- Opowiadanie: Jeromonach - Sen

Sen

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Sen

SEN

 

 

Promienie słońca odbijały się od wyrzeźbionych mięśni żelaznego mężczyzny. W ręku trzymał tyczkę i niosąc ze sobą sandały przechodził po stalowej lince na drugi brzeg rzeki. Przyglądały się temu trzy siostrzane spichrza, odnowione fasady secesyjnych kamieniczek oraz gołąb, który przycupnął na jego głowie. Na wyłączonym z ruchu moście staromiejskim, wzdłuż kutych balustrad w kwieciste wzory, stały niewielkie budki z lodami, kwasem chlebowym i gotowaną kukurydzą.

Człowiek z żelaza nie zwracał uwagi na chłopca, którego twarz zroszona była niesionymi wiatrem kropelkami z rozstawionej po drugiej stronie mostu kurtyny wodnej. Chłopca otaczały setki ludzi, a każdy znalazł się tu z innego powodu. Mężczyzna w skrojonym na wymiar garniturze szedł właśnie do swojej kancelarii adwokackiej przy ulicy Focha, grupka długowłosych nastolatków zdecydowała, że wypicie piwa na Wyspie Młyńskiej będzie dziś ich najlepszym pomysłem a kobieta przy kości rozdawała ulotki jakiejś podrzędnej szkoły językowej, by zarobić na wakacje. Wszystko było jak w każdy letni dzień. Prawie. Dzisiejszy dzień różnił się od innych. Miejsce zwyczajowego gwaru losowego tłumu zajęło rozdzierające wycie syreny alarmowej, któremu wtórowały wrzaski kobiet i próbujących je przekrzyczeć policjantów. Ich zadaniem było możliwie bezpiecznie doprowadzić spanikowanych do jedynej w Bydgoszczy stacji metra przy placu Teatralnym, powstałej nie jako środek transportu, a jako poroniony pomysł któregoś z lokalnych polityków za wszelką cenę chcącego zrobić metropolię z tego, bądź co bądź, niewielkiego miasta. Pieniądze skończyły się już po wydrążeniu kilometra tunelu i zbudowaniu jednej stacji z westybulem – i nikt nie wiedział na co komu ten pomnik ludzkich kompleksów. Aż do dzisiaj.

Mama właśnie płaciła na Starym Rynku za dwie gałki lodów orzechowych dla niego i jednej gałki lodów waniliowych dla siebie, gdy rozległ się alarm. Nie zdążył nawet zamoczyć zębów w lodowatej, słodkiej masie – zaczęli od razu biec. Biegli tak już parę minut. Byli tuż przy budynku w kształcie rotundy. Dookoła kotłowało, narastała panika. Gdzieś z daleka dochodził coraz głośniejszy świst. Mocno chwycił mamę za rękę. Udało im się wedrzeć do środka. Drzwi zatrzasnęły się za nimi z głuchym hukiem, dzięki automatycznemu mechanizmowi, zainstalowanemu dwa tygodnie temu w tajemnicy przez władze miejskie. Słyszał dobiegające z drugiej strony rozpaczliwe krzyki i przekleństwa, uderzenia w metalowe drzwi pięściami i każdym innym przedmiotem, który akurat desperaci mieli pod ręką. Trzymając się kurczowo mamy zbiegł z nią po schodach ruchomych na dół ku przyszłości.

Dzisiejszy dzień zdecydowanie różnił się od innych. Nie był jednym z wielu następujących po sobie dni. Miał być dniem ostatnim.

 

*

 

– A na cholerę ci to złoto? – burknął Siwy. Należał do osób niewidzących sensu w ryzykownych przedsięwzięciach. Nie pchał się w nic, co nie dawało pewnej, namacalnej korzyści. – Zęby chcesz sobie wymienić? – dodał z uśmiechem odsłaniając uzębienie nie mniej pijane od niego samego.

Siedział oparty o ścianę niewielkiego pokoju, choć biorąc pod uwagę stan budynku równie uczciwie można by powiedzieć, że to ściana opierała się o niego. Wieczór przypominał wszystkie poprzednie – po skończonym dniu zbierali się i rozmawiali w cieple jednego z ostatnich zachowanych piecyków olejowych. Nie było tu więcej zastosowań oleju, a tego akurat mieli pod dostatkiem, więc nie żałowali sobie. “Prędzej skończy nam się życie niż olej" – powtarzali za każdym razem, gdy trzeba było uzupełnić piec, jakby chcąc się usprawiedliwić przed samym sobą. Dzięki temu udawało się utrzymywać znośną temperaturę na każdym z pięter tego wielopoziomowego grobowca. Zbudowany w latach siedemdziesiątych, w złotych latach Zimnej Wojny, gdy ta atomowa była tylko groźbą, jako jeden z wielu komunistycznych wieżowców – maszyn do mieszkania. Wtedy był to skok cywilizacyjny – dziś to jej ostatni bastion. W tamtych latach na skarpie stało takich kilkanaście. Dumnie górowały nad rozkwitającą Bydgoszczą. Został tylko jeden. Tylko Grobowiec, który tamtego Dnia zapadł się w piaszczystą skarpę – czy to od wstrząsów, które wprawiły wzgórze w drgania i piaski się rozstąpiły, czy też z innego powodu. Nikt nie wiedział dlaczego tak się stało. Jedni uważali to za oczywisty cud, drudzy za przypadek jeden na milion lub tajny projekt sowietów, trzecich – których było najwięcej – niewiele to obchodziło. Grunt, że dawał schronienie przed mrozem i radioaktywnymi opadami, a te w zetknięciu ze skórą potrafiły sprawić, że odpadała płatami. Tylko najniższe piętra dawały całkowite schronienie przed promieniowaniem, bo nie sięgało tak głęboko w ziemię. Na samym parterze mieszkał Gruby ze swoją świtą, piętro wyżej jego Pomazańcy, na następnym Watażkowie, a wyżej zwykli ludzie. Na ostatnim, jedenastym piętrze, gnieździła się biedota – osoby, które nie miały już niczego do zaoferowania Wspólnocie i nic od niej nie oczekiwały oprócz świętego spokoju. Z tego co Sztaluga pamiętał jedenaste piętro i przed Dniem służyło bezdomnym. Teraz, w przeciwieństwie do tamtych czasów, nikomu nie przeszkadzali. Ich wynędzniałe ciała pochłaniały promieniowanie, więc ludzie żyjący niżej wierzyli, że do nich dotrze go mniej. A jeśli komuś by przeszkadzali, to nie było potrzeby brudzić sobie rąk usuwaniem ich. Radiacja robiła to skutecznie dzień w dzień, tydzień po tygodniu, skutecznie przerzedzając ich populację.

 

– Tu nie chodzi o złoto… – zaczął Sztaluga, ale w pół zdania zorientował się, że jego rozmówca pogrążony jest już w zbyt głębokim upojeniu by cokolwiek zrozumieć.

 

Westchnął, odchrząknął i położył się na tym, co teraz spełniało rolę jego łóżka, a kiedyś było drzwiami obitymi miękką gąbką. Nigdy nie rozumiał po co ta gąbka – takimi obijano kiedyś drzwi w wariatkowie. W sumie pasują tutaj. Wiedział co mu się przyśni – to samo co każdej nocy. Zasnął, wsłuchując się w ciche dudnienie kruchej konstrukcji i śpiew wiatru wpadającego do szczelin między budynkiem a otaczającymi go piaskami. Na zewnątrz szalał huragan. Chwilę później zobaczył żelaznego mężczyznę.

 

*

Obudził się bez bólu głowy. Zaskakujące. Mieszkał na siódmym poziomie, więc docierało do niego całkiem sporo promieniowania – nie na tyle, bo go zabić, przynajmniej nie przed trzydziestką, ale wystarczająco dużo, by powodowało ciągłe drobne dolegliwości w postaci zmian skórnych, zaburzeń trawienia, mdłości czy właśnie bólów głowy. Dziś czuł się całkiem dobrze – a przynajmniej na tyle dobrze, na ile można się czuć żyjąc w bloku zapadniętym we wzgórzu, w napromieniowanym świecie, jako prawdopodobnie jeden z ostatnich żyjących ludzi. Usiadł i próbował oddzielić śniący mu się co noc sen od rozmowy z Siwym. Na razie wszystko tworzyło jedną całość, co było tak niedorzeczne, że zaraz pewnie i tak rozboli go głowa.

 

– Też to czujesz? – zapytał go współlokator, Maniek, którego znał jeszcze z czasów przed Dniem.

 

Obaj mieli kiedyś psy, a że mieszkali po sąsiedzku, to czasem zdarzyło im się spotkać na spacerze. Nie byli zbyt blisko, bo pula znajomych do wyboru była nieco większa, a teraz skazani byli na siebie do końca życia. Żadnemu z nich to specjalnie nie przeszkadzało, ale jednak woleliby by ten drugi był jakąś ładną, młodą kobietą. Ciekawe, czy jakieś przeżyły. Chodziły plotki, że Gruby ma cztery żony – nie wiadomo było, czy można w to wierzyć, ale wzbudzało to pewną zazdrość. Niektórzy mawiali też, że jego ogromny brzuch, od którego dostał przezwisko, to tak naprawdę nie brzuch, a zaszyte substancje odżywcze. Coś niby wielbłądzi garb w wersji dla człowieka, nad którym rzekomo miała w tajemnicy pracować grupa ambitnych studentów w prosektorium jednego z bydgoskich szpitali. Chodziły słuchy, że udało im się skonstruować prototyp i – jakby czując nadchodzące niebezpieczeństwo – Gruby, będąc jednym z tych studentów, zaszantażował ich każąc go sobie wszczepić. Inni twierdzili, że to ci studenci go porwali chcąc przetestować swój wynalazek, a ten w odwecie ich zamordował – choć dziś zawdzięczać miał im życie. Sztaluga nasłuchał się przy piecu wielu opowieści i traktował je z rezerwą, ale codzienna egzystencja na tym atomowym pustkowiu nauczyła go, że czasem nawet najbardziej kretyńska historia może okazać się śmiertelnie prawdziwa. Tak jak z tymi Drechami… tak czy inaczej, według niego Gruby swój brzuch zawdzięczał, ni mniej ni więcej, ale zwykłej tkance tłuszczowej pozostałej jeszcze po starych czasach. Z resztą jako przywódca zapewne ma wystarczająco kaloryczne obiady by nie tylko ją utrzymać, ale też powiększać. Sztaluga uznał to za najbardziej prawdopodobną hipotezę i kiwnął sam sobie głową z uznaniem. Kończył już śniadanie, gdy przypomniało mu się jeszcze, że Staszek z Dziewiątego przysięgał, że Gruby ze stresu dostał ciążę urojoną i nosi teraz pod koszulką piłkę koszykarską z autografem Michaela Jacksona. Poza gorączkowym przekonywaniem, że mówi prawdę, nie miał nic na podparcie swojej teorii.

Przywództwo Grubego sprowadzało się do mieszkania na bezpiecznym parterze, być może też monopolu na kobiety, był także ostatnią instancją sądowniczą. Choć czasem miał dziwne zachcianki – parę tygodni temu kazał namalować na ścianie Drugiego pszczoły i chmury, bo kojarzyły mu się z domem rodzinnym – to nie był tyranem, na co dzień nie zauważało się go i nie wtrącał się ludziom w życie. Jego legitymacja władzy była jednak – a może właśnie dzięki temu – niepodważalna. Nikt nie śmiał podnosić na niego ręki ani kwestionować pozycji. Wszystkim szkoda było na to czasu i zasobów, chcieli tylko w spokoju dożyć swoich dni, więc ten stan rzeczy każdemu odpowiadał.

– No czujesz czy nie? – wyrwał go z zamyślenia głos współlokatora

– Co mam czuć?

– No właśnie. Nic! – wyszczerzył się Maniek – Nic nie czuć. Nic nie boli. Promieniowanie spadło. Pora na łowy!

 

W takie nieliczne dni jak ten najsilniejsi wychodzili z Grobowca zdobyć dla siebie i reszty pożywienie. Nie brakowało go w opustoszałej Bydgoszczy. Jedyny problem to zdobycie go – trzeba było wyjść na powierzchnię. A żeby to zrobić należało zaczekać na huragan, albo przynajmniej silny wiatr. Krótko po nim promieniowanie spadało do względnie bezpiecznego poziomu – tak jak kiedyś wiatr potrafił z większych miast przewiać smog, tak dziś usuwał część radioaktywnego pyłu. Przynajmniej tak im się wydawało. Nie przeżył żaden fizyk, by temu potwierdzić lub zaprzeczyć. Co prawda większość jedzenia i picia była mniej lub bardziej skażona, ale ostatecznie jedzenie i picie to tylko odwlekanie śmierci – a radioaktywne jedzenie i picie to po prostu odwlekanie śmierci trochę mniej. I nagle przypomniało się Sztaludze o czym opowiadał zeszłej nocy Siwemu. Nie wiedział ile jeszcze pożyje, wiedział tylko jedno – dzisiaj albo być może nigdy.

 

*

 

– Co wy wyprawiacie? Przecież to ściany nośne! – krzyknął Sztaluga na widok pary mężczyzn, których głowy niczym szron pokrywał tynk, podczas gdy wyburzali ściany na trzecim poziomie.

– Te, młody, co ty taki filozof? Gruby chce mieć duże pokoje to będzie miał duże pokoje. A co ja ci się tłumaczyć będę. Spieprzaj. – ostatnie słowo zaakcentował wskazując młotkiem w kierunku Sztalugi, niby od niechcenia, ale wystarczająco mocno by podkreślić swoją stanowczość i gotowość do obrony swojego zdania, po czym wrócił do poprzedniego zajęcia. Sztaluga z reguły starał się trzymać na uboczu, już ostatnie czego szukał to guza – choć i na niego trzeba było zarobić, bo ci co bardziej agresywni z reguły nie byli obdarzeni żadnymi specjalnymi talentami, więc nie reprezentowali dla Wspólnoty większej wartości – a co za tym idzie, nie mogli się w żaden sposób dla niej przysłużyć, więc nie mogąc zarobić na jedzenie albo umierali z głodu, albo zlinczowani podczas próby jego kradzieży. Zostali tylko ci, którzy umieli jako-tako żyć w społeczeństwie, a przynajmniej mu nie przeszkadzali. Nikogo nie interesowała tu walka z innymi ludźmi. Wystarczyło zaakceptować istniejący stan rzeczy, wyjść na powierzchnię gdy trzeba, od czasu do czasu udzielić się w czynie społecznym i można było w spokoju dożyć choroby popromiennej albo raka. Nie trwało to znowu tak długo, więc tym bardziej nikt nie chciał marnować tych ostatnich lat, tygodni, godzin życia. Odpuścił z czystym sumieniem, minął zajętych pracą robotników i zapukał do jednych z ostatnich drzwi na świecie – oprócz tych na których sam spał – do drzwi Serwerowni.

Przed wyjściem na zewnątrz można się tu było zameldować; nie było to obowiązkowe, ale mile widziane, bo było wiadomo, kogo można się już nie spodziewać i gdzie prawdopodobnie zwolni się miejsce. Choć w dni takie jak ten, po huraganie, szanse przeżycia na powierzchni wzrastały parokrotnie. No i można było wypożyczyć broń, jeśli ktoś nie zdążył jej wcześniej ukraść oraz dostać przydział na amunicję – pod warunkiem, że siedemdziesiąt procent zdobyczy oddawane było na rzecz Wspólnoty. Co do zasady, nie można było tu dostać samej amunicji – jedynie uprawnienie do jej odbioru przy włazie. To był jeden ze środków ostrożności – żeby nikomu nie strzeliło do głowy by wymordować wszystkich w beznadziejnym szale… a jeśli odbiłoby komuś już przy włazie na Jedenastym, to niewielka strata. Samą bronią bez amunicji nie zdziała się w bezpośredniej walce więcej, niż mając jakikolwiek inny ciężki przedmiot, więc broń wydawano bez problemu. Poza tym dziś naboje spełniały rolę pieniądza – a mało kto miał ich tu tyle, by stwarzać dla reszty zagrożenie lub marnować na strzelanie do współmieszkańców. Sztaludze przemknęło przez głowę, że w sytuacji kryzysowej prawdziwą wartość ma tylko to, co jest prawdziwie użyteczne. Przypominały mu się kolejne rozdziały podręcznika do ekonomii, w którym jakieś mądre głowy nabazgrały, że kiedyś pieniądzem było złoto, potem stały się nim tylko zadrukowane kawałki papieru, te z kolei zostały wyparte przez elektroniczne cyferki zaczarowane w kawałku plastiku. Wychodzi na to, że im większy dobrobyt, tym środek wymiany przedstawia mniejszą wartość użytkową. A skoro żyjemy dziś w prawdziwym gównie, to i środkiem wymiany jest to co najcenniejsze – życie. Bo jak tu dziś obronić życie bez amunicji?

 

Kontent ze swojego wniosku, Sztaluga się odmeldował, wypożyczył jakiś stary karabin i wyszedł z Serwerowni. Kątem oka złapał jeszcze widok robotników wyburzających ściany, którzy teraz wlewali w siebie drogocenną gorzałę. „Praca nie zając, nie ucieknie”, pomyślał mimowolnie i poszedł w kierunku schodów.

Zanim postawił zakutą w ciężki wojskowy but stopę na pierwszym stopniu spojrzał na wysłużony karabin. Śmiesznie łatwo zdobyć dziś broń – nikt nie wymaga żadnych zezwoleń ani badań psychologicznych. „Kiedyś chorzy psychicznie nie mogli posiadać broni… no chyba, że masowego rażenia”, pomyślał głaszcząc lufę i szybkim krokiem zaczął się wspinać ku górze.

 

*

 

Wyjście z Grobowca było tylko jedno. Musiał wejść na sam szczyt Grobowca i przejść całe jedenaste piętro, by dojść do włazu. Od miejsca w którym teraz stał dzieliło go do celu jakieś sto metrów, może trochę więcej. Da radę to przejść w pół minuty. Nie lubił tędy chodzić. Nikt nie lubił. Nigdy nie było wiadomo który z tych żywych trupów jeszcze żyje, ani czy te ślady na owrzodziałej, ropiejącej skórze to już rozkład gnilny czy na razie tylko efekt promieniowania. Tym bardziej nie lubił tego miejsca, gdy pomyślał, że właśnie patrzy na siebie za tydzień, miesiąc albo rok. W końcu każdego to tu dopadnie. Idąc przez Jedenaste spoglądał we własną przyszłość – i każdego innego człowieka.

 

– Zasrana wojna. – mruknął głośniej niż chciał

– Nie było żadnej wojny. – głos dochodził z rogu korytarza. Wśród zaropiałych Jedenastaków, siedział po turecku starzec. Nie wyglądał wiele lepiej od otaczających go ludzi w agonii, poza tym, że był raczej zdrowy, a skórę zamiast wrzodów pokrywały blizny. Wpatrywał się w Sztalugę szeroko otwartymi, zaskakująco trzeźwymi oczami, co nie było tu częstym widokiem.

– Nie, to wszystko tylko głód i halucynacje z niedożywienia. – odparł na odczepne Sztaluga. Starzec zerwał się na równe nogi i w ułamku sekundy znalazł tuż przed jego twarzą. Jego oczy z bliska były jeszcze bardziej przerażające; zdawały się świdrować jego duszę, o ile jeszcze jakąś miał. Sztaluga odruchowo cofnął się o pół kroku, gdy Starzec mrużąc jedno oko zaczął z wolna mówić:

– Widziałeś co się stało?

– Bomby zniszczyły świat. Oto co się stało.

– Nie, nie widziałeś wybuchu bomby. – pokręcił głową – Gdybyś widział to nie rozmawiałbyś tu ze mną. Z resztą nie mógłbyś zobaczyć, bo żadna bomba na to ani żadne inne miasto nie spadła.

– Jasne, po prostu cywilizacja wzięła się i poszła.

– Cywilizacja… cywilizacja jest teraz na najwyższym stopniu rozwoju.

"Szaleniec", pomyślał „do tego stary pierdziel”.

– Słuchaj, dziadku. Nie ma cywilizacji bez cywili. – poprawił sobie karabin na ramieniu – A widzisz tu jakichś? – wzrok starca zamarł na lufie broni.

– Musisz zrozumieć, że żyjemy w najlepszych możliwych czasach.

– Coraz lepiej – burknął – nie mam na to….

– Powiedz mi młodzieńcze. – wszedł mu w słowo Starzec i uśmiechnął się – żyłeś sto lat temu?

– Nie przypominam sobie. – był już wyraźnie zniecierpliwiony

– No właśnie. A będziesz żył za sto lat?

– Nie, twojego wieku prawdopodobnie nigdy nie dożyję. – odparł i zmęczony bezsensowną dyskusją z obłąkańcem spróbował go wyminąć.

– A więc nie żyłeś sto lat temu i nie będziesz żył za sto lat – zastąpił Sztaludze drogę i perorował dalej – Nie żyliśmy kiedyś, w przyszłości też nie ma dla nas miejsca. Żyjemy tylko teraz. Już samo to wystarczy, by te czasy były najlepsze. Co prawda kiedyś człowiek rządził światem, byliśmy solą tej ziemi, ale…

– Raczej solą w jej oku. – wpadł mu w słowo Sztaluga i tym razem zdecydowanie poszedł w kierunku włazu. Nie słyszał, czy Starzec coś odpowiedział.

 

Do końca życia nie mógł pozbyć się myśli, że w zasadzie nikt nie wiedział dokładnie co się Wtedy stało.

 

*

Przy włazie stało dwóch strażników. Nie pilnowali, by nikt nie wyszedł, ani by nikt nie wszedł – kto chciał wyjść, dla tego droga wolna, a wizyty z zewnątrz raczej się nie spodziewali. Ich jedynym zadaniem było pilnowanie, by właz był zamknięty. Czasem jakiemuś pijaczkowi zachciewało się skrócić męczarnie, a człowiek wiedziony na śmierć ostatnim podrygiem świadomej woli niespecjalnie dba o zamykanie za sobą drzwi. Nie było potrzeby, by wybierając się w ostatnią podróż miał skazywać na zagładę całą resztę. Co prawda, tak od razu by nikt nie umarł – promieniotwórczy pył miał jeszcze do pokonania prowizoryczną śluzę w postaci postawionej nad wyjściem żelaznej budki – ale dodatkowe środki ostrożności nie zaszkodzą. Już raz nasypało do środka śniegu, jakiś miesiąc po Dniu. W ciągu doby zmarła połowa mieszkańców Jedenastego. Wszystkim i tak wyszło to na dobre, ale nie można było ryzykować skażenia niższych poziomów, więc zdecydowano o postawieniu tam wartowników. Zawsze był to ktoś z Jedenastaków, bo nikt z niższych poziomów by się dobrowolnie nie narażał na dodatkową porcję radiacji. W zamian dostawali dwie rzeczy: dożywotni, podwójny przydział jedzenia oraz obietnicę godnej śmierci gdy przyjdzie już Czas – albo gorzała w opór albo kula w potylicę. Podczas warty nie mogli jednak spożywać alkoholu ani narkotyków – dlatego Wartownikami zostawali tylko desperaci, bez tych wspomagaczy na Jedenastym szaleństwo przychodziło szybciej. Sztaluga tylko trzy razy wychodził na powierzchnię i za każdym razem para wartowników była inna, ale zawsze bliska agonii – choć jednocześnie na tyle od niej odległa by byli w stanie zamknąć właz. Obecni wyglądali nie najgorzej – co najwyżej jak gdyby przechodzili ciężką grypę z powikłaniami lub cykl chemioterapii. Obok nich leżały skrzynki z amunicją. Wychodząc na powierzchnię lepiej wziąć za dużo niż za mało. Teoretycznie magazynki przy włazie były własnością prawie-wspólną, każdy kto wychodził na powierzchnię mógł się poczęstować magazynkiem lub dwoma o ile uzyskał zezwolenie w Serwerowni, ale do dobrego tonu należało wykupienie ich od dogorywających Strażników. Wyciągnął z plecaka dwa batony. Jeden był warty co najmniej tyle co cały magazynek – czyli małą fortunę. Smaczny i kaloryczny – niegdyś najpowszechniejsze połączenie zalet produktów spożywczych, dziś praktycznie niedostępne. Oczy zaświeciły się obu wartownikom, którzy zdążyli już zapomnieć jak smakuje czekolada. Sztaluga, choć wiedział że to jedynie formalność, zaproponował swoją cenę – baton za magazynek – a oni przystali bez wahania.

 

– Żołnierzu!

 

Tego tylko brakowało – jakiś żywy trup zobaczył batona. Zaraz podejdzie i błagalnym wzrokiem zacznie prosić, możliwie mało nachalnie, „czy mógłby pan, panie żołnierzu, poratować jednym batonikiem”. Zupełnie jak kiedyś, choć nie do końca…

 

– Żołnierzu! – głos był wyraźnie bliżej. Tym razem go poznał i odetchnął z ulgą. – Sztaluga, do jasnej cholery, ogłuchłeś już? – Głos należał do mężczyzny nieco starszego od niego, może z pięć lat, ale o nieporównywalnie bardziej pooranej zmarszczkami twarzy i prawie białych włosach. Siwy.

 

– Idę z tobą. Też chcę mieć co opowiadać przy piecu.

 

Skinął głową by szedł za nim i wyszli razem na powierzchnię.

 

*

Ze wzgórza rozciągał się widok na martwe miasto. Tysiące budynków, wzniesionych przez pokolenia budowniczych, gniły pożerane zielono-żółtym mchem. Czuł się, jakby otworzył trumnę ludzkości – jakby odkrył tajemnicę, która na zawsze powinna pozostać w ziemi, dopóki nie zostanie pożarta przez coś na wyższym poziomie łańcucha pokarmowego. Odczuł jakąś intymną więź ze szczątkami Bydgoszczy – wiedział, że jest jednym z ostatnich ludzi, którzy oglądają ten widok. Tę złamaną potęgę człowieka. Jedynego gatunku, który pożarł własny ogon. Zamknął oczy chcąc rozsmakować się w tej chwili i lepiej ją zapamiętać.

 

– Opowiedz mi jeszcze raz tę historię.

 

Taka piękna chwila… uleciała”. – pomyślał „Chwile mają to do siebie. Gdyby było inaczej, byłyby wiecznością. Ta też już się zbliża...” – energicznie pomachał głową chcąc strzepnąć te myśli. Co się z nim dzieje? Może promieniowanie nie było tak niskie jak myśleli i zaczyna mu wypalać mózg. Albo coś próbuje się do niego dostać…

 

– Sztaluga, czy tobie do końca odwaliło? Znowu się.. – ciągnął Siwy

– A komu nie odwaliło? – powiedział trochę zbyt ostro. – Opowiadałem ci ją w każdy parzysty dzień tygodnia przez ostatni miesiąc.

– Ale ja ją naprawdę lubię. To dobra historia.

Sztaluga westchnął. Nie był próżny, niewiele go obchodziło zdanie innych, ale jeśli coś mogło połechtać jego ego to pochwała jego opowieści. Wiedział, że Siwy zdaje sobie z tego sprawę i teraz wykorzystuje tę słabość.

– No nie daj się prosić. Za każdym razem nie byłem wystarczająco trzeźwy, by zapamiętać wszystkie szczegóły.

– A teraz jesteś trzeźwy?

– Jak świnia. – wyszczerzył się prezentując układ uzębienia nie mniej szalony niż Starzec na Jedenastym. Sztaluga westchnął.

– W porządku, ale w skrócie, dopóki jesteśmy przy Grobowcu. Dalej będziemy musieli uważać. – wyciągnął z kieszeni radiametr. Strzałka delikatnie wibrowała w jednej trzeciej skali. Nie jest źle. Mają jakieś pięć godzin, zanim zaczną się wymioty. Jeśli nie wrócą w ciągu siedmiu nie będą już musieli wracać wcale. Wzdrygnął się na tę myśl i poczęstował Siwego papierosem.

– Nie wiadomo czy to miejsce jeszcze istnieje – zaczął i mocno się zaciągnął. Siwy skorzystał z chwili przerwy i ochoczo dodał od siebie:

– Ani czy w ogóle istniało.

– Ani czy w ogóle istniało. – powtórzył Sztaluga. – Tam, trochę na północ, jest Stary Rynek. – zaciągnął się głęboko. Poczuł jak dym przyjemnie kłuje go w gardło. Przymknął oczy, powoli wypuścił dym i kontynuował – Kiedyś stał tam ratusz i kościół. Ratusz oberwał podczas jednej z wojen i Niemcy musieli go rozebrać. Wtedy znaleźli pod nim system korytarzy. Podobno dało się nimi przejść z ratusza do kościoła. Złośliwi mówili, że także do sióstr klarysek po drugiej stronie Brdy. – przerwał na dłuższą chwilę i spojrzał w dal – Oczywiście to bzdura. Setki lat temu szczytem myśli inżynieryjnej był most, który nie runął do rzeki, co dopiero im było myśleć o jakichś podwodnych tunelach. Faktem jest, że tunele tam jednak były. Niemcy je zakopali i tyle.

– I tam jest to złoto!

Przedostatnie zaciągnięcie.

– Podobno tuż przed Dniem, gdy cały świat ogarnęła obsesja budowania podziemnych schronów, odnaleziono to miejsce. Dzięki ukrytemu tam złotu miano sfinansować budowę najnowocześniejszego, ogromnego bunkra, połączonego z innymi. Jedyne wejście miało się znajdować ze względów bezpieczeństwa parędziesiąt metrów dalej, po drugiej stronie rzeki, w niedokończonej stacji metra. Być może właśnie dlatego ją zbudowano, a cała ta niedorzeczna gadka o potrzebie budowy metra w Bydgoszczy była tylko zasłoną dymną. Według projektu pięć tysięcy osób miało móc tam przeżyć dwadzieścia lat we względnych wygodach bez potrzeby wychodzenia na powierzchnię.

Siwy cicho gwizdnął.

– I tam idziemy.

Sztaluga rzucił niedopałek na ziemię, mocno go depcząc i powtórzył słowa Siwego:

– I tam idziemy.

*

Starali się nie spoglądać na gruzowiska dawnych blokowisk; dawne maszyny do mieszkania padły u stóp Matki Ziemi jakby przepraszając ją, że ośmieliły się ją deptać i błagały by wpuściła je do siebie. Sztaluga wolał nawet nie gdybać co mogło się tam teraz zadomowić. Dopóki hipotetyczne Coś nie było zainteresowane dwojgiem wędrowców, oni nie byli zainteresowani Cosiami. Obu stronom taki układ zdawał się odpowiadać – czego najlepszym dowodem było to, że półgodzinną drogę do Ronda Kujawskiego pokonali bez większych przeszkód, a co najważniejsze – dotarli tam żywi. Zatrzymali się przy przejściu dla pieszych i spojrzeli przed siebie. Rondo przecinała głęboka rozpadlina w ziemi. Zupełnie jakby planeta nie była w stanie znieść tego co ludzie jej zrobili i po prostu pękła. Na szczęście, ich cel był przed rozpadliną. Sztaluga zarządził pięciominutową przerwę. Wyciągnął radiametr – wskaźnik tylko nieznacznie skręcił w prawo. W dodatku nie padał żrący śnieg, a temperatura była dodatnia. Prawdopodobnie uda im się przeżyć dzisiejszy dzień. Lepiej być nie mogło.

 

Byle tylko nie spotkali.. ich.

 

Sztaluga otrząsnął się z niemiłego wspomnienia, skinął na Siwego i obaj zeszli na dół.

 

*

 

Pomimo, że świat skończył się już dawno temu, ściany tunelu nadal zdobiły wulgarne napisy i deklaracje wierności dla takiego czy innego klubu piłkarskiego. Zapach sugerował raczej jakieś podziemne cmentarzysko, niż zwykłe przejście. Gdzieniegdzie widać było resztki szkieletów, których właściciele dawno temu posłużyli za pokarm wszechobecnym tu szczurom. Albo i niedawno, sądząc po rozmiarach tych obrzydliwych zwierząt. Oto co zostaje po człowieku – parę kości, smród i wymalowane sprejem „hwdp” na ścianie własnego grobu.

 

Do uszu Sztalugi dobiegło rytmiczne zawodzenie. Wiatr? Czy…? Nie, to niemożliwe…

 

– Ej, a gdyby..

– Cśś! – nakazał się Siwemu uciszyć. Wsłuchiwał się w dobiegające z oddali dźwięki. Tak, to na pewno wiatr. A może…

– Przygotuj karabin. – zarządził

– Co ty, po co…

– Po prostu zrób to.

 

Po przejściu parunastu metrów znaleźli się w innym świecie, przy którym ten, w którym żyli na co dzień, zdawał się być sielanką. W niewielkiej sali, oświetlonej naftowymi kagankami włożonymi w szczeliny ścian i zawieszonymi na czym tylko się da pochodniami, gnieździło się zdecydowanie zbyt dużo jak na jej rozmiary… istot? Nie wiedział jak nazwać te stwory, ale raczej nie osobami. Jedyna postać przypominająca do złudzenia człowieka, stała pośrodku na niewielkim podwyższeniu. Ubrany w długie, czarne szaty i spiczasty kaptur mężczyzna furiatycznie wykrzykiwał:

 

– Zostaliście wybrani. Wszystkich niewiernych zdmuchnął oddech Boga, a my, garstka wybrańców, musimy teraz odpokutować za nasze grzechy. To jest nasza kara, to jest nasz czyściec!

Podczas każdej pauzy tłum szalał – przynajmniej jak na standardy tłumu składającego się z kościotrupów, co w tym przypadku sprowadzało się do niezrozumiałego, głośnego rzężenia i podnoszenia resztek kończyn na wysokość obciągniętej pergaminową skórą głowy. Sztaluga czuł, że każdego z nich z osobna mógłby położyć bez problemu. Co innego, gdyby przyszło mu zmierzyć się ze wszystkimi naraz. Czasem tak bywało – stado słabych, jeśli połączyli siły, mogło obalić silnego. Częściej jednak to silny tłamsił słabych. Tu zdecydowanie miało miejsce to drugie. Od razu było widać kto tu rządzi i dlaczego.

 

– Wiem, że ciężko wam zrozumieć, że wasi bliscy byli grzesznikami. Ludzie, których kochaliście, mijaliście na ulicy, ich już nie ma. – kontynuował po chwili przerwy Kaptur, tym razem ciszej i ze współczuciem, ale nie trwało to długo, bo zaraz zaczął znów wrzeszczeć drżącym głosem – Spłonęli w piekielnym ogniu! Ale nie martwcie się, bracia i siostry, albowiem Pan jest miłosierny i ma dla nas nagrodę, jeśli oddamy się tu cierpieniu, tu, na Ziemi! To jest nasz hiobowy test! Nie ma już nikogo! Albowiem to wy zostaliście wybrani… – głos kapłana zamarł a jego zimne, szalone oczy skierowały się na nowo przybyłych. Nic dziwnego. Ich pojawienie się tutaj zadawało kłam wszelkim jego tezom, które głosił albo z szaleństwa, albo z chęci kontrolowania tej niewielkiej społeczności – czy też z obu powodów. Sztaludze zbierało się na wymioty. Nie mógł tego słuchać, więc w pierwszej chwili ucieszył się z ciszy. Po chwili zdał sobie sprawę, że to najgorsze co mogło ich teraz spotkać. Zgęstniałą ciszę przerwał Kaptur spokojnym, powoli wydawanym wyrokiem:

– A teraz nadszedł czas próby. Pan przysłał nam Izaaka. – Sztaludze serce stanęło gdy palcem w zaawansowanym stadium reumatyzmu wskazał na nich. Kaptur dokończył niemal ze smutkiem. – Musimy go poświęcić.

Wszystkie czaszki skierowały się w ich stronę. Wiedziały co muszą zrobić, ale nie rozumiały dlaczego, a – na szczęście – prawdopodobnie nie wiedziały też jak. Do tej pory Czachy nie zwracały na nich uwagi, ale teraz, po wydanym na wędrowców wyroku, były nie mniej przerażone od skazańców. Jak to się skończy? Czy grupa nędzników pokona dwóch wojowników? Sztaluga sam nie wiedział i nie miał ochoty się przekonywać. Odbezpieczył karabin.

– Cholera! – dobiegł go odbijający się echem okrzyk Siwego zza pleców. Odruchowo się odwrócił. Siwy trzymał się za głowę i raczej nie zdawał sobie sprawy z położenia, w jakim nagle się znaleźli. – walnąłem się w coś.

Tym czymś była jedna z większych pochodni na ścianie. Siwy niechcący strącił ją głową, ta spadła na podłogę, pociągając za sobą sznur naftowych lamp. Rozlały się po całej krypcie i nie trzeba było wiele do zapłonu. Nie mając czasu do stracenia, Sztaluga złapał Siwego za rękę i pobiegli do wyjścia. Nie mieli daleko, choć i tak mieli poczucie, że udało im się to w ostatniej chwili. Wybiegli na powierzchnię usiłując kaszlem pozbyć się z płuc resztek dymu. Z tunelu buchało ciepło i słychać było rozpaczliwe, ostatnie kwiki tej osobliwej sekty.

 

Mają swoje piekło”, pomyślał i ruszyli dalej.

*

 

Byli tuż przy Babiej Wsi. Sztaluga rozejrzał się. Zrujnowane kamienice nie wyglądały wiele gorzej niż przed katastrofą. Swoją obecność tu zaznaczyły pokolenia prostytutek, bandziorów i pospolitych rzezimieszków, a także zwykłych ludzi, którzy mieli nieszczęście tu kiedyś zamieszkać. Pokryte jadowitym mchem ceglane budynki sypały się, dożywając kresu swoich dni, jakby w geście solidarności z ludzkością. Pomiędzy drzewami dostrzegł czarną jak smoła rzekę; gdyby ziemia umiała krwawić to właśnie w taki sposób.

 

I całkowita cisza. Nie wróżyło to niczego dobrego. Spojrzał na radiametr. Czerwona wskazówka nadal nie wychodziła poza „względnie bezpieczne” pole.

 

– Idziemy w lewo. Ominiemy najgorszy rejon, ale i tak bądź cicho i trzymaj fason, bo nie wiadomo co może wyskoczyć z jakiejś bramy.

– Masz na myśli… drechy?

 

Sztalugę przeszedł dreszcz na samo ich wspomnienie. Spojrzał raz jeszcze w kierunku Babiej Wsi.

– „Myśli” to ostatnie co się z nimi kojarzy.

– Eee!

 

Obaj zamarli w pół kroku.

 

– Powiedz, Siwy, że po prostu miałeś w dupie to co powiedziałem o byciu cicho.

– Nadal mam…

– Eeeee! – przerwał Siwemu jeszcze głośniejszy dźwięk niż poprzednio. Mieli już pewność. Spojrzeli na siebie wytrzeszczonymi oczami i zaczęli biec ile sił w nogach w kierunku Starego Rynku.

 

 

*

Do tej pory miał nadzieję, że to był tylko sen. Tylko koszmar. Nie chciał wspominać ostatniego wyjścia na powierzchnię. Nie chciał wspominać tego, czego teraz doświadczał ponownie.

 

Biegli.

 

Nie, uciekali.

 

Tam w tunelu im się, nomen omen, upiekło. Teraz nie mógł na to liczyć. Strzelał za siebie na oślep w nadziei, że trafi chociaż kilku. Siwy wpadł na ten sam pomysł. Żaden nie miał ochoty się odwrócić, ale zdawał sobie sprawę, że muszą to zrobić by chociaż oszacować szanse. W końcu obejrzał się, choć wiedział co zobaczy.

 

Drechy.

 

Tuzin. Co najmniej. Zawsze w stadzie. Nigdy nie atakują sami.

 

Nie wiedział skąd się wzięli, jak wyewoluowali ani tym bardziej jak żyli; mógł tylko spekulować o ich przodkach. Blade, chude, pozbawione owłosienia korpusy. Góra półtora metra wzrostu. Przygarbiona, prawie czworonożna postawa; czasem gdy kogoś ścigali ciągnęli za sobą na wpół bezwładne ręce, a ci bardziej rezolutni sobie nimi pomagali. Gorsi od zwierząt, bo gdy dopadli ofiarę, brutalnie się nad nią znęcali, a potem nawet jej nie jedli. Wolałby już spotkać jakiegoś zmutowanego Psiura, przynajmniej by wiedział, że szybko zginie a jego truchło się nie zmarnuje… coś do nich krzyczeli. Przez chwilę pomyślał, że go wyjątkowo wulgarnie obrażają, ale przecież to niemożliwe. To tylko złudzenie wywołane emocjami, oni nie potrafią mówić. To były jedynie zwykłe, urywane wrzaski wydawane przez szczątkowy aparat mowy.

 

Kolejny krzyk z całą pewnością był przekleństwem. Spojrzał w kierunku, z którego doszedł. Siwy klęczał we krwi. Chyba go dopadli… jednak nie, podniósł się i biegł dalej. „Silny jest”, przeszło mu przez myśl. Dopiero teraz zobaczył, że to nie przez Drechy Siwy krwawił; lewa ręka Siwego została odstrzelona tuż poniżej łokcia. Tych szarpanych ran nie dało się z niczym pomylić. Jakby ktoś wpakował w niego cały magazynek… nagle coś ucichło – dźwięki strzałów. Sztaluga zdał sobie sprawę, że cały czas strzelał na oślep, ze stresu nawet nie zdając sobie z tego sprawy, a teraz skończyły mu się naboje. Siwy, cholera… no trudno. Ma za tych ludzi w tunelu, karma wraca. Przyspieszył. Już niedaleko.

 

*

 

Znowu biegł, tak jak tamtego Dnia. Przez rynek, przez most, tylko bez Mamy, za to z jednorękim już Siwym. Coś wrzasnęło. Doganiają ich. Musi biec szybciej. Nie da rady. Ale jeszcze tylko trochę i znajdą się w metrze, może to nie była tylko legenda, a nawet jeśli była, to chociaż umkną Drechom… usłyszał huk za plecami. Odwrócił się, nie zwalniając. Siwy leżał na brzuchu, a na plecach siedziały mu trzy Drechy. Jeden go kopał, drugi uderzał jego głową o chodnik, a trzeci stał i pluł żrącym kwasem. Kolejnych pięciu zaraz do nich dołączy. Nie będzie co zbierać po Siwym. Zaraz i jego dopadną… most nie był długi, ale cały zarośnięty. Nic nie widział, ale wiedział, że za tymi wielkimi krzakami jest Plac Teatralny z okrągłym budynkiem – jego celem, przystanią, wyśnioną mekką. Przedarł się przez ostatnie rośliny, których nie potrafił nawet nazwać i… nic nie zobaczył. Plac Teatralny stał pusty. Nawet wyjątkowo bujna w tej części miasta roślinność zdawała się go za wszelką cenę unikać.

 

Zaczęło mu się kręcić w głowie. Nie ma żadnego metra. Nie ma żadnego podziemnego miasta. A co najgorsze, nie ma żadnego ratunku. Ten sen był tylko snem.

 

Zdążył jeszcze usłyszeć gardłowy charkot zanim zalała go ciemność.

 

Koniec

Komentarze

Jeromonachu, musisz liczyć się z tym, że więcej niż jedno opowiadanie dodane w tym samym dniu zmniejsza ich szansę na szybkie przeczytanie. Czy nie by­ło­by roz­sąd­niej pozostać przy jednym opo­wia­da­niu, po­cze­kać na odzew czy­tel­ni­ków i po pew­nym cza­sie, opublikować ko­lej­ny tekst?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Metro po polsku?

Mam wrażenie, że bohaterowie włóczą się po mieście bez celu. Niby powinni je znać, bo obyci, jakby już nie jeden raz wychodzili, a tu się okazuje, że nie bardzo. No i nie próbują gdzieś dotrzeć, w jakimś celu, tylko wpadają na wrogów…

Z wykonaniem tak sobie. Zapis dialogów do remontu, interpunkcja mocno kuleje, niekiedy masz dwie kropki – ni to zwykła kropka, ni to wielokropek. Czasami coś jeszcze się posypie.

Przyglądały się temu trzy siostrzane spichrza,

Eee? Liczba mnoga od “spichrz” wygląda inaczej.

Mama właśnie płaciła na Starym Rynku za dwie gałki lodów orzechowych dla niego i jednej gałki lodów waniliowych dla siebie, gdy rozległ się alarm. Nie zdążył nawet zamoczyć zębów w lodowatej, słodkiej masie – zaczęli od razu biec.

Powtórzenie. Co jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego alarm?

Babska logika rządzi!

Hmmm, jest tu pomysł, a parę scen – jak ta rozmowa z dziadkiem – zostawiło niezłe wrażenie. Tylko że koniec końców, po przeczytaniu, nie mam pojęcia o co chodziło w całym tekście. Co było z lekka celem postaci oprócz podróży z miejsca A do miejsca B. Możliwe, że coś mi umknęło po drodze, jakiś fragment, ale nie potrafię powiedzieć co konkretnie.

Technicznie jest nie najlepiej. Finkla wskazała kilka rzeczy do poprawy, ja bym zaczął też dzielić wielkie akapity na mniejsze – prościej się je czyta.

Podsumowując: jest pomysł, ale większych fajerwerków brak.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

No cóż, przeczytałam opis wędrówki dwóch mężczyzn po zrujnowanym mieście, ale nie dowiedziałam się ani dokąd szli, ani po co.

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Zajrzyj do tego wątku, a dowiesz się, jak należy zapisywać dialogi: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Do­oko­ła ko­tło­wa­ło, na­ra­sta­ła pa­ni­ka. –> Co kotłowało?

 

Z resz­tą jako przy­wód­ca… –> Zresz­tą jako przy­wód­ca

 

Nie prze­żył żaden fizyk, by temu po­twier­dzić lub za­prze­czyć. –> Nie prze­żył żaden fizyk, by to po­twier­dzić lub za­prze­czyć.

 

więc nie re­pre­zen­to­wa­li dla Wspól­no­ty więk­szej war­to­ści… –> …więc nie stanowili dla Wspól­no­ty więk­szej war­to­ści

 

nie mogli się w żaden spo­sób dla niej przy­słu­żyć… –> …nie mogli się w żaden spo­sób jej przy­słu­żyć

 

któ­rzy umie­li ja­ko-ta­ko żyć w spo­łe­czeń­stwie… –> …któ­rzy umie­li ja­ko ta­ko żyć w spo­łe­czeń­stwie

 

szyb­kim kro­kiem za­czął się wspi­nać ku górze. –> Masło maślane. Czy mógł wspinać się ku dołowi?

 

Wyj­ścieGro­bow­ca było tylko jedno. Mu­siał wejść na sam szczyt Gro­bow­caprzejść całe je­de­na­ste pię­tro, by dojść do włazu. –> Powtórzenia.

 

przed jego twa­rzą. Jego oczy z bli­ska były jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­ją­ce; zda­wa­ły się świ­dro­wać jego duszę… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Z resz­tą nie mógł­byś zo­ba­czyć… –> Zresz­tą nie mógł­byś zo­ba­czyć

 

Coraz le­piej burk­nął nie mam na to…. –> Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

Znowu się.. –> Znowu się

Wielokropek ma zawsze trzy kropki. Ten błąd pojawia się kilkakrotnie.

 

Do­pó­ki hi­po­te­tycz­ne Coś nie było za­in­te­re­so­wa­ne dwoj­giem wę­drow­ców… –> Piszesz o mężczyznach, więc: Do­pó­ki hi­po­te­tycz­ne Coś nie było za­in­te­re­so­wa­ne dwoma wędrowcami

Możemy mówić o dwojgu wędrowcach, gdy idą mężczyzna i kobieta.

 

Nie mieli da­le­ko, choć i tak mieli po­czu­cie… –> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, zdecydowanie inspiracja Metrem, dla mnie trochę za duża. 

 

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka