- Opowiadanie: Algir - To, co najważniejsze

To, co najważniejsze

Ha! Mam i ja swojego mecha ;)

Inspirowałem się tym obrazkiem: https://www.artstation.com/artwork/rRBWO

(1920 - hammer and sickle)

I jeszcze tym: https://www.artstation.com/artwork/5DvVw

(1920 - price of glory)

 

Przepraszam, ale nie umiem wkleić obrazka. Próbowałem, nie wyszło. <Już umiem>

Ogólnie, to strasznie pasował mi ten konkurs ze swoim limitem znaków - wystarczyło zmienić podporucznika na porucznika i jeszcze zmieściło się motto z wiki ;)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Cień Burzy, zygfryd89, regulatorzy

Oceny

To, co najważniejsze

 

 

 

 

Bijecie się o honor? A my o naszą wolność. Czyli każdy walczy o to, czego mu brak.”

Gen. Wieniawa-Długoszewski do carskiego oficera, który zapytał: o co walczą Polacy?

 

 

 

Odległa błyskawica jak iskra przeskoczyła między niebem a ziemią. Spadnie deszcz, pomyślał porucznik Rozwadowski. I zgasi wszystkie pożary. Schłodzi cielsko bestii.

Odór spalin płynął z wiatrem ku zniszczonym okopom, gdzie skryli się ostatni żywi strzelcy batalionu odwodowego. Jak wystraszone dzieci tłoczyli się przy poruczniku Rozwadowskim. Porucznik przeliczył ich w myślach: dwunastu strzelców. Tyle zostało z batalionu odwodowego. Dwunastu chłopców, którzy jeszcze nigdy nie byli w takim strasznym boju jak dziś. Nigdy wcześniej nie walczyli z bestią.

Przed ich oczyma otwiera się widok na zaścielone trupami przedpole okopu. Nad zrytą szrapnelami ziemią kłębi się dym z płonących tankietek i miesza z mlecznymi smugami dogasających granatów dymnych. W tym rozrzedzonym dymie widać ciemny zarys bestii. Słychać też niewyraźne głosy sołdatów, którzy swoim starym zwyczajem dobijają rannych strzelców. Co godzinę rozbrzmiewa groźny pomruk, gdy bestia przepala silniki turbodiesli. W takich chwilach Rozwadowski przymyka oczy i czeka, aż wiatr przywieje słodkawy odór spalin.

To oczekiwanie powoli staje się nieznośne, bo każdy z pomruków może przerodzić się w wycie: wtedy bestia, rwąc pazurami ziemię, ruszy w ich stronę.

Do Rozwadowskiego przysunął się strzelec Jakacki.

– Panie poruczniku, co teraz z nami będzie? – zapytał drżącym głosem.

Rozwadowski nie odpowiedział, tylko splunął przed okop. Strzelec chciał jeszcze o coś zapytać, ale nie zdążył: w kłębach szarego dymu, wysoko nad ziemią, błysnęły szperacze bestii, a warkot silników pracujących na biegu jałowym przeszedł w ogłuszający ryk. Bestia zakolebała się na potężnych łapach i ruszyła w ich stronę.

– Szykujcie się… – mruknął Rozwadowski. – Idzie po nas!

Ziemia zaczęła drżeć pod ich stopami.

 

 

Porucznik Rozwadowski dobrze pamiętał tamten świt nad Wilią, gdy po raz pierwszy zadrżała ziemia, a z mroku ustępującej nocy wyłoniła się bestia. Natychmiast skoczyła do niej kawaleria z lancami i uniesionymi szablami. Tylko syknęły miotacze ognia i całe przedpole utonęło w morzu ognia. Posłane ze wsparciem dwa pułki piechoty zostały zmienione w mrowie rozbieganych ogników, które bestia zaczęła gasić uderzeniami mechanicznych ostrzy.

Wtedy batalion odwodowy dostał rozkaz wycofania się z pola walki. Cofali się przed bestią aż na przedpola Warszawy, gdzie ustanowiono ostatnią linię obrony.

Zostali skoszarowani w podziemnych bunkrach i krytych okopach. Jako batalion odwodowy mieli na samym końcu włączyć się do nadchodzącej bitwy. Strzelcy zebrali się przy ambrazurach, skąd dobrze słyszeli odgłosy walki na powierzchni. Jak stłumione echo bitwy sprzed lat: krzyki mordowanych żołnierzy, szczekanie karabinów maszynowych, monotonne dudnienie baterii dział. Ponad tym wszystkim przerażający ryk bestii.

W końcu bestia zniszczyła ostatnie szańce. Przetoczyła się po umocnieniach i okopach, zdeptała baterie dział polowych, rozniosła na strzępy tankietki, a potem zaczęła walić pociskami burzącymi: betonowe schrony zapadały się jak domki z kart. Najstraszniejszy był miotacz płomieni: niezmordowany, wciąż plujący ogniem, jakby bestia uwzięła się, że tego dnia spali cały znany świat.

Siedzieli w półmroku, blisko siebie, jak wystraszone zwierzęta ściśnięte w pradawnej jaskini. Na powierzchni szalała bestia. Wybuchy pocisków, niczym kroki pradawnego olbrzyma, wprawiały w drżenie cały bunkier. Płomienie lampek naftowych rzucały na ściany chybotliwe cienie.

Nagle zaczął sypać się tynk, podniósł się kurz z podłogi, odezwały się butelki stojące na stole. Wszyscy podnieśli głowy i usłyszeli pomruk bestii, której dwustu tonowe cielsko właśnie przetoczyło się nad ich schronieniem.

Wtedy padł rozkaz:

– Idźcie dzieci…

I otworzyły się włazy bunkrów, i białe światło zalało wystraszone twarze strzelców. A gdy ich oczy przywykły już do tego światła, zacisnęli ręce na karabinach i ruszyli na powierzchnię.

Bestia już na nich czekała. Rozparta potężnymi łapami na gruzach, kopcąca spalinami i dymem z rozgrzanych luf karabinów, potężnych dział i znienawidzonych miotaczy ognia. Wolno obróciła się w stronę połyskujących bagnetów i hełmów, ponad którymi powiewały sztandary wyszywane złotymi literami: Bóg, Honor i Ojczyzna.

Batalion odwodowy szedł do swej ostatniej bitwy.

 

 

Nad polem walki panowała upiorna cisza. Strzelcy batalionu odwodowego dobrze wypełnili swój żołnierski obowiązek: walczyli do ostatniej kropli krwi. I ginęli w wybuchach pocisków burzących, wdeptani w ziemię, rozerwani na strzępy seriami karabinów, spaleni do kości przez miotacze ognia.

Porucznik Rozwadowski, skryty w okopie z resztkami swojej kompani, z bezsilności zgrzytał zębami.

Naprzeciw zimna bryła żelaza; oszalała, nadżarta ogniem i wybuchami granatów, plująca olejem, dymiąca spalinami z uszkodzonych tłumików, dumnie kroczy po ziemi, którą objęła w niepodzielne posiadanie. W wyciu turbodiesli i zgrzycie maszynerii słychać płacz bestii: I nie został mi już żaden świat do podbicia…

W powietrzu wirują płatki sadzy, wpadają na na korpus stalowego olbrzyma, oznaczają ciemnym obrysem jego sylwetkę na tle zachmurzonego nieba. I rozpływają się w burzowej ciemności.

Na ziemię spadają pierwsze krople deszczu. Rozwadowski nie słyszy ich syku, gdy parują na rozgrzanych tłumikach bestii. Skryci w okopie strzelcy nie mogą oderwać od niej wzroku.

Deszcz z całą mocą dudni na stalowym cielsku, wypłukuje z porowatego metalu błoto i smar, zmywa sadzę i plamy oleju, które spływają po spawanych płytach, po osłonach, i rozpływają się dookoła niczym olbrzymie plamy atramentu. Rozwadowski z zapartym tchem obserwuje to przedziwne misterium, w czasie którego spod wieloletniego brudu wyłania się bestia w swej najczystszej postaci: stal i żelazo zaklęte przez ludzi w śmiercionośny kształt.

 

 

W siekącym deszczu Rozwadowski prowadzi swoich strzelców przez zniszczone okopy. Kryją się w ruinach bunkra, gdzie porucznik w krótkich żołnierskich słowach objaśnia swój plan na zabicie bestii. Strzelcy słuchają i kiwają głowami z żarliwością apostołów nowej religii. Pomiędzy nimi, niczym ciało i krew, krążą łódki z amunicją i granaty, które szeregowy Kamiński zbiera do plecaka. Ostatnią butelkę z benzyną zatrzymuje dla siebie porucznik Rozwadowski.

Bestia węszy na przedpolu. Wygląda strasznie: broczy olejem, dymi, a silniki wyją na najwyższych obrotach. Olbrzymie lufy sprzężonych karabinów maszynowych kołyszą się w takt jej kroków.

Wtedy po raz pierwszy strzelcy dostrzegli człowieka, który objął bestię w posiadanie: niewyraźny kształt w skórzanym płaszczu i masce przeciwgazowej, skryty za otwartym włazem na szczycie stalowego korpusu. Porucznik Rozwadowski popatrzył na swoich apostołów, a potem ze ściśniętym gardłem szepnął:

– Idźcie dzieci…

Podrywają się do biegu. Najmłodszy ze strzelców, osiemnastoletni Jakacki, dopada rozprutej tankietki, uruchamia karabin maszynowy i teraz kropi seriami po pancerzu bestii. Kolejnych dwóch, pod wodzą Kamińskiego, ciska granaty. Pozostali w ataku na bagnety rzucają się na sołdatów krążących między łapami bestii.

Porucznik Rozwadowski czekał skryty w leju po bombie. Nie potrafił oderwać wzroku od tego stalowego potwora, od tej bestii nieubłaganie kroczącej w rozbryzgach błota i krwi. Patrzył na śmierć swoich strzelców: Jakacki zginął w zdeptanej tankietce, Kamińskiego i strzelców z granatami ścięły serie karabinów maszynowych. Niedobitki batalionu odwodowego jeszcze walczą z sołdatami ochrony.

Bestia jest już zmęczona zabijaniem: przystaje, dyszy śmierdzącym dymem, po jej korpusie gęstymi strugami spływa olej z podziurawionego pancerza, pod stalowymi blachami słychać zgrzytanie nierówno pracujących przekładni i jęki zdławionych silników.

Porucznik Rozwadowski podrywa się z ziemi i biegnie w stronę nieruchomej bestii. Dopada ją, łapie rękoma za osłonę potężnej łapy, podciąga się i powoli wspina po stalowym pancerzu. Porucznik nie dba już o nic: rozbryzgi oleju parzą jego twarz, dłonie płoną od rozgrzanych blach, a on niestrudzenie pnie się po rozdygotanym cielsku. Jest już na szczycie. Z góry spogląda na zrujnowany świat.

Bestia wolno rusza, stalowe łapy depczą skłute bagnetami ciała strzelców, a Rozwadowski zapiera się plecami o niską wieżę artyleryjską i szuka wzrokiem wyrwy w osłonie silników. W końcu dostrzega poszarpaną ranę w pancerzu, odsłaniającą rozedrgane turbodiesle.

Porucznik przyciska kolbę karabinu do ramienia, daje ognia, kropi obficie zawory, tłumiki i chłodnice. Błyskają iskry rykoszetów i zaczyna tryskać ropa. Rozwadowski poprawia granatem, który znika w wyrwie pancerza. Wybuch wstrząsa bestią.

Turbodiesle krztuszą się, dymią i gasną.

Rozwadowski wydaje z siebie okrzyk zwycięstwa, dla pewności wywala resztę amunicji w drugi silnik, przetacza się po wieży i przyklęka nad zamkniętym włazem. Łomem podważa wieko. Z wnętrza bestii dobiegają krzyki i przekleństwa.

Porucznik wrzuca do środka płonącą butelkę z benzyną.

Stłumiona eksplozja wstrząsa stalowym cielskiem. Rozlega się skomlenie zamkniętych w środku ludzi, a przez otwarty właz buchają kłęby czarnego dymu. Stalowe łapy uginają się pod bestią, która wolno osiada na ziemi i nieruchomieje z cichym westchnieniem jak umierające zwierzę. Przerażeni sołdaci już dawno uciekli w kierunku swoich linii.

Ostatni żywi strzelcy wspięli się po korpusie martwej bestii i stanęli za plecami porucznika Rozwadowskiego. Nie powiedzieli żadnego słowa, tylko z przestrachem spoglądali ku odległej linii wzgórz. Porucznik splunął na tłustą od ropy ziemię.

– Nie cofniemy się nawet o krok… – warknął.

Przetarł twarz brudną ręką. Znów splunął.

Zimny wiatr od Wschodu niósł w ich stronę słodkawy odór spalin.

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przeczytałam i podobało mi się – może najmniej ze wszystkiego zakończenie. To jest kwestia zupełnie osobistych preferencji czytelniczych, ale patos i tragiczny triumfalizm zakończenia (ostatni ocalali, nie ustąpią ani kroku, pokonali potwora technologii dzięki swej determinacji i chęci walki za ojczyznę) to nie całkiem moja bajka.

Ale wcześniej jest moim zdaniem bardzo dobrze, zwłaszcza od strony warsztatowej – nastrojowo, klimatycznie, z efektownym literackim “ożywieniem” mecha do postaci niemal apokaliptycznej bestii. Scena, kiedy deszcz schładza i zmywa bestię, jest IMHO naprawdę piękna, nastrojowa i świetnie budująca klimat.

Odór spalin płynął z wiatrem ku zniszczonym okopom, gdzie skryli się ostatni żywi strzelcy batalionu odwodowego. Jak wystraszone dzieci tłoczyli się przy poruczniku Rozwadowskim. Porucznik przeliczył ich w myślach: dwunastu strzelców. Tyle zostało z batalionu odwodowego. Dwunastu chłopców, którzy jeszcze nigdy nie byli w takim strasznym boju jak dziś. Nigdy wcześniej nie walczyli z bestią.

W sześciu zdaniach masz dwóch poruczników, dwóch strzelców, dwie dwunastki, dwa bataliony odwodowe, powtarza się też nazwisko z poprzedniego akapitu. Z kolei w następnym masz ze trzy bestie. Myślę, że warto przejrzeć to opowiadanie właśnie pod tym kątem i poszukać synonimów ;)

– Idźcie[+,] dzieci…

 

Dzięki za odwiedziny! Starałem się, żeby wyszło przynajmniej dobrze ;)

 

Anet, mam dość specyficzne podejście do powtórzeń. Inaczej: nie cierpię zamienników. Dla mnie wódka zawsze będzie wódką, nigdy płynem w butelce, a człowiek z siwymi włosami nie stanie się siwowłosym (tego zagrania wprost nienawidzę: dajemy bohaterowi niebieskie oczy albo nos jak kartofel, a potem w ramach szukania zamienników, piszemy: niebieskooki albo kartoflonosy. Straszne…).

Pewnie w kolejnym czytaniu część powtórzeń można usunąć, ale nie przez szukanie zamienników, lecz przez konstrukcję zdań. Jest to jednak dużo trudniejsze i nie zawsze się udaje, a wymaga strasznie dużo pracy. Rzecz do przemyślenia ;) Dzięki.

Mnie to po prostu wybija z rytmu, zatrzymuje, dlatego o tym piszę ;)

Hmmm. Bardzo fajne motto. Krótkie i w punkt. Niestety, reszta podobała mi się mniej. No, po raz kolejny biją się nasi z tamtymi. Tamci mają wielkie mechy…

A na czym polegał problem z wklejeniem obrazka? Przyjdzie Cień i na Ciebie nakrzyczy. Jeszcze dołoży za brak tytułu.

Napisane przyzwoicie.

gdzie porucznik w krótkich żołnierskich słowach objaśnia swój plan na zabicie bestii.

Już mam tak dosyć mechowej tematyki, że nasuwają mi się krótkie żołnierskie słowa, zapewne całkiem inne niż te, które miałeś na myśli. ;-)

Babska logika rządzi!

Całkiem przyzwoicie napisane. Sporo powtórzeń, ale mnie jakoś nie raziły. Zgadzam się, że nic nowego niestety nie ma w tekście. W sensie, Finkla, ma rację. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Na początku chciałem marudzić, że fabuła w zasadzie szczątkowa, że zaskoczenia żadnego nie ma, że poza nawalanką o nic właściwie nie chodzi… Ale po namyśle doszedłem do wniosku, że w zasadzie wcale mi to nie przeszkadza. Po pierwsze, lubię nawalanki. Po drugie, Twoja jest obrazowa, sugestywna, krwawa i aż przytłaczająca ciężarem. Personifikacja mecha jako "żywego" potwora też fajna, przypomina mi się znakomity, rosyjski film "Bestia". Zresztą – czytając, miałem wzruszyć ramionami. Fajnie napisane i tyle. Ale przyłapałem sie na tym, że szczerze kibicuję Rozwadowskiemu i jego ludziom. I strasznie się zdenerwowałem, czytając ostatnie zdanie. A to oznacza, że tekst wciągnął i zrobił wrażenie.

Motto istotnie, świetne, nie słyszałem tego wcześniej. 

Tylko tak na marginesie – skąd ten mech brał paliwo i amunicję, żeby tak ciągle łazić w kółko i rozwalać? :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki za przeczytanie!

Finkla, miałem plan, żeby po otwarciu włazu ze środka mecha wyskoczyły słodkie facebookowe kociaki – ale to byłoby niezgodne z fair play, bo słodkim kociakom nikt się nie oprze.

Morgiana, no wiem, że to przewidywalne było, ale: Nie mamy Pani płaszcza i co nam Pani zrobi? :D 

Thargone, mechowi skończyły się znaki, więc musiało wystarczyć amunicji ;)

Kurczę, szkoda, że nie poszedłeś w kociaki. Miałbyś bardzo oryginalny tekst. ;-)

Babska logika rządzi!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ano, w moim rankingu prokrastynacji słodkie koteły są bardzo wysoko. Tuż obok seriali, dram na PF i czytaniu książek zupełnie nieudanych.

Brak grafiki, brak tytułu grafiki… Jo nie wiem.

Algirze, klikasz prawym przyciskiem mychy na obrazku, wybierasz “kopiuj adres obrazu”, potem klikasz w ikonkę obrazka przy edycji tekstu na portalu (pierwszy z prawej; ten z górą i słoneczkiem), w pojawiającym się oknie wklejasz skopiowany link i już. Masz godzinę – potem zagryzę.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki! Zrobione.

.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

To, co dominuje, to nawalanka i jakoś wychodzi, że ona tu jest najważniejsza. A jeśli nawet nie, to w sumie więcej za bardzo nie dostrzegam.

I co jest z tym kompleksem, że przeciwnik zawsze ma lepsze wyposażenie (tu: potężne mechy), a nasi idą na nich wariacko „z bagnetem na czołgi”? 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Klimatyczne, jednak nie wychodzące ponad standard opowiadanie wojenne. Fajnie malujesz postać porucznika i jego niedoświadczonych kompanów. Oraz beznadzieję i brutalność wojny. Lecz koniec końców takich opowiadań czytałem wiele, więc i większego efektu nie sprawiło.

Podsumowując: fajny koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Opowiadanie stanowiące kolejny mały absurd w tym konkursie – tekst może i nie wybitny, ale z pewnością dobry, a niech będzie, że i bardziej niż dobry, a mimo to (stan na dzień 17.06.) bez żadnego głosu do biblioteki.

Z wad, to z pewnością trochę zbyt ubogie słownictwo i powtórzenia, które w pewnej chwili stały się po prostu nużące. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj oczywiście “bestia”, która przez cały tekst nie doczekała się bodaj jednego synonimu, choć imię tych synonimów: Legion. Mech, potwór, monstrum, blaszak, maszyna, machina, kolos, olbrzym, albo po prostu – co z ogromnym powodzeniem zastosowali autorzy innych opowiadań – jakaś nazwa własna. Opowiadanie naprawdę sporo zyskałoby na takim wzbogaceniu. Tymczasem jednak tylko traci i… dziwi.

Językiem dysponujesz bowiem bogatym i potrafisz z niego umiejętnie korzystać, a do tego masz fajny, obrazowy, a przy tym zasysający czytelnika styl i porządny warsztat, i to widać od razu. Świetnie budujesz klimat, jak nikt dotąd (poza samym Różalskim), oddałeś potęgę takiego mecha i grozę, jaką potrafi on zasiać w sercach wroga (oraz czytelnika ;). Realistyczne, nieugłaskane obrazy rzezi, jakiej dokonywał na praktycznie bezbronnych ułanach i piechociarzach, w tym akurat punkcie dobrze służące obranemu celowi – patetycznemu budowaniu grozy i majestatu mecha – powtórzenia; gorąca blacha, plujący olej, smród spalin, opisy uzbrojenia, a z drugiej strony strzelcy kulący się jak dzieci i nazywani dziećmi, tacy słabi, niemal bezbronni, pomniejszeni… Wszystko to buduje naprawdę przekonujący obraz straszliwej bestii. Za taką kreację tego kacapskiego skurczybyka masz u mnie solidną piątkę. Byłaby i z plusem, gdybyś choć trochę urozmaicił nazewnictwo.

Z drażniących mnie powtórzeń, to przede wszystkim byli jeszcze: „strzelcy batalionu odwodowego” i sam „batalion odwodowy”. W każdym razie miszmasz w tym stylu.

Mam też całkiem mieszane odczucia co do finału. Z jednej strony patriotyczny patos, choć tutaj trochę jednak przesadzony i niezrozumiały, generalnie do mnie trafia. Nie jestem narodowcem, bo jednak bliżej mi do mizantropa, ale patriotą czuję się średnio pięć dni w tygodniu. I jako taki cieszę się ze skopania kilu ruskich dup, zwłaszcza, że jedna była wyjątkowo twarda i pokaźna. Z drugiej jednak strony to zajumane Hitlerowi “Ani kroku wstecz” pasuje tutaj jak ciulik do temperówki, a sposób na pokonanie paskuda, przywodzący na myśl romantyczny obraz polskich partyzantów obrzucających szkopskie czołgi Mołotowami – co samo w sobie nie jest złe, bynajmniej – wydaje mi się jednak tak oczywisty, że fakt, iż wpadł na niego dopiero Rozdawski, z tego co, można wywnioskować, wraz ze swoimi ludźmi będący ostatnim punktem oporu przed ostateczną klęską, wygląda nieco hollywoodzko. Jeszcze bardziej hollywoodzko wygląda sama walka, gdzie resztki resztek oddziałów zdołały podejść do mecha na tyle blisko, by go unieruchomić za pomocą zwykłej dywersji, choć nie udało się to – z tego, co pośrednio wynika z tekstu – całym armiom. Sceneria walki jest tu jakimś usprawiedliwieniem, ale też nie do końca przekonującym.

Mimo tych w sumie drobnych zgrzytów, jestem zdecydowanie usatysfakcjonowany lekturą.

Początkowa motto-anegdota również bardzo w punkt. No i, jakkolwiek może zabrzmieć to dziwnie, podobało mi się, że odarłeś grafikę z patetyczno-romantycznego wizerunku samotnego jeźdźca, bez lęku stawiającego czoła opancerzonej bestii – tu z kolei mam skojarzenia z opowieściami o wcale nie tak znowu samobójczymi szarżami ułanów na niemiecką myśl pancerną i, trochę mniej, ze Świętym Jerzym i jego smokiem – i już na dzień dobry po prostu spaliłeś tego pierwszego.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Mój pierwszy przeczytany konkursowy tekst (a czeka mnie ich jeszcze trochę), więc masz Autorze szczęście, bo pierwsze opowiadanie o nawalance z mechem z pewnością wchodzi lepiej niż dziesiąte. (A może nie doceniam konkursowiczów i teksty będą zróżnicowane). W każdym razie podobało się. Jest efektownie i obrazowo, a bestia budzi prawdziwy niepokój.

Niezwykle realistycznie przedstawiłeś starcie z bestią, a choć nie przepadam za opisami walki, lektura Tego, co najważniejsze okazała się bezbolesna.

 

usły­sze­li po­mruk be­stii, któ­rej dwu­stu to­no­we ciel­sko… –> …usły­sze­li po­mruk be­stii, któ­rej dwu­stuto­no­we ciel­sko

 

W po­wie­trzu wi­ru­ją płat­ki sadzy, wpa­da­ją na na kor­pus… –> Dwa grzybki w barszczyku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za uwagi. Lubię ten tekst, i szczerze: trochę mi szkoda, że już nie dostanie drugiego życia. Z pewnością jednak ten sposób narracji jeszcze kiedyś wykorzystam. Dziękuję.

…trochę mi szkoda, że już nie dostanie drugiego życia.

Może pocieszy Cię klik do Biblioteki… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka