- Opowiadanie: Światowider - Obietnica zieleni

Obietnica zieleni

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

NoWhereMan, Cień Burzy, regulatorzy

Oceny

Obietnica zieleni

Szli, a przed nimi rozpościerał się biały dywan, niczym pogrzebowy całun. Jednak dla Raroga i jego towarzysza ta biel nie mogła oznaczać kapitulacji. Po prostu nie mogła! Początkowo zapadali się po szyje w śniegu. Wreszcie Raróg przypomniał sobie czasy zimowych kampanii i sporządził dla nich obu rakiety śnieżne z wikliny, które pozwalały im utrzymywać się na powierzchni. Dzięki temu mogli iść dalej naprzód bez większych przeszkód. Książę przyjął to udogodnienie w milczeniu. Nie powiedział nawet prostego “dziękuję”, tylko skinął głową. Raróg jednak nie mógł narzekać. Przecież złamał Zakaz, był przeklęty i powinien się cieszyć z tego, że otrzymał okazję odkupienia win. Dlatego nie miał pretensji do towarzyszącego mu młodzieńca. Stosował się on tylko do odwiecznej tradycji, zakazującej rozmów z obciążonym klątwą. Zresztą, te sprawy nie miały znaczenia. Najważniejsze było wypełnienie zadania, ocalenie Domu. Raróg nie zważał więc na nieuprzejmości, jakie robił mu książę, tylko parł dzielnie naprzód, mimo śniegu i zmęczenia.

 Wtedy nadciągnęła śnieżyca.

 Pierwszy podmuch wichru obalił ich na ziemię i niemal porwał ze sobą. Nieco spanikowany książę próbował wstać, ale Raróg przygniótł go do ziemi.

– Niech się Wasza Książęca Mość nie podnosi, bo Was zwieje. Musimy przeczołgać się do jakiejś kryjówki.

 Podpełźli pod rosnący nieopodal krzak. Pozbawione liści gałązki nie były wymarzoną osłoną, ale na krótki czas mogły wystarczyć. Jednak Raróg wiedział, że długo tu nie mogą zostać, bo jeśli nie porwie ich wiatr, to dla odmiany zasypie śnieg. Tańczące dookoła białe płatki, które jak na złość wciąż lądowały mu za kołnierzem, nie ułatwiały myślenia. W końcu jednak przyszła mu do głowy droga ratunku. Wyciągnął z plecaka saperkę.

– Książę, proszę kopać ze mną. Musimy zrobić jamę pod powierzchnią śniegu. Będzie tam ciepło i nie będziemy wystawieni na wiatr.

 Rzucili się jak szaleni do kopania. Nie zważali już na wzmagający się wicher, na przemoczone ubrania, na pulsującą w skroniach krew. Kopali, kopali, kopali… Wreszcie obaj mogli z ulgą osunąć się w ciemną jamę. Raróg jednak nie spoczął na tym. Wygładził ściany, upewnił się, że wejście poniżej jamy nie zostało zasypane i wykopał otwór wentylacyjny. Wiedział dobrze, że po umknięciu śnieżycy, pułapką dla wędrowców może się okazać brak powietrza. Gdy wreszcie skończył, opadł na kolana i zrzucił z ramion plecak.

– Niech Wasza Książęca Mość spróbuje się przespać. Ta śnieżyca potrwa jeszcze długo, więc trochę tu posiedzimy.

 Książę leżał odwrócony plecami i nie odpowiedział. Raróg uznał, że pewnie już śpi, więc sam też spoczął na śnieżnej podłodze, opierając głowę na plecaku. Właściwie powinni przywrzeć do siebie, by ogrzać się nawzajem swymi ciałami, jednak nie śmiał tego nawet proponować. Skoro przeklęty nie był godny rozmowy, to tym bardziej przytulania się. Spokojnie więc leżał i próbował zapomnieć o zimnie oraz mokrych ubraniach. Nie mógł jednak zasnąć. Myślał nad dalszą drogą. Śnieżyca niemal zakończyła ich podróż, ale jama pozwoli im ją bezpiecznie przeczekać. Jednak w ten sposób tracili bezcenny czas. Być może dzicy najeźdźcy ze wschodu właśnie plądrowali ich domy, a oni, zamiast nieść ocalenie, po które ich posłano, leżą sobie do góry brzuchami. Bał się, że gdy wrócą, zastaną tylko popioły i zgliszcza. Nie… Nie chciał o tym myśleć. Jednak zmora, która się widocznie do niego przyczepiła, szybko znalazła inny bolesny temat.

 Ujrzał przed oczami obraz przeszłości, niemal taki sam, jak wtedy. Stał przed tłumem w czerwonych czapkach, tłumem, za który po tylekroć walczył i cierpiał, tłumem, który niegdyś nosił go na rękach. Jednak to nie był ten dzień, dzień tryumfu. To był dzień hańby. Obok niego stał król i na oczach wszystkich złamał jego miecz. W uszach huczało mu straszne słowo, powtarzane przez setki gardeł. Przeklęty, przeklęty! Złamał zakaz, z własnej woli pokazał się w widzialnej postaci człowiekowi i zawarł z nim pakt. Cóż z tego, że uczynił to by ratować Miasto? Postąpił wbrew odwiecznej tradycji, a więc musiała nań spaść klątwa i potępienie…

 

***

 

Ocknął się. Ktoś go potrząsał za ramię. Otworzył oczy. Czy nadal śni? Nad nim pochylał się książę, ale nie taki sam jak wcześniej. Z twarzy spadła mu maska wyniosłego arystokraty. Zniknął ten milczący, pogardliwy grymas. Pozostał tylko wylękniony, niemal zapłakany młodzieniec, szukający nadziei u starszego od siebie.

– Panie… – Dawno nie używany głos uwiązł mu w gardle. – Panie… wybaczcie, że budzę, ale… już świt!

 Rzeczywiście, przez na wpół zasypany śnieżycą otwór wentylacyjny wpadały do jamy nikłe promienie słońca. Raróg podniósł się.

– W takim razie nie ma na co czekać. Bierzmy się do łopat. Wejście jest prawie całkiem zasypane.

 Zaczął kopać, ale chłopak nie dołączył do niego.

– Panie, czy my… Czy dotrzemy do domu?

 Zmusił się do uśmiechu.

– Oczywiście, że dotrzemy. Dotrzemy na czas. W tym celu jednak musimy wykopać sobie wyjście, więc bierz się do łopaty. A, nie, wcześniej sprawdź, czy skarb jest na miejscu.

 Książę wsunął rękę do plecaka i skinął głową. Skarb był na miejscu. Skarb – cel ich wyprawy, dawno zapomniany artefakt, zwany Okiem Bazyliszka. Ten na pół legendarny kamień, od wieków ukryty w grodzie Warsa i Sawy, posiadał właściwą bazyliszkom moc. Ktokolwiek spojrzał na niego, przemieniał się w głaz. W obliczu najazdu dzikich krasnali z dalekich, wschodnich krain, kapłani Miasta ujawnili strzeżony przez siebie sekret, jakim była mapa do piwnicy, w której przechowywano Oko. W drogę, liczącą kilkadziesiąt ludzkich kilometrów w jedną stronę, wyprawiono, zgodnie z tradycją, członka królewskiego rodu. Wraz z nim posłano doświadczonego żołnierza, który, jako obciążony klątwą, nie miał już nic do stracenia. Musieli jak najszybciej odnaleźć i dostarczyć do Miasta tę śmiercionośną broń, jaką było Oko, ostatnią nadzieję ich Domu.

 

***

 

Szli dalej. Śnieżyca minęła, więc mogli cały dzień maszerować bez przeszkód. Raróg zaczął nabierać otuchy – byli już coraz bliżej domu. Jednak wieczorem niespodziewanie ogarnęła ich mgła. Rarogowi znów przyszło na myśl porównanie do całunu. Tylko, że tym razem nie rozpościerał im się on pod nogami, tylko ogarniał ze wszystkich stron, jakby chciał ich zadusić. Nie widzieli absolutnie nic. Iść naprzód nie było sensu, cofać się nie mieli gdzie. Usiedli więc, by postanowić co dalej. Raróg gorączkowo próbował wymyślić jakiś plan. Byli już tak blisko Miasta, że mogliby zapewne przed zmierzchem dojść do zaprzyjaźnionych osad Łełeków, czy Barstuków, ale i tak nie trafią do nich w tej parszywej mgle. Pozostawała tylko gnuśna bezczynność. Zrezygnowany zrzucił plecak, oparł się o niego siadając i zapalił fajkę. Książę poszedł w jego ślady.

 Siedzieli tak, coraz mocniej ocierając się o sen, gdy nagle coś zwróciło uwagę Raroga. W zawiesistej szarości mgły zamajaczył ciemniejszy kształt. Przyglądał mu się przez chwilę. Cień rósł!

 Dał znak towarzyszowi, by cicho wstał. Wskazał mu tajemniczy kształt. Obaj dobyli mieczy. Raróg miał przez chwilę nadzieję, że nieznana istota ich ominie. Jednak cień zbliżał się coraz bardziej, przybierając powoli znajome kształty. Raróg zaklął w myślach. To był kot!

– Uciekaj książę! Ja spróbuję go powstrzymać.

 Z mgły wyłonił się wielki, szary kocur. Raroga dusiła wściekłość. Byli już tak blisko. Mieli Miasto niemal na wyciągnięcie ręki. I oto ich długa, niebezpieczna podróż do Warszawy i z powrotem miała zostać pogrzebana przez zwykłą górę kłaków.

A może niezwykłą? Na tę myśl po plecach przeszły mu dreszcze. Przyjrzał się jeszcze raz uważnie przeciwnikowi, unikając jego świecących ślepi. Miał szczerą nadzieję, że to zwykły Puszek, a nie gumiennik, albo inne, jeszcze gorsze licho. Przez głowę przeszła mu myśl, aby wykorzystać przeciw futrzakowi znajdujące się w plecaku księcia Oko. Jednak szybko odrzucił ten pomysł. Kapłani mówili, że zgodnie z tradycją, tylko oni mogą używać tego artefaktu. A nie chciał wiedzieć, co mówi tradycja o kimś, kto złamał ją dwukrotnie. Musiał więc polegać tylko na stali swego miecza.

– No chodź tu sierściuchu!

Kot spojrzał na niego. Rarogowi zdało się, że jego pysk wyraża politowanie, choć doprawdy nie wiedział, jak to możliwe. Futrzak podniósł łapę, po czym wyjął i schował kilka razy pazury, jakby na pokaz. Potem machnął ogonem i… zniknął.

 Raróg w pierwszej chwili chciał skoczyć za nim naprzód. Jednak po chwili namysłu obrócił się. Ujrzał tego samego kocura, z jakby szyderczo wyszczerzonym pyskiem. A więc to jednak gumiennik! Przed nim leżał książę, który widocznie musiał się ze strachu potknąć, zasłaniając własnym ciałem plecak z bezcenną zawartością. Raróg rzucił się potężnym susem i po chwili był już przy swoim towarzyszu. Zwrócił ostrze przeciw demonowi. Ten ustąpił o parę kroków. Raróg mimo woli podniósł głowę. Jego wzrok napotkał głębokie, zielone ślepia. Zdało mu się, że czarne źrenice są bramą, uchyloną i czekającą tylko, aby ją otworzyć. Oczy gumiennika zaczęły rosnąć, aż w końcu wypełniły wszystko dokoła Raroga. Brama szeptała mu o labiryntach za nią, pełną pięknych obrazów, o jakich nie śniło się żadnemu krasnalowi na świecie. Przecież te pradawne ślepia pamiętały czasy, gdy ludzie składali im hojne ofiary. Przeżyły później upadek bogów i przyjście nowych. Ślepia miały wiedzę, która mogła zdjąć piętno klątwy i uczynić Raroga znów kochanym przez innych. Wiedzę, która mogła ocalić Miasto.

Raróg uwierzył. Przestąpił próg zieleni, a ona go pochłonęła.

 

Koniec

Komentarze

Z jednej strony tekst wydaje się urwany, z drugiej w sumie mówi właśnie o tym, że niektóre historie się urywają w najmniej oczekiwanych momentach – takie przecież życie. Tylko zastanawiam się dlaczego krasnale nie pomyślały o użyciu Oka. O ile można założyć, że demon to demon, to początkowo myślały przecież, ze to kot (w żadnym miejscu nie zasugerowano, że artefakt nie działa na zwierzęta). A już osobny temat, to można się zastanawiać jak zdobyły artefakt, nie mogąc na niego spojrzeć i jak się upewniły, że mają co trzeba?

Z drugiej strony: ciekawą ironią jest to, ze niosą artefakt, na który nie można spojrzeć i trafiają na demona, który jest groźny z powodu spojrzenia – jeśli to celowe zestawienie, to niezłe. Pozostaje jednak zgrzyt ze sposobem zdobycia samego oka.

No i jeszcze młodszy krasnal w którymś momencie zapomniał o klątwie. Choć to akurat łatwo uzasadnić chociażby strachem.

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Świetne rozwinięcie grafiki. Spodobała mi się ta historia krasnali. Chętnie przeczytałbym trochę bardziej rozwinięte postacie, ale rozumiem – limit. Ciężko w nim zawrzeć wszystko. Ale historia bardzo dobra. Wciągnąłem się. :)

Podbijam za wilkiem, czemu nie użyli oka?

Mel­du­ję, że prze­czy­ta­łam.

¡Muchas gracias!

 

Wilku, ac, bardzo dziękuję za komentarze!

 

Z jednej strony tekst wydaje się urwany, z drugiej w sumie mówi właśnie o tym, że niektóre historie się urywają w najmniej oczekiwanych momentach – takie przecież życie.

Tekst jest urwany z pełną premedytacją. Po prostu ten szort jest właściwie wprawką do dziejącego się w tym samym uniwersum opowiadania na Słuchowisko, więc nie chciałem za dużo zdradzać. Mam świadomość, że przez to traci jako samodzielny utwór, ale postanowiłem podjąć to ryzyko.

 

Tylko zastanawiam się dlaczego krasnale nie pomyślały o użyciu Oka.

No cóż, po pierwsze było ono pechowo w plecaku księcia, a on chyba nie był w tym momencie w stanie myśleć o czymkolwiek. Po drugie podejrzewam, że kapłani zastrzegli (zasłaniając się oczywiście tradycją), że Oka mogą użyć tylko oni. Po trzecie wreszcie, w starciu z gumiennikiem Oko mogłoby wcale nie okazać się zbytnio śmiercionośne, bo wystarczyłoby, że by się cofnął w mgłę i znalazł za ich plecami. Ale pomyślę jeszcze nad dodaniem jakiegoś wyjaśnienia do tekstu.

 

A już osobny temat, to można się zastanawiać jak zdobyły artefakt, nie mogąc na niego spojrzeć i jak się upewniły, że mają co trzeba?

No, to już niestety materiał na inną historię, na pewno wykraczającą poza limit. Ale można się domyślać, że ktoś, kto im dał Oko, wzbudzał duże zaufanie ;)

 

Chętnie przeczytałbym trochę bardziej rozwinięte postacie, ale rozumiem – limit.

Jak się wyrobię z terminem na Słuchowisko, to może… :)

No właśnie miałem pytać, czy to urwanie to nie kwestia przycięcia do limitu znaków. Ale jeśli to “rozłączność” teksów, to można było np. podać coś z przeszłości, co napędzałoby tą historię, a jednocześnie dla drugiego tekstu byłoby tylko uzupełnieniem.

Argument z gumiennikkiem już został zbity – początkowo myśleli, ze to kot. Ale wyjaśnienie z kapłanami jest dobre, warto uzupełnić tekst o nie.

Parę zdań na temat niemożności użycia Oka dodane ;)

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Veni, vidi, legi.

Muchas gracias también :)

Fajny ten kot zjadający przez oczy ;)

Widać, że w zamyśle jest jakaś większa historia. 

 

umknięciu śnieżycy,

umknięcie to chyba nie to słowo

 

to tym bardziej przytulania się.

to przytulanie to takie trochę Brokeback Mountain, ale to może tylko moje skojarzenia ;)

I would prefer not to.

Fajny ten kot zjadający przez oczy ;)

Cieszy mnie to wielce, bo podczas pisania miałem sporą obawę, czy te oczy nie jsą zbyt kiczowe ;D

 

umknięcie to chyba nie to słowo

Jak prawi słownik PWN “umknąć”, to “oddalić się skądś biegiem, uciec przed kimś lub przed czymś szybko”. Wydaje mi się więc, że zwianie przed śnieżycą do jamy spełnia tę definicję.

 

to przytulanie to takie trochę Brokeback Mountain, ale to może tylko moje skojarzenia ;)

Na swoje szczęście nie oglądałem ;)

Osobiście nigdy nie spałem w śnieżnych jamach, ale internet powiadał, że główne źródło ciepła stanowią ciała towarzyszy, więc dodałem rozmyślania o “przytulaniu” żeby nie wyjść na kompletnego ignoranta. Dziwi mnie, że jeszcze nikt mi nie zarzucił, iż oni by tam po prostu zamarźli śpiąc osobno, no ale założyłem, że krasnale są twardsze od ludzi ;)

 

Bardzo dziękuję za komentarz!

Wiedział dobrze, że po umknięciu śnieżycy, pułapką dla wędrowców może się okazać brak powietrza.

Ja to przeczytałam jako: po tym jak śnieżyca dobiegnie końca, pułapką dla wędrowców…

 

Szkoda, bo film jest bardzo dobry.

 

Właściwie powinni przywrzeć do siebie, by ogrzać się nawzajem swymi ciałami, jednak nie śmiał tego nawet proponować. Skoro przeklęty nie był godny rozmowy, to tym bardziej przytulania się.

…to tym bardziej dotyku // tym bardziej nawet tego // tym bardziej dzielenia ciepła ?

tulenie ma jednak emocjonalny wydźwięk

I would prefer not to.

Ja to przeczytałam jako: po tym jak śnieżyca dobiegnie końca, pułapką dla wędrowców…

W sensie, że to śnieżyca umknęła? W takim razie spróbuję to jakoś przebudować.

 

tulenie ma jednak emocjonalny wydźwięk

Tym lepiej, bardziej akcentuje nieodpowiedniość takiego działania.

 

Szkoda, bo film jest bardzo dobry.

Wierzę, ale chyba całkiem nie moja tematyka. No i może dzięki temu, że nie oglądałem, nie mam mrocznych skojarzeń z przytulaniem się w śnieżnych jamach :D

Hmmm. A mnie zakończenie nie przypadło do gustu.

Ogólnie historyjka całkiem zacna, chociaż IMO zbyt wiele zdradzasz w przedmowie. Nawet informacja, że ktoś już wykorzystał ten temat, jest informacją.

Dla bohaterów tego formatu zwykły kot jest problemem. Tajemniczy magicznie zabijający gumiennik wydał mi się przekokszony. No, ale to kwestia gustu zapewne.

Babska logika rządzi!

Dzięki za komentarz!

 

Dla bohaterów tego formatu zwykły kot jest problemem. Tajemniczy magicznie zabijający gumiennik wydał mi się przekokszony. No, ale to kwestia gustu zapewne.

Zwykły kot byłby problemem, ale zapewne problemem do pokonania. Gumiennik już niekoniecznie ;)

 

Ogólnie historyjka całkiem zacna, chociaż IMO zbyt wiele zdradzasz w przedmowie. Nawet informacja, że ktoś już wykorzystał ten temat, jest informacją.

Zdawało mi się, że w tekście i tak szybko zdradzam tożsamość bohaterów, ale skoro twierdzisz, że to jednak zbyt wielki spoiler, usunę to zdanie z przedmowy. Może ktoś się jeszcze do tego szorta przypałęta.

No to może nie usuwaj całkiem, tylko napisz, że ktoś już wybrał podobnych bohaterów, chociaż inny obraz. Możesz podkręcić ciekawość… ;-)

Babska logika rządzi!

Tańczące dookoła białe płatki, które jak na złość wciąż lądowały mu za kołnierzem, nie ułatwiały myślenia.

– za kołnierz?

Wyciągnął z plecaka krótką saperkę.

– bo długa to już szpadel? ;)

– Książę, proszę kopać ze mną. Musimy zrobić jamę pod powierzchnią śniegu. Będzie tam ciepło i nie będziemy wystawieni na wiatr. Rzucili się jak szaleni do kopania.

– zgrzytnęło… Przesadny opis nie koresponduje z uwagą Raruga, która jest zwyczajnie rzeczowa. Po prostu mieli wykopać jamę niekoniecznie jak szaleni ;)

 

Od tego momentu tylko czekałem aż pojawi się kocur… Limity nie służą fantasy. Dużo niepotrzebnych informacji z których ostatecznie nic nie wynikało dla tekstu, a może zwyczajnie nie czuję klimatu ;)

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny

Blacktomie, IMO, leciały za kołnierz, ale lądowanie za kołnierzem jest w porządku.

Babska logika rządzi!

Hm… Tak, Finklo. Wszystko przez to, że człowiek nie wylewa za kołnierz. Przeklęte mistrzostwa… ;)

No, no, a jednak wpadł ktoś jeszcze oprócz Cienia. Wielce dziękuję za komentarz :)

 

– bo długa to już szpadel? ;)

W sumie… już poprawiam.

 

– zgrzytnęło… Przesadny opis nie koresponduje z uwagą Raruga, która jest zwyczajnie rzeczowa. Po prostu mieli wykopać jamę niekoniecznie jak szaleni ;)

Podejrzewam, że gdy się jest krasnoludkiem, kopanie w zamieci, która może Cię w każdej chwili zwiać może być dosyć trudne, a jednocześnie chcesz jak najszybciej znaleźć się w jamie, dlatego kopiesz “jak szalony” ;)

 

Od tego momentu tylko czekałem aż pojawi się kocur…

To trzeba było nie paczeć na ilustrację przed czytaniem :P

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny

Hym, a na pasku nad opowiadaniem mam “joseheim, beryl, vyzart”, blactomów brak. Ale nie będę narzekał, cieszę się z komentarza :D

Hym, a na pasku nad opowiadaniem mam “joseheim, beryl, vyzart”, blactomów brak. Ale nie będę narzekał, cieszę się z komentarza :D

 bo to miejsce dziwów i magi. Jak zostaniesz na dłużej, to się zorientujesz ;)

 

Ja z kolei wiem, że i człowieka zamieć może ściąć z nóg – kwestia proporcji. W tym wypadku, chodziło raczej o styl niż o logikę wydarzeń ;)

 

Pozdrawiam :)

Hym, a na pasku nad opowiadaniem mam “joseheim, beryl, vyzart”, blactomów brak

Pewnie biblioteczni wartownicy założyli się o coś, a stawką było przejęcie warty :P 

Prawda jest całkiem inna… Nie chcesz jej poznać. ;-)

Babska logika rządzi!

Czyli że zaszantażowaliście Blacktoma? Dalej, mów czym! :D 

Jeśli publicznie zdradzę, jakiego mamy na haka na Blacktoma, to nici z transakcji, czyż nie? ;-)

Babska logika rządzi!

Ale ze co, złapaliście go na czytaniu Bravo? :P 

Odmawiam odpowiedzi. ;-)

Babska logika rządzi!

Przeciez poza forum to nie wyjdzie :P

 

Wilku, do czytania Bravo przyznaję się bez bicia. Każdy kiedyś był młody i nieoczytany ;)

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Fajne :)

Tańczące dookoła białe płatki, które jak na złość wciąż lądowały mu za kołnierzem, nie ułatwiały myślenia. W końcu jednak przyszła mu do głowy droga ratunku. Wyciągnął z plecaka saperkę.

Trzy zdania, a każde z innej bajki. Jest zamieć, i to taka hoho, że z nóg powala. Powinno być zimno, groźnie, paskudnie… a piszesz o tańczących płatkach. Można i tak, ale druga część zdania – ta mówiąca o kołnierzu – to już mi się za bardzo skojarzyła z opowieścią Jasia, który opowiadał dziadkowi co go na sankach spotkało. Musisz panować nad zdaniami, bo nie wszystko, co "fajne", pasuje do klimatu. A takie klopsy mi immersję psują (ale bym zjadł takiego, z kiszonym…).

Ale im bliżej końca, tym lepiej. Być może taki był zamysł i całość miała być podszytą krasnalową ironią. Jednak z perspektywy czytelnika, który jeszcze nie zna całości… no gdybym nie był cierpliwy, to porzuciłbym tekst po pierwszym fragmencie.

Ciekawe podsumowanie i fajne rozwinięcie grafiki. Ba, uśmiechnąłem się – zwłaszcza gdy ją zobaczyłem. I to głośne "aaaaa, no tak" w głowie zadźwięczało.

Bardzo ciekawa interpretacja grafiki. Napisana też przyzwoicie, z klimatem i wciągająco. Wprawdzie zastanawiałam się na początku, dlaczego aż po szyje zapadali się w śniegu, ale dalsza część opowieści wszystko ładnie wyjaśniła.

Dopiero z komentarzy dowiedziałam się, że nie jest to całkowicie niezależna historia, ale w trakcie lektury nie dało się tego odczuć. Oczywiście, są pytania dotyczące Oka, jest otwarte, urwane zakończenie, ale moim zdaniem opowieść się broni jako całość. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Standardowa przygodówka z ciekawym tłem. Ładnie rysujesz świat, fajnie kreślisz bohatera, jego przeszłość i zadanie. Jednak nie wychodzisz ponad pewien znany standard – aż trochę szkoda, że nie pokusiłeś o jakieś szaleństwo.

Zakończenie otwarte w takim brzydkim stylu – szkoda.

Podsumowując: urwane zakończenie trochę przeszkadza, ale koncert fajerwerków nawet przyjemny.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Och, ile komentarzy! Dziękuję, dziękuję :D

Anet – cała przyjemność po mojej stronie :)

stn – przeczytałem szort pod kątem stylów i masz rację, że trochę je pomieszałem. Będę musiał zwrócić na to uwagę przyszłości. Cieszę się jednak, że starczyło Ci cierpliwości żeby dojść do końca i że udało mi się wywołać uśmiech na koniec :)

śniąca – skoro tekst jak piszesz się broni, to nie będę nic dodawał ;)

Nigdzieczłeku – no cóż, szort był pisany głównie jako mroźna odskocznia od strasznych upałów, więc do szaleństwa przez ten gorąc było blisko, ale jak widać nie przeniknęło do tekstu. Zakończenie od początku miało być takie jakie jest, tak więc widocznie nie trafiłem w Twój gust. Ale widzę, że udało mi się zasłużyć na klika ;D

Panie, coś Pan z tym zakończeniem? Co to ma być?

Opowiadanie z potencjałem, to na pewno. Jeśli spojrzeć na nie przez pryzmat limitu, to wydaje się trochę przegadane jednak, ale że limit brzydko wonieje czymś podejrzanie brązowym, to i jego perspektywa małe ma tutaj znaczenie. A bez niej wychodzi momentami nieco naiwna, ale zupełnie fajna i absorbująca opowieść drogi w zacnym klimacie, a do tego oparta na interesującym pomyśle.

Szkoda tylko, że jest to pomysł nie dość, że nie rozwinięty jak należy (chciałbym wiedzieć, na przykład, dlaczego dokładnie doszło do wyklęcia Raroga?) to jeszcze brzydko urwany. Mam bowiem wrażenie – i w sumie nawet mniejsza o to, czy słuszne – że gumiennik i jego oczy-bramy są tutaj wepchnięte tak trochę na siłę, byle opowieść miała jakieś, jakiekolwiek zakończenie, skoro na sensowne brak już miejsca. I naprawdę szkoda, że tak to wyszło, bo miałbym apetyt na więcej.

 

Kolejna kwestia: technikalia. Pokuszę się o ujęcie tematu w ten sposób, że wykonanie ani nie podnosiło, ani nie obniżało walorów literackich opowiadania. I choć wiem, że mogłoby być lepiej, przynajmniej o te kilka przecinków, to jednak faktem pozostaje, że czytało się po prostu dobrze i z zaciekawieniem.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ciekawie się czytało, chociaż zakończenie trochę płaskie (jak na odrębny tekst). Dobry wstęp do dłuższego opowiadania.

Bardzo mi się spodobały kocie oczy, ale szkoda, że pożarły Raroga. Teraz się zastanawiam, czy i jak poradzi sobie samotny książę… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka