- Opowiadanie: maciekzolnowski - Krwiożerczy odkurzacz atakuje

Krwiożerczy odkurzacz atakuje

Tak króciutko: Na bazie poprzedniego mojego tekstu, powstał “opek” o morderczym odkurzaczu. Tym razem jest krótko, prosto, kawa na ławę. Tylko dla fanów historyjek w stylu: “Ataku krwiożerczej skarpety”! Nie liczcie, proszę, na zbyt wiele, gdyż tytuł mówi sam za siebie. I ten tego ten... ;)

Dopiszę jeszcze dwa tagi: creepypasta, trollpasta. I wszystko jasne!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Krwiożerczy odkurzacz atakuje

 

Goedendag wszystkim! Chcecie, abym coś opowiedział? Nie? No to Wam opowiem… Była czarna noc tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku. Przebywałem właśnie za granicą na saksach, a konkretnie w Niderlandach, pracując na nocki jako sprzątacz. Praca jak praca, a że na nocki. Ech!

Teraz właśnie pędziłem rowerem, ażeby zdążyć do biurowca em-en-o na dwudziestą pierwszą. Byłem zwarty, gotowy i szybki jak Niki Lauda. Wszechobecne drogi rowerowe o najwyższym możliwym standardzie iso tysiąc pięćset sto dziewięćset, teraz opustoszałe, tylko mi sprzyjały i nóg nie podstawiały. Mógłbym tak popylać przez Holandię całymi godzinami. Miałem wszystko, co potrzeba – latarkę-czołówkę na łbie, butelkę z orzeźwiającą fantą na podorędziu, kluczyk do bram firmy w kieszeni (to na wypadek, gdyby akurat nikogo nie było już w środku), sprawny jednoślad przy… a raczej pod „dupkiem”. Nowością było to, że zabrałem i wtranżoliłem na bagażnik stary, nieużywany od dawna odkurzacz, przywieziony z Polski.

Po około trzydziestu minutach jazdy otworzyłem bramkę, zaparkowałem elegancko przed em-en-o i wpłynąłem w mroczny przestwór biurowca. Miałem sprzątać jedno pięterko, tylko pierwsze, które okazało się puściuteńkie. „O, jak dobrze”, pomyślałem. Starego Jugola, co zwykł przed kompem przesiadywać do późna, tym razem nie było. W ogóle w całym offisie nie zastałem żywej duszy.

Bez zbędnych ceregieli, gadek-szmatek i gierek wstępnych, pognałem do składzika. Wyjąłem mopa, plastikowe woreczki na śmieci oraz ściereczki do ścierania kurzu. Przygotowałem potrzebne płyny (strofy safickie) i szczoty (rymy) – mój nieodzowny warsztat pracy (poezja)! W jednej z niedużych sal podpiąłem przywieziony z domu odkurzaczyk do prądu, zachowując należyte środki ostrożności i nie wkładając suchych, a tym bardziej mokrych czy spoconych palców do kontaktu. A następnie skierowałem się do korporacyjnej kuchni w celu przygotowania kawy przez nastawienia wody na kawę i zaparzenie czarnej, sypkiej, aromatycznej „mielonki” wspomnianą i wzmiankowaną parząchą. Na błyskawiczne zupki hop w proszku było póki co za wcześnie, więc o nich na razie nie myślałem poprzez opróżnienie umysłu z treści – że tak się wyrażę – zupnych. Osiągnąłem w ten sposób stan całkowitego niedumania, z którym różnie w mym życiu bywało. Ta noc należała do mnie! Przez całe cztery godziny budynek był mój i tylko mój, niczym Hela w piątki spod dziesiątki, i mogłem z nim robić wszystko, cokolwiek by mi przyszło lub strzeliło do głowy! „A zatem… taaak, nie myśleć, nie myśleć, o niczym nie myśleć”, zadumałem się i… Wiecie co? Prawie że usnąłem.

Ale, ale… no, jakże tu spać, kiedy coś zaczyna ci harcować za ścianą. Ten agresywny warkot, dochodzący z sąsiedztwa, przerwał brutalnie wewnętrzny mój stan niemyślenia, osiągnięty i wypielęgnowany z takim pietyzmem i, co tu dużo gadać, znojem. Poleciałem więc niezwłocznie, by sprawdzić, co warczy w trawie i dlaczego tym czymś, co piszczy i zakłóca spokój całymi dziewięćdziesięcioma żałosnymi decybelami – jest właśnie mój osobisty, prywatny elektroluks. Przez moment mierzyliśmy się wzrokiem ze sprzętem sprzątającym, no bo, widzicie, akurat ten mój miał domalowane flamastrem „czarne oczy, co się śnią” (jak w tej piosence). I jak zwykle, wprawnie oraz w pełni profesjonalnie, oceniłem stopień szkodliwości hałasu na zdrowie człowieka, a następnie udałem się w stronę najbliższego gniazdka w celu wyjęcia z niego wtyczki i uniemożliwienia tym samym dopływu prądu do generatora energii akustycznej. Lecz… kiedy tylko zbliżyłem się do najbliższego kontaktu i ku niemu właśnie skierowałem swe myśli, stała się rzecz niezwykła… i oto – jako i jest napisane – dostrzegłem to, czego ani oko nie widziało, ani cholerne ucho nie słyszało.

Odkurzacz zamarł – jakby chciał powiedzieć finalne „amen”… albo „spadaj draniu”. Teraz, kurde, naprawdę powiało złowieszczą oraz oczywiście głuchą, a nawet grobową ciszą. Zabrakło tylko muzyki z „Psychozy”. Doprawdy nie wiedziałem, co mam czynić. I z tej niewiedzy oraz oszołomienia odwróciłem się na pięcie, ale tylko jednej, tak że o mały włos nie skręciłem sobie kostki (gdyż zapomniałem, że jestem zwierzęciem stopochodnym), zaś krocząc na dwóch nogach rychło opuściłem room číslo uno.

Zaledwie to uczyniłem, doszedł do mych uszu kolejny niepokojący dźwięk. Tym razem nie był to jednak odkurzacz, ale czajnik z gotującą się wodą. „Uff”, odetchnąłem z ulgą. „Uff”, odpowiedział mi nowy generator hałasu. Wparowałem do kuchni, gdyż właśnie tam się on znajdował, gwiżdżąc na mnie bezceremonialnie. Wparowałem, zalałem kawę parującym wrzątkiem o temperaturze jak najbardziej słusznej. Nie chciałem dodatkowo podgrzewać i tak już gorącej atmosfery, ale kubek czarnej parząchy – aaa, to co innego. Zrobiłem więc coffee time'a, usiadłem wygodnie, siorbnąłem potężny łyk i pojąłem – eureka – że sparzyłem się w język. Cóż za katartyczne doświadczenie! Poczułem się, jak sam Newton w momencie, gdy z pomocą spadającej papierówki odkrywał grawitację. Z tym że ja na nic wielkiego nie wpadłem… ani nic wielkiego nie wpadło na mnie. „Nie myśleć o bólu, nie myśleć o bólu, w ogóle nie myśleć”, myślałem gorączkowo i nieomalże odleciałem z tego właśnie bólu.

Jednakże ryk, ponownie dochodzący zza ściany, przerwał ów stan introspektywny, związany z lustracją mych narządów wewnętrznych z obolałym językiem na czole… na czele! Pobiegłem niezwłocznie, aby sprawdzić, co piszczy w trawie i dlaczego tym czymś, co piszczy jest mój upierdliwy, głupi odkurzacz.

Zaledwie to uczyniłem, ponownie zaległa cisza, która, jak za poprzednim razem, była także złowieszcza i posępna. No nie! Tego było już za wiele! Postanowiłem powiedzieć zdecydowane „nie” nieposłusznym maszynom z problemami i historią (jak jest historia – to zawsze są problemy; historia jest jednym wielkim problemem, przynajmniej dla niektórych). Pogroziłem stanowczo palcem wskazującym, zaś drugą ręką oraz całym sobą oparłem się o ściankę działową. Wielki błąd! W ten sposób trafiłem na rozkręcony kontakt, a w nim – na niezabezpieczone przewody elektryczne, co spowodowało natychmiastowe, a także nieuniknione porażenie fizycznej mej powłoki prądem. Przeżyłem, bo jestem twardy. A może i nie przeżyłem. I dalszy ciąg tej historyjki snuję dla zabicia czasu z pozycji rezydenta czyśćca. Who knows?

Dżizus! Ja wiedziałem, że ta noc ciekawie się zapowiada, ale w najśmielszych snach nie przypuszczałem, że efekty pirotechniczne staną się również jej integralną częścią. Zdążyłem spojrzeć jeszcze na czasomierz. Była dokładnie dwudziesta druga. I wtedy straciłem przytomność na godzinę.

Kiedy się ocknąłem, ponownie zerknąłem na zegarek, ażeby przynajmniej poudawać przed samym sobą, że jestem przytomnym gościem i prawdziwym facetem. W pokoju panowała cisza, ale tylko na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło, jako że, o matko, elektroluks gdzieś wcięło. Na dodatek pomiędzy dwudziestą drugą a dwudziestą trzecią zdarzyło się w em-en-o bardzo wiele: więcej, niżbym chciał. Przypomniałem sobie o pizzy, którą zaordynowałem odpowiednio wcześniej. Pobiegłem więc do main entrance, ażeby sprawdzić, czy zamówienie zostało zrealizowane. Gdyby dostawca się spóźnił, na co po cichu liczyłem, wyżerkę miałbym na koszt „Pizza & Pasta”. Zresztą umierałem już z głodu. Te przygody rodem z filmu „Bunt maszyn”, z terminatorem korporacji a-gie-de w roli głównej, nieco mnie wyczerpały. Potrzebowałem czystej… energii, spokoju i keczupu. Najchętniej o smaku łagodnym. Używam zawsze. Nawet do pizzy.

I w tym właśnie momencie, wychodząc zza zakrętu wąskiego korytarzyka, spotkałem się oko w oko ze spojrzeniem spod byka, z którym to spojrzeniem to moje wolałoby się raczej nie spotkać. Od razu rozpoznałem czarne oczy, co się śnią, chociaż teraz nie były czarne, lecz, jednocześnie, i przekrwione, i czarne (i to się nazywa właśnie potęga wyobraźni: mieć ciastko i zjeść ciastko). Odkurzacz-niegodziwiec mierzył mnie i zapewne oceniał, jak dobrze smakuję, nieprzerwanie pałaszując swą ofiarę: pizza boy'a. Nawet nie pytajcie! Wszędzie tylko krew, pot i łzy, no i keczup – te płyny mieszały się i wylewały, mieszały i wylewały, z każdej dziury biedaka, istniejącej już wcześniej albo stworzonej od samego początku, niejako od nowa, poprzez nadgryzienie, odrąbanie lub oderwanie. „Pepperoni” była natomiast nieruszona i niepokalanie nietknięta.

Zrobiłem tak – postanowiłem zawalczyć o wysoką stawkę. Pomyślałem: „Teraz albo nigdy”, „Bóg chrześcijan mi dopomoże”. Pochwyciłem gaśnicę i z tą gaśnicą oraz patriotycznym okrzykiem „kebabu nie jem” na ustach rzuciłem się na małe, złośliwe draństwo o zacięciu terrorystycznym.

Niestety podczas efektownego szturmu poślizgnąłem się na rozlanym koncentracie firmy „Pudliszki” albo Tulipliszki” (sabotaż) i zaryłem głową w „Pepperoni” (niedoszła kolacja)… już wyciągniętą z kartonu (dostawa) i nawet jeszcze trochę ciepłą. (A nie! Cofam to, co powiedziałem, czyli to: „już wyciągniętą z kartonu”. No, przecież odkurzacz nie mógł jej samodzielnie wyjąć, bo nie ma, skubany, palców). Mała, warcząca paskuda miała mnie teraz jak na widelcu, jak na nożu i widelcu, jak na nożu, widelcu oraz talerzu! Już czułem, jak mi włosy na głowie wibrują, jak stają dęba, jak bitch zaczyna wyrywać mi je metodycznie… metodą przez zasysanie z pomocą rury teleskopowej. Ta rura oplotła mnie i omamiła niczym włosy zmysłowej dżej-lo swego czasu podczas seansu „Anakondy” w trzy de. I już się prawie przekręciłem, ale na szczęście koniuszkami palców zdołałem jeszcze dorwać, a następnie porozrywać pizzkę i wcisnąć jej kawałeczki w głębokie gardło ssącej, warczącej… Pomyślałem: „niech się udławi, zaraza, i w końcu mnie puści”. Puściła, a ciasto wypluła.

Wtedy zacząłem uciekać, pędząc ile wlezie. Wpadałem po kolei do różnych sal, salek, saloników i pokojów konferencyjnych, tarasując za sobą drogę rozmaitymi przedmiotami, które mi w ręce wpadły. Tak więc usiłowałem uniemożliwić ściganie mnie przez umieszczenie na podłodze kolejno: szklanek, ręczników, rozkładówki „Playboya”, mopa, wiadra z chemikaliami, mikrofali, lodówki, a nawet pralki… Odkurzacz gonił mnie jak wściekły, zgrabnie wymijając przeszkody, jedną po drugiej, prawie, jak w slalomie-gigancie. W momencie kulminacyjnym – działo się to w kuchni – byłem już tak zdyszany, że przystanąłem w celu napojenia i nakarmienia się czymkolwiek. A leżały tam jakieś ciastka, zapewne z coffeeshop'u, więc je natychmiast spałaszowałem. Łyknąłem też haust orzeźwiającego napoju z bąbelkami. Mój mechaniczny prześladowca zrobił, o dziwo, to samo, choć dietetyczna fanta chyba mu nie posmakowała, bo opluł mnie nią od stóp do głów. Przypominało to trochę nagły i niespodziewany prysznic, jednakże zamiast wody przyszło mi schłodzić się wściekle słodką oraz oczywiście lepką substancją.

Po tej regeneracyjno-orzeźwiającej przerwie wybiegliśmy z kuchni na korytarz i dalej prosto przed siebie. W ten sposób wleciałem nieopatrznie do saloniku, gdzie wpadłem we własną pułapkę. Przeskoczyłem zwinnie telewizor, z gracją baleronki… balerinki potknąłem się o mopa, spektakularnie zraniłem o rozbity wazon w kształcie serca i zaplątałem w ściereczki do wycierania naczyń. Bach! Leżałem, krwawiłem i przewidywałem rychły swój koniec. Wspominałem matkę i swoje rybki i akwarium, tęskniłem za kochanką. Przypomniałem sobie nawet rzewną melodyjkę z „Titanica” i zacząłem ją po cichu nucić, powoli żegnając się z tym światem.

Lecz wtedy właśnie zdarzył się nieoczekiwanie cud. Sam nie wiem, jak to się stało, żeśmy poszli z elektroluksem w tany, wpadliśmy sobie w objęcia i odtańczyliśmy „Nad pięknym modrym Dunajem” Straussa. Całe i z powtórkami! Umm, pa, pa! Co za utwór! To najwidoczniej te ciasteczka, wszamane jeszcze w kuchni, tak nas do siebie zbliżyły. Stopniowo przyspieszaliśmy i także akompaniament zdawał się nabierać tempa. Tylko układ taneczny trzeba było nieco zmodyfikować. Wreszcie mój niedawny wróg i adwersarz włączył opcję turbo i w ten sposób odkurzyliśmy wspólnie pół em-en-o. Musiało to wyglądać arcyzabawnie. Jeżeli znacie „Flipa i Flapa”, komedie slapstikowe i filmy czarno-białe, w których wszyscy biegają naokoło jak opętani i robią te głupie miny, to wiecie, o czym mówię.

Nasza amicizia nie trwała jednak zbyt długo, bo trwać wiecznie nic nie może. Więc znów poszliśmy z odkurzaczem na noże, kiedy tylko magiczna moc ciasteczek się ulotniła. Tak więc, rany Julek, musiałem ponownie uciekać. I zgadnijcie, dokąd pobiegłem. Do main entrance oczywiście, bo gdzieżby indziej!

I teraz wydarzyła się rzecz naprawdę niezwykła, bo oto w progu em-en-o czekała na mnie kolejna dziwna maszyna. Była to sieczkarka made in China (gźang ćang). Przestraszyłem się w pierwszej chwili okrutnie, ale zupełnie niepotrzebnie. Czułem już oddech rury od odkurzacza na plerach, więc sądziłem, że jestem osaczony. Lecz wtedy… rachu-ciachu i po strachu! Na ostro się rozprawiła machinka (gźang ćang) z odkurzaczem, przerabiając go na niestrawną paszę, bynajmniej nie dla królików czy innych tam bydlątek. Uwierzcie? Było naprawdę na co popatrzeć. Piszącego te słowa natomiast oszczędziła, a dlaczego, nu ja nie znaju.

I na tym kończy się moja przygoda na nocnej zmianie. Nie mówiłem wam jeszcze, ale zwykle ta praca w em-en-o jest nudna jak flaki w oleju (albo flaki z olejem – oleję ten polonistyczny detal). Co ciekawego wydarzy się w przyszłości i czy nawiedzi mnie kiedy jeszcze jaka szajbnięta maszynka, która być może i do was zawita (ha, ha, ha), tego nie wie nikt, no może z wyjątkiem jasnowidza Jackowskiego. Spytajcie go o to, jeśli chcecie. Podaję numer konta i inne dane biznesowe: http://krzysztof-jackowski.info/dla-klientow. Doei, doei!

Koniec

Komentarze

Maćku, przejrzałam tekst i mam nieodparte wrażenie, jakbym go znała, że już gdzieś obił mi się o gałki oczne. Czy uważasz, że powinnam przeczytać o ataku krwiożerczego odkurzacza…? ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Myślę, że raczej nie powinnaś go (ponownie) czytać, ale spokojnie… już się pracuje nad kolejnym “opkiem”, więc za nic w świecie nie dam Ci o sobie zapomnieć. ;))

To dobrze, bo gdybyś pozwolił się zapomnieć, byłabym niepocieszona. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Była czarna noc tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego

… czego? Tak, wiem, roku. Ale coś mi się tu zderza z hałasem.

 harując jak wół na nocną zmianę

Na nocnej zmianie.

 śmigałem rowerem

To nie jest forma częstotliwa aby?

 drogi rowerowe (…) tylko mi sprzyjały

Mnie też nie podstawiają nóg ;P

 wszystko, co potrzeba

Wszystko, czego potrzeba.

 orzeźwiającą butelkę

Butelkę z orzeźwiającą fantą. Sama butelka nie może orzeźwić.

 wpłynąłem w niekończący się przestwór biurowca

Coś jest nie tak z tą metaforą. Biurowiec raczej nie jest przestronny – mnie kojarzy się bardziej z labiryntem.

 tylko jedno pięterko pierwsze, które, jak się okazało, akurat świeciło pustkami

Ja zrobiłabym tak: tylko jedno pięterko, pierwsze, które okazało się puściuteńkie.

 office-sie

Dziwne to. Może "offisie", skoro już spolszczasz?

 Bez zbędnych ceregieli, gadek, szmatek i gier wstępnych, pognałem więc do kantyny

Gadek-szmatek, bo to jeden idiom. "Więc" mógłbyś wyrzucić, zaburza rytm, a nie jest konieczne. I dlaczego on trzyma sprzęt sprzątalny w kantynie, a nie w składziku?

 przygotowania kawy przez nastawienia wody na kawę

Powtórzenie. Ja zrobiłabym tak: przygotowania kawy za pomocą niezwykle zaawansowanego technicznie urządzenia zwanego czajnikiem elektrycznym.

 więc o nich na razie nie myślałem poprzez osiągnięcie stanu całkowitego niedumania…

Troszkę się zapędziłeś (flow!). Choć "niedumanie" jest fajne, ja dałabym: więc na razie opróżniłem umysł z treści zupnych.

 no jakże tu spać

No, jakże tu spać.

 sprawdzić, co piszczy w trawie

Tu się potknęłam, bo warczy, nie piszczy. Wiem, metafora, ale mimo wszystko.

 mierzyliśmy się ze sprzętem sprzątającym wzrokiem

Sprzątającym wzrokiem? A może tak: mierzyliśmy się wzrokiem ze sprzętem sprzątającym.

 oceniałem

Oceniłem, bo to jednorazowa czynność.

 Lecz kiedy tylko

Lecz, kiedy tylko.

swe myśli, intencje,

Te "intencje" to już przesada. Wywal.

 odwróciłem się na pięcie, ale tylko jednej, tak że o mały włos nie skręciłem sobie kostki, zaś stąpając na dwóch

Dynamiczny skręt. Zobacz tu, dlaczego to tak nie działa. Człowiek nie stąpa na piętach, tylko na całej stopie (tzw. zwierzę stopochodne).

 Zaledwie to uczyniłem doszedł

Zaledwie to uczyniłem, doszedł.

 słusznie wparowałem do kuchni

Dlaczego "słusznie"?

 ponowny ryk, dochodzący

Ryk, ponownie dochodzący.

 Zaledwie to uczyniłem ponownie

Zaledwie to uczyniłem, ponownie

 była również złowieszcza

A co innego było złowieszcze, oprócz ciszy?

 na niezabezpieczone przewody elektryczne, co spowodowało natychmiastowe, a także nieuniknione porażenie fizycznej mej powłoki prądem.

Za czym nastąpił zgon i resztę tej historyjki spisuję w czyśćcu dla zabicia czasu.

 ażeby zachować przynajmniej pozory przytomności

Dla kogo? Jest sam (tu wstawić muzyczkę ze Szczęk, ew. z jakiegoś horroru).

więcej niżbym chciał

Więcej, niż bym chciał.

 które teraz nie były czarne, lecz krwisto-czarne

Zamiast powtarzać "który" dałabym "chociaż teraz nie były czarne". Co to za kolor "krwisto-czarny"? Może były podkreślone posoką nieszczęsnego dostawcy, jak makijażem?

 pałaszując swą nową ofiarę

To sugeruje, że były wcześniejsze.

 Wszędzie nic, tylko krew

I tu wyobraziłam sobie próżnię, a w niej krew. Można to uprościć: Wszędzie tylko krew.

 odłupanie

Człowiek zasadniczo jest mało łupliwy.

 na rozlanym koncentracie firmy „Pudliszki”

W Holandii?

 już wyciągniętą z kartonu

Odkurzacz wyciągnął?

 wcisnąć ją na długość w głębokie gardło ssącej

… what? (Jak to zrobił koniuszkami palców, to się marnuje w tej pracy.)

 a nawet pralki

Skąd w biurowcu pralka?

 wymijając przeszkodę…

Wymijając przeszkody, jedną po drugiej, prawie, jak w slalomie-gigancie.

 W pewnym momencie, a działo się to w kuchni

To źle brzmi. Nawet nie wiem, jak poprawić. I w sytuacji fight/flight układ pokarmowy się wyłącza (zjesz, jak zwiejesz!).

 wpałaszowałem

Spałaszowałem.

 Mój mechaniczny prześladowca zrobił o dziwo to samo, jednak chcąc nie chcąc opluł mnie dietetyczną fantą, która mu najwidoczniej nie posmakowała.

Dlaczego "chcąc, nie chcąc"? Ja dałabym tak: Mój mechaniczny prześladowca zrobił, o dziwo, to samo, choć dietetyczna fanta chyba mu nie posmakowała, bo opluł mnie nią od stóp do głów.

 kiedy tylko magiczna moc ciasteczek się ulotniła

:D Cannabis sativa rulz :)

 zgadnijcie, gdzie pobiegłem.

Dokąd pobiegłem.

 no może z wyjątkiem

No, może z wyjątkiem.

 

Co, jak co, ale rozmach masz. Ja tu tylko skromną foliową torebkę, a Ty…

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Łoo matko, Tarnina, jaka wielka litania! Trza będzie się z nią przespać i poprawić, co się da. Podziękować… i zacząć pisać dobrze… albo od razu nałożyć sobie plastikową torebkę na głowę, zamknąć dopływ powietrza i się w niej udusić! :) 

Nie denerwować. Tekst być jajcowny, a ja mieć świr i tak go leczyć :D

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Ja też mieć świr na punkcie poprawek. I je niezwłocznie, zgodnie z zaleceniami, wykonać! 

 

Edit (07.06.2018): Dzięki! Melduję, że poprawiłem tekst. ;)

 

Ja też gdzieś już to widziałam.

Babska logika rządzi!

Ja też… :)

Melduję, że poprawiłem tekst. ;)

Radość ogarnia moje osierdzie, ale nie zrozumieliśmy się w paru punktach:

 w celu przygotowania kawy przez nastawienia wody na kawę

Tu nic nie ruszyłeś :(

 więc o nich na razie nie myślałem poprzez opróżnienie umysłu z treści zupnych

Nie myślał przez opróżnienie umysłu? Hę? Miałam na myśli raczej coś takiego: więc tymczasem opróżniłem umysł z treści zupnych.

 krocząc na dwóch

W domyśle "piętach", albo i "kostkach" bo i tak można to zinterpretować.

 intuicyjnie wparowałem

Może po prostu wparuj bezprzymiotnikowo?

 I dalszy ciąg tej historyjki snuję dla zabicia czasu z pozycji czyśćca.

:D Ale jeśli z pozycji, to rezydenta czyśćca, bo czyśćcem Twój bohater nie może zostać (to by był zupełnie inny poziom absurdu).

 i to się nazywa właśnie potęga wyobraźni: mieć ciasto i zjeść ciastko

Otóż to. Ale "krwisty" bywa raczej stek (może go rzucić tej potworze elektrycznej, to się odczepi?), a oczy przekrwione.

 No przecież

No, przecież. Ten odkurzacz nie takie rzeczy potrafi…

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

“(…) w celu przygotowania kawy przez nastawienia wody na kawę”. Chciałem, żeby masło było maślane, szczerze mówiąc. 

Co do reszty – oczywiście poprawię (mówię o takich oto kwiatkach: stek krwisty, oczy przekrwione, rezydent czyśćca). 

 

Gdyby nie Twa pomoc, Tarnina, byłoby zupełnie niefajnie. A tak jest zawsze o ten level lepiej. Jeśli chciałem stworzyć “opka”, a jednocześnie osiągnąć stan niedumania czy też niemyślenie, to, faktycznie, wydaje się, że go osiągnąłem. Reg również bardzo mi pomogła, za co jestem jej bardzo wdzięczny. ;) 

Chciałem, żeby masło było maślane, szczerze mówiąc. 

Aa, to było rzec.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Podobała mi się narracja z jajem. Kilka bardzo fajnych kawałków. Fabuła natomiast prosta jak rura od odkurzacza (ta przy wciągarce, metalowa, nie gumowo-wężowa z tyłu), mogłaby być trochę bardziej… wciągająca. Jak odkurzacz.

:D Zygfryd89

:)

Nowa Fantastyka