- Opowiadanie: Obsydianna - Paranoja, czyli prezent dla panienki Escobar

Paranoja, czyli prezent dla panienki Escobar

Za poświęcenie czasu na betowanie tego oto tekstu serdecznie dziękuję Tellurskiemu.

 

Dla wyjaśnienia: podtytuł odnosi się do przytoczonej przez narratora historii z kucykiem.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Paranoja, czyli prezent dla panienki Escobar

Noc. Matka zawsze mówiła, że to pora naszych wrogów. Ale z konieczności moja też. Jedzenie mi się skończyło.

Powoli wkładam czarny, odsłaniający tylko głowę i skrzydła kombinezon z syntetycznej skóry. Jeszcze czepek i kask motocyklowy. Uuu, powinienem już obciąć włosy.

Po wyjściu z mojego starego bunkra uderza mnie mnogość odgłosów lasu. Nocą jest tu pięknie. Ale mieszkanie tutaj ma złą stronę: nie da się między drzewami rozłożyć skrzydeł. Muszę przejść dobry kilometr do najbliższej polany. Dziwne, dlaczego tak mało ludzi lubi takie wędrówki.

Nie żebym się tym martwił, myślę lecąc w stronę kolejnego na mojej liście miasta. Białe skrzydła o rozpiętości jak u awionetki mogłyby zwrócić uwagę. Na szczęście astronomowie amatorzy mieszkający na trasie przelotu dziś stracili ochotę na obserwacje. Dzięki mnie, oczywiście. Umiem zajrzeć do myśli i nieco nimi pokierować.

O tej godzinie wszystkie sklepy są zamknięte. Mieszkańcy śpią, policjanci z patrolu jeszcze długo nie przyjadą.

Mam swoje pięć minut. Szkoda, że nie mogę zabrać więcej, lecz muszę unieść to w powietrze. A jeszcze potrzebuję akumulatora samochodowego. Przy okazji nabieram benzyny, oblewam nią sklep i auto, wcześniej uszkodziwszy alarmy przeciwpożarowe.

Palić mosty… Może taki już los aniołów. W pewnej książce, która miała stanowić uzupełnienie dla naszych modlitw czytałem, że kiedyś istniało połączenie nieba z ziemią. Lecz po buncie Lucyfera, on i jego poplecznicy spalili ten most, żeby nigdy już nie wrócić. Mocno naciągając, ja też jestem częścią tej legendy.

Nie, to nieprawda. Działam z zupełnie innych pobudek. Nie mogę zostawiać odcisków palców ani co gorsza DNA. Wprawdzie kto wie? Może mam zwykłe, ludzkie, matka zawsze powtarzała, że Bóg ma gdzieś reguły, ale lepiej dmuchać na zimne.

Odlatuję zanim pożar się rozhula. Nie chcę być widoczny w łunie. Chociaż to byłby wspaniały widok. Zwłaszcza gdybym zdjął kask i czepek z głowy i pokazał się z rozwianymi włosami.

Serio, muszę coś z nimi zrobić. Krótkie łatwiej upilnować, by się o coś nie zahaczyły i nie zostały tam jakieś kosmyki. Z powrotem u siebie przelewam kwas z akumulatora do kadzi. Pochylam się nad nią z nożycami w ręku. Kilka cięć i ciemnoblond pukle kończą karierę. Na wszelki wypadek zanurzam w kadzi jeszcze nożyce. Kiedyś próbowałem palić włosy, ale nie byłem w stanie znieść smrodu.

Zawsze pilnuj DNA, mówiła. Kto wie, ilu wrogów chciałoby cię sklonować. By mieć drugą, widzialną armię aniołów i móc stworzyć drugie, widzialne piekło. Dlatego nie pluj, nie używaj sztućców i gotuj wodę po myciu.

Ta śpiewka pojawiła się, gdy miałem ze dwanaście lat. Wcześniej pewnie uznała, że skomplikowanego wyjaśnienia bym nie zrozumiał. Na pytanie, czemu nie mogę wychodzić, odpowiadała „masz słabe kości”. Guzik prawda. Nie “słabe”, tylko pneumatyczne. I tamto nie tłumaczyło jej paranoi. Logika często u niej kulała.

Pamiętam bajkę, a może to była prawdziwa historia. Pewna zepsuta dziewczynka z bogatej rodziny zażyczyła sobie na Gwiazdkę jednorożca. Ojciec przyszył kucykowi skrzydła strusia i kieł narwala. Oczywiście taki przeszczep nie mógł się dobrze skończyć. Zwierzak niedługo potem zdechł.

Byłem pod wrażeniem opowieści, ale także bałem się, czy mi też nie przyszyto skrzydeł i nie umrę. Wtedy moje lekkie kości były argumentem uspokajającym. Nie ma wątpliwości, zostałem całościowo stworzony do latania.

Latanie zakłada chociaż minimum wolności. Dlatego uciekłem. Dla mnie to było proste, nawet gdy matka próbowała mnie powstrzymać. Zrobiłem z jej mózgu warzywo, nie dotykając jej ani nie zostawiając śladów. W papiery wpisali udar albo tętniaka, nieważne.

Jakoś sobie radzę sam. Od dawna wiedziałem, jak funkcjonuje świat na zewnątrz. Nikt mnie nie ściga, bo nie mają pojęcia o moim istnieniu. Zaś przy napadach myliłem i zacierałem tropy i pokonywałem naprawdę duże odległości, by nie powiązano skoków z konkretnym miejscem.

Chociaż lekka paranoja na punkcie klonowania mi została. Myślę, że matka tego właśnie by chciała. Stara wariatka chichotałaby w duchu jak najprawdziwszy diabeł. Udało jej się, nic na to nie poradzę.

Koniec

Komentarze

Tekst mnie zaintrygował, ale niestety okazał się zbyt tajemniczy, bym mogła powiedzieć, że go rozumiem. Wydaje mi się, że bohaterem jest anioł, który z jakiegoś powodu mieszka na Ziemi i musi się ukrywać przed ludźmi, ale co robi i dlaczego jest już dla mnie niejasne… Nie rozumiem też, kim jest jego matka i dlaczego ją zabił? A może on jest półaniołem? Ale jeśli tak, skąd się wziął?

Szorciak w zasadzie nie posiada fabuły, jest wyrywkiem z pamiętnika, w którym nie dzieje się zbyt wiele, a to, co się dzieje, okazuje się nie do końca zrozumiałym (dla mnie). 

Chciałabym dowiedzieć się więcej, może inni czytelnicy okażą się bardziej pojętni. 

Niestety ja mam tak samo :( Nastrój jest, ale o co chodzi, nie bardzo łapię.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałam i, niestety, Obsydianno, nie mam pojęcia, co miałaś nadzieję opowiedzieć. :(

 

Po wyj­ściu z mo­je­go sta­re­go bun­kra ude­rza mnie mno­gość od­gło­sów lasu. –> Dlaczego mnogość odgłosów lasu była w jego bunkrze i dlaczego uderzyła go?

 

Białe skrzy­dła o roz­pię­to­ści jak u awio­net­ki… –> Białe skrzy­dła o roz­pię­to­ści jak w awio­net­ce

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dołączam do przedpiśczyń.

Jest pomysł na bohatera. Nefilim? Ale już nie na fabułę. Bohaterowi skończyło się jedzenie, więc wyskoczył… no, niezupełnie na zakupy ale coś w tym stylu. I co dalej? Ma facet jakieś cele? Znajomych? Wrogów?

Ogólnie, tekst wygląda jak początek czegoś większego, ale raczej nie jak zamknięta całość.

Napisane całkiem przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

Dołączam do ogólnej dezorientacji. Za mało informacji, za mało konkretów odnośnie świata i bohaterów. Można próbować coś samemu sobie dopowiedzieć, ale trochę to karkołomne. Nie wiadomo kim jest bohater, nie wiadomo skąd się wziął, nie wiadomo po co uciekł z domu i czym się zajmuje poza chowaniem w bunkrze. No i brakuje fabuły. Ciężko upchnąć dużo fabuły w 4000 znaków, ale ja lubię fabułę.

Kolejna zagubiona czytelniczka.

Mam dziwną słabość do aniołów, a dla mnie opisałaś Nefilima, jak zresztą zauważyła Finkla. A matka śmiejąca się jak diabeł? Czy planujesz coś więcej?

Ja też się zgubiłam. :( 

Zrozumiałam mniej więcej tyle co Rosebelle. 

I również odbiłam się na braku fabuły. Może rozbudowanie tekstu byłoby dobrym pomysłem? :)

Przepraszam, trochę mnie nie było, więc odpowiadam zbiorczo.

rosebelle: Faktycznie, niewiele wiadomo o bohaterze, ale akurat to, dlaczego zabił matkę i uciekł jest dość proste: miał dość trzymania pod kluczem, poza tym osoba w takim typie, jaki zarysowałam, jak dla mnie byłaby straszliwie wkurzająca i aż się prosiła o unieszkodliwienie. I chociaż nadal się bał, wolał się ukrywać na własnych warunkach.

drakaino, fajnie, ze chociaż w nastrój wpadłaś.wink

Reg., dzięki jak zawsze za wyłapanie błędów. Ciekawe, jak się uchowały, z Tellurskim sprawdzaliśmy tekst od początku do końca i z powrotem.

Finklo, Deirdriu przepraszam za pomyłkę anioł-nefilim. Mea culpa.

Arnubisie, cóż mam odpowiedzieć. Chyba tylko jedną wskazówkę dotyczącą świata: w moim zamyśle był dokładnie taki jak nasz. Bohater to wyjątek, hybryda albo niepokalane poczęcie. Inaczej tak łatwo by się nie ukrywał, nawet i w starym bunkrze. Ktoś by już wcześniej opracował jakieś modus operandi chwytania takich jak on.

Deirdriu, ostatni fragment o śmianiu się jak diabeł był próbą wprowadzenia dość przyciężkawej ironii. Skoro nazwałam bohatera aniołem (jeszcze raz przyznaję się do pomyłki), to gdy zabił matkę i zaczął rabować, stał się diabłem. I chciałam wskazać, że ona chociaż częściowo jest winna tego, kim został. A może nawet była gorsza od niego, tylko nie miała takich możliwości, by “rozwinąć skrzydła”.

 

Ogólnie dzięki za lekturę i komentarzesmiley. Widzę, ze głos opinii publicznej jest dość jednolity: mało fabuły. Cóż, jedyne, co mogę powiedzieć, to: macie rację. Tekst jest wynikiem pewnego zakładu i widać za bardzo się skupiłam na przedstawieniu bohatera, a nie zmieściło się za wiele jego perypetii. Na razie raczej nie planuję rozwijać tego w coś dłuższego. Może później, gdy będę miała dużo czasu na zgłębienie tematu, by nie stawiać takich baboli. Poza tym trzeba będzie obmyślić wciągającą fabułę. Taką z mnóstwem twistów.

Obsydianno, mam mieszane uczucia po Twojej odpowiedzi.

 

“osoba w takim typie, jaki zarysowałam, jak dla mnie byłaby straszliwie wkurzająca i aż się prosiła o unieszkodliwienie“ – mam nadzieję, że nie myślisz naprawdę tego, co tu napisałaś…

 

“Bohater to wyjątek, hybryda albo niepokalane poczęcie.” – jak rozumiesz “niepokalane poczęcie”? Bo mam wrażenie, że podobnie jak większość ludzi odmiennie niż KRK nazywający się tak dogmat.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie za bardzo przepadam za angel fantasy, ale przedstawiony nastrój i świat mnie zaintrygował. Szkoda, że to tylko pojedyncza scenka, raptem wprawka. Ale zaintrygowany jestem.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Również uważam, że tekst ma zbyt dużo niedopowiedzeń i mało fabuły. Klimat dość ciekawy, główna postać też dość intrygująca, szkoda że tak mgliście przedstawiona.

Nowa Fantastyka