- Opowiadanie: fizyk111 - Wir

Wir

Opowiadanie zainspirowane obrazem J. Różalskiego “will you dare to summon them”, obraz ilustruje zakończenie tekstu i tak też go umieściłem .

Jako dodatkową grafikę wybrałem “Duel” umieszczony na początku tekstu.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Wir

Chris nie musiał się nawet za bardzo skupiać. Lata doświadczeń sprawiły że już po kilkunastu sekundach zaczął go tworzyć. Z braku natchnienia nadał mu imię Wir. Bo tak zaczynał się proces tworzenia, jako wir na wzburzonych wodach. A kończył jako kolos z burzy i wody, Wir. 

Kiedyś, gdy nazywał się jeszcze Chrizobaal, potrzebował dużo więcej czasu, godzinę a może nawet dwie. Nie potrafił sobie przypomnieć jak długo wołał za pierwszym razem. Pamiętał że osaczony i przerażony, zapędzony na samotną skałę na końcu obmywanego falami cypla, bez szans na ratunek stał i krzyczał o pomoc. Nie pamiętał, czy był to rzeczywisty krzyk czy też krzyczała jego dusza. Niewiele pamiętał, tylko strach, przerażenie i samotność. I jeszcze swój krzyk trwający całą wieczność i jakąś wiarę, że przecież musi być coś, co go ocali, jego samego i jego dziedzictwo. Pamiętał też jego oczy, jak dwie płonące błękitem pochodnie pomiędzy rogami i ryk od którego ciemniało w oczach. A potem była już tylko ciemność.

Gdy się ocknął, morze było spokojne, a z nieba lały się strugi ulewnego deszczu. Od brzegu aż po sam las widział porozrywane ciała, porozrzucane zbroje i oręż, a w koronach wysokich drzew na skraju lasu dojrzał nawet dwa wilki. Miał moc przywoływania wody, a Wir był potężny i był mu posłuszny.

 

Próbowali go dopaść jeszcze trzy razy. Za każdym razem wyczuwał ich na tyle wcześnie, aby dobiec na koniec wychodzącego daleko w morze cypla. Dwa razy po prostu uciekał, klękał na szczycie i wołał i krzyczał o pomoc. I Wir za każdym razem nadchodził i pomagał. Stał i czekał aż ścigający go wyjdą z lasu i spadał na nich burzą, deszczem i gradem siejąc zniszczenie ponad ludzką miarę. Ale oni wracali. Chrizobaal wiedział że jeszcze wielu czaiło się w lesie, tam potrafili przetrwać, nie wszyscy, nawet nie większość, ale On zawsze przetrwał – Ten, który go ścigał. Przetrwał, zbierał nowe wojsko i wracał. Gdy nadeszli po raz trzeci był już przygotowany. Pracował całą zimę. Dzień w dzień chodził do lasu i rąbał. Nie, nie wycinał lasu, ale podcinał każde drzewo tak, żeby padło kiedy nadejdzie Wir. Jak zwykle wyczuł ich obecność jakieś dwie godziny wcześniej. Nie bał się tak jak poprzednio, wszystkie przygotowania sprawiły że jego strach był jak narowisty rumak, okiełznany i osiodłany. Szybkimi acz oszczędnymi ruchami przypasał miecz, zarzucił plecak i podniósł tarczę. Równym krokiem ruszył w kierunku cypla. Gdy tylko wszedł na kamienną mierzeję, zaczął go wzywać. Nie przekazywał już swojego strachu i przerażenia, przekazywał prośbę o pomoc, o ocalenie dziedzictwa. I wir zaczął się tworzyć aż powstał Wir. Stał w morzu będąc jego częścią i czekał aż jego dręczyciele wyjdą z lasu. Do wołania o pomoc dodał “czekaj aż podejdą bliżej, czekaj aż wyjdzie ich z lasu więcej i zniszcz cały las, zniszcz las, zniszcz las”.

 

Tym razem był zupełnie nieprzygotowany na atak. Nie wyczuł najmniejszego sygnału świadczącego o ich obecności. Mieli dużo czasu na ulepszenie osłon i dobrze go wykorzystali. A przecież i on też czasu nie marnował. Kontrolę nad Wirem opanował do perfekcji. Identyfikację mentalną udoskonalił tak, że obecność człowieka wyczuwał na kilometr. A jednak go zaskoczyli.

Dopadli go gdy wypoczywał na Filipinach. Na prawdę wypoczywał, żadnej tajnej misji, żadnych negocjacji, po prostu tydzień żeglowania, łowienia ryb i włóczenia się po przybrzeżnych knajpach. Właśnie spakował sprzęt wędkarski, sprawdził silniki i stan paliwa. Wszedł na mostek, sięgnął po lornetkę i zaczął powoli przepatrywać horyzont. To go uratowało, ta jedna minuta. Miał zbyt mało czasu aby przywołać Wira, przeprowadzić kontratak i uratować tych wszystkich niewinnych ludzi, którzy mieli przez niego zginąć. Wystarczająco jednak aby utworzyć wir i schronić się w jego oku.

Po raz drugi zaatakowali kilka miesięcy później, gdy przebywał w Nowym Orleanie. Tym razem był to pobyt jak najbardziej służbowy. Negocjacje z koreańskimi generałami wlokły się niemiłosiernie. Chcieli przede wszystkim pieniędzy, dużo pieniędzy, zarówno na odbudowę kraju, zakupy żywności jak i po prostu dla siebie. Wykłócali się o każdy miliard na nowe fabryki tak samo zawzięcie jak o każdy milion przelewu na prywatne konta. A wszystko to w pełnej konspiracji, nocami w klubach jazzowych przy alkoholu i muzyce.

Tym razem był przygotowany, wyczuł ich wprawdzie późno, ale miał wystarczająco dużo czasu aby pożegnać się z Koreańczykami, szybko, acz bez wzbudzania podejrzeń. Dziesięć minut później stał na końcu falochronu i obserwował jak Wir wyłania się z morza i rusza do walki. Zmagali się ponad dwie doby, Wir starał się trzymać przeciwnika z dala od Nowego Orleanu, ale w żaden sposób nie dało się uniknąć zniszczeń. Po tym ataku postanowił że wystarczy tego czekania i czas przejść do kontrataku. Zaszył się w Las Vegas z dala od jakichkolwiek większych zbiorników wody i zaczął planować akcję.

Chris wiedział że razie jest ich za mało aby mogli rozpocząć akcję z dala od dużego zbiornika wody, Las Vegas zapewnia więc dobre schronienie – na razie. Z każdym rokiem, każdym miesiącem było ich coraz więcej, w pewnym momencie Ten który go ściga zdecyduje się na atak i wtedy nie będzie miał żadnych szans.

Założenia były takie: Po pierwsze, musi znaleźć sposób aby Go pozbawić kontaktu z ziemią i wodą, aby znalazł się w powietrzu i wtedy zaatakować. Po drugie, oni wiedzą gdzie jest i co robi, czekają tylko na sposobność aby zaatakować. Wszystko co robi musi więc być objęte tajemnicą, wszystkie przygotowania robione tak, aby oni się o nich nie dowiedzieli. I zakładać, że jednak się o tym dowiedzą. Ostatni etap trzeba utajnić tak, aby rzeczywiście nie wiedzieli co robi. A jednak zakładać, że jakimś cudem się tego dowiedzą, nawet gdyby wydawało się to całkowicie nierealne.

Przede wszystkim musiał znaleźć jakiś zbiornik wody na którym mógłby sprawdzić swój pomysł. Nad Lake Las Vegas było zbyt tłoczno, ale już Las Vegas Bay, oddalona jakieś czterdzieści minut od miasta była odpowiednim poligonem. Skrupulatnie przestrzegając wszystkich zasad konspiracji, co jakiś czas wybierał się nad zatokę łowić ryby. Znajdował jakąś małą wysepkę, siadał nad wodą i tworzył wir. Podwójny wir. To miała być jego tajna broń. Gdyby mógł przywołać dwa Wiry o takiej samej mocy to przeciwnik nie mógł by się przeciwstawić. Eksperymentował więc z tworzeniem coraz większych wirów, podwójnych wirów. Zaprzestał eksperymentów gdy w gazetach pojawiły się artykuły o lokalnych podtopieniach i rybach znajdowanych dziesiątki metrów od brzegu zatoki. Przeniósł się do Minneaopolis i kontynuował swoje konspiracyjne wyprawy na ryby, tym razem na Wielkie Jeziora. Szło mu całkiem dobrze, potrafił wywołać i utrzymać dwa wiry, ale zajmowało mu to bardzo wiele czasu. I tak właśnie miało być. Czas był tu czynnikiem decydującym, przyszła więc pora więc na następny etap.

Na lotnisku w Minneapolis odprawił się na lot do Miami skąd miał wynajętą łódź do Arthur’s Town. W ostatniej chwili zrezygnował i wykupił bilet do Los Angeles, stamtąd awionetką poleciał do Honolulu i dalej dużym pełnomorskim jachtem na Niʻihau. Na tej małej wysepce na samym końcu Bahamów zaplanował ten najważniejszy test. Usiadł na skalistym cyplu a ocean otaczał go ze wszystkich stron. Była północ, bardzo lubił tę godzinę i wybrał ją intencjonalnie, na dobrą wróżbę. Zaczął tworzyć wiry. Przywołał swój strach a potem wołał o pomoc. Gdy zaczynał się tworzyć pierwszy wir, uspokoił swój umysł starając się go utrzymać, wywołując jednocześnie inny strach i tworząc drugi wir. Przeskakiwał umysłem od jednego do drugiego próbując je oba rozwijać. Szło to powoli, nadszedł świt, a potem południe. Nieliczni mieszkańcy pochowali się w domach w obawie przed tornadem. A on stał i wołał i wiedział że nie da rady, ale wiedział też że oni o tym nie wiedzą. O zmierzchu padł na pobliskiej polanie – wyczerpany i zadowolony.

Następnego dnia rano był już w Honolulu a kilka godzin później w Nowym Jorku. Jego celem była skalista bezludna wysepka jakieś dwadzieścia mil na wschód od Mauritiusa. Oni mają wierzyć że tym razem uda mu się przywołać dwa Wiry. Mają wierzyć że zdobędzie przewagę i mają za wszelką cenę mu w tym przeszkodzić. Tą ceną będzie samolot. Chris zakładał że aby przeszkodzić mu w ostatecznej próbie, zdecydują się dopaść go w trakcie tworzenia. W tym celu muszą wsiąść do samolotu, inaczej nie zdążą. A gdy stracą kontakt z ziemią i morzem, będą bezbronni.

Stał swobodnie na skrawku kamienia, o który rozbijały się kilkumetrowe fale. W dżinsach i granatowym t-shircie zupełnie nie przejmował się ani ulewnym deszczem ani rozbryzgami słonej wody spadającymi na niego po przejściu fali. Przed sobą widział wznoszący się do góry wir przypominający swoim kształtem tornado, tyle że 

zamiast przyśpieszać, jego wirujący ruch z każdą chwilą zamierał. Dynamika z wirowej przechodziła w wertykalną. Woda znieruchomiałego wiru opadała deszczem formując głowę, ramiona i ręce sięgające powierzchni morza. Wir nie zamarł całkowicie, uaktywnił się zarówno w górnej i w dolnej swojej części. Dwa wertykalne zawirowania w dolnej części utworzyły jego nogi, a dwa horyzontalne na samej górze utworzyły na głowie potężne bawole rogi. Błękitna poświata najpierw zapadła się w jego potężnej piersi a następnie uniosła się w górę i wybuchła laserowym blaskiem z jego oczu.

Stał przed Chrisem tak, jak wtedy gdy dawno, dawno temu, jeszcze jako Chrizobaal po raz pierwszy przywołał go całkiem świadomie. Olbrzym będący uosobieniem burzy. Ulewa z rogami. Burza z oczami blue-ray. Zniszczenie na życzenie. Czekał na zadanie, na myśl, na słowo – i on mu je dał. Pokazał lecący ponad oceanem samolot, model Boeing 777, przekazał mu obraz z najdrobniejszymi szczegółami, znakami linii lotniczej, czterema silnikami, charakterystycznym kształtem skrzydeł. A potem przekazał polecenia.“Zniszcz”. “Rozerwij na strzępy”. “Resztki zatop i wbij głęboko w dno oceanu, zasyp kamieniami, stop podmorskim wybuchem wulkanu”. Niech nikt nie znajdzie najmniejszego szczątku lotu MA984.

 

Wejrzałem w głąb, i jeszcze głębiej i jeszcze. Jest, wyczuwam, widzę. Zamknięte w ochronnej skorupie dziedzictwo, obietnica, tylko i aż obietnica królestwa, które mi się należy. Chwilowo bezpieczne, nie wiem na jak długo. Rok, stulecie, millenium? Czy pojawią się znowu oni, czy ktoś znajdzie mnie tu i uratuje. Czy mogę się uratować sam wykorzystując rodzącą się cywilizację aby odzyskać należne mi królestwo? Albowiem królestwo moje nie jest z tego świata.

Koniec

Komentarze

Dzięki, też się zorientowałem i już przyciąłem. :)

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

No cóż, przeczytałam i to wszystko, do czego mogę się przyznać. Przykro mi, Fizyku111, ale nie zrozumiałam Twojego opowiadania. :(

Lekturę utrudniają liczne powtórzenia i nie najlepsza interpunkcja.

 

stał i krzy­czał o pomoc. Nie pa­mię­tał, czy był to rze­czy­wi­sty krzyk czy też krzy­cza­ła jego dusza. Nie­wie­le pa­mię­tał, tylko strach, prze­ra­że­nie i sa­mot­ność. I jesz­cze swój krzyk… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

musi być coś, co go ocali, jego sa­me­gojego dzie­dzic­two. Pa­mię­tał też jego oczy… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Pró­bo­wa­li go do­paść jesz­cze trzy razy. Za każ­dym razem wy­czu­wał ich na tyle wcze­śnie, aby do­biec na ko­niec wy­cho­dzą­ce­go da­le­ko w morze cypla. Dwa razy po pro­stu ucie­kał, klę­kał na szczy­cie i wołał i krzy­czał o pomoc. I Wir za każ­dym razem… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Do wo­ła­nia o pomoc dodał “cze­kaj aż po­dej­dą bli­żej, cze­kaj aż wyj­dzie ich z lasu wię­cej i zniszcz cały las, zniszcz las, zniszcz las”. –> Po dodał przydałby się dwukropek.

 

Na praw­dę wy­po­czy­wał, żad­nej taj­nej misji… –> Napraw­dę wy­po­czy­wał, żad­nej taj­nej misji

 

Po dru­gie, oni wie­dzą gdzie jest i co robi, cze­ka­ją tylko na spo­sob­ność aby za­ata­ko­wać. Wszyst­ko co robi musi więc być ob­ję­te ta­jem­ni­cą, wszyst­kie przy­go­to­wa­nia ro­bio­ne tak, aby oni się o nich nie do­wie­dzie­li. I za­kła­dać, że jed­nak się o tym do­wie­dzą. Ostat­ni etap trze­ba utaj­nić tak, aby rze­czy­wi­ście nie wie­dzie­li co robi. A jed­nak za­kła­dać, że ja­kimś cudem się tego do­wie­dzą, nawet gdyby wy­da­wa­ło się to cał­ko­wi­cie nie­re­al­ne. –> Powtórzenia.

 

prze­ciw­nik nie mógł by się prze­ciw­sta­wić. –> …prze­ciw­nik nie mógłby się prze­ciw­sta­wić.

 

przy­szła więc pora więc na na­stęp­ny etap. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

O zmierz­chu padł na po­bli­skiej po­la­nie – wy­czer­pa­ny i za­do­wo­lo­ny. –> Skoro padł na polanie, to skąd tam wziął się las?

 

W dżin­sach i gra­na­to­wym t-shir­cie… –> W dżin­sach i gra­na­to­wym T-shir­cie

 

Przed sobą wi­dział wzno­szą­cy się do góry wir… –> Masło maślane. Czy istnieje możliwość, by coś wznosiło się do dołu?

 

wir przy­po­mi­na­ją­cy swoim kształ­tem tor­na­do, tyle że 

za­miast przy­śpie­szać… –> Zbędny enter.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Grafiki dały mi nadzieję na coś epickości Shadow of the Colossus, ale dostałam pamiętnik z życia przywołującego giganty morskiego Jezusa :(

Szczerze przyznam, że szort męczący, a połączenie dwóch światów mnie rozczarowało. Interpunkcja wymaga przynajmniej szczerego postanowienia poprawy.

 

“Przed sobą widział wznoszący się do góry wir przypominający swoim kształtem tornado, tyle że 

 

zamiast przyśpieszać, jego wirujący ruch z każdą chwilą zamierał.” – Tutaj się tekst rozjechał.

@regulatorzy

Wielkie dzięki za pochylenie się nad tekstem. Rozpoczynam studia nad interpunkcją. Do końca roku obiecuję poprawę.

@Żongler

Szczere postanowienie poprawy. Czas, jak wyżej.

Chwalebne postanowienie, Fizyku. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Fajna koncepcja wykorzystywania huraganów jako broni. A przynajmniej tak to zrozumiałam.

Prawie cały czas unikasz określenia, kto i z kim walczy. A potem się okazuje, że to najwyraźniej Jezus. Jakoś mi to nie pasuje. Gaja by się lepiej nadała, IMO.

Warsztat bez rewelacji. Interpunkcja mocno kuleje, problemy z pisownią łączną/ rozdzielną. Wiesz, że dopóki trwa konkurs możesz poprawiać wytknięte błędy?

klękał na szczycie i wołał i krzyczał o pomoc. I Wir za każdym razem nadchodził i pomagał. Stał i czekał aż ścigający go wyjdą z lasu i spadał na nich burzą, deszczem i gradem siejąc zniszczenie ponad ludzką miarę.

Wyjątkowy urodzaj “i”. BTW, przecinki co najmniej po “czekał”, “lasu” i “gradem”.

Babska logika rządzi!

Finkla,

Wielkie dzięki za opinię i podpowiedź, za mało czasu, za mało szans. Ale nauka dla początkującego bezcenna.

Z tym Jezusem to miało być takie delikatne, a wyszło tak jakoś nachalnie.

A na Filipiny, Nowy Orlean i Malezję, to jakoś nikt nie zwrócił uwagi. :)

Do pomysłu na pewno wrócę.

Doceniam wplecenie rzeczywistych wydarzeń w fantastyczną historię. Nie mogę powiedzieć, że nie zrozumiałem, bo wydaje mi się, że jednak zrozumiałem – natomiast nie wiedząc nic o królestwie Chrisa ani o NICH, trudno było mi w pełni wczuć się w historię. Zabrakło do tego dość istotnych informacji. Pod kątem warsztatu też mogłoby być trochę lepiej. Powodzenia z kolejnym tekstem : ).

PS – w pewnym momencie chyba pomyliły Ci się Hawaje z Bahamami.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Pomysł na wir fajny, tylko nie wiadomo, z kim nasz bohater walczy i po co. 

Sugerowałabym przejrzeć tekst pod kątem powtórzeń i interpunkcji:

Nie potrafił sobie przypomnieć[+,] jak długo wołał za pierwszym razem. Pamiętał[+,] że osaczony i przerażony, zapędzony na samotną skałę na końcu obmywanego falami cypla, bez szans na ratunek stał i krzyczał o pomoc. Nie pamiętał, czy był to rzeczywisty krzyk[+,] czy też krzyczała jego dusza. Niewiele pamiętał, tylko strach, przerażenie i samotność. I jeszcze swój krzyk trwający całą wieczność i jakąś wiarę, że przecież musi być coś, co go ocali, jego samego i jego dziedzictwo. Pamiętał też jego oczy, jak dwie płonące błękitem pochodnie pomiędzy rogami i ryk[+,] od którego ciemniało w oczach.

Dopadli go[+,] gdy wypoczywał na Filipinach. Na prawdę wypoczywał, żadnej tajnej misji, żadnych negocjacji, po prostu tydzień żeglowania, łowienia ryb i włóczenia się po przybrzeżnych knajpach.

 Naprawdę

Chris wiedział[+,] że razie jest ich za mało[+,] aby mogli rozpocząć akcję z dala od dużego zbiornika wody, Las Vegas zapewnia więc dobre schronienie – na razie. Z każdym rokiem, każdym miesiącem było ich coraz więcej, w pewnym momencie Ten[+,] który go ściga[+,] zdecyduje się na atak i wtedy nie będzie miał żadnych szans.

 

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Bardzo spodobał mi się pomysł i jego idea, ładnie też zgrane z grafikami (obiema) i ich klimatem. Niestety, pomysł ten jednak moim zdaniem nie został wystarczająco dobrze przedstawiony. Poza usterkami technicznymi (czytałam na telefonie, więc nie wynotowałam, ale pamiętam sporo powtórzeń, które nieco przeszkadzały), najbardziej irytowała mnie zbytnia tajemniczość tych „onych”, którzy chcieli zniszczyć Chrisa oraz dziedzictwa. Za mało też wiem o samym Chrisie. Część znaków, które przeznaczyłeś na opisywanie założeń planu i przemyśleń, można było użyć do głębszego pokazania postaci i jej historii. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

śniąca,

wielkie dzieki za dobre słowo.

Zaczynam żałowac ze jednak nie poprawiłem tych błedów, które wytknięto mi na początku.

Sądzę że za jakiś czas wrócę do tego tekstu i opiszę królestwo, które stracił Chris.

Teraz już możesz poprawiać :) Zasadę mamy taką, że ołówki/pióra/klawiatury odkładamy od upłynięcia terminu publikacji tekstów konkursowych do momentu ogłoszenia wyników. Później nie ma sensu raczyć usterkami kolejnych czytelników i warto zrobić korektę. 

Jeśli rozwiniesz temat, to chętnie poczytam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jest tu pomysł, ale podpadł mi przez kompozycję.

Fajny motyw z magami działającymi w dzisiejszej rzeczywistości (przypomina się Mag: Wstąpienie czy Mag: Przebudzenie). Jednak za długo trzymałeś tajemnicę świata przy sobie. Ja zdążyłem sobie już wyobrazić świat fantasy, a tu nagle ŁUP – Koreańczycy i Filipiny. Totalnie się przez moment pogubiłem.

Potem było lepiej, pomysł rozwinąłeś, ale pierwszego wrażenie nie zdołałeś zniwelować.

Wykonanie chropowate. Najbardziej bolały powtórzenia, czasem też gubisz podmioty (jak wtedy, gdy po raz pierwszy wspominać o Nim), co zmienia znaczenia zdań.

Podsumowując: jest tu pomysł, ale koncert fajerwerków wymagałby ociosania, by w pełni zabłysnąć na niebie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Niestety, opowiadanie mi się nie podobało.

Oprócz bardzo niejasnej, jak na mój gust przekombinowanej fabuły, do której wrócę za chwilę, tekst potknął się i skręcił kark również dlatego, że wykonie bardzo wyraźnie kulało – interpunkcja dogorywa w cierpieniu, a do tego sporo powtórzeń (od tych Wirów i wirów zaczęło mi się w pewnym momencie kręcić w głowie ;), zgubione podmioty, czasem dziwne, niegramatyczne zdania i tak dalej i tym podobne. Potykałem się o wszystkie te chropowatości bez przerwy, co mocno i – rzecz jasna – jednoznacznie negatywnie wpłynęło na odbiór opowiadania i przyjemność z lektury.

Zdecydowanie nie pomógł też relacyjny, taki dziennikarsko “suchy” styl; zupełnie wyprana z emocji i zaangażowania w snutą opowieść narracja, która, właśnie przez te swoje przymioty, również i czytelnikowi uniemożliwiała zaangażowanie się w opowieść; opowieść, prawdę mówiąc, mimo obiecującej tematyki i utrzymującego się szybkiego tempa, zdecydowanie rozczarowującą.

Jednak nie wykonanie, a zupełnie pomieszana i niezrozumiała dla mnie fabuła, okazała się najsłabszą stroną tego opowiadania. Jest tu bowiem jakiś zupełnie nieznany, stawiałbym, że wymyślony przez Ciebie mit, który nie ma żadnego rozwinięcia, a co za tym idzie – cała historia, która się na nim opiera, jest po prostu mętna. Podobnie bohater, który nie wiadomo kim jest, jakiego rodzaju posiada dziedzictwo i moce (prócz wywoływania Wiru i chyba nieśmiertelności), oraz kogo i dlaczego ma za wroga. Tak więc, na dobrą sprawę, przez całe opowiadanie nie bardzo wiedziałem o czym czytam i nie dowiedziałem się tego też na końcu. Rzucały mi się w również oczy pewne nielogiczności i dziury fabularne. Na przykład to, że gość biega z tarczą i mieczem, a zaraz potem bez żadnego uzasadnienia wrzucasz go do współczesności, czy finał, w którym nie wiadomo co i dlaczego się stało. Przez dobrą jedną trzecią tekstu – zupełnie moim zdaniem niepotrzebnie – zalewasz czytelnika suchymi informacjami z przygotowań Chrisa do ostatniej rundy (przy czym nie wiem, czemu koleś uciekł do Las Vegas, z dala od większych zbiorników wodnych, skoro to właśnie dla niego woda była ochroną i przyjacielem – ergo, w Vegas stawał się łatwym celem), z nauki kontrolowania dwóch Wirów, a potem… w sumie, to nawet nie wiem. Ale, tak na chłopski rozum, to wychodzi mi, że Chris wygrał, bo zaskoczył przeciwnika słabszym, bo pojedynczym atakiem.

Mimo wszystko jednak, tekst naprawdę mnie wciągnął. Jest w tym spora zasługa samej historii, którą, jak na mój gust, warto by spróbować opowiedzieć ponownie, jednak tym razem na spokojnie, bez oglądania się na limity i terminy.

Niestety, w takiej formie, w jakiej prezentuje się obecnie, opowiadanie jest mocno niedopracowane, więc o satysfakcji z lektury mówić, niestety, nie sposób.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka