- Opowiadanie: Kadah - Gaśnie światło, zapada noc

Gaśnie światło, zapada noc

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Darcon, Finkla, NoWhereMan

Oceny

Gaśnie światło, zapada noc

Śmierć przychodzi, kiedy się jej nie spodziewasz. To oczywiste. Kapłani mogą sobie nawoływać do postu i pokuty, ale dopóki Kościany Tancerz nie podkuje ci butów i nie zagra do rytmu, wcale o nim nie myślisz.

Potem jest za późno. 

Idziesz powoli kamiennym dnem jaskini, czując jednocześnie niedowierzanie i przytłaczającą ulgę. Oto dokonaliście niemożliwego. Pokonaliście Żmija. Przepowiednia głosiła, że sprowadzi ze sobą ciemność, która zniszczy świat śmiertelnych, ale teraz leży martwy u twoich stóp, otoczony wianuszkiem ciał. Bestia zabrała ze sobą większość drużyny.

Ty przeżyłeś.

Ogarnięty uniesieniem, odwracasz się do Zygfryda. Był ranny, ale jesteś pewien, że też żyje. Chcesz podzielić z nim to uczucie, które wydaje się stosowniejsze dla świata snu, niż jawy, ale nie jesteś w stanie. Czujesz rozdzierający ból. Pośrodku twojej klatki piersiowej tkwi czubek miecza. Usiłujesz coś powiedzieć, jednak krew bulgocze ci w ustach i tylko się nią dławisz. Znasz objawy, widziałeś to u innych. Masz przebite płuco. Nie wojowałeś mieczem, ale od niego zginiesz. 

Tylko jedna osoba może trzymać za rękojeść.

Chwiejesz się. Krew spływa ci po torsie i gromadzi się u stóp. Nie jesteś w stanie zachować równowagi i upadasz, wciąż nabity na ostrze niczym żuk na szpilkę. 

Z miejsca, w którym leżysz, nie jesteś w stanie dostrzec zbyt wiele, widzisz tylko czubki folgowych trzewików. Jedynie Zygfryd nosił podobne.

Twój najlepszy przyjaciel czeka, by mieć pewność, że wydałeś ostatnie tchnienie, ale wkrótce go to nudzi i robi dokładnie to, co ty przed chwilą – rusza w głąb jaskini. Przebiera w stosie klejnotów i złota, szukając co kosztowniejszych ozdób, omijając ciała poległych towarzyszy. Ma rację. Nie musi ci zadawać drugiego ciosu, ten pierwszy wystarczył w zupełności. 

Kątem oka widzisz prawie czarno odzianą postać, za którą czeka korowód szkieletów.

Niemal słyszysz, jak przytupują do taktu. 

Świat wokół staje się zimny i szary. Niedługo i tobie zagrają do tańca. Zapląsasz w rytm grzechoczących kości. 

 

W twojej głowie pojawiają się obrazy. Wspólnie spędzonej drogi, długich wieczorów przy ognisku, rozmów. Całymi godzinami i na każdy możliwy temat.

Nigdy nie potrafiłeś oceniać ludzi, to oczywiste. Miałeś tylko nadzieję, że może tym razem trafiłeś na kogoś, kto jest do ciebie podobny. Choć trochę.

 

Jest, jak mówią. Życie przelatuje ci przed oczami. Ale obrazy nie składają się na fascynującą historię.

Nigdy nie umiałeś zadowolić się tym, co miałeś. Życie upływało ci spokojnie i dostatnio, bo po ojcu odziedziczyłeś zarówno warsztat, jak i fach. Gdybyś zadowolił się tym, co bezpieczne i wygodne, może dożyłbyś spokojnie starości. Elbing leży na północy Imperium. To dziura. Wojny, rewolucje i burze historii omijają miasto szerokim łukiem. Dlatego tak bardzo marzyłeś, by stamtąd odejść. 

Nie pasowałeś ani do miejsca, w którym mieszkałeś, ani do swojej profesji. Niski, pulchny, bladawy – nigdy nie zdołałeś sprawić, by ludzie się ciebie bali. Nie, żebyś tego pragnął. To wynikało z twojej funkcji i czasem myślałeś, że byłoby nieźle, gdyby ktoś na twój widok zbladł, złapał za symbol bóstwa albo zaczął mamrotać modlitwę do Elihary, Panny Łaskawej. 

Chociaż raz.

Nie było ci dane. Powinieneś zrozumieć, że to dyskretna wskazówka ze strony Losu. Sygnał, że do niektórych rzeczy po prostu się nie nadajesz. Szkoda, że zawsze byłeś oporny w odczytywaniu niewerbalnych znaków. Może dlatego nikt w Kręgu za tobą nie przepadał?

Zajęcie, którym przed tobą parał się ojciec, dziadek i pradziadek, nudziło cię śmiertelnie. W podziemiach było zimno i ponuro, nie miałeś cierpliwości do zlewek i alembików, a wycieczki na cmentarz upływały w atmosferze niepewności. Dałbyś sobie z tym radę, ale ta profesja miała jeszcze jeden negatywny aspekt. Pracowałeś w pojedynkę. Zdarzało się, że przez całe dnie nie odzywałeś się do nikogo, a cisza wręcz dźwięczała w uszach. 

Kontakt z resztą ludzkości nawiązywałeś dopiero wtedy, gdy płacili ci za kolejne zlecenie. Zmywałeś wtedy krew spod paznokci i ruszałeś do karczmy, by pić, i słuchać, gdy w mieście gościł akurat bard albo grupa grajków. 

Właśnie tam, w karczmie przy spichrzach, po raz pierwszy usłyszałeś o Żmiju.

 

Co to za zgrzyt? Dlaczego tak trudno cokolwiek dostrzec? Czy kiedy tu wchodziliście, też było tu tak ciemno? Czy to tylko twój wzrok powoli gaśnie?

Odwracasz głowę i widzisz, skąd dobiega hałas. Zygfryd stoi nad cielskiem i siecze bronią w kark, zakuty w żelazną obręcz. Szyja bestii jest tak gruba, że trudno ją przeciąć, jednak rycerz nie ustaje w wysiłkach, a miecz co i raz trafia w obręcz, skrząc iskry. 

 

Trudno stwierdzić, czy ogłupiająca nuda codzienności czy inne czynniki powodowały, że w Elbing każdy pijak, obibok i utracjusz czuł się w obowiązku wygłaszać przepowiednie o nadejściu końca. Nikt nie traktował ich poważnie. Kiedy arcykapłanka Icone, Władcy Losów, ostrzegała, by nie odkopywać Pogrzebanego Miasta, także została zignorowana. Proroctwo o tym, że w murach miasta czeka coś, co sprowadzi na świat Ostatni Taniec wydawało się tym bardziej wątpliwe, że wygłosiła je już pod koniec życia. Zmysły powoli ją opuszczały, a słowa traciły sens. Nikt nie traktował ich poważnie. Dopiero gdy miasto dosięgły plotki o powrocie wyprawy Ogdena, niektórym przypomniały się słowa ostrzeżenia. 

Ekspedycja, finansowana przez największą okoliczną frakcję kupiecką, skupioną wokół Archibalda Ogdena, wyruszyła trzy lata wcześniej w poszukiwaniu łatwiejszego szlaku handlowego na północ kontynentu. Długie miesiące poszukiwań nie przyniosły rezultatów, jednak w trakcie wędrówek natrafiono na zasypane piaskiem ruiny.

O Yrg wspominano w opowieściach, by przestrzec ludzi przed pychą magów. Ponoć było miastem przeklętym. Ci, co je zamieszkiwali, oddawali się zakazanym sztukom, sięgając ku dziedzinom, w które nawet bogowie nie zapuszczali się ochoczo. O ich osiągnięciach krążyły legendy. Wskrzeszali umarłych, ale nie tak, jak czynią to nekromanci. Też posługiwali się obrożami kontrolnymi, lecz nie po to, by stłumić osobowość obiektu, lecz by ją wzmocnić. Ich dzieła po śmierci posiadały ten sam rodzaj świadomości, która towarzyszyła im za życia. Zamknięte w gnijącym ciele, obdarzone iskrą rozumu monstra nieodmiennie popadały w obłęd. Twórców tych spaczonych istot jakoś to nie zrażało. Każde kolejne dzieło zbliżało ich o jeden krok ku dziełu na które pracowały pokolenia – ostatecznemu bluźnierstwu. Chcieli połączyć życie i śmierć, tworząc tym samym istotę, stojącą poza prawami znanego świata. Taką, która nie będzie podlegać żadnemu z bogów. 

Pewnego dnia Yrg po prostu zniknęło, a pustynia pogrzebała ślady, zamieniając miasto we wspomnienie. W mit. Wciąż pamiętano ostrzeżenia o tym, co mogła sprowadzić pycha jego mieszkańców, ale ludzie Ogdena nie byli przesądni. Ich myśli zajmował wyłącznie surgalit.

Yrg słynęło z dwóch rzeczy. Surgalit był tą drugą. Metal cenniejszy od złota, dawał się formować jedynie mocą. Najczęściej wykorzystywano go do tworzenia magicznych fokusów. Gdy poddał się woli kształtującego, i przybrał nakazaną formę, ogniskował magię tak, że łatwiej nią było manipulować. Był bardzo rzadki i większość magów nigdy nie miała okazji widzieć go na własne oczy. Jedynie potomkowie bogatych rodów albo zaklinacze na dworach królewskich posiadali przedmioty wykonane z tego kruszcu. 

Podania mówiły, że surgalit był w Yrg równie powszechny, jak żelazo. Ogden szybko dał się przekonać, że pod piaskiem pustyni kryją się niezmierzone bogactwa. Sfinansował drugą wyprawę, zapłacił za robotników i narzędzia, a prace ruszyły jeszcze w tym samym roku. 

 Wiosną następnego odkopano Żmija.

 

Zygfryd dyszy ciężko. W jego dłoni tkwi coś, co rozpoznajesz z trudem. Ułamany wyrostek rogowy ze łba Żmija. Domyślasz się, że próbował podnieść głowę bestii, ale okazała się zbyt ciężka. Przed jaskinią czekają jednak konie całej drużyny. Nie będzie kłopotu z transportem.

Wiesz już, jak się to wszystko rozegra. Prawie widzisz Zygfryda na czele tryumfalnego pochodu, opierającego stopę o łeb Żmija. Nonszalancko przyjmującego hołdy.

Umierasz. Wydawałoby się, że nie istnieje dotkliwszy ból, a jednak świadomość, że twój morderca wróci do domu w chwale, leje kwas na otwarte rany. 

 

Nietrudno zrozumieć, dlaczego nigdy nie miałeś przyjaciół. W szkółce świątynnej, gdzie kapłanki Łaskawej Panny uczyły okoliczne dzieci czytać i pisać, zdążyłeś sobie wyrobić opinię dziwaka. Twoi koledzy mieli psy albo koty, ty trzymałeś w rękawie wskrzeszoną mysz. Miała na imię Mika i stanowiła twój pierwszy udany eksperyment z ożywianiem. Kochałeś ją jak pewnie nikt z twoich rówieśników nie kochał swojego zwierzaka. Gdyby nie fakt, że po ośmiu latach nawet siła magii nie potrafiła ożywić biednego truchła, pewnie towarzyszyłaby ci nawet teraz.

Przez pewien czas wydawało się, że jednak zdołasz uniknąć pójścia w ślady ojca. Nauczyłeś się rozmawiać z umarłymi. Ciotka Gertel okazała się cholernie gadatliwa nawet po śmierci. Doprowadzała cię do obłędu, jednak pozycja medium kojarzyła się z przytulnymi salonikami i filiżankami herbaty jaśminowej, podczas gdy rodzinny biznes przywoływał na myśl listopadowe poranki, mokre liście, deszcz, błoto i niewygodę. Szybko okazało się jednak, że nie masz nawet odrobiny talentu potrzebnego, by stać się głosem zmarłych. To elokwencja ciotki Gertel rzuciła wyzwanie wszelkim boskim prawom, nie twoje wyimaginowane zdolności.

Z czasem głos ciotki stawał się coraz cichszy. Gdy umilkł zupełnie, zdziwiło cię uczucie straty.

Oczywiste było, że jako osoba władająca mocą trafisz do Kręgu. Byłeś chyba najbardziej nieszczęśliwym z młodych adeptów. Oni robili wszystko, by w pełni rozwinąć swoje talenty, tobie zbierało się na wymioty, kiedy kolejny raz słyszałeś, jak wielkim darem dysponujesz. Moc nie napawała cię radością. Niemal uciekłeś do cyrku, ale ojciec przedstawił ci bilans zysków i strat i musiałeś ugiąć się przed rzeczywistością. Miałeś paskudne uzdolnienia, ale mogłeś dzięki nim żyć całkiem wygodnie.

Tak ci się przynajmniej zdawało. Potem wysłuchałeś opowieści barda i tamte słowa – o królestwie w potrzebie, o wezwaniu do boju, o walce z najgorszym złem – obudziły w tobie wszystko to, co zdawało się pogrzebane na wielki. Marzenia o czasach, gdy magia wciąż była wielka, gdy ci, którzy nią władali, ośmielali się rzucać wyzwanie bogom. 

Dla takich mrzonek nie było miejsca we współczesnym świecie, ale przecież Żmij także wydawał się pochodzić wprost z czasu legend. Może epoka, w której obdarzeni mocą zmieniali kształt rzeczywistości, jeszcze się nie skończyła? Nie ośmieliłeś się pójść własną drogą, wybierając bezpieczeństwo i wygodę. Teraz, słuchając pieśni wzywającej do wyprawy w nieznane zrozumiałeś, że przez całe życie pozwalałeś, by władał tobą strach. 

 

Usiłujesz zdecydować, czy żałujesz decyzji o opuszczeniu domu, ale nie potrafisz skupić się na tyle, by to rozważyć. Twój umysł przypomina dopalającą się świecę. Płomień wkrótce zgaśnie.

Zygfryd zbliża się jeszcze bardziej. Wciąż trzyma w dłoni róg Żmija, jakby za nic nie chciał się z nim rozstać.

– Nie mogę pozwolić, żeby tobie przypadł ten zaszczyt. To niesprawiedliwe. To ja powinienem był wysłać bestię w zaświaty. Tobie wystarczyło tylko wskrzesić parę trupów, wsadzić w obręcze i dać kukłom miecze do rąk. A ja? Pomyślałeś, co będzie ze mną?

Energicznie kręci głową. 

– Nie mogę wrócić do domu okryty hańbą, rozumiesz? Nie ja, nie jedyny dziedzic rodu Rutherford – jego głos nabiera błagalnych nut, jakby się spodziewał, że skoro wszystko ci wytłumaczył, na pewno przyznasz mu rację. – Musiałem cię powstrzymać, żebyś nikomu nie powiedział. Żeby nikt nie wiedział, jak było naprawdę. 

Patrzy ci w oczy i zaraz odwraca wzrok.

– Żeby nikt nie posłuchał pieprzonego nekromanty.

Jego kroki milkną w oddali. Pewnie za chwilę wróci z linami, by wyciągnąć trofeum z tego zimnego, brudnego miejsca.

 

 

Przypominasz sobie, jak do was dołączył. 

Kiedy to było? Jeszcze zanim przekroczyliście Wisennę, przed równinami Ylegor. 

Dawno temu.

Dobrze pamiętasz ten wieczór. Rozbiliście obóz. Wcześniej tego popołudnia natknęliście się na oddział żerców. Wywiązała się gwałtowna walka, ale od tamtego czasu zdążyłeś już połatać wszystkie reanimowane zwłoki. Przyglądałeś się im, usiłując oszacować, na jak długo wystarczą. Cywilizacja dostarczała wiele okazji pozyskania umarłych. Ci, którzy za życia nie zdążyli spłacić długów, czynili to po śmierci. W takich sytuacjach wierzyciele nie targowali się zbyt długo, a jedynym czynnikiem zniechęcającym gotowego do pracy nekromantę bywał zaciekły opór rodziny. Wtedy trzeba było przekradać się chyłkiem na cmentarz. Tutaj jednak, w głuszy, brakowało i bankierów i nekropolii. Wyjąwszy uśmiercenie i wskrzeszenie któregoś z towarzyszy, twoje perspektywy nie rysowały się zbyt wesoło.

Zamyślony, niemal nie zauważyłeś ostrzegawczych okrzyków Sorrdego. Poderwałeś się i ustawiłeś w gotowości swój oddział. Dopiero teraz zrozumiałeś, że głuche dudnienie, które cały czas słyszysz, jest odgłosem kopyt.

Przez środek obozu przegalopował oddział Tyberiańskiej Jazdy, ścigany przez trzy wyjce. 

Mniej potężni nekromanci potrafili sterować jednymi, najwyżej dwoma zwłokami. Ty umiałeś prowadzić na raz cztery. Wyciągnąłeś miecz, wydałeś mentalny rozkaz swoim kukłom i pognałeś za potworami. 

Problem z Zygfrydem polegał na tym, że wywierał świetne wrażenie. Z was dwóch to on wyglądał na herosa. Ty sam przeszedłeś daleką drogę. Od chwili, gdy opuściłeś rodzinne miasto, minęło sporo czasu. Nauczyłeś się walczyć. Mniej polegać na mocy, bardziej na zimnej stali. Po miesiącach wędrówek przestałeś poznawać siebie w lustrze. Wyglądałeś teraz jak bezpański kundel, jedna z tych wygłodniałych bestii, tylko czekających na okazję, by znienacka rzucić się do gardła. Ale i tak nie mogłeś się z nim równać.

Wyjce były cholernie szybkie, a ich wrzask oszałamiał i powodował krwawienie z uszu. Ciężko się z nimi walczyło. Kiedy kątem oka dostrzegłeś rycerza zakutego w stal, wydałeś westchnienie ulgi. 

To uczucie nie przetrwało nawet kwadransa.

Zygfryd był najgorszym wojownikiem, jakiego widziałeś w życiu. Kiedy chwycił za broń i ruszył w stronę wyjców, każda z jego kończyn wydawała się przemieszczać w przeciwnym kierunku. Podczas bitwy największe zagrożenie stwarzał dla samego siebie. Wydawało się, że jest całkowicie pozbawiony zmysłu własnego ciała – zawsze ustawiał się w pozycji, która gwarantowała najmniejszą przydatność bojową.

Pierwszego wyjca usiekli Hurrog z kopalni Urta i wiedźma Salina. Drugiego dopadła Yvanna, wasza specjalistka od magii żywiołów i S’orragh, barbarzyńca z Północy. Trzeciego załatwiłeś ty.

Zygfryda ocalił Salignar, wskrzeszony kowal ze słabością do hazardu i gry o zbyt wysokie stawki.

Okazało się, że Jazda eskortowała kolumnę z zaopatrzeniem. Tego wieczoru po raz pierwszy od bardzo dawna mieliście okazję zjeść mięso, którego nie trzeba było wcześniej upolować. 

Tamtego wieczoru wiele razy wznoszono kielichy za wasze zwycięstwo. Oraz za ocalenie Zygfryda. 

Był to toast, który przyszło wam powtarzać jeszcze wiele razy.

Pojawienie się Żmija obudziło tałatajstwo, które dawno powinno zniknąć z powierzchni ziemi. Miotaliście się to tu, to tam, walcząc ze wszelkiego rodzaju plugastwem. Poruszaliście się na oślep, w odpowiedzi na nowiny o kolejnym ataku, zawsze mając nadzieję na dopadnięcie bestii, ale to wydawało się niemal niemożliwe.

Żmij poruszał się, jak istota z legend. O świcie wynurzał się z mgieł, o zmierzchu wtapiał w cienie. Atakował znienacka tam, gdzie nikt się go nie spodziewał. Nie wiadomo było, co wyzwala jego gniew. Jednego razu potrafił zmieść z powierzchni ziemi całe miasto, a potem zniknąć na długie tygodnie, nim ktokolwiek zdążył zorganizować opór. 

Za zgładzenie monstrum wyznaczono nagrodę. To ostatnie wiedzieliście doskonale. Należeliście do tych naiwnych, którzy dali się złapać na lep pięknych słów i jeszcze piękniejszych obietnic. Żołd podobno czekał na was w stolicy, ale było sprawą oczywistą, że odbiorą go tylko ci, którym uda się przeżyć. Z zaopatrzeniem także zawsze były kłopoty, więc najczęściej musieliście liczyć sami na siebie. Ale nic nie było was w stanie zniechęcić. Dla sławy, żądzy przygody, złota – wszyscy brnęliście naprzód.

Minęło dużo czasu, nim wieszczki zdołały wreszcie zlokalizować schronienie Żmija. W tym czasie ty i Zygfryd, dwójka najmłodszych i najmniej doświadczonych członków grupy, w naturalny sposób zaczęła trzymać się razem. Przez długie tygodnie przedzieraliście się przez lasy Ebenor, walcząc z wszelkim możliwym paskudztwem, by dotrzeć tam, gdzie wedle przepowiedni znajdowała się kryjówka Żmija. Wydawało się, że z każdym mijającym tygodniem, więź między wami rośnie w siłę.

Zygfryd tak jak ty czuł się więźniem rodzinnej tradycji. Utrzymywania przy życiu tego, co od dawna powinno być martwe. Ile razy mówił, jak bardzo ciąży mu rola, którą zmuszony jest odgrywać? 

Słuchałeś i potakiwałeś. Miałeś wrażenie, jakbyś słyszał sam siebie.

 

Leżysz na kamiennej posadzce. Tuż przy swojej twarzy widzisz rozszczepiony czerep Yvanny Czarnopalcej, a dalej jeszcze jedne zwłoki. Są odwrócone tyłem i nie rozpoznajesz, kto to. Z tuzina śmiałków zostało tylko was dwóch. Wkrótce będzie tylko jeden.

Wzrok zachodzi ci mgłą, a kiedy odzyskuje ostrość, przestajesz wierzyć własnym oczom.

Zwłoki bestii się kurczą. 

Masz wrażenie, że ten proces zaczął się już wcześniej, ale z każdą chwilą przyspiesza.

Metalowa obręcz zsuwa się z szyi węża, podskakuje na kamieniach i zaczyna się toczyć. Kiedy zatrzymuje się w pobliżu twojej dłoni, wirując na krawędzi, rozpoznajesz wyryte na niej znaki. Sam pisałeś takie wiele razy. 

To obręcz kontrolna.

Poznajesz także metal, z którego została zrobiona. Plotki o surgalicie jednak miały podstawy. 

Obręcz wiruje, nadal się zmniejszając, a kiedy się wreszcie zatrzymuje, ma wielkość obrączki.

Patrzysz na nią myśląc, że pewnie zdołałbyś ją wsunąć na palec.

Kościany Tancerz w towarzystwie orszaku szkieletów zatrzymuje się w pół kroku. Patrzy wprost na ciebie, a niebieski płomień, wypełniający jego oczodoły, staje się jeszcze bardziej zimny. 

W twojej głowie rozbłyskują fajerwerki. 

Surgalit daje się kształtować tylko mocą. Obręcz kontrolna z sugalitu była z założenia przeznaczona dla tego, kto potrafi się nią posługiwać. 

Mieszkańcy Yrg pragnęli stworzyć istotę, która nie będzie służyć żadnym bogom. Połączenie życia i śmierci.

Widzisz to oczyma wyobraźni. Widzisz wielką ciemność i siebie w jej centrum – jednocześnie ożywionego i ożywiającego, nekromantę i zwłoki, które animuje. Widzisz życie i śmierć stanowiące jedno.

Zastanawiasz się, co się stało w Yrg. Czy to jeden z bogów nie chciał pozwolić, by śmiertelnicy uciekli mu spomiędzy palców, czy może arogancja zaklinaczy sprawiła, że przywołali na świat coś, czego nie potrafili kontrolować. Myślisz o wężu, który przez przypadek natknął się na arcydzieło czarnej magii, na które mieszkańcy Yrg pracowali pokoleniami i został spaczony mocą, która z niego emanowała. 

Na koniec koncentrujesz się na słowach, które trzeba wypowiedzieć, by dopełnić ceremoniału.

 

Czyżbyś to ty miał się stać ciemnością, która pożre świat?

 

Kościany Tancerz przygląda się z ciekawością. Jest ciekaw, co się stanie.

Wyciągasz palce. Nawet tak drobny gest pozbawia cię resztek sił.

Słyszysz kroki i wiesz, że Zygfryd zaraz tu będzie. 

Odgłosy kroków brzmią coraz bliżej. Musisz się spieszyć.

Otwierasz usta. 

 

Czyżbyś miał się stać ciemnością?

 

Sylwetka Zygfryda zasłania światło. 

Szykujesz się do wypowiedzenia sześciu słów, które kończyły każdą przeprowadzoną przez ciebie ceremonię ożywienia.

Słów, które znasz lepiej od tekstu wieczornej modlitwy.

Umierasz, ale zdążysz jeszcze dokończyć to zdanie.

Jesteś tego prawie całkiem pewien.

Koniec

Komentarze

Podoba mi się koncept opowiadania. Może “przelatywanie” całego życia, przed śmiercią nie jest niczym nowym, ale dobrze to opisałaś. Dodatkowo narrator, który zwraca się do bohatera, często retorycznie, dodaje jeszcze dodatkowego atutu.

Stosujesz kilka typowych chwytów, jak:

Tylko jedna osoba może trzymać za rękojeść.

Jeszcze kilka tego typu trafia się w tekście, ale co tam, ja lubię takie chwyty. ;) Dobry pomysł z surgalitem, podobał mi się. W ogóle cała historia o Yrg dobrze napisana, wiarygodna, magiczna i logicznie brzmiąca. Za to na pewno plusy.

Oczywiste było, że jako osoba władająca mocą trafisz do Kręgu. Byłeś chyba najbardziej nieszczęśliwym z młodych adeptów. Oni robili wszystko, by w pełni rozwinąć swoje talenty, tobie zbierało się na wymioty, kiedy kolejny raz słyszałeś, jak wielkim darem dysponujesz. Moc nie napawała cię radością. Niemal uciekłeś do cyrku, ale ojciec przedstawił ci bilans zysków i strat i musiałeś ugiąć się przed rzeczywistością. Miałeś paskudne uzdolnienia, ale mogłeś dzięki nim żyć całkiem wygodnie.

Tak ci się przynajmniej zdawało. Potem wysłuchałeś opowieści barda i tamte słowa – o królestwie w potrzebie, o wezwaniu do boju, o walce z najgorszym złem – obudziły w tobie wszystko to, co zdawało się pogrzebane na wielki. Marzenia o czasach, gdy magia wciąż była wielka, gdy ci, którzy nią władali, ośmielali się rzucać wyzwanie bogom. 

Dla takich mrzonek nie było miejsca we współczesnym świecie, ale przecież Żmij także wydawał się pochodzić wprost z czasu legend. Może epoka, w której obdarzeni mocą zmieniali kształt rzeczywistości, jeszcze się nie skończyła? Nie ośmieliłeś się pójść własną drogą, wybierając bezpieczeństwo i wygodę. Teraz, słuchając pieśni wzywającej do wyprawy w nieznane zrozumiałeś, że przez całe życie pozwalałeś, by władał tobą strach.

Ten fragment trochę mnie pogubił. Nieuzasadniona wydaje się ta przemiana bohatera, niby zbierało mu się na wymioty na myśl o magii, a później okazuje się, że czekał całe życie na przygodę związaną z magią. Albo coś źle zrozumiałem.

Jeszcze tutaj mały drobiazg:

Wciąż trzyma w dłoni róg Żmija, jakby za nic nie chciał się z nim rozstać.

Skoro rżnął go z takim wysiłkiem, to oczywiste, że nie po to, żeby się z nim rozstać.

Całość zamykasz ładną klamrą, połączenie życia i śmierci… Niby wspominasz o tym na początku, ale finał z bohaterem w takim wydaniu może nie zaskoczył, ale nie wpadłem na to.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dzięki za miłe słowa. Nie podobała mu się monotonia pracy nekromanty, nic nie miał przeciwko magii jako takiej. Wyzwanie i przygoda pomogły mu docenić talent, pogodzić się z nim i go rozwinąć.

Masz rację, słabo to zaznaczone w tekście.

 

Motyw walki rycerza ze smokiem wydaje się bardziej wyeksploatowany niż złoża surgalitu w pobliżu stolicy, ale udało Ci się wnieść coś nowego do tematu.

Interesująca opowieść, spodobała mi się. Chociaż drugoosobowa narracja akurat mniej. Dziwnie się czuję, kiedy zwraca się do mnie używając rodzaju męskiego.

Babska logika rządzi!

Logika rządzi :) 

Inspiracją do tego tekstu były przygody paragrafowe. Przeglądałam jakieś na stronie i naszło mnie, jakie są nudne. Czy nie byłoby ciekawiej, gdyby jeden z paragrafów zaczynał się od słów: Twój najlepszy przyjaciel właśnie wbił ci miecz w plecy. Czy 

1. Szukasz zemsty, zamieniając się w nieludzką abominację – idź do paragrafu 34

2. Rozpamiętujesz przeszłość i płaczesz za mamusią – idź do paragrafu 87

2. Leżysz i krwawisz – dziękujemy z udział w przygodzie i życzymy powodzenia w Zaświatach!

Dlatego też ta druga osoba, ale uprzedzałam uczciwie tagiem, że to eksperyment :)

Sztampowe fantasy zazwyczaj jest nudne. Dziwi mnie, że ludzie tak się zachwycają kolejną grupą dzielnych rycerzy wyruszającą na walkę ze straszliwym/ przedwiecznym ZUEM.

Babska logika rządzi!

A mnie nie dziwi, że Ciebie dziwi. :) To by dopiero było nudno, gdyby wszyscy lubili to samo. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Racja, Darconie. :-)

Babska logika rządzi!

Interesująca forma i treść, choć powiem szczerze, że z lekka opowiadanie o przeszłości zaczęło nudzić, podczas gdy to, co dzieje się w trakcie “umierania” bardzo mnie zainteresowało. Mam wrażenie, że mogłaś skrócić pierwszą bez żadnych strat dla drugiej.

Zakończenie mi się spodobało. Takie sympatyczne, zostawione w pół kroku przed końcem podróży.

Technicznie czytało się nieźle, ale tu niech lepsi się wypowiedzą.

Podsumowując: ciekawa forma koncertu fajerwerków na plus, ale część teraźniejsza jest lepsza od części przeszłej. Całość na klika zasługuje.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo dziękuję. 

No cóż, czytało się nieźle, jednakowoż gdyby dłużej trwała część traktująca o tym, co działo się, nim nastał kres życia maga, pewnie poczułabym się znużona, tym bardziej, że o nekromantach napisano już chyba wszystko, a historia Twojego niczym szczególnym raczej się nie wyróżnia.

 

Z pod­ło­gi nie je­steś w sta­nie do­strzec zbyt wiele… –> Skoro rzecz dzieje się w jaskini, to skąd tam podłoga?

 

Cięż­ko stwier­dzić, czy ogłu­pia­ją­ca nuda co­dzien­no­ści –> Trudno stwier­dzić, czy ogłu­pia­ją­ca nuda co­dzien­no­ści

 

Ich dzie­ła po śmier­ci ob­da­rzo­ne były tym samym ro­dza­jem świa­do­mo­ści, która to­wa­rzy­szy­ła im za życia. Za­mknię­te w gni­ją­cym ciele, ob­da­rzo­ne iskrą… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Po­da­nia mó­wi­ły, że sur­ga­lit był w Yrg rów­nie po­wszech­ny, co że­la­zo. –> …rów­nie po­wszech­ny, jak że­la­zo.

 

Nie trud­no zro­zu­mieć, dla­cze­go nigdy nie mia­łeś przy­ja­ciół. –> Nietrud­no zro­zu­mieć

 

nie masz nawet odro­bi­ny ta­len­tu po­trzeb­ne­go, by zo­stać stać się gło­sem zmar­łych. –> Dwa grzybki w barszczyku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuje za uwagi i za odnalezienie błędów.

Fajne :)

Nowa Fantastyka