- Opowiadanie: sho - Ognie Świętego Antoniego

Ognie Świętego Antoniego

Ilustracje:

Jako wiodąca inspiracja posłużyła mi grafika Jakuba Różalskiego “Cat Girl”

Grafika dodatkowa –  Jakub Różalski “old apple tree”

W opowiadaniu wykorzystany został fragment tekstu “Piosenka o zagubionym sercu” Artura Marii Swinarskiego

Inne Inspiracje:

https://ciekawostkihistoryczne.pl/2017/08/21/nogi-gnily-i-odpadaly-tej-choroby-mozna-sie-bylo-nabawic-od-jednej-kromki-chleba/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Sporysz

https://pl.wikipedia.org/wiki/Mleczka

 

 

 

 

 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Ognie Świętego Antoniego

Poranek był upalny, zapowiadał duszny wieczór. Lato wisiało w powietrzu, przeganiało późną wiosnę całą swoją mocą. Wygrywało pasikonikami ciche pieśni, malowało nietrwałe miraże z rozgrzanego powietrza, tuż nad powierzchnią ziemi. Pole żyta, poznaczone niebieskimi łebkami bławatków falowało jak morze, poruszane słabym, ciepłym wiatrem. Strużka rzeki Mleczki, o wodach zabielonych osadem z wapiennych skał w jej górnym biegu, zauroczona słońcem parowała ku niebu. Krzaki czarnego bzu i jaśminu pachniały na potęgę. Kręciło się w głowie.

 

***

Wal ustawiła na progu, jak co dzień, miseczkę z wodą koloru mleka i spodek z malinami – poczęstunek dla kotów i polnych skrzatów. Mały rytuał, wspomnienie prababci, która odeszła dwa miesiące temu. Przeżyła matkę Wal, bo ta umarła przy porodzie, i jej babkę, która utopiła się pięć lat temu w rzece. O ojcu Wal nikt nigdy nie wspominał, a dziewczyna nie pytała. Prababka, mimo swojego sędziwego wieku, trzymała się nieźle. Czasami tylko cierpiała na silne migreny i bezsenność, które w spadku, razem ze starą chatą, małym poletkiem, ogrodem oraz stadem na wpół dzikich kotów, odziedziczyła Wal. Kiedy przychodził ból głowy, staruszka piła wywar z buławinki czerwonej. Miał niemal cudowne działanie, ból znikał po kilkunastu minutach, niestety nieco osłabiał i wprowadzał w dziwaczne stany. Świat wyglądał po nim inaczej, jakby oglądany przez kolorowy witraż. Prababka udawała się wtedy na jedną z rabatek z ziołami, kładła pośród nich i odpoczywała.

 

Nauczyła Wal wszystkiego, co sama potrafiła, zaszczepiła w niej miłość do roślin, swoje małe dziwactwa i przyzwyczajenia. Umarła otoczona ziołami. Kiedy Wal ją znalazła, leżała na wznak, uśmiechnięta, z rozpostartymi ramionami, wpatrzona w niebo, pośród kępy kozłka, od którego potocznej nazwy prawnuczka otrzymała imię. Może wypiła za dużo wywaru, a może zwyczajnie przyszedł jej czas.

 

Waleria została sama, jeśli nie liczyć kilkunastu kotów, które nie przestały odwiedzać chaty z odejściem prababki. Przeciwnie, pojawiły się nawet nowe, w tym chuderlawa, biała kotka. Szczególnie upodobała sobie poletko chabrów, które kobiety co roku siały na barwnik, przez co jej sierść nabrała miejscami niebieskiego koloru. Kiedy prababcia żyła, sprzedawały płatki kwiatów u tkacza w pobliskim Gniewczynie. Podobno wełna barwiona ich bławatkiem trafiała aż na targ w Przeworsku. Handlowały też żytem – ziarnem i słomą, idealną do naprawy strzech. Ich specjalnością jednak były zioła, na mniejsze i większe bolączki, niespokojny umysł, bezsenność i inne dolegliwości. Wszystko skończyło się wraz ze śmiercią staruszki.

 

Waleria zawsze trzymała się z trochę boku, była milcząca i nieufna, ale po śmierci prababki całkiem przestała odwiedzać Gniewczyn. Nie pojawiała się na targu i unikała ludzi. We wsi mówili, że całkiem zdziczała, że żałoba odbiera jej rozum.

 

***

Ból pulsował jednostajnie w lewej skroni. Maliny na spodku pachniały zbyt intensywnie, a niebieski kolor chabrów wdzierał się boleśnie do oczu. Oślepiał jaskrawością. Tak samo, jak wszechobecne słońce. Uciec. Schować się i jakoś zagłuszyć to męczące brzęczenie. Waleria odruchowo machnęła dłonią gdzieś przy swoim uchu, ale przecież wszystkich pszczół i much nie przegoni. Zapachy, kolory i dźwięki, które zwykle dawały jej tyle przyjemności, teraz wprawiały jedynie w irytację, potęgowały ból.

To już czwarty raz w tym tygodniu. Bezsenna, zbyt długa noc. I jeszcze ten przeklęty dzięcioł. Stuka tak głośno, jakby chciał obudzić umarłych. Gdyby go tak przegnać, wystraszyć. Albo złapać i rozerwać na strzępy… Powoli traciła cierpliwość, szczególnie że znała sposób jak uśmierzyć ból.

 

***

Dziewczyna wychyliła duszkiem wywar z buławianki i powędrowała na łączkę kocimiętki. Położyła się wśród małych krzaczków, rozpostarła ramiona i zamknęła oczy. Odurzający zapach ziół nie przeszkadzał jak inne, przynosił ulgę. Waleria zaczęła mruczeć pod nosem słowa piosenki:

 

Święty Antoni, Święty Antoni,

Serce zgubiłam pod miedzą.

Oj, co to będzie, święty Antoni,

Gdy się sąsiedzi dowiedzą.

 

Noce takie są upalne

I słowiki spać nie dają,

A przez okno do mej izby

Jakieś strachy zaglądają.

 

Gwiazdy gdzieś się pochowały

I utonął księżyc w stawie,

Więc uciekłam z dusznej chaty,

Po wilgotnej biegłam trawie…

 

Święty Antoni, Święty Antoni,

Strach mnie od rana opada,

Palą mnie skronie, w uchu mi dzwoni,

Już pewnie wieś o tym gada.

 

Święty Antoni, patron Przeworska, był częstym powiernikiem modlitw w tych stronach. Waleria, tak jak prababka, nie była religijna, ale piosenka towarzyszyła im od zawsze. Słowa nie miały wiele wspólnego z modlitwą, jednak przynosiły podobny skutek, uspokajały.

 

Poddała się.

 

Po cóż walczyć w mękach, skoro można rozpuścić ból jak dojrzałą malinę, zgniataną językiem o podniebienie? Po chwili poczuła się wygodniej w swoim ciele. Dotknęła pulsującej skroni, ucisk zelżał. Przejechała palcami po lewym uchu i mruknęła zadowolona. Przekręciła się na prawy bok i przeciągnęła mocno, wyciągając dłonie daleko, ponad głowę. Zapach kocimiętki drażnił zmysły.

 

***

Powietrze wokół drgnęło. Wal otworzyła oczy i zerwała się na równe nogi. Ktoś tu był. Przykucnęła i rozejrzała się uważnie. Syn tkacza uciekał w stronę wioski. Musiał mnie podglądać. Przeklęty, ciekawski bachor. Czy powinnam go gonić? Spojrzała na błękitnawą kotkę, wylegującą się pośród chabrów, zwierzątko miauknęło z wyrzutem. To chyba nie ma większego sensu, bo co powiedzieć, kiedy go dopadnę? Niech ucieka, lepiej poszukać tego paskudnego dzięcioła…

 

***

– Mówię wam tato, ona ma ogon! – wykrzykiwał rozpalony jak w gorączce, podekscytowany chłopiec. – I szpiczaste uszy! Jak u kota! I rzeka, rzeka jest cała biała! Zamieniła ją w mleko!

Stary tkacz podrapał się po czarnej plamie na przedramieniu i otarł czoło z potu wierzchem lekko trzęsącej się dłoni. Biała rzeka. Wydawało mu się przez chwilę, że wody Mleczki zawsze były zabielone, ale zaraz wrócił mu rozum. Przecie woda to woda, nie może być biała – a nawet jeśli, to ten ogon i uszy to już niechybnie czary.

Chłopak dygotał z podniecenia, raz po raz pocierał rozpalone policzki.

– Do tego ma niebieskiego kota! Jak matulę kocham, jest cały niebieski! I bluźniła! Śpiewała jakieś zaklęcia i bluźniła o Świętym Antonim! – wykrzyknął nagle, na jednym tchu, jakby dopiero sobie przypomniał.

To przelało czarę. Mężczyzna pokiwał głową i sapnął.

– Psiajucha, gorąco… – burknął, po czym zwrócił się do syna. – Leć po plebana Jędrek, musimy coś uradzić.

 

***

 

Przyszli od strony lasu, o zachodzie słońca. Cała wioska. Brakowało tylko starców i niemowląt. Kobiety, dzieci, mężczyźni – wszyscy. Uzbrojeni w kosy, widły i kije. Niektórzy śpiewali pieśni kościelne, modlili się w ekstazie, inni popłakiwali i mamrotali niezrozumiale, jeszcze inni chichotali złym, nerwowym śmiechem. Rozpaleni niezdrową ekscytacją, żądni krwi.

 

 

 

Waleria wyczuła ich dość wcześnie. Może zdołałaby uciec, gdyby nie osłabienie, pozostałość po buławince i przytępione od porannego bólu zmysły. Dopadli ją, kiedy starła się czmychnąć do pobliskiego lasku. Omotali linę wokół jej ramion i zawlekli na sklecony naprędce stos. Słoma z żyta, suche gałęzie i trochę siana, pośrodku palik w kształcie krzyża oblany oliwą.

Starała się tłumaczyć, prosić, jednak rozgorączkowany tłum nie słuchał. Zanim podłożyli ogień, dziewczyna zdążyła wykrzyczeć:

– Co złego wam uczyniłam?! Przeklinam was, przeklinam was wszystkich! Niechaj strawi was ogień na jaki mnie skazujecie! Niechaj odpadną wam ręce, którymi mnie mordujecie…

Zakrztusiła się, zadławiła dymem, który wdarł się w płuca taranem. Tak bardzo szczypał w oczy. Jak przez mgłę, dojrzała jeszcze błękitną kotkę, która obserwowała wszystko z dachu chałupy, po czym straciła przytomność.

 

Świat spłonął.

 

Prababcia mówiła, że śmierć potrafi być przyjemna. To prawda. Tonę w oślepiającym świetle, jak w białych wodach Mleczki. Maliny i mleko na progu domu wabią zapachem polne skrzaty. Pierwszy raz widzę ich małe ciałka. Pulsują życiem, pochowane między kłosami i w trawie. Żyto nieśmiało szumi o tajemnicach sporyszu, a mój anioł stróż tarza się w kocimiętce. W cieniu krzaków czarnego bzu dyszy lato. Przyklejam plecy do ziemi, okrążam z nią półprzytomne słońce. Kiedyś płynęło – teraz  wszystko paruje. Ja też. Jestem przezroczysta. Nieznośna lekkość chmur łaskocze i mrowi. Drżę. Staje się zimno, bardzo zimno. Skraplam się i opadam deszczem na liście starej jabłonki. Wokół pachnie życiem.

 

Otwieram oczy.

 

 

 

 

Błękitna kotka wdrapała się po pniu na jabłoń i usadowiła obok mniejszego kota.

– Mogłaś się powstrzymać od tej przemiany w ciągu dnia… – zamiauczała zdegustowana. – Teraz musimy poszukać innego miejsca na dom. Lepiej nie ryzykować. Mnie, moja mała, w przeciwieństwie do was, zostało już tylko jedno życie.

Mniejsza kocica zwiesiła łeb jakby zawstydzona.

– Przestań ją strofować, mamo. Tydzień temu skończyła szesnaście lat, to normalne, że chęć przemiany jest teraz u niej taka silna. – Ruda kotka miauknęła zadzierając łeb. Stała pod jabłonką, w towarzystwie czwartego, czarnego kota, który zamruczał przeciągle.

– Musisz bardziej uważać na swoje wywary babciu. Faktycznie, zostało ci już tylko jedno życie.

– Udajmy się nad morze – zamiauczała najmniejsza kocica i machnęła wesoło ogonem. – Nikt nas tam nie zna, mogłybyśmy wszystkie częściej chodzić na dwóch.

– Po szesnastu latach wracania do ludzkiej formy tylko nocami, przywykłam do czterech łap, ale morze rzeczywiście chętnie bym zobaczyła – zamruczała czarna kotka.

 

***

W Przeworsku dzwony biły przez godzinę, bez przerwy. Czarna klepsydra – tak wtedy mówili. Zaraza zmogła Gniewczyn, małą, pobliską wioskę nad Mleczką. Ludzie umierali tam w cierpieniach. Kiedy trafił do nich medyk z miasteczka, nie miał kogo ratować. Rozpalone ciała, pozbawione członków i zmysłów – to zastał. Nikt nie przeżył. Podobno chorzy krzyczeli o potworze, o dziewczynie, co rzekę w mleko zamieniła. Inni opowiadali w malignie historie o kotach przemieniających się w ludzi, albo o starej chacie, w której żyje niebieska kocica. Majaki umęczonych gorączką umysłów. Są jednak tacy, którzy do dziś plotą, że to pewnie wiedźma rzuciła urok na wioskę. Na szczęście co bardziej rozumni upatrują w zarazie przyziemnych przyczyn. Łapiduch wrócił z Gniewczyna cały i zdrowy. Nie zaraził się – znaczy najpewniej zabrała ich choroba krwawego chleba, zbrukanego brudnym ziarnem. Tak też zapisano w kronice miejskiej.

 

Święty Ogień strawił Gniewczyn.

Koniec

Komentarze

Przestań ją strofować[+,] mamo.

 

Tydzień temu skończyła 16 lat

Szesnaście. Liczby w dialogach zapisuje się słownie.

 

 

Bardzo dobry szort. Lubię taką narrację, impresjonistyczną, przemawiającą do zmysłów. Seria niezrozumień, nadinterpretacji i przeinaczeń syna tkacza wypadła całkiem fajnie. Zbudowałaś ten tekst w wielu interesujących detali i zakończyłaś go bez przesady, choć efektownie. Chętnie przeczytałbym jakiś Twój dłuższy tekst.

Cieszę się bardzo, że udało mi się w jakiś sposób do Ciebie trafić. Przyznaję, że nie raz miałam ochotę coś opublikować, ale zawsze wygrywała trema. Konkurs mnie zmobilizował, chociaż limit znaków strasznie dokuczał :). Może teraz uda mi się bywać tu nie tylko jako bierny czytający :). Dlatego tym bardziej dziękuję za komentarz i za uwagi.

 

Nie ma się czego wstydzić – jeśli ktoś Cię tu ugryzie, to konstruktywnie, tak, że coś z tego wyniesiesz na przyszłość. Ze swojego doświadczenia tylko dodam, że nic tak nie poprawia własnych umiejętności, jak wyszukiwanie usterek w cudzej twórczości, dlatego zachęcam także do czytania opowiadań innych. ;)

Nikt nas tam nie zna, mogłybyśmy wszystkie częściej chodzić na dwóch.

… nogach?

 

Opowiadanie powolne, leniwe, pierwszy akapit prawie mnie odrzucił, ale zostałem i cóż, treść uzasadnia to tempo. Co prawda szybko można było się domyślić “kotołactwa”, ale jednak zaskoczyło to, że przemiana w kota nie była finałem i później koty rozmawiały między sobą (przy okazji wyjaśnia to “kształt” rodziny).

Zaciekawił mnie wątek z poczęstunkiem. Wiem, że w północno-wschodniej Polsce takie talerzyki wystawiało się z poczęstunkiem dla węży, stary, pogański zwyczaj, który przetrwał do XX wieku. Zdaje się na Podlaszczyźnie i Lubelszczyźnie były podobne poczęstunki dla kotów, ale tego nie jestem pewien, czy mi się z czymś nie plącze. Czy w Podkarpaciu (bo jak mniemam po nazwach miejscowości tam się dzieje akcja) był podobny zwyczaj, czy to myk na potrzeby opowiadania?

Wal – ciekawe nawiązanie imienia kotołaczki do waleriany.

Gniewczyn – aż z ciekawości sprawdziłem w Google (szukałem czy to Suwalszczyzna, wyszło jak wyżej, że Podkarpacie, tyle, ze nazwa to zdaje się Gniewczyna?). Chciałem sprawdzić też, czy zaraza, o której mowa w opowiadaniu, to nawiązanie do jakieś historycznej zarazy. Nie znalazłem, za to wychodzi na to, że hańbiące momenty były w historii tej miejscowości (czy raczej dwóch miejscowości).

 

Ogólnie ciekawe, nie jakoś bardzo porywczo, ale jednak dobre.

 

Udane opowiadanie, choć miejscami ta forma była na granicy, jaką toleruję. Ten pierwszy akapit można trochę skrócić. Na przykład “Było ciepło.” i wydźwięk praktycznie ten sam. ;)

Trochę tych buławianków i kocimiętek za dużo, ale budują klimat, to fakt. I wieśniacy szybko łapią za kosy po kilku słowach chłopaka. To jednak szort, więc nie da się wszystkiego rozwlekać, ale wymieniłbym kilka ziołowych zdań na wiejski dialog.

Najbardziej podobał mi się finał, bo mnie zaskoczył. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Też miałem wątpliwości co do szybkości, z jaką wieśniacy poderwali się do boju, ale tylko do momentu, gdy poczytałem o historii Gniewczyna. W tej miejscowości doszło w 1942 do tragedii, gdy ludzie uwierzyli w plotkę o “chowanych skarbach”…

 

Nawiasem, jeśli ktoś po przeczytaniu opowiadania zaczyna szukać dodatkowych informacji, to też mówi o tym, że czy opowiadanie jest dobre.

 

wilk-zimowy

Cieszę się, że zostałeś :)

 

Pomyślałam sobie, że skoro zmiennokształtne panie rozmawiają między sobą, bardzo dobrze się znają, to mogłyby mówić trochę mniej formalnie, posługiwać się skrótami myślowymi – stąd to “na dwóch”. Może przekombinowałam…

 

Jeżeli chodzi o poczęstunek, to zwyczaj znam z opowiadań mojej prababci i babci :). Przyznaję, że nie wiem, czy na Podkarpaciu też był znany. Faktycznie Przeworsk to miasteczko w województwie podkarpackim (którego patronem jest Świety Antoni) i niedaleko naprawdę leży – tak jak napisałeś – Gniewczyna Łańcucka, położona nad Mleczką. Nie byłam nigdy w tamtych stronach, ale rzeka Mleczka niezwykle mi podpasowała w kontekście opowiadania. :) W tekście nazwa Gniewczyn jest jednak celowa, jakoś wygodniej było mi umieścić moją chatkę w odrobinę mniej realnej (w tej okolicy) miejscowości.

Nic mi nie wiadomo, czy zaraza faktycznie miała miejsce w historii tych stron, ale sama choroba – Ognie (albo inaczej Ogień) Świętego Antoniego (tzw. Święty Ogień, albo bardziej współcześnie – Ergotyzm), to jak najbardziej historyczna “choroba”, która ma ścisły związek ze sporyszem, czyli buławinką czerwoną. Taki ciekawy grzybek, który zawiera ergotaminę, stosowaną w leczeniu migreny i w produkcji LSD :)

 

Bardzo dziękuję za komentarz i uwagi. Cieszę się, że “jednak dobre” :)

 

 

Czyli w sumie uzasadnienia dziwnie szybkiej reakcji doszukałem się w wydarzeniach z “nie tego Gniewczyna”. A mimo to pasuje. Ludzie jednak mają straszne instynkty…

wilk-zimowy – uzasadnienia szybkiej reakcji można też w razie czego, jakby ktoś chciał :), dopatrywać się w “Ogniu Świętego Antoniego”, którego następstwem podobno były psychozy itd.

 

 

Darcon – może faktycznie popłynęłam w pierwszym akapicie. Miałam nadzieję, że wprowadzi czytelnika w rozleniwiony, letni klimat.

Ziółek będę bronić, bo wydaje mi się, że poza budowaniem klimatu, mają swoje znaczenie i coś tam do tekstu wnoszą.

Bardzo mnie cieszy, że finał Cię zaskoczył.

Wszystkie uwagi biorę na przyszłość i bardzo za nie dziękuję :)

 

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Początek raczej sztampowy – chata na uboczu wsi, zielarka, podejrzana o czary, stos… Ale końcówka rzuca na to wszystkie inne światło. Jeszcze łaki takie oryginalne nie są, ale połączenie ze sporyszem to już ładny motyw.

Jak na mój gust, trochę za dużo opisów przyrody. Ale historia ciekawa.

Babska logika rządzi!

Finkla – dziękuję za odwiedziny. Cieszy mnie, że jakoś tam udało się uciec schematom. Te opisy przyrody zwalę na czerwiec – wszystko pachnie, kwitnie i człowiekowi się w głowie od tego przewraca.

Dobrze, że wśród kocimiętek i bławatków znalazłaś coś ciekawego. :)

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ciekawa i ładna interpretacja grafiki, pierwszej, bo druga, moim zdaniem, jakoś już słabiej się wpisuje w opowieść. I ciekawa historia. Całkiem oryginalna i bardzo porządnie napisana. Dobre i zaskakujące zakończenie, fajnie wykorzystany motyw kocich żywotów. Klimat też mocny, czułam te zapachy ziół i widziałam kwitnące kwiaty. Tylko jedno małe – ale ten sielski klimat nie zgrywał mi się z mrocznym grafiki. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Motyw samosądu nad potworem/wiedźmą nienowy, ale zakończenie nadaje mu interesujący twist. Opisałaś całkiem fajny świat, choć do końca nie zrozumiałem, czy Wal od zawsze wiedziała, że jest kotołakiem, czy też to coś, co oświeciło ją nagle. Bohaterka nawet interesująca, choć do końca nie zdołałem jej polubić – sam nie wiem dlaczego, może przez to, że raczej jest w fabule niż coś faktycznie robi.

Podsumowując: koncert fajerwerków zaczyna się na znaną nutę, a potem funduje ciekawe zakończenie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Wszystkim co klikali, dziękuję za kliki ;]

 

śniąca – Wielkie dzięki za komentarz, bardzo mi z tym dobrze, że “bardzo porządnie napisane”, bo nie ukrywam, że palce mi przyrdzewiały i obawiałam się jak się będzie czytało. Fakt, że grafiki są dość mroczne, być może się nieco rozminęłam z klimatem, albo zinterpretowałam je zbyt luźno, czy abstrakcyjnie ;). Tak czy inaczej, fajnie, że poczułaś kocimiętkę.

 

NoWhereMan – To prawda, Wal nie za bardzo dała się poznać i nie rozgościła porządnie na pierwszym planie. Miło, że zakończenie dało radę ;]. Dzięki za uwagi.

 

Szczęście, że naprawdę ładne, bo inaczej te początkowe opisy zraziłyby mnie do opowiadania dokumentnie. Zaryzykuję twierdzenie, iż nie tylko wedle moich preferencji blok opisów na początku tekstu nie jest najlepszym pomysłem, jeśli chce się “złapać” czytelnika i zrobić na nim dobre pierwsze wrażenie.

No chyba, że potrafi się tymi opisami naprawdę olśnić. A Ty potrafisz albo jesteś tego bardzo, bardzo blisko. Podobnie z budowaniem klimatu – opowiadanie jest bardzo nastrojowe i takie przyjemne po prostu, zwłaszcza, że napisane bardzo porządnie. Tutaj wyjątkiem jest chyba tylko scena z kotami, bo jakoś za funta kłaków nie zdołałem się zorientować, który kot czyim jest tutaj wcieleniem (tudzież odwrotnie) i na jakiej one zasadzie egzystują. Są jakimiś wiedźmami czy raczej człekokształtnymi? Wnosząc po losie wioski, stawiałbym na wiedźmy, jednak biorąc pod uwagę nawiązania do mnogości kocich żyć, skłaniałbym się jednak ku drugiemu rozwiązaniu; ku magicznym sierściuchom (to znaczy magicznym nieco bardziej niż w przypadku standardowego kota). Mając jednak na uwadze wszystkie dostępne dane – nie wiem. No po prostu nie wiem. Strasznie chaotycznie wyszło to wszystko.

Jeśli chodzi o treść opowiadania natomiast, to, no cóż – szału bez, prawdę mówiąc. Bardziej scenka niż cała opowieść, w dodatku scenka średnio przekonująca. Przede wszystkim nie godzę się na tych wszystkich wieśniaków gotowych spalić człowieka, jeszcze swoją sąsiadkę, żywcem, bez żadnego sądu czy choćby rozeznania – a wszystko dlatego, że jakiś gówniak zaczął gadać bzdury. Tym bardziej dziwi ten lincz, że we wsi mieli plebana, więc człowieka światłego i raczej rozeznanego w procedurach kościelnych na tego typu okazje. Ergo – podobna samopomoc chłopska brzmi strasznie naciąganie.

Poza tym jednak więcej o treści powiedzieć ciężko, bo i jej samej wiele tu nie ma. Dodam może jeszcze tyle, że w sumie twiścik z kobietami-kotami całkiem sympatyczny (a i nawet Batman jest na drugiej grafice, tylko jakiś niewyraźny ;); miło, że mimo wszystko opowieść jest z jakimś Happy Endem.

 

Krótko: opowiadanie na plus, bo choć sama historia jakoś tak średnio do mnie przemówiła, to jednak doceniam bardzo ładne, poetyckie wręcz wykonanie i świetny, nastrojowy klimat.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Fajne :)

A mnie jakoś nie przekonało. Nie potrafiłam wczuć się w losy głównej bohaterki. Miałam wrażenie, że wszystko idzie jak na mój gust za wolno. Niestety nie dostrzegłam walorów tekstu. Mnie trochę znużył.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Cieniu – Wielkie dzięki za komentarz. Napisałeś, w wątku konkursowym, że nie będziesz się wdawał w polemiki pod tekstami, więc trochę z tego skorzystam. :) Bo straszny opór czuję, jako autor, kiedy mam bronić tekstu – to znaczy narzucać jego interpretację. Myślę, że to całkowicie zabija tekst. Staram się w treści przemycić trochę wskazówek, ale to całkiem możliwe, że się nie udało przemycić ich skutecznie. Dodatkowo, nie ukrywam też, że lubię otwarte teksty, takie, gdzie można sobie posnuć domysły i własne wizje. Swoją jasną i konkretną wizję oczywiście mam, ale naprawdę – ten opór przed wykładaniem “co autor miał na myśli” , obezwładnia mnie, więc pomilczę :)

Szepnę tylko jedno, odnośnie samosądu – wydaje mi się, że w historii mamy naprawdę sporo przykładów na to, że czasami wystarczyło niezwykle niewiele, aby pchnąć tłum do różnych nieracjonalnych i drastycznych czynów. Często z resztą – jeśli nie niemal zawsze, te czyny skierowane były właśnie przeciw sąsiadom. Dodatkowo, jakby to nie wystarczyło, to można również doszukiwać się usprawiedliwienia popędliwości wieśniaków w Ogniu Świętego Antoniego.

Cieszę się bardzo , że udało mi się zbudować nastrój i że opisy z początku nie zraziły Cię całkowicie.

 

Dzięki za uwagi, zabieram wszystko ze sobą ;]

 

Anet – to fajnie :)

 

Morgiana89 – może innym razem :)

 

Dzięki za ślad.

Nie przeszkadzały mi opisy, nie odniosłam wrażenia, że są zbyt długie, z przyjemnością czytałam o kwiatkach, ziołach i bławatkach, że o buławince nie wspomnę. Podoba mi się, że kozłek dał imię bohaterce,  a poza tym kocham Koty i cieszę się, że tak wiele ich w Twoim opowiadaniu.

Uważam też, Sho, że opisałaś więcej, niż pokazuje obraz. ;)

 

Za­pa­chy, ko­lo­ry i dźwię­ki, które zwy­kle spra­wia­ły jej przy­jem­ność, teraz wpra­wia­ły je­dy­nie… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Psia jucha, go­rą­co… – burk­nął… –> Psiajucha, go­rą­co… – burk­nął

 

po środ­ku palik w kształ­cie krzy­ża… –> Co się stało ze środkiem, skoro teraz zastąpił go palik?

Winno być: …pośrod­ku palik w kształ­cie krzy­ża

 

Za­krztu­si­ła się, za­dła­wi­ła dymem, który wdarł się w płuca ta­ra­nem. –> Nie potrafię zwizualizować sobie tarana z dymu…

 

Mi, moja mała, w prze­ci­wień­stwie do was… –> Mnie, moja mała, w prze­ci­wień­stwie do was

 

Lu­dzie umie­ra­li tam w ago­nii. –> Co to znaczy? O ile mi wiadomo, agonia poprzedza zgon.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy – Bardzo dziękuję za komentarz. Bardzo mi z tym dobrze, że opisy Ci się podobały, a jeszcze lepiej, że udało się “poszerzyć” odbiór obrazka.

Wielkie dzięki za uwagi. Większość poprawiałam. Z tą “agonią” to wstyd przyznać, ale byłam przekonana, że jest to synonim umierania ale w cierpieniu, męki przedśmiertnej, a nie po prostu jakiegokolwiek stanu przed końcem.

Odnośnie zdania z przyjemnościami, to fakt brzmi niezręcznie. Wcześniej mi to jakoś umknęło. Nie mam pomysłu na zmianę, ale pomyślę o tym :)

Tarana z dymu będę trochę bronić. Wydaje mi się, ze oddaje brutalność tego, w jaki sposób dym wtargnął w płuca Wal. Pasuje mi to jakoś tak naturalnie.

 

Jeszcze raz dzięki za poprawki. Bałam się Twojego komentarza :), więc jest mi podwójnie miło, że jest taki pozytywny :)

No cóż, Sho, spodobało mi się Twoje opowiadanie, więc dałam temu wyraz. No i niezmiernie mi miło, że sprawiłam Ci przyjemność. :)

 

Od­no­śnie zda­nia z przy­jem­no­ścia­mi, to fakt brzmi nie­zręcz­nie. Wcze­śniej mi to jakoś umknę­ło. Nie mam po­my­słu na zmia­nę, ale po­my­ślę o tym :)

Zdanie, w którym trudno wymienić jakieś słowo na inne, zawsze można napisać nieco inaczej. Proponuję: Zapachy, kolory i dźwięki, które zwykle dawały jej tyle przyjemności, teraz wprawiały jedynie w irytację, potęgowały ból. Lub: Zapachy, kolory i dźwięki, które zwykle sprawiały jej przyjemność, teraz powodowały jedynie irytację, potęgowały ból. Albo: Zapachy, kolory i dźwięki, zazwyczaj tak przyjemne, teraz irytowały, potęgowały ból.

 

Ta­ra­na z dymu będę tro­chę bro­nić. Wy­da­je mi się, ze od­da­je bru­tal­ność tego, w jaki spo­sób dym wtar­gnął w płuca Wal. Pa­su­je mi to jakoś tak na­tu­ral­nie.

Rzadko się zdarzało, by taran jednym uderzenie rozwalił bramę grodu/ zamku. Trzeba było użyć go wielokrotnie. A dym wdarł się do płuc Wal dość gwałtownie, uniemożliwił oddychanie, dusił.

Myślę, że zdanie: Za­krztu­si­ła się, za­dła­wi­ła dymem, który gwałtownie wdarł się do płuc. – też oddaje raptowność ataku dymu.

Jednak to Twoje opowiadanie, Sho, i będzie napisane takimi słowami, które Ty uznasz za najwłaściwsze.

 

Życzę powodzenia w dalszej pracy twórczej. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy – dziękuję, ukradnę sobie pierwszą wersję, faktycznie, to brzmi dużo lepiej.

Taran zostawię, polubiłam go, dobrze się z nim czuję :), jakoś tak sugestywnie na mnie zadziałał i ciężko mi się go pozbyć.

 

Dziękuję za uwagi i do przeczytania :)

Cieszę się, że mogłam pomóc. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka