- Opowiadanie: śnieg - Inżynier Ib

Inżynier Ib

„Zgodnie z prometejską legendą, kamienie łączył z ludźmi węzeł pokrewieństwa. Zachowały nawet zapach ludzkiego ciała. Człowiek i kamień reprezentują dwie siły kosmiczne, dwa ruchy: w dół i w górę. Surowy kamień spada z nieba, poddany zabiegom architekta, cierpieniu liczby i miary, wznosi się do siedziby bogów.

Wydobyty przez jeńców wojennych kamień schnął na słońcu, tracił wodę, która – jak mówi Heraklit – jest śmiercią duszy. I tu rozpoczynała się najtrudniejsza sztuka – ciosania kamienia.”

“U Dorów”, Zbigniew Herbert

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Inżynier Ib

 

Słodki zapach lipy powoli zapychał nos, osiadał w porowatych płucach. To był ostatni ładny dzień tamtego lata. Inżynier Ib dyszał niczym szczęśliwy piesek z dworcowej pocztówki przedstawiającej miejski park w mieścinie zbyt małej, by znać ją z murów obronnych i bazylik.

 

Lecz chcąc wyrzec pełną prawdę o jego mieście, należy opisać spiczastą katedrę. Wyrzynała się z krzywego wzgórza wiele lat, niczym uparty, ostatni w szeregu ząb. Przed wojną katedra wymieniała spojrzenia z inną świątynią, prawosławną, wbitą po łagodniejszej stronie wzniesienia. Tę okrąglejszą wyrwano z korzeniami dwie niedziele po tym, jak ludziki w zielonych ogrodniczkach ułożyły szczerbate kamienie na cmentarzu. Na czwartej stronie bulwarówki uprzejmą czcionką wyjaśniono, iż przyczyną rozbiórki był upadek wiernych.

 

Młody Ib w świątyniach odczuwał miłą samotność. Łuki sklepienia narastały równolegle, mijając się w ciszy. To wtedy pojął związek między człowiekiem a kamieniem. Opuścił marmurowe objęcia katedry onieśmielony. Uciekający z kraju Żyd bez sznurowadeł kazał mu pytać o pierwszą połowę zeszytu Villarda de Honnecourt. „Drugiej nigdy nie znajdziesz” – dodał pospiesznie, zostawiając psa bez uszu na peronie dworca.

 

Gdy ziemia wygoiła się po wojnie, młody Ib, mając lat niespełna trzynaście, wyruszył w podróż do Warszawy obejrzeć wielkie miasto. Ujrzał wyskubane z fundamentów budynki oraz cegły wdeptane w ziemię, niczym miękkie owoce pod drzewem przy postoju. Wrócił w środę, przejęty. Matka do zupy z brukwi podała wodę cukrem. Przelał słodką wodę do talerza, nie patrząc na modlącą się rodzinę. Tego dnia odwiedził katedrę, by odgadnąć sposób kładzenia kamienia.

 

Ib nie znalazł ani pierwszej ani drugiej połowy zeszytu Villarda de Honnecourt. Rozpoczął więc studia w niskich, wyślizganych ławach z dala od swojego miasta. Nauczył się myśleć jaśniej – linią i ekierką. W wolne niedziele wyklejał ze sczerniałych zapałek modele mostów kolejowych i sprzedawał niemieckim dzieciom. Gdy żona Iba dopiero za trzecim razem opuściła szpital z niemowlęciem, wybrał się do gliwickiej świątyni, by zbadać pochylenie dośrodkowe kolumn narożnych.

 

Inżynier Ib powrócił w rodzinne strony z osłabionym sercem. Każdego ranka wyruszał do pracy ściskając w ręce kufer i perłowy hełm z grubego plastyku, na którym błyszczało logo przedsiębiorstwa budowlanego. Pewnego wieczora po małej kolacji (plasterek cytryny ze smugą marmolady) zwątpił w uczciwość nowego stróża nocnego. Gdy nadszedł zmrok pomaszerował niespiesznie w stronę placu budowy; nic nie mówiąc żonie, matce i ojcu, zabrał swojego jedynego syna i włożył mu w dłoń mosiężną latarkę cięższą niż jego ręka. Inżynier Ib miał słuszność – stróż zasnął nad szklanką czarnej herbaty, w której utopiła się stara mucha. Inżynier spędził z synem resztkę nocy na warcie, pilnując kopczyków piasku i ściany nowiutkich przęseł. Jego syn zasypiał w zadowoleniu na wyszczerbionej desce, uhonorowany przez ojca zaproszeniem na tak poważną misję.

 

Gdy po latach pracy w przedsiębiorstwie miasto wyrosło zdrowe jak ciasto, inżynier Ib odwiesił perłowy hełm na gwóźdź w piwnicy i wszedł ostrożnie po schodach do domu. Załatwił jeszcze kilka ważnych spraw: sprzedał bladoniebieską Warszawę FSO i kupił czerwone niemieckie auto; poprawił trzeci raz testament i podkreślił zakreślaczem, iż zabrania wołać na swój pogrzeb popa lub innego pana tego rodzaju. Wyjechał z żoną z miasta, uprawiali skrawek odziedziczonej ziemi. Wracał co parę lat, by pochować bliskich. Gdy żegnał ostatniego krewnego ze wschodniej linii, założył wiskozowy garnitur i pojechał koleją po krakowskiego popa. Przysłuchiwał się śpiewnemu pożegnaniu w obcym języku, a po eleganckiej stypie wybrał się do miejskiej katedry, by określić wielkość modułów.

*

W ostatni ładny dzień tego lata upał rozpuszczał kolory, a wzgórza wawrzynu parowały jakby wprost z płótna Renoira. Język inżyniera Iba zwisał ładnie jak kokarda. Przypominał szczęśliwego psa z pocztówki przedstawiającej typowy miejski park w mieścinie zbyt małej, by znać ją z murów obronnych i bazylik.

 

Jego serce pracowało jeszcze chwilę niczym bęben pralki, zatem zgodnie z instrukcją. Gdy program się skończy, pojawi się sygnał dźwiękowy. Tego dnia będzie to odległe brzęczenie pszczoły.

 

 

Koniec

Komentarze

podała wodę [z] cukrem

Nie mogę się doszukać elementu fantastycznego : ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Styl interesujący, bogaty, choć momentami niewystarczająco wygładzony, a przez to przytłaczający. Brak mi tu też jakiejś konkretnej, mocniej zarysowanej, no cóż… fabuły. I pointy na końcu. Bo o ile dobrze zrozumiałem, to zaserwowałeś nam, drogi autorze, całkiem barwną impresję. Bardziej słowny obraz niż opowiadanie, którego tematem jest życie tytułowego Inżyniera Iba. I tu rodzą się dwa pytania: co chciałeś, autorze, tym tekstem przekazać. Oraz: gdzie tu fantastyka? Bo plastyczność i metaforyczność opisów tekstu fantastycznym nie czyni.

Dziwaczne, intrygujące, ale koniec końców rozczarowujące, bo trochę nie wiadomo, o co chodzi – przedśmiertny chaos wspomnień? Ale co to ma do fantastyki?

 

Styl niezły, ale zdarzają się i przesadnie metaforyczne kwiatki jak “Język inżyniera Iba zwisał ładnie jak kokarda.” – tu chyba trochę przesadziłeś…

 

“bydlęcy kufer” ??? W kontekście jednego z wątków opowiadania kojarzy mi się bydlęcy wagon, a kufer może być co najwyżej z bydlęcej skóry

 

Oraz już historycznie, mam wrażenie, że rodzina ze wschodu i pop (skądinąd to by oznaczało, że do Polski przenieśli się Rusini, nie wiem, czy to celowe, ale o bohaterze tak mało wiadomo plus nazwisko (?) ma dziwaczne i do niczego niepodobne) to prędzej we Wrocławiu niż w Krakowie – do Krk nie było dużej migracji kresowej.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A propos popa : )

https://iereos.wordpress.com/2012/01/12/pop-czy-ksiadz/

 

Ale nie wiem, jak z tym było tuż po wojnie…

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Bardzo ciekawe. Wszystko warto sprawdzać :) Ale w opowiadaniu ten pop się pojawia sporo lat po wojnie, więc określenie chyba uprawnione.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmmm. Nie mam pojęcia, o co tu chodzi.

Niektóre elementy mogą sugerować, że Ib nie jest człowiekiem, ale skoro żona opuściła szpital z niemowlęciem, to nie wiem…

Ot, kilka wyimków z życia inżyniera.

Też jestem zdania, że fabuła i puenta by się przydały tekstowi.

Babska logika rządzi!

To jest życie inżyniera, opisane poetycką prozą. Urodził się w małej mieścinie i oglądał wojenne zniszczenia. Od małego fascynowała go architektura i monumentalne budowle. Z tego powodu uważał katedrę za miejsce szczególne, lecz zamiast obecności Boga – dostrzegał tam harmonię kształtów i naprężeń rozkładających się na kolumny i ściany nośne.

Po wojnie odwiedził zrujnowaną Warszawę i postanowił, że pomoże ją odbudować. Poszedł na studia, zakasał rękawy i podjął dzieło swego życia – wskrzeszanie stolicy z popiołów. Gdy rodził się jego syn, on studiował sztukę rozkazywania kamieniowi.

Gdy wrócił w rodzinne strony, był coraz bardziej schorowany. Zupełnie jakby wykonał już swoje najważniejsze zadanie i oddał mu wszystkie siły.

Do starości trzymał się z dala od religii, bo od dzieciństwa nie potrafił usłyszeć Boga w chłodnych przestrzeniach Kościołów. Oswoił przestrzeń katedr dzięki technicznemu kunsztowi, nie mistycznym przeżyciom. 

Życie inżyniera było uporządkowane, jak plac budowy. Nie zostawił po sobie niezałatwionych spraw. Schorowane serce przetaczało krew pracowicie jak bębęn pralki, aż uległo awarii. Umarł w gorący dzień. Zamiast anielskich chórów, pożegnało go brzęczenie pszczoły.

 

Ładnie napisane, choć mało komunikatywne.

Nad prozę poetycką przedkładam prozę pisaną prozą, dlatego dziękuję Wisielcowi, że przetłumaczył opowiadanie Inżynier Ib, dzięki czemu mogłam zrozumieć, co napisał Śnieg.

Gdybyż tu jeszcze znalazła się jeszcze fantastyka…

 

Słod­ki za­pach lipy po­wo­li za­py­chał nos, osia­dał w po­ro­wa­tych płu­cach. To był ostat­ni ładny dzień tam­te­go lata. –> Lipy kwitną na przełomie czerwca i lipca; czy to znaczy, że przez resztę dni lipca, cały sierpień i wrzesień nie było już ani jednego ładnego dnia?

 

lu­dzi­ki w zie­lo­nych ogrod­nicz­kach uło­ży­ły szczer­ba­te ka­mie­nie na cmen­ta­rzu. –> Na czym polega szczerbatość kamieni?

 

Gdy po la­tach pracy w przed­się­bior­stwie mia­sto wy­ro­sło zdro­we jak cia­sto… –> Czy dobrze rozumiem, że w przedsiębiorstwie pracowało miasto, które rosło?

 

sprze­dał bla­do­nie­bie­ską War­sza­wę FSO… –> …sprze­dał bla­do­nie­bie­ską war­sza­wę FSO

Nazwy pojazdów zapisujemy małymi literami.

 

wy­brał się do miej­skiej ka­te­dry, by okre­ślić wiel­kość mo­du­łów. –> Co to znaczy?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem. Coś tam zrozumiałem. Wzruszyłem ramionami i poszedłem dalej. Trochę zbyt poetyckie jak na mój gust, ale pewnie znajdą się czytelnicy, którym pasuje takie podejście. 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ciekawe, choć niezrozumiałe. Całkiem mi się podoba po interpretacji Wisielca. Niestety, tekst powinien się bronić sam.

Nowa Fantastyka