- Opowiadanie: Minuskuła - Płaszczka

Płaszczka

Tematyka poniższego tekstu stanowi kanwę dla dłuższego opowiadania, które obecnie mam na warsztacie, ale poszło ono zupełnie w inną stronę. Tak więc pierwotny pomysł wypuścił pęd, z którego wykiełkowała nowa, inspirowana grafiką J. Różalskiego, odnoga. Mam nadzieję, że nie należało jej uciąć przy ziemi ;)

 

Opowiadanie powstało na bazie ilustracji “Deep blue”.

https://www.artstation.com/artwork/RXrGv

 

 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Darcon, Użytkownicy III, NoWhereMan, Staruch

Oceny

Płaszczka

 

Na krawędziach rozłupanych desek miarowo kołysały się wodorosty, które przykrył cień przepływającej płaszczki.

Zasłaniająca światło plama przemknęła nad skrytymi w piachu muszlami małży i drobnych skorupiaków, musnęła rozdarty i zasiedlony przez morskie żyjątka maszt wraz z resztkami żagla, na moment zawisła nad aflastonem w kształcie głowy smoka, po czym gwałtownie umknęła ku powierzchni.

Coś się zbliżało.

 

***

 

Kolorowe wstęgi wirowały w powietrzu, trzymane w spoconych dłoniach przez panny. Śpiewy niosły się po złotych polach, odbijały od ciemnej ściany lasu, wisiały w gorącym powietrzu, pachnącym cierpkim winem i świeżo upieczonym chlebem. Brakowało oddechu, drużba pokrzykiwała wesoło, dzieci piszczały i okładały się wierzbowymi witkami. Jedzono lepiące się placki z miodem i kruszące w dłoniach ciastka, które na języku zmieniały się w zapychające przełyk miękkie kulki.

Na spalonej słońcem trawie położono włosiem do góry skórę dzika, a na niej dziewczynę o rumianych policzkach i jasnych, skrytych pod panieńskim czepkiem włosach. Oczy zamroczone winem prześlizgiwały się po zmieniających się twarzach.

– Marysiu! Marysieńko! Ciesz się, to twój dzień – mówiły jakieś usta. Jakieś ręce zdjęły jej nakrycie głowy, czyjeś palce wślizgnęły się w ciasne sploty warkocza. Posypały się wetknięte we włosy kwiatki, upadły na kłującą w odkryte łydki skórę dzika.

Jakieś, nie, nie jakieś, a właśnie te, dopiero co przyrzeczone, męskie ramiona poprowadziły ją między złote kłosy. Słońce paliło, męczyło umysł, otumaniało.

Jakiś język wsunął się między jej wargi. Czyjeś – właśnie te – nogi między jej uda.

– Maryś, ty taka piękna i teraz moja. Cała moja. – Chropowaty, zdyszany głos. Rwany oddech.

No tak, przecież było tak gorąco. Tak gorąco.

Po niebie płynęły płaszczki.

 

***

 

Skorupiaki pochowały się do muszelek, a bąble powietrza wędrowały w górę, uciekając przed nadchodzącą, nieznaną im falą.

Na rzeźbionego smoka padł jakiś zagubiony na powierzchni promień światła, który szybko zgasł, gdy woda zaczęła się schładzać. Toń ciemniała, z turkusu przechodząc w szarość i granat, aż w końcu z drewnianego pyska zaczęły zwisać sople.

Życie w wodzie zamarzało.

 

***

 

Opalone, kobiece dłonie zaciskały się na perłowej muszli, która mieniła się w ostatnich rozbłyskach wypłowiałego słońca. Dziewczyna wpatrywała się w blade, spienione morze i podbite na horyzoncie szarymi chmurami niebo. Wiatr bezskutecznie próbował rozproszyć jej myśli o niechcianym następstwie pewnego letniego dnia.

– Tu jesteś – mruknęła Karola, przykucając na wydmie obok. Palce u stóp utonęły w chłodnym piasku. – Szukają cię w wiosce.

Marysia opuściła wzrok.

– Nie szukają – mruknęła.

Zapadła pełna wahania cisza.

– To prawda. On szuka.

Marysia przełożyła między dłońmi perłową muszelkę.

– Ty wiesz, prawda?

Karola nic nie mówiła. Zaciskała usta, uparcie wpatrując się w morze, jakby tam wypisana była odpowiedź.

– Mhm.

Marysia podniosła jasną głowę w stronę słońca, ku któremu kierowały się już burzowe chmury. Znać było, że nad ranem rozpęta się sztorm.

– I co ja mam teraz twoim zdaniem zrobić?

– Nic. Zupełnie nic. – Karola podniosła się, piasek osypał się ze stóp, pokazując brudne plamy na palcach. – Wrócić do domu.

Marysia westchnęła. Dotknęła palcami punktu, w którym stykały się dwie połówki muszelki, jak gdyby chciała dotrzeć do perły skrytej w jej wnętrzu.

Za plecami odchodzących dziewczyn morze pieniło się i kotłowało. Coś kryło się w głębinach.

 

***

 

Płaszczki nie potrafią krzyczeć, więc wszystko odbywało się w mroźnej ciszy.

Zwierzę szarpało się, złapane przez silne, niemal ludzkie ramiona. Ciało drętwiało mu z zimna, pokrywało się szronem w każdym miejscu, gdzie dotknęło błękitnej skóry oprawcy.

Skryty w muszlach i piasku ocean nie reagował. Rozdeptane przez ogromne stopy deski połamały się na jeszcze drobniejsze części.

Tylko pokryta lodem głowa smoka trwała na swoim miejscu, gdy z płaszczki powoli ulatywało życie.

 

***

 

Czekał na nią, wielki pod niską zwieszającą się powałą, pod nędznym dachem z trzciny i sitowia. Wydawał się zbyt duży na ten dom, na ich wspólne życie. Zagrabiał przestrzeń, zabierał oddech i wymuszał pochylenie czoła.

– Gdzie żeś polazła? – Słowa kłujące jak zboże tego lata. Złote kłosy, raniące opalone dłonie.

– Nigdzie. Nad morzem byłam.

– Nad morzem. – Ta pauza zdawała się załamywać rzeczywistość, oplatać wyrzutami sumienia. – Nad morzem.

– Karola mnie…

Doskoczył do niej. Wyglądał, jakby miał wybuchnąć złością lub płaczem.

– Czemuś mi nie powiedziała? Czemuś…?!

Wiedziała, że nie chodzi o pójście nad morze. Czuła, że nie powinna oszukiwać, że to nie jest pora na grę. Założyła za ucho kosmyk jasnych włosów.

– Bo ty byś…

– Bo ja bym co? – Dławiąca nuta w jego głosie sugerowała, że jeżeli cokolwiek miało się wydarzyć, stanie się to już, zaraz.

– Kazał mi… Wiesz.

Nie odpowiedział od razu. Gardło napięło mu się raz i drugi, podskoczyło. Marysia zrozumiała, co się stało. Zaskoczyła go.

Nie podejrzewała, że może go to zaskoczyć.

Zapach przetrawionego wina, okruszki chleba w kącikach ust, śpiewy i krzyki, błyszczące oczy, ich pierwsze splecenie ciał i jego konsekwencje, z którymi musieli się zmierzyć tu, pod tą zbyt niską powałą, przygniatającą ich myśli.

– Nie zrobię tego. Nie urodzę tego dziecka.

Przez długi czas nic nie mówił.

A potem ją uderzył. Mocno, prosto w szczękę, aż straciła przytomność, a muszelka, którą trzymała kurczowo w dłoniach potoczyła się po zbutwiałej podłodze.

 

***

 

Woda jarzyła się bladym, niezdrowym światłem lodowego olbrzyma. Ogromny stwór, który tylko trochę przypominał człowieka, wciąż trzymał słabnącą płaszczkę.

Olbrzym pomylił się jednak. Zwierzę nie było bezbronne.

Płaszczka wyrywała się i ostatkiem sił wbiła jadowy kolec prosto w pierś lodowego olbrzyma. Błękitne oczy zginęły w mroku zamrożonej twarzy. Wielkolud padł na kolana, trzymając się za pierś.

Tymczasem płaszczka wreszcie mogła odpocząć. Powoli osunęła się na resztki łodzi, wzbijając chmurę piachu.

Była zmęczona. Tak okropnie zmęczona.

Gdzieś wiele mil nad nią wstał szary poranek.

 

***

 

Gdy pierwsze promienie słońca rozświetliły ramę okna, Marysia westchnęła rozdzierająco. Mogło być pięknie, ale było dzisiaj. A dzisiaj miało być brzydkie, mroczne i czarne.

Mężczyzna spał, słyszała jego głośny oddech, niespokojny, jak gdyby przeczuwał, co miało się wydarzyć.

Wsunęła stopy w dziurawe trzewiki i zarzuciła na ramiona owczą skórę. Pled pachniał dymem, ogniem, pieczoną rybą, wełna gryzła w policzki, ogrzewała ciało. Marysia wyszła na zewnątrz, w rzednącą noc, która zdawała się otulać ją jak ciemna woda oceanu.

Drogę nad wodę odnalazła bez problemu. Szła w stronę brzegu tak długo, aż fala nie polizała czubków jej butów.

Mocniej zacisnęła palce na perłowej muszli. Przycisnęła ją do serca jak największy dar. A potem ruszyła dalej, woda moczyła jej kostki, uda, biodra. Wnikała w nią, sącząc chłód w pory skóry.

Muszla zdawała się iskrzyć, gdy zetknęła się z wodą.

Aż w końcu mroczna toń zamknęła się nad jasnymi włosami.

 

***

 

Wieńce ziół i suszonych ryb zdobią powałę drewnianej chaty. Na palenisku buzuje złoty ogień, padający na nabrzmiały brzuch matki i otwarte w krzyku usta ojca. Mała Marysia widzi to przez przesłonięte rybią błoną okno, podczas gdy sama trzęsie się z zimna na śniegu.

Ojciec nie pozwala jej wrócić do domu. Jest dla niego zawadą.

Następnego dnia wściekły wypływa w morze w ich łodzi ze smoczą rzeźbą. Ślady od uderzeń pasem nadal bolą Marysię, nawet kiedy ojca nie ma już od wielu dni.

Potem znajdują go na plaży. Z wąsów zwisają mu sople, twarz jest upiorna błękitno-szara, zamarznięta. Cały wydaje się zrobiony z lodu i Marysia boi się go dotknąć.

Matka z trudem pochyla się, by zabrać zaciśniętą w palcach perłową muszlę. Paliczki pękają, gdy rozwiera dłonie topielca.

– To należy do ciebie – mówi i daje upiorny prezent Marysi.

Potem przez chwilę jest dobrze. Siedzą we dwie przy ogniu i jedzą placki z miodem. Matka uśmiecha się, wierzy, że coś jeszcze ją czeka, bo nie może wiedzieć, że ani ona, ani jej syn nie przeżyją porodu. Więc je placek, kawałki ciasta upadają na szarą sukienkę.

Dwa tygodnie później w pustej izbie nadal pachnie miodem.

 

***

 

Ocean jest lodowaty, ale już jej nie przeraża.

Marysia wędruje po dnie, a morskie żyjątka uciekają do swych jam i muszli. Gdzieś do góry, na powierzchni, z pewnością rozszalał się sztorm, ale tu jest spokojnie.

Nurt prowadzi ją w miejsce, które pragnęła znaleźć.

Koło roztrzaskanych desek i pokrytego szronem rzeźbionego smoka leży przewrócony lodowy olbrzym. Woda porusza jego pokrytymi soplami wąsami, gęstnieje wokół niego, zamarza niczym wspomnienie zachowane w lodowym bursztynie.

Marysia podchodzi do ciała i powoli wyciąga z niego jadowy kolec. Ułamuje jego koniuszek i chowa do perłowej muszli.

Tyle jej wystarczy, by jednocześnie zapamiętać i zapomnieć ojca.

Gdy odwraca się, dostrzega, że płaszczka żyje. Porusza się na dnie łodzi.

Marysia podchodzi do wykończonego zwierzęcia i kładzie dłoń na jego ciele. Czuje bezbrzeżny spokój. Ocean wydaje się rozgrzewać, zmrożona głowa smoka taje, lodowy olbrzym niezauważenie rozpuszcza się w oceanie.

A wtedy nieoczekiwanie płaszczka przemawia:

– Nie możesz tu zostać. Zabraknie ci powietrza.

 

***

 

Fala wyrzuciła ją na brzeg. Przez dłuższą chwilę nie mogła złapać oddechu, aż rozkaszlała się, wypluwając słoną wodę.

– Marysiu! – Karola pochyliła się nad nią. Nawet w ciemności widać było łzy toczące się po jej policzkach. – Tak się martwiłam! Widziałam jak wyszłaś z chaty, a potem… a potem. Och, Marysiu, nie przejmuj się, wszystko się ułoży! Będziesz wspaniałą mamą!

Dziewczyny złączyły się w uścisku. Marysia wciąż nie mogła wziąć pełnego oddechu, ale zacisnęła mocniej palce na perłowej muszli. Czuła znajdujący się w środku ciężar.

Niezauważenie wsunęła muszlę do kieszeni sukni.

Karola odstąpiła o krok.

– Wyglądasz jak siedem nieszczęść! Chodź, ogrzejesz się przy ogniu. Zaprowadzę cię do domu.

– Do domu… – bezwiednie powtórzyła Marysia.

– Tak. – Karola nagle zmarszczyła brwi. – Co tak dziwnie patrzysz?

Złote pola, gorąco i błękit oceanu, mróz.

– Ot tak – kaszlnęła. – Patrzę.

Karola jeszcze przez chwilę przyglądała się jej z mieszanką fascynacji i przerażenia, aż w końcu złapała ją za rękę i pociągnęła w stronę wioski.

Marysia posłusznie ruszyła za nią. W kieszeni ciążył jej kolec, który oferował nieograniczone możliwości.

Ta jedna noc. Jeszcze jedna noc w spokoju i przy ogniu. A potem zdecyduje, co dalej.

W końcu uwolniła się z lodu.

Koniec

Komentarze

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nastrojowe i niemal obyczajowe, bo tylko muśnięte fantastyką. 

Jedyne co mi zgrzyta, to płaszczki i bujne życie w lodowatej wodzie (to raczej w tropikach) oraz czasem niewłaściwy dobór słów (”oświecić”, “rzucić na ramiona”). No i nie tłumaczysz tych zawiłości obyczajowych – ojciec dziecka, mąż (?) w chacie itp. Ale może po prostu nie łapię w pełni takich klimatów ;).

A poza tym – bardzo klimatyczne. Czyta się!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Piękną historię opowiedziałaś, Minuskuło. Opowiadanie zbudowane klimatem, bez dwóch zdań. Świetnie operujesz formą, nie męczysz, ale jest jej odpowiednia ilość, by wciągnąć czytelnika w ten nostalgiczny świat wioski gdzieś nad morzem.

Z ojcami faktycznie trochę zamieszałaś, ale co tam, te naprzemienne scenki płaszczki i Marysi wciągają i trzymają czytelnika przy opowiadaniu. Bardzo dobry debiut na forum.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dziękuję za komentarze.

 

Cieszy mnie Twoja opinia Staruchu, bo widziałam w wątku czerwcowego NF-u, że o “Baobabie” również wypowiedziałeś się pozytywnie. Wnosi to pewną nadzieję na koherentność mojego stylu, Twojego gustu lub kompatybilność obu (lub też jest to kwestia zupełnego przypadku, ale takie myślenie nie daje wiele radości).

Co do dna oceanu – zgadzam się, zaczęłam research na temat morskiego dna… ale znając mnie mogłabym się w nim utopić, więc postanowiłam oprzeć się na ilustracji i tym razem odpuścić. Podobnie z błędami – mea culpa, czas gonił, więc tekst nie odleżał należycie.

Jeżeli chodzi o męskie role, tak też podejrzewałam, że upychanie dwóch relacji w taką objętość to zadanie karkołomne, ale pragnęłam je zestawić i podwójnie skonfrontować z nimi Marysię. Słabo czuję się w krótkiej formie i przestawienie się z opowiadań, w których scena dialogowa ma tyle znaków, co cały ten tekst, było dla mnie trudne. Stąd pewne niejasności, które – mam nadzieję – dałoby się wyklarować w dłuższej formie.

Oczywiście tekst już rzucony, nie chcę być do niego przypisem, ale tak, mężczyzna w chacie to w zamierzeniu jej mąż (poślubiony w pierwszej scenie), ale jak ktoś odczyta to inaczej, to droga interpretacyjna wolna ;)

 

W każdym razie miło mi, że przeczytaliście, dzięki za dobre słowa i Tobie Darconie za biblioteczny klik. Polecam się na przyszłość.

O, czyli “Baobab” to też Twój tekst? W takim razie gratuluję, bo bardzo mi się podobał. I tak, gusta mamy mniej więcej kompatybilne. Mniej więcej, bo taka nastrojowość to jednak nie moja bajka, ale w Twoim przypadku – zażarło :).

Co do tekstu konkursowego – i owszem, przydałaby się i beta, i odleżenie. Ale zdaję sobie sprawę, że termin był wariacko krótki. Toteż, mimo pewnych potknięć, opowiadanie więcej niż przyzwoite!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Tak, “Baobab” też mój, dziękuję i cieszę się, że zażarło ;)

Wiadomo, tekstowi zawsze przydadzą się i poprawki, i powolne dojrzewanie na dysku, ale tak jak wspomniałeś, termin krótki, a i odłożona na moment dłuższa forma domaga się finiszowania, więc niestety “Płaszczka” dostała dość niewiele (ale intensywnego!) czasu antenowego. Tym bardziej cieszę się, że i w tej formie dostała zyskała aprobatę.

Pozdrawiam!

Hmmm. Do mnie nie przemówiło. Za bardzo poetyckie, stawia na klimat, a nie na historię. Nie rozumiem bohaterki. Chciała ślubu, chyba kochała wybranka, ale dziecka to już nie. Trauma z dzieciństwa? A może to syrena była, skoro tak się przywiązała do muszelki?

Toń ciemniała, z turkusu przechodząc w szarość i granat, aż w końcu z drewnianego pyska zaczęły zwisać sople.

A tu już całkiem się pogubiłam. Jak zrozumiałam, wrak leży na dnie. Ale lód jest lżejszy od wody, jeśli już morze zamarza, to od góry. Gdzie w takich warunkach sople?

Babska logika rządzi!

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Finklo, chciałabym wierzyć, że jakaś historia tam jednak jest, choć nie tak wyeksponowana. Ale tak to bywa z nastrojowo-klimatycznymi opowieściami; jak to powiedział Staruch – albo zażre, albo nie ;)

To interesujące, że piszesz o syrenie, bo w pierwotnej wersji pojawiał się ten wątek, ale wycięłam go, bo prowadził w inną niż zamierzona stronę. Sople i podwodny świat to w zamierzeniu oniryczny (nomen omen) klimat, związany ze zbliżaniem się lodowego olbrzyma. Mamy też płaszczki na niebie i kilka innych metaforycznych dziwactw, które również chwycą lub nie, zależnie od preferencji odbiorcy.

I o ile chciałam wrzucić tekst bez tłumaczenia, bo powinien bronić się sam, tak przyznam, że zdanie o bohaterce mnie zaskoczyło i chyba muszę skomentować. Wydaje mi się, że nie umieściłam w opowiadaniu sformułowań, które mogłoby sugerować chęć ślubu czy miłość do męża. Traumę – owszem. Marysia jest traktowana jak dobro wspólne, trofeum (skóra dzika?), rzecz, którą operują inni. Jej mąż ją bije do nieprzytomności. Pomijając to – chociaż nie chcę wchodzić w dyskusje światopoglądowe – nawet jeśli byliby kochającym się małżeństwem, chyba możemy się zgodzić, że miłość do mężczyzny nie implikuje automatycznie radości z ciąży/miłości do dziecka?

 

W każdym razie dzięki za poświęcony czas!

Nie mówię, że nie ma historii. Tylko że ja do niej nie dotarłam. Prawdopodobnie dlatego, że nie lubię grzebać w składzie z metaforami w poszukiwaniu kawałka prawdy. :-) Kwestia gustu.

A to zinterpretowałam jako miłość do męża:

Jakieś, nie, nie jakieś, a właśnie te, dopiero co przyrzeczone,

Że skoro właśnie te, to nie są jej obojętne. Ale faktycznie – nic takiego w tekście nie było.

Babska logika rządzi!

O, faktycznie, można to tak odebrać. Dopisałam to już w ostatniej poprawce, żeby podkreślić, że to ślub i jej mąż. No i wyszło, jak wyszło ;) Tak czy siak masz rację – fabuła skrywa się pod płaszczk… Płaszczykiem metafor. Bardzo rzadko tworzę tak krótkie formy i tak jak pisałam, pewnie stąd (limit znaków) ta zagadkowość. Bo robienie bufonady i dramatu z kluczem nie było moim zamiarem :D Skoro opowiadanie nie w Twoim guście, tym bardziej miło, że doczytałaś. Może jakiś inny tekst w przyszłości bardziej podpasuje :) Pozdrawiam!

Zaczyna się spokojnie, by przejść w oniryczność, momentami tez baśniowość. Fabularnie nie wciągnęło, a mimo to dobrze było to przeczytać, bo styl fajny. Ten kontrast złota i niebieskiego cały czas krąży w głowie. Podobnie jak poczucie uciekającej realności (w sensie uciekającej dla bohaterki). Fajny styl pisania, choć zakończenie takie… uciekające? Nie do końca tez wyłapuję, czy część z gigantem to tylko sny, ułudy umysłu, czy jakiś symbol? Zdarzenie magiczne, które ma z jakiegoś powodu wpływ na bohaterkę?

W moim odczuciu jest tu inny styl niż w “Baobabie” – zdecydowanie na korzyść “Płaszczki”.

 

Mogło być pięknie, ale było dzisiaj.

To zdanie nieźle wyszło i mocno oddaje codzienność bohaterki.

Dziękuję za komentarz, wilku-zimowy.

 

Jestem zwolennikiem dowolności interpretacji, dlatego zawsze staram się zostawić otwartych kilka ścieżek (i zakończeń), chociaż faktycznie niesie to za sobą niebezpieczeństwo niedopowiedzenia zwłaszcza przy tak krótkiej formie. Wszystkie Twoje definicje części z gigantem są dobrze uchwycone; jeżeli sama miałabym ją jakoś określić, nazwałabym ją metaforyczną projekcją umysłu, choć i wersja, w której magiczne zdarzenie też ma miejsce, jak najbardziej wchodzi w grę, bo przecież Marysia faktycznie zanurza się w wodzie.

Co do stylu – wydaje mi się, że zależy on w znacznej mierze od celu, który sobie stawiamy. “Płaszczka” to krótki tekst, obrazek, w którym można snuć stylistyczne wariacje na temat fabuły i pofrunąć. Natomiast w “Baobabie” na pierwszym miejscu chciałam postawić już historię (w danym klimacie), tekst jest też dość długi, więc podejrzewam, że tak silne zmetaforyzowanie czy niedookreślenie na dłuższą metę mogłoby męczyć (mnie również ;) ). Chciałabym wierzyć, że mniej więcej od czasu “Szponów i kłów” moja pisanina ma jakiś wspólny rdzeń, ale prawda jest taka, że zestawiając dane teksty zawsze znajdziemy różnice, a i (mam nadzieję) wszyscy się rozwijamy :)

 

Tak czy inaczej miło mi, że przeczytałeś tekst i polecam się na przyszłość!

W "Baobabie" to nie metaforyczność zmęczyła, a właśnie to, że tekst z dużym potencjałem wymaga skrócenia, żeby móc się cieszyć i historią i metaforami. Tutaj tego problemu nie ma, przeciwnie, wręcz wtłaczasz metaforykę do głowy, co jest efektowne. Myślę, ze w ten weekend wstawię do wątku o ostatnim numerze NF swoją recenzję, to wrzucę tam swoją opinię w kwestii tego opowiadania.

O, no widzisz, ile osób, tyle opinii. Na marginesie dodam, że pierwotnie "Baobab" był jeszcze dłuższy (ok. 100 tys. znaków), więc dobrze, że nie czytałeś pierwszej wersji ;) W każdym razie cieszę się, że chociaż któryś z moich tekstów przypadł Ci do gustu – jak widać różnorodność repertuaru może przynieść pozytywny efekt :) Pozdrawiam!

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Najbardziej z tego wszystkiego spodobały mi się opisy podwodnego świata. I też ta część przepięknie zgrywa mi się z klimatem grafiki. Reszta, czyli to, co na lądzie, nie przemówiło do mnie w żaden sposób, losy Marysi ani trochę mnie nie obeszły. Fakt, całość napisana jest sprawnie, plastycznie, czytało się płynnie, ale w naziemnej części opowieści zabrakło i tego magicznego klimatu i historii. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A mnie się podobało. Ładne, plastyczne opisy i ciekawie zarysowany świat. Przynajmniej mamy coś więcej niż tylko grafikę. Wciągnął mnie klimat tekstu, choć muszę przyznać, że też pogubiłam się we fragmentach o ojcu. Czekam teraz. A ten dłuższy tekst, o który ten tutaj miałby się ocierać.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Tekst emocjami stoi i budowanym klimatem. Osobiście wolę, gdy tło całości jest jaśniejsze, ale muszę przyznać, że zbudowałaś tutaj naprawdę fajny obraz, toteż przeczytałem do końca. Postać Marysi mocno nakreślona, ale właśnie brakowało mi tego tła, bo część rzeczy nadal pozostaje dla mnie jedynie w sferze domysłów. Ale co kto lubi.

Podsumowując: klimatyczny i emocjonalny koncert fajerwerków, z mocno ciemnym tłem.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję wszystkim za kliknięcia i opinie.

 

Śniąca – cieszę się, że chociaż podwodna część przypadła Ci do gustu. Zasługę jej powstania można łatwo przypisać grafice.

 

Morgiano – miło mi to słyszeć. Tekst pisze się właśnie w tej chwili, chociaż (jak zwykle) rozbudował się bardziej niż powinien. Jako że jest to opowiadanie ulokowane w naszej, historycznej rzeczywistości research zajmuje mi 80% czasu tworzenia, ale nie poddaję się i mam nadzieję, że wkrótce będę mogła dać znać, co dalej :)

 

NoWhereMan – Zupełnie zgadzam się z Twoją opinią. Również preferuję mocniej zarysowane tło i świat, dlatego wolę pisać dłuższe teksty, w których mogę się na tym skupić i niespiesznie budować klimat rozwiniętym opisem i dialogiem. Parę lat temu usłyszałam, że moje opowiadania są “mocno zawieszone w próżni”, więc postanowiłam się za to wziąć i mam nadzieję, że udało mi się to nadrobić w innych tekstach. Ten natomiast można uznać bardziej za ekspresję – niestety limit znaków nie rozpieszczał ;) Warto zauważyć z kolej, że wilk-zimowy prezentował powyżej zupełnie inny pogląd na sprawę. Tak jak mówisz – co kto lubi!

 

Pozdrawiam!

Ładne :)

Niestety, daleki jestem od ukontentowania opowiadaniem. Bo i co z tego, że ładne, skoro raz, że bardzo męczące, a dwa, że zupełnie dla mnie niejasne. A kiedy mówię “zupełnie”, to mam na myśli: zupełnie.

A więc, na dzień dobry, nie łapię motywu z olbrzymem i płaszczką (o tych latających na niebie nie wspomnę) – zakładam, że należy się tu doszukiwać jakiejś metafory, ale nie mam pojęcia, czego miałaby to metafora dotyczyć. Próbuję dodać do tego ojca-kutasiarza, muszlę (której motywu też nie łapię) i kolejny zupełnie dla mnie niepojęty motyw, czyli przeciętną wiejską Marysieńkę spacerującą sobie po dnie morza i czyniąca cud odtajania (i znowu: o płaszczce, tym razem gadającej, nawet nie wspomnę), ale nic mądrego nie jestem w stanie z tego ulepić. Serio; może i nie stawia mnie to w najlepszym świetle, ale jestem zupełnie na bakier z elementami fantastycznymi – albo może onirycznymi? – w tym tekście i nic na to nie poradzę.

Z wątkami fabularnymi, prawdę mówiąc, również się nie ogarnąłem. Zakładam, że dziewczyna po śmierci matki i braciszka wyniosła z dzieciństwa zupełnie uzasadnioną awersję do ciąż, rodzenia i – skuli ojca – do rodzicielstwa w ogóle, ale po co w takim razie brała sobie chłopa? Już scena wesela wskazywała, że Marysieńka nie jest najszczęśliwszą panną młodą na świecie (ani nawet w najbliższej okolicy). Dziecka też nie chciała, więc… po co? Bo musiała? Bo takie czasy, że baby, a zwłaszcza sieroty, nikt o zdanie nie pytał? Tak by może i wychodziło z kontekstu, ale niemal równie dobrze mogło chodzić o coś zupełnie innego (choć raczej nie o miłość). Zabrakło mi jakiegoś umotywowania decyzji, które podejmowała dziewczyna.

Mówiąc krótko – fabularnie zupełnie nie mój klimat.

Jeśli chodzi o wykonanie, też, niestety, nie moja bajka (co jest dziwne, bo zazwyczaj lubię i bardzo lubię utwory w takiej tonacji). Niby jest porządnie, ładnie i poetycko, ale – być może w połączeniu ze zbyt enigmatyczną, by mogła mi się podobać treścią – po prostu męczyłem się lekturą, przez co nie mogłem się wczuć w opowieść i skupić na niej zupełnie. Podobnie zresztą było z “Baobabem”, który również znudził i wymęczył mnie tak, że sobie odpuściłem gdzieś w jednej trzeciej może, ale już zupełnie inaczej z “Bez wzajemności”, który to tekst przeczytałem jako pierwsze spośród Twoich opowiadań, i który, generalnie, całkiem mi się podobał. Przysiadając do lektury, liczyłem, że “Płaszczka” pójdzie klimatem w właśnie w stronę opowieści wiedźmińskiej, ale niestety.

 

W zacytowanym poniżej fragmencie pozaznaczałem Ci powtórzenia, które rzuciły mi się w oczy:

Woda jarzyła się bladym, niezdrowym światłem lodowego olbrzyma. Ogromny stwór, który tylko trochę przypominał człowieka, wciąż trzymał słabnącą płaszczkę.

Olbrzym pomylił się jednak. Zwierzę nie było bezbronne.

Płaszczka wyrywała się i ostatkiem sił wbiła jadowy kolec prosto w pierś lodowego olbrzyma. Błękitne oczy zginęły w mroku zamrożonej twarzy. Wielkolud padł na kolana, trzymając się za pierś.

Tymczasem płaszczka wreszcie mogła odpocząć. Powoli osunęła się na resztki łodzi, wzbijając chmurę piachu.

 

Niby nie ma tego jakoś bardzo wiele, jednak jest to upchane w tak krótkim fragmencie,że zrobiło się zwyczajnie tłoczno i nie sposób nie zwrócić na to uwagi.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Płaszczka, istotnie, klimatem stoi, tyle że mnie ten klimat jakoś nie ruszył, tym bardziej, że w senno-podwodnym środowisku umknął mi sens opowieści. :(

 

trzy­ma­ne w spo­co­nych dło­niach przez nie­za­męż­ne panny. –> Czy bywają też panny zamężne?

 

wi­sia­ły w go­rą­cym po­wie­trzu, pach­ną­cym kwa­śnym winem i świe­żo upie­czo­nym chle­bem. – Ponieważ kwaśne wino to wino zepsute, proponuję: …pach­ną­cym cierpkim winem

 

upa­dły na szczy­pią­cą w od­kry­te łydki skórę dzika. –> A nie kłującą?

 

zmro­żo­na głowa smoka od­ta­ja… –> …zmro­żo­na głowa smoka taje

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ze spóźnieniem, więc już krótko – dzięki wszystkim za przeczytanie i komentarze mimo odczuć pozytywnych mniej lub bardziej. Cieniu – szkoda, że nie chwyciło, ale fajnie, że chociaż inny tekst się spodobał :)

Największe podziękowania jednak dla regulatorzy, która rozwiązała trapiący mnie od dłuższego czasu dylemat “tajania” – nie mogłam pojąć, czemu Word mi to podkreśla i jak powinno wyglądać to słowo. Super, dziękuję za pomoc! :D

Pozdrawiam!

Ogromnie się cieszę, Minuskuło, że przestałaś się trapić tajaniem. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka