- Opowiadanie: Cornelius - Oddział

Oddział

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Oddział

 

 

Poranne słońce wyłoniło się zza wierzchołków świętokrzyskich jodeł, gdy zabrzmiały dzwonki trzymane w opuchniętych dłoniach powstańczego ministranta. Rozlegające się tony brzmiały sucho, jakby odebrano im całą wesołość.

Zmęczone, poorane bliznami twarze wpatrzone były w jeden punkt. Na środku polany stał młody ksiądz – rozbrojony na czas mszy − wznosił monstrancję. Biała alba, narzucona na zielonkawą czamarkę, falowała koronkowymi falbanami.

Dźwięk dzwonków wzmógł się.

Polowa msza w Wielką Niedzielę 1863 roku zastała dworskich synów na leśnej polanie. Zamiast przepychu katedralnych witraży − otaczała ich budząca się do życia zieleń Świętokrzyskiej Puszczy.

Wesoły nam dziś dzień nastał − zaintonował młody ksiądz. Powstańcy jeden po drugim dołączali do śpiewu. Bez radości, bez ufności. Z ukrytą gdzieś w środku wiedzą, że ich Golgota wciąż przed nimi.

Z głębi lasu dochodziło krakanie wrony.

 

Carski pułkownik, Iwan Berg, odstawił lornetkę od oczu. Błysk monstrancji oślepił go na moment. „Najlepsza na te polskie duchy rada, wojsko i szabla. Ach, i jeszcze ta kibitka pędząca przez step galopem” − pomyślał. Jego żołnierze czekali na rozkaz. Przyczajeni za drzewami, z pistoletami w dłoniach i z twarzami pobrudzonymi błotem, czuli krew. Oddychali szybko, a oczy szkliły się im jak u zgłodniałych wilków. Był panem tych ludzi. Ale jeszcze bardziej był władcą życia i śmierci powstańców, którzy jak stado kurcząt tkwili na polanie. Unieruchomieni ceremonią, zapatrzeni w kapelana ukrywającego się za złotą monstrancją, wyglądali tak bezbronnie. „Siła kształtem jest poranka, w którym to, co realne, staje się wieczne” − uśmiechnął się na słowa zapamiętanego wiersza. Ciekawe, jak to będzie po francusku i niemiecku. Nie czas jednak na literackie szarady. Przyłożył dłonie do ust i zakrakał.

Przez kałmuckie twarze przebiegł nerw podniecenia. Cicho jak nietoperze, z szablami obwiązanymi szmatami, by nie zagrał na nich żaden promień słońca, oderwali się od drzew. Obława zacieśniała się. Jeszcze dziesięć… pięć metrów… wreszcie wyskoczyli na wysłonecznioną polanę. Tłumiony krzyk rozdarł uświęconą ciszę, obwieszczając światu życiowe powołanie carskich sołdatów: brutalność, okrucieństwo i nieokiełznaną dzikość.

Zdziwienie na twarzach Polaków szybko ustąpiło oburzeniu. „Któż to śmiał zaatakować ich w taki dzień?”.

„Głupcy”. Berg wydął wargi .

Salwa strzałów z pistoletów roztrzaskała monstrancję, a na księżowskiej albie pojawiły się czerwone plamy, niby przedwcześnie rozkwitłe maki. Zwiewne koronki wyglądały teraz jak czyraki śmierci. Rzeź partyzanckiego oddziału była przesądzona. Powstańcy przypadli do ziemi, część skryła się za pnie drzew, przygotowując się do walki. Wielu leżało, podnosząc ręce z rozcapierzonymi palcami, ni to wzywając pomocy, ni wygrażając Niebu. Wcześniejsza cisza ustąpiła krzykom, jękom i wydawanym szybko rozkazom.

Grupka powstańców, schylona wpół, ruszyła w stronę lasu. Byle uciec z okrążenia, poczuć się bezpiecznie. Daremnie. Cień drzew zapraszał, ale i zwodził. Czekali już tam zaczajeni Rosjanie. Berg podniósł wyżej głowę i zaczerpnął powietrza. Świeżość poranka mieszała się z zapachem prochu i krwi. Lubił ten zapach. „Polska swołocz, miatieżnicy” − pomyślał. „Wolności się im zachciewa. Jak śmieli wystąpić przeciwko carowi, batiuszce”. 

Szable uderzały o siebie w rytmie życia i śmierci. Pojedynczym strzałom towarzyszyły krzyki i głośne sapania.

Berg zauważył, jak jeden z powstańców zręcznie sparował cios i wybił pałasz jego żołnierzowi. Powstaniec, zamiast wykonać cięcie, poczekał aż Rosjanin podniesie wytrąconą broń. „Rycerskości się im zachciewa”. Wycelował ponad pochyloną sylwetką swojego żołnierza i wystrzelił. Polak zachwiał się. Reszty dopełnił Moskal, który – podniósłszy pałasz – wykonał cięcie z góry na dół. Przepołowiona rogatywka z zielonej zrobiła się brunatna. „Tak się załatwia sprawy” − pułkownik Berg poczuł się dumny ze swoich żołnierzy.

Kolejni powstańcy padali ranni i zabici. Jedynie w centrum polany Polacy zaczęli odzyskiwać inicjatywę. Grupa starszych wiekiem, bardziej doświadczonych rebeliantów, oparła się plecami o zaimprowizowany ołtarz i eliminowała kolejnych atakujących. W swych koco-płaszczach przypominali dawnych krzyżowców. Wywijali szybko szablami, podbijali broń przeciwnika i nadziewali ich na trzymane w drugiej ręce noże. Stosik trupów rósł. Berg przymknął oczy. Nie mylił się, brzęk uderzającej o siebie broni stawał się coraz wolniejszy. Powstańcze ręce słabły, jak długo jeszcze wytrzymają, pięć minut, dziesięć?

− Wroński! Zawiadom Langiewicza. Osłonimy cię. − Ostry głos wybił się ponad bitewną ciżbę. Powstańcy natychmiast przegrupowali się. Berg patrzył, jak Polacy ustawiają się w szereg i z wyciągniętymi szablami, z kosami nabitymi na sztorc i z widłami ruszają przed siebie. Ku zgubie, śmierci, przeznaczeniu. Ku wiekuistej wolności.

Wtedy właśnie zza ich pleców wyskoczył jeden z powstańców. Niskiego wzrostu, z jasną brodą, w sznurowanej szaraczkowej krótkiej czamarce, podbitej białym barankiem. Przypięty niedbale pałasz zahuśtał się u jego boku. Chłopak trzymał w ręku rewolwer, który dodatkowo zawieszony był na rzemieniu uwiązanym u szyi.

Berg machnął głową, dając znak stojącym najbliżej żołnierzom.

− Brać go. − I ponownie przyłożył lornetkę do oczu.

Za uciekającym rzuciło się trzech Rosjan. Cóż to dla nich. Młokos, nieobyty z wojną. Zabawią się z nim. Nie zostawią mu ani jednej całej kości. Myśl o tym, co zrobią mu, gdy już wpadnie w ich ręce, dodawała im animuszu. 

 

Powstaniec kluczył pomiędzy drzewami. Był zwinny młodzieńczą gibkością. Przeskakiwał pnie, chwytał się wystających gałęzi i pokonywał wartkie strumienie, nie mocząc butów. Rosjanie podążali za nim krok w krok. Czuli już smak ofiary. Nie brakowało im sił. Odetną mu drogę, otoczą. Jeszcze kilkanaście metrów.

Chłopak uskoczył. Znikł im z oczu.

 „Gdzie on?” − pomyśleli.

Rozejrzeli się. Na pewno gdzieś przed nimi. Tylko – u licha – dlaczego wysokie zarośla się nie uginają, a ptaki nie podrywają do lotu? Dlaczego nie widać pary unoszącej się z ust uciekiniera? Chłód, jakiego jeszcze nie zaznali tego ranka, przebiegł im po plecach. Zgubili go?

Świętokrzyskie lasy były jego domem, dla nich to teren obcy. Spojrzeli po sobie i uśmiechnęli w wymuszony sposób.

Chcieli coś powiedzieć. Najstarszy z żołnierzy podniósł rękę i przyłożył palec do ust. Chyba coś usłyszał.

Właśnie wtedy ciszę poranka rozdarły trzy oddane z bliskiej odległości strzały. Tajemnicza siła podcięła Moskalom nogi. Zwalili się na kolana, jakby oddając hołd świętokrzyskim lasom, a potem padli na twarz, wbrew intencjom całując polską ziemię w tym ostatnim już, bezrozumnym, lecz przecież przepraszającym geście.

 

Młody powstaniec, Janek Wroński, wiedział, że nie żyją. Od kiedy zabłąkana kozacka kula zabiła jego pięcioletniego brata, nigdy już nie chybiał.

„Wieczne odpoczywanie…” − wymamrotał, idąc w stronę bielejących w słońcu zrujnowanych klasztornych zabudowań.

 

− Mówisz, że żołnierze Berga są w sercu świętokrzyskich lasów?

Oparty o zimny mur zakonnej celi stary Kacper Kobza wpatrywał się w niebieskie oczy Wrońskiego. Niedoszły furtian, powstaniec listopadowy, kuternoga, co to już szabli utrzymać nie zdoła, czekał na tę chwilę całe swoje życie. Wreszcie wypełni przyrzeczenie.

− Będą cię ścigać. Wiedzą, że masz dokumenty dla Langiewicza − odezwał się do chłopaka.

Wroński skinął głową, przeżuwając otrzymany podpłomyk.

− Zostań tu ze dwa dni, odpocznij. Będziesz bezpieczny − rzekł stary człowiek, jednak bez wiary, że zatrzyma powstańca.

Chłopak zawadiacko zarzucił grzywką i nałożył niebieskie okulary.

− Muszę dostać się do Słupi.

− Weź jeszcze to. − Kobza położył przed nim chleb i osełkę masła.

Co ma się stać, to się stanie. „Nie wstrzyma czasu ni wyroków fatum, ten co mścicielem obwołać się pragnie”. Starzec spojrzał na góry, które na ten moment zdały się być pozieleniałymi czaszkami. Znał te widoki i tych mieszkańców, którzy „zobaczyć nigdy się nie dają. Lecz gdy wywoła je siła tajemna, wychodzą z mroków dopełniać wyroków. Ssą życie, a bieg myśli w szaleństwo zmieniają”. Kurhany, bezimienne mogiły, polany, na których nawet trawa rosnąć nie chciała, były jego ojczyzną. Znał grądy i wygony, gdzie tak chętnie przybywały wiedźmy, żeby spółkować z diabłem. Przez lata poznawał te miejsca. I oto teraz carscy sołdaci przychodzą na jego teren. Jego śmierć nie będzie daremna.

 

Berg źle spał. Budził się co chwila, przewracał z boku na bok. Słyszał szepty, miał wrażenie, że przodkowie poprzednich właścicieli zaanektowanego dworu schodzą z portretów i duszą go swymi szponiastymi dłońmi. Widział już takie szpony u zmarłych, gdy jego ludzie burzyli polskie grobowce w poszukiwaniu cennych precjozów.

Nie, nie będzie dłużej czekał. Musi dać rozkaz do wymarszu. Wygubi tę polską swołocz, pokaże, kto jest prawdziwym panem.

Wyruszyli tuż przed brzaskiem. Puszcza wyglądała dziwnie niesamowicie.

Podwładni Iwana Berga byli dobrymi wojakami. Jednak teraz działo się z nimi coś złego. Co rusz któryś wybuchał szaleńczym śmiechem. Inni biegli przed siebie, nie bacząc na raniące ich korzenie i smagające po twarzy gałęzie. Ubywało mu żołnierzy. Berg nie mógł zrozumieć dlaczego.

W oddali odezwał się puchacz. Głuchy krzyk zwiastował śmierć. Lecz bardziej od śmierci carski pułkownik obawiał się szaleństwa. Zdawało się mu, że widzi porosłe sierścią stwory, o zębach poczerwieniałych od ludzkiej krwi.

Szedł dalej. Coraz szybciej i szybciej. Nie wiedział już dokąd. Był sam.

 

− Czekałem na ciebie. − Usłyszał.

Znał ten głos.

− K-k-k-acper?

Kacpra Kobzę spotkał, gdy był jeszcze młodym porucznikiem. Ileż to już lat? Odżyły stare wspomnienia. W umyśle carskiego oficera wyświetliły się niezatarte obrazy, przypomniało mu się jak zgwałcił narzeczoną Kobzy, a potem na jego oczach ją zastrzelił. Czas połączyć tę parę. 

Berg wyszarpnął rewolwer i huk wystrzałów rozniósł się po okolicy.

Ale Kobza od dawna już nie żył. W swym zakonnym stroju furtiana postąpił trzy kroki i runął na dawnego wroga. Wokół mężczyzn zatańczyły zjawy i upiory. Diabelski chichot przypominał, że ktoś tu czeka na duszę, która zaraz opuści ciało.

Kacper Kobza, niedoszły mąż, ojciec, furtian i dawny powstaniec trzymał w dłoni serce wyrwane carskiemu pułkownikowi. Biło jeszcze, gdy podawał je diabłu.

Koniec

Komentarze

Jest w tym jakiś pomysł i podoba mi się to, że obrazek jest inspiracją, a opowiadanie nie jest jego opisem.

Z czysto historycznego punktu widzenia mam jednakowoż wątpliwość, czy ten carski pułkownik będzie myślał wiosną 1863 o kibitkach jako środku antypowstańczym – do represji i zesłań jeszcze dość daleko, na razie trwają regularne walki i to w sumie wciąż z przewagą powstańców.

 

PS. Kobza, jak rozumiem, jest weteranem któregoś z wcześniejszych powstań? Pewnie 1830? Bo przez moment zawiesiłam się na tym “byłym powstańcu” w kwestii chronologii opowiadania…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Drakaino. Fajnie, że zwróciłaś uwagę na historyczne elementy tekstu. Oczywiście dziękuję za komentarz. Zapytałem wujka Googla o wywózki i zsyłki. Pierwszymi Polakami wysyłanymi na Sybir byli jeńcy wojenni z czasów walk Stefana Batorego. Potem z tej kary uczyniono podstawowe narzędzie represji. Między innymi ukaz rosyjskiego Kolegium Wojny z 1769 r. zarządzał wysyłkę konfederatów barskich na Syberię. Po stłumieniu Insurekcji Kościuszkowskiej 20 tysięcy jej uczestników zaludniło bezkresy północnej Rosji. A były jeszcze zesłania po inwazji na Rosję w 1812 roku. Bliżej nieznana jest liczna zesłańców wywodzących się z polskich organizacji niepodległościowych. I jeszcze kolejne masowe zsyłki po powstaniu listopadowym. No i wywózki w okresie międzypowstaniowym. Gdy wybucha powstanie 1863 roku, drogi przemierzane przez kibitki są już dobrze wytyczone, a myślenie o tej formie represji stało się czymś naturalnym zarówno dla polskich patriotów, jak i dla stacjonujących tutaj Rosjan. Jeszcze raz dzięki, Drakaino, za komentarz. Pierwszy komentarz pod tekstem. 

 

Dzięki Śniąca. Komentarz lakoniczny. Lecz przecież to też komentarz. I to jeszcze poprzedzony trudem przebrnięcia przez tekst. Miło:)

Więcej będzie po zakończeniu konkursu :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Uczę się cierpliwości. Dzięki, Śniąca:)

Okej, nieprecyzyjnie się wyraziłam: oczywiście zsyłki były wcześniej, kibitki występują chociażby w Dziadach, a zsyłka jako kara była znana nie tylko w Rosji. Chodziło mi o to sformułowanie w czasie, kiedy mamy do czynienia z dość regularną wojną – po prostu mi nie spasowało, bo to nie jest tak, że przeciętny Rosjanin był polakożercą i myślał tylko, jak dokopać Polakom qua Polakom (władza rewolucjonistom wszelkiej maści – tak, tak miały wszystkie państwa eks Świętego Przymierza). A żołnierz myśli po wojskowemu i on miał wojnę na głowie bardziej niż narodowo-ideologiczne rozkminy. Po prostu ten kawałek zabrzmiał mi jak straszna historyczna (szkolna) klisza, niepotrzebnie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Miejscami zbyt poetyckie jak dla mnie. Chciałoby się krwi, mięsa, krzyków i chrzęstu łamanych kości. Tak bardzo, bardzo dosadnie. To w końcu był szort o krwawej potyczce, no ej!

Strasznie martyrologiczny tekst.

Jestem na takie uczulony, ale to wina systemu edukacji. Wszystko przez usilne próby wtłoczenia mi ich przymusowo do głowy – konkretnych postaw, romantyzmu, fantazji bez krzty logiki i wyrachowania. I nawet przebolałbym tematykę, gdyby nie… powielała tej samej (karygodnie nielogicznej) fantazji bohaterów. No bo oddział leśnych partyzantów urządza sobie mszę na środku polany (abstrahując od okazji jaką jest konkretne święto), odsłaniając się w całości – nie rozstawiając nawet czujek wokół, ba, śpiewając przy tym i dzwoniąc dzwoneczkami? To powstanie nie ma szans się dobrze skończyć (bo jak rozumiem, oparłeś się na Powstaniu Styczniowym?).

Wiem, że posłużyć miało wymyślonej przez Ciebie fabule, ale w tej postaci nie mogę jej kupić. Co się stało, to się stało, ale nie widzę powodu, by powielać mitu owego bezmyślnego romantyzmu, w którym niektórzy widzą "ducha Naszego kraju". Podpiszę się więc pod słowami przedmówczyni.

Witaj

Mnie twój sposób pisania bardzo przypadł do gustu. Myślałam, że będzie się dłużył (nie moje klimaty), a tym czasem malowniczo i dla mnie ciekawie opisałeś wydarzenia. Co do nielogiczności, o których pisano wcześniej, nie wypowiadam się, bo się nie znam ( choć rzeczywiście trochę dziwna ta msza bez czujek). Jednak miałeś takie wyobrażenie tekstu i to szanuję. Ja jestem na tak :)

Drakaino, Stn-ie. Szkoda, że się nie podobało. 

Że klisze – cóż, to możliwe. Stereotypy – zapewne też są. Że nielogiczna msza – niewykluczone, chociaż mszę – z całkiem innym rzecz jasna przebiegiem – zaczerpnąłem z pamiętników powstańczych. Na obronę mogę powiedzieć, że w tekście nie ma żadnej, najmniejszej nawet bogoojczyźnianej frazy, nie ma zdania oceny. Jedynie opis wydarzeń. Prostych, bo i autor jest nieskomplikowany. Nie dla mnie wielopiętrowe analizy logiczne. Raczej westerny i czarno-biały świat. Bo wciąż wierzę, że świat jest w gruncie rzeczy czarno-biały, a zbrodnia zostaje ukarana.

Jeszcze raz dodam – przykro, że się nie podobało.

Dzień dobry, Monique M.

Myślałem, że dzisiejszy dzień nie może być już bardziej słoneczny. Dzięki Tobie stał się i bardziej słoneczny, i cieplejszy. Ogromnie dziękuję. 

Samych dobrych zdarzeń, Monique. Wielkie dzięki:)

Miło mi smiley

:) Nie chciałbym się licytować, ale chyba mi jest milej.

Serdeczności, Monique:)

Jakiś pomysł jest, ale całość niespecjalnie przypadła mi do gustu. Mam wrażenie, że fabuła nie została dobrze przemyślana i jest nieco chaotyczna, a przy tym niewiarygodna. Nie wzbudza też emocji i zabrakło wyraźniej zarysowanego bohatera. 

Sama narracja niezbyt składna mi się wydaje. Poniżej kilka konkretów (wybacz jeśli się czepiam za bardzo, ale to mi się rzuciło w oczy):

 

Oparty o zimny mur zakonnej celi stary Kacper Kobza wpatrywał się w niebieskie oczy Wrońskiego. 

Niedoszły furtian, powstaniec listopadowy, kuternoga, co to już szabli utrzymać nie zdoła, czekał na tę chwilę całe swoje życie. Wreszcie wypełni przyrzeczenie.

− Będą cię ścigać. Wiedzą, że masz dokumenty dla Langiewicza − odezwał się do chłopaka.

W pierwszym zdaniu po “zakonnej celi” powinien być przecinek i nie jest to tylko błędzik interpunkcyjny, ale sprawia, że zdanie zlewa się w jedno i to przeszkadza w odbiorze, zbyt dużo informacji obok siebie.

W dalszej części akapitu nie wiadomo, do którego z rozmówców odnosi się fragment od słów: “Niedoszły furtian (…)” Może było gdzieś wcześniej napisane, kogo mogą opisywać te słowa, ale weź pod uwagę, że czytelnik jest nowy w Twoim świecie i nie zna dobrze postaci, dobrze na tyle, żeby identyfikować je po przymiotach czy faktach z życia.

Wroński skinął głową, przeżuwając otrzymany podpłomyk.

I tu jest dopiero wyjaśnienie o kogo chodzi. IMO trochę późno.

 

Wyruszyli tuż przed brzaskiem. Puszcza wyglądała dziwnie niesamowicie.

myślę, że albo jedno, albo drugie, bo trochę masło maślane. ;)

 

Podsumowując – ciekawe pomysły, ale wykonanie mi nie podeszło.

 

 

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Dzięki El Lobo Muymalo za komentarz. Potężne zarzuty: chaotyczna, nieprzemyślana fabuła, niewiarygodna, nie wzbudzająca emocji akcja, nieskładna narracja, niewyraźny bohater.

Innymi słowy koszmarne dno, że gorzej już się nie da.

Dzięki, że choć doczytałeś do końca i zechciałeś napisać uwagi. Dzięki.

Innymi słowy koszmarne dno, że gorzej już się nie da.

Tego nie napisałem, bo i tak nie uważam. Co do reszty – myślę, że skrajne opinie są bardzo subiektywne. Może więcej powie Ci “średnia” z opinii w komentarzach. Nie masz więc co się tak przejmować akurat moim odbiorem.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Nie lubię tego samobiczowania się, które uprawiasz. Oceniłem tekst, nie autora. Szorciak mi nie siadł, bo mam problem strawić tę konkretną, zaserwowaną przez Ciebie treść. Zamiast walić literackie seppuku w komentarzach, a nas próbować zmusić do poczucia jakiegoś żalu za “niepowodzenie” (celowo dałem to w cudzysłowie), to pisz dalej. Pisz i próbuj. Ale przestań jojczyć, bo zrazisz do siebie przyszłych czytelników.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ale wiesz, że masz trochę za dużo znaków? IMO, da się je wyciąć.

No, nie bardzo podeszło. Myślę, że powody są podobne do tych, które podał Stn. A może poszło o to, że w ogóle nie przepadam za militariami, a tu głównie się tłuką.

Babska logika rządzi!

Umiesz wprowadzić nastrój, ale też należę do obozu osób, które nie przepadają za tego typu tematyką. Rozbuchanej martyrologii mówię stanowcze nie. Ale przyznam szczerze, podoba mi się też ostatnie zdanie, kiedy jest podawane serce diabłu. Świetny smaczek na zakończenie. 

Zgodnie z decyzją jury, przekroczenie limitu znaków mieści się w normie. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Fajne :)

Pierwszy akapit wskazuje o braku wiedzy o opisywanych kwestiach. Te dzwonki wcale nie mają być radosne. A druga kwestia, w tych latach (nawet gdy ma to być “historia” alternatywna) nie miałyby miejsca.

Dalej: dworscy synowie nie mieli zbyt wielu okazji do uczestnictwa w mszach w katedrach.

W scenie batalistycznej brak niestety animuszu. Poczytaj takie opisy w wykonaniu prozaików, choć i historyków z dobrym piórem te się przyda.

Żywa pamięć o powstaniu styczniowym wygasła w momencie śmierci II RP, więc ode mnie piąteczka za chęci i poruszenie tematu.

 

ps. Rada z mojej strony: olej te pseudo-liryczne opisy, bo wyraźnie ci nie wychodzą, przemyśl fabułę aby była spójna. Życzę sukcesów i wytężonej pracy.

Finklo – szkoda, że nie podeszło. (A tak na marginesie, trochę liczyłem się, że może coś nie zaskoczyć). Dzięki, że zajrzałaś:)

Deirdiu – martyrologia jest częścią historii Polski. Może ona czasem denerwować, może budzić niechęć, może też być czymś ważnym i inspirującym. Dziękuję za Twój komentarz:)

Anet – ależ miło Ciebie gościć. Dziękuję:).

 

Zrywosławie

Pierw­szy aka­pit wska­zu­je o braku wie­dzy o opi­sy­wa­nych kwe­stiach. Te dzwon­ki wcale nie mają być ra­do­sne. A druga kwe­stia, w tych la­tach (nawet gdy ma to być “hi­sto­ria” al­ter­na­tyw­na) nie mia­ły­by miej­sca.

Nie, to nie jest historia alternatywna.

Mszę polową w Wielką Niedzielę 1863 roku – z radosnymi dzwonkami, lecz z nie tak tragicznym, rzecz jasna, epilogiem – wziąłem z książki napisanej na podstawie wspomnień powstańczych: Juljan Wołoszynowski: Rok 1863, Wydawnictwo Polskie <R.Wegner>, Poznań 1931, s. 249.

Rozumiem potrzebę wymądrzania się, niechże jednak towarzyszy temu wiedza. 

Dziękuję za Twój komentarz i zawarte w nim rady, wezmę je sobie do serca.

Ktoś tu się chyba unosi niepotrzebnie honorem… Dzwonki w liturgii przedsoborowej, a taka była stosowana do 1969 r., mają wydawać podniosły dźwięk, oto bowiem ciało i krew Chrystusa przemienia się w chleb i wino – tak ogólnie. Zresztą, jak pisałem rzadko były wtedy stosowane. Prywatne odczucia nie mają tu nic do tego.

Uważam, że wiedze w tej materii jakąś posiadam i chciałem się nią podzielić i udzielić rad, więc tym bardziej nie widzę sensu wpisów na poziomie obrażonego trzylatka. Jeśli wszystkie uwagi będziesz traktował jako “wymądrzanie się”, to po co cokolwiek publikujesz. Przecież z góry należy założyć, że ktoś coś wytknie – i dobrze, na marginesie.

Odniosłam wrażenie, że to jakby wstęp do czegoś dłuższego. Podoba mi się osadzenie akcji w świętokrzyskich lasach. Choć muszę się zgodzić, że brakuje mi tu emocji, które trzymałyby czytelnika. Gdyż wydarzenia mam wrażenie są tylko tłem, zarysem. Pokusiłabym się na rozbudowę opowieści.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Pomysł na pewno miałeś, Corneliusie, i podejrzewam, że chętnie napisałbyś więcej, ale cóż, limit nie pozwolił na nic ponad to, co nam opowiedziałeś. W przeciwnym razie – tak mi się wydaje – i potyczka w lesie byłaby przedstawiona w sposób bardziej żywy i zajmujący, a kto wie, może i zdecydowałbyś się na nieco szerszy opis dokonań zjaw i upiorów towarzyszących Kacprowi w jego ostatnim spotkaniu z Bergiem.

 

młody ksiądz – roz­bro­jo­ny na czas mszy – wzno­sił w górę mon­stran­cję. –> Masło maślane. Czy można wznosić coś w dół?

Wystarczy: …młody ksiądz – roz­bro­jo­ny na czas mszy – wzno­sił mon­stran­cję.

 

bu­dzą­ca się do życia zie­leń drzew świę­to­krzy­skiej pusz­czy. –> …bu­dzą­ca się do życia zie­leń drzew Świę­to­krzy­skiej Pusz­czy.

 

w sznu­ro­wa­nej sza­racz­ko­wej krót­kiej sza­ra­mar­ce, pod­bi­tej bia­łym ba­ran­kiem. –> Przypuszczam, że miało być: …w sznu­ro­wa­nej sza­racz­ko­wej krót­kiej czamarce, pod­bi­tej bia­łym ba­ran­kiem.

 

Przy­pię­ty nie­dba­le pa­łasz za­huś­tał u jego boku. –> Raczej: Przy­pię­ty nie­dba­le pa­łasz za­huś­tał się u jego boku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki Morgiano za opinię. No tak, racja. Mało tu emocji. Dzięki.

Witaj, Reg. Miło, że zajrzałaś. Bardzo, bardzo miło:-) I chociaż nie miałem zamiaru edytować już tekstu, to oczywiście wskazane przez Ciebie usterki usunąłem.

Dobrze wiesz Reg, że limit znaków nie jest żadnym wytłumaczeniem. Bo to tak, jakby biegacz żalił się, że się nie zmęczył, gdyż dystans był za krótki. A przecież wystarczyłoby, gdyby szybciej biegł. (Ok, słabe porównanie). Bo to tak, jakby wiedząc, że za pół godziny przyjdą goście przystąpić do przyrządzania asado (mostka cielęcego, który musi się piec w piecu nie mniej niż siedem godzin). (Oki, chyba też słabe). 

W każdym razie ogroooomnie dziękuję Reg za Twoje odwiedziny i za komentarz. Wiele wszystkiego pięknego, Reg:-)

 

Rozlegające się tony brzmiały jakoś sucho, jakby odebrano im całą wesołość.

 

“Jakoś” można wyciąć.

 

„Wesoły nam dziś dzień nastał” − zaintonował młody ksiądz.

Bez cudzysłowu, zapis jak w zwykłym dialogu. Ewentualnie, jeżeli podajesz to jako tytuł pieśni, zmień szyk.

 

Unieruchomi ceremonią, zapatrzeni w kapelana ukrywającego się za złotą monstrancją

“Unieruchomieni”

 

„Któż to śmiał zaatakować ich w taki dzień”.

Pytajnik na końcu cytatu.

 

„Głupcy” − wydął wargi Berg.

Odwróć szyk, to opis mimiki twarzy, a nie aktu mowy.

 

Salwa strzałów z pistoletów roztrzaskała monstrancję

Monstrancję zazwyczaj wykonuje się z jakiegoś metalu/stopu, które raczej nie ulegają kruchemu pękaniu. Chyba, że chodzi ci o samo szkiełko, za którym skryta jest hostia, ale ono pękłoby już po jednym strzale, a nie całej salwie.

 

Reszty dopełnił Moskal, który[+,] podniósłszy pałasz[+,] wykonał cięcie z góry na dół.

Imiesłów przysłówkowy wydzielamy przecinkami.

 

Myśl o wymyślnych torturach dodawała im animuszu. 

Powt.

 

pokonywał wartkie strumienie[+,] nie mocząc butów.

Przecinek.

 

Czuli już smak swojej ofiary.

Zbędny zaimek.

 

Chłopak zawadiacko zarzucił grzywką i nałożył swoje niebieskie okulary

Zbędny zaimek. W tamtych czasach produkowano takie o barwionych szkłach, czy chodzi o kolor oprawek?

 

Fajny tekst. Spodobało mi się osadzenie go w świętokrzyskich lasach jako tło do wyjaśnienia obecności nadnaturalnych istot. Ładnie zawoalowałeś te stwory w początkowej części tekstu. Trochę usterek było, ale z drugiej strony masz ciekawe, dość plastyczne opisy. Na minus trochę niezręczne używanie cudzysłowów, dużo ich było i nie zawsze byłem pewien, co chciałeś przekazać przez ich użycie – czy myśl bohatera, czy może jakiś komentarz narratora.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

A ja powiem tak. Tekst cały czas balansował na granicy pomiędzy nieco przesadzoną martyrologią (w sensie bardzo-bardzo źli, podli i pozbawieni honoru carscy vs. szlachetni i dobrzy nasi), a bardzo poetycko napisaną opowieścią, która ma w sobie nieco grozy i magii. I dużo fajnego klimatu, gór, starcia sił dobra i zła na tle przyrody.

I w ostatecznym rozrachunku całość mi się jednak spodobała. I to ostatnie zdanie o diable, i ten Kobza czekający na swoją zemstę a wyskakujący nieco z zaskoczenia ze swoja przeszłością związana z Bergiem (ale jak on właściwie podawał prowiant Jakubowi jak był jakimś duchem?) i te góry świętokrzyskie, o których piszesz jakbyś je naprawdę dobrze znał, i te porównania (np. szczytów do czaszek) I emocji mi tu także nie brakuje. Masz taki styl, bogaty, czasem jedziesz po bandzie ckliwości ale ma to swój urok i jest konsekwentnie stosowane. 

Tylko dwa pytania jeszcze. Czemu oni tych powstańców nie wystrzelali tylko walczyli na szable? I czemu Berg pamięta imię jakiegoś polskiego powstańca sprzed wielu lat?

Daję klika, wyrażając zdziwienie, że to dopiero pierwszy kliczek.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Otóż, Corneliusie, mylisz się, bo wcale nie wiem jak to jest z tym limitem. Nigdy niczego nie napisałam i nigdy żadne limity mnie nie ograniczały. ;)

A Twoje opowiadanie – no cóż, może mogło być lepsze i pewnie chciałbyś, żeby podobało się wielu czytelnikom, ale pamiętaj, że konkurs ciągle trwa i przecież nie znasz jeszcze opinii jurorów. ;)

 

edycja

Jakże często zapominam o tym, co mogę. Klik.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Wickedzie. Przyznać muszę, że z dużym oporem edytowałem tekst. Po serii niepochlebnych opinii najchętniej w ogóle bym tutaj nie zaglądał. Ale przecież nie można było zostawić błędów, tym bardziej, że zadałeś sobie niemało trudu na wypisanie ich długiej listy. Bardzo dziękuję. 

 

Zapytałeś pod koniec:

Chło­pak za­wa­diac­ko za­rzu­cił grzyw­ką i na­ło­żył swoje nie­bie­skie oku­la­ry

Zbęd­ny za­imek. W tam­tych cza­sach pro­du­ko­wa­no takie o bar­wio­nych szkłach, czy cho­dzi o kolor opra­wek?

 

Oczywiście chodzi o kolor szkieł. Takie właśnie niebieskie okulary nosiła Henryka Pustowójtówna (była adiutantem Langiewicza). Ubierała się jak chłopak. Pisząc o okularach, zastanawiałem się jednak, czy nie jest to aby nazbyt dziewczyńska część powstańczego stroju. W końcu zostawiłem.

 

Bardzo dziękuję, że zechciałeś przeczytać tekst i podzielić się swoimi uwagami. Wiele miłego:)

Mr.maras – jak to jest, że tekst, wraz z autorem, dostają baty, niemal łamani są kołem, po czym pojawiasz się Ty, szast-prast i pojawiają się punkty. I jak tu nie wierzyć w rycerza – patrzę teraz na Twój awatar – na białym koniu, który przybywa i odmienia karmę. 

Bardzo dziękuję! 

Zapytałeś również: 

Czemu oni tych po­wstań­ców nie wy­strze­la­li tylko wal­czy­li na sza­ble? I czemu Berg pa­mię­ta imię ja­kie­goś pol­skie­go po­wstań­ca sprzed wielu lat?

Spieszę, oczywiście, z odpowiedzią. 

Nie wystrzelali, bo nie mogli. I nie chodzi tu tylko o słabą celność ówczesnej broni, lecz – choć nie wiem, na ile to prawda – żołnierze, którzy chociaż raz zadawali śmierć w czasie walki na bagnety, zawsze potem dążyli do starcia wręcz. Ekscytacja zadawaniem śmierci przy pomocy szabel i pałaszy jest o wiele większa niż przy strzelaniu. 

A to, czemu Berg pamięta imię powstańca po wielu latach? Pisząc, też się nad tym zastanawiałem. W końcu zostawiłem, gdyż: (1) nigdzie nie jest powiedziane, że spotkanie przed laty było ich pierwszym i ostatnim, (2) samo zdarzenie mogło być na tyle szczególne, że wryło się w pamięć, (3) Kacper Kobza był zjawą, zwidzeniem, duchem, mógł zatem dysponować atrybutem wyglądu, który przywoływał przeszłość, (4) autor popełnił błąd, przyjmując, że istnieją ludzi i śmierci, które pamięta się po wielu latach. 

 

Jedno jest tylko pewne. Bardzo dziękuję za Twoje odwiedziny. Serdeczności, PanieMarasie:)

Dzień dobry, Reg. Dziękuję za Twoje mądre spostrzeżenia! I za Twoją mądrą obecność! Ja tam nie wiem: piszesz, czy nie piszesz. Nie jestem taki prędki, by wierzyć w tego typu zapewnienia. Choćbym zresztą nie wiem jak bardzo chciał siedzieć w Twojej szufladzie, i tak zawsze będzie ona zamknięta.

Wiem tylko, że na pisaniu znasz się jak nikt inny. (Nie trzeba być na Księżycu, żeby o księżycu wiedzieć najwięcej). 

Dlatego dziękuję Tobie Reg. I za to, że jesteś, i za Twój punkcik. Dzięki:-)

Corneliusie, w moim pokoju jest jedenaście szuflad, a zawartość każdej z nich już wielokrotnie mnie zaskoczyła. Nigdy jednak w żadnej nie znalazłam choćby najmniejszego śladu własnej twórczości. Z prostej przyczyny – ja naprawdę nie piszę/ nie tworzę. Nie mogę Cię zmusić, abyś w to wierzył, ale mogę poprosić, abyś choć spróbował.

I bardzo Ci dziękuję za tak dobre o mnie mniemanie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No to, Reg, mamy podobnie. Nie mam co prawda jedenastu szuflad, lecz na próżno szukałbym w nich śladów swej twórczości. Dzięki temu nie boję się ich otwierać, nie peszy mnie widok nieskładnych tekstów i zawstydzających własnych fabuł. W internecie, na stronach fantastyki, jest co prawda parę wymyślonych przeze mnie historii, na szczęście przyrost cudzej twórczości jest tu tak lawinowy, że te moje szybko przykryją inne opowiadania. 

Ważne jest natomiast, że można w sieci spotkać kogoś z Twoim z wyczuciem literackiej estetyki, z wrażliwością, mądrością i… uwaga, teraz będzie ostro… uczciwością. Dlatego cieszę się, że jesteś.

Jeśliby moje życzenia mogłyby się spełniać, byłabyś najszczęśliwszą osobą na świecie:-)

Ukłony wielkie dla Użytkowników Trzecich. Każdy punkt, nawet jeśli trochę na wyrost, cieszy mnie ogromnie. Dziękuję, bardzo dziękuję! Samych radości:)

Twoje o mnie opinie, Corneliusie, bardzo mnie cieszą, ale i mocno deprymują. Nie wiem, co powiedzieć, więc się rumienię.

 

Jeśliby moje życzenia mogłyby się spełniać, byłabyś najszczęśliwszą osobą na świecie:-)

Jestem. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To zapewne suma dobrych życzeń (nie tylko tych ode mnie), pędzących w Twoim kierunku, Reg, skumulowała się i zmaterializowała.

Kurcze, jakże blisko prawdziwe życie jest od tego, co nazywają tutaj fantastyką. 

Miara szczęścia nie ma chyba swego górnego limitu. Bądź szczęśliwa, Reg. Wszystkiego naj– najfajnieszego:)

Dziękuję i wzajemnie, Corneliusie! :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za wyjaśnienia. A tekst na pewno na bibliotekę zasługuje. Na pewno znajdą się dwa brakujące kliki.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jest w tym jakiś ponury mrok, jest i smutne podsumowanie tego, ile znaczą zasady, a ile twarde stąpanie po ziemi. Wreszcie jest i to, jak ludzi zmienia tragedia (także w wątku o młodym powstańcu, który trzymał się między weteranami). Można sobie wyobrazić w trakcie tej lektury cienie między drzewami i lęki wrogiego oficera przed szaleństwem.

Wilku-zimowy. Dziękuję, że zajrzałeś i napisałeś tak ładny komentarz. Ten tekst nie przywykł do pochwał. Normą jest rzucanie w niego ogryzkami. Tym serdeczniej dziękuję. Wiele szczęścia, Wilku-zimowy:)

Chyba się powtórzę, jeśli napiszę, że Twoje pisanie, Corneliusie, przypadło mi do gustu od pierwszego tekstu, na jaki się natknąłem. Masz specyficzną, i jak dla mnie zajebistą, a teraz śmiało mogę rzec – rozpoznawalną atmosferę w tekstach, osobliwy sposób posługiwania się językiem. Nie dostrzegam w nim żadnej przesady i mam nadzieję, że to Ci się nie zmieni, a jedynie będzie doskonalone technicznie.

Historia ciekawa, ładnie nakreślony kontekst, klimat powstania. Dla mnie najwyraźniejszy jest wątek indywidualny, to mnie zabrało, zwłaszcza że puenta jest kapitalna. Resztę odbieram jako konieczność dla wprowadzenia tego wątku.

Fajne odniesienie do obrazka.

Podoba mi się to opowiadanie.

Dzięki za lekturę!

Witaj, Majk:) Dzięki za tak miłe słowa. Aż zbyt miłe, by mogły być prawdziwe. Ogromnie Tobie dziękuję. Serdeczności i jeszcze raz wielkie dzięki:-)

Użytkownikom Drugim! Dziękuję za biblioteczny punkt. Bardzo dziękuję. To miłe.

Serdeczności:)

Jak jeszcze trochę pokomentujesz, to też będziesz mógł bibliotekować jako Użytkownicy X.

Babska logika rządzi!

@Corneliusie: użytkownicy II to konto zastępcze, szczegóły w Hyde Parku, w wątku Biblioteka – nominacje :) 

Dzięki Wilku-zimowy za podpowiedź. Zajrzałem. Dowiedziałem się, że Użytkownicy Drudzy są kobietą i że procedura przyznawania punktów jest kilkuetapowa. Być może nawet skomplikowana.

Aha, pojawiła się również myśl, że kto wie, czy za tym punktem nie stoi aby Majkubar. To całkiem możliwe:) Wyświadczanie miłych rzeczy jest do Niego podobne. 

Wszystkim obdarowującym bardzo dziękuję!!!!!

Finklo. Dlaczego nie śpisz. Już późno.

Bibliotekowanie w zamian za komentowanie przypomina mi zbieranie punktów w Biedronce. Obawiam się, że w moim przypadku może to trwać w nieskończoność. Nietrudno zauważyć, że pisanie komentarzy przychodzi mi z trudem. nawet wielkim trudem. 

No co Ty? Młoda godzina!

Niezupełnie – jak już raz nabędziesz uprawnień, to możesz z nich korzystać. To bardziej jak egzamin na prawo jazdy.

Nie jojcz, tylko komentuj. Brakuje Ci 14 tekstów. A miło, jak ktoś daje kliki Twoim tekstom? To nie skąp innym tej radości. ;-p

Babska logika rządzi!

Łatwo Ci mówić, droga Finklo. W wielu wypadkach mam inne zdanie od pozostałych. No i obawiam się jeszcze jednego. Że powstanie w ten sposób swoiste perpetum mobile. Ja będę monitował o punkty, obdarowani zaś będą czuli się zobligowani odwdzięczyć tym samym. To jest taka zasada socjologiczna, ale jakaś inna, ale zasada. 

No i co z tego, że masz inne zdanie? Nowy punkt widzenia może być bardzo ciekawy dla Autorów.

Babska logika rządzi!

Naprawdę tak myślisz? A co będzie jeśli narobię sobie jeszcze więcej wrogów. Portal fantastyki jawi się jako miejsce grupujące osoby o podwyższonym ego. Tak łatwo kogoś skrzywdzić, w dodatku niechcący. Ale spróbuję. Twoje zachęty zawsze działały mobilizująco. 

Użytkownicy II to nie kobieta/mężczyzna, po prostu różni dyżurni (płci obojga) logują się na różne konta w celu wprowadzenia głosów zaproponowanych przez użytkowników uprawnień nie posiadających, ale spełniających warunki do nominacji.

Te warunki to:

– – minimum 50 skomentowanych opowiadań

– obecność na forum minimum 3 miesiące

– merytoryczny komentarz pod nominowanym opowiadaniem

 

A co do zdania, to jakby wszyscy mieli jedno, to Pan Jesiennego Ogrodu stałby się hitem mimo odtwórczości użytych chwytów. A nie, czekaj… ;) Nie no, serio, każdy ma inny gust. To są opowiadania, a nie prawda objawiona :)

Oczywiście masz rację Wilku-zimowy. Nie wszystkim musi się wszystko podobać. Chociaż z komentarzami jest tak, że bywają świadomie złośliwe, bywają też kurtuazyjnie pochwalne. Pogubić się w tym wszystkim łatwo. Fajnego dnia, Wilku:)

Mam drobny problem z grafiką. Krajobraz jest na niej wybitnie zimowy. A w opowieści piszesz o budzącej się do życia wiośnie i w wyobraźni od razu króluje zieleń. I tu mi się to wszystko rozjeżdża.

Niezależnie od kontekstu pory roku, klimat iglastej puszczy i świętokrzyskich powstańców ładnie się zgrywa. W trakcie czytania poczułam się przeniesiona w tamte rejony.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Interesujący, choć łatwy do przejrzenia pomysł na zemstę powstańca.

Jednak szwankuje w nim logika. Tekst jest mocno "romantyczny". Powstańcy ogoleni, msza na polanie, ksiądz ze sobą tachał monstrancję (oby jakąś mniejszą, a nie np. bogato zdobioną), potem rzeź i honorowa walka. Pasuje do ogólnej historii, ale czuć tutaj nienaturalność. Brak brudu, błota, krzyków błagalnych konających czy rozwagi u dowódcy oddziału – których mimowolnie się spodziewałem – jasno informował, że to fantazja, a to nie ułatwiło imersji w tekst i jego uczucia. Bo nie wydawało się prawdziwe.

Podsumowując: poetycki i romantyczny koncert fajerwerków. Zwolenników większej dawki realizmu (takich jak ja) nie zachwyci, ale na bank znajdą się zwolennicy takiego podejścia, więc nie ma co się zrażać :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nie wiem, jak będzie wyglądać sytuacja w chwili, gdy opublikuję niniejszy komentarz, ale na ten moment nie widzę tu żadnego klika do biblioteki, i dziwi mnie to niezmiernie, bo ogólnie, dobry to tekst.

(Aktualizacja: opowiadanie zasłużenie awansowało, do czego – nie chwaląc się – i jam się przyczynił.)

Bardzo fajny klimat, to na pewno. W opowiadaniu czuć i smutną grozę powstania, i doniosłość partyzanckiej – przy czym zwrot ten nabiera znaczenia, obok dosłownego, również i metaforycznego – Wielkiej Nocy, i złowrogą ciszę puszczy, i zapach rozlanej krwi.

Gorzej (ale wciąż trochę jednak) czuć za to grozę Nienazwanego; ogólnie druga, ta już bardziej fantastyczna cześć opowiadania, jak dla mnie, mocno siada poprzez pewne pominięcia, uproszczenia i domysły. Mówiąc wprost, jakoś tak zbyt łatwo, prosto i bez pieprznięcia świętokrzyskie lasy do spółki z Kacprem i diabelstwem rozliczyły sołdatów. Klimat zdecydowanie tutaj kapcanieje, a groza, na której ten fragment tekstu powinien być budowany, jakoś tak zanika.

Doczepiłbym się tutaj też trochę do Berga jako postaci – taki typowy carski młot bez widoków na jakąkolwiek głębię – oraz jego do bólu wręcz sztampowych relacji z Kobzą. Spłyca to całe opowiadanie dosyć wyraźnie.

Niemniej, wciąż jest to kawał świetnie napisanej, mocnej prozy. Pomysł na interpretację wybranej grafiki i wymieszanie jej z – jak rozumiem – wydarzeniami historycznymi, w sumie też bardzo mi się podobał.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Śniąca

Z wielką ostrożnością otwieram najpierw jedno oko, potem drugie, przygotowując się na kolejną porcję zarzutów. A tu, tymczasem, lista tego co złe, nie jest aż tak długa. Uff.

“Dziękuję” – samo ciśnie się na usta. 

Dziękuję za opinię i komentarz. Przekonują one, że obraz jest ważniejszy od słów. Zimowy krajobraz podporządkowuje sobie wyobraźnię i błyskające w tekście słońce wygląda jak z historii alternatywnej. 

Jeszcze raz dziękuję. Wiele miłego:)

NoWhereManie

Ogromne dzięki za przeczytanie. Bardzo dziękuję za opinię. 

Zastanawiałem się nad listą zarzutów. Bo to tak, że trochę specjalnie tekst jest pozbawiony “brudu” walki i naturalizmu śmierci. Chciałem utrzymać się w klimacie powstańczej ballady, czegoś takiego, co opowiada się przy ognisku, bez epatowania okrucieństwem. Jakiż to problem napisać o ścierwnicach obsiadających otwarte oczy poległych i o kiszkach przytrzymywanych, by nie wypadły na ziemię. Tylko że wówczas cała romantyczność, może nawet ta nieudana poetyckość, żarłyby się z resztą tekstu i zwyczajnie byłyby nie do pogodzenia. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Zapewne historyjka jest kulawa, pewno więcej niż troszkę nieudolna, ale, cóż, trzeba ją brać z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Wielość zarzutów dowodzi, że chyba niespecjalnie mi się udała.

A ja ogromnie dziękuję za to, że zechciałeś wyrazić swoją opinię. Ciekawą, dającą do myślenia i kształcącą. Dzięki!

Pozdrawiam:)

Cieniu Burzy

I tak oto mam współsprawcę, a może i głównego sprawcę moich bibliotecznych punktów. DZIĘKUJĘ! Jakiś czas temu kupiłem książkę pt. “Geniusz” o Maxie Perkinsie, ponoć najwybitniejszym amerykańskim redaktorze i przyznać muszę, że Twoje sugestie i spostrzeżenia są dużo ciekawsze, a wgląd w to, co ukrywa się pod literkami tekstu niezwyczajnie pogłębiony. Perkins mógłby się od Ciebie sporo nauczyć. Jeszcze raz dziękuję.

Teraz tę swoją powstańczą historyjkę napisałbym nieco inaczej. Zwracała już na to uwagę Reg, że najciekawsze jest to, co demoniczne, co tajemnicze, zwodnicze i czarowne. Puszcza, w której – prócz powstańców – czai się odwieczne zło, na dodatek zło idące ręka w rękę ze sprawiedliwością i zemstą, jest motywem niewykorzystanym. Użyte przez Ciebie słowo, że w pewnym momencie tekst “kapcanieje" jest fajne i – niestety – jest też adekwatne. 

Bardzo dziękuję, Cieniu Burzy, za Twoją pogłębioną ocenę. Wiele szczęścia! Serdeczności:)

Mam chwilę (nie no, nie mam, ale co tam) i poodpisuję przynajmniej na część tych co bardziej ciekawych komentarzy. A Twój, Corneliusie, z pewnością się do takowych zalicza.

 

Jakiś czas temu kupiłem książkę pt. “Geniusz” o Maxie Perkinsie, ponoć najwybitniejszym amerykańskim redaktorze i przyznać muszę, że Twoje sugestie i spostrzeżenia są dużo ciekawsze, a wgląd w to, co ukrywa się pod literkami tekstu niezwyczajnie pogłębiony. Perkins mógłby się od Ciebie sporo nauczyć. Jeszcze raz dziękuję.

Są to bodaj jedne z najmilszych słów, jakie kiedykolwiek ktoś do mnie zaadresował. Odpowiedź mam na nie jednak tylko jedną: przesadzasz. Co prawda osoba Perkinsa nie jest mi bliżej znana (”Geniusz” wciąż czeka na obejrzenie), ale z pewnością przesadzasz.

Niemniej dziękuję. Naprawdę dziękuję.

I mam nadzieję, że te moje wodolejstwo naprawdę na coś Ci się kiedyś przyda.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu Burzy

A ja myślałem, że po zakończeniu konkursu nikt tu już nie zajrzy. Machnąłem ręką na opisaną historyjkę, zasypując ją codzienną realnością. Tymczasem… tymczasem… pojawiłeś się Ty. :) Bardzo mi miło.

Przyznać muszę, że teraz jestem o tyle pewniejszy swoich słów, że książkę o Perkinsie przeczytałem, tak samo jak poznałem Twoje komentarze. Wiem zatem, że n i e p r z e s a d z a m. Masz w sobie niepoślednie wyczucie słowa, niepospolitą wyobraźnię, masz w sobie to, co przedni znawcy zapachów, jakąś zdolność do oceny poprawności i doboru poszczególnych składników, dla postronnych będącą nadnaturalnym i tajemniczym darem. Wcale nie uprawiasz wodolejstwa. Twoje komentarze uderzają w istotę i punkt. Za to jestem Ci wdzięczny. I to ja dziękuję za słowa Twojego komentarza. Przesadziłem tylko w jednym, przeceniłem Perkinsa. Bo co prawda, mógłby się wiele od Ciebie nauczyć, ale jest na to za krótki, zwyczajnie nie chodzi w Twojej wadze. 

Jeszcze raz dzięki za mądre słowa i opinię. Bądź zdrów, Cieniu Burzy. 

Nowa Fantastyka