- Opowiadanie: Nessekantos - Obcy naprawdę dali nam popalić

Obcy naprawdę dali nam popalić

Jako, że dawno już niczego tu nie publikowałem to na rozgrzewkę przed czymś większym coś krótkiego. Już nie szort, ale jeszcze nie pełnoprawne opowiadanie, taka ot, impresja na temat inwazji obcych. Niby banalna, no ale oczywiście, że z twistem. Miłej lektury :)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Nevaz, Użytkownicy IV, NoWhereMan, Użytkownicy II

Oceny

Obcy naprawdę dali nam popalić

Obcy naprawdę dali nam popalić. Wstyd przyznać, ale wcale nie przylecieli w tych, tak dobrze znanych z kina, gargantuicznie wielkich, niepojętych monolitach wypełniających całe niebo. Nie, statki najeźdźców były raczej… normalne. Jeden duży krążownik, kilka mniejszych i cała chmara myśliwców. Na dodatek ich technologia wcale nie wprawiała naukowców w ekstatyczne drgawki, jak można by się tego spodziewać przy pierwszym kontakcie. Ot, przybyli sobie tacy kosmiczni „my”, zaczęli nam latać nad głowami i strzelać z tych swoich laserów, myśląc, że przywitamy ich jak jakąś rasę panów, albo że nas wszystkich z miejsca zanihilują. Niedoczekanie. Na ogień odpowiedzieliśmy ogniem, szybko wygrywając pierwsze potyczki i strącając z nieba blisko jedną trzecią ich floty. Wydawać się mogło, że kilkaset tysięcy obcych nie ma szans z miliardami wkurzonych mieszkańców naszej planety, że ta inwazja jest czymś, z czym możemy sobie bez trudu poradzić.

Do czasu.

Po kilku dniach przybył statek-mózg, jak go nazywamy. Nieduże, zaledwie pięćdziesiąt na sto metrów, kosmiczne jajo bez żadnych widocznych mechanicznych elementów. Statek-mózg wyglądał jak kawał kosmicznego gruzu. O idealnym kształcie i jednolitym kolorze, to prawda, ale nadal bliżej mu było do asteroidy niż reszty obcej floty. Do niej nie był nawet trochę podobny.

W pierwszej chwili myśleliśmy, że to jakaś maszyna do terraformowania albo statek kolonizacyjny. Zakładaliśmy nawet możliwość, iż rzeczywiście jest to asteroida, przechwycona i poddana przez obcych transformacji w rodzaj broni kinetycznej.

Fala strachu przetoczyła się przez glob, zmuszając naszych przywódców do zdecydowanego działania. Nic to. Głowice termojądrowe ledwie połaskotały tajemniczy obiekt, nie czyniąc mu żadnej krzywdy ani nie wywołując najmniejszego nawet odchylenia kursu. Ba! Ci z nas, którzy liczyli na chociażby osmalenie nieskazitelnej, beżowoszarej powierzchni obiektu, również się zawiedli.

Świat patrzył oniemiały, jak masakrowana do tej pory flota obcych zaczyna się reorganizować. Statki rozluźniły szyk, ustawiając się w odległościach uniemożliwiających skuteczny atak nuklearny (a było o tym pomyśleć wcześniej!) i jednocześnie pozwalających na otoczenie całej planety regularnym kordonem.

Ludzkość wstrzymała oddech. Światowi przywódcy wygłosili płomienne przemowy wzywając ostatnich niezdecydowanych do zjednoczenia się w celu obrony naszego domu. Machina wojenna pracowała na najwyższych obrotach, wypluwając z siebie młodych ludzi mających iść na śmierć w wojnie z wrogiem, z którym nie dało się skontaktować, który nie stawiał żądań i którego po prostu nie rozumieliśmy.

Jak się miało wkrótce okazać, owo niezrozumienie sprawiało, że nie mieliśmy żadnych szans.

Trzynaście dni od przybycia kosmicznego jaja, a dwadzieścia jeden od pierwszego kontaktu, najeźdźcy przypuścili zmasowany atak. Wszystkie statki ruszyły do boju jednocześnie. Zsynchronizowane, zorganizowane, tworzące wspólny organizm, doskonałego tancerza poruszającego się w takt muzyki, której nie słyszeliśmy i zgodnie z układem, którego kroków nie znaliśmy ani nie potrafiliśmy przewidzieć.

Nasze dotychczasowe sukcesy szybko odeszły w zapomnienie, gdy obcy niszczyli kolejne fabryki broni, bazy wojskowe i całe eskadry myśliwców. Nagle, ze świetnie radzących sobie z najeźdźcą, zorganizowanych i dzielnych obrońców, zmieniliśmy się w zgraję skowyczących ze strachu, rozdygotanych jednostek. Nasza przewaga liczebna zaczęła topnieć w zastraszającym tempie. Szybko zrozumieliśmy, czym jest kosmiczne jajo: mózgiem całej operacji, zestrajającym wszystkich obcych w jeden wielki organizm. W rój, który rządził się niepojętą dla nas logiką. Jak mieliśmy wygrać z wrogiem, którego działań nie byliśmy w stanie przewidzieć?

Najeźdźcy zaczęli zachowywać się w sposób zupełnie dla nas niezrozumiały i na pierwszy rzut oka nielogiczny. A mimo to, niezwykle skuteczny. W jednej chwili wystawiali się na atak albo uciekali, by w drugiej natrzeć na nasze siły ze zdwojoną siłą i zetrzeć je w proch. Moc połączonych w jedno umysłów, zdolność do koordynacji działań dziesiątek tysięcy pilotów sprawiała, że z naszymi jednostkowymi mózgami byliśmy jak dzieci we mgle. Słyszeliśmy głosy gdzieś w oddali, ale ani nie mieliśmy pojęcia, skąd dochodzą, ani nie rozumieliśmy znaczenia wypowiadanych niewyraźnie słów.

Słowem, byliśmy bezsilni. Ulegliśmy.

Nie mogliśmy się jednak poddać. Nie wolno nam było. Przecież to nasz dom!

I właśnie dlatego zgłosiłem się do programu. Naukowcy powiedzieli mi, że to nie będzie przyjemne, że mogę umrzeć, albo że cała procedura może usmażyć mi mózg.

– Trudno – odparłem.

Nie miałem zamiaru uciekać.

Operacji, która miała na celu wszczepienie do mojego mózgu stymulujących elektrod, nie pamiętam wcale. Obudziłem się z zabandażowaną głową w białym pomieszczeniu z mlecznymi szybami. Wszystko było sterylne i takie jakieś odrealnione, obce. Gdy zapytałem o to uczucie, naukowiec odpowiedział mi przez interkom, że to całkowicie normalne po operacji. Przyjąłem tę informację bez dalszych pytań. Miałem ważniejsze rzeczy na głowie, niż mój komfort psychiczny. Zabrałem się za trening.

Przyznaję, nie było to łatwe. Maszyny, w których trenowaliśmy, wywoływały okropne migreny, a niekiedy nawet halucynacje. A mimo to, każdego dnia, sam podłączałem się do aparatury i poddawałem tym męczarniom. To dziwne, ale mimo bólu czułem się wtedy najlepiej. Nie byłem taki samotny. Założenia programu wymagały, by wszyscy ochotnicy byli odizolowani, aby mogli wyciszyć swe umysły przed momentem próby. Poświęcenie było potrzebne i rozumiałem to, ale radzenie sobie z poczuciem całkowitego odcięcia od innych, od mych braci i sióstr, było przytłaczające. Na szczęście naukowcy powiedzieli, że już niedługo będziemy gotowi.

 

***

W końcu nadszedł dzień próby. Nareszcie! Nie wiem, ile jeszcze wytrzymałbym w mojej izolatce. Ani jak długo moglibyśmy odpierać ataki obcych. Wiedziałem, że nie było dobrze. Naukowcy nie chcieli nam nic mówić, ale czasem słyszałem ich przyciszone głosy przebijające się zza szyby. Nie rozumiałem słów, ale brzmieli na zmartwionych.

A ja byłem gotowy, by dać tym przebrzydłym obcym popalić. Drzwi izolatki otworzyły się z cichym sykiem, a ja z ekscytacji omal nie wybiegłem na zewnątrz. Należało jednak zachować spokój. Założyłem mój skafander ciśnieniowy, sprawdziłem szczelność wszystkich łączeń i wcisnąłem na głowę hełm. Przezierny wyświetlacz wirtualnej rzeczywistości szybko nałożył na moją wizję odpowiednie filtry, wyświetlając najpotrzebniejsze informacje. Na podłodze pojawiła się falująca, błękitna strzałka pokazująca, w którym kierunku mam iść. Ruszyłem.

Na zewnątrz, w wąskim i długim korytarzu stali moi bracia i siostry, ubrani w identyczne skafandry i równie podekscytowani jak ja. Czułem ich emocje tak dobrze, jakby były moimi własnymi. Napięcie oczekiwania, podenerwowanie, ekscytacja, a czasem nawet strach. Przed nami stało trudne zadanie, zadanie któremu nikt inny nie byłby w stanie podołać. Nic więc dziwnego, że się denerwowaliśmy. Wiedzieliśmy jednak, że jesteśmy na nie gotowi.

Gdy wszyscy członkowie programu byli już na miejscach, obsługa bazy dała sygnał. Ruszyliśmy. Droga była wyjątkowo długa, a korytarz wił się przez setki metrów niczym kosmiczny robak. Obcy i zimny. W końcu wyszliśmy na zewnątrz. Słońce oślepiło nas, jednak wizjery szybko dostosowały się do nowej sytuacji, przyciemniając obraz. Na szczęście nie zasłoniły najważniejszego: całej eskadry błyszczących nowością, wspaniałych myśliwców zbudowanych specjalnie dla nas. Te piękne maszyny, oparte w części na technologii obcych były kluczowe dla sukcesu naszej misji. Wiedzieliśmy, że nie zawiodą i my też nie mogliśmy.

Szybko zajęliśmy miejsca za sterami, w kokpitach, w których siedzieliśmy po raz pierwszy, a mimo to, dzięki treningowi, znaliśmy jak własną kieszeń. Wiedziałem też, że symulatory nie są w stanie oddać wszystkiego, że naprawdę poczujemy te maszyny dopiero, gdy poderwiemy je do lotu. Już nie mogłem się doczekać.

Mimo skafandra, tłumiącego hełmu i całej izolacji kokpitu, huk silników, który docierał do kanałów słuchowych wypełniał wszystko i przenikał mnie na wskroś. Czułem delikatne drżenie drążka sterowniczego i wiedziałem, że na wyciągnięcie ręki mam całą, ogromną moc tej wspaniałej maszyny, tego cudu inżynierii. Podobało mi się to. Tymczasem technicy nałożyli filtry taktyczne na wizję i zaczęli sprawdzać sprawność pozostałych systemów. Gdy każdy z ponad trzech tysięcy operatorów był już podłączony, dostaliśmy sygnał do startu. Cele misji wyświetlały się tuż przede mną. Mieliśmy skonfrontować się z flotą obcych na granicy przestrzeni kosmicznej, wspomagani przez resztę wojska przedrzeć się przez kordon i znaleźć sposób na zniszczenie statku-mózgu. Jak mieliśmy tego dokonać, gdy innym się nie udało?

Mieliśmy przewagę. Mieliśmy nasz własny rój, nasz własny połączony umysł. Przez ostatnie tygodnie wytrwale studiowaliśmy i analizowaliśmy zachowania obcych, ich fizjonomię z tymi absurdalnymi czułkami i dwiema parami rąk oraz sposób w jaki komunikowali się ze sobą. Skopiowaliśmy go i udoskonaliliśmy. Teraz to my byliśmy ci nieprzewidywalni. I na dodatek w świeżutkich, supernowoczesnych myśliwcach. Musieliśmy wygrać!

– Eskadra Zielona, uruchamiamy rój – usłyszałem głos kontroli naziemnej.

Obrazy zalały mój mózg, a wraz z nimi głosy, zapachy, temperatura i wrażenia dotykowe. Znowu byłem sobą. Uczucie bezgranicznej samotności, jeszcze przed chwilą rozpościerające oślizgłe macki w mej głowie, zniknęło bezpowrotnie. Patrzyłem na świat tysiącem oczu i chciało mi się płakać z radości.

– Eskadra Zielona, ruszajcie. Udanych łowów.

Wystartowaliśmy. Jednocześnie, idealnie zgrani niczym wspólny organizm. Zresztą, w tamtym momencie tym właśnie byliśmy. Lecieliśmy przed siebie, pełni zapału i entuzjazmu. Podekscytowani niczym haskviry wypuszczone z klatki.

Na pole walki dotarliśmy w zaledwie kilka minut. Nowe myśliwce były naprawdę szybkie! I na całe szczęście, bo reszta naszej floty była masakrowana przez obcych poruszających się w tak dobrze znanym, zorganizowanym chaosie. Inni nie potrafili wyłowić z tego żadnej logiki. Ale nie my. Moc naszego zespolonego umysłu kreśliła dla nas ścieżki lotu obcych, przewidywała ich manewry. Niczym w magicznej kuli, widzieliśmy przyszłość. Zaatakowaliśmy, wbiliśmy się w kordon i przecięliśmy go równie łatwo jak wiązka lasera przecina metal. W mgnieniu oka i z chirurgiczną precyzją.

Plan misji zakładał, że będziemy lecieć dalej, nie zważając na straty wśród związanych walką pilotów. Oni mieli zająć obcych, my mieliśmy rozwalić kosmiczne jajo. Ale – teraz to widzieliśmy – ten plan nie miał sensu. Mogliśmy roznieść obcych. I pewnie by nam się to udało, gdyby nie krążowniki. Ich ostrzał nadszedł bez ostrzeżenia. Nie przewidzieliśmy tego. Szybko skorygowaliśmy nasze założenia i ruszyliśmy w ich kierunku. Potężne działa grawitacyjne mogły zniszczyć tarcze statku-mózgu i przebić jego pancerz skuteczniej niż atomówki, które mieliśmy ze sobą.

Dowództwo krzyczało jakieś rozkazy przez radio, jednak było zbyt daleko, aby nas kontrolować. Ruszyliśmy i w glorii i chwale przejęliśmy największy z krążowników a dwa mniejsze zniszczyliśmy. Zwycięstwo było już tylko kwestią chwili.

Pierwsza salwa z dział grawitacyjnych zdmuchnęła tarcze kosmicznego jaja tak, jak dziecko zdmuchuje świeczki na torcie. „Co za absurdalny zwyczaj” – pomyślałem. Nie wiem dlaczego, nie miałem czasu się zastanawiać. Ale wtedy to usłyszałem.

Głos z oddali, przebijający się z podświadomości: „Dzieci, nie…”

Coś na chwilę wpadło w tryby maszyny, której byłem częścią. Jakieś wahanie, drżenie powstrzymało moją rękę, ale tylko na chwilę.

Druga salwa rozbiła statek-mózg z taką łatwością, jakby rzeczywiście był tylko wielkim, kosmicznym jajem.

Wizg przesteru ogłuszył mnie i oślepił odbierając rozum. Nim straciłem świadomość, nie tyle zobaczyłem, co poczułem, jak flota obcych zamiera w bezruchu, a ich umysły gasną – tak, jak i mój.

 

***

Gdy się ocknąłem mój myśliwiec dryfował z wyłączonym silnikiem na niskiej orbicie okołoziemskiej. Planeta górowała nade mną. Ogromna, niebiesko-zielona, zwycięska. Próbowałem przywołać moich towarzyszy. Zero odzewu. Spróbowałem uruchomić silniki, ale główne nawet nie drgnęły. Zostały mi tylko manewrowe. Obróciłem maszynę w kierunku pola bitwy. Ze statku-mózgu nie zostało nic, ale wokół było mnóstwo pobitewnego złomu. Przybliżyłem obraz, by dokładniej przyjrzeć się przestrzeni przed sobą. Ziemskie statki przegrupowywały się właśnie. Choć nie wiedziałem po co, skoro przeciwnik został pokonany. Próbowałem jakoś pozbierać myśli, ale nie było to łatwe. Głowa pulsowała, jakby miała w każdej chwili eksplodować, cienka strużka krwi spływała mi na oczy.

Zdjąłem hełm i ostrożnie zbadałem miejsce zranienia próbując dociec, co się stało. Czemu mój myśliwiec był uszkodzony i czemu reszta Eskadry nie odpowiadała. Coś było bardzo nie tak. Radio zostało całkowicie spalone, więc nie mogłem wezwać pomocy. Rozgorączkowany, zacząłem przeszukiwać kokpit. Ręce plątały mi się ze sobą, gdy jednocześnie szukałem zapasowego radia pod fotelem, przeszukiwałem schowki na lewej ścianie i suficie oraz, próbując uruchomić cokolwiek, dusiłem kolejne przyciski na desce przyrządów.

I wtedy, kątem oka dostrzegłem rozbłysk. Jeden z naszych supernowoczesnych myśliwców eksplodował, zaraz potem kolejny i następny i jeszcze. Przez chwilę nie rozumiałem co się działo, a potem zobaczyłem jak pozostałości ziemskiej floty strzelają do członków mojej Eskadry. Do moich braci i sióstr…

Pocisk, który trafił w mój myśliwiec, nie zniszczył go, a jedynie strącił w kierunku atmosfery. Kręcąc się w śmiercionośnej spirali przypomniałem sobie wszystko: nasze przybycie do tego układu i pierwsze przegrane bitwy. Mój statek rozbijający się o twardą, nienadającą się do życia ziemię, obcych którzy mnie pojmali i uwięzili, a potem eksperymentowali na mnie, zrobili mi pranie mózgu. Pamiętałem wszystko.

Wściekłość, ból i rozpacz ustąpiły chłodnej rezygnacji, gdy ujrzałem swoje odbicie w przezroczystej owiewce kabiny. Zobaczyłem twarz zielonoskórego najeźdźcy, z długimi czułkami i wielkimi, smutnymi oczami. Czując, jak myśliwiec nagrzewa się i rozpada wchodząc w atmosferę, musiałem przyznać, że obcy naprawdę dali nam popalić.

Koniec

Komentarze

Ładnie poprowadzona narracja. Historia mocno osadzona w kanonach SF, ale takie było założenie, więc zarzut o wtórność nie ma wielkiego sensu. Czytało się przyjemnie, a końcowy zwrot akcji był satysfakcjonujący. Solidne.

@wisielec, dzięki wielkie za komentarz. I bardzo jestem kontent, że twist się podobał, bo to on jest tu najważniejszy :)

Szczerze przyznam, że nie podoba mi się połączenie beztroskiego gawędzenia z naukową terminologią, ale fanem gatunku nie jestem, więc pewnie się nie znam. Momentami przeciągasz, co nuży, gubisz ten przecinki. Ale wydaje mi się, że napisane poprawnie, choć ani styl, ani twist mnie nie zachwycił. Ot, taka lektura do przeczytania na raz.

@Żongler, wiem o co Ci chodzi z tym “gawędzeniem”, choć tutaj narracja po prostu musiała być pierwszoosobowa, a więc i gawędziarska, z wiadomych przyczyn. Z przecinkami walczę całe życie, ale babole zawsze mi się jakieś zdarzą. Troszkę mnie zaskoczył zarzut o przeciąganie, bo wszak tekst nie jest długi, a jakieś szczegóły trzeba było jednak zawrzeć. No cóż, szkoda żem nie trafił w gusta, ale dzięki za przeczytanie i komentarz! :)

Klik za twist. Niby czuję, że gdzieś to już było, ale historia została opowiedziana dobrze.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Ha, wiedziałam, że będzie coś… no, na ten konkretnie zakręt nie wpadłam. Duży plus. Poza tym kompozycja jest dobra.

 Na dodatek, ich technologia wcale nie wprawiała naukowców w ekstatyczne drgawki jak można by się tego spodziewać przy pierwszym kontakcie.

Na dodatek ich technologia wcale nie wprawiała naukowców w ekstatyczne drgawki, jak można by się tego spodziewać przy pierwszym kontakcie.

 ta inwazja jest czymś z czym możemy sobie bez problemu poradzić.

Niedobór przecinków, zresztą można prościej: że łatwo poradzimy sobie z tą inwazją.

 O idealnym kształcie i jednolitym kolorze, to prawda, ale nadal bliżej mu było do asteroidy

Asteroidu – ten asteroid. I kosmiczny gruz wygląda bardziej jak pumeks, niż jak EVA. Są (z definicji) za małe, żeby przybrać kulisty kształt.

patrzył oniemiały jak

Patrzył oniemiały, jak.

 a było o tym pomyśleć

Kolokwialne.

 czując że szykuje się coś naprawdę niedobrego

Czując, że. Ale całe to zdanie podrzędne możesz skasować, bo nic w sumie nie wnosi.

 Światowi liderzy

Przywódcy. Błagam.

 Trzynaście dni od przybycia kosmicznego jaja oraz dwadzieścia jeden

To brzmi tak, jakby ataki były dwa: Trzynaście dni od przybycia kosmicznego jaja, a dwadzieścia jeden…

 radzących sobie z najeźdźcom

Najeźdźcą. Bij się w piersi.

 rozedrganych jednostek

Jakoś śmiesznie to brzmi.

 zrozumieliśmy czym jest

Zrozumieliśmy, czym jest. I na jakiej podstawie to zrozumieli? Pomysł z logiką kolektywu jakoś mnie nie przekonuje – kolektyw może i przetwarza szybciej, ale logika jest jedna. Chociaż Philip Dick popełnił kiedyś (prawie) to samo (Nasi przyjaciele z Frolixa 3), więc chyba się czepiam.

 nie mieliśmy pojęcia skąd dochodzą

Nie mieliśmy pojęcia, skąd dochodzą

 mogę umrzeć albo że cała procedura

Mogę umrzeć, albo że cała procedura może mi usmażyć mózg.

 Miałem ważniejsze rzeczy na głowie, niż mój komfort psychiczny.

Składnia: Miałem na głowie ważniejsze rzeczy, niż własny komfort psychiczny.

 wymagały by

Wymagały, by.

 tak aby mogli

Tak, aby mogli.

 Nie wiem ile jeszcze

Nie wiem, ile jeszcze.

 brzmieli na zmartwionych

Niegramatyczne. Wydawali się zmartwieni.

 pokazująca w którym kierunku

Pokazująca, w którym kierunku.

 tak dobrze jakby

Tak dobrze, jakby.

 dopiero gdy

Dopiero, gdy.

 To my nim byliśmy.

To akurat pokazałeś jasno.

 Skopiowaliśmy go i udoskonaliliśmy.

Jeżeli ta nowa strategia działa na tej samej zasadzie, to niekoniecznie będzie lepsza. Ale nie znam się na tym, spytaj kogoś innego.

Teraz to my byliśmy ci nieprzewidywalni.

Teraz to my byliśmy nieprzewidywalni.

 Obrazy zalały mój mózg, głosy, zapachy, temperatura i wrażenia dotykowe.

Trochę chaotyczne.

Uczucie bezgranicznej samotności, jeszcze przed chwilą płożące się ciemną kurtyną w mej głowie,

Kurtyna się nie płoży – płoży się bluszcz. Bardzo niespójna metafora.

 Misja zakładała

Misja nie jest istotą myślącą.

 udało gdyby

Udało, gdyby.

 Ale teraz to widzieliśmy

Wtrącenie: Ale – teraz to widzieliśmy – ten plan…

 jednak byli zbyt daleko aby nas kontrolować

Forma musi się zgadzać – jeżeli "dowództwo", to "było" – byli dowódcy. Przecinek przed "aby".

 tak jak dziecko

Tak, jak dziecko.

 powstrzymało mą rękę

Moją. "Mą" jest za wysokie do science fiction.

 z taką łatwością jakby

Z taką łatwością, jakby.

 nie tyle zobaczyłem, co poczułem jak flota obcych zamiera w bezruchu, a ich umysły gasną jak i mój.

Nie tyle zobaczyłem, co poczułem, jak flota obcych zamiera w bezruchu, a ich umysły gasną – tak, jak mój.

silniki, te jednak nie odpowiadały. Działały tylko manewrowe

Dałabym raczej: silniki, ale główne nie zareagowały – zostały mi tylko manewrowe.

 pulsowała jakby

Pulsowała, jakby.

 cienka stróżka krwi

"Stróżka" to dozorczyni. Strużka cieczy.

 próbując dojść do tego co się stało

Nie kombinuj: próbując dojść, co się stało.

 Rozgorączkowany zacząłem przeszukiwać kokpit

Rozgorączkowany, zacząłem przeszukiwać kokpit.

 dusiłem kolejne przyciski

Szalikiem? Wciskałeś, nie dusiłeś.

 Pocisk, który trafił w mój myśliwiec nie zniszczył go

Wtrącenie: Pocisk, który trafił w mój myśliwiec, nie zniszczył go.

 Czując jak

Czując, jak.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

@Nevaz, @Tarnina super, że twist przypadł do gustu i że nie było przewidywalnie :)

@Nevaz, może w jakiś pokrętny sposób widzisz podobieństwo do Gry Endera, bo to ona była inspiracją, choć sam zwrot akcji na czym innym w obu przypadkach polega.

@Tarnina, bardzo dziękuję za tak szczegółowy komentarz. Błędy poprawię w wolnej chwili, bo na razie szef patrzy. Jest tego trochę, ale interpunkcja to mój osobisty Loki. Niby próbuję się z nią jakoś dogadać, ale ta zawsze knuje ;’’D

Fajny twist, spodobał mi się. Było nie zaczynać.

Też mi się kojarzyło z “Grą Endera”. Walka z obcymi, pojedynczy mózg kierujący całą chmarą, jakaś świadomość roju przesiąkająca tekst.

cienka stróżka krwi spływała mi na oczy.

Tę stróżkę popraw w pierwszej kolejności, bo to obciach straszny.

Babska logika rządzi!

Olaboga, co za babol! Jużci poprawiam! Finklo, dzięki za wizytę ????

Chodziło o stróżkę, czyli żeńskiego stróża. Jakbym miał na usługach kosmitę z wypranym mózgiem to też bym postawił nad nim stróżkę, na wszelki wypadek. A że cienka? Cóż, braki kadrowe. Albo miniaturyzacja.

No to jeszcze wyjaśnij, dlaczego spływała na oczy. ;-)

Babska logika rządzi!

@Tarnina, jeszcze raz dzięki za wszystkie uwagi. Przejrzałem tekst i poprawiłem interpunkcję i sporą część wytkniętych przez Ciebie baboli. Nie wszystkie, bo nie ze wszystkim się zgadzam.

Oto kilka uwag do uwag:

– dlaczego asteroidu? Asteroid to rzadsza forma. A asteroida jest taka swojska, dobrze znana. No, chyba że występuje jakiś bardziej rozbudowany podział “kosmicznego gruzu” i asteroid oraz asteroida to nie jest to samo :) Dodatkowo, co to EVA? nie udało mi się rozszyfrować tego skrótowca. Co do kształtu statku-mózgu, wiem, że asteroidy, komety i tym podobne są zbyt małe aby posiadać chociażby minimalnie regularny, kulisty kształt, ale też statek przypominał jajo, nie kulę. A to nie jest niczym niezwykłym, patrząc chociażby na kształt komety Czuriumow-Gierasimienko, o której było dosyć głośno jakiś czas temu :)

– naukowcy zdecydowanie brzmieli na zmartwionych. Chodziło mi o podkreślenie tego, że bohater wywnioskował to z samego tylko tonu głosu, nie z ogólnej postawy.

– z tą nieszczęsną płożącą się kurtyną miałem największy zgryz. W sumie racja, że słowo nie pasuje do nieożywionego kawałka materiału (choćby i metaforycznego), ale ciężko było mi znaleźć coś co by dobrze obrazowało to przygniatające, oplatające, duszące uczucie. Zdecydowałem się na “ścielące się ciemną kurtyną”. Efekt nie jest w stu procentach satysfakcjonujący, ale przynajmniej poprawny od strony językowej.

I to tyle, całą resztę w taki lub inny sposób edytowałem, więc powinno być teraz w porządku :)

Wszelkie bitwy, nie tylko podniebne, nie należą do moich ulubionych tematów opowiadań, ale Twoją historię, Nessekantosie, przeczytałam raczej bezboleśnie, a finał, muszę to przyznać, zaskoczył. ;)

 

Wstyd przy­znać, ale wcale nie przy­le­cie­li w tych, tak do­brze zna­nych z kina, gar­gan­tu­icz­nych i nie­po­ję­tych mo­no­li­tach wy­peł­nia­ją­cych całe niebo. –> Czy na pewno gargantuicznych, czy może tylko gargantuicznie wielkich?

Za SJP PWN: gargantuiczny «rubaszny, nadnaturalnie wielki i niezwykle żarłoczny»

 

Ci z nas, któ­rzy li­czy­li na cho­ciaż­by osma­le­nie nie­ska­zi­tel­nej, be­żo­wo-sza­rej po­wierzch­ni obiek­tu, rów­nież się za­wie­dli. –> Skoro, jak wcześniej napisałeś, statek miał idealny kształt i jednolity kolor, powinno być: …nie­ska­zi­tel­nej, be­żo­wosza­rej po­wierzch­ni obiek­tu

 

zdol­ność do ko­or­dy­na­cji dzia­łań dzie­sią­tek ty­się­cy pi­lo­tów spra­wiał… –> Literówka.

 

ani ni ro­zu­mie­li­śmy zna­cze­nia… –> Literówka.

 

– Trud­no, – od­par­łem. –> Przed półpauzą nie stawia się przecinka.

 

Zabrałem się za trening. –> Raczej: Przystąpiłem do treningu.

 

ubra­ni w iden­tycz­ne ska­fan­dry i rów­nie pod­eks­cy­to­wa­ni jak ja. –> Raczej: …ubra­ni w iden­tycz­ne ska­fan­dry i, rów­nie jak ja, pod­eks­cy­to­wa­ni.

 

Szyb­ko za­ję­li­śmy swoje miej­sca za ste­ra­mi… –> Zbędny zaimek. Czy mogli zająć cudze miejsca?

 

huk sil­ni­ków, który do­cie­rał do moich ka­na­łów słu­cho­wych wy­peł­niał wszyst­ko i prze­ni­kał mnie na wskroś. –> Pierwszy zaimek zbędny.

 

Mu­sie­li­śmy wy­grać!- Eska­dra Zie­lo­na, uru­cha­mia­my rój. – usły­sza­łem głos kon­tro­li na­ziem­nej. –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

Uczu­cie bez­gra­nicz­nej sa­mot­no­ści, jesz­cze przed chwi­lą ście­lą­ce się ciem­ną kur­ty­ną w mej gło­wie, znik­nę­ło bez­pow­rot­nie. –> Kurtyna nie ścieli się, ona wisi.

Może: …ście­lą­ce się ciem­ną zasłoną w mej gło­wie…

Za SJP PWN: ścielić się/ słać się «rozpościerać się na powierzchni czegoś»

 

„Co za ab­sur­dal­ny zwy­czaj,” po­my­śla­łem. –> „Co za ab­sur­dal­ny zwy­czaj” – po­my­śla­łem. Lub: „Co za ab­sur­dal­ny zwy­czaj”, po­my­śla­łem.

Tu znajdziesz poradnik, jak zapisywać myśli bohaterów: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Ob­ró­ci­łem ma­szy­nę w kie­run­ku pola bitwy. Ze stat­ku-mó­zgu nie zo­sta­ło nic, ale wokół było mnó­stwo po­bi­tew­ne­go złomu. Przy­bli­ży­łem obraz, by do­kład­niej przyj­rzeć się polu bitwy. –> Czy to celowe powtórzenie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Gargantuiczny tutaj to chyba trochę kalka z angielskiego znaczenia tego samego przymiotnika. Anglosasi widocznie nie zwrócili uwagi na część cech Gargantui. A może tak jak ja wymiękli już na początku utworu, który dał początek temu słowu, przy scenie dość nietypowego porodu ;-).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

No, jak ktoś tyle żre, co oni, to może się pomylić. ;-)

Babska logika rządzi!

Dodatkowo, co to EVA?

Extraterrestial Vegetation Evaluator.

statek przypominał jajo, nie kulę

Ale gładki być nie powinien, tylko zryty mikrometeorytami.

naukowcy zdecydowanie brzmieli na zmartwionych. Chodziło mi o podkreślenie tego, że bohater wywnioskował to z samego tylko tonu głosu

Ale to jest niepoprawne językowo – rozumiem, że wyciągasz analogię z “wyglądali na zmartwionych”, ale takie analogie nie zawsze są uprawnione.

znaleźć coś co by dobrze obrazowało to przygniatające, oplatające, duszące uczucie. Zdecydowałem się na “ścielące się ciemną kurtyną”. Efekt nie jest w stu procentach satysfakcjonujący, ale przynajmniej poprawny od strony językowej.

Kurtyna się nie ścieli (tylko wisi) i nie bardzo przygniata (chyba, że stoisz za kulisami i na Ciebie spadnie) – co byś powiedział na gęstą mgłę? Albo melasę, która przynajmniej przygniata, w przeciwieństwie do mgły.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Ale melasa jest słodka. ;-)

Babska logika rządzi!

Kurde, strasznie nieszczęśliwa musi być ta kurtyna. Nic jej nie wolno :D Ale dobrze, poddaję się:

Uczucie bezgranicznej samotności, jeszcze przed chwilą rozpościerające oślizgłe macki w mej głowie, zniknęło bezpowrotnie.

Strasznie banalna ta metafora, ale poprawna.

 

@regulatorzy, wielkie dzięki za wszystkie uwagi, już poprawiłem. Z tymi gargantuicznymi rozmiarami przyznaję rację. Chyba za dużo obcuję z angielskim i czasem mi się robią kalki (niechaj śmierć poniesie wszystko co jest “epickie” i nie chce przestać).

Co do wypunktowanych babolków, jak zwykle, mam kilka uwag:

Zabrałem się za trening. –> Raczej: Przystąpiłem do treningu.

Dlaczego? Ja wiem, że “zabrałem się” jest kolokwialne, ale kurde… tak się mówi. A tekst to ciąg myśli bohatera.

 

Hmmm… miało być kilka, a tu już koniec. Coraz krótsze mi te komentarze piszesz (chociaż w tym przypadku to chyba zasługa Tarniny), a ja coraz mniej się stawiam ;D Chyba ta cała poprawniepolszczyznowa indoktrynacja działa ^ ^ .

 

@Tarnina, z EVE trafiłaś idealnie jeśli chodzi o kształt :D Takie coś mi siedziało w głowie (oczywiście mówimy o stanie sprzed aktywacji), ale też zupełnie nie wpadłem na to, by w całym tym astronomicznym żargonie przypomnieć sobie o WALL-E’m.

Kurtyna już zmieniona, także ten temat zamknijmy.

A wracając do kwestii średnio brzmiących naukowców. Jest to jeden z wytkniętych błędów, których zasadności nie jestem w stanie zrozumieć. Język to twór dynamiczny, podlegający nieustannym przemianom, w którym ciągle pojawiają się nowe związki frazeologiczne, nowe wyrażenia, a formy niegdyś niepoprawne stają się akceptowalne. Dlaczego więc, mówiąc o tekście literackim, a więc nie technicznym, urzędowym, czy chociażby informacyjnym (gdzie konkretna forma, a nawet to które wyrażenia są akceptowalne, a które nie, jest narzucone z góry), dlaczego w takim przypadku stworzenie takiej analogii jest błędem? Jeśli ktoś może wyglądać na zmartwionego, to dlaczego nie może brzmieć na takiego?

 

Ja wiem, że “zabrałem się” jest kolokwialne, ale kurde… tak się mówi. A tekst to ciąg myśli bohatera.

Nessekantosie, to Twoje opowiadanie i będzie napisane słowami, które Ty uznasz za najlepsze. ;)

 

Coraz krótsze mi te komentarze piszesz (chociaż w tym przypadku to chyba zasługa Tarniny)

I owszem, nie przeczę. Staram się nie wypisywać usterek, które wcześniej zostały już wskazane przez innych czytelników.

Ale jestem też przekonana, Nessekantosie, że rosną również Twoje umiejętności. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mam nadzieję, że się nie mylisz! Choć niestety obawiam się, że jeśli o przecinkologię chodzi, to w moim przypadku to trochę walka z wiatrakami. W głowie wszystko brzmi mi po swojemu i nijak się to ma do tego jak powinno to brzmieć aby było zrozumiałe. A do wkucia zasad interpunkcji na pamięć jakoś nie potrafię się zmusić (nie, żebym czasem sobie tego, czy tamtego nie podczytywał).

Akurat do przecinkologii specjalnie się nie mieszam, bo, sama nie mając właściwego o niej pojęcia, nie czuję się na siłach pouczać innych. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się. Dobrze skonstruowana fabuła i interesujący twist. Napisane również dobrze, czytało się płynnie i bez zgrzytów (może jakiś niewielki czasem). Nie jestem wielkim fanem s-f, więc tym bardziej zostałem mile zaskoczony.

Mógłbym się jedynie przyczepić tego, że dużo jest w tekście tell, a mało show. Niektóre opisy mogłyby być bardziej obrazowe, np. tutaj:

Zaatakowaliśmy, wbiliśmy się w kordon i przecięliśmy go równie łatwo jak wiązka lasera przecina metal. W mgnieniu oka i z chirurgiczną precyzją.

Podobałoby mi się, gdybyś opisał tutaj jakieś statki obcych rozpadające się w kulach ognia, przecinające przestrzeń kosmiczną lasery itp. itd. Podawanie informacji na dłuższą metę męczy i powoduje nadmiar danych do przetworzenia. A że mózg ma czytelnik tylko jeden, a nie jest podłączony do jakiegoś umysłu zbiorowego (przynajmniej w moim przypadku, za innych ręczyć nie mogę), to może się poczuć przytłoczony. ; )Ale to może bardziej kwestia gustu niż błąd.

 

Plan misji zakładał, że będziemy lecieć dalej, nie zważając na straty wśród związanych walką pilotów. Oni mieli zająć obcych, my mieliśmy rozwalić kosmiczne jajo. Ale – teraz to widzieliśmy – ten plan nie miał sensu. Mogliśmy roznieść obcych. I pewnie by nam się to udało, gdyby nie krążowniki. Ich ostrzał nadszedł bez ostrzeżenia. Nie przewidzieliśmy tego. Szybko skorygowaliśmy nasze założenia i ruszyliśmy w ich kierunku. Potężne działa grawitacyjne mogły zniszczyć tarcze statku-mózgu i przebić jego pancerz skuteczniej niż atomówki, które mieliśmy ze sobą.

Tutaj jeden z nielicznych zgrzytów. Skoro Ziemianie mogli roznieść obcych, to dlaczego taki zły był ten plan? Dalej wspominasz o krążownikach, które są tego powodem. Ok, ale te informacje nie są podane za porządkiem i utrudniają zrozumienie. 

Działa grawitacyjne są lepsze niż atomówki, ale piloci mają ze sobą te drugie. Tak wynika z ostatniego zdania. Później jednak flota używa tych grawitacyjnych właśnie.

Rozumiem, o co w tym fragmencie chodzi, ale jest nieco trudny do zrozumienia bez zatrzymania się. Moim komentarzem starałem się oddać tok myślenia, jakiego doświadczyłem przy czytaniu. Mam nadzieję, że coś z tego zrozumiesz. ;)

 

Pomimo takich lekkich zawirowań tekst zasługuje na Bibliotekę, do której go właśnie zgłaszam.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Lobo, bardzo mnie cieszy, że się spodobało. I wielkie dzięki za klika! Już myślałem, że z tekstem jest coś bardzo nie tak, bo niby każdy twierdzi że jest spoko, ale Biblioteka jednak tylko dla Ziemian :D

Co do Twoich uwag, to prawda, że tekst mógłby być nieco bardziej obrazowy, bogatszy i mniej przeładowany informacjami. Starałem się jednak maksymalnie skondensować treść. Przy tak prostym pomyśle, rozciąganie historii i przyozdabianie jej dodatkowymi “fajerwerkami”, tylko potęgowałoby uczucie znużenia. A nie miałem intencji tworzenia bardziej rozbudowanej historii, chciałem przedstawić mój pomysł w możliwie najprostszej, najefektywniejszej formie.

W kwestii wspomnianego zgrzytu, fragment pokazuje sposób myślenia protagonisty. Założenia misji były takie, aby zostawić ziemską flotę samej sobie, ale członkowie Eskadry Zielonej byli w stanie opracować lepszy plan, pozwalający na zmniejszenie liczby ofiar. Krążowniki, które włączyły się do walki (wcześniej pozostawały w bezpiecznej odległości, gdyż nie było powodu do interwencji), zniweczyły cały pomysł. Stąd też członkowie roju postanowili upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Zaatakowali krążowniki, pozbywając się zagrożenia z ich strony i wykorzystując okręt flagowy do zyskania dodatkowej przewagi. Informacje przedstawione są w takiej, a nie innej kolejności, gdyż tak, a nie inaczej przetwarzał je mój bezimienny bohater.

Gdyby nie ten ortograf, to bym klikała.

Babska logika rządzi!

Historia twistem końcowym stoi. Za nią masz klika. Cała reszta standardowa, choć narracja i budowane napięcie wypadają typowo dla space opery, ale używasz ich w tym celu, by zamaskować zakończenie.

Podsumowując: inteligentne zastosowanie typowych motywów i chwytów fabularnych pozwoliło na bardzo efektowne zakończenie koncertu fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

@Finkla, ale jaki ortograf? Nie mam pojęcia o czym mowa ;’’D A nawet jak coś było na rzeczy, to nie moja wina, a chochlików, a że te wytępione to i przeciwwskazań brak :D

@NoWhereMan, masz stuprocentową rację, twist zrodził się w mej głowie najpierw i to on jest tutaj najważniejszy. Cała reszta miała go tylko sprawnie przedstawić :) Także cieszy mnie, że uznałeś zakończenie tego koncertu fajerwerków za bardzo efektowne i wielkie dzięki za klika :)

Ja mam pojęcie i to wystarczy. ;-p

Następnym razem nie popełnij tego błędu.

Babska logika rządzi!

Sympatyczne, jednak moim zdaniem to raczej wprawka niż – jak to sam ujmujesz – pełnoprawne opowiadanie. Przede wszystkim raził mnie ten ton relacji w pierwszej osobie liczby mnogiej. Wyszła taka historyjka, a nie historia, która porusza.

Twist o tyle zaskoczył, że spodziewałem się czegoś innego: odmiennej skali, a nie odwrócenia perspektywy. Coś w rodzaju: inwazja to antybiotyki, a planeta to bakterie. 

@funthesystem, dzięki za wizytę. Szkoda, że obcy nie spodobali Ci się bardziej. Ale najważniejsze, że twist zaskoczył :-) Co do sposobu narracji, taka a nie inną perspektywa wydawała mi się najbardziej naturalna dla realizacji zamierzeń tekstu.

Fajne :)

Tekst ma swoje mankamenty, niektóre zdania są nieco zbyt “szkolne”. Niektóre frazy zbyt infantylne (“przebrzydli obcy”), czasem błędne (”brzmieli na zmartwionych”), a czasem nadużywane (”supernowoczesne myśliwce”). Tu i ówdzie brakuje przecinka. I tyle narzekania.

 

Opowiadanie nie jest może rewelacyjne, ale naprawdę dobre i z fajnym twistem. Na pewno jest lepsze niż wiele tekstów, które trafiły do Biblioteki i dlatego zasłużyło na mój KLIK :).

"Nie wiem skąd tak wielu psychologów wie, co należy, a czego nie należy robić. Takie zalecenia wynikają z konkretnych systemów wartości, nie z wiedzy. Nauka nie udziela odpowiedzi na pytania, co należy, a czego nie należy robić" - dr Tomasz Witkowski

@Bailout, jestem świadom wszystkich niedoskonałości mojego tekstu, obiecuję poprawę :)

Cieszy mnie, że się podobało i że twoim zdaniem “Obcy…” zasłużyli na KLIKa. Miło mi.

 

@Anet, witaj :) Dzięki za odwiedziny.

Nowa Fantastyka