- Opowiadanie: wisielec - Mammantu

Mammantu

Dobranoc Marku lampę zgaś

i zamknij książkę Już nad głową

wznosi się srebrne larum gwiazd

to niebo mówi obcą mową

to barbarzyński okrzyk trwogi

którego nie zna twa łacina

to lęk odwieczny ciemny lęk

o kruchy ludzki ląd zaczyna

 

bić I zwycięży Słyszysz szum

to przypływ Zburzy twe litery

żywiołów niewstrzymany nurt

aż runą świata ściany cztery

cóż nam – na wietrze drżeć

i znów w popioły chuchać mącić eter

gryźć palce szukać próżnych słów

i wlec za sobą cień poległych

 

więc lepiej Marku spokój zdejm

i ponad ciemność podaj rękę

niech drży gdy bije w zmysłów pięć

jak w wątłą lirę ślepy wszechświat

zdradzi nas wszechświat astronomia

rachunek gwiazd i mądrość traw

i twoja wielkość zbyt ogromna

i mój bezradny Marku płacz 

 

- Zbigniew Herbert, Do Marka Aurelego

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Finkla, NoWhereMan

Oceny

Mammantu

Inuata zanurzył dłoń w grudzie mamuciego gnoju. Jego palce odnalazły ruchliwą glizdę, która pożywiała się na parującym łajnie. Włożył ją sobie do ust.

– Jest stary i zarobaczony. Nie nadążył za stadem. Błądzi, samotny – ocenił po namyśle, przeżuwając gumiaste ciało pasożyta.

– Pójdziemy za nim? – zapytał ożywiony Aruma. Głód wklęsł jego policzki, jednak nie zdołał zgasić światła w oczach błękitnych jak przeręble.

– Niech Oru odczyta znaki. Jeśli okażą się pomyślne, pójdziemy niezwłocznie.

***

W wiosce przywitały ich zapadnięte twarze. Wieczorem rozpalono ogień pośrodku koczowiska. Zjedli wywar z brzozowej kory i podpłomyki na mące z żołędzi. Malutka Kidu iskała Drapacza i wyjadała pchły z burej sierści. Po zakończeniu posiłku sprawa mamuta została podniesiona w przytomności zgromadzenia. Głos zabrała babka Kanako.

– Więcierze są puste, ryby odeszły na cieplejsze wody. Utuarga wytrzebili foki na lodowcu. Za mego życia nie było sroższej zimy. Ziemia zmarznięta na kamień, nie rodzi traw ani jagód. Pomrzemy bez mięsa. Musicie iść.

– Musimy iść, ale w kupie – potwierdził Inuata. – To wielki i stary samiec, trzeba mnogich oszczepów, by go powalić. I wiele grzbietów do dźwigania mięsa. Zostaniecie bezbronne. Co będzie, jeśli przyjdą Utuarga?

– Ujdziemy w głąb lądu – zaproponowała przysypiająca Ikata. Siedziała na futrze, między nogami męża, wtulona w niego plecami. Jej dłonie spoczywały na brzuchu. Odznaczał się owalną wypukłością pod giezłem z foczych skór, zszytych grubym ściegiem.

Inuata objął żonę. Wszyscy przysuwali się blisko ognia. Niedożywienie wysysało ciepło z ciał. Serca biły ociężale. Sen był jedyną ucieczką od głodu. Kolorowe zjawy kusiły, by porzucić wyblakłą tundrę i pozostać z nimi na zawsze.

– Utuarga przyjdą z wilkami. Wywęszą was.

– Co wypada czynić?

– Zapytajmy Oru. On będzie wiedział.

Oru znał wszystkie odpowiedzi, bowiem był wielkim mędrcem. Rozumiał tundrę i ocean. Miał dwie pary oczu, jedną patrzył na świat śmiertelnych, drugą na krainę duchów. Miał też dwoje ust; jedne służyły do rozmowy z bogami, a drugich używał, by przekazać zasłyszane nauki plemieniu. Potrafił objaśnić każdą rzecz pod niebem. “Na dnie morza mieszka bijące serce ziemi” – mówił, trzymając w suchym szponie skrawione serce morsa. Ściskał je rytmicznie, a gęsta krew sączyła się z przeciętych tętnic. – “Jego skurcze dają nam przypływ i odpływ. Gdy przestanie bić, przyjdzie wieczna zima”. Wtedy, przed rokiem, słuchali jego opowieści jak zaczarowani. Były wyczekiwanym wytchnieniem po codziennym trudzie. Słowa szamana okazały się jednak bezlitosną prawdą. Morze nie cofnęło się od ośmiu księżyców. Od tego czasu wiatr przynosił tylko obietnicę mrozu, a uparta zmarzlina nie chciała odtajać.

– Nie ufam mu – rzekł mocarny Ekuru. – Powinien utonąć. Dryfował pół księżyca, nim go wyłowiliśmy. Żaden człowiek nie powinien tego przeżyć. Morze wypluło go z obrzydeniem, bo jest nieczysty.

– Sam jesteś nieczysty, Ekuru. Cuchniesz foczym sadłem. – Inuata trącił przyjaciela kułakiem.

– Chciałbym. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem zwierzynę. Nawet ptactwo omija nasze niebo. Pramatka odwróciła się od nas, bo dajemy schronienie odmieńcowi. Jest bezużyteczny i zjada nasze zapasy.

– Niech powie, co widzi – orzekła babka Kanako, międląc żołędziowy placek bezzębnymi dziąsłami – potem zdecydujemy, czy należy kierować się jego radą.

Te słowa uspokoiły Ekuru. Stara miała dar widzenia i potrafiła bezbłędnie rozpoznać wypowiedziane kłamstwo. Wiedział o tym każdy wyrostek, który podwędził rybę z wędzarni lub skopek foczego mleka wystawiony do skwaszenia.

– Leć po niego, Aruma. – Inuata zwrócił się do syna. – Bywa nieznośny, gdy go wybudzić, a ciebie lubi.

Młody myśliwy zerwał się na nogi i pobiegł do okrągłego wigwamu na uboczu wioski. Z otworu u zbiegu krokwi wydobywał się sinobłękitny dym.

– Nie oddychaj w środku! – krzyknął za nim ojciec.

Wkrótce nadszedł Oru. Kroczył chwiejnie i wspierał się na rosochatym kosturze. Pokraczne ciało było ciężkie i nie nadawało się do niczego pożytecznego.

– Czego chcecie? – zapytał zrzędliwym głosem. – Ziąb jak w przerębli, a w domu miałem nagrzane.

– Trafiłem na trop mamuta. Chcę zabrać wszystkich mężczyzn na polowanie. W ten sposób przyniesiemy najwięcej mięsa. Resztę zasypiemy solą i zakopiemy.

– To idźcie – odburknął starzec. – Co mi do tego?

– Będziesz żarł nasze mięso, niewdzięczny grzybie! – wybuchnął Ekuru. Inuata uspokoił go gestem i zabrał głos.

– Pragniemy wiedzieć, czy znaki są przychylne. Lękamy się, że Utuarga zaatakują koczowisko pod naszą nieobecność. Czy możesz zasięgnąć rady duchów w tej sprawie?

Starzec żachnął się.

Jego tułów był rozszczepiony na wysokości piersi. Wyglądał, jakby Pramatka usiłowała ulepić z jednej grudy gliny dwoje ludzi, ale rozmyśliła się w połowie pracy. Szczątkowy kadłub sterczał ukośnie z piersi Oru. Wieńczył go pokurczony czerep o półprzymkniętych powiekach. Oczy otwierały się czasem, by spojrzeć na świat duchów mlecznymi białkami. Gdy Oru śmiał się, karłowaty łepek wtórował mu śmiechem.

– To wszystko? – Szaman wydął wargi. – Nie trzeba nikogo pytać. Utuarga przychodzą o nowiu. Macie tuzin i dwa dni do tego czasu.

– Dlaczego akurat wtedy? – zapytał Aruma. Ojciec zgromił go wzrokiem, ale młodzieniec na to nie zważał. Chciał wiedzieć. Szaman zdecydował się zaspokoić ciekawość chłopca.

– Czczą białą panią nocnego nieba. To, co czynią podczas najazdu, obraża bogów. Dlatego przychodzą, gdy księżyc nie patrzy.

– Zdążymy – stwierdził Inuata. – Mamut idzie na wschód. Po drodze leży wioska kuzynów Mamaru, szczep mego ojca. Powinniśmy zaprosić ich do polowania. Każdy grot się liczy, a mięsa wystarczy dla wszystkich.

Zgodnie z tradycją, wniosek został przyjęty milczącą zgodą.

Nazajutrz myśliwi gotowali się do drogi. Było ich piętnastu. Zabrali krzemienne harpuny i noże, a także dziegieć i foczy olej, przeznaczone na pochodnie. Ogień był nieodzowny w czasie polowania. Ekuru niósł wór z solą. Białe bryły wycięto z tafli kryształowego jeziora na zachodzie.

Inuata przytulił żonę, całując jej nos oraz czoło. Mimo, iż była brzemienna, wyczuwał pod palcami wystające żebra. Gdy ich dotykał, ogarniała go wściekłość. Kalaka i Patu czepiali się matczynego giezła i ojcowych nóg.

– Przyniosę ci biały kieł na ozdoby. I futro miękkie jak mchy południowych lasów. Będziemy się na nim kochać – obiecał myśliwy.

– Przynieś mi Inuatę. I mięso dla naszych dzieci – poprosiła Ikata z błyszczącymi oczami. Wyplątała się z uścisku małżonka i objęła syna, sprawdzając, czy kościane guzy kożucha są należycie zapięte. Dumny Aruma znalazł się po drugiej stronie pożegnania – między wojownikami. 

– Mamo! – obruszył się młodzieniec. Stojący nieopodal myśliwi podśmiewali się z niego. Niezrażona rodzicielka zwróciła się do nich stanowczym tonem.

– Macie go pilnować! Niech nie robi głupstw! – zażądała.

Nim łowcy wyruszyli, Inuatę zatrzymała babka Kanako. Złapała go za ramię drżącą dłonią i przygięła do swego ucha jak młode drzewko.

– Staruch nie kłamał, ale też nie powiedział całej prawdy. Czuję, że coś zataił. Strzeżcie się.

– Dobrze, matko. Bywaj. Pamiętaj, by nacierać stawy tłuszczem. To przegna drżenie.

Staruszka machnęła ręką.

– Szkoda zbytków na mnie. Lada dzień obudzę się wśród przodków. Żałuję tylko was i waszych dzieci. W ciężkich czasach przyszło wam żyć.

Myśliwi ruszyli na wschód, kierując się na oślepiającą tarczę słońca. Tundra była martwa, opustoszała. Osierocone niebo nie znało głosu ptaków. Twardą ziemię porastała oszroniona trawa i kwiaty ścięte w lód. Szli wzdłuż wybrzeża. Morskie bałwany ścigały się w drodze do plaży.

W oddali zamajaczyła wataha wychudzonych wilków. Nie ośmieliły się zaatakować dużej grupy myśliwych. Gdy Ekuru ruszył na nie z oszczepem, cofnęły się poza zasięg rzutu.

– Niedoczekanie! – wrzasnął do cofającego się stada.

Od tamtej chwili zwierzęta nieustannie towarzyszyły pochodowi łowców, utrzymując bezpieczną odległość.

***

Po dwóch dniach dotarli do osady Mamaru. Wigwamy strawił ogień. Pomiedzy zgorzałymi szczątkami domostw znajdowało się plemienne ognisko. Piętrzyła się tam wielka sterta poczerniałych kości. Ekuru wyciągnął ze stosu piszczel i oczyścił palcem powierzchnię. Spod sadzy wyjrzał odcisk ludzkich zębów.

– Utuarga – wycedził gniewnie rosły wojownik.

– Tak – potwierdził Inuata martwym głosem. – Nad przystanią widziałem ślady płozowej łodzi, którą wyciągnięto na brzeg. Od najazdu upłynęło dużo czasu, wszystko zdążyło dopalić się i ostygnąć. Ludożercy przyszli poprzedniego nowiu. Tak, jak opowiadał Oru.

– Czy dziadek… Nie żyje? – zapytał Aruma. Dostrzegłszy niemą odpowiedź w oczach ojca zaczął płakać, porzucając maskę dzielnego śmiałka. Myśliwi odwracali głowy i udawali, że nie widzą jego łez.

Inuata przetrząsał gnaty, ogryzione z mięsa i połamane uderzeniami maczug.  Znalazł poczerniały czerep, który odznaczał się zabliźnionym wgnieceniem na ciemieniu. Papau miał tam starą ranę zadaną kiścieniem. Myśliwy ucałował kościane oblicze i przycisnął czoło do czaszki ojca.

– Musimy iść – ponaglił Ekuru. – Z każdą chwilą zwłoki mamut oddala się od nas.

– Cierpliwości. Papau ukrył skarb nieopodal. Obiecał mi go po swojej śmierci.

Kopali pod wyschniętym modrzewiem, na który Inuata wspinał się w dzieciństwie. Ścięta mrozem ziemia niechętnie poddawała się krzemiennym narzędziom. Wreszcie, stojąc po pas w wykopie, młody Aruma wydobył na światło dzienne zawiniątko obwiązane rzemieniem.

Myśliwi utworzyli krąg i pochylili się nad znaleziskiem.

Była to siekiera. Obuch miał kolor bursztynu i lśnił niczym tafla czystej wody. Podwójne ostrze wyglądało niczym rozłożone skrzydła motyla.

– Jakie gładkie… Jakie ostre… – wzdychał Aruma, dotykając krawędzi.

– Mój ojciec, Papau, przyniósł ją z dalekiego południa. Tropił z braćmi migrujące renifery i zapuścił się za Suchą Rzekę. Śniegi stopniały z nadejściem wiosny i rwący nurt wypełnił puste koryto, odcinając im drogę do domu. Gdy szukali przeprawy, natrafili na wydrążony kopiec.

Łowcy Inua przysiedli wokół przedziwnego skarbu i przemawiającego żałobnika. Głód naglił do drogi, jednak obyczaj nakazywał wysłuchać historii lamentującego syna. Opowieści o zmarłych były sednem obrządku pogrzebowego.

– Wejście było przywalone głazem, na którym wyryto spiralne wzory. Papau wraz z braćmi odsunęli skałę. W środku znaleźli komorę o ścianach podpartych sosnowymi belkami. Na kamiennym łożu spoczywał martwy bóg. Siekiera leżała na jego piersi, zaciskał palce na stylisku. Obok stały wielkie sanie z kołami.

– Sanie z kołami? – zdziwił się Ekuru.

– Tak mówił ojciec. Były tak wielkie i ciężkie, że nawet zaprzęg szesnastu psów nie zdołałby ruszyć ich z miejsca. Gdy babka Kanako usłyszała tę opowieść, orzekła, że musiały być ciągnięte przez morsy.

Westchnienie podziwu przetoczyło się wśród mężczyzn Inua. Wtedy przemówił Huru.  Widział w życiu niejedno. Żeglował po morzu, stracił nos i trzy palce dłoni za sprawą odmrożeń.

– Kanako wątpiła w słowa twego ojca i drwiła z niego. Śmiałem się wraz z nią, bo nigdy nie widziałem tego skarbu zza rzeki. – Sędziwy wojownik dotknął ostrza siekiery sękatym palcem.

– To musi być kość – wyraził przypuszczenie, dając początek zażartemu sporowi.

– Kość? Brązowa kość? Niemożliwe. To bursztyn.

– Bzdura. Bursztyn nie jest tak ciężki.

– Wygląda jak drewno. Może świerk? Skamieniały świerk…

– Rozumu masz tyle, co świerk. To kieł morsa, tyle, że barwiony żywicą.

– To kamień! Gładki kamień!

Inuata wstał i przypasał swe dziedzictwo na luźnej pętli przewieszonej przez ramię. Ciężar uspokajał i dawał złudzenie, że ojciec podróżuje wraz z nim.

***

Myśliwi bez trudu złapali trop. Nie sposób było przegapić wielkich łat parującego nawozu i śladów odciśniętych w zmarzłej ziemi. Dopędzili zwierzynę następnego dnia.

Mamut stał na szczycie urwistego ostańca, porzuconego przez wędrujący lodowiec. Miał pożółkłe ciosy, a spod skołtunionej sierści wyglądały łyse łaty owrzodziałej skóry.

Samotny pagór miał łagodne podejście z kierunku wschodniego. Pozostałym stronom świata prezentował pionowe skarpy. Ogromny zwierz trwał w bezruchu nad klifem i wyglądał, jakby obserwował zachód słońca.

– Co on robi? – zastanawiał się na głos zaniepokojony Inuata.

– Czeka na śmierć – orzekł Huru.

– Pramatka zesłała go w nasze ręce, by nakarmić Inua – powiedział z namaszczeniem Ekuru.

– Zapolujemy tak, jak opowiadałeś, tato? Jak z reniferami na klifie? Nad brzegiem morza? – dopytywał się rozgorączkowany Aruma.

– Tak – potwierdził myśliwy. – Wystraszymy go ogniem i harpunami, by pognał przed siebie i runął w przepaść.

– Nigdy nie widziałem, by mamut się tak zachowywał. Ani drgnie. Ekuru ma rację, musi być wysłany od bogów. Mają nad nami litość – rzekł Huru.

Myśliwi Inua skrzesali ogień, rozpalili pochodnie, dobyli harpunów. Przemierzyli przestrzeń dzielącą ich od ostańca i podjęli wspinaczkę łagodnym podejściem. Było wąskie i na tyle równe, że mamut mógł bez trudu pokonać drogę na szczyt.

Stanęli w odległości ukąszenia oszczepu. Mamuci zad stanowił łatwy cel, lecz trzeba było wielkiej siły, by krzemienny grot pokonał grubą warstwę skóry i sadła.

Rozpoczęli jazgotliwy zaśpiew łowiecki. Harpuny posypały się na włochatą bestię. Aruma wyrwał naprzód, by pierwszy rzucić pochodnię. Inuata pobiegł za synem. Reszta myśliwych ruszyła w ślad, krzycząc i miotając pociski. Bystronogi młodzieniec nie pozwolił się prześcignąć. Pędząc na czele wojowników, cisnął żagiew w wiekowego zwierza.

Mamut odwrócił łeb i spojrzał na plemieńców Inua. W zaropiałym oku mieszkała złowroga mądrość. Nie pierwszy raz widział ogień.

Inuata napotkał wzrok starożytnego ślepia. Ogarnęło go przerażenie. Bestia nie czekała na śmierć. Czekała na ludzi.

Przeszywające trąbienie zagłuszyło zaśpiew człowieczych gardeł. Pochodnie odbiły się od włochatego cielska, płomień nie znalazł pożywienia w skołtunionym włosiu. Oszczepy utkwiły w zrogowaciałej skórze.

Potem mamut zaszarżował.

Obezwładniony paniką Aruma zaplątał stopy w odwrocie i runął na ziemię. Zwierz nadepnął na leżącego, miażdżąc obie nogi chłopca jednym stąpnięciem.

Hałaśliwe natarcie zmieniło się w paniczną ucieczkę. Sędziwa bestia tratowała pierzchających ludzi. Myśliwi byli w pułapce. Na otwartym terenie mogliby się rozproszyć, lecz ze szczytu ostańca wiodła tylko jedna droga. Mamut był szybszy. Ukruszone ciosy spłynęły krwią. Tratowani Inua myśleli już tylko o ocaleniu życia.

Inuata uskoczył z drogi rozpędzonej bestii i opuścił się poza krawędź klifu. Obmacał wapienną skałę w poszukiwaniu pewnych chwytów. Trwał przytulony do ściany urwiska jak pająk przeczekujący burzę.

Wkrótce krzyki ucichły. Zastąpił je chrzęst łamanych kości i rozrywanych stawów. Odgłosom miażdżonych ciał towarzyszyło mokre mlaskanie.

Myśliwy nasłuchiwał, walcząc z drżeniem drętwiejących ramion. Zdecydował się wyjrzeć ponad skraj skarpy. Ujrzał, jak mamut chwyta trąbą rozdeptane zwłoki myśliwego i wkłada ciało do rozwartego pyska. Przeżuł hałaśliwie i ruszył do konającego Arumy. Chłopiec zawył z bólu i przerażenia. Inuata patrzył, jak mamut wyżera wnętrzności z jamy brzusznej syna. Upychał trąbą do paszczy okrwawione kiszki. Inuata załkał bezgłośnie i ukrył się na urwistej ścianie, zmuszony słuchać odgłosów upiornej uczty.

***

Przeżyło trzech. Odnaleźli się wieczorem i rozbili obóz na skraju świerkowego lasu. Podążające za łowcami wilki pożywiały się tymczasem na resztkach, którymi wzgardził ludożerny mamut.

– To demon – powiedział Huru. Łamał w dłoniach drobne gałązki i rzucał je do ognia.  – Taka potworność nie może pochodzić od Pramatki. Wygubił plemię Inua.

– Musimy wracać do koczowiska. Przygotować się na nadejście Utuarga – mówił ponury Ekuru. Żuł gorzki placek z żołędzi.

– We trzech nie powstrzymamy najeźdźców. Nie ma sensu wracać. Mam krewniaków na południu. Powinniśmy się tam udać. Przyjmą dobrych wojowników. Mają wiele kobiet. Świeża krew jest zawsze mile widziana – odrzekł Huru.

Inuata kopnął w ognisko, śląc w niebo chmurę ognistych świetlików.

– Nie porzucę dzieci. Chcę iść za mamutem. Chcę pomścić syna.

– Po co? – skrzywił się stary łowca. – Zgubisz siebie i nas. Nie ocalisz plemienia.

– Oru mówił, że Utuarga atakują tylko o nowiu, gdy księżyc przymyka oko. Mówił, że nie chcą jeść ludzi, a czynią to tylko w ostateczności, w godzinie wielkiego głodu.

– I co z tego? – żachnął się Ekuru, sięgając po następny placek.

Inuata spojrzał po towarzyszach.

– Zabijemy mamuta i zbudujemy sanie. Połowę przywiezionego mięsa zostawimy dla najeźdźców na brzegu. Gdy Utuarga przypłyną, wezmą okup i zostawią nas w spokoju.

– To głupie i naiwne – zawyrokował Huru.

– Powiedzie się tylko, jeśli odmieniec mówił prawdę – dodał Ekuru.

– Nigdy dotąd się nie mylił. Nie widzę innego sposobu. We trzech nie możemy walczyć z całą załogą łodzi. Idziemy za mamutem od trzech dni. Zostało nam jedenaście na powrót. Należy doliczyć czas potrzebny na oprawienie mamuta i budowę sań. Będziemy wracać powoli, obciążeni mięsem. Mimo to powinniśmy zdążyć.

Plan tchnął nadzieję w trójkę ocalałych wojowników. Najedli się do syta po raz pierwszy od ostatniego udanego połowu w zatoce. Żołądek Huru nie zdzierżył przejedzenia i sędziwy łowca spędził resztę nocy kucając w suchych krzakach. Nad ranem podjęli trop.

***

Pokrzepiony ludzkim mięsem mamut przestał kluczyć i ruszył prosto na wschód. Droga wypadała przez świerkowy las. Mróz ściął życiodajne soki wewnątrz pni. Ogołocone z igieł drzewa przypominały lodowe dziryty, bodące niebo oszronionymi grotami.

Myśliwi szli za zwierzyną, aż tajga utonęła w mroku. Po drodze natrafili na świeżą, cuchnącą pulpę mamuciego łajna. “Oto wojownicy Inua, obróceni w gnój” – pomyślał wówczas Inuata. Ślad pochodził sprzed kilku godzin i jasno dowodził, że bestia znajduje się niedaleko. Nawoływania wilków podążały śladem łowców.

Strudzeni mężowie legli bezwładnie na posłaniach z foczych skór. O północy pęcherz Ekuru upomniał się o swoje prawa. Strumień moczu zamarzał, nim dotknął skostniałej ziemi. Myśliwy stał w rozkroku, a jego wzrok zbłądził na nocne niebo.

Krzyk rozpaczy i bezsilności przebudził pozostałych Inua. Chwycili płonące szczapy z ogniska, spodziewając się ataku rozzuchwalonych wilków. Nie dostrzegli zagrożenia. Ekuru patrzył w niebo z przyrodzeniem w garści. Podążyli za jego wzrokiem.

Księżyc został pożarty.

Inuata wdrapał się na szczyt oszronionego świerku. Firmament był klarowny, bezchmurny. Srebrny dysk przepadł, jakby nigdy go tam nie było. Gwiazdy mieniły się drwiąco.

Nie wrócili spać. Nie zamienili ani słowa. Ruszyli za mamutem.

***

Dopadli go, gdy odpoczywał na polanie. Żółte kły wciąż brukała zakrzepła krew Inua.

Krążyli wokół niego, dopóki nie brakło im tchu. Miotali oszczepami, aż brakło im oszczepów. Mamut nie mógł ich dosięgnąć, bowiem kryli się między pniami. Impet jego szarży łamał drzewa i wyrywał je z korzeniami, lecz wtedy myśliwi cofali się za kolejną linię osłon. Przeszywające trąbienie strącało sople ze świerkowych konarów.

Dłonie sięgnęły do kołczanów i chwyciły powietrze. Krzemienne harpuny tkwiły we włochatym boku ludożernej bestii. Myśliwi spojrzeli po sobie. Ruszyli do ataku.

Ekuru dopadł do zwierza z długą dzidą. Przemknął pod zamaszystym uderzeniem ciosów i wraził grot głęboko w podbrzusze. Gorąca krew trysnęła na mściwe oblicze wojownika. Mamut zaryczał, zatańczył na tylnych nogach i rozdeptał go.

Ranna bestia opadła na ziemię. Huru zakręcił kamiennym kiścieniem i trafił wprost w zaropiałe oko. Zwierz podrzucił łbem i przebódł myśliwego na wskroś. Drgające ciało zawisło na zbroczonym kle.

Inuata uwolnił siekierę z pętli i zadał cios w czaszkę, nim mamut zdążył się podnieść. Rąbał raz po raz, udaremniając wysiłki osłabionego zwierzęcia, by ponownie stanąć na nogi. Odłamki twardej kości i mamuciego skalpu pryskały na wszystkie strony.

Ostatni Inua uderzał, aż utracił czucie w ramieniu. Mamut znieruchomiał. Dysząc kłębami pary, myśliwy zmienił rękę, wyrwał broń uwięźniętą w czole i siekł martwe ciało, aż dostał się do otwartego mózgu, a jego własne płuca zapłonęły ogniem.

Potem usiadł na ziemi i trwał w bezruchu równym powalonemu nieprzyjacielowi.

Wieczorem nadeszły wilki. Minęły samotnego człowieka i wgryzły się w rozgrzane bojem cielsko mamuta. Wyszarpywały parujące połcie spomiędzy sterczących harpunów.

Inuata drgnął na ten widok.  Zamachnął się ojcową siekierą. Odrąbał kawał tłustego ciała i dołączył do posiłku.

Mięso było wyborne.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Trochę mało fantastyki, ale uznajmy, że to historia alternatywna.

Zastanawia mnie ten nagle znikający księżyc. Można pomyśleć, że to zaćmienie, ale dni się słabo zgadzają. Zaćmienia księżyca trafiają się wyłącznie w czasie pełni. Wojownicy wyruszają 14 dni przed nowiem. Miesiąc synodyczny trwa około 29,5 doby. Czyli w momencie startu powinno być już po pełni, a oni jeszcze wędrują dwa czy więcej dni. Ale jeśli nie zaćmienie, to ki diabeł?

Napisane przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

W kwestii fantastyki – musisz przyznać, że zwierzyna zachowuje się co najmniej dziwnie ;)

Założyłem, że to inna planeta i w związku z tym zjawiska astronomiczne i geologiczne funkcjonują wedle odmiennych zasad. Gdyby opisane wydarzenia miały miejsce na Ziemi, powinna trwać noc polarna, a przecież opisuję upływ dni.

Zdecydowałem się przesunąć w fazie wszelkie oswojone przez naukę zagadnienia, aby czytelnik poczuł echo zagubienia, jakiego doświadczają nieszczęśni Inua.

Nigdy nie polowałam na mamuty, więc nie znam szczegółów. ;-)

Aha, inna planeta. W tekście nie bardzo to widać.

Noc polarna – to mogą być obszary przed kręgiem polarnym. Zresztą, bohaterowie skarżą się na długą zimę. Może być tak, że astronomicznie już jest wiosna, dzień ma 12 godzin, tylko mróz ciągle trzyma.

Babska logika rządzi!

Nie ukrywam, że początkowo głupiałam, bo no wiedziałam o czym czytam. Z jednej strony mamuty, wiec ludzie powinni być mało rozgarnięci i dość prymitywni, a tu okazuje się, że potrafią liczyć nie tylko do ośmiu, ale jeszcze wiedzą, co to tuzin. W dodatku mają jakieś garnki, w których przyrządzają wywar z kory, a ryby łowią więcierzem…

Kiedy jednak, już po lekturze całości, z komentarza dowiedziałam się, że wydarzenia miały miejsce na innej planecie, spojrzałam na rzecz nieco inaczej i nawet mięsożernego mamuta przyjęłam do wiadomości.  

 

– Więcierze są puste, ryby odeszły na cieplejsze wody. – Z czego robili więcierze?

 

Od­zna­czał się owal­ną wy­pu­kło­ścią pod gie­złem z fo­czych skór… –> Za SJP WN: giezło  «luźna koszula kobieca z cienkiego płótna, używana w XVI i XVII w.»

 

po­biegł do okrą­głe­go wi­gwa­mu ubo­czu wio­ski. –> Pewnie miało być: …po­biegł do okrą­głe­go wi­gwa­mu na ubo­czu wio­ski.

Czy to opowieść o Indianach? Czy zamiast do wigwamu nie mógł pobiec do szałasu/ namiotu?

 

Resz­tę za­ko­pie­my i za­sy­pie­my solą. –> W jaki sposób odbywa się solenie zakopanego mięsa? ;)

 

– Bę­dziesz żarł nasze mięso, nie­wdzęcz­ny grzy­bie! –> Literówka.

 

Oj­ciec zgro­mił go wzor­kiem, ale mło­dzie­niec na to nie zwa­żał. –> Domyślam się, że wzorek był śliczny i kunsztowny, ale widać na młodzieńcu nie zrobił większego wrażenia. ;)

 

Po­mie­dzy zgo­rza­ły­mi szcząt­ka­mi do­mostw… –> Literówka.

 

wokół prze­dziw­ne­go skar­bu i prze­ma­wia­ja­ce­go ża­łob­ni­ka. –> Literówka.

 

Gdy babka Ka­na­ko usły­sza­ła opo­wieść… –> Gdy babka Ka­na­ko usły­sza­ła opo­wieść

 

Nie spo­sob było prze­ga­pić wiel­kich łat… –> Literówka.

 

Odłam­ki twar­dej kosci i ma­mu­cie­go skal­pu… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ech, literówki uodparniają się jak bakterie na antybiotyk, z każdym kolejnym czytaniem trudniej je zobaczyć :D

pobiegł do okrągłego wigwamu uboczu wioski. –> Pewnie miało być: …pobiegł do okrągłego wigwamu na uboczu wioski.

Nie wiem… Może masz rację? Wolę używać słów, które lepiej oddają obiekt, który mam na myśli, nawet, jeśli są nacechowane kulturowo. Gdybym pisał o ekwiwalencie arabów w świecie fantasy, to nie wahałbym się uzbroić ich w sejmitary.

Pomiedzy zgorzałymi szczątkami domostw… –> Literówka.

Tu liczba mnoga.

Ojciec zgromił go wzorkiem, ale młodzieniec na to nie zważał. –> Domyślam się, że wzorek był śliczny i kunsztowny, ale widać na młodzieńcu nie zrobił większego wrażenia. ;)

Haha. Czuję, że nie pierwszy raz korzystasz z tego żartu.

– Więcierze są puste, ryby odeszły na cieplejsze wody. – Z czego robili więcierze?

Pewnie z plecionki ;D

Rozwój technologiczny tej nieszczęsnej społeczności odpowiada późnemu paleolitowi. Jeśli chodzi o liczenie, to czemu nie? Współcześni ludzie mają tendencję nie doceniania intelektu swych dalekich przodków ;)

Ze względu na różnice astronomiczne, kulturowe i zoologiczne tekst należy traktować jak low fantasy.

Wisielcze, to Twoje opowiadanie i będzie napisane takimi słowami, które Ty uznasz za najlepsze. Wszystkie moje propozycje to tylko sugestie – miło mi, jeśli skorzystasz choć z jednej, zrozumiem, gdy pozostaniesz przy własnych pomysłach.

 

Ojciec zgromił go wzorkiem, ale młodzieniec na to nie zważał. –> Domyślam się, że wzorek był śliczny i kunsztowny, ale widać na młodzieńcu nie zrobił większego wrażenia. ;)

Haha. Czuję, że nie pierwszy raz korzystasz z tego żartu.

Mylisz się, Wisielcze. Za każdym razem staram się wymyślać nowy żart. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wykonujesz tytaniczną pracę. Chodzi mi po głowie pytanie natury scholastycznej: ilu Regulatorów potrafi zatańczyć na jednym loginie?

Jeśli chodzi o opowiadanie, to obawiam się, że wyszła mamucia kupa :( Nie jestem zadowolony z efektu końcowego. Chciałem oddać nędzę pierwotnej społeczności i bezradność wobec sił przyrody. Przemawiają do mnie opowieści, w których bohater podąża uparcie za obiektem swego pożądania i osiąga go wprawdzie, lecz w sposób okrutny i przewrotny. 

Wyobraziłem sobie tragedię i przerażenie człowieka, który zostaje sam w takim świecie, pozbawiony rodziny i plemienia. Chciałem pokazać tą perspektywę czytelnikowi, ale to zadanie chyba mnie przerosło.

Z tą nędzą to bym nie przesadzała. Podobno łowcy-zbieracze byli zdrowsi i szczęśliwsi od rolników. A człowiek bez rodziny, plemienia albo innych “swoich” wszędzie ma przerąbane.

Babska logika rządzi!

Bardzo dziękuję za uznanie, Wisielcze. :)

 

ilu Regulatorów potrafi zatańczyć na jednym loginie?

Nas jest jedna i w ogóle nie tańczę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawy tekst, sięgający do dalekiej przeszłości. Sam tekst aż do zakończenia mi się podobał, choć niektóre motywy mniej (jak choćby zemsta za syna – z lekka oklepany schemat, ale niech rzuci mamucią kością, kto sam po takowe nie sięga). Bohaterowie może nie są jakoś mocno nakreśleni, ale swoją funkcję spełniają. 

Tekst nie ma tagu “hard sf”, więc się nie czepiam, ale nie przesadzałbym z tą innością pogodową świata. Wbrew pozorom znamy mechanizmy astrofizyczne rządzące pogodą i klimatem całkiem nieźle. Polecam tutaj ostatnio czytaną przeze mnie książkę “Worldbuilding” Stephena L. Gilleta. Dość dobrze tłumaczy zawiłości grawitacji, wpływu orbity i nachylenia do słońca na klimat.

Zakończenie ciekawe – motyw zdziczenia ostatniego myśliwego przypadł mi do gustu.

Podsumowując: interesujący koncert fajerwerków, godzien klika. 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

@ Finkla; Może być tak, że astronomicznie już jest wiosna, dzień ma 12 godzin, tylko mróz ciągle trzyma.

To i tak nie rozwiązuje problemu :P Skoro mierzę czas mijającymi dniami, to znaczy, że w międzyczasie muszą upływać także noce.

@NoWhereMan Zakończenie ciekawe – motyw zdziczenia ostatniego myśliwego przypadł mi do gustu.

Bardzo mi miło, że zakończenie zdołało Cię połaskotać. Cały tekst miał pracować na taki właśnie wniosek.

No, skoro przejmują się księżycem, to raczej mają noce też. Chociaż i w dzień bywa widoczny, ale to chyba nie to samo?

Babska logika rządzi!

Miałem na myśli coś innego. Skoro piszę, że “mijają dni”, to nie może trwać dzień polarny, bo ciągnąłby się przez długie miesiące. Nie da się wtedy odmierzać czasu w dniach :D

Na upartego by się dało – umówmy się, że jak słońce zawiśnie nad tą górą kilka kilometrów od wioski, to jest północ. I jakoś to leci. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie bardzo mi się podobało. Jeżeli akcja dzieje się na innej planecie, to tego nie wyłapałem w ciągu pierwszego czytania. No i mamut? Jeśli mięsożerny – to nie mamut, tylko mammantu – inne zwierzę. Całość sprawnie napisana ale do mnie nie trafiła.

To jest trochę takie poronione dziecko :D Nie do końca mi wyszło. Ale opowiedziałem historię, którą miałem w głowie.

Z inną planetą miałem po prostu na myśli, żeby traktować ten tekst jako specyficzne fantazy.

Jestem mile połechtany, Patertonusie, że zechciałeś przejść przez tyle moich tekstów :D Chylę rogatywki. Jakbyś potrzebował bety, to jestem do usług.

Podobało mi się :)

Nowa Fantastyka