- Opowiadanie: Caern - List do Eleonory

List do Eleonory

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

List do Eleonory

 

Günter, mój najdroższy chłopcze. Obawiam się, że mój ostatni list mógł Cię przestraszyć. Moja propozycja była podyktowana jedynie troską o Ciebie, lecz jeśli tak bardzo Cię zniechęciłam, to chciałbym to również wiedzieć.

Proszę, daj znak życia, abym mogła spać spokojnie.

Zawsze Twoja

Eleonora.

*

Moje najdroższe Serce.

Jak zwykle masz rację. Nie pisałem do Ciebie z premedytacją. Kanclerz wynegocjował zawieszenie broni już prawie miesiąc temu, a mimo to milczałem.

Od początku rozejmu, kilkakrotnie siadałem w zaciszu namiotu i zamierałem w bezruchu, nie wiedząc w jakich słowach Ci odpowiedzieć. Tak jakby do mej głowy przeniknął wiatr, hulający wśród bezkresów tej dzikiej krainy. Potrzebowałem czasu, aby dokładnie przetrawić propozycję, jaką byłaś mi łaskawa złożyć. Udałem się więc na pieszą wyprawę. Jakiś oficer polityczny zrobił z tego powodu wielką awanturę, bo jako bohater, nie mogę niepotrzebnie ryzykować życiem. Wymusił na mnie towarzystwo ochroniarzy. Zdecydowałem się na oddział grenadierów oraz jednego Füβgänger – Kampffahrzeug II. To lekkie maszyny, których stukot odnóży przypomina mi warsztat kowalski Twojego ojczulka. Ech, gdzie te słoneczne czasy, gdy mogłem ukraść z jednostki uszkodzonego FgKpfzg i porwać Cię na przechadzkę po przedmieściach Leipzigu? Pamiętasz?

Na spacer zabrałem wilki. Nacht był niespokojny, ale Tag przylizała bratu ucho i ten się natychmiast odprężył. Ich obecność skierowała moje myśli na tory, których od dawna starałem się unikać. Wiesz doskonale, że są w mej głowie bocznice, którym pozwoliłem zarosnąć trawą. I akurat przedwczoraj zawędrowałem do miejsca, które wiąże się z bardzo intensywnym wspomnieniem. Będzie ono dla Ciebie najlepszą odpowiedzią.

Było to dwadzieścia lat temu, w dolinie, w której obecnie sterczy tłusty, senny i nieruchawy sztab armii Saksonii. Wtedy nasza armia po raz pierwszy zmierzyła się z najpotężniejszą bronią Rusvietu: z mrozem. Dowództwo kompletnie nie przygotowało wojska na tak bezlitosne mrozy, dlatego żołnierze umierali. Oglądałem setki poszarzałych rzeźb z pozamykanymi oczami i sinymi ustami. Saksońska ofensywa straciła impet i wszyscy wiedzieli, że czeka nas kompletna klęska. Kanclerz wycofał armie zgniecione zimnem z całego frontu, po to tylko, by podczas odwrotu, wykrwawić się na polańskich szablach. Nie to jednak było najgorsze.

Jak wiesz, kraj Rusvietu jest niewyobrażalnie rozległy, jest oceanem pól, łąk i lasów, a zamieszkują go istoty straszne i krwiożercze. Przeklęty car postanowił rzucić na nas lawinę barbarzyństwa. Ściągnął na front wszystkie bestie w ludzkiej postaci: dziwadła o żółtej, czerwonej lub ciemnobrązowej skórze, brudne i zarośnięte gęstym futrem.

Tamtego dnia prowadziliśmy zwiad wzdłuż linii kolejowej. Mieliśmy zrobić rozpoznanie bojem i szybko odskoczyć. Nie spotkaliśmy wtedy żadnej jednostki wroga i wydawało nam się, że to dobra wiadomość. Przemierzając dolinę, nie marzyliśmy już o wspaniałych walkach, bohaterskich szarżach i honorowych pojedynkach. Byliśmy zdziesiątkowani, głodni i przemarznięci. Tuptaliśmy ostrożnie, by nie poślizgnąć się na lodzie, a bujaliśmy się przy tym jak maszerujące w rządku pingwiny. Opatrzność skierowała nas na łyse wzgórze, ogolone przez artylerię z drzew. Otucha wlała nam się w serca, gdy w dolinie zobaczyliśmy magazyny, rozległe torowisko, oraz batalion saksońskiego wojska. Natychmiast zameldowaliśmy się u nich, a dowódca tymczasowo włączył nas do kompanii grenadierów. Nie zabrakło tam znajomych z czasów Akademii Gwiazdy Kaisera. Zostaliśmy oddelegowani do wschodniej części obozu, gdzie czekał nas namiot z paleniskiem oraz ciepłym posiłkiem. Poczułem się niemal jak u Twego boku.

Zmierzch powoli okrywał pachnącą żelazem i smarem kolejową stanicę. W drodze do namiotu, mijaliśmy stojący na bocznicy pociąg. Transportowano nim tysiące jeńców wojennych w kierunku Polanii. Generalicja chwaliła się tym żywym łupem, który my z przerażeniem oglądaliśmy na postoju. Rdzennych Rusvietów było niewielu. Większość jeńców to Asjaci, krępe gargulce, o małych, szczurzych oczach. Włochate cielska zostały wtłoczone do bydlęcych wagonów, po stu w jednym. Wokół nich, unosił się stęchły zapach, podobny do gotowanego kleju skórnego. Obrzydlistwo z najgorszego koszmaru.

Drugiego dnia, od obiadu oderwały nas nieludzkie wrzaski. Wybiegliśmy z bronią w ręku, spodziewając się napaści Rusvietu. Krzyk dobiegał od strony wagonów. Odsunęliśmy drzwi jednego z nich i zobaczyliśmy scenę żywcem z katastroficznych malunków Breugela Starszego. W środku wagonu kotłowało się jak w gnieździe szerszeni. Wygłodniali i zdziczali Asjaci wyrywali sobie kawałki mięsa. Ludzkiego mięsa. Żarłoczni jak piranie, oblepili ciało jednego ze swoich i kąsali go żółtymi zębiskami. Jeden z nich, zwalisty jak góra, wyrwał parujące serce, ogłaszając swą hegemonię. Nawet granat gazowy nie uspokoił sytuacji.

To nie był koniec dziwności. Z wagonów popłynął dziwny, gardłowy zaśpiew. Był to rytmiczny dźwięk, podobny do wizgu maszyny parowej, przetykany inkantacją w języku, o którym nawet starzy bogowie zapomnieli. Ze strachem zaglądaliśmy do wagonów, żeby zobaczyć Asjatów, kiwających się w rytm hipnotycznego głosu. Gdy sądziłem, że od tego śpiewu wydłubię sobie oczy, rozhulało się piekło.

Ni stąd, ni zowąd, wśród magazynów pojawiła się pękata sylwetka maszyny kroczącej Rusvietu. Kolos na krótkich nóżkach, bujał się we wszystkie strony, rażąc ogniem zaskoczonych Saksonów. Nie wiem jakim cudem taka maszyna znalazła się niepostrzeżenie wśród nas. Może sprawiły to czary szamana? Rusviecki mech pokracznie przeciskał się między magazynami, zrywając dachy, niczym skalpy z głów jeńców i pluł do środka ogniem i gazem bojowym. Moja kompania zerwała się do boju, lecz w tej samej chwili, za naszymi plecami, wydarzyło się coś równie zaskakującego.

Niezwykła siła wyrwała boczną ścianę wagonu. Krył się tam potężny, owłosiony Asjata – ten sam, który wcześniej zjadł serce współwięźnia. Czarna magia sprawiła, że potwornie się rozrósł, mięśnie napęczniały, a włosy zgęstniały i pokryły całe ciało. Był jeszcze w trakcie mutacji, kiedy zeskoczył na ziemię, ciągnąc za sobą wnętrzności towarzyszy, których pokąsał, poszarpał i zjadł. Gdy ruszył w kierunku moich dragonów, zamarłem spetryfikowany grozą. Potwór nie miał już ludzkiej twarzy, tylko wilczy pysk, który ciągle jeszcze się wydłużał. Otworzyliśmy ogień, lecz to go nie zatrzymało. Rozszarpał dwóch szeregowców i pobiegł w las. Najwyraźniej nie miał zamiaru zostać i pastwić się nad resztą wojska. Nie musiał. Atak Rusvietu był tak skuteczny, że nie mieliśmy szans. Z lasu wychyliły się kolejne zardzewiałe mechy, otoczone dziesiątkami rusvieckich chłopów, uzbrojonych w kosy i siekiery. Saksoński batalion topniał w chaosie.

Nie wiem jaki mefisto mnie podkusił, ale pobiegłem w ślad za bestią. Podążyłem w głąb dzikiej puszczy, wypatrując krwawych plam na śniegu. Ślad był bardzo wyraźny, a wilkołak nie krył się wcale. Biegł niezwykle szybko, ale zauważyłem, że słabł. Co by nie mówić, moi grenadierzy byli świetnymi strzelcami i przed śmiercią zdążyli stwora podziurawić. Ten jednak uparcie przedzierał się przez las, nie zważając na obrażenia. Był u kresu sił, gdy zatrzymał się przy skalnej ścianie. Obserwowałem z bezpiecznej odległości, jak bydle osuwa się na ziemię, zostawiając na granicie krwawy rozmaz. Gdy oklapł zupełnie, wyjrzałem z krzaków. Zaciskając palce na rękojeści szabli, podszedłem bliżej. Wilkołak próbował bronić dostępu do skalnego załomu, gdzie kryło się wejście do jaskini. Chciał dosięgnąć mnie pazurami, ale był już zbyt słaby. Życie uchodziło z niego powoli i nieubłagalnie. Zajrzałem w głębokie, stalowe ślepia i ujrzałem lęk. Szybko zrozumiałem, czego tak mocarna bestia mogła się obawiać.

To, co spotkałem w środku było karykaturą natury i człowieczeństwa. Wgapiając się w drżące ciało mutanta i jego pokracznych dzieci, poczułem, że wszystko, co ludzkie zostawiłem na zewnątrz. Przerażenie wymieszało się ze smutkiem i żałością. W głębi duszy zalęgło się pragnienie ucieczki i wymazania tego widoku z pamięci. Lecz nie mogłem odejść. Naga, pół wilcza kochanka wilkołaka, jak i jego pokraczne dzieci, zostawione same sobie, stanowiły piekielne zagrożenie. Patrząc na te stwory zrozumiałem, że nie możemy sobie pozwolić, by za naszą wschodnią rubieżą lęgły się takie potworności.

Być może postąpiłbym inaczej, gdyby nie stoczona wcześniej bitwa. Gdybym wcześniej nie widział poszarpanych ciał Asjatów, zjedzonego serca i czarnoksięskiego obrządku, może ulitowałbym się nad stworami. Lecz tamtego dnia przemówił do mnie mroczny bóg pradawnych Gotów i kazał wykonać wyrok. Wyjąłem rewolwer i rozdałem po jednej kuli.

Wiesz dobrze, moje Serce, że nie jestem tchórzem i jeśli odbieram życie, to nie jak skrytobójca. Chciałem, aby moje ofiary mogły spojrzeć w oczy katu, więc odpaliłem krzemową latarnię. Przeładowując bębenek, usłyszałem pisk maleńkich, futrzanych potworków, które próbowały skryć się przede mną w cieniu. Zobaczyłem, że dwa z nich wcale nie były pokracznymi mutantami. Ten chory i sprzeczny z naturą związek wydał na świat coś zupełnie niewinnego. Oto w kącie jaskini kuliły się dwa szczeniaki, dwa wilki. Jeden biały jak śnieg na mrozie, drugi czarny jak noc, pozbawiona gwiazd. Nie wiem czy to przez współczucie, czy przez fascynację, ale postanowiłem zabrać je i wychować. Nazwałem je Nacht i Tag. Dalszą część tej historii już znasz.

Oto całe moje wyznanie. Nie przejdę w stan spoczynku, tak jak chciałaś. Jeszcze nie czas na mnie. Muszę walczyć, aby nasz świat nie został kolebką barbarzyństwa, by nie rządziły w nim dzikie bestie. Chcę by nasze dzieci, nasi wnukowie nie musieli oglądać na własne oczy tego, co od lat jest moją codziennością. Aby zapanował pokój, muszę wpierw zetrzeć to bestialstwo z powierzchni ziemi.

Wybacz mi, proszę.

Twój kochający mąż

Günter von Duisburg

*

Mój najdroższy chłopcze.

Kocham Cię takiego, jakim jesteś. Wróć do mnie, gdy już uratujesz świat.

E.

Koniec

Komentarze

Politruk w armii butnych Teutonów? POLITRUK??? Oj, coś Ci się mocno pomyliło…. Nawet jeśli podobna by była funkcja, to na pewno nie nazwa! A poza tym ładne, acz czuć dziełem pana Przybylka nieco (ach ten Herzburgerek ;D )

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

@Rybak – dzięki! Ten politruk zakradł się z wcześniejszej wersji tekstu. Już poprawiłem :)

zainspirowały mnie listy

Właśnie w związku z tym mam pytanio-uwagę, bo listów akurat Bismarcka wcześniej nie czytałam, ale sporo innej dziewiętnastowiecznej korespondencji to i owszem, a i do v. B. dziś też zajrzałam – i nie kojarzę takiego zwrotu jak ten na początku: “To ja, Twoja Józefina.” Wydaje mi się on nie w stylu epoki. (Już pominę fakt, że Józefina kojarzy mi się jednoznacznie, ale to zboczenie zawodowe.) Potem jest ok.

 

Nie leży mi też ta nazwa Rusviet, bo właściwie z czego miałaby być utworzona? Sowiet to po rosyjsku rada, a nie jakieś słowo złożone z dwóch innych, a chyba nie chodzi o Rosję+Wietnam?

 

Mefisto – z wielkiej litery, bo to imię własne.

 

Plusy za formę listową, wykorzystanie źródeł historycznych oraz za uratowane wilczęta. Sama historyjka nie jakoś szczególnie porywająca – taki raport z pola bitwy z mechem w tle – ale czyta się przyzwoicie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

lecz jeśli tak bardzo Cię zniechęciłam, to chciałbym to również wiedzieć.

Literówka.

i jego pokracznych dzieci, poczułem, że wszystko, co ludzkie zostawiłem na zewnątrz. Przerażenie wymieszało się ze smutkiem i żałością. W głębi duszy zalęgło się pragnienie ucieczki i wymazania tego widoku z pamięci. Lecz nie mogłem odejść. Naga, pół wilcza kochanka wilkołaka, jak i jego pokraczne dzieci,

Całkiem sensowna historia, trochę gorzej z wykonaniem. Żona zapewne słyszała już wcześniej tą opowieść i przytaczanie jej ponownie, tak dokładnie, jest mocno naciągane. Także:

Potrzebowałem czasu, aby dokładnie przetrawić propozycję, jaką byłaś mi łaskawa złożyć.

jest nieprawdą. Żona nie jest jego przełożonym. Mogła co najwyżej poprosić go. “Potrzebowałem czasu, aby dokładnie przemyśleć Twoja prośbę.” Więc pomysł z listem nie do końca mnie przekonuje. Nie podoba mi się również pewna przesadność opisów.

z bardzo intensywnym wspomnieniem (…) z najpotężniejszą bronią Rusvietu (…) na tak bezlitosne mrozy (…), że czeka nas kompletna klęska (…) kraj Rusvietu jest niewyobrażalnie rozległy (…) a zamieszkują go istoty straszne i krwiożercze (…) Obrzydlistwo z najgorszego koszmaru.

Te sformułowania nie brzmią, jak wojskowego oficera na wojnie, bardziej, jak niewiasty lub koszarowego pisarza-poety.

Za to pomysł dobrze komponuje się z wybraną ilustracją, to na plus.

Pozdrawiam.

 

Nie porwało.

Skoro protagonista pisze list do żony, i to jako bohater, to wiadomo, że przeżyje, i że zwycięży, więc nie ma się czym przejmować. Przez to tekst słabiej angażuje czytelnika.

Interesujące wykorzystanie tych wilkołaczych sylwetek przewijających się po wielu obrazach.

Babska logika rządzi!

Te sformułowania nie brzmią, jak wojskowego oficera na wojnie, bardziej, jak niewiasty lub koszarowego pisarza-poety.

Tu się nie zgodzę. W XIX w. pisywano bardzo kwieciste listy, nawet z wojny. W dodatku bohater jest oficerem, a zatem nawet jeśli wywodziłby się z niższych warstw społecznych (co po reformie 1807-13 w Prusach nie było już niemożliwe), to i tak szkoły pokończył i pisać – nie w sensie stawiać litery, ale pisać stylowo – go uczono. Von nie jest rozstrzygające, bo tego to się w Prusach namnożyło (po którejś z bodaj osiemnastowiecznych wojen uległy zniszczeniu archiwa i kto mógł, dopisywał sobie von i szlachectwo), więc nie wiadomo, czy jest echt junkrem, ale raczej chłopem nie jest.

 

Natomiast zgoda, że z tą propozycją jest niefortunne.

 

Jeszcze z drobiazgów:

“Biegł niezwykle szybko, ale zauważyłem, że słabł.” – zazwyczaj daje się w takim przypadku czas teraźniejszy: że słabnie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki wszystkim za komentarze. I dzięki za uwagi, a za te kilka poprawek, bardzo celnych, również dziękuję.

@Finkla – abstrachując od mojego szorcika – czy jedynie groźba utraty życia przez bohatera jest w literaturze gwarancją wysokiego zaangażowania czytelnika?

@Drakaina – nazwę Rusviet wzięła się z opisy gry, do której J. Różalski szykował koncepcję wizualną i przypadła mi do gustu. Pozostałe nazwy – Saksonia i Polania – też pochodzą z tego źródła. A zwrot “To ja, Twoja żona” – nie ma konkretnego umocowania. Chodziło mi raczej o poinformowanie od razu z kim czytelnik ma do czynienia.

“Już pominę fakt, że Józefina kojarzy mi się jednoznacznie, ale to zboczenie zawodowe” – z ciekawości – z czym Ci się kojarzy?

Nie, nie tylko. Ale wydaje mi się, że dla żołnierza to duże ryzyko i jego żona głównie tym się przejmuje. Można czytelnika zaangażować na mnóstwo sposobów – dać mu zagadkę kryminalną do rozwiązania, kazać bać się o wynik starcia, zmusić do kibicowania wielkiej miłości, zachwycić konstrukcją świata lub bohatera, nauczyć czegoś ważnego… No, nie zastosowałeś żadnego chwytu, który mógł na mnie zadziałać. Gdybym nie miała pewności, że bohater przeżyje, żeby napisać list, byłoby Ci łatwiej.

Babska logika rządzi!

A zwrot “To ja, Twoja żona” – nie ma konkretnego umocowania. Chodziło mi raczej o poinformowanie od razu z kim czytelnik ma do czynienia.

Ten pierwszy list jest tak krótki, że umieszczenie jakiejkolwiek informacji nad nim niewiele zmienia z punktu widzenia czytelnika (może nawet lepiej przez moment nie wiedzieć…), a nie brzmiałoby to jak z komunikatora w XXI w. ;) Na dole mogłoby być: “Twoja żona, Józefina”

Zresztą, w kwestii tego imienia. Bardzo mocno je akcentujesz: w tytule i w pierwszym zdaniu, a potem się nie pojawia ani razu i nie ma znaczenia w obrębie opowiadania. Jak już pisałam, mnie się “listy do Józefiny” jednoznacznie kojarzą z Napoleonem, co dla jakiejś – może małej, zgoda – grupy czytelników dodatkowo sprawia, że ma się wrażenie, że imię jest znaczące, a nie jest.

 

OT: A za Rusviet muszę w takim razie winić Różalskiego ;) Niestety on ma zdecydowanie większy talent graficzny niż językowy, jego angielszczyzna woła o pomstę do nieba, więc co się dziwić, że nazwy też wymyśla tak sobie od strony językowej. Zabawne, że wśród tych niby wymyślonych jest też prawdziwa Saksonia…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaina – ok, przekonałaś mnie :) powitanie zmienione. Imię zresztą też. Dzięki :D

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Fajne :)

Pomysł mi się podoba i wykonanie nie jest wcale złe, choć jak dla mnie bohater w sam list wkłada mało uczuć i nad tym proponowałbym nieco popracować. Zgadzam się, że wiemy, że bohater żyje, ale mnie to osobiście nie przeszkadza. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Coś się rozjechała tytułowa Józefina z Eleonorą.

Zastosowałeś niezbyt często tu stosowaną formę listów, ale nie przemówiła ona do mnie. Może rozbieżnością oczekiwań po pierwszym liście Eleonory z właściwą treścią? Gdy pisałeś, że E. Przestraszyła męża poprzednim listem, oczekiwałam czegoś innego, niż prośby o przejście w spoczynek. Czegoś mocniejszego. I to zakończenie – „ok, spoko, to wojuj dalej i wróć jak skończysz”. Nie kupuję tego. A przy okazji i całej reszty pomiędzy. Mam wrażenie, że gdyby wyciągnąć tę główną historię pułapki korespondencji, mogłaby na tym zyskać. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Fajny pomysł z listami, choć ma jedną wadę – jakąkolwiek próbę napięcia próbowałeś wytworzyć, ja już znałem odpowiedź na najważniejsze pytanie: bohater przeżyje. To wada, ale i zaleta tego podejścia.

Sam tekst przyjemny w odbiorze, ale też jakoś mocno się nie wybija wydarzeniami. Za to świat ciekawy – spodobały mi się te niemieckie nazwy (choć i mnie "politruk" uderzył po oczach – tutaj można by się pokusić o słowotwórstwo).

Podsumowując: niezły koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Śniąca – “Coś się rozjechała tytułowa Józefina z Eleonorą.”

Dzięki za zwrócenie uwagi. Rzecz tak oczywista, że mi umknęła :)

 

Nie znoszę opowiadań w formie listów czy – nie daj Bóg – pamiętników, ponieważ zazwyczaj wiąże się z nimi problem tej natury, że pełne są sztuczności i wszelkiej maści infodumpów; w końcu jakoś trzeba przemycić dla czytelnika informacje z założenia niezbędne, by świat przedstawiony przedstawić mu należycie, a opisana historia była spójna i zrozumiała, lecz autorom zazwyczaj brakuje umiejętności, by zrobić to dobrze, bez popadania w kuriozum i śmieszność.

Tobie ta cholernie trudna sztuka udała się na tyle, że – mimo wcześniejszych obaw wywołanych już samym tytułem – muszę przyznać, iż jestem pozytywnie zaskoczony.

Nie jest może idealnie, bo miejscami widać fragmenty, które wyraźnie przeznaczone są dla realnego czytelnika, a nie dla wyimaginowanego adresata, ale nawet z tego w większości przypadków potrafiłeś ładnie wybrnąć – przy czym na pewno pomogła Ci oficerska nonszalancja zamierzchłych Niemców – więc, generalnie, odbiór masz u mnie pozytywny. Tym bardziej, że tekst napisany porządnie, a do tego naprawdę ładnie: ze smakiem i bardzo, jak na mój gust, w klimacie.

Fabuła natomiast wypada już trochę bardziej… tak sobie. Prawie nie znalazłem w tekście jakichś większych dziur – prócz tego, że Gunter pobiegł za wilkołakiem, zamiast zostać ze swoimi ludźmi – ani w sumie nic, co psułoby mi odbiór opowiadania na tyle, by się tego teraz czepiać, ale też i nie porwało mnie ono jakoś specjalnie. Zabrakło czegoś, co faktycznie mogłoby mnie złapać za szmaty i mocno pociągnąć w sam środek opowieści. No i, jak na list, zdecydowanie zbyt dokładnie i obszernie opisujesz zdarzenia z tamtego feralnego dnia, co już właśnie ociera się o wspomnianą wcześniej sztuczność.

Historia wilków zwanych – o ile echa odległych i raczej żałosnych prób mnie zgermanizowania wybrzmiewają czymkolwiek sensownym – Dniem i Nocą, miała swój urok, i owszem, ale jakoś ciężko mi sobie wyobrazić, że niemiecki oficer porzuca swój oddział podczas walk z wrogiem, szczególnie, że Saksończycy znaleźli się w ciężkich tarapatach, i biegnie do lasu za wilkołakiem, a potem, mimo wszystko, jeszcze zostaje bohaterem. Fakt, nie wiem, jak skończyły się tamte walki i jakim cudem gość w ogóle przeżył – wyjaśnienia czego w sumie też mi trochę brakuje w tekście – ale na mój gust takie zachowanie trąci raczej dezercją niż heroizmem.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

NoWhereMan – faktycznie, forma listu ma wady i zalety. Wybrałem ją, bo naprawdę miałem ochotę na eksperyment. Nigdy wcześniej niczego w tej formie nie napisałem i byłem ciekaw, czy mi to wyjdzie. Efekt, jak na eksperyment, jest, hmm, wystarczająco satysfakcjonujący :)

Cieniu burzy – dzięki za dobre słowo i słowo krytyczne. Znalazłeś spora lukę w moim kombinowaniu. Wątku z motywacją Guntera do śledzenia wilkołaka, przyznam szczerze, do końca nie przemyślałem. Raczej rozpędziłem się z narracją, zostawiając ten element bez głębszej refleksji. Można by się tłumaczyć krótkim czasem na pisanie, ale nie w tym rzecz. To po prostu niefrasobliwość ;) Dobra nauczka na przyszłość. Natomiast cieszę się, że forma tekstu nie odrzuciła Cię automatycznie i dało się to przełknąć.

Dziś kliczek zadowolonego czytelnika, jutro komentarz merytoryczny i krytyczny ;)

 

Edit. Udane rozwinięcie ilustracji. Jako jeden z nielicznych nie opisałeś teraźniejszości obrazu tylko jakąś przyszłość bohatera. Tak to zrozumiałem. Skoro wilki na grafice są dorosłe, to albo historia opisana w liście działa się dawno, albo obraz pokazuje przyszłość. A w niej autora listu kontynuującego swoją misję na dzikich terenach.

Spodobało mi się Twoje opowiadanie. Bardzo udanie stworzyłeś klimat niepokoju, grozy, dzikiej i niezrozumiałej krainy, w której walczą bardziej cywilizowani Saksoni. Ten mrok z obrazu przeniknął także Twój tekst. Za to duży plus. Drugi za sprawne pióro, bardzo obrazowy styl i bogaty język. To mi troszkę zazgrzytało w wybranej formule. Czy list do ukochanej byłby aż tak literacki? Wytłumaczyłem to sobie długą historią prozy epistolarnej i kunsztem z jakim nasi dziadowie potrafili pisać listy w epoce sprzed smsów, massengera i poczty elektronicznej.

Inna sprawa. Czy w tamtych czasach porównanie do kiwających się pingwinów ma rację bytu? Animal Planet nie znali, na biegun nie jeździli, jedyna szansa to jakieś zoo. Dlatego nie traktuję tego jako błąd merytoryczny tylko wątpliwość.

I jeszcze jedno. Skoro duży facet z wagonu zamienił się pod wpływem magii jakiejś ale już wcześniej był wilkołakiem to dlaczego odniosłem wrażenie, że dopiero po zjedzeniu serca, jakiejś inkantacji uległ metamorfozie? Bo ta mutacja lekko zgrzyta w opisanym świecie i epoce.

Tak, czy siak jestem zadowolony z lektury.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jak nie mam zwyczaju zaglądać do cudzej korespondencji, List do Eleonory przeczytałam bez wyrzutów sumienia, a nawet z pewnym zadowoleniem. ;)

Jednakowoż chyba coś mi umknęło, bo nie zrozumiałam, dlaczego Günter opisuje żonie zdarzenie sprzed dwudziestu lat.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka