- Opowiadanie: Tellurski - Drzewo z Wedonek

Drzewo z Wedonek

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Drzewo z Wedonek

Na Wedonkach stało sobie Drzewo. Mówiliśmy na nie po prostu „Drzewo”, ponieważ nie za bardzo dało się je podpiąć pod konkretny gatunek. Kora, liście, pień – zgadzały się wszystkie elementy niezbędne do wpisania w ogólną kategorię biologiczną. Jednak jednocześnie Drzewo pozostało w pewien sposób niedookreślone. To tak jakby na ulicy ktoś obcy zaczepił was i poprosił o opisanie wyglądu drzewa swoimi słowami. Czy przed oczami staje wam wyraźny przedstawiciel wierzb, brzóz lub dębów? No właśnie. Nasze Drzewo nie imponowało rozmiarami, nie rodziło owoców, ani nie zniewalało zapachem. Niemniej wszyscy w dzielnicy je kojarzyli, bo na Wedonkach nie żyło nic innego. No może poza szarymi chaszczami, najniższym szczeblem roślinnego społeczeństwa.

Oczywiście, w ramach uatrakcyjnienia okolicy administracja niejednokrotnie próbowała wykorzystać te kilkaset arów Wedonek. Najpierw były ogródki działkowe, które upadły kiedy świeżo zasadzone rośliny usychały lub gniły następnego dnia. Później w tym samym miejscu próbowano z małym placem zabaw. Ten jednak szybko opustoszał, gdy po serii kilku dziwnych wypadków dzieci i rodzice zaczęli go omijać szerokim łukiem. Nie pomógł również cyrk objazdowy, ściągnięty któregoś lata w złudnej nadziei, że ten rodzaj rozrywki kogokolwiek jeszcze bawi. Klauni wpadali w depresję, zwierzęta były całkowicie nieposłuszne, a akrobaci dostawali nagłego ataku paniki i lęku wysokości. Podobno administracja próbowała nawet sprzedać całość Wedonek, potem małe kawałki. Jednak deweloperzy, najwidoczniej prowadzeni wewnętrznym głosem, konsekwentnie unikali jakichkolwiek inwestycji w tym miejscu. W międzyczasie krzaki pochłonęły resztki pordzewiałych huśtawek, a chaszcze zatarły wszelkie ślady koszenia. I tylko Drzewo, jakby na złość wszystkim wokół, wyraźnie czuło się tam dobrze.

Stojąc na końcowym przystanku autobusu linii czterysta dwadzieścia, widziałem je jak na dłoni. Na małym pagórku dumnie wyrastało ponad morzem traw i szarej zieleniny mało ciekawego pochodzenia. Inne drzewa rosły na uboczu Wedonek, otaczając teren gęstym laskiem. W promieniu kilkuset metrów Drzewo było całkiem samo, jakby pozostałe się nim brzydziły lub go… bały?

– Muka!

Serce przyblokowało mi gardło, a małpie geny zaczęły rozglądać się za wysokim pniem.

– Masz moje słowo, że kiedyś cię zabiję – wysyczałem przez zęby, ale honorowo nadstawiłem ramię.

– Przesadzasz Beniu. Trochę adrenalinki do rozruszania krążenia – zaśmiał się Sroka i zgodnie z rytuałem wymierzył solidny cios. – Co tam? Jak tam?

– Myślałem, że starzy cię nie puszczą po ostatnim sajgonie.

– Hmpf – Sroka prychnął z nieukrywaną dumą. – Poprawiłem biologię, to matka nie zrobiła takiego wejścia smoka jak ostatnio. Poza tym ja jestem człowiek obrotny. Powiedziałem, że muszę pomóc Czerwieniowi przed sprawdzianem z matmy. Ten natomiast wisi mi przysługę z zeszłego tygodnia, więc będzie mnie krył.

– Brawo, moja szkoła. – Powoli pokiwałem głową z uznaniem. – A co to za przysługa młody padawanie?  

– Sire, otóż od jakiegoś czasu Czerwień leci na Jagodę z drugiej A. Niestety biedak nie wiedział, czy to działa w druga stronę, a zbłaźnić się głupio. Dlatego poprosił mnie, bym poprzez swoją siorkę, która siedzi z Jagodą w ławce, dowiedział się co i jak. Wszystko cacy, więc gołąbki urządziły sobie spacer w zeszłą niedzielę. – Sroka nawet nie ukrywał dumy w swoim głosie.

– No patrzcie państwo. To chłopina nam przepadł.

– A to akurat zależy. Podobno spacerek nie był zbyt udany. Jagoda wróciła konkretnie przestraszona, a Czerwień kompletnie zbaraniały.

– Już ja wiem co ją wystraszyło – odparłem z kwaśnym uśmiechem. W międzyczasie podjechał nasz autobus. Sroka wzruszył ramionami.

– Nie wiem. On nie jest raczej z tych bezpośrednich. Za to faktem jest, że dziewuchy nie było w szkole od poniedziałku.

Nie sądziłem, że bliskie spotkanie z twarzą Czerwienia wywołuje aż taką traumę, pomyślałem. Zanim drzwi pojazdu zamknęły się z sykiem, mimowolnie rzuciłem jeszcze okiem na Wedonki. W rdzawym świetle zachodzącego słońca lasek mienił się płomiennym blaskiem. Jedynie Drzewo dzieliło pejzaż niczym tłusty, szary przecinek.

 

&  &  &

 

 Mieliśmy pecha. Seans skończył się na tyle późno, że zdążyliśmy tylko pomachać odjeżdżającemu autobusowi, naturalnie ostatniemu tego dnia. Film trochę mnie rozczarował, ale honorowo trzeba było zostać do samych napisów. Uwielbiam horrory i dobrze bawię się przy większości, ale z dzisiejszego kojarzyłem niewiele. Straszny nie był wcale, a nawet zdarzyło mi się przysypiać. Zamiast tego przesadzili z jump scare’ami, bo za każdym razem budził mnie jakiś silny błysk. Poza tym przy takiej kasie z biletów kino powinno zainwestować w naprawę klimatyzacji.

Tymczasem nam nie pozostało nic innego, jak grzecznie potruchtać do domu. Sroka mieszkał trochę bliżej niż ja, więc kiedy mi zostało dwieście metrów samotnego biegu, on już pewnie recytował usprawiedliwienie wymyślone wcześniej.

Wieczór był strasznie duszny. Ubranie nieprzyjemnie kleiło się do ciała, chociaż Sroka złośliwie powtarzał, że to wynik mojej słabej kondycji, bo jemu jest nad wyraz rześko. Ale teraz drań już sobie poszedł, więc mogłem bez wyrzutów zwolnić tempo. Sodowe lampy przy chodniku okleiły świat wokół jednolitym, mdłym pomarańczem z szarymi konturami wokół krawędzi. Tylko Wedonki pozostały smoliście czarne. Zupełnie jakby światło nie miało prawa wstępu między najbliższą kępą traw, a granatowym niebem nad laskiem. Podobnie owady, które pomimo końcówki wiosny, nie mąciły cykaniem przytłaczającej ciszy wśród zarośli.

W bramie mojego bloku stała jakaś skulona postać. Starałem się ją szybko ominąć, nie dając żadnych sposobów do nawiązania interakcji, niestety udało jej się.

– Bernard Mielczyn? – Po ostrożnym przytaknięciu z mojej strony postać kontynuowała. – Tomasz Więcki, ojciec Jagody z 2A. Twoi rodzice powiedzieli, że powinieneś zaraz przyjść. Chcieli bym poczekał w mieszkaniu, ale wolałem uniknąć podpytywania.

– Odnośnie?

Więcki zaciągnął się papierosem. Zamiast prostej linii miedzy twarzą, a popielniczką przy koszu, żar rysował w powietrzu niepokojące sinusoidy. Dziwne, że na końcowym przystanku pozostał jeszcze jakiś popiół do strzepnięcia.

– Wybacz, że tak was nachodzę po nocy, ale jest coraz gorzej, a ty mieszkasz najbliżej. Mamy problem z Jagodą. Od tygodnia nie możemy się z nią normalnie porozumieć. Nic nie je, nie chce wychodzić z pokoju i ciągle tępo patrzy przez okno. Dlatego chciałem cię zapytać, czy… no… czy czegoś nie wiesz. Podobno w zeszłą niedzielę spotkała się z Piotrkiem Czerwińskim od ciebie z klasy.

– Słyszałem tylko, że poszli na spacer i że Jagodę coś śmiertelnie przeraziło, dlatego Piotrek odprowadził ją do domu. Przepraszam, chciałbym pomóc, ale naprawdę nie znam więcej szczegółów.

– I ten Czerwiński nic ci nie mówił? – Więcki puścił moją uwagę mimo uszu. Skupił się na maskowaniu drżenia swojego głosu i przewiercaniu mnie wzrokiem.

– No nie – odparłem. – On rzadko się odzywa, ale na ile go znam, to nie zrobiłby Jagodzie nic złego. Może mi pan wierzyć. Piotrek jest strasznie nieśmiały i nigdy nie słyszałem, by nawet odzywał się bez pytania. Naturalnie, jeśli pan chce to mogę jutro do niego podejść i bezpiecznie podpytać, jak wszystko wyglądało.

– Cóż, na pewno lepiej ty niż ja. – Więcki wydawał się mało przekonany, ale z pewnością nie nadawał się do opanowanej rozmowy z Czerwieniem – Muszę to rozegrać na spokojnie i chyba nie mam innego wyboru. Wiesz, plotki. Ale pamiętaj, że masz być ze mną szczery, jasne?

 

& & &

 

Przez całą noc nie mogłem zasnąć i dopiero nad ranem złapałem kilka godzin. Duchota była przytłaczająca, odbierała wolę do czegokolwiek. Nawet wiatrak na biurku nie potrafił zrobić nic ponad mielenie gorącego powietrza. Zaraz po zimnym prysznicu wcisnąłem w siebie jakieś płatki i udałem się do Czerwienia. Całe szczęście nie musiałem narażać się na rozmowę z jego rodzicami, bo zderzyłem się z nim w drzwiach.

– Jak chcesz gadać to chodź – powiedział zamiast powitania. Chyba nigdy nie widziałem go przejmującego inicjatywę w rozmowie.

Pomimo swojej obietnicy i moich prób, przez całą drogę Czerwień się nie odezwał. Szybki marsz pomiędzy blokami poszedł nam całkiem sprawnie. Miejscami tak bardzo, że musiałem podbiegać, by go dogonić. Przez to prawie na niego wpadłem, gdy nagle wyhamowaliśmy przed…

– Wedonki – stwierdziłem odkrywczo. – Po co chcesz iść w te w chaszcze?

– A kto powiedział, że chcę? – Czerwień nawet nie odwrócił głowy, cały czas omiatając zarośla wzrokiem. Chwilę temu dzień zapowiadał się nad wyraz piękny i pełny życia. Teraz jednak duchota wróciła, niebo poszarzało, a ulica stała się nieznośnie pusta. – Nie mam innego wyjścia.

– Co? – Zdziwiłem się. – To ma jakiś związek z Jagodą?

Po dwuzdaniowym słowotoku z jego strony, na odpowiedź trzeba było poczekać. W końcu Czerwień się obrócił, ale tym razem patrzył na blok po drugiej stronie drogi. Na siódmym piętrze mieszkała Jagoda. Stamtąd musiała mieć piękny widok na lasek, Wedonki oraz, moje myśli na chwilę się zawiesiły, Drzewo.

– Idziesz ze mną czy nie? – zapytał Czerwień, pierwszy raz patrząc na mnie.

– Tam? – Pokazałem z niedowierzaniem na wysoką zieleninę obok. – Przecież tam się nie chodzi, nikt tego nie robi.

– To przetrzemy szlak. Chodź, pomożesz mi jakby co.

– Niby jak? Jesteś ode mnie dwa razy cięższy. Jak wpadniesz do dziury albo wleziesz w drut, to cię nie wyciągnę. A podobno takich atrakcji jest tam sporo. Dziadek mówił, że za komuny zaczęto kopać tu schron, a po zmianie nikt wszystkiego dobrze nie pozasypywał.

Dałem się trochę ponieść emocjom i wyobraźni, ale Czerwień nie za bardzo się tym przejął. Bez słowa, za to z lekkim wahaniem, wszedł parę kroków między zarośla. Zawsze widziałem go, jako osobę wycofaną i stroniącą od świata. Raz gdy nasza klasa robiła szkolne przedstawienie, Czerwień sam wyznaczył sobie rolę rozsuwajacego kotary. Teraz jednak był chodzącą determinacją.

– Stój! Cholera. – Rzuciłem się za nim. – Dobra, pomogę. Ale najpierw musisz mi wyjaśnić o co kaman.

Piotrek westchnął, wrócił się i zaczął opowieść, co jakiś czas patrząc to na mnie, to na okna mieszkania Jagody. 

– Od jakiegoś czasu Jagoda mi się podoba, no wiesz, tak bardzo. W końcu w niedzielę udało mi się ją wyciągnąć na mały spacer po lasku, tak na początek. Wszystko szło dobrze, wiesz. Słońce świeciło, drzewa szumiały, żartowaliśmy sobie, aż tu nagle bez słowa Jagoda zatrzymuje się w miejscu i tak poważnieje. Pytam ją, czy coś się stało. Na co ona, że nic, tylko nigdy nie widziała Drzewa z tej strony. Jakoś przez przypadek musieliśmy się zagadać i znaleźć zaraz przy krawędzi Wedonek. I patrzy z uśmiechem na Drzewo, to takie samotne na górce, wiesz które. Zawsze mam ciarki, kiedy na nie spojrzę. Podałem Jagodzie ramię, byśmy mogli iść dalej, ale ta jakby o mnie zapomniała. Zamiast tego zaczęła przeć prosto w kierunku Drzewa. Ogólnie jestem bardzo mało stanowczym człowiekiem, ale w tej chwili wiedziałem, że wchodzenie między te chaszcze to zły pomysł. Najpierw lekko chwyciłem ją za rękę, potem stanąłem na drodze, aż w końcu zaczęliśmy się szarpać. Udało mi się ją odciągnąć z powrotem na ścieżkę i dalej. Uspokoiła się dopiero, gdy znaleźliśmy się przy ulicy. Cały czas krzyczała, żebym ją puścił, bo ona musi wrócić, i że żałuje. Nie mam pojęcia co miała na myśli, ale mówię ci, wyrywała się jak jakieś zwierzę, byleby tylko dostać się między te krzaki. Rodzicom powiedziałem, że Jagoda źle się poczuła, a sam jak najszybciej się ulotniłem. Podobno do dzisiaj nie wyszła z mieszkania i z nikim nie rozmawia, tylko siedzi przy oknie. Nie wiem, co się stało. Nie wiem dlaczego, ale czuję się trochę winny.

Potrzebowałem chwili, by wszystko przeanalizować. W gardle rosła mi gula, a rozsądek zaczynał się szamotać. Co było dziwniejsze – opowieść czy rozgadany Czerwień?

Od wnętrza Wedonek zawiał mocniejszy podmuch. Piotrek chyba tego nie zauważył, ale mojej uwadze nie umknęło, że krzaki obok nawet nie drgnęły.

– No dobra, idziemy. Kojarzysz, by wcześniej też miała takie problemy?

– Takie emocjonalne? Chyba nie bardziej niż przeciętny nastolatek – westchnął Czerwień i skierował się w zarośla. – Nie słyszałem też, żeby wcześniej się z kimś spotykała. W sumie to śmieszne. Mieszkamy tu od urodzenia, a nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy, no może kiedyś bawiliśmy się w piaskownicy. A teraz? Pewnie to wina tego całego dojrzewania.

 

ŁUP!

 

Obróciliśmy się jak na rozkaz. Pod blokiem zdążyła już zebrać się grupka ludzi. Jakaś kobieta krzyknęła, a ktoś inny pokazywał w górę. Jedno z okien na siódmym piętrze było szeroko otwarte.

 

&  &  &

 

Co los spuści, przyjąć trzeba. Niech się dzieje wola nieba.

Zemstę Fredry przerabialiśmy w zeszłym semestrze, nawet mi się podobała. Papkin zawsze kojarzył mi się ze Sroką. Z książki nic już nie pamiętam, poza tymi słowami, które od czterech dni powtarzam w głowie niczym mantrę. Nie, ostatni tydzień nie jest sprawką losu czy przypadku. Mimo, że jeszcze rosnę, to czuję to w kościach – w niedawnych wydarzeniach tkwi jakaś przyczyna. Nie mnie oceniać, jaki udział w tym miała „wola nieba”, ale na pewno nie zamierzam tego spokojnie „przyjmować”.

Pogrzeb odbył się w sobotę i przyszła na niego cała okolica. Mogę się założyć, że większość nawet nie znała Jagody, a zjawiła się przez społeczny nakaz. Tak jakby przy żałobie nie liczyła się prywatność, a rodzinna ceremonia miała być wydarzeniem masowym. Widziałem, jak ludzie raz po raz podchodzili wymienić kilka słów z rodzicami Jagody, mur-beton ograniczając się do utartych formułek. Jednak bez wątpienia nikt nie zamierzał cokolwiek zrobić, by odpowiedzieć „dlaczego?”. Nie mam pojęcia, czy jej rodzicom w tym momencie na tym zależy, mnie na pewno. Niewiedza dobija i jeszcze ta duchota. Jest coraz goręcej, a pocę się nawet pod zimnym prysznicem. Do tego od pięciu dni nie zaznałem porządnego snu. Ilekroć mocniej zasypiam za każdym razem budzi mnie wybuch pomarańczowego światła i mogę się założyć, że temperatura wzrasta o kilka stopni. Coraz częściej też łapię się na tym, że niekontrolowany mój wzrok ucieka na Wedonki, na to Drzewo.

– Znowu to robisz – wytknął mi Sroka. – Znowu gapisz się przez okno na to cholerne pole. Słyszałem, że Jagoda robiła to samo…

– Nie wierz plotkom – odparłem. – Ludzie gadają różne idiotyzmy. W zeszłym tygodniu jeden menel mówił mi, jak to w osiemdziesiątym ósmym porwało go UFO.

– No dobra, ale nie powiesz, że to normalne miejsce.

– Mam wrażenie, że przez ostatni tydzień jeszcze bardziej sfiksowało. Wiesz, że kiedy to się stało, byliśmy z Czerwieniem w drodze tam? – Zrobiłem lekki wymach głową w kierunku Wedonek.

Sroka był wystraszony już kiedy zjawił się w moim mieszkaniu. Teraz jednak jego twarz przypominała mozaikę czystej grozy i przerażenia.

– Po co? Tam nawet bezdomne koty się nie szlajają. Te chaszcze nie są normalne.

– Mówiłeś. Coś jednak ściągało tam Jagodę, Czerwienia też. Chociaż nie jestem do końca pewien, czy rozmawiałem akurat z nim. Wydawał się zupełnie inny, taki zdecydowany, by tam iść. Powiedzieć ci coś w sekrecie? – Spojrzałem czujnie na Srokę. Starał się zamknąć emocję w sobie, co skutkowało lekkim drganiem całego ciała. Ale pośród tego dało się odczytać mocniejsze skinienie głowy. – Czuję, że też muszę.

– O nie, nie chcę tego słuchać. Jeszcze zaraz poprosisz mnie o pomoc. Czerwień coś jej zrobił i teraz ciągają go od przesłuchania do przesłuchania. Koniec historii.

– Do niczego nie namawiam. Ja nie mam wyboru, bo nikt inny się nie ruszy, bo nikogo to nie obchodzi.

 

& & &

 

Duszno.

Gorąco.

Nawet przelotny, wiosenny deszcz był ciepły jak przestygły wrzątek. Ale póki miałem jeszcze resztki jasnych myśli, to musiało to być dziś. Nie wiem jak długo stałem na chodniku przed pierwszymi zaroślami. Czas wlókł się niemiłosiernie, a ja nie mogłem oderwać wzroku od Drzewa. Hipnotyzowało i przyciągało spojrzenie. Jeszcze tydzień temu mnie przerażało, ale w pełnym słońcu na tle błękitnego nieba bardzo traciło na straszności. Teraz przede wszystkim czułem wobec niego wściekłość, bo jego wina była dla mnie oczywista. Dlaczego inni tego nie widzieli? Przynajmniej Sroka mnie nie zawiódł.

– Możemy mieć to już za sobą? – Zaczynał się lekko niecierpliwić.

Moją odpowiedzią był pierwsze stąpnięcie wśród szarej zieleni. W klasie zawsze należałem do grupy najwyższych, a mimo to trawa wokół sięgała mi oczu. Ale i tak nad wszystkim górowało Drzewo, z każdym pokonanym metrem coraz mocniej. Sroka lojalnie podążał za mną jak cień. Nawet wziął ze sobą kij bejsbolowy od starszego sąsiada, ale raczej dla własnego spokoju, niż praktycznych zastosowań. Każda zdeptana łodyga rozdzierała ciszę zaległą na Wedonkach. Zbyt przerażony Sroka nawet nie myślał o nerwowych kawałach. To że nie chciał iść dalej, było bardziej niż oczywiste.

– Dzięki za towarzystwo, ale dalej idę sam. – Nie czekałem na odpowiedź, ani się nie odwróciłem. Musiałem przyspieszyć, a on tylko mnie spowalniał. Dziarsko wszedłem w większą kępę przede mną. Stojący dwa kroki z tyłu Sroka próbował doskoczyć, ale w chwili gdy liście zamknęły się za mną, poczułem za plecami ciszę i bezruch. Sroka zniknął w ułamku sekundy bez wydawania najmniejszego dźwięku. Poderwał się lekki wiatr, a niebo zmieniło barwę na głęboki fiolet. Nie wiem, jak ale nagle znalazłem się u podnóża wzgórza. Głuche walenie serca zagłuszało wszystko wokół, choć do mojej podświadomości i tak przebijało się wezwanie Drzewa.

Parę skoków i stanąłem obok pnia. Wokół mnie ciepły zefir pieścił morze traw, a cały horyzont spowijała gęsta mgła. W powietrzu dało się wyczuć woń suchej ziemi, dojrzałych jabłek i dymu palonych liści – zapachy jesieni. Miałem wrażenie graniczące z pewnością, że od wielu dekad nikt nie wchodził na górę. Drzewo nie mogło na mnie patrzeć, a jednak czułem się dokładnie analizowany kawałek po kawałku. Sam też nie pozostałem dłużny i z wielkim trudem podniosłem wzrok.

Pojedynek spojrzeń.

Opuściłem obolałe oczy.

Dostrzegłem symbole A+M, głęboko wyryte w pniu. Po korze spływała żywica, tak jakby zrobiono to… przed chwilą?

Poznaję cię.

Ob­ró­ci­łem się gwał­tow­nie. Tuż za mną stał chło­pak, najwyżej w moim wieku. Miał na sobie mun­dur woj­sko­wy, jakby żyw­cem wy­ję­ty z książ­ki do hi­sto­rii. Roz­dział o Cu­dzie nad Wisłą. Jego głos był zrozumiały, choć w pewien sposób syczący i ulotny, niczym dym z ogniska.

Mieszkasz w okolicy, podobnie jak ja. Kiedyś. Gdy jedna wojna zabrała mi wszystko i wszystkich, a za moment zaczynała kolejna. Jedyną bliską mi osobą, która przeżyła była dziewczyna z sąsiedztwa, Aniela. Pod tym drzewem obiecała, że będzie na mnie czekać, aż ucichną wybuchy i dogasną pożary. Stała na tym wzgórzu i odprowadzała mnie wzrokiem, gdy razem z resztą kompanii maszerowałem na wschód. Była całym moim światem, a jej słowo pamiętam do dziś. – Nagle chło­pak stanął w pło­mie­niach. W moje noz­drza ude­rzył smród pło­ną­cej ba­weł­ny, to­pio­ne­go me­ta­lu i spa­lo­ne­go mięsa. Uszy prze­szył syk ognia, a na gra­ni­cy sły­szal­no­ści, jakby z od­da­li, roz­le­gły się wrza­ski i bła­ga­nia o li­tość. Ru­ną­łem na plecy. Zjawa podeszła do Drzewa i zaczęła przecierać palcem inicjały wyryte w pniu. – Na wschodzie spotkał mnie ogień. Dużo ognia. Sporo czasu minęło nim obudziłem się na tym wzgórzu, pod tym drzewem. Dano mi wybór. Mogłem zaznać wiecznego spokoju, ale ja musiałem pozostać i ją zobaczyć, ten ostatni raz. I zobaczyłem razem z jej dziećmi. Wyczułem też jej myśli, pierwszy raz była wobec mnie szczera. - Kora pod dłonią zjawy zaczęła dymić, gdy ta zaczęła trzeć coraz mocniej. – Zapomniała o mnie i nigdy nie czekała. Nawet się nie dowiadywała o moim losie. Było jej mnie żal i zależało tylko na zaspokojeniu własnego sumienia pustymi słowami. Co los spuścił, przyjąć trzeba. Nie zamierzam niczego spokojnie przyjmować. Nie dopóki nie usłyszę tego od niej.

Chłopak spojrzał znowu na mnie i zaczął się zbliżać. Jego skóra zaczęła już się zwęglać.

Ten z którym byłeś poprzednio. Widziałem jak szedł z moją Anielką. Zawołałem ją, ale nie doczekałem się odpowiedzi.

– ! – Tylko tyle przedostało się przez za­ci­śnię­te gar­dło. Jednak z tyłu mojej głowy rozległ się cichy głosik, który przebił się przez moje usta bez poruszania strun głosowych.

- Bo chciałam być szczęśliwa.

Chłopak zatrzymał się w miejscu wyraźnie zaskoczony. Bi­ją­cy od niego żar za­czął pa­rzyć moją skórę, przez co od­zy­ska­łem tro­chę rezon. Ze­rwa­łem się z ziemi i ru­ną­łem w dół zbo­cza, w momencie gdy ludzka pochodnia rzucił się na mnie. Słowo dane nigdy nie zapomniane! Betonowy blok podciął mi nogi, a zardzewiały drut kolczasty rozerwał udo. Dalej płonąc już nie chłopak, a zlepek mięsa i węgla, nie zwalniał kroku. Słowo dane nigdy nie zapomniane! Niczym w kiczowatym horrorze zacząłem kuleć i pewnie tylko dzięki adrenalinie nie zemdlałem z bólu. Czułem jak noga drętwieje i staje się nieprzyjemnie wilgotna, a spływające krople łaskotały już łydkę. Uczony doświadczeniem nie traciłem czasu na oglądanie się za siebie. Nie musiałem. Gorąco wypalało mi nerwy na plecach. Uszy wypełniał trzask ognia i narastający wrzask setki gardeł. Słowo dane nigdy nie zapomniane!

Nagle wyleciałem spomiędzy chaszczy i wyrżnąłem twarzą o chodnik. Wokół panowała cisza, a nocne powietrze chłodziło moją gotującą się skórę. Po drugiej stronie ulicy Sroka stał przestraszony razem z okolicznymi mieszkańcami. Po lekkim wahaniu zamachał i krzyknął w moją stronę. Poderwałem się i zacząłem do niego biec.

Uciekać!

W połowie jezdni, kątem oka dostrzegłem pomarańczowy błysk.

 

& & &

 

– Byłem spóźniony panie władzo, i to mocno. Chciałem uniknąć świateł na rondzie, więc zjechałem w osiedle. Normalnie bym tamtędy nie jechał, bo to nie droga dla ciężarówek, ale tędy jest najbliżej do magazynu. Widzicie, na odbiór i wyładunek miałem niecałe dwadzieścia minut. Zawsze pilnuję tachografu i dopuszczalnych prędkości. Nigdy nawet nie dostałem mandatu! Wtedy… Tak, przesadziłem, ale mam rodzinę na utrzymaniu! Była noc, więc jadąc na dłu­gich świa­tłach my­śla­łem, że każdy zo­ba­czy mnie z da­le­ka. Ale on mnie nie widział. Tego chłopaka coś śmiertelnie przeraziło, coś w tych polach. Na waszym miejscu dowiedziałbym się o co chodzi.

Koniec

Komentarze

Nieźle wymyśliłeś sobie osobliwe, niezidentyfikowane Drzewo rosnące na osiedlu, otoczyłeś je stosowną tajemnicą i zbudowałeś należycie mroczny klimat, a jednak opowiadanie nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia. Owszem, czytałam z pewnym zaciekawieniem, spodziewając się jakiegoś w miarę rozsądnego wytłumaczenia zachodzących zdarzeń, a dostałam kilka rozmów, które nie przyczyniły się do wyjaśnienia czegokolwiek oraz mgliste zakończenie, które też praktycznie niczego nie powiedziało i niczego nie uzasadniło.

Wykonanie, co stwierdzam z przykrością, pozostawia sporo do życzenia.

 

Mó­wi­li­śmy na nie po pro­stu „Drze­wo”, po­nie­waż nie za bar­dzo dało się go pod­piąć pod kon­kret­ny ga­tu­nek. –> Drzewo jest rodzaju nijakiego, więc: …nie za bar­dzo dało się je pod­piąć…

 

To tak jakby na ulicy ktoś obcy za­cze­pił­by was i po­pro­sił… –> To tak jakby na ulicy ktoś obcy za­cze­pił­ was i po­pro­sił

 

Czy przed ocza­mi staję wam wy­raź­ny przed­sta­wi­ciel wierzb, brzóz lub dębów? –> Literówka.

 

Sto­jąc na koń­co­wym przy­stan­ku au­to­bu­su linii 420… –> Sto­jąc na koń­co­wym przy­stan­ku au­to­bu­su linii czterysta dwadzieścia

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

bru­nat­nej zie­le­ni­ny mało cie­ka­we­go po­cho­dze­nia. –> Skoro rośliny były brunatne, to chyba nie były zieleniną.

 

jakby po­zo­sta­łe się nim brzy­dzi­ły lub go … bały? –> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Po­pra­wi­łem bio­lo­gię, to matka nie zro­bi­ła ta­kie­go Wej­ścia Smoka jak ostat­nio. –> Po­pra­wi­łem bio­lo­gię, to matka nie zro­bi­ła ta­kie­go wej­ścia smoka jak ostat­nio.

 

Po­wo­li po­ki­wa­łem głową uzna­niem. –> Po­wo­li po­ki­wa­łem głową z uzna­niem.

 

– Sire, otóż od ja­kie­goś czasu Czer­wień leci na Ja­go­dę z 2A. –> – Sire, otóż od ja­kie­goś czasu Czer­wień leci na Ja­go­dę z drugiej A.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach!

 

za każ­dym razem bu­dził mnie ja­kiegś silny błysk. –> Pewnie miało być: …za każ­dym razem bu­dził mnie ja­kiś silny błysk.

 

Sroka miesz­kał tro­chę wcze­śniej niż ja… –> Sroka miesz­kał tro­chę bliżej niż ja… Lub: Sroka miał do domu trochę bliżej niż ja

 

Moje ubra­nie nie­przy­jem­nie kle­iło się do ciała… –> Zbędny zaimek. Chyba nie był w cudzym ubraniu.

 

Sta­ra­łem się szyb­ko omi­nąć, nie dając jej żad­nych spo­so­bów do na­wią­za­nia in­te­rak­cji, nie­ste­ty udalo jej się. –> Nadmiar zaimków. Literówka.

 

Twoi ro­dzi­ce po­wie­dzie­li, po­wi­nie­neś zaraz przyjść. –> Twoi ro­dzi­ce po­wie­dzie­li, że po­wi­nie­neś zaraz przyjść.

 

Więc­ki za­cia­gnął się pa­pie­ro­sem. –> Literówka.

 

żar ry­so­wał w po­wie­trzu nie­po­ko­ją­ce si­snu­so­idy. –> Literówka.

 

i cią­gle tępo pa­trzy się przez okno. –> …i cią­gle tępo pa­trzy przez okno.

 

Dla­te­go chcia­łem cię za­py­tać, czy…no…czy cze­goś nie wiesz. –> Brak spacji po wielokropkach.

 

Może mi Pan wie­rzyć. –> Może mi pan wie­rzyć.

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Na­tu­ral­nie, jeśli Pan chce… –> Na­tu­ral­nie, jeśli pan chce

 

ale z pew­no­ścią nie nadawł się do opa­no­wa­nej roz­mo­wy… –> Literówka.

 

Nawet wia­trak na biur­ku nie po­tra­fił zro­bić nic ponad zmie­le­niem go­rą­ce­go po­wie­trza. –> Nawet wia­trak na biur­ku nie po­tra­fił zro­bić nic, ponad mie­le­nie go­rą­ce­go po­wie­trza.

 

ale tym razem pa­trzył się na blok… –> …ale tym razem pa­trzył na blok

 

za­py­tał Czer­wień, pierw­szy raz pa­trząc się na mnie.–> …za­py­tał Czer­wień, pierw­szy raz pa­trząc na mnie.

 

może kie­dyś ba­wi­li­śmy się w pia­skow­ni­cy . –> Zbędna spacja przed kropką.

 

Nie, ostat­ni ty­dzień nie jest spraw­ką los czy przy­pad­ku. –> Literówka.

 

Nie mi oce­niać… –> Nie mnie oce­niać

 

Do tego od dwóch nie zmru­ży­łem oka. –> Czegoś tu zabrakło.

 

Do tego od dwóch nie zmru­ży­łem oka. Za każ­dym razem budzi mnie wy­buch po­ma­rań­czo­we­go świa­tła… –> Skoro nie zmrużył oka, to w jaki co może go budzić?

 

jeden menel mówił mi, jak to w ‘88 po­rwa­ło go UFO. –> …jeden menel mówił mi, jak to w osiemdziesiątym ósmym po­rwa­ło go UFO.

 

Zro­bi­łem lekki wy­mach żu­chwą w kie­run­ku We­do­nek. –> Bardzo bym chciała zobaczyć, jak Bernard wymachuje żuchwą. ;)

 

Hip­no­ty­zo­wa­ło i ścią­ga­ło oczy. –> Raczej: Hip­no­ty­zo­wa­ło i przycią­ga­ło spojrzenie.

 

z każ­dym kro­kiem coraz moc­niej. Sroka lo­jal­nie po­dą­żał za mną krokkrok. –> Czy to celowe powtórzenia?

 

choć do mojej pod­świad­mo­mo­ści i tak prze­bi­ja­ło się… –> Literówka.

 

Opu­ści­łem roz­bo­la­łe oczy. –> Opu­ści­łem bolące/ o­bo­la­łe oczy.

 

tak jakby zro­bio­no to … przed chwi­lą? –> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Zaraz za mną stał młody chło­pak… –> Masło maślane. Chłopak jest młody z definicji.

Proponuję: Tuż za mną stał chłopak

 

Ludz­ka Po­chod­nia za­czął się chwiej­nie zbli­żać… –> Dlaczego wielka litera?

 

Słowo dane nigdy nie za­po­mnia­ne! –> Słowo dane nigdy nieza­po­mnia­ne!

Ten błąd pojawia się kilkakrotnie.

 

Bi­ją­cy od niego żar za­czął pa­rzyć moją skórę, przez co od­zy­ska­łem tro­chę re­zo­nans. –> Co odzyskał???

Podejrzewam, że miało być: …przez co od­zy­ska­łem tro­chę re­zo­n/ kontenans.

Sprawdź znaczenie słowa rezonans.

 

Czu­łem jak noga drę­twie­je i staje się nie­przy­jem­nie wil­got­na, a spły­wa­ją­ce kro­ple ła­sko­ta­ły już łydki. –> Ile łydek ma jedna noga?

 

Gorąc wy­pa­lał mi nerwy na ple­cach. –> Gorąco wy­pa­lało mi nerwy na ple­cach.

 

– Byłem spóź­nio­ny Panie wła­dzo, i to mocno. –> – Byłem spóź­nio­ny panie wła­dzo, i to mocno.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie strona językowa nie poraziła – czytałam to jako stylizację na potoczny, mówiony język nastolatka, a taki, szczególnie poddenerwowany, to niekoniecznie mówi pod słownik.

Podobało mi się złowieszcze drzewo, ale zakończenie trochę z innej bajki. Z innego horroru ;)

 

Ubodło mnie to Łup w środku i gdzieś tam

Wokół mnie ciepły zefir pieścił morze traw

jakoś nie pasuje mi do reszty.

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Dziękuję za obie wypowiedzi, a szczególnie @regulatorzy za tak skrupulatne rozbicie i przeanalizowanie tekstu :)

Wszelkie uwagi są dla mnie niezwykle cenne, dlatego przyjmuję je z otwartymi ramionami. Nie będę ukrywał, że to mój pierwszy eksperyment nie tyle z horrorem, co z narracyjnym pisaniem w ogóle. A co do wykonania – biję się w piersi i zaczynam zastanawiać nad skuteczniejszym sposobem samokorekty.

 

Dzię-ku-ję

Miło mi, Tellurski, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

 

…zaczynam zastanawiać nad skuteczniejszym sposobem samokorekty.

Zakładam, że nie jest Ci obca metoda odkładania napisanego opowiadania na dwa, trzy tygodnie i ponowna jego lektura po tym czasie – można wtedy dostrzec błędy i usterki pominięte przy pierwszym czytaniu. Dla lepszego efektu operację można przeprowadzić kilkakrotnie. Przypuszczam też, że nie jesteś jedynym czytelnikiem swoich opowiadań, że bierzesz pod uwagę opinie bliskich i znajomych, którym podrzucasz teksty.

Mnie pomaga zmiana czcionki – czytane wcześniej opowiadanie jawi mi się jako zupełnie nowe dzieło i dostrzegam to, co umknęło podczas wcześniejszej lektury.

Mam też wrażenie, że może zainteresować Cię ten watek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tellurski, dobrze, że przyjmujesz uwagi Regulatorzy, szkoda tylko, że jeszcze nie naniosłeś poprawek. Wielkie litery w Pan itp., liczebniki oraz inne wskazane usterki dalej straszą ;) 

Drzewo interesujące, jego tajemnica też, ale zgadzam się z Reg, że klimat grozy gdzieś tu się rozmył i brakło czegoś na zakończenie. Jak dla mnie za dużo tu lania wody i dywagacji, a za mało budowania klimatu. Jednak praktyka czyni mistrza , więc pisz dalej, bo chociaż nie jest bardzo dobrze, to też nie jest źle :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

zgadzały się wszystkie elementy niezbędne do wpisania w ogólną kategorię biologiczną

Hę? Kto tak mówi?

 To tak jakby

To tak, jakby. I przy okazji, zamiast to wyszczególniać: po "no" powinny być przecinki (no, właśnie; no, może itd.).

 wyraźny przedstawiciel wierzb

Jakoś dziwnie to brzmi. Przedstawiciel chyba nie może być "wyraźny". Ja napisałabym: czy przed oczami staje wam jasny obraz wierzby, brzozy, dębu?

 na Wedonkach nie żyło nic innego

A gołębie, muchy i stonogi? :)

 upadły kiedy świeżo zasadzone rośliny usychały lub gniły

Powinien być przecinek przed kiedy, a poza tym zaznacz wyraźnie następstwo przyczynowe: upadły, bo świeżo zasadzone rośliny usychały.

 w tym samym miejscu próbowano z małym placem zabaw

Może lepiej: w tym samym miejscu próbowano założyć mały plac zabaw.

 akrobaci dostawali nagłego ataku

Nagłych ataków ("dostawali" to forma częstotliwa).

 sprzedać całość Wedonek, potem małe kawałki

Może raczej: sprzedać Wedonki w całości, potem w małych kawałkach.

 szarej zieleniny mało ciekawego pochodzenia

Dlaczego to pochodzenie jest "mało ciekawe"? (Ot, z nasionka, jak wszyscy) – może opisz ten piołun (ja zobaczyłam łany piołunu, które są całkiem ładne, moim zdaniem, ale wiadomo, że jestem dziwna – w każdym razie to typowa roślinność ruderalna).

 drzewa rosły na uboczu

Na uboczu – czy za granicą?

 się nim brzydziły lub go… bały

Się nim brzydziły, albo… bały?

 Poza tym ja jestem

Poza tym, ja jestem.

 Powoli pokiwałem głową z uznaniem.

"Powoli" możesz wyrzucić, nie wnosi nic nowego.

 co to za przysługa młody

Co to za przysługa, młody.

 Niestety biedak

Niestety, biedak.

wiem co ją wystraszyło

Wiem, co ją wystraszyło.

 dzieliło pejzaż niczym tłusty, szary przecinek.

Trochę ta metafora niespójna, ale jakoś tu pasuje. W dziwny, pokrętny sposób.

 z dzisiejszego kojarzyłem niewiele

Może lepiej: zapamiętałem niewiele.

 kiedy mi zostało

Mnie zostało. Powtarzasz dźwięk (pozostało-zostało).

 okleiły świat wokół jednolitym, mdłym pomarańczem

Uj, teraz przesadzasz. Nie nazwałabym tego światła kleistym, ani nawet pomarańczowym.

 nie miało prawa wstępu między najbliższą kępą traw, a granatowym niebem

Nie miało prawa wstępu między najbliższą kępę traw, a granatowe niebo.

 Podobnie owady, które pomimo końcówki wiosny, nie mąciły cykaniem przytłaczającej ciszy wśród zarośli.

Dałabym raczej: Owady też, chociaż zbliżało się lato, omijały zarośla. Cykanie dobiegało z dala i ginęło w ciszy.

 stała jakaś skulona postać

Tu akurat "postać" jest zasadna, ale jednak "cień" byłby chyba lepszy. Nie wiem.

Starałem się ją szybko ominąć, nie dając żadnych sposobów do nawiązania interakcji, niestety udało jej się.

Raczej sposobności: Chciałem ją wyminąć i nie dać okazji do zaczepki, ale mi się nie udało.

 Po ostrożnym przytaknięciu z mojej strony postać kontynuowała.

A tu "postać" już zasadna nie jest. Opisz faceta, jak się wynurza z mroku.

 Chcieli bym poczekał

Chcieli, żebym poczekał.

 Zamiast prostej linii miedzy twarzą, a popielniczką przy koszu, żar rysował w powietrzu niepokojące sinusoidy

Nie widzę tego. Machał petem w powietrzu?

 jeśli pan chce to mogę

Jeśli pan chce, to mogę.

 do opanowanej rozmowy

Może lepiej do rozmowy na chłodno, albo spokojnej.

 potrafił zrobić nic ponad mielenie gorącego powietrza

Dałabym raczej: tylko mielił gorące powietrze.

 chcesz gadać to chodź

Chcesz gadać, to chodź.

 Chyba nigdy nie widziałem go przejmującego inicjatywę w rozmowie.

Jaśniej byłoby: Chyba nigdy wcześniej nie widziałem, żeby to on zaczął rozmowę.

 swojej obietnicy

Jakiej obietnicy?

 za komuny zaczęto kopać tu schron

Bardziej naturalnie: za komuny zaczęli tu kopać schron.

 widziałem go, jako osobę wycofaną

Widziałem w nim osobę wycofaną. A jeśli ma zostać to slangowe "jako", to wyrzuć przecinek.

 wyjaśnić o co

Wyjaśnić, o co.

 zaczęła przeć

Trochę to dziwnie brzmi w kontekście. Może "brnąć"?

 Kojarzysz, by wcześniej

Kojarzysz, czy wcześniej.

 Zemstę Fredry

"Zemstę" Fredry – tytuły w cudzysłów.

 ostatni tydzień nie jest sprawką losu

Tydzień w ogóle nie jest sprawką losu. To, co się stało w zeszłym tygodniu, tak.

 Mimo, że jeszcze rosnę, to czuję to w kościach

A co ma rośnięcie do złych przeczuć? Śmiesznie to wyszło.

 w niedawnych wydarzeniach tkwi jakaś przyczyna.

Wydarzenia mają przyczynę (na Arystotelesa spuśćmy tu zasłonę milczenia).

 cokolwiek zrobić, by odpowiedzieć „dlaczego?”.

Naturalniej: zrobić czegokolwiek, żeby odkryć, dlaczego.

 niekontrolowany mój wzrok ucieka

Może lepiej: moje spojrzenie samo ucieka.

 był wystraszony już kiedy

Dałabym raczej: był już wystraszony, kiedy.

 Ale póki miałem jeszcze resztki jasnych myśli, to musiało to być dziś

Może lepiej tak: Musiałem to zrobić dziś, dopóki mogłem jeszcze odrobinę myśleć.

 Nie wiem jak długo stałem

Nie wiem, jak długo.

 przed pierwszymi zaroślami

A może lepiej: przy granicy zarośli?

 zdeptana łodyga rozdzierała ciszę

Może pokaż to bardziej: trzask łamanych łodyg rozdzierał ciszę?

 Zbyt przerażony Sroka nawet nie myślał o nerwowych kawałach

Dziwnie to brzmi. Nerwowe kawały? Wiem, o co chodzi, ale mimo wszystko. Ja dałabym tak: Sroka był zbyt przerażony, żeby sobie ulżyć wrednym żarcikiem.

 niebo zmieniło barwę na głęboki fiolet

Naturalniej byłoby: niebo stało się fioletowe jak (tu porównanie).

 Nie wiem, jak ale

Nie wiem, jak, ale.

 Głuche walenie serca zagłuszało

Powtórzony dźwięk. Ja dałabym tak: Łomot w piersi zagłuszał wszystko, wszystko, poza wezwaniem Drzewa, które słyszałem całym sobą.

 staje się nieprzyjemnie wilgotna

To wyrzuć, rozbija nastrój.

 Sroka stał przestraszony razem z okolicznymi mieszkańcami

On go nie widzi wyraźnie, nie przez ulicę. Może lepiej: Stała grupka ludzi, w niej Sroka, wykręcający ręce.

Po lekkim wahaniu zamachał i krzyknął w moją stronę.

Ja dałabym tak: Zawahał się przez chwilę. Potem pomachał ręką i zawołał mnie.

 Chciałem uniknąć świateł na rondzie

Hę?

 

Mrr, dobre na początek. Nie jakieś wybitnie głębokie czy oryginalne, ale straszy nieźle. Czekamy na dalszą działalność. Tylko co to ma do Dzikich Pól?

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Niby fajnie napisany tekst, ale położony zakończeniem. Sprawia wrażenie, jakby na siłę trzeba było coś wymyśleć. A czy to ma sens i jest zrozumiałe, to już mniejsza o to.

Początek i środek niezły, ale zakończenie niestety słabe. Fajnie budujesz tajemnicę drzewa, poszukiwania odpowiedzi przez młodzież. Ale końcówka jest dla mnie zrobiona na szybkiego, coś pokroju “szybko, szybko, bo liczba znaków zmierza ku końcowi”.

Podsumowując: nieźle, ale bez większych fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jeszcze raz dziękuje za każdą opinię, wszystkie przeczytałem z uwagą. 

Jeśli ktoś jest zainteresowany, to naniosłem kilka poprawek treściowych, by całość była bardziej zrozumiała. (Ctrl + f “Poznaję cię” i ostatnia wypowiedź)

 

Dzięki wielkie!

Jako horrorowy wyjadacz, cieszę się, że jest taki tekst, ale niestety, nie zrobił na mnie wrażenia. Motyw ze strasznym drzewem jest świetny i nośny, ale w zakończeniu rozwiązanie historii rozłazi się. Szkoda, bo początek niczego sobie, umiesz wprowadzić klimat.

Nowa Fantastyka