- Opowiadanie: Issander - Worek bez dna

Worek bez dna

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Worek bez dna

Ups. Wygląda na to, że zniszczyłem świat.

A wszystko z powodu tej cholernej bańki na londyńskim rynku nieruchomości. Przez ostatnie pół wieku eksperci non stop zapewniali, że pęknie. I co? Gówno. Jest gorzej, niż kiedykolwiek.

Ludzie, którzy odziedziczyli domek w stolicy, równie dobrze mogliby wygrać na loterii. Za pobierany stąd czynsz da radę wynająć gdzie indziej posiadłość w wyższym standardzie, a do tego utrzymać średniej wielkości rodzinę. Oczywiście, jako syn imigrantów nie miałem tego szczęścia. Ale za to miałem swój mózg, pracę w ośrodku badawczym oraz pewien plan.

Gdy uznałem, że wszystko gotowe, wybrałem się na wakacje. Rozważałem dwie możliwości – Hiszpanię albo gdzieś nad Kanałem – ale wygrała ta druga. Uznałem, że lepiej zachować ostrożność. Jeszcze ktoś zwróci uwagę na opaleniznę i będę miał kłopoty.

Znalazłem uroczy domek na granicy Kornwalii, rzut beretem od Dartmoor. Przy dobrej pogodzie pewnie nawet bym dostrzegł jego szczyty, ale hej, mówimy o Kornwalii. Tu nie ma czegoś takiego jak dobra pogoda.

Po załatwieniu formalności wziąłem się za robotę. Miałem trzy tygodnie na zmontowanie translatora matryc sześciowymiarowych oraz rozplątywacza Calabi-Yau. Gdybym nie planował tego od dłuższego czasu, wyłożyłbym się na kosztach.

Jako jedyny w zespole naprawdę rozumiałem, nad czym pracujemy. No dobra, Nicklin coś tam ogarniał, ale nie przykładał się tak jak ja. Tak czy inaczej, to mnie obarczono wieloma odpowiedzialnościami, w tym za wymianę sprzętu. Dzięki temu miałem pod ręką stertę starych, ale wciąż działających części. Niektóre wręcz w doskonałym stanie – wylądowały u mnie tylko dlatego, że dyrektor ośrodka znalazła się na swojej pozycji dzięki akcji afirmacyjnej i ma tego świadomość. Zgodziłaby się na cokolwiek, jeślibym użył paru trudnych słów i zaimplikował, że jest zbyt głupia, by zrozumieć oczywistą konieczność.

To może wydawać się mało etyczne, ale należy wziąć pod uwagę, że zamierzałem samodzielnie skopiować i rozwinąć technologię, nad którą pracowałem jako pracownik ośrodka. Etyka zawodowa już na samym początku trafiła do kosza.

Nie było łatwo z robotą – tym bardziej, że o jedzeniu na dowóz mogłem pomarzyć, więc w przerwach pomiędzy majsterkowaniem musiałem nauczyć się gotować – ale udało mi się wyrobić na dwa dni przed końcem urlopu. Zostało jeszcze dość czasu na zwiedzenie malowniczej okolicy, żeby mieć czym uwiarygodnić laboratoryjny small talk.

Wróciłem do Londynu horrendalnie drogim pociągiem, po raz ostatni w życiu wkurzając się na jego cenę i zastane warunki.

 

***

 

Odległość Plancka jest niewyobrażalnie mała. Jednak nawet w tak maleńkiej dziesięciowymiarowej przestrzeni znajduje się nieskończenie wiele przestrzeni trójwymiarowej. Nad jej wydobyciem pracowaliśmy w ośrodku, odkąd tylko udało się wreszcie udowodnić prawdziwość teorii supersymetrii. Jednak bardziej problematyczne okazało się sklejanie tych mikroprzestrzeni do jakichś sensownych rozmiarów – z osobna bowiem każda była mniejsza niż wspomniana odległość Plancka. Niestety, nieskończoność nie oznacza, że wszystko jest możliwe. Choć suma wszystkich odcinków w kwadracie jest faktycznie nieskończona, to żaden nie jest dłuższy niż jego przekątna.

Sporo wysiłku kosztowało mnie sprawienie, by to wszystko w ogóle działało. Praktycznie od roku zostawałem w laboratorium do wieczora, choć to też stanowiło element mojego planu. Nie miałem oporów przed wykorzystaniem technologii do własnych celów, bądź co bądź większość efektów pracy „zespołu” pochodziła tak naprawdę ode mnie.

Dla inwestorów przygotowałem pokazówkę: pokój większy w środku niż na zewnątrz. Nie była to może najbardziej wyszukana manipulacja, ale podziałała. Patrzyłem, jak świecą im się oczy, gdy wyobrażali sobie to, co chciałem, by sobie wyobrażali: torby bez dna, dodatkowe działki w centrach drogich miast, rozległe posiadłości, zajmujące tyle miejsca, co mała szopa… Ja tymczasem miałem zupełnie inną wizję.

Planowałem za trzy, cztery lata ruszyć z produkcją na małą skalę. Koniec końców i tak dzięki dysponowanemu kapitałowi prześcignęłyby mnie korporacje, ale spodziewałem się stałej pozycji na rynku, jeśli tylko udałoby mi się zostać pierwszym, który wypuści gotowy produkt. Na razie potrzebowałem działającego prototypu, pracowni z dala od ludzi… oraz taniego lokum. Jasne, z pensji naukowca stać mnie było na wynajem w samym Londynie, ale do wyboru miałem przeznaczać na czynsz trzy czwarte zarobków, mieszkać z innymi ludźmi lub dojeżdżać do pracy półtorej godziny z jakiegoś zadupia za północną obwodnicą.

Tania i wygodna posiadłość jak najbardziej stanowiła dla mnie priorytet.

 

***

 

Z Paddington pojechałem metrem wprost do ośrodka. Z nieskrywanym zadowoleniem pożegnałem się z zatłoczonymi wagonami, ze śmierdzącymi i dusznymi stacjami, z wiecznie opóźnionymi pociągami, niewartymi horrendalnie drogich cen biletów.

Na miejscu przywitałem się z resztą zespołu i zabrałem do pracy. Podczas przerwy na lunch opowiedziałem o widokach spod słynnych dartmoorskich skałek i o kornwalijskich cream tea oraz stargazy pie. Wszyscy poza Nicklinem zgodziliśmy się, że tylko w Zjednoczonym Królestwie coś takiego może uchodzić za tradycyjny regionalny posiłek – w całym zespole był jedynym rodowitym Brytolem.

Trochę się obawiałem, zostawiając ośrodek na trzy tygodnie, ale niepotrzebnie. Reszta zespołu nie dokonała w tym czasie nic godnego uwagi. W sumie mogłem się tego spodziewać.

Jak zwykle zostałem w pracy ostatni. Za pięć dwudziesta automatycznie uruchomiły się programy zarówno w moim domu, jak i w pracowni. W przeciwieństwie do szefostwa, szukającego zastosowań dla samej sztucznie wykreowanej przestrzeni, ja skupiłem się na tym, jak owa przestrzeń jest połączona.

Stanąłem przed dziurą w rzeczywistości. Wziąłem głęboki wdech i zrobiłem krok do przodu.

Znalazłem się w Kornwalii.

 

***

 

Od tamtej pory zupełnie pogrążyłem się w pracy. Dnie w ośrodku, noce i weekendy w domu… Jak by nie patrzeć, oszczędziłem mnóstwo czasu na komunikacji. Niewiele wydarzyło się godnego uwagi. Raz tylko otrzymałem niespodziewaną wizytę.

Walenie do drzwi przerwało mi i tak zdecydowanie zbyt krótki sen. Założyłem szlafrok i doczłapałem się do przedsionka.

– Słucham? – spytałem zaspanym głosem, otwierając drzwi.

– Dzień dobry – padło z ust policjanta.

Gdy zobaczyłem, kim są moi goście, natychmiast oprzytomniałem.

– W czym mogę pomóc?

– Przede wszystkim, witamy w naszej lokalnej społeczności. Lecz jest jeszcze jedna sprawa. Czy możemy wejść do środka?

– W jakim celu? – odparłem. Po chwili zorientowałem się, że w tej sytuacji nie zabrzmiało to najlepiej, więc dodałem: – Przepraszam, pracowałem do późna, nie miałem czasu posprzątać…

– Proszę się o to nie martwić. – Mundurowy wcale nie brzmiał, jakby próbował mnie uspokoić. – Okej, powiem tak: dostaliśmy informację od dostawcy o nietypowo dużym poborze prądu. Chcemy tylko szybko się rozejrzeć, żeby sprawdzić, czy przyczyną nie jest na przykład uprawa czegoś nielegalnego. Oczywiście, może się pan nie zgodzić, ale wtedy trafimy tu z nakazem i to szybciej, niż się pan spodziewa.

Momentalnie kamień spadł mi z serca.

– W takim razie zapraszam. Chyba wiem, o co chodzi.

Chciałem od razu ich zaprowadzić do pokoju z maszynerią, lecz nalegali, by rozejrzeć się po całej posiadłości.

– O. A to co? – spytał ten sam, z którym rozmawiałem przy drzwiach, gdy wreszcie tam dotarliśmy.

– O tym właśnie mówiłem. Mam kopalnię kryptowalut – wypowiedziałem przygotowaną wymówkę.

– Nie boi się pan? Przecież parę lat temu runął ten bitcoin czy jak mu tam…

Rzeczywiscie, co do tego przewidujący przyszłość ekonomiści się nie pomylili. Jednak szybko zastąpiły go inne, oparte o lepsze mechanizmy. Jako że siedziałem w temacie, odpowiedziałem, celowo stosując mnóstwo skomplikowanych terminów.

Wizyta nie trwała wiele dłużej.

 

***

 

Obudziłem się, jak co dzień, o szóstej rano. Godzinę później miał automatycznie uruchomić się stworzony przeze mnie program, a ja jak zwykle pojawiłbym się w pracy na długo przed pozostałymi, nie wzbudzając podejrzeń. Lecz kiedy wszedłem do łazienki, by umyć zęby, i wcisnąłem przycisk na ścianie, nie zapaliło się światło.

– Co jest… – zdziwiłem się, na wszelki wypadek powtarzając czynność jeszcze kilka razy.

Szybkie ponowienie próby na korytarzu i w kuchni potwierdziło, że w całym domu nie ma prądu.

– Trudno – rzuciłem zaspany – wezmę szczoteczkę do pra… O kurwa.

Dotarło do mnie, że nie tylko nie pojawię się w pracy, ale być może także niedługo w ogóle nie będę miał pracy.

Od samego początku początku powinienem to przewidzieć. Nie mam pojęcia, jak przeoczyłem taką ewentualność… To nie powinno się przydarzyć, nie mi.

Wziąłem parę głębokich wdechów, żeby się uspokoić, ale gdy sięgnąłem po telefon, nadal trzęsły mi się ręce. Zbyt przerażająca była świadomość, że za godzinę w Docklands uruchomi się generator przestrzeni, ale ta będzie zaczepiona w prawdziwym świecie tylko z jednej strony, zaś z drugiej potencjalnie nieskończona.

Całe szczęście działały stacje transmisyjne. Miałem zasięg. Niewiele myśląc, wybrałem numer.

– Mmm… Słucham? – mruknął Nicklin po drugiej stronie. – Mark, zdajesz sobie sprawę, która jest godzina?

– Tak. Jest sprawa, James. Musisz pojechać do ośrodka.

– No, mam zamiar. Jak co dzień. Tam przecież pracuję, nie?

– Natychmiast. – Wkurzyłem się, bo było słychać, że zupełnie nic nie odczytał z mojego tonu. – Posłuchaj, nie ma czasu na wytłumaczenia, po prostu zaufaj mi, że trzeba wyłączyć maszyny, inaczej będzie tragedia.

– No dobra… Ale wiesz, że mieszkam na Wembley, mogę być tam najwcześniej za półtorej godziny, nie mógłbyś sa…

– Nie! – wszedłem mu w słowo. – Weź taksówkę, każ kierowcy łamać przepisy, zapłać mu, ile sobie zażyczy. Oddam ci. I zadzwoń do mnie, jak tylko będziesz na miejscu. Powiem ci, co robić – dodałem.

– No spoko… Ale naprawdę nie byłoby ci wygodniej samemu to zrobić? I tak jesteś zawsze pierwszy w robocie…

Rozłączyłem się i spojrzałem na zegarek. Szósta szesnaście.

Znalazłem w internecie numer do dostawcy prądu. Niby infolinia czynna całodobowo, ale oczywiście o tej porze tak naprawdę funkcjonowała tylko rozbudowana automatyczna sekretarka. Zmarnowałem czas, próbując czegokolwiek się dowiedzieć.

Spojrzałem z niecierpliwością na trzymany w ręku telefon. Miałem jeszcze jedną opcję. Mogłem zadzwonić na policję.

Na pewno dotarliby tam szybciej niż Nicklin. Gdybym odpowiednio przedstawił sytuację, mogliby po prostu obciąć zasilanie całemu budynkowi i byłoby po kłopocie.

Problem w tym, że nijak bym się nie wykaraskał. Z Jamesem mogę się dogadać, zaoferować procent z przyszłych zysków… I tak nie jest szczególnie oddanym pracownikiem. Jednak gdybym zaangażował służby, o sprawie dowiedziałaby się góra. Na sto procent przegrałbym proces. Odszkodowanie by mnie zrujnowało, nawet przy optymistycznym założeniu, że wcale nie poszedłbym siedzieć.

Po namyśle odłożyłem komórkę. Postanowiłem zaufać Nicklinowi.

 

***

 

Zadzwonił dwadzieścia cztery po siódmej.

– Jestem na miejscu… Nie żartowałeś sobie ze mnie, ha? – powiedział z wyraźnym zdumieniem w głosie.

– Co się dzieje? Co widzisz? – spytałem nerwowo.

– Ulica jest zablokowana. I pewnie się domyślasz, ale wszędzie są dziury. W asfalcie, w budynkach… Nie wyglądają na rozerwane czy wykopane. Bardziej jakby ktoś… Och, Mark. Coś ty zrobił?!

– Nic, czego nie da się zatrzymać. Koniecznie musisz wyłączyć generator przestrzeni, albo przynajmniej rozplątywacz!

Generator prawdopodobnie robi dumpy przestrzeni w losowych miejscach, pomyślałem. To wciąż dałoby się wytłumaczyć górze awarią maszyny…

– O, widzę pol… – zaczął mówić James, ale przerwał mu głośny huk.

To musiał być dźwięk powietrza gwałtownie wypełniającego nowo powstałą przestrzeń, uznałem.

Przez chwilę nie słyszałem nic po drugiej stronie i już miałem zacząć się martwić, że coś mu się stało, gdy usłyszałem przerywane słowa.

– …acuję… …eba wyłą… …astrofa, jeśli…

– James? Jesteś tam? – prawie krzyknąłem w mikrofon.

– Tak… Nie uwierzysz, jakie to głośne. Ale ta nowa dziura była już mniejsza, niż poprzednie! I jest tu policja, przekazałem im, że trzeba odciąć zasilanie. Poszli szukać skrzynki.

– Nie ma czasu. Mówisz, że dumpy są coraz mniejsze? To pewnie translator matryc! Dopóki działa, wymusza spójność generowanej przestrzeni i dlatego na razie dziury są niewielkie, ale nie projektowaliśmy go z myślą o takim obciążeniu! Gdy siądzie, nowa przestrzeń nie będzie już niczym ograniczona!

– Nie jestem pewien, czy wszystko rozumiem. Nadal dzwoni mi w uszach, nie uwierzysz, jakie to głośne… Ale dobra, wchodzę do środka. Choć po wszystkim będziemy musieli się rozliczy…

Głos w słuchawce urwał się.

– James? James! – krzyknąłem, modląc się, by to po prostu kolejny dump, lecz połączenie zostało zawieszone.

Podniosłem wzrok i popatrzyłem na sierp księżyca nad Dartmoor. Pomyślałem, że skoro teraz już wszystko jedno, powinienem zadzwonić na policję. Niech nawet odetną prąd całej dzielnicy.

A potem księżyc zniknął. Ups.

Wygląda na to, że zniszczyłem świat.

Koniec

Komentarze

Nieźle. Sięgnięcie po supersymetrię i wielowymiarowość udanie zastąpiło portale, wyczarowywane przez magów – dzisiejsza fizyka to więcej niż magia, a na dodatek może znaleźć kiedyś realne zastosowania.

Tylko Księżyca szkoda. :-(

Dzięki za błyskawiczny komentarz.

Księżyc nadal jest. Tylko bardzo, bardzo daleko, razem z drugą połową Ziemi :)

Masz rację, że to, co według teoretycznej fizyki dzieje się w sytuacjach ekstremalnych (bardzo niewielkie odległości, bardzo wysoka/niska energia) możnaby nazwać magią. A część z tych rzeczy już ma zastosowanie, np. nadprzewodnictwo i nadciekłość będące efektem zjawisk jakiś czas temu dopiero przewidywanych przez mechanikę kwantową.

ironiczny podpis

Podoba mi się :) Najbardziej końcówka, gdy Nicklin okazuje się być Jamesem i pozostaje nim. No i to: Och, Mark. Coś ty zrobił?! 

Jolly good. Jest dowcip, jest przyzwoity język, jest należycie niedoskonały bohater, jest w miarę sensowna technogadka. Miło się czyta, choć krótkie.

 pobierany stąd czynsz

Pobierany tutaj czynsz.

bym dostrzegł jego szczyty

"Dostrzegł" jest pretensjonalne – zamień na "widziałbym".

 wieloma odpowiedzialnościami

Hipostaza. "Odpowiedzialność" nie jest przedmiotem i nie może istnieć w liczbie mnogiej – narratora obarczono dużą odpowiedzialnością, albo powierzono mu wiele ważnych spraw.

 Zgodziłaby się na cokolwiek, jeślibym użył paru trudnych słów i zaimplikował, że jest zbyt głupia

Ale nie używaj trudnych słów bez potrzeby (p. wyż.). “Gdybym” i “zasugerował” brzmiałyby tu lepiej.

 może wydawać się mało etyczne

Składnia: może się wydawać mało etyczne.

 Nie było łatwo z robotą

Może lepiej: Robota nie była łatwa; albo: nie było to łatwe zadanie.

 Nad jej wydobyciem

Nad wydobyciem czego? Forma gramatyczna sugeruje, że przestrzeni dziesięciowymiarowej, ale kontekst – że trójwymiarowej. I jak chcesz wydobyć przestrzeń? Możesz się do niej dostać, ale nie wydobyć.

 większość efektów pracy „zespołu” pochodziła tak naprawdę ode mnie.

Może być, ale dałoby się to bardziej ogładzić – może: za większość efektów pracy "zespołu" faktycznie odpowiadałem ja.

 Nie była to może najbardziej wyszukana manipulacja

Przestrzenią, czy inwestorami?

 świecą im się oczy

Świecą im oczy.

 dzięki dysponowanemu kapitałowi prześcignęłyby mnie korporacje

Czyli kapitał był zdrowy i nic mu nie dolegało? Korporacje prześcignęłyby mnie dzięki kapitałowi, jakim dysponowały.

 horrendalnie drogich cen biletów

Wystarczy: horrendalnie drogich biletów.

 nie dokonała w tym czasie nic

Lepiej "niczego", chociaż to nie problem.

 pogrążyłem się w pracy

Nie brzmi to za dobrze. Może poszukaj innego obrazu?

 oszczędziłem mnóstwo czasu na komunikacji

Nie na dojazdach?

 Niewiele wydarzyło się godnego uwagi.

Składnia: Wydarzyło się niewiele rzeczy godnych uwagi.

 Raz tylko otrzymałem niespodziewaną wizytę.

Hipostaza. Wizyty nie możesz dostać w pudełku ze wstążką. Złożono mi wizytę.

 doczłapałem się do przedsionka

Doczłapałem, bez się.

 Lecz jest jeszcze jedna sprawa.

Jesteś pewien, że możesz zacząć zdanie od "lecz"?

 Mundurowy wcale nie brzmiał

Co Wy wszyscy z tym "brzmiał"? Strasznie kolokwialne, co w tym kontekście ujdzie, ale zaznaczam.

 Jako że siedziałem w temacie, odpowiedziałem, celowo stosując mnóstwo skomplikowanych terminów.

Ja zrobiłabym tak: Jako, że siedziałem w temacie, moja odpowiedź była pełna szczegółów i specjalistycznych terminów.

 miał automatycznie uruchomić się

Składnia: miał się automatycznie uruchomić. Zwłaszcza, że w poprzednim zdaniu masz (prawidłowo) "się" po czasowniku i brzęczy. Przy okazji – tnij zbędne "się" ("pojawiłbym się" można zmienić na "byłbym" albo "dotarłbym").

 zdziwiłem się, na wszelki wypadek powtarzając czynność

Czynność zdziwienia? Może tak: wciskając włącznik jeszcze raz. I jeszcze.

 Szybkie ponowienie próby na korytarzu i w kuchni potwierdziło, że w całym domu nie ma prądu.

Jakieś to nienaturalne.

 jak przeoczyłem taką ewentualność…

Nie lepiej "możliwość"?

 To nie powinno się przydarzyć, nie mi.

Nie mnie.

 zaczepiona w prawdziwym świecie tylko z jednej strony, zaś z drugiej potencjalnie nieskończona.

Ten kawałek technogadki Ci nie wyszedł – mniej więcej widzę, o co chodzi, ale "zaczepiona" i "nieskończona" nie bardzo grają jako przeciwieństwa. I te jego tunele są nieprawdziwe – w jakim sensie?

 z wyraźnym zdumieniem w głosie.

Dlaczego?

rozerwane

Rozerwane dziury? Nie "wyrwane"?

 Gdy siądzie

Nierówny styl: jak wysiądzie; albo: kiedy przestanie działać.

 połączenie zostało zawieszone.

Lepiej opisz dźwięk w słuchawce.

to, co według teoretycznej fizyki dzieje się w sytuacjach ekstremalnych (bardzo niewielkie odległości, bardzo wysoka/niska energia) możnaby nazwać magią

Pozłościłabym się tu, ale lepiej odeślę do "O baśniach" Tolkiena i do publicystyki Lewisa.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Dzięki za uwagi. Poprawię, jak tylko skończy się konkurs – takie przyjąłem założenie. Fajnie, że mimo tego wszystkiego i tak się podobało :)

ironiczny podpis

Dobre!

Drugi raz realia UK w konkursie. Pewnie smaczki są, ale ja nie wyłapię.

Fajna SF bliskiego zasięgu. Oraz zawsze kombinujący rodacy. Bardzo przyjemny miks (smakuje zapewne o niebo lepiej niż stargazy pie, cokolwiek za ciastko to jest).

Tylko jedna mała wątpliwość – tak trudno przewidzieć 20-sty stopień zasilania? Chyba, że w UK to jakaś większa katastrofa jest?

W każdym razie – czyta się!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Cieszę się, że się podobało.

Tylko jedna mała wątpliwość – tak trudno przewidzieć 20-sty stopień zasilania? Chyba, że w UK to jakaś większa katastrofa jest?

Bardzo dobrze, że masz tę wątpliwość! Specjalnie chciałem pokazać protagonistę, który faktycznie jest geniuszem, ale jednocześnie cechuje się przesadną arogancją. Spogląda z góry na innych, a sam sprowadza na świat katastrofę przez coś, co każdy idiota mógł przewidzieć. 

Spójrz na to, jak krytykuje inwestorów ośrodka za to, że nie dostrzegają możliwości, które widzi on… a później robi dokładnie to samo.

 

A stargazy pie smakuje całkiem dobrze… Natomiast z tego co słyszałem, ryby koniecznie muszą mieć głowy, żeby wyciekające z oczu i mózgów płyny nasączały ciasto podczas pieczenia… Mniam! Wygląda zaś w ten sposób:

ironiczny podpis

Ło rany boskie. Nawet poezja twórców disco polo jest lepsza niż ten placek…

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Issandrze, czy wystarczą Ci komentarze z bety, bo tak po prawdzie to nie bardzo wiem, co jeszcze mogłabym dopisać.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak najbardziej :)

ironiczny podpis

Bardzo mi się spodobało. Bo Anglia, bo dobrze napisane, bo science-fiction, bo fajny bohater, bo dobry pomysł… Przeczytałam z przyjemnością. Klikam i życzę powodzenia w konkursie :)

Dzięki. Przyda się, bo konkurencja mocna :) Jak na razie opowiadań nie ma dużo, ale wszystkie na wysokim poziomie.

ironiczny podpis

Spodobało mi się. Fajne, dzieje się. Ciekawa byłam zakończenia. Niby je zdradzasz na samym początku, ale wtedy jeszcze nie wiadomo, o co chodzi.

Bohater ma zady i walety, ludzki gość.

Tylko nie mogę odgadnąć słowa. Aberracja, Royal Society, habenda, mechanistyczny? Na upartego każde się nadaje, ale żadne naprawdę dobrze. :-/

Napisane całkiem całkiem.

Raz tylko otrzymałem niespodziewaną wizytę.

Wizyty można otrzymywać? Nie wiem.

Babska logika rządzi!

Ludzie, którzy odziedziczyli domek w stolicy, równie dobrze mogliby wygrać na loterii.

Mnie się wydawało, że hasło to “prosperować”.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Prosperować, powiadasz? Też może być.

Babska logika rządzi!

Łatwo wsiąknąć. Naprawdę dobre opowiadanie. Co prawda po przeczytaniu musiałem poświęcić trochę czasu, by poczytać o supersymetrii, wartościach Plancka i wielowymiarowości, ale to chyba tylko na plus, że mnie zaciekawiłeś.

Pytanie (jak to od laika): czy wymienione teorie w jakiś sposób tłumaczą ten teleport? I czy da się to jakoś łopatologicznie wytłumaczyć laikowi (mnie)?

Finklo – tak, to jedno z wymienionych haseł. Hasło jest istotne dla tekstu – bez niego końca świata bądź co bądź by nie było – ale nie jest motywem przewodnim. Byłem tego świadomy od początku. Zamiast opublikować od razu, wrzuciłem na betę, żeby się upewnić. Przeleżało tam trochę, niestety nie wymyśliłem nic innego, a poza tą jedną kwestią wiem, że opko jest dobre. Podobało mi się, nic innego nie miałem, więc wrzuciłem.

Tym niemniej hasło jest, jest istotne, choć nie aż tak, jak mogłoby być.

 

Staruchu, Finkla ma lepszą intuicję :) Chociaż z drugiej strony, może i jedno z wytypowanych przez nią haseł jest prawdziwe, ale jest też całkiem blisko znaczeniowo do twojego.

 

ac, i tak, i nie. Supersymetrię w moim opowiadaniu porównaj np. do wieloświata w uniwersum Marvela czy DC. Wieloświat jest jak najbardziej poważną hipotezą – choć niezbyt przydatną, bo raz, że nie da się jej udowodnić, a dwa, że nawet gdyby była prawdziwa, kosekwencje dla nas są zerowe. Wiemy, że na pewno nie działa tak jak u tych wydawców. Jednak przy pewnym zawieszeniu niewiary daje ciekawe historie. I łatwiej zawiesić niewiarę na czymś, co ma jakieś podstawy w fizyce, niż na czymś zupełnie nieprawdopodobnym, nieprawdaż? :)

A teraz do wyjaśnień. Wyobraż sobie kwadrat. Gdybyś jakimś cudem pociachał go na równoległe odcinki, byłoby ich nieskończenie wiele, a łącznie byłyby nieskończenie długie – choć kwadrat jest skończony. Co więcej, wielkość kwadratu nie ma tutaj znaczenia.

Według teorii superstrun istnieje dziesięć wymiarów, ale sześć z nich nie ma wpływu na świat, gdyż na niezwykle małych odległościach zawinięte są w przestrzeń Calabiego-Yau. Tutaj przydaje się analogia do kwadratu, nawet w tak małym dziesięciowymiarowym obiekcie jest nieskończenie wiele przestrzeni trójwymiarowej.

Tu się kończy science, a zaczyna fiction. W moim opku da się przestrzeń Calabiego-Yau rozplątać i połączyć w całość o sensownej wielkości, a otrzymaną w ten sposób przestrzeń trójwymiarową dodać do świata w skali makro. Natomiast jeśli już jesteś w stanie to zrobić, teleporty nie są niczym szczególnym – wystarczy dodaną przestrzeń zaczepić w dwóch odległych miejscach.

ironiczny podpis

Dokładnie tego zdania o tym, że utworzone (zbudowane?) przestrzenie można zaczepić w dowolnych miejscach mi brakowało. Nie wpadłem na to. :) Dzięki za wyjaśnienie!

Spodobało mi się. Zwłaszcza sympatyczny bohater i nawiązania do fizyki. Także klik.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Drugi raz realia UK w konkursie. Pewnie smaczki są, ale ja nie wyłapię.

Smaczki są, potwierdzam, bo trafiło w większości na akurat mi znane :) 

 

Bardzo sympatyczny tekst i ludzki bohater kombinator. Napisane też lekko i zabawnie.

Mi się pod każdym względem.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

ac, to właśnie starałem się przekazać w zdaniu:

W przeciwieństwie do szefostwa, szukającego zastosowań dla samej sztucznie wykreowanej przestrzeni, ja skupiłem się na tym, jak owa przestrzeń jest połączona.

Rozumiem, że nie jest to wystarczająco jasne? Zastanowię się nad poprawką.

 

SzyszkowyDziadku, śniąca, dzięki za bibliotekę. 

ironiczny podpis

Wiedziałem, że on się zastanawiał, ale szukałem tego właśnie “jak”. Szukałem w tekście jakim sposobem to osiągnął, ale nie znalazłem i nie wiedziałem, czy to oczywiste, czy ja czegoś nie łapię. :)

Sądziłem, że będzie wzmianka o tym, że dzięki temu a temu, udało mu się połączyć ze sobą nowo utworzone przestrzenie.

Fajnie użyłeś motywów z teorii strun :) No i to zwrócenie uwagi na fakt, że wszystko żre energię i to sporo (choc pewnie takie urządzenie w sekundę zje energii więcej, niż wytwarza obecnie ludzka cywilizacja). Wizja też stasznośmieszna, co na plus :)Na szczęście supersymetria na razie nie potwierdziła się w najniższych przewidzianych progach energii podczas badań w LHC, więc ciągle jest nadzieja ;)

Ale oprócz tego napisałeś tekst z klimatem, nie idąc w totalną groteskę, ale zarazem też dając sporo luzu. Bohater wydał mi się od razu sympatyczny, a wieńczące wszystko “ups” to piękna klamra.

Podsumowując: bardzo fajny koncert fajerwerków, lekko czerpiący z nauki i w ciekawy sposób prowadzący jej wnioski. Klik się należy :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo udane opowiadanie. Nie powiem, żebym wszystko zrozumiała,, bo bo postacią, z którą się najbardziej utożsamiałam, jest dyrektorka ośrodka, która nic nie kapuje, ale to nie zmienia faktu, że czytało się przyjemnie i z rosnącym zainteresowaniem. Bohater fajnie skonstruowany, brytyjskie smaczki udane (serio takie coś tam jedzą?!) i ogólnie satysfakcjonująca lektura.

Cieszę się, że w ostatniej chwili udało mi się dokliknąć bibliotekę.

Spodobało mi się bardzo, choć celem ogarnięcia tematu musiałam wczytać się w teorię strun. Szkoda, że bohater nie zainteresował się ceną prądu, bo przecież każde współczesne dziecko wie, że wygenerowanie jednego bitcoina kosztuje 5932 USD;) Ale nie czepiam się, bo ładnie uzasadniłeś tę wpadkę arogancją bohatera. 

 

NoWhereMan, dzięki za klika i pochlebną analizę.

Ocho, dzięki za bibliotekę. Jedzą, jedzą, choć chyba najpopularniejszym Kornwalijskim daniem jest pieczony pieróg, ale już nie jest do końca taki regionalny, bo można go bez problemu dostać w całym kraju. Wiadomo, że mieszkańcy nie wcinają wspomnianych przeze mnie potraw bez przerwy, tak jak np. górale nie żywią się samym oscypkiem :)

Katarzyno, opko dzieje się po czasie bitcoina. Jest wspomniane, że został zastąpiony przez nowsze, lepsze kryptowaluty :)

ironiczny podpis

Issander, 

 

Tak, odnotowałam tę informację, tym bardziej zdziwiło mnie, że historia niczego nie nauczyła bohatera. Już teraz wielkie umysły świata zastanawiają się ile ten bitcoin żre energii. Nowe lepsze waluty też będzie się opłacało produkować do czasu, kiedy zyski będą przekraczały koszta. Niemniej jednak pomysł z alibi bardzo dobry.

A opowiadanie bardzo mnie wciągnęło.

Fajne :)

Bardzo fajne. Lekkie i na wesoło. Bohater też mnie do siebie przekonał.

Jak pisał ktoś wyżej, SF bliskiego zasięgu. Język pasował mi do historii.

Powodzenia w konkursie :)

Bardzo dobrze mi się czytało. Mam słabość do narratorów, którym, jak się okazuje, nie można ufać i którzy okazują się, jak ten tutaj, skończonymi – przy całym geniuszu – bałwanami. Fajny pomysł na SF bliskiego zasięgu, taki troszeńkę Bułyczowowski nastrój, sprawny jezyk – wszystko to w całości dało bardzo sympatyczną lekturę. Chętnie bym czytywała takie teksty w antologiach :)

Przeczytałam, komentarz po zakończeniu konkursu :)

.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Fantastyka – jest

Sposób wykorzystania hasła – według mnie trochę mało. Jako motor działań głównego bohatera – ok., ale jednak nie wystarczy.

 

Issandrze (Issanderze?) – bardzo porządnie napisane opowiadanie. Normalnie raczej unikam fantastyki mocno powiązanej z nauką, ale od Twojego opka nie dość, że nie uciekłam (no dooobra, nie mogłam, bo jurorowałam ;P), to jeszcze przeczytałam z przyjemnością. Pozwolę sobie zacytować ochę „Nie powiem, żebym wszystko zrozumiała,, bo bo postacią, z którą się najbardziej utożsamiałam, jest dyrektorka ośrodka, która nic nie kapuje,”, ale i tak mi się podobało. Bohater ciekawy, taki prawdziwy, nieźle kombinował, nieźle ;) A to angielskie ciasto – rany – coś takiego naprawdę istnieje? Ale… ale… fuj! Na pewno to zapamiętam, chociażby po to, żeby nigdy, przenigdy nie zamówić, gdybym przypadkiem przez jakąś dziurę dostała się do Wielkiej Brytanii.

Aaaale… Według mnie hasło, które dostałeś, zostało zbyt słabo wyeksponowane. Owszem, było przyczyną, czy może raczej celem działań głównego bohatera, ale to troszkę za mało. A szkoda, bo opowiadanie napisane naprawdę bardzo dobrze. Wzdychu wzdych.

 

Technicznie – bardzo dobrze, jedyne, co mnie zakłuło w oczy, to to:

 

To może wydawać się mało etyczne, ale należy wziąć pod uwagę, że zamierzałem samodzielnie skopiować i rozwinąć technologię, nad którą pracowałem jako pracownik ośrodka.

Bardzo podoba mi się tytuł w odniesieniu do Twojego hasła :-) Sam tekst jest sympatyczny i zabawny, a do tego dobrze rozumiem ból naukowca… Narrator jest w ogóle bardzo fajny, bo maruda i kombinator. Językowo można by jeszcze doszlifować, np. zasilanie się raczej odcina niż obcina ;-)

Kurde, fajne. Lekko, sympatycznie i… czytelnie, co przy takim zwale scienców w fictionie nie jest łatwe, szczególnie, gdy masz za czytelnika (i jurora) człowieka wolącego raczej podziwiać ścisłość niektórych umysłów i posiadaną przez nie wiedzę, niż samemu dać ścieśnić swój). Zdecydowanie plus za humor i bardzo nietypowy, acz w tej nietypowości przyjemny pomysł na hasło przewodnie.

Generalnie jestem z lektury kontent, szczególne że nawet nie bardzo mam się do czego przyczepić. Od strony technicznej zarzutów nie mam, fabularnie wszystko mi gra, językowo jest ładnie, pomysł naprawdę mi się podoba… Suma sumarum wszystko może i nie daje efektu miazgi – bardziej takie wyższe stany stanów podwyższonych – ale i tak pewnie zapamiętam opowiadanie na dłużej, a przy tym będą to wspomnienia bezwzględnie dobre (present day: jakom rzekł, tak się i stało; wciąż miło wspominam).

Jedyne, odnośnie czego mam mieszane uczucia, to otwarcie. Z jednej strony zawsze to fajne jako haczyk na czytelnika – nawet mimo masakrycznego oklepania (widocznie ludzkość naprawdę marzy o armagedonie) – z drugiej jednak strony chciałoby się czegoś… bardziej.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka