- Opowiadanie: ninedin - Kształt ciała

Kształt ciała

Kolejne z moich krótkich mitologicznie inspirowanych opowiadań. Tym razem jest to historia idąca w grozę i chyba trochę – makabrę.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Kształt ciała

Laodamia żyła zanurzona w pamięci.

 

Od kiedy przynieśli jej wiadomość, że mąż umarł – ojciec przyszedł powiedzieć jej osobiście w białe od upału letnie popołudnie – odtwarzała w myślach wydarzenia, prowadzące do tej chwili.

Listy od niego, pisane od kiedy tylko rodzice ich zaręczyli; te listy, w których autorze się zakochała. Zapowiedzi wojny, wiszące w powietrzu, i w tym wszystkim nagła wiadomość, że on przyjeżdża, zanim razem z wojskiem odpłynie. Ślub – wtedy pierwszy raz się zobaczyli. Noc i czerwony odblask ognia na jego nagich ramionach, a rano już szczęk broni, ładowanej na okręty. Potem jeszcze szybki pocałunek na pożegnanie i widok statków, znikających sprzed jej oczu.

Resztę musiała już sobie wyobrazić.

Najpierw długa podróż na czarnych okrętach i klątwa, którą wszyscy głośno wyśmiewali, a po cichu w nią wierzyli: zapowiedź, że kto pierwszy zejdzie z pokładu, pierwszy zginie. Padło na niego. Podobno się śmiał, gdy zeskakiwał z burty na piasek. Wyobrażała sobie to, co jej opowiedziano: biała morska piana wokół jego stóp, uniesione ramię z mieczem – i wrogowie wypadający z zasadzki. Trup, trup, trup, jeszcze jeden i jeszcze –  i w końcu ten jeden przeciwnik, niepokonany, i ten ostatni pojedynek.

A potem upalne letnie popołudnie i kroki jej ojca na skrzypiących schodach.

Mam dla ciebie wiadomość, moje dziecko. Usiądź.

I jeszcze raz, jeszcze raz to samo, rozpamiętywane codziennie: listy-ślub-ogień-broń-morze-skok-miecz-pojedynek-śmierć-kroki. I jeszcze raz. I jeszcze. I pytania. Jak bardzo można tęsknić za mężczyzną, którego znało się jeden dzień? Listy. Ślub. Śmierć. Kroki.

 

A potem zaczęła zapominać go żywego i zaczęła wyobrażać sobie, co było później.

Jego ciało, kiedy go myli, czesali, ubierali, kiedy go kładli na stosie, by spłonął, jak przystało bohaterowi. Ciemne włosy, wilgotne, przyklejone do czaszki, oczy zamknięte monetami, sine usta. Ręce ułożone tak, by ukryć, choćby częściowo, ranę, od której zginął. Czerwony odblask ognia na jego nagich ramionach. Prawie widziała, jak ogień obejmuje jego ciało, a topiące się monety spływają gorącą strugą po martwej twarzy. Krok po kroku – tlące się od gorąca włosy, pękająca skóra, poczerniałe, spalone dłonie – schodziła coraz głębiej i głębiej w ciemne myśli, których się bała i od których nie mogła uciec.

 

Tęskniła. Żywego miała go dla siebie przez jeden dzień, zanim wyjechał. O martwym nie mogła przestać myśleć. Przestała za to wychodzić ze swojej komnaty, a potem – w ogóle wstawać z łóżka. Służąca nosiła jej jedzenie i odnosiła z powrotem uspokajające kłamstwa, w które nikt nie wierzył. Tak, pani jeszcze słabuje; tak, już jej lepiej. Tak, pani dużo się teraz modli.

Modliła się, to prawda, rozmawiając w swoim szaleństwie z bogami jak z równymi sobie: sama przecież, jak mówiły rodzinne legendy, bogów miała wśród pradziadków. Przez pierwsze dni krzyczała i wygrażała nieśmiertelnym. Potem już tylko prosiła, coraz ciszej, zachrypniętym głosem. Prosiła o coraz mniej i mniej: o lata, dni, godziny wreszcie. Kiedy nie rozmawiała z bogami, zdzierała z siebie szaty i wyobrażała sobie siebie w ramionach martwego kochanka.

 

Może bogowie poczuli litość dla jednodniowej żony, a może w końcu mieli dość jej krzyków. Ulitowali się, po swojemu.

Leżała w ciemności i ciszy, kiedy jej go przyprowadzono. To też widziała jak w niejasnym śnie: otwarte drzwi, których nigdy wcześniej w tej komnacie nie było, a w nich, nagle, dwóch mężczyzn. Jeden był jak cień owiany skrzydłami, w kapeluszu z szerokim rondem. Drugi stał przed nią otoczony ciężkim zapachem krwi, spalenizny i topiącego się metalu.

– Bogowie są łaskawi – powiedział mężczyzna w kapeluszu, ten, którego nie znała. – Chciałaś jednej nocy ze swoim zmarłym mężem i dokładnie to ci dano. Masz swojego męża, zmarłego – i czas do świtu.

Skinął głową i cofnął się w mrok. Pozostał pod ścianą przez cały czas, nieruchomy i cichy, choć jego wścibski cień biegał ciągle od łoża do ściany, od drzwi do okna. Nie myślała o tym: nie myślała o niczym, od kiedy zobaczyła tego drugiego, którego znała przez jeden dzień, a którego, martwego, widziała co dzień w swoich snach na jawie.

– Wróciłeś – powiedziała, a potem dodała, niepewnie – Chodź do mnie, kochany.

Powoli ściągnęła z siebie szatę. Jego dłoń, poczerniała i spękana od ognia, cuchnąca starą krwią i dymem, oparła się na jej ramieniu, zostawiła ślady paznokci na gładkiej, oliwkowej skórze.

Popchnął ją na łóżko; z jękiem pociągnęła go za sobą, czując na sobie ciężar jego martwego, żyjącego ciała.

 

Usnęła, nim minął dany jej czas. Obudziła się w jasnym świetle poranka, w gładkich, zimnych objęciach brązowej figury. Ze snu wyrwał ją krzyk służącej, stojącej w drzwiach.

Ojciec, wezwany przez służbę, też krzyczał. Nie rozumiała go, nie słuchała, myślami ciągle przy tym, co się stało w nocy. Zrozumiała dopiero, kiedy na jego polecenie dwaj służący zabrali ciało z jej łóżka. Ciągle jak odurzona po tym, co się stało w nocy, nawet nie protestowała.

Decyzja – wszystkie decyzje – podjęły się same, poza nią. Ubrała się. Wysłuchała wyrzutów. Zgodziła się z ojcem. Obiecała, że zrobi wszystko, że się pozbiera i zabierze na nowo do życia, że poszukają jej nowego męża, że zostanie matką. I przyznała: tak, to wstyd, taka kukła w łóżku. To nie przystoi. Wstyd. Trzeba będzie coś z tym zrobić.

Nikomu nigdy nie wspomniała, że to nie gładką lalkę z brązu bóg-przewodnik przyprowadził do jej łóżka tamtej nocy.

 

Spróbowała. Zgodziła się przecież z ojcem i starała się, przez całe cztery dni, wzbudzić w sobie choćby cień zainteresowania żywymi. Przyglądała się strażnikom i wyobrażała sobie siebie w ich ramionach. Zawsze, zawsze jej myśli wracały do męża – choć nawet przed sobą nie chciała się przyznać, że nigdy nie pragnęła go żywego tak boleśnie, jak pragnęła tamtego, którego bogowie oddali jej na jedną noc. Wiedziała jednak jedno: nie mogła tak dłużej.

 

Przez cztery dni wiał wiatr, zbyt silny, by dało się zapalić ognisko. Piątego dwaj służący jej ojca wynieśli woskową kukłę na morski brzeg. Stos drewna, na którym mieli ją spalić, był już gotowy. Czekając, aż płomienie urosną, śmiali się i przegadywali: kto przyniesie mięso na pieczeń, kto ma kupić wino. Kto wrzuci do ognia brązowego kochanka ich pani.  

Ona też czekała, ukryta za drzewem, zapatrzona w ogień, gotowa do biegu. W końcu, kiedy się zerwała, nawet jej nie zauważyli, póki nie było za późno.

 

Szybki bieg, a potem skok w gorąco. Ktoś coś za nią krzyczy, ktoś ją woła – ojciec? Metaliczny zapach i znikający kształt brązowego ciała, które topi się w ogniu. Ból, którego nie byłaby w stanie sobie wyobrazić. Jej ręce jak jego, naznaczone sadzą, spękane od gorąca. Ból. I ogień. Boli, bogowie, jak boli.

Nie mogła już dłużej. Upadła twarzą w kałużę płonącego metalu; płomienie, wysokie i żarłoczne, zamknęły się nad jej głową.

 

 

Koniec

Komentarze

Szort nie spodobał mi się. Nie dostrzegłam tu horroru, a tylko opis cierpienia wdowy po stracie męża. Wymodlona noc z przysłanym przez bogów tym, co zostało z męża nie zaspokoiła mojego apetytu na fantastykę.

 

za­po­mi­nać go ży­we­go i za­czę­ła wy­obra­żać sobie, co było póź­niej. Jego ciało, kiedy go myli, cze­sa­li, ubie­ra­li, kiedy go kła­dli na sto­sie… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

– Wró­ci­łeś – po­wie­dzia­ła, a potem do­da­ła, nie­pew­nie – Chodź do mnie, ko­cha­ny.

Po­wo­li, nie­pew­nie, ścią­gnę­ła z sie­bie szatę. –> Powtórzenie.

 

Jego dłoń, po­czer­nia­ła i spę­ka­na od ognia, cuch­ną­ca starą krwią i dymem, opar­ła się na jej ra­mie­niu, zo­sta­wi­ła ślady pa­znok­ci na gład­kiej, oliw­ko­wej skó­rze. Spoj­rza­ła mu w oczy: –> Czy dobrze rozumiem, że w oczy spojrzała mu dłoń, poczerniała i spękana od ognia?

Dlaczego drugie zdanie kończy dwukropek?

 

Po­pchnął na łóżko; z ję­kiem po­cią­gnę­ła go za sobą, czu­jąc na sobie cię­żar jego mar­twe­go, ży­ją­ce­go ciała. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Regulatorzy: dziękuję za poprawki, zaraz wprowadzę (zwłaszcza z tą nieszczęsną dłonią).

EDIT: dwukropek jest pozostałością po poprzedniej wersji tego zdania, którą to pozostałość zapomniałam wywalić w edycji :D

Ładne. Nastrojowe. Się podobało.

Mam tylko jedną uwagę – jak mi się wydaje, temperatura uzyskana w wyniku palenia drewna w stosach jest zbyt mała, by stopić brąz. Ale to już takie czepianie się starego marudy ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

@Staruch, temperatura topnienia

Ty nawet nie wiesz, ile się na nad tym nazastanawiałam.

W pierwszej wersji figura była z wosku. Potem zmieniłam, bo wosk się za łatwo topi i bo moje źródło antyczne, któremu chciałam zrobić ukłon, miało brąz. Myślisz, że woskowa byłaby lepsza?

A, i dziękuję za miłe słowo.

Czy lepszy byłby wosk, tego nie wiem, ale ten brąz raczej nie pasuje:

Otóż: materiał ten topiono, temperatura topienia brązu jest relatywnie niska, zależnie od receptury wynosi około 900 do 1000 stopni Celsjusza, co może wydawać się wysokie, jednak daje się uzyskać za pomocą drewna. Konieczna jest jednak dobra wentylacja oraz zasilanie ognia miechem, jednak przy odrobinie wysiłku i umiejętności odpowiedni tygiel można wybudować w domu.

Za – https://fanbojizycie.wordpress.com/2017/09/23/kilka-slow-o-metalurgii-czyli-o-wykuwaniu-broni/ 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Bardzo dziękuję!

To forum jest NIEOCENIONE, jak chodzi o merytoryczną pomoc. 

I ten wosk się nawet gdzieś uchował:

. Piątego dwaj służący jej ojca wynieśli woskową kukłę na morski brzeg.

Też myślę, że lepszy – można przyjąć spływające monety, ale ta cała figura to nie za bardzo.

 

Ale nastrojowe bardzo ;)

I would prefer not to.

Mam wrażenie, że jedynym wyjściem dla bezproblemowego stopienia brązu byłaby boska interwencja.

 

Skądinąd duże greckie brązy były w przeważającej liczbie puste w środku (nie chcę mówić, że wszystkie, bo pewnie jakiś wyjątek by się znalazł; normalnie, żeby nie były za lekkie, wypełniano je piaskiem) i tak na marginesie wytwarzane metodą traconego wosku ;) Czysto teoretycznie można by w to jakoś pójść: to, co było brązem czy spiżem (spiżowa figura byłaby zresztą jeszcze lepsza; wiem, że dziś zazwyczaj się to rozróżna ze względu na proporcje miedzi – miedziana też byłaby niezła, choć wiem, Owidiusz – i cyny, ale w literaturze funkcjonuje jako synonim), zamienia się w wosk czy coś w tym rodzaju.

Wracając jednak do meritum czyli pustych brązów: czy masa i grubość blachy wpłyną jednak jakoś na proces topienia, Staruchu?

 

Za brązem przemawiają np. “gładkie, zimne objęcia brązowej figury”. Wosk nie będzie miał tej cechy, no i po prawdzie powinien, zwłaszcza że to wosk naturalny, trochę się podtopić w objęciach Laodamii…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie jestem, broń Boże, jakimś specjalistą od metalurgii. Wiem tyle, ile wyczytałem w sieci. Ale owszem, na zdrowy rozum, masa i grubość powinny mieć wpływ na proces topienia. Choćby ze względu na dostarczenie tej samej jednostki ciepła na większą powierzchnię – a więc szybciej, i dla mniejszej masy – a więc skuteczniej. 

I nie chodziło mi o samą technikę wykonywania rzeźb z brązu, bo Grecy umieli piękne brązowe rzeźby wykonywać, ile nieadekwatność temperatury stosu pogrzebowego do topienia tego stopu.

A ten passus

Jego dłoń, poczerniała i spękana od ognia, cuchnąca starą krwią i dymem, oparła się na jej ramieniu, zostawiła ślady paznokci na gładkiej, oliwkowej skórze.

jednak bardziej mi do wosku pasuje.

Oraz – wosk raczej nie podtopiłby się w objęciach Laodamii, a najwyżej stałby się ugniatalny. Jak donosi nieoceniona sieć, wosk “topi się przy 62-72 °C (w zależności od składu)”.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

I nie chodziło mi o samą technikę wykonywania rzeźb z brązu, bo Grecy umieli piękne brązowe rzeźby wykonywać, ile nieadekwatność temperatury stosu pogrzebowego do topienia tego stopu.

O technice wspomniałam właśnie ze względu na to, że to może wpłynąć na (nie)adekwatność, nie z powodu estetyki :)

 

A w cytowanym passusie z dłonią nie chodzi jednak jeszcze po prostu o zombie prosto ze stosu pogrzebowego? Co skądinąd też nie jest technicznie dokładne, bo jednak na dobrze przygotowanym stosie ciało spala się całkowicie, więc może topieniem brązu w mitologicznej opowieści też nie należy się zanadto przejmować?

 

Dobra, zgadzam się, że wosk nie tyle by się podtopił, ile zmiękł na tyle, że figura mogłaby się znacząco odkształcić… Co ponownie przemawia za brązem ;)

 

Nawiasem mówiąc, może to tłumaczy trochę Owidiusza, Grecy (Rzymianie pewnie też) uważali idealnie wypolerowany brąz za materiał najbardziej realistycznie ukazujący idealne ludzkie ciało i nawet kolor skóry (polerowali go do osiągnięcia delikatnej złotej barwy). Dla mnie to też argument za brązem.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, ale nasza dyskusja przypomina już spory o wyższości Świąt Wielkiejnocy nad Świętami Bożego Narodzenia ;).

Zgadzam się, że brąz jest bardziej majestatyczny niż wosk. Ale nie zgadzam się na to, że rzeźba stopi się na stosie pogrzebowym. I tyle.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Tekst nie zrobił na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia, mimo że sam pomysł na rozwinięcie historii Laodamii miał potencjał. Zabrakło mi jednak jakiegoś napięcia, na pewno nie jest to horror. Szczerze, to ja bym to rozwinął. Dodał jakieś poboczne wątki i zrobił z cierpienia bohaterki główny motyw. Wydaje mi się, że nie byłoby to takie złe. A w takiej formie tekst mnie nie zachwycił. 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Najbardziej tutaj podoba mi się to, że nikt nie podaje w wątpliwość tego zombie – zombie jest ok, ale topnienie brązu nierealne. Z bibliografia ;D

I would prefer not to.

Zgadzam się, że brąz jest bardziej majestatyczny niż wosk. Ale nie zgadzam się na to, że rzeźba stopi się na stosie pogrzebowym. I tyle.

Staruchu, może to ja nie wyrażam się dość precyzyjnie. Absolutnie zgadzam się z tym, że się nie stopi, dlatego jako pierwszą sugestię dałam boską interwencję. Teraz przyszło mi do głowy, że “co bogowie dali, bogowie zabiorą” – brąz tej postaci jest nierzeczywisty, to nie jest po prostu rzeźba.

Natomiast nadal uważam (a ty się z tym zgadzasz, sądząc z cytatu), że z czysto literackiego punktu widzenia brąz (spiż) jest po prostu, no… bardziej literacki. Dlatego usiłuję go ratować, dość za wszelką cenę ;)

 

Poniekąd zresztą wystarczyłoby podkreślić, że wszyscy mają świadomość, że należałoby to przetopić w piecu hutniczym, ale stos to rytuał i odesłanie zmarłego w zaświaty (a potem w założeniu wrzucą rzeźbę do rzeczonego pieca), ale ku zdumieniu wszystkich to, co nie powinno się stopić na stosie, właśnie się topi. To skądinąd byłaby sugestia, że może nie była to po prostu brązowa kukła… i od razu robi się więcej horroru (@soku) ;)

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wybranietz, coś dla Ciebie ;)

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/56844002 

 

EDIT: Drakaino – “ i ku zdumieniu wszystkich żałobników, rzeźba wpierw poczęła płakać brązowymi łzami, by w końcu utracić swą szlachetną postać i rozlać się w kałużę prostackiego brązu. – Bogowie opiekują się najwierniejszymi!- rozległy się szepty”.

Coś w tym stylu ;)?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Prawie widziała, jak ogień obejmuje jego ciało, a topiące się monety spływają gorącą strugą po martwej twarzy.

To fajne.

Jeden był jak cień owiany skrzydłami,

Tego nie rozumiem.

Rzeczywiście jest ponuro z nutą perwersji.

Desperacja Laodamii przypomina mi piosenkę Kaczmarskiego, “Listy”.

Mam natomiast uwagę, którą uważam za bardzo istotną, bo tyczy się trzech ostatnich tekstów Twojego pióra. Sądzę, że zbyt często uciekasz się do mowy zależnej i relacjonujesz wydarzenia w trybie sprawozdawczym.

Znana wszystkim reguła budowania opowieści brzmi “show, don’t tell”. Przez pominięcie dialogów i fakt, że zawsze jesteśmy “obok sytuacji” a nie “w sytuacji” Twoje mityczne szorty są mniej imersyjne, niż mogłyby być, gdybyś nadała swojej narracji strukturę sceniczną (lub, alternatywnie, osobowego narratora, jak w historii o nimfach).

Weźmy to:

Spróbowała. Zgodziła się przecież z ojcem i starała się, przez całe cztery dni, wzbudzić w sobie choćby cień zainteresowania żywymi. Przyglądała się strażnikom i wyobrażała sobie siebie w ich ramionach. Zawsze, zawsze jej myśli wracały do męża – choć nawet przed sobą nie chciała się przyznać, że nigdy nie pragnęła go żywego tak boleśnie, jak pragnęła tamtego, którego bogowie oddali jej na jedną noc. Wiedziała jednak jedno: nie mogła tak dłużej.

Można zrobić scenę która zilustruje te próby. Wydarzenia przemówią głośniej, niż relacja narratora.

Rozumiem, że tak jest krócej i być moze chciałaś zamknąc się z opowiadaniem w mniejszej ilości znaków.

Nastrojowe, ale jakoś mocniej nie wbiło mi się w pamięć. Zabrakło mi trochę napięcia w tekście, czegoś, co wbiłoby mi się w pamięć. To dosyć istotne, bo to szort, a te raczej są nastawione na huk :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

@wisielec

Dziękuję za uwagi i za rady; chętnie korzystam z Twoich podpowiedzi – ale nie tym razem :). Zakładam, że te teksty dzieją się przede wszystkim w głowach bohaterek, w pewnym sensie. Zwłaszcza ten. Nie chodziło o skrócenie – chodziło o to, że nie chciałam tu mieć bohaterki mówiącej, podejmującej jakąkolwiek bardziej “zaangażowaną” interakcję ze światem dookoła. Dlatego jej rozmowę z ojcem tylko opisałam. Chciałam – czy ja wiem, jak to powiedzieć? Chciałam przyglądać się jej z dystansu. 

Sądzę, że zbyt często uciekasz się do mowy zależnej

Bardzo mi przykro, ale to, co zacytowałeś, to nie jest mowa zależna. Mowa niezależna vs. zależna odnosi się wyłącznie do przytaczania wypowiedzi. W przypadku części wypowiedzi, zwłaszcza wykrzyknień i pytań, da się również zastosować trick zwany mową pozornie zależną. I tak naprawdę tekst Ninedin, zwłaszcza w przytoczonym kawałku, najbliższy jest tej ostatniej, choć też nią nie jest, bo nie chodzi o przytaczanie wypowiedzi – jest to bowiem po prostu bardzo subiektywna narracja z punktu widzenia postaci.

 

Przykład

Mowa niezależna:

– Jak ona mogła zakochać się w brązowym posągu! – wykrzyknął z oburzeniem ojciec Laodamii.

Mowa zależna:

Ojciec Laodamii wyraził pełne oburzenia zdumienie, że jego córka zakochała się w brązowym posągu.

Mowa pozornie zależna:

Ojciec Laodamii krążył po pokoju, nie kryjąc oburzenia. Jak ona mogła zakochać się w brązowym posągu!

 

PS. Uważam, że do tego konkretnego tekstu dialogi nie pasują, bo to jest de facto monolog kobiety o tragedii, która się jej przydarzyła.

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

PS. Uważam, że do tego konkretnego tekstu dialogi nie pasują, bo to jest de facto monolog kobiety o tragedii, która się jej przydarzyła.

Przecież Laodamia nie jest narratorem.

Zdaje sobie sprawę, że po polsku “mowa zależna” nie jest do końca poprawnym określeniem tego typu narracji, więc nazwijmy to umownie “trybem sprawozdawczym”.

Moje uwagi pozostają w mocy, nawet, jeśli wyraziłem się nieprecyzyjnie.

Przecież Laodamia nie jest narratorem.

Jest punktem widzenia, czyli w narracji spersonalizowanej czymś w rodzaju narratora… Monolog został zapisany w trzeciej osobie, ale w jego centrum pozostaje Laodamia, jej odczucia, jej myśli. Przyznaję, powinnam była dać “monolog” w cudzysłowie, dla jasności.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zgadzam się z Reg, że horror to może nie do końca… I końcówka ze skokiem w ogień jakby trochę przedramatyzowana. Pozwolę sobie natomiast na kliknięcie, ponieważ poruszył mnie opis przeżyć wdowy po utracie męża. I cała otoczka świeżo poślubionego męża wyruszającego na wojnę – wyobrażam sobie, że w prawdziwym świecie różnych epok nie brakowało podobnych historii.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Zgodzę się z przedpiścami, że nie ma za bardzo napięcia. Mąż już nie żyje i to wiadomo od samego początku.

Ale że nawet nocy poślubnej nie mieli? Granda!

A tak właściwie… Kiedy pojawiła się idea, że małżeństwo nieskonsumowane pozostaje nieważne? W średniowieczu już miała się świetnie…

Prawie widziała, jak ogień obejmuje jego ciało, a topiące się monety spływają gorącą strugą po martwej twarzy.

Ja już tutaj zaczęłam się zastanawiać, jaką temperaturę topnienia mają monety, a jaką można uzyskać w stosie pogrzebowym, zbudowanym z drewna, na świeżym powietrzu. Przy posągu moja niewiara gromkim wrzaskiem odmawiała zawieszenia.

Babska logika rządzi!

Finklo, ależ noc poślubna była!

Ślub – wtedy pierwszy raz się zobaczyli. Noc i czerwony odblask ognia na jego nagich ramionach, a rano już szczęk broni, ładowanej na okręty.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

OK, odszczekuję marudzenie.

Babska logika rządzi!

Re: metal

No właśnie w jednym z wcześniejszych komentarzy wyjaśniałam, skąd mi to przyszło do głowy i rozważałam powrót do oryginalnej idei, czyli wosku. W kwestii monet: to akurat jest kawałek wizji wyobrażanej sobie przez bohaterkę, która jest w tym momencie daleka od racjonalnego myślenia, więc tu mnie kwestia realizmu nie rusza, natomiast chyba wezmę i zmienię ten brąz z powrotem na wosk w kawałkach dotyczących figury.

Hmmm. Ale faktycznie brąz pasuje lepiej. A czy on musi się topić? Albo boska interwencja – niech któryś ześle dziewczynie szybką śmierć i rozpuści. Albo sprawi, żeby laska znalazła się w pustym środku posągu – takie megaobjęcia.

Babska logika rządzi!

Bardzo mi się te pomysły podobają :)

Jużem pisał, ale co tam, zacytuję siebie:

“ i ku zdumieniu wszystkich żałobników, rzeźba wpierw poczęła płakać brązowymi łzami, by w końcu utracić swą szlachetną postać i rozlać się w kałużę prostackiego brązu. – Bogowie opiekują się najwierniejszymi!- rozległy się szepty”.

Coś w tym stylu ;)?

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Mam mieszane uczucia, choć… dominują pozytywne :)

Bardzo doceniam próbę pisania własnym stylem, ale nie obyło się bez potknięć. 

Od kiedy przynieśli jej wiadomość, że mąż umarł – ojciec przyszedł powiedzieć jej osobiście w białe od upału letnie popołudnie – odtwarzała w myślach wydarzenia, prowadzące do tej chwili.

Powtórzone “jej”; plus niezręczne sformułowanie “białe od upału letnie popołudnie” – sugerowałbym po prostu “białe od upału”, “letnie popołudnie” albo “upalne popołudnie”. 

Zapowiedzi wojny, wiszące w powietrzu, i w tym wszystkim nagła wiadomość, że on przyjeżdża, zanim razem z wojskiem odpłynie.

Tak samo tutaj, zgrzyta mi ten szyk w “zanim razem z wojskiem odpłynie”. 

Było jeszcze trochę tego, ale to nie kwestia dopracowania jednego tekstu, tylko samodzielnych ćwiczeń. Szlifuj styl, bo podoba mi się to, co błyszczy pod warstwą niedociągnięć ;)

Jeśli chodzi o treść – prosta, ale poruszająca. Może to kwestia podobnego klimatu moich innych lektur? 

Tekst uważam raczej za wprawkę, niż pełnoprawne opowiadanie. Ale to wielka sztuka pisać o prostych rzeczach i na pewno warto dopracowywać warsztat na krótkich formach, które samym pomysłem się nie obronią. 

Daję klika na zachętę.

Nowa Fantastyka