilkołak, wiedźma… Cały wiedźmiński klimat zaciera się, z jego świata zostają co najwyżej nazwy własne, a ja odniosłem wrażenie, że to mogłoby być jakiekolwiek inne fantasy i mało kto posądziłby Sapkowskiego o autorstwo drugiej części “Trucizny”.

Jak dla mnie nierówno, a tematyka raczej mnie odpychająca, nie poprawiła moich wrażeń. Czyta się Ciebie bardzo dobrze, ale zwyczajnie myślę, że lepiej powracać z oryginalnymi historiami.

Dzięki za komentarze – ja tak na moment, widzę, że jest co przetrawić i poprawić. Z góry dzięki za Wasz czas, jeszcze tu zajrzę i poprawię/doczytam ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ładne :)

Wybacz, mości Rybo, że wykolejkowałem Cię na sam koniec, ale powód miałem ku temu, jak mniemam, stosowny. Otóż byłem przekonany, że po potężnej dawce Sci-Fi w wydaniu Mistrza Oriona, z założenia – słusznego zresztą – ciężkiej i mrocznej, warto będzie, tak dla równowagi, przysposobić sobie coś zdecydowanie bardziej skrojonego pode mnie, a przy tym opatrzonego gwarancją najwyższej jakości. A tekst sygnowany łuską tę gwarancję ma, i owszem.

I choć przeliczyłem się nieco w swoich założeniach – Szept okazał się wybrzmiewać o wiele łagodniej, niż przypuszczałem (i bardziej jeszcze przy tym przyjemnie), za to Trucizna nie smakowała tak, jak powinna – niczego nie żałuję, bo opowiadanie wiedźmińskie, niechby i odżegnane od wiedźmina, było dobrym wyborem na koniec ciężkiego miesiąca.

 

Czytało się, jak to Ciebie, świetnie: jest mądrze, błyskotliwie, ładnie (łamane przez zachwycająco), momentami zabawnie i… po coś. Niestety to “coś” nie imponuje niczym szczególnym. Ot, kolejne powielenie smutnego, a przy tym zdartego w Sapkoworldzie jak sandały Mistrza Lebiody schematu (mniej lub bardziej pozornie) bezsensownego rasizmu i prób dawania mu odporu. Nie powiem, że temat mnie nuży, męczy, drażni czy zniechęca, bynajmniej, bo AS potrafił wyjść z nim daleko poza proste układy: dobro i zło, czerń i biel bądź ładne i brzydkie, w dodatku nigdy nie idąc przy tym drogą prostą i oczywistą. A Ty, jak się okazuje (ale nie dziwi), potrafisz dotrzymać mu kroku bez zadyszki (choć styl jednak, a zarazem i klimat samej historii, był odczuwalnie inny niż u Sapka).

Niemniej, prawdę mówiąc, chciałoby się czegoś innego. Albo po prostu czegoś więcej, niż tylko tekstu-przykazania, swoistego moralitetu wpajającego prawdy tyleż wartościowe, co i oczywiste (a przy tym, że się powtórzę, mocno wyeksploatowane, szczególnie w tym konkretnym uniwersum).

 

Historię opowiadasz ciekawą, ale nie powiem, żeby wbiła mnie w fotel (i to nie tylko dlatego, że piszę te słowa leżąc sobie w łóżku jak pański byk). Z drugiej strony nie powiem też, żeby poziomem ustępowała niektórym tekstom ze Szponów i Kłów, a część pewnie i przebija.

Myślę, że byłoby ciekawiej, gdybyś zamiast koncentrować opowieść na odwiecznym problemie nienawiści względem nieludzi, bardziej skupił się na przygodowych aspektach opowieści. Albo po prostu dopchał tekst bardziej pod korek, bo konkursowy limit nawet nie zamajaczył Ci jeszcze na horyzoncie, i rozwinął tekst w obu kierunkach.

Jednak jest jak jest – czyli dobrze, a może i bardziej niż dobrze, ale bez wyraźnych odchyłów w stronę “zajebiście” i dalej; chyba głównie dlatego, że w obecnej wersji opowiadanie pozostawia po sobie dosyć nieprzyjemny posmak uproszczenia i spłycenia. Znaczy momentami tylko, ale jednak. Ot, choćby samo poszukiwanie skarbu; ma się wrażenie, że coś jednak za łatwo poszło im to wszystko i w rezultacie nie bardzo czuć tutaj jakiś konkretny klimat. A szkoda, bo początek zdawał się obiecywać właśnie taką fajną przygodę w starym, dobrym stylu.

Wiem, wiem, to akurat jest kwestia w najlepszym wypadku drugorzędna, ale spłycenie, o którym mówię – przy czym “spłycenie”, w kontekście całego opowiadania, jest słowem niedorzecznym – nie ogranicza się tylko do samej przygody. Cierpi na nim również i zakończenie – te wspominki starej już Cochall – które zostawia po sobie identyczne, jeno silniejsze jeszcze wrażenie.

Tu już w ogóle nastąpił brutalny gwałt na dobrej pisarskiej praktyce, żeby pewne rzeczy pokazywać, a nie po prostu o nich mówić, i, jak dla mnie, słabo – albo i ciut słabiej niż słabo – to wygląda. Szczególnie, że późniejsze dzieje tej… ekhem, no… stanowią materiał na bodaj jeszcze ciekawszą opowieść niż ta przez Ciebie przedstawiona.

Zaraz mecz, więc kończę powoli i znikam:

Zostały mi do obmarudzenia dwie kwestie. Pierwsza, to piosenkowe wstawki, które momentami wyszły naprawdę zajebiście – 

Chwycił kompana za rękaw i zanucił cichutko:

 

W lesie żyła Baba-Jaga,

Miała chatkę z masła

 

– Słyszałam! – burknęła kobieta, nie przerywając pracy.

(To tutaj to jeden z ładniejszych fragmentów opowiadania, taki… ciepły) – ale w większości jednak głównie rozpraszały.

 

Kolejna, ostatnia już kwestia, nazywa się Jaś. To imię, tak różne od imienia mieszkającej tuż obok, w tej samej wiosce, Cochall, a przy tym ni wuja, ni cioteczki niepasujące do całego uniwersum, stworzyło mi w głowie taki dysonans, że po prostu muszę zapytać: Co Cię, kurde, podkusiło, żeby pójść w tę akurat stronę? Nasuwają się jakieś powiązania z pewną bajką, w której też był Jaś i też była wiedźma/Baba Jaga. Pytanie tylko, gdzie w takim razie jest Małgosia i dlaczego w treści nie ma żadnych faktycznych nawiązań do tamtej opowieści?

 

Okey, to by było… A nie, by nie było, bo skoro już przy tym Jasiu jesteśmy, to przypomniałem sobie, że padła mi przed oczy rzecz jeszcze jedna, omówienie której wymaga ode mnie biegłości w posługiwaniu się controlem, bo będzie kopnij-wklep:

– Naszczałem! – zawtórował jej ze źle skrywaną niechęcią chłopiec.

Tutaj padłem. Choć może nawet rozłożyło mnie nie tyle to zdanie samo w sobie, co po prostu próba wyobrażenia sobie, jak Jasiu mówi gnomowi, że naszczał mu do zupy, nie czując przy tym do niego żadnej faktycznej niechęci.^^

 

Dobra, cza spadać, więc tak: Opowiadanie, mimo całego tego mojego utyskiwania, podobało mi się bezsprzecznie. Jest fajny styl i świetna stylizacja, są ciekawie skrojeni i porządnie zarysowani bohaterowie w bardzo ASim stylu, jest jakieś przesłanie i jest wyskakujący (trochę z dupy, ale to się podetrze) wilkołak. Generalnie jestem więc kontent z lektury. Nie na tyle jednak, by z czystym sumieniem wmutować Ci kolejne piórko w ogon.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Czytało się nieźle, ale historia mnie nie porwała. Może dlatego, że wolałbym mieć wiedźmina w wiedźmińskim uniwersum? 

Mam też wrażenie, że zabrakło mi tutaj klimatu prozy Sapkowskiego. Nie twierdzę, że nie było go wcale. Tylko po prostu za mało. Ani nie napisałeś po swojemu, ani po AS-owemu – przez co moim zdaniem wyszło blado. Nie przejąłem się losem bohaterów; nie poruszyło mnie dyskryminowanie gnoma.

Ale na poziomie fabuły widzę podobieństwa do wiedźmińskich opowiadań: przygodowa historia niespodziewanie przeradza się w coś więcej. 

To tak pod kątem “wiedźmińskości”. Jeśli chodzi o piórko, to niestety jestem na nie – dla mnie “Trucizna” to jedna z wielu historii fantasy, która nie wyróżniła się ani pomysłem, ani fabułą, ani wykonaniem. 

Jest AS-owskie nawiązanie do i przenicowanie jakiejś baśni.

Są Psycholowe wstawki śpiewane.

Spodobało mi się przesłanie. Niby takie oczywiste, i AS, i Rowling wałkują temat bez końca, a cóś się ten przekaz gubi…

Sympatycznie porozrzucałeś mrugnięcia okiem na temat tożsamości Wolframa.

Jestem na TAK, znaczy.

Babska logika rządzi!

Wpadam opóźniony, tłumaczyć się ze swego NIE. 

Choć przesłanie definitywnie na plus, nawet jeśli wałkowane przez wielu, to jednak mógłbym streścić ostatni akapit opinii Funa – jest to niezłe fantasy, ale niczym wyjątkowym mnie nie ujęło. Ot, przygoda dwójki wygadanych bohaterów, którzy mają swoje cele i ostatecznie decydują się je odłożyć na rzecz czegoś większego. Definitywnie warte Biblioteki, ale do piórka odrobinki zabrakło.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ufff, po długim czasie…

 

Jak zwykle, rozbudowana opinia Anet wali w szczękę, depcze po nerach i dla pewności poprawia w wątrobę. ;-D Ale i tak się cieszę. ;-)

 

Cieniu  – epicka recenzja mnie rozbroiła ;-) Rozważam popełnienie totalnego gniota tylko po to, żeby przeczytać jak nie zostawiasz na nim suchej nitki, bo twoja legendarna komciowa sprawność ma się świetnie ;-D Dziękuję, passus o wyskakującym z dupy (ale to się podetrze) wilkołaku roześmiał mój wieczór ;-D Odpowiadając na jedną uwagę – z Cochall przekombinowałem. AS od zawsze jechał dookołaceltycko, a chciałem tak schować “Kapturek”. Dać dziewczynce na imię tak jawnie “Kapturek” byłoby… ten… no sam wiesz.

 

Finkla – dziękuję bardzo. Może i lakonicznie, ale cieszy mnie, że do ciebie trafia.

Cieszy mnie też uczciwie postawiona sprawa przez NowhereMana . 

 

Tak sobie podsumuję: rozbudza oczekiwania, ale nie zaspokaja do końca. I to jest kłopot z “Trucizną” właśnie :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka