- Opowiadanie: zaczeknfw - 7 Grzechów Głównych (Part 1)

7 Grzechów Głównych (Part 1)

Witam. Jest to część historii, którą piszę od jakiegoś czasu. Za każdym razem, gdy czytam od nowa, coś jest modyfikowane. Poza dwoma członkami rodziny, nikt nigdy tego nie widział. Inspirowane serią “Ja, Inkwizytor” oraz po części Wiedźminem. Mam nadzieję, że pomysł się spodoba, a krytyka jest najważniejszym bodźcem przy dążeniu do lepszego :)

Oceny

7 Grzechów Głównych (Part 1)

Śmiech… Słychać było tylko szaleńczy śmiech. Nic nie widziałem, miałem zamknięte oczy. Nie mogłem jednak ich otworzyć, nie… Nie chciałem ich otworzyć. Bałem się zobaczyć to, z czego wydobywał się ten śmiech. To nie był ludzki śmiech. Świdrował w uszach, przeszywał całe ciało i ściskał za serce. Oczy jednak piekły, musiałem je otworzyć. Mimo strachu… Niepewność wzrastała z każdym krokiem i musiałem stawić czoło temu, co śmiało się tym diabolicznym głosem. Powoli podniosłem powieki, były ciężkie jak ołów, jakbym dopiero wybudził się z głębokiego snu. Rozejrzałem się naokoło. Ogień, dym… Skąd ja się tu wziąłem… Nic nie pamiętam. Śmiech jednak zamilkł. Szukałem wzrokiem jego źródła, jednak nic nie było widać. Nagle usłyszałem płacz… Smutny, przeciągły płacz. Skąd on dochodzi? Przetarłem oczy i rozejrzałem się dokładniej. Przede mną ktoś klęczał, dziecko…? Czyżby to ono płakało? Któżby inny… Jednak jego ramiona nie drżały, nie widziałem twarzy, było odwrócone plecami. Chciałem się podnieść, jednak nie miałem siły. Zacząłem czołgać się w stronę dziecka, płacz nie ustawał. Złapałem je za ramię i obróciłem, by zobaczyć twarz… To nie była twarz dziecka… Może kiedyś…. Teraz patrzyły na mnie wielkie, szkliste czarne oczy, ta istota nie miała ust, nie mogła płakać… Kto więc…? Zobaczyłem swoje odbicie w jego oczach, to ja płakałem! Dlaczego płaczę? Zmusiłem się żeby wstać, rozejrzałem się jeszcze raz naokoło… Martwe ciała, wszędzie. Ludzkie ciała jednak nieludzkie twarze! Ogień… Wszędzie ogień, jestem w jakiejś wiosce? Widzę płonące domostwa. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem postać. To był człowiek, nie widziałem twarzy spod kapelusza, jednak czułem, że jest to istota ludzka. Rondel kapelusza opadał mu na twarz, na jego plecach powiewała brunatna peleryna. Spod płaszcza wystawał jakiś znak, jednak, gdy na niego spojrzałem zmroził mnie paraliżujący strach. Ostatkiem sił spojrzałem w górę i nasze oczy się spotkały… Potem był już tylko mrok.

 

Obudziło mnie silne szarpnięcie za ramię. Nieprzytomny otworzyłem oczy i zobaczyłem brodatą twarz nad sobą.

– Obudź się Amilcarze – Rzekł mężczyzna.

Zamrugałem kilka razy i umysł mi się rozjaśnił. Nade mną stał Ezequiel, inkwizytor i mój druh.

– Mógłbyś mnie budzić trochę delikatniej – Naburmuszony pomasowałem ramię

– Nie jesteś szlachetną panienką. Następnym razem strzelę cię w pysk i poleje kubłem zimnej wody ­– odburknął, ale jego spojrzenie zelżało i spojrzał na mnie ze współczuciem – Znowu jeden z tych snów? Co ci się śniło tym razem?

– Ciepły, letni dzień, w którym cię poznałem – uśmiechnąłem się ponuro.

– Widzę, że żart się ciebie trzyma. Dobra, podnoś zad, robota czeka. Czekam na dole – Rzekł i wyszedł z pokoju.

Siadłem na brzegu łóżka i rozejrzałem się naokoło. Na krześle obok leżały moje ubrania. Widać Ezequiel zagonił karczmarza, bo były pachnące i wyprane. Obok stała balia z wodą, więc przemyłem tylko twarz żeby się obudzić. Nie było czasu na odprężającą kąpiel, inkwizytor potrafił dać w kość i wolałem nie nadwyrężać jego cierpliwości. Wcisnąłem się w ciuchy i zszedłem na dół. Karczma była dość gwarna jak na tak wczesną porę, ale właściciel zadbał o to, żebyśmy mogli w spokoju zjeść śniadanie przy pustym stole w kącie. Niestety Ezequiel nie był zbyt rozrzutny, więc na stole znalazł się tylko bochen chleba z talerzem flaków. Szczęście w tym, że przynajmniej zamówił wino zamiast wody. Ot, taki lokalny sikacz, ale lepsze to niż kalać gardło zwykła wodą. Swoją drogą nie ufałbym wodzie w karczmach, Bóg jeden wie, kto z tutejszej studni korzysta, a niejeden, co za dużo wypił pewnie dorzucił co nieco od siebie. Inkwizytor już zjadł i siedział popijając sobie wino.

– Nie spieszyłeś się zanadto widzę. Chyba wiesz o tym, że Lenistwo nie jest zbyt mile widziane? – Odezwał się drwiąco.

Wiedziałem, co myśli o Siedmiu Grzechach Głównych. Kościół pieczołowicie pilnował, żeby ich się wystrzegano, jednak nie było diecezji gdzie sami pasterze kościelni na niektóre, albo i wszystkie naraz przymykali oko. Jedynym problemem było to, że ludzie, którzy aż nazbyt się im oddawali mogli zostać opanowani przez demony. Z reguły były to pomniejsze chochliki, które problemu nie stwarzały. Od tak postanowiły sobie uciec do tego świata żeby się trochę zabawić. Czasem jednak zdarzały się poważniejsze sprawy, gdzie wyższe demony siały spustoszenie. Szybko zjadłem śniadanie, żeby nie narażać się na gniew mojego dobroczyńcy.

– Czy podać Mości Panom coś jeszcze? – Ukłonił się gospodarz. Typowy właściciel tawerny, spod ubrudzonego fartucha wystawało nabrzmiałe brzuszysko, oczy ciężko było zlokalizować zza pulchnych policzków, nie wspominając już o paluchach. Gdy przychodziło jednak do liczenia pieniędzy te serdelki zmieniały się w całkiem sprawną maszynkę. Rozumu mu chyba jednak trochę brakowało, gdyż każdy, kto spojrzałby w oczy Ezequiela usunąłby się jak najdalej. Może przez ten głęboki ukłon, ale dopiero po chwili grubasek podniósł głowę, spotykając zimne spojrzenie Inkwizytora speszył się i wycofał szybkim krokiem.

– Idziemy odwiedzić tutejszego księdza. Trzeba się dowiedzieć co nieco o tym szlachcicu – Zostaliśmy wysłani do tej wioski, ponieważ ksiądz z tutejszej parafii wysyłał średnio jeden list tygodniowo z zażaleniami, iż tutejszy szlachcic za bardzo się panoszy i jest to z pewnością niezmiernie podejrzane. Oczywiście na porządku dziennym były zatargi kleru ze świeckimi dostojnikami, ale dla świętego spokoju i zachowania pozorów, jakowoż Kościół był ponad tym, zostaliśmy oddelegowani, aby zakończyć to raz na zawsze. Ezequiel nie pałał zbytnią miłością do wszelakiego kleru, więc przebadanie księdza przed szlachcicem uważał za priorytet. Trudno się było z nim nie zgodzić, wszak wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i nawet święci mężowie mogą ulec podszeptom Szatana.

Wyszliśmy z karczmy, kątem oka zobaczyłem jak karczmarz odetchnął z ulgą, ocierając pot z czoła. No cóż, mój druh nie był osobą, którą chciałoby się mieć w swoim otoczeniu. Świątynia nie sprawiała wrażenia bogatej, co niezmiernie mnie zdziwiło. Księża z reguły nie narzekali na brak złota a przecież jak to tak można nie pokazać potęgi naszej Wiary maluczkim ot na przykład pokaźną, ociekającą złotem świątynią. Wielki kamienny budynek otoczony był skromnym, jednakże schludnie przystrzyżonym trawnikiem. Podszedłem do drewnianych drzwi kościoła i pchnąłem je do środka. Podeszliśmy do miski z wodą święconą i ułożyliśmy znak krzyża. W środku także nie było miejsca na przepych. Kilka rzędów drewnianych ławek, ołtarz ułożony z kamieni i kilka obrazów Świętych porozwieszanych na ścianach. Okna w przeciwieństwie do większości tego typu przybytków były przejrzyste, nie pomalowane na żadne wymyślne kolory. Świeczki były pogaszone, więc raczej nie zastaliśmy gospodarza na służbie. Ezequiel mruknął coś niezrozumiale i wyszedł przez tylne drzwi, które zapewne prowadziły na plebanię. Przeszliśmy przez krótki korytarz i znaleźliśmy się w jadalni. Przy skromnie zastawionym stole siedział młody mężczyzna, jak na moje oko około dwudziestu lat. Spojrzał się na nas spoza talerza zdziwiony i uśmiechnął się.

Witam gości w moich skromnych progach! Ludzie wierzący zawsze są tu mile widziani, siadajcie, siadajcie, zaraz coś podam. – Zerwał się na nogi, jednak inkwizytor położył mu rękę na ramieniu i przycisnął do krzesła.

- Nie ekscytuj się za bardzo klecho. Wpadliśmy tylko na chwilę, jesteśmy tu służbowo.

­Ksiądz spojrzał na niego zdziwiony, ale za chwilę oczy mu się rozjaśniły.

– Trzeba było tak od razu! To was przysłali, żeby mi pomóc? No, najwyższy czas. Zapasy papieru mi się kończyły powoli od pisania listów – Wyżalił się

­– Gdybyśmy mieli odpowiadać na wezwania każdego żalącego się to by trzeba było wyszkolić drugie tyle inkwizytorów – Lekko zdenerwowany odpowiedział Ezequiel

– Dobrze dobrze, nie ma się o co złościć Panie. Czym mogę służyć? ­– Ksiądz nie wydawał się zbytnio wyprowadzony z równowagi przez zachowanie mojego przyjaciela. Swoją drogą, jakim cudem udało mu się zostać samodzielnym opiekunem parafii w tak młodym wieku?

­– Przyszliśmy dowiedzieć się więcej o szlachcicu i o co chodzi z tą cała kabałą.

– No tak, tak – zamyślił się klecha – Tutejszy hrabia zachowuje się, jakby wszystkie ziemie należały tylko i wyłącznie do niego. Ściąga grube podatki z tutejszych domostw i farm, nie liczy się z Pańskimi sądami i wymierza sprawiedliwość na własną rękę. Dodając do tego, że nigdy nie płaci za żadne usługi sądzę, że coś jest z nim nie tak. Nie szanuje także naszej Wiary. – Ezequiel podniósł wzrok. Wszystkie te zarzuty nie były jakąś nowością odnośnie szlachty, jednak te ostatnie było poważnym oskarżeniem, którego nie powinno się rzucać na wiatr w obecności wysłanników Kościoła.

– W jakim sensie?

– No… Na ostatniej mszy, na jakiej się pojawił nie raczył klęknąć do modlitwy. Gdy nadszedł moment przyjęcia świętej komunii, nie ruszył razem z innymi tylko siedział nieporuszenie. Natomiast niektórzy szepczą, że nawet nie tknął wody święconej, gdy przekraczał progi Kościoła! – Z pasją, prawie krzycząc wyrzucił z siebie. Inkwizytor nawet nie drgnął. Już nie raz słyszeliśmy podobne oskarżenia, które szczerze powiedziawszy miały tyle wspólnego z Grzechami, co diabeł z chędożącym młode dzierlatki bogatym dziadem, co swoją drogą też przykuwało uwagę maluczkich świątobliwych. Ksiądz cierpliwie czekał aż mój przyjaciel przerwie milczenie, widać miał jednak trochę oleju w głowie.

­- Mam nadzieje, że nie fatygowaliśmy się tu na darmo. Od kogo można tu zasięgnąć języka, nie mamy czasu przepytywać całej okolicy? ­– Spojrzał na księdza Inkwizytor.

­– Na waszym miejscu zacząłbym u miejscowego kowala, często u niego bywa – Odpowiedział natychmiast ksiądz. Zdziwiła mnie jego szybka reakcja. Ezequiel zapewne tez to zauważył, jednak nie dał nic po sobie poznać.

­– Do kowala więc ­– powiedział tylko i podniósł się z miejsca. Lekko skinął w stronę księdza i wyszliśmy.

Idziemy do burdelu. – Bardziej stwierdziłem, niż zapytałem.

– A gdzieżby indziej? – Uśmiechnął się Inkwizytor. Najlepszym miejscem na znalezienie informacji o bogatej klasie jest wizyta w tym przybytku. W karczmie można dowiedzieć się wielu plotek, jednak w tym miejscu informacje można traktować jak z pierwszej ręki.

Nie był to może jeden z najlepszych domów rozpusty, ale przynajmniej sprawiał wrażenie zadbanego. Okna były czyste, zakryte czerwonymi zasłonami. Do środka prowadziły także czerwone, drewniane drzwi, które otworzyły się po naciśnięciu sutka na kobiecej piersi, która okazała się wymyślnym dzwonkiem. Powitała nas skąpo ubrana, mocno opalona szatynka, zapewne niewolnica sprowadzona z krajów arabskich. Ubrana była jedynie w przewiewną przepaskę, spod której wyłaniały się jędrne piersi oraz skąpe, obcisłe majtki, na które narzucony był przezroczysty, sięgający stóp materiał. Uśmiechnęła się tylko i zaprosiła nas do środka, po czym wskazała sofę. Usłużnie usiedliśmy i czekaliśmy aż pojawi się właścicielka lokalu. Długo kazała na siebie czekać, jednak w międzyczasie przyszła inna dziewczyna z winem, które zostawiła na stoliku obok, jednak nie przyniosła kieliszków. Po chwili pojawiła się pani domu i uzupełniła kolekcję. Jak można się było spodziewać, była elegancką kobieta, około lat czterdziestu z bogato zdobioną biżuterią. Ezequiel na jej widok podniósł się i lekko ukłonił, a ja poszedłem za jego przykładem. Kobieta skinęła ręką, postawiła kieliszki i nalała do nich wina.

- Witam dostojnych panów. Jestem Leandra, właścicielka tego przybytku. Cóż to sprowadza kościelnego dostojnika w nasze skromne progi? – Odstawiła butelkę na stolik i przeniosła spojrzenie na Inkwizytora. Ten nawet nie pytał skąd wiedziała.

- To samo, co każdego znużonego człowieka. Chwila odpoczynku i miłe towarzystwo – Uśmiechnął się Ezequiel i podniósł kieliszek.

- Trafiliście więc do dobrego miejsca, mamy wiele wygodnych lóżek i panien, które zadowolą gości pogawędką – Ostatnie słowo wypowiedziała powoli i wyraźnie, z uwagą spoglądając na swego rozmówcę.

­– Ależ może być Pani spokojna. Kościół doskonale zdaje sobie sprawę, że dziewczyny wykonują tylko swoja pracę, nie kusząc przy tym diabła. Czysty profesjonalizm – Dalej z uśmiechem podniósł kieliszek do ust i go opróżnił. Kobieta również się uśmiechnęła jednak widać było, że zachowuje wszelka ostrożność.

- Mogę Panow zapewnić, że moje dziewczyny są sumienne w wykonywaniu swojego zawodu. Czy życzą sobie Panowie je poznać? – Powiedziała i przeniosła wzrok na mnie.

- Ależ oczywiście, w końcu po to tu przyszliśmy, nieprawdaż? – Odparł Inkwizytor

- Znakomicie, zaraz je zawołam. – Klasnęła w dłonie i od razu pojawiła się przy niej służąca, którą spotkaliśmy przy drzwiach. Szepnęła jej coś na ucho, po czym tamta znikła. Po kilku chwilach pojawiły się cztery dziewczyny. Wszystkie młode, ubrane w skąpe, prowokujące suknie. Właścicielka przedstawiała je kolejno, zaś Inkwizytor patrzył na nie znużonym wzrokiem. Moja uwagę przykuła zaś ostatnia z przedstawianych. W odróżnieniu od innych nie wyglądała, jakby pochodziła stąd. Długie, kasztanowe włosy i lekko opalona cera wyróżniały ją wśród bladych koleżanek. Zauważyła, że przyglądam się jej i zwróciła na mnie swoje brązowe oczy. Nie uśmiechała się, jednak jej spojrzenie sprawiało, że nie mogłem oderwać od niej wzroku.

­- Tak jak wspominałem, chciałbym chwilę odpocząć w miłym towarzystwie, dlatego mam nadzieje, że uraczy mi Pani ten czas pogawędką. Widzę jednak, że mojemu przyjacielowi spodobała się jedna z Pani dziewczyn, prawda Amilcarze? – Spojrzał się na mnie. Zachłysnąłem się winem, które właśnie piłem i nic nie odpowiedziałem. Właścicielce chyba jednak nie w smak było, że Inkwizytor chciał z nią porozmawiać, ale nie dała tego po sobie poznać. Spojrzała jednak czujnym wzrokiem na dziewczynę.

- Ależ będzie mi niezmiernie miło. Anna zaś zabierze Pana towarzysza do jednego z pokoi. ­– Klasnęła w dłonie i pozostałe dziewczyny odeszły, zaś Anna podeszła do mnie i ujęła mnie za rękę. Poczułem jej delikatną skórę i podniosłem się z sofy. Zobaczyłem, że pani domu spojrzała na mnie nerwowym wzrokiem jednak od razu zwróciłem spojrzenie z powrotem na dziewczynę. Zaprowadziła mnie do pokoju i zamknęła za nami drzwi. Oparła mi ręce na piersi i pchnęła lekko na łóżko, zmuszając mnie żebym na nim usiadł. Usiadła mi na kolanach i rozpięła koszule. Jej usta pieściły mi szyję a moje ręce powędrowały na jej plecy. Rozsznurowałem jej suknie a ona się wyprostowała, pozwalając, żeby opadła i odsłoniła jej piersi. Przylgnąłem do nich i zacząłem je ssać, czując jak jej ciało pręży się w moim uścisku. Pchnęła mnie na łóżko i ustami pieściła moje ciało. Jednym zwinnym ruchem ściągnęła ze mnie spodnie i wskoczyła na mnie, wzdychając mocno. W tym momencie to poczułem. Znak, który pojawił się tamtego dnia zaczął płonąć. Spojrzałem w górę i zobaczyłem, że oczy dziewczyny zrobiły się żółte, zaś źrenice cienkie jak u kota, a z głowy zaczęły powoli wyrastać rogi.

 

Miałem przed sobą Sukuba, demona uwodzenia. To dlatego właścicielka była nerwowa, gdy Ezequiel wspomniał o Annie. Nie przemieniła się ona jednak całkowicie, co oznaczało, że nie powinna być groźna. Sukub będący w seksualnym amoku nie potrafi się jednak powstrzymać wiec złapałem ją i rzuciłem na łóżko. Przez następną godzinę kochaliśmy się bez ustanku na różne wymyślne sposoby. Stosunek z Sukubem potrafi być wykańczający, więc po godzinie opadłem ciężko dysząc, a demon usiadł i spojrzał z ciekawością na moje plecy. Widniał na nich wypalony mroczny znak, który jeszcze tlił się małym płomieniem. Przylgnęła do niego piersiami i poczułem, jak siły mnie opuszczają i przymknąłem oczy. Obudziłem się po chwili i ostrożnie odsunąłem rękę dziewczyny. Odwróciłem się i odgarnąłem jej włosy, nie było śladu po rogach. Powoli podniosła powieki, patrzyła na mnie chwilę beznamiętnie, po czym zobaczyłem, jak strach powoli pojawia się w jej oczach. Usta zaczęły drgać i łzy zaczęły spływać po policzku. Położyłem jej palec na ustach i przycisnąłem do siebie. Nie opierała się, tylko mocniej się we mnie wtuliła. Poczułem, jak jej rozpalone piersi dotykają mojego ciała. Była cala rozpalona, jednak nie widać było kropli potu. W końcu się uspokoiła i spojrzała na mnie.

– Co teraz ze mną będzie? – Szepnęła

- Co masz na myśli? – Odpowiedziałem, chociaż wiedziałem, czego się obawia.

- Jesteście Inkwizytorami, tak? Mam w sobie demona, spalicie mnie na stosie? – Łzy znowu pojawiły się w jej oczach.

- Ezequiel jest, zaś ja… Nie do końca. Jedno musisz jednak wiedzieć. Jest wiele demonów pośród nas, tego się nie da uniknąć. Wiara może mieć swoje przekonania, jednak oni niewiele wiedzą o piekle…– Zadumałem się na chwile – Nie wszystkie demony są jednak groźne. Sukub, który tkwi w Tobie przybył do tego świata żeby się trochę zabawić, jednak jest nieszkodliwy. Nie potrafi nawet dokonać pełnej przemiany, więc nie interesujesz nas.

– Ja… ja tak się bałam! Że któregoś dnia przyjdziecie i się mnie pozbędziecie! Że będziecie mnie torturować! Że… – Nie wytrzymała i się rozpłakała. Przytuliłem ją mocno, a gdy się trochę uspokoiła postanowiłem dowiedzieć się, co nieco.

– Nie przyszliśmy po Ciebie, jednak nie znaleźliśmy się tu przypadkowo. Znasz może tutejszego hrabię?

– Pana Bernharda? – Spojrzała na mnie z zaciekawieniem – A co wy od niego chcecie?

– Anno, musisz pamiętać, że ja tu zadaję pytania. ­­– Odparłem łagodnie.

– Przepraszam Panie – Spłoszyła się trochę.

– Nic nie szkodzi. Powiedz mi, czy korzysta on z usług tego domu?

– N-nie wiem Panie, chyba lepiej byłoby porozmawiać z Panią Leandrą. Ona tu rzą… – Położyłem palec na jej ustach.

– Teraz rozmawiam z Tobą kochana. Prosiłbym, żebyś odpowiadała mi szczerze, nie mam całego dnia niestety.

– O-oczywiście Panie. U Pana Bernharda bywamy dosyć regularnie, co najmniej raz w miesiącu.

– My? Czyli dokładnie, kto?

– No… Ja i Pani Leandra. To znaczy Pani Leandra tam nie zostaje, wraca po mnie następnego dnia.

– Po Ciebie? Czyli inne dziewczyny z wami tam nie chodzą?

– Nie, Pan Bernhard upodobał sobie mnie – Zarumieniła się lekko – Jednak nie korzysta z usług cielesnych – Dodała szybko.

– Jak to? – Zdziwiło mnie to lekko. Po co zamawiać dziwkę jak nie do chędożenia?

– Spędzam z nim czas. Przez cały dzień jestem przy jego boku, zabawiam go rozmową. Poza tym niewiele więcej robię. Wieczorem daje mi osobną komnatę do spania.

– I to wszystko? Nic więcej się nie dzieje? – Musiałem wyciągnąć więcej informacji. Możni panowie często zamawiali sobie panie do towarzystwa żeby mieć, do kogo gębę otworzyć jednak i tak zawsze kończyło się to w łóżku.

– N-no, nie… Tylko rano jak wstanę to mnie trochę głowa boli i jest mi dosyć ciepło, ale to pewnie od wina – W końcu miałem jakieś konkrety. Wiedziałem, że nic więcej raczej od niej nie wyciągnę. Lepiej wrócić do Ezequiela i zobaczyć, czego on się dowiedział.

– Jeszcze jedno, czy ta Twoja… Przypadłość, zdarza się dosyć często?

– Nie Panie… To znaczy nie wiem… Nie zawsze pamiętam, co się działo

– Czy pamiętasz Anno, co się działo dzisiaj?

– Większość… Resztę jak przez mgłę – Zarumieniła się z powrotem

– Rozumiem… No cóż, dziękuje Ci za informacje… I miłe chwile.

Ubrałem się i podszedłem do drzwi.

– Czy mogę wiedzieć jak Ci na imię, Panie? – Powiedziała zanim otworzyłem drzwi

– Amilcar – Uśmiechnąłem się do niej i wyszedłem.

Zamknąłem za sobą drzwi i zszedłem na dół. Z daleka słychać było Ezequiela rozmawiającego ze swoją towarzyszką. Inkwizytor mimo swojego wyglądu kata potrafił obchodzić się z kobietami. Zapewne ich towarzyska rozmowa skończyła się nie tylko na słowach, co wnioskować można było po rubasznym śmiechu mojego towarzysza i nadmiernie wesołej Pani Leandry. Usiadłem na sofie i czekałem aż skończą, bo jakie inne wyjście miałem? Spojrzałem w stronę służącej, która spoglądała w stronę drzwi, za którymi baraszkowali. Wyraz jej twarzy dobitnie mówił, że chyba pani domu nieczęsto oddawała się przyjemnościom, które były chlebem powszednim jej podwładnych. Chrząknąłem nieznacznie i służąca przeniosła swój wzrok na mnie. Ocknęła się z otępienia, zapewne wyobrażała sobie, co oni tam wyprawiają, i podeszła z butelka wina i kieliszkiem.

- Dziękuje moja droga, jak Ci na imię? – Spytałem podnosząc kieliszek do ust. Ona jednak odwróciła tylko wzrok i bez słowa zniknęła w innym pomieszczeniu. Cóż, albo nie rozmawiała w naszym języku albo była dobrze wytrenowana. Nie pozostało nic innego jak czekać aż Ezequiel wróci. Nie trwało to zbyt długo, w końcu drzwi się otworzyły i stanął w nich uśmiechnięty od ucha do ucha inkwizytor. Za nim wyszła Pani Leandra, widać jeszcze trochę rozochocona gdyż jej suknia nie była zbyt starannie dopięta. Nie przejęła się zbytnio, gdy mnie zobaczyła, tylko udała zawstydzenie i poprawiła dekolt. Ezequiel uprzejmie się pożegnał całując ją szarmancko w dłoń. Tym razem na jej policzkach pokazały się prawdziwe rumieńce i zniknęła za drzwiami. Odwrócił się do mnie i zaraz uśmiech zniknął z jego twarzy, zastępując go jego zwyczajnym, obojętnym obliczem.

– No, no, chyba przypadła Ci do gustu, nie spieszyłeś się – Uśmiechnąłem się szyderczo.

– Kto powiedział, że nie można połączyć przyjemnego z pożytecznym? ­– Puścił mi oko i zdawało mi się, że na ułamek sekundy zobaczyłem lekki uśmiech. Mogło mi się jednak przywidzieć. – Chodźmy stąd, mamy pracę do wykonania, trochę nam tutaj zeszło, a chciałbym spędzić noc w wygodnym, szlacheckim łożu.

– Do Bernharda więc – dopiłem wino i podniosłem się z sofy. Gdy wychodziliśmy z budynku ukradkiem spojrzałem w stronę okna, gdzie zostawiłem Annę. Zdawało mi się, że widziałem lekki ruch zasłon. Uśmiechnąłem się do siebie i zagadnąłem inkwizytora.

– Dowiedziałeś się czegoś interesującego?

– Niewiele, jednak wiele można się domyślić. Gdy zacząłem temat Bernharda wybuchnęła śmiechem i udawała pijaną, że niby nic do niej nie dociera. Nie dociekałem więc, tylko zacząłem beztrosko rozmawiać i udawać, że coraz bardziej wino mi do głowy wchodzi. Ona oczywiście udawała, że pije jednak, gdy stwierdziła, że jestem już wyjątkowo wstawiony trochę sobie pofolgowała. Mocnej głowy to ona nie ma, jednak mimo wszystko ciężko coś było z niej wydusić. Na ten moment się poddałem i postanowiłem ją do siebie… Przekonać – uśmiechnął się lekko – Chyba przypadłem jej do gustu, bo gdy powiedziałem, że musze porozmawiać z Hrabią powiedziała, żebym go od niej pozdrowił. – Ach ci ludzie, wystarczy trochę alkoholu i komfortu, żeby przestali zważać na słowa. Biedna kobieta nie zdawała sobie sprawy, że właśnie przyznała się do znajomości z podejrzanym. Jeśli nasze dochodzenie wykaże, że Bernhard jest uwikłany w kontakty z demonami, Leandra może mieć nie lada kłopoty.

– Cóż ciekawego działo się z Tobą i tą młoda dziewką?

– Bardzo interesująca panna… No cóż, udało mi się dowiedzieć, że Leandra dostarcza Hrabiemu dziewczyny na noc przynajmniej raz w miesiącu. Nie używa ich on jednak do zabawy, ale dla towarzystwa, nawet daje im oddzielną komnatę, gdy śpią. – Wolałem póki co zachować dla siebie niektóre informacje. Mimo, że był moim przyjacielem, to jednak inkwizytorem, a Anna była w gruncie rzeczy dobrą dziewczyną.

– No cóż, to bardzo przydatne. Potwierdza się to, że jest jakaś zażyłość pomiędzy Bernhardem a Leandrą.– Nie naciskał na mnie, mimo, że zapewne doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie powiedziałem mu całej prawdy. Ufał mi, tak samo jak ja jemu, jednak sam miał swoje sekrety, o które go nie wypytywałem.

- Sądzisz, że powinniśmy odwiedzić tego kowala, o którym wspominał ksiądz? – Zagadnąłem.

- Byłem u niego rano, zanim się obudziłeś. ­– Odpowiedział znużony. – Oczywiście nie ma sensu się w to zagłębiać. Ot pomarudził, że Hrabia nie raczy płacić za wykonywane usługi, poza ‘’podziękowaniami’’ w imieniu Królestwa. Nic poza tym.

– No tak, skąd wiedziałeś, że ksiądz go poleci?

– Porozmawiałem z kilku ludźmi, którzy stwierdzili, że ksiądz nie darzy go zbytnią sympatią. Ponoć odmówił mu jakiegoś zlecenia. – Ziewnął na koniec zaznaczając, że to nie jest zbytnio interesujący temat. Widać kowal musiał się trochę bać Hrabiego skoro nie odmawiał mu darmowej pracy, gdy potrafił zbyć księdza. Wróciliśmy do karczmy, gdzie zostawiliśmy nasze wierzchowce i ruszyliśmy w drogę do dworu Bernharda.

Dotarliśmy na miejsce, gdy słońce zaczęło już zachodzić. Było dosyć gwarno, gdyż służba krzątała się dokańczając swoje codziennie obowiązki i powoli znikali w swoich kwaterach. Zostawiliśmy konie stajennemu i ruszyliśmy w stronę głównego budynku, gdzie mieszkała rodzina szlachecka. Gdy byliśmy blisko wejścia drzwi się otwarły i wyszedł nam na spotkanie wysoki mężczyzna, około czterdziestu lat.

– Witam Panów Inkwizytorów. Nazywam się Gisbert i jestem majordomusem Hrabiego Bernharda. Przygotowujemy właśnie kolację, na którą jesteście zaproszeni przez Mości Pana. Zaprowadzę Panów teraz do komnat, gdzie będziecie mogli się odświeżyć przed posiłkiem. – Widać wino nie odebrało Leandrze rozumu, gdyż najwidoczniej wysłała do Hrabiego gońca z informacją, że przybędziemy. Głupotą byłoby jednak twierdzić, że dom publiczny nie miał nic wspólnego z lokalną szlachtą. Udaliśmy się za majordomusem do naszych komnat, dostaliśmy oddzielne, co niezmiernie mnie zdziwiło. Gdy wszedłem do środka, czekała tam na mnie balia z gorącą wodą, oraz młoda służąca, która stała z dzbanem i ręcznikiem.

– Witam moja droga, jestem Amilcar, jak Ci na imię?

– Gloria, Panie – Schyliła lekko głowę, wzrok miała utkwiony w ziemię.

– Dobrze Glorio, usiądź proszę. Ten dzban musi być ciężki. – Spojrzała na mnie zdezorientowanym wzrokiem. – Nie bój się, Twój pan się nie dowie. – Puściłem jej oko i uśmiechnąłem się lekko. Znowu spuściła wzrok i się zarumieniła. Powoli odstawiła dzban na ziemię i usiadła na krześle obok balii. Niegrzecznie byłoby kazać gospodarzowi czekać, więc rozebrałem się i wszedłem do wody, dosyć gorącej swoją drogą. Gloria musiała być przyzwyczajona do widoku nagich mężczyzn, gdyż tym razem jej policzki pozostały blade. Mimo wszystko zamierzałem się trochę zrelaksować przed kolacją, zwłaszcza, że trochę czasu nam zajęło, żeby tu dojechać.

– Od dawna służysz u Hrabiego Glorio?

– Moja matka była służką u Ojca Mości Pana. Wychowałam się tu.

– Ile masz lat drogie dziecko?

– Siedemnaście Panie – Rosła dziewka już. Za niedługo będzie już pewnie mężatką. Ciekawe, czy jej Pan zdążył już się nią zabawić. Młode, ładne służące nie miały łatwego życia w szlacheckich włościach.

– Piękna Pannica z Ciebie Glorio. Zapewne niejeden kawaler z okolicy smali cholewki do Ciebie? – Puściłem jej oko, ale ona patrzyła się ciągle w ziemię. Zdziwiło mnie, że nie pojawił się rumieniec na wzmiankę o tym. U panny w jej wieku byłoby to dosyć normalne.

– Nie mam czasu na zaloty Panie. Jestem potrzebna Mości Panu – Odpowiedziała bez emocji.

– A jakież to masz obowiązki, że Bernhard nie mógłby się bez Ciebie obejść kochana? – Normalnie byłyby to łóżkowe sprawy, ale jednak coś mi tu nie pasowało.

– To zależy od Mości Pana. – Powiedziała i uniosła głowę. Twarz pozostawała beznamiętna, co było dosyć niepokojące, po jej uprzednim zawstydzeniu się, gdy pozwoliłem jej usiąść. Jednak jej oczy mnie zaniepokoiły. Wpiła swój wzrok we mnie, jakby wierciła moją duszę. Oczy patrzyły na mnie beznamiętnie, jakby była w transie. Nie chciałem tego przedłużać, więc przerwałem to krótkie milczenie.

– Oczywiście Glorio, mogłabyś mi umyć plecy proszę? – Dziewczyna wstała i podeszła do mnie. Wzięła do ręki mydło i dotknęła moich pleców…

 

– A to skurwiel. Odciągnij ją od niego, prędzej! – Krzyknął przestraszony Lars. Akolitka wpadła w agonię. Drgawki targały jej całym ciałem, które lśniło się od potu. Jej oczy były błędne, źrenice zwężały się i rozszerzały, nie potrafiły skupić się na jednym punkcie. Usta miała zaciśnięte i blade, wypływała z nich strużka krwi. Germez próbował oderwać jej ręce od głowy przesłuchiwanego, ale nie dawał rady. Lars rzucił się mu na pomoc i udało im się w końcu ją odciągnąć. Zdjął płaszcz i zarzucił go na Akolitkę, która już się trochę uspokoiła, ale patrzyła się przed siebie niewidzącym wzrokiem. Lars łypnął wzrokiem na siedzącego w kącie inkwizytora. Sukinsyn nawet nie drgnął palcem, pomyślał, po jaką cholerę go tu przysłali. Inkwizytor, jakby wyczytał w myślach spojrzał się na Larsa. Ciarki przeszły mu po plecach od lodowatych oczu człowieka. Pomocnik Akolitki nigdy nie czuł się komfortowo w ich towarzystwie. Byli to ludzie bez emocji, bezduszne narzędzia, które miały tylko jeden cel – Zabezpieczyć władzę Kościoła bez względu na środki. Przeniósł spojrzenie na młodego adepta. Z drugiej strony jednak dobrze jest mieć Inkwizytora pod ręką w takich sytuacjach. Germez był cały blady i patrzył się ze strachem na człowieka, który był usadowiony na krześle. Gdyby coś się wydarzyło zapewne on pierwszy by zemdlał. Nie winił go z drugiej strony. Od samego patrzenia na więźnia włos jeżył się na karku a ręce drgały mimo woli. Był on przypięty łańcuchami za nogi, szyję i ręce. Opaska zakrywała mu oczy, zaś usta miał zakneblowane. Dodatkowo był potraktowany obezwładniającymi modłami. Wszystkie te zabezpieczenia przeciwko człowiekowi, który od tygodnia był nieprzytomny. Lars podszedł do Akolitki, która powoli dochodziła do siebie. Spytał, czy dobrze się czuje. Uśmiechnęła się tylko słabo, ale patrzyła na niego przytomnie. Towarzyszył jej przy wielu sondach, jednak tym razem nie było to zwykłe przeszukiwanie wspomnień. Ten… Człowiek, był czymś więcej. Lars czuł, że gdy się obudzi, nawet obecność inkwizytora może nie być wystarczająca, by go powstrzymać. Odesłał młodego adepta i pomógł Akolitce wstać. Nie jest w stanie nawet stać o własnych siłach, pomyślał, przydałby się jej odpoczynek, ale trzeba najpierw spisać zeznania. Wyprowadził ją za drzwi. Na zewnątrz czekało dwóch kolejnych inkwizytorów, a wiedział, że w klasztorze znajduję się ich więcej. Wszystko to dla jednego człowieka, kim on jest? Nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać, wiedział, że i tak się dowie. Musiał zaprowadzić ją do jej pokoju i spisać wszystko, co znalazła w umyśle więźnia. Pierwszy raz w życiu bał się jednak tej wiedzy. Wiedział, że może ona przeszkodzić mu w zachowaniu zimnej krwi podczas kolejnych przesłuchań. Wiedział też, że on je tylko spisze, a Akolitka musi przeżywać wspomnienia, jakby były jej własnymi. Doszli w końcu do jej pokoju, pomógł jej się położyć i podał wywar poprawiający pamięć. Za kilka chwil Akolitka wejdzie w trans. Lars usadowił się więc przy sekretarzyku obok łóżka, sprawdził jakość atramentu, zanurzył w nim pióro i czekał…

 

Arhi otworzyła oczy. Rozejrzała się naokoło, wszędzie ciemność. Oczy mimowolnie biegały próbując złapać jakiś punkt. Udało się. Zarys jakiegoś przedmiotu, dobrze. Wzrok powoli zacznie przyzwyczajać się do ciemności. Nogi powoli ruszyły przed siebie, w stronę przedmiotu. Ręce wyciągnęły się przed siebie, powoli zbliżały się do konturów, których oczy się kurczowo trzymały. Z początku mały przedmiot zaczynał się rozciągnąć, gdy wzrok oswajał się z ciemnością. Ręce dotarły do celu, zetknęły się z przedmiotem. Dotyk nie był przyjemny, włosy na rękach zaczęły się jeżyć, gęsia skórka zaczęła ogarniać całe ciało. Nagle pojawił się mały płomień. Oczy zaczęły się rozszerzać, strach zaczął paraliżować, przytłumiać zmysły. Płomień zaczął się rozdzielać, ciemność zaczęła się rozpraszać. Nagłe światło, chociaż nikłe przykuło uwagę wzroku, ale tylko na chwilę. Głowa powoli zaczęła obracać się z powrotem w stronę przedmiotu. Nic tu nie ma, dłonie kurczowo ściskają pięści. Dlaczego nic tu nie ma? Płomienie zaczęły bić mocniejszym światłem. Tunel, nie… Korytarz. Wnętrze wielkiej katedry, płomienie to pochodnie wiszące na ścianach. Sklepienia nie widać, za wysoko. Potęga przytłacza, jednak nie jest to potęga religii, coś innego. Nogi powoli zaczynają sunąć wzdłuż korytarza, nie widać końca. Wzrok kieruje się w prawo, schody. Nie da się jednak przejść, zawalone. Nagle dźwięk, przestraszony umysł wariuje, kieruje wzrok w stronę dźwięku, nie da się go zlokalizować, echo. Dźwięk narasta, zbliża się, panika. Cisza. Oczy rozglądają się naokoło, coś przykuwa ich uwagę. Schody, puste, można wejść. Nogi ruszyły w stronę schodów, weszły na górę. Głowa obróciła się w lewo, dreszcze zaczynają opanowywać ciało, ten sam strach, co przy przedmiocie. Teraz jednak jest jasno, widać. Oczy rozszerzają się ze strachu, oddech zaczyna przyspieszać, nie da się go opanować. Sparaliżowane ciało odmawia posłuszeństwa, oczy na chwilę kierują wzrok na schody, nie ma! Zawalone! Szybko skupiają się znowu na przedmiocie, zaczyna się zbliżać. Idzie w moim kierunku. Mała dziewczynka, czarne, mokre włosy opuszczone na twarz. Przemokła i brudna koszula zasłania stopy, ona nie idzie, ona płynie, coraz szybciej. Umysł zaczyna odmawiać posłuszeństwa, oczy zaczynają zachodzić mgłą, łzawią, paraliż. Jest tuż obok, nagle ręce przerywają paraliż, łapią istotę i rzucają w dół schodów. Wszystko powinno być dobrze, ale ciało dalej odmawia posłuszeństwa. Wzrok ponownie kieruje się w stronę schodów, dalej zawalone, jednak… Coś innego, ręka na krawędzi. W oddali druga, coś się wspina, ona wraca. Głowa nie chce się obrócić, wzrok jednak nie może się oderwać. Już nie widać rąk, stoi obok, oddech przyspiesza, zaraz wyrwie płuca. Dziewczynka powoli podnosi rękę i dotyka włosów. Widać już usta, zaraz pokażą się oczy. Nie, nie chcę tego, zabierz mnie stąd! Oczy nie mogą się od niej oderwać! NIE…!

Arhi otworzyła oczy, rozejrzała się naokoło. Lars trzymał ją za ramiona, w jego oczach widziała panikę. Już dobrze, jestem z powrotem. Już wszystko w porządku.

 

Otworzyłem oczy, Gloria najwidoczniej umyła mi już plecy, teraz stała obok ze wzrokiem utkwionym we mnie. Musiałem na chwilę przysnąć, bo woda zrobiła się chłodniejsza. No cóż, nie ma co dłużej czekać, trzeba skorzystać z gościnności Hrabiego i wrzucić coś na ząb.

­– Możesz już odejść kochana. Dziękuję za towarzystwo. – Gloria ukłoniła się lekko i wyszła bez słowa. Wytarłem się do sucha i wcisnąłem w ubranie. Zdziwiło mnie lekko, że mój miecz i sztylet ciągle tu leżały. Byłem pewny, że dziewczyna przyszła tu nie tylko po to, żeby zająć mnie rozmową. Dotknąłem rękojeści sztyletu, jednak po krótkim zastanowieniu się cofnąłem rękę. Skoro Hrabia postanowił nie konfiskować broni na czas naszego pobytu, to nie ma sensu się z nią obnosić. Zapewne nie zdała by się na wiele w razie czego. Wyszedłem za drzwi, gdzie czekała na mnie Gloria. Bez słowa ruszyła przed siebie a ja za nią. Zaprowadziła mnie do drzwi od jadalni, zza których dobywał się hałaśliwy gwar. Spojrzałem za siebie, jednak dziewczyny już przy mnie nie było. Wzruszyłem ramionami i wszedłem do środka.

Ogarnęło mnie niemałe zdumienie. To, co Majordomus nazwał kolacją okazało się sporym przyjęciem. Nie sposób było zliczyć ludzi, którzy się tu znajdowali. Hrabia widać nie przebierał w środkach, gdyż stoły uginały się od jadła zaś, jeśli chodzi o pragnienie to było tu wszystko, cokolwiek by dusza zapragnęła, żeby je zagasić. Spojrzałem w górę stołu, gdzie dostrzegłem gospodarza. Nie wyglądał jednak na typowego szlachcica. Był dosyć szczupły i niezbyt udzielał się w całym harmidrze. Siedział spokojnie, popijając wino i racząc się rozmową z osobą obok. Towarzyszem okazał się Ezequiel, który również z pucharem w dłoni prowadził konwersację. Inkwizytorowi, oczywiście, jako jedynemu, nie umknął fakt, że pojawiłem się na sali. Uśmiechnął się lekko i skinął, żebym podszedł. Bernhard musiał zauważyć ten fakt, gdyż skierował na mnie swój wzrok i też się uśmiechnął. Nie pozostawało mi nic innego, jak do nich dołączyć.

– Pozwoli Hrabia, że przedstawię. To jest mój uczeń, Amilcar.

– Miło mi chłopcze, proszę, usiądź przy nas. Jedz i pij cokolwiek zapragniesz.

– To dla mnie zaszczyt Was poznać Panie. – Ukłoniłem się lekko, co niezmiernie rozbawiło Bernharda.

– Widzę, że mimo służby Wierze jesteś jednak dobrze wychowany. – Mrugnął znacząco do inkwizytora. – Nie musisz się jednak przejmować, nudzi mnie ta cała szlachecka kultura. Możemy rozmawiać swobodnie. Mam nadzieję, że kąpiel Ci odpowiadała?

– Oczywiście, dziękuję za to, jak i za zacne towarzystwo. Gloria się spisała.

– Ach tak. ­– Dojrzałem błysk w jego oku. – Dobrze to słyszeć. Lubię ją, to dobra dziewczyna.

– Niezaprzeczalnie Panie, dosyć interesująca dziewczyna.

– Och tak? A cóż takiego Cię w niej zainteresowało? – Spojrzał na mnie z ciekawością.

– Jeśli mam być szczery… Jej głębia zapewne. – Sam się zdumiałem tą wypowiedzią. Bernhard jednak tylko lekko się uśmiechnął a mnie ogarnęło dziwne uczucie. Spojrzałem na Ezequiela i o mało nie krzyknąłem. Wydawało mi się, że wyczytałem w jego oczach zalążki strachu. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego u mego przyjaciela. Jeden z najlepszych Inkwizytorów w Cesarstwie… Bał się? Czego?

Poszedłem za jego wzrokiem i naraz krople potu wystąpiły na moim czole, co do cholery się dzieje? Czy znowu zemdlałem? Cała sala znieruchomiała, przepełnione ludźmi pomieszczenie zamarło, nikt się nie ruszał, nawet mucha nie bzyczała w pobliżu, co u licha?

Z trudem przeniosłem spojrzenie na Hrabiego i to przeraziło mnie jeszcze bardziej. Bernhard się uśmiechał, w jego oczach tańczyły ogniki, dobrze się bawił.

- Widzisz Amilcarze i Ty Wielki Inkwizytorze. Może wam się zdawać, że ksiądz słał po was listy. Jak zapewne się domyśleliście, to nie on upraszał się o wasze przybycie. Byłem niezmiernie ciekaw, aby Cię poznać chłopcze. – Wyszczerzył zęby jeszcze bardziej – Nie ujmując nic Tobie, Ezequielu oczywiście. To dla mnie zaszczyt poznać sławnego Ezequiela, Wielkiego Inkwizytora, tego samego, który widział i wydostał się z Piekła. – Inkwizytor z trudem przywołał maskę na twarz. Widać jednak było, że został wyprowadzony z równowagi.

– Jak? – Spytał ledwie dosłyszalnym szeptem.

– Jak się tu znalazłem? Och, nie spodoba Ci się odpowiedź i nie zamierzam Ci jej w tym momencie udzielać. Nie chciałbym abyś stracił zimną krew. W końcu jesteście mi potrzebni, obaj.

– Myślisz, że mnie przestraszysz?

– Inkwizytorze, nie jestem naiwny. Wiem, że strach się już Ciebie nie ima. Jestem jednak pewien, że mimo wszystko spełnisz moją… Prośbę – Spojrzał w moją stronę. Ezequiel zacisnął mocniej ręce na oparciu fotela. Nie mogłem wydusić z siebie słowa, jego wzrok mnie petryfikował.

– Jestem niezmiernie ciekaw, jakie są granice Twojego oddania. A ja, gdy zżera mnie ciekawość, zwykłem dostarczać jej pożywienia. – Uśmiech znikł z jego twarzy i spojrzał w kierunku sali. Jego wzrok spoczął na jednym z gości, otyłym jegomościu, który nadzwyczaj dobrze się bawił trzymając 2 kufle w ręku i nie bacząc na spływające po jego brodzie trunki. Zapewne miał już trudności z trafieniem we właściwe miejsce.

- Szanowny Baron Hadufunus de Leiungstubus. – Rzekł znudzony Hrabia – Swoją drogą interesujące nazwisko rodowe. Baron posiada liczne potomstwo, niekoniecznie czystej krwi, ale powinno wystarczyć, aby przedłużyć ród. Szkoda byłoby pozbawić świat rozrywki związanej z dowcipami na temat jego godności. – Czułem, jak włosy jeżą mi się na karku. Coś mi mówiło, że nie spodoba mi się to, co się teraz stanie. Hrabia powolnym ruchem podniósł rękę, wzrok utkwiony w baronie i nie spiesząc się powoli zacisnął pięść. Gdyby nie zatrzymany czas zapewne widzielibyśmy ułamek sekundy, gdy baronowi oczy wyszły na zewnątrz. Jednak w tej sytuacji potężny człowiek momentalnie zamienił się w krwawą plamę. Wiedziałem, że gdy czas z powrotem zostanie wprawiony w ruch owa zbita masa czerwieni rozpryśnie się naokoło, na bawiących się ludzi, na jedzenie i picie.

– Widzisz Amilcarze. Ludzie są tylko zabawkami w rękach innych, bardziej godnych istot. Wystarczająco długo cieszyli się względnym pokojem. To, co wy nazywacie opętaniami, demonami, siłami nieczystymi to tylko znudzone jednostki, przybywające z innego świata by się trochę zabawić. To wszystko się jednak skończy, a to za sprawą nie kogo innego, jak twojego mentora i przyjaciela. My jednak nie mamy wyższego celu w tym, co się stanie. Ludzie będą mogli dalej prowadzić swoją krucjatę przeciwko siłom nieczystym, demonom, potworom. To i tak nie ma znaczenia, gdyż to oni są najlepszym przykładem zła. Ja, jak już wspomniałem, jestem po prostu ciekawy. W szczególności tego, jak Ty się zachowasz Amilcarze. Czy przyłączysz się do wszechobecnego chaosu, jak Ci jest pisane? Czy jednak pozostaniesz przy tym, czego nauczyłeś się u boku Ezequiela? Ale nie masz się o co obawiać, mamy czas. Z tej całej konwersacji nie zapamiętasz nic, jedynie ziarno niepewności będzie Cię męczyć.

Jeśli zaś chodzi o moją prośbę. – Spojrzał na inkwizytora – Możesz być spokojny, nie będzie mi potrzebna przez najbliższy czas. A teraz wróćmy na przyjęcie, goście się niecierpliwią. – Znowu uśmiechnął się diabelsko

 

 

Mój wzrok mimowolnie popłynął w stronę jednego z gości. Był to jegomość, lekko mówiąc, przy kości trzymający dwa kufle z piwem. Mimo potężnej postury widziałem, jak cały dygotał. Wydawało mi się to dosyć dziwne, bo dałbym sobie głowę uciąć, że przed chwilą bawił się dosyć dobrze. Był cały blady, a w jego oczach widziałem obłąkanie walczące na równi ze zdumieniem i strachem. No cóż, musiał zapewne trochę przesadzić z piciem i coś mu się przywidziało. Dreszcz zimna, który mnie przeszył, wyrwał mnie z zadumy. Podniosłem kielich i uraczyłem się winem, naprawdę wybornym swoją drogą. Odwróciłem się w stronę Hrabiego i Inkwizytora i przysłuchałem się ich rozmowie.

– Jak długo zamierzacie tu pozostać w takim razie? – Zagaił Bernhard. Musiało mi coś umknąć, gdyż nie mogłem sobie przypomnieć, o czym rozmawiali przed chwilą.

– Jesteśmy tu tylko przelotem. Odpoczniemy i ruszamy dalej. Pracy jest aż nadto, by siedzieć zbyt długo w jednym miejscu. ­– Odpowiedział Ezequiel i nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że w jego głosie brzmiała nuta niechęci, jeśli nie wrogości.

No cóż, służba Kościołowi nie pozwala odetchnąć. Zło nie zasypia – Uśmiechnął się Hrabia i wychylił kieliszek.

– Nie… Ono jest zawsze w gotowości. Nigdy nie można być pewnym, kiedy się ujawni… – Odparł Inkwizytor i wlał w siebie swój trunek.

– Nie bądź taki skromny Ezequielu. Tobie zapewne z łatwością przychodzi stwierdzenie, czym jest i gdzie się tak naprawdę czai mrok. Nie omieszkam stwierdzić, że czuję się spokojny wiedząc, że stoisz na straży. Wierze też Amilcarze – zwrócił się w moją stronę – że przy takim opiekunie Ty także będziesz potrafił podjąć słuszną decyzję, gdy będzie to od ciebie wymagane. – Teraz nie miałem już najmniejszych wątpliwości. Inkwizytor ściskał kielich tak mocno, że jego palce zrobiły się blade. Nie krył się już też z aurą wrogości w stronę Bernharda. Ten zaś nic sobie nie robił z Ezequiela, uśmiechał się dalej i patrzył się na mnie. Nie mogłem się oprzeć uczuciu, że coś mnie pominęło.

­– Chłopak jest jeszcze młody, nie ma co mu mieszać w głowie – Ezequiel zdołał się jednak opanować i nawet zdobył się na lekki uśmiech.

– Ależ nie śmiałbym. Po prostu zawód inkwizytora jest dosyć wymagający i zapewne wymaga podejmowania wielu trudnych wyborów. – Hrabia nie dał po sobie poznać, że zaniepokoiło go zachowanie Ezequiela. – Ale to nie jest czas i miejsce na takie debaty. Należy nam się trochę odpoczynku, nieprawdaż?

– To prawda, wybacz Bernhardzie, jesteśmy trochę zmęczeni. – Po Inkwizytorze nie było już widać cienia zdenerwowania. Uśmiechnął się i wychylił kielich. A może mi się jednak coś przywidziało z zachowaniem mojego przyjaciela? Nie było sensu się nad tym zastanawiać zwłaszcza, że teraz zrozumiałem, że od posiłku w karczmie nic nie jedliśmy. Przeprosiłem więc moich towarzyszy i ochoczo ruszyłem w stronę stołów. Ach, czego tu nie było… Rybie jajeczka – czarne niczym węgiel, co świadczyło o jakości; Bobrowe Ogony, Wszelakiej maści pasztety – nadziewane, pieczone, mięciutkie, chrupiące; Bigos – wyśmienita potrawa ze Wschodnich Królestw, wszelakie ryby – jesiotry, dorsze, karp bez ości, raki nawet. Końca nie było, można by wymieniać. Hrabia potrafił podać do stołu. Nabrałem sobie wszystkiego po trochu i przysiadłem się do stołu, gdzie wrzała gorąca dyskusja.

– Co mi pan tu za farmazony pierdolisz! Przecież każdy bachor wie, że najpiękniejsze kobiety są zza Wschodniej granicy Cesarstwa! Dziewoje, że hej! Długie nogi, zgrabne tyłeczki a cyce, że zgubić się w nich można, hehe…. – Krzyczał rubaszny jegomość, którego brzuch mógł spokojnie służyć za podstawkę pod rząd piw.

– Nic im nie ujmuje Waćpanie, jednak ostaję przy tym, że kobiety z południa są jurniejsze. Temperamencik taki, że w sypialni to byś Pan ten swój brzuch zrzucił w dwie noce. – Cmoknął z zadowoleniem opalony, czarnowłosy jegomość. – Wiem co mówię, dopiero co stamtąd wróciłem.

– Co wy się tam znacie! Za morze byście się na północy wybrali to byście dopiero zobaczyli baby na schwał! Taka to by niejednego przeorała, aż by znachora wołał! – Krzyknął zaczerwieniony, barczysty drab z brodą splecioną w warkoczyk. Wszyscy na to zgodnie wybuchli śmiechem, łącznie ze mną. Każdy słyszał żarty na temat kobiet z wysp, które łatwo można było pomylić z chłopami.

­- Panowie, Panowie. Nie powinniśmy uwłaczać godności naszych dam, wszakże nasz kraj pełen jest nadobnych niewiast. – Młody rycerz dumnie wstał i ukłonił się do przechodzącej obok służącej.

­– Ty się gówniarzu chyba z własnym koniem na łby pozamieniałeś. Gdyby Cesarstwo nie prowadziło tylu wojen w przeszłości i nie sprowadziło kobiet to byś nie wiedział w nocy, czy ty swoją chędożysz czy ci się dzik nie zakradł. – Stwierdził jegomość przy kości. Na to wszyscy zgodnie parsknęli śmiechem, nawet barczysty drab się rozpromienił i ochoczo wychylił swój kufel, po czym beknął donośnie. Młody rycerz cały czerwony usiadł i zatopił nos w swoim kuflu.

Nieważne wszak, czy niewiasta nieziemsko nadobna jest, czy przeciętna. – Odezwał się zamyślony biesiadnik z końca stołu. ­– Byleby dbała o siebie. Gdy nadejdzie czas, każdy z nas wszakże chce tego samego. Dobrej kobiety, która i łoże ogrzeje i żołądek nasyci. Dziećmi się zajmie, ale i drwa do palenia narąbie. Zaradna kobieta to największy skarb moi mili! A jak o siebie dba to i brzydotę może przysłonić.

Dyskusanci z aprobatą skinęli głowami i z tym ich zostawiłem. Był to dosyć długi dzień, więc po zaspokojeniu głodu wybrałem się do swojego pokoju na odpoczynek. Jeśli chodzi o wybadanie Hrabiego to Inkwizytor zapewne sam sobie poradzi, a zresztą jutro też jest dzień, należy nam się odpoczynek. Przy drzwiach skinąłem na Ezequiela, który odpowiedział mi tym samym i wyszedłem za drzwi.

Przemierzając korytarze w zamyśleniu natknąłem się na sporej wielkości obraz. Przedstawiał on jedną z bitew podczas Cesarskiej Wojny Domowej, podczas której zginęła prawie połowa ludności Cesarstwa. Było to jeszcze zanim na kraj spłynęła łaska Boża, jakieś 400 lat temu. Moją uwagę przykuła postać w rogu. Malarz musiał być nie lada artystą, gdyż każdy szczegół, każda twarz była starannie wykonana, nawet te na dalszym planie. W owej twarzy rozpoznałem naszego Hrabiego, a raczej jego przodka, gdyż niemożliwym by było, żeby przeżył 400 lat. Podobieństwo było jednak niesamowite. Ziewnięcie przypomniało mi o zmęczeniu i ruszyłem do pokoju. Rozebrałem się i wślizgnąłem pod pierzynę. Usłyszałem ciche skrzypnięcie otwieranych drzwi i uśmiechnąłem się do siebie. Ledwie słyszalny odgłos zrzucanej szaty potwierdził moje przypuszczenia. Po chwili poczułem na plecach gorące piersi Glorii…

 

Lars z ulgą zobaczył, że Akolitka przerwała kontakt i odsunęła się od więźnia. Wiedział, jak ważne jest te skanowanie, jednak Arhi należał się odpoczynek. Blada twarz i zmęczone oczy mówiły same za siebie.

Koniec

Komentarze

Jest to część historii, którą piszę od jakiegoś czasu.

Zaczekntwie, skoro to nie jest skończone opowiadanie, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miałem zaznaczyć jako fragment, jednak po przeczytaniu regulaminu itd nie do końca rozumiałem jak to działa. Jako, że będzie to bardziej jak książka (około 300-400 stron) to czy dalej jest możliwość wrzucania tutaj rozdziałami, czy lepiej sobie darować?

Zaku Love

Zaczeknfwie, nikt nie zabroni Ci wrzucać kolejnych części Twojego dzieła, ale zważ, że trafiłeś na forum, na którym publikuje się głównie opowiadania, nie powieści. Musisz też wiedzieć, że fragmenty, kolejne części dzieł, prologi i wybrane rozdziały, nie cieszą się, niestety, zbyt wielkim zainteresowaniem czytelników, a przy tym nie wchodzą do grafiku dyżurnych, nie mogą też być nominowane do piórek – tu dowiesz się więcej: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/20740

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ponieważ fragmenty nie wchodzą w zakres obowiązków dyżurnych, przeczytałam początek, a dalej nie przebrnęłam m. in. z powodu fatalnego zapisu. Historia nie jest na tyle wciągająca, żeby dało się na to przymknąć oko. No i “Inspirowane serią “Ja, Inkwizytor” oraz po części Wiedźminem” nie jest jakąś szczególną zachętą… Może lepiej napisz coś oryginalnego?

 

Trochę uwag z tej przeczytanej jednej trzeciej:

 

Czemu dialogi kursywą?

 

“Gdy przychodziło jednak do liczenia pieniędzy te serdelki zmieniały się w całkiem sprawną maszynkę.” – porównanie do maszyny w typowej okołośredniowiecznej fantasy?

 

Nie pasuje mi też do takiego świata określenie kler – mam wrażenie, że jest ono wbrew pozorom dość późne, zwłaszcza w powszechnym użyciu. W źródłach historycznych i to dość późno, masz duchowieństwo, a potocznie prędzej klecha [edit: którego zresztą zaraz potem używasz – komentuję na bieżąco w zduplikowanej karcie] – zresztą np. w zdaniu “nie pałał zbytnią miłością do wszelakiego kleru” lepiej by brzmiało “… do klechów”

 

“Spojrzał na księdza Inkwizytor.” Inwersja szyku tylko jak zaczynasz od czasownika odnoszącego się do mówienia. → Inkwizytor spojrzał na księdza. I inkwizytor ogólnie małą literą, bo to nie nazwa własna.

 

“Powitała nas skąpo ubrana, mocno opalona szatynka, zapewne niewolnica sprowadzona z krajów arabskich.” Nie opalona, tylko po prostu ciemnoskóra… A “kraje arabskie” to też współczesne określenie.

 

Panowie, panie – z małej litery

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nowa Fantastyka