- Opowiadanie: drakaina - Oczy czarne

Oczy czarne

Napisałam tego szorta bardzo dawno i wyskoczył na mnie podczas wykopalisk dyskowych. Ponieważ rzadko piszę szorty, uznałam opublikowanie go za gest motywacyjny (chyba że okaże się demotywacyjny).

 

Edytka: powtórzenia są celowe. Ale chwilowo zbieram opinie, czy je zostawić, czy wyrzucić ;)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Oczy czarne

Kiedy tylko przyniesiono wieści z przystani, kiedy stało się oczywiste, że on nigdy nie wróci, Lucy poczuła – poczuła to w głębi serca – że jest to jedna z tych historii, o których mężczyźni śpiewają potem w tawernach nad kuflami ciemnego piwa.

Ale tym razem było to jej życie i jej historia, a ona chciała wiedzieć, rozpaczliwie pragnęła zrozumieć, co się stało. Nawet gdyby prawda miała okazać się znacznie bardziej okrutna niż bywały pieśni. Zawsze lubiła pieśni. Lubiła słuchać ich przy ognisku, czując żar płomieni i ciepło ciała siedzącego obok mężczyzny, marząc o miłości głębszej niż morze i mocniejszej niż śmierć.

Szyper spoglądał na nią niechętnie: żadna dziewczyna nie pływała z nim jak dotąd do tej ziemi obiecanej na dalekim brzegu, gdzie mężczyźni pracowali rok lub dwa, żeby zarobić trochę pieniędzy, po czym wracali do zielonego kraju, do kobiet czekających na nich w kamiennych domach z oknami wychodzącymi na odległe szare morze.

Lucy jednak była uparta, nic nie zdołałoby jej powstrzymać, tak mu powiedziała, więc w końcu wpuścił ją na pokład łodzi i w deszczowy poranek wyruszyli na morze, kierując się ku wschodzącemu słońcu.

Krajobraz był równie zielony jak na drugim brzegu, z takim samym zwyczajnym miasteczkiem; nawet nie bardzo miasteczkiem, raczej dużą osadą, której pokryte strzechą dachy przypominały Lucy kapelusze noszone przez magiczne stworzenia z opowieści snutych przez stare kobiety w zimowe wieczory.

Nikt nie mówił o tym, co się wydarzyło, jakby nikt o niczym nie wiedział. Kolejny sezonowy robotnik pojawił się i zniknął, jak wielu przed nim i wielu po nim. Pracował tu, owszem, ale rzadko widywano go w gospodzie, może istotnie potrzebował każdego grosza, wykonywał wszelkie prace w przystani i wiosce, tak, był tu taki. Konstabl wzruszył ramionami, ludzie odwracali głowy. Pewnie wraca do domu, może na tym samym statku, który przywiózł go tu wiele miesięcy temu, och, tak, statek odpłynął parę dni temu, nieprawdaż?

Kiedy Lucy straciła już nadzieję, dostrzegła dziewczynę stojącą za okalającym wioskę żywopłotem. Słyszała wcześniej jej imię, wymawiane ukradkowo, szeptem. Piękna Amy ze wzgórz, tyle szeptali ludzie. Amy czarodziejka, szeptał wiatr do ucha Lucy. Chciała dopytać, ale ludzie odwracali głowy, jak kiedy zagadywała o tego swojego chłopca, który przecież odpłynął jak inni. Amy, jaka Amy, wzruszył ramionami konstabl, nie ma tu żadnej Amy.

Ruszyła ku niej, chciała zapytać albo choćby spojrzeć jej w oczy, ale kiedy podeszła do krzewów, smukła postać dziewczyny była równie daleko jak wcześniej. Lucy wyciągnęła ku niej rękę i gałązka tarniny ukłuła ją w palec. Zabolało, więc spojrzała w dół, a kiedy podniosła znów wzrok, Amy stała tuż za granicą żywopłotu. Wiatr poruszał lekką jak mgła sukienką, rozwiewał włosy, które w zapadającym mroku były tylko ciemniejszymi smugami na tle nieba. Amy uniosła dłonie, ale zamiast ich dotyku Lucy poczuła delikatne muśnięcie płatków białych kwiatów.

W chwili, kiedy nad żywopłotem z tarniny spotkały się ich spojrzenia, Lucy zrozumiała, ponieważ oczy tamtej były jak głębokie studnie, napełnione wodą tak czarną jak bezksiężycowa noc. Czuła, że tonie w tych oczach, a im głębiej sięgała, im bardziej próbowała zobaczyć jego los w tych oczach kobiety z pieśni śpiewanych przy ognisku, tym większa była pustka, aż Lucy uzmysłowiła sobie, że patrzy w zwierciadło własnej rozpaczy.

Nie uroniła ani jednej łzy, kiedy płynęła z powrotem ku swojej ojczyźnie wśród jęków wichru, który zdawał się szeptać do niej słowa pieśni. Nigdy nie dowiedziała się nic więcej, nigdy nie pytała. Wolała umrzeć nie wiedząc: pieśni są zawsze piękniejsze od tego, co mogą wyjawić prawdziwe historie.

Koniec

Komentarze

Fantastyki nie ma za bardzo. Ale… jestem wielką miłośniczką powtórzeń, a w Twoim wykonaniu bardzo mi odpowiadają. I nie mogę się pozbyć skojarzeń z irlandzkimi bądź szkockimi tradycyjnymi piosenkami, co jest także jest bardzo na plus (bo je uwielbiam ;)). Czyżby ten szort nie został zainspirowany konkretną pieśnią czy tak ogólnie? :)

Była inspiracja, ale jak teraz sobie przesłuchałam, to bardzo daleka. Zostawię to na razie tajemnicą, bo trochę mnie ciekawi, czy ktokolwiek na to w razie czego wpadnie.

 

Tak swoją drogą, nie zmieniłam wiele w tekście (poza tym, że oryginalnie był napisany po angielsku i po wykopaniu przetłumaczyłam), ale zastanawiam się teraz, czy nie podkreślić tego, że Amy jest nie z tego świata. Wtedy to też wydawało mi się oczywiste, teraz nie. Ale nie chciało mi się szorta rzucać na betalistę.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

ale zastanawiam się teraz, czy nie podkreślić tego, że Amy jest nie z tego świata.

podkreślić, teraz zakończenie jest jakieś takie – no jakieś takie.

 

czy przed nie wiedząc w ostatnim zdaniu nie powinno być przecinka?

I would prefer not to.

Dobra, dodałam parę zdań, nie wiem, czy wystarczy, bardzo nie chcę tego tekstu rozgadywać…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

W przeciwieństwie do Deirdiu, nie przepadam za powtórzeniami, sam tekst też niespecjalnie mnie porwał. Nie przepadam za podobnymi historiami. Narracja momentami, przynajmniej według mnie, jest pompatyczna, a niektóre zdania trącą banałem (chociaż mogę zrozumieć, jeśli był to zabieg celowy). Ale jak znajdę trochę czasu, to zabiorę się za “Kroki komandora”, może dwadzieścia razy dłuższy tekst mnie przekona :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Ładnie napisany szort o tęsknocie dziewczyny, która nigdy nie poznała prawdy.

Jeśli Amy o czarnych oczach miała stanowić element fantastyczny, to jest jej zdecydowanie za mało, natomiast powtórzeń, jak na mój gust, jest zbyt wiele.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za opinię, Reg. Pozmieniam, bo widzę, że jednak zwolennicy powtórzeń są w mniejszości, a i ja przyznaję, że po polsku one zdecydowanie gorzej wypadają niż wyglądały po angielsku. Niemniej aby zachować balladową inspirację, muszę je choć troszkę utrzymać albo wymyślić coś innego. O poszerzeniu obecności Amy pomyślę, ale chciałabym, żeby została zagadką.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

OK, niech Amy pozostanie zagadką, ale niech będzie fantastycznie zagadkowa.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ładny tekst, klimatyczny. Podobało mi się, może dlatego, że sama mam zamiłowanie do powtórzeń…

Ech, z tymi powtórzeniami ;) Właśnie część z nich wyrzuciłam, ale czytałaś już chyba po tych cięciach,  katia72, więc może teraz jest optymalnie…

No, dodałam też trochę Amy. Na więcej już chyba się nie złamię ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jak dla mnie to taki poetycki tekst, opowiadająca o tajemniczej dziewczynie pieśń… A powtórzenia nadają mu rytmu i magii… :)

Chyba jednak zarobić pieniądze, a nie zaoszczędzić… Masa powtórzeń wyrazów, i to blisko siebie.

Pozdrówka.

Pieniądze wyedytowane, dzięki. Powtórzenia… chyba zacznę liczyć za i przeciwy w ich kwestii, bo połowa dyskusji jest tu o nich ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Kiedy tylko przyniesiono wieści z przystani, kiedy stało się oczywiste, że on nigdy nie wróci, Lucy poczułapoczuła to w głębi serca – że jest to jedna z tych historii, o których mężczyźni śpiewają potem w tawernach nad kuflami ciemnego piwa.

Ale tym razem było to jej życie i jej historia, a ona chciała wiedzieć, rozpaczliwie pragnęła zrozumieć, co się stało. Nawet gdyby prawda miała okazać się znacznie bardziej okrutna niż bywały pieśni. Zawsze lubiła pieśni. Lubiła słuchać ich przy ognisku, czując żar płomieni i ciepło ciała siedzącego obok mężczyzny, marząc o miłości głębszej niż morze i mocniejszej niż śmierć. 

 

Kiedy/gdy. Niż/od. Mocniejszej od śmierci.

Pozdrówka.

Wiem. One są celowe, bo miały podkreślać balladowe inspiracje tekstu. Mniej więcej połowie komentatorów się to podoba, połowa uważa to za zgrzyt, więc mam zagwozdkę. Bo z punktu widzenia poetyki celowe powtórzenia są środkiem stylistycznym. I ja już część i tak wywaliłam. Usiłuję znaleźć złoty środek ;) Tekst był oryginalnie napisany po angielsku, angielski lepiej znosi powtórzenia, ale zarazem jeśli to przerobię na tekst całkowicie bez powtórzeń, to będzie zwykłą narracją, bez poetyckości, o której pisała Katia.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A może byś, Drakaino, zamieściła pod polską wersją wersję angielską? Jestem ciekaw, jak się prezentuje :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Mogę tu wkleić, jak dotrę do domu, ale modyfikacje “fabularne” w wyniku komentarzy sprawiły, że oryginał jest o jakąś jedną trzecią krótszy :D

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo ładna opowieść o miłości i tęsknocie. O miłości i tęsknocie tak wielkiej, że zmusiła Lucy do dalekich poszukiwań swego ukochanego. Ale w konfrontacja z Amy, wypadła jakoś blado. Brakowało mi tego, że Lucy zażąda wyjaśnień co się z nim stało? Że może jakoś będzie o niego walczyć? Sama nie wiem. A ona wraca sobie do domu.

Ja akurat odebrałam postać Amy, jako postać “nie z tego świata”, choć podobnie jak innym wydaje mi się, że nieco za słabo było to zaakcentowane.

Generalnie szort bardzo fajny. Podobało mi się. :)

wykonywał wszelkie prace w przystani

Czy tu nie powinno być – na przystani? Jakoś mi zgrzyta.

 

Soku, voilà. Jest to teraz inny tekst, ale tak wyglądała wersja całkowicie wyjściowa, sprzed około dziesięciu lat (zapisany plik jest z 2013, ale z adnotacją, że tekst jest sporo wcześniejszy); pierwsze, co tu wylądowało, wyglądało podobnie, ale potem przeszło potężny lifting ;)

 

The moment they brought the news from the harbour, Lucy knew this was the kind of story men in taverns would sing over their pints of ale.

But this time it was her life and her story, and she wanted, she wanted quite desperately to see through it, to find out what had happened, what really had happened. Even if the truth were to be much more painful than the songs used to be. She always liked the songs, she really did; she liked to listen to them by the fire, to feel the warmth of her man’s body beside her, and dream about love eternal and deeper than the sea.

The skipper was reluctant; no girl had ever sailed with him to that promised land beyond the sea where men worked for a year or two to save money, and then came back to their green homeland where women waited for them silently in their houses of stone with windows opening on the distant grey sea.

But Lucy was adamant, nothing would stop her from coming, she told him, and so finally he allowed her on board of his ship, and at first light on a rainy day they set out to the sea, in the direction of the rising sun.

The land was as green as on the other shore, and it was just an ordinary town; hardly even a town, a big village rather, with houses whose thatched roofs reminded Lucy of hats worn by some fairie creatures from the tales told by old wives by the hearth on a winter evening. There was no gossip about what had happened, nobody seemed to know anything, just another seasonal worker come and gone, like so many before and so many after him. Possibly on that very ship that had brought him here months before, and oh yes, she sailed back again a couple of weeks ago, didn’t she? Isn’t it the same ship down there in the harbour, ready for another ride back?

He had worked for several people, had rarely been seen in taverns, obviously he really needed every single penny, hardly talked to anyone, did all kinds of jobs in the harbour, and in the village. The constable was of no help, and neither were other people around, even those he had worked for.

Lucy had already lost hope when she saw that girl standing by a meadow fence. She had heard her name before: Amy, the local belle. The moment their eyes met she knew for certain, because the other girl’s eyes were like deep wells filled with water as black as a moonless midnight. She felt as if she were drowning in those eyes, and however deep she reached, there was only emptiness, and a sense of loss so profound that she suddenly realized she was looking at the reflection of her own despair.

She never shed a tear when she sailed back to their homeland in the moaning wind that seemed to whistle the words of song into her ears. She never learned anything more, and she never wanted to. She would rather die without knowing; the songs are always so much more beautiful than anything true stories can reveal.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Podobało mi się, bo szort traktuje przede wszystkim o ludziach. Fantastyki jest tutaj tyle, by nie przesłonić sedna opowieści. Klik się należy. :)

Lubię takie baśniowe opowieści, nie łatwa to sztuka, z bardem mi się nie kojarzysz, ale może jakaś nimfa wodna, co szepcze do ucha podobne historie. :)

Długość jak trzeba, przekaz jasny i obrazowo pokazany. Podobało mi się.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

TL;DR cool

 

Mówiąc poważnie: ładne i utrzymane w klimacie. Czułem się jakbym otworzył okno do szkockiego romansu. Styl rzeczywiście pompatyczny, ale taki język dobrze rezonuje z treścią i konwencją.

Krajobraz był równie zielony jak na drugim brzegu, z takim samym zwyczajnym miasteczkiem; nawet nie bardzo miasteczkiem, raczej dużą osadą, której

 

“Bohater jadł pomidor, ale może jednak nie pomidor, bo raczej brzoskwinię.”

Wisielcze, dziękuję za opinię. W sumie jak lata temu to pisałam, w tle była raczej Irlandia i realia raczej na nią wskazują, ale Szkocja jest moim ulubionym krajem Wysp Brytyjskich ;)

 

Pozwolę sobie jednak na małą lekcję polskiego w związku z ostatnią uwagą ;)

“…z takim samym zwyczajnym miasteczkiem; nawet nie bardzo miasteczkiem, raczej dużą osadą…:” jest skrótowym i w narracji z punktu widzenia postaci zapisem zdarzenia, które w narracji tradycyjnej wyglądałoby następująco: “Dopływając do brzegu Lucy uznała, że miasteczko wygląda równie zwyczajnie, jak to z którego przypłynęła. Wysiadłszy z łodzi, przekonała się, że nie jest to nawet miasteczko, ale raczej duża osada…” Przyznasz, ze średnio by to pasowało do stylu opowiadania.

Twój przykład pasowałby do groteski, bo już jedząc trochę trudno te dwa owoce ze sobą pomylić. Niemniej już gdyby podmiot tego zdania dopiero widział, co mu niosą do zjedzenia, sytuacja mogłaby być analogiczna do mojej: “byłem przekonany, że X niesie mi miskę pełną pomidorów, ale kiedy postawił ją przede mną, okazało sie, że są to wyjątkowo czerwone brzoskwinie”. Oczywiście lepiej się to sprawdzi, jeśli podobieństwo będzie jeszcze większe: “ku mojemu zdziwieniu to, co z daleka brałem za mizerię, okazało się salatką z cukinii”. A w sumie można i radykalnie: “kątem oka dostrzegł na stole miskę pełną, jak mu się wydało, pięknych pomidorów, nie spuszczając oczu z rozmówcy sięgnął więc po jeden z nich, po czym przekonał się, że to brzoskwinia”.

Można to nawet przerobić na skondensowaną, zsubiektywizowaną prozę: “słuchając Iksa, sięgnął w zamyśleniu po pomidor, ugryzł i ze zdumieniem skonstatował, że to brzoskwinia”. Albo wręcz: “słuchając uważnie Iksa, pogryzał pomidor – nie pomidor, brzoskwinię, uświadomił sobie”.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Rozumiem intencję, która stoi za taką konstrukcją. Dla mnie to niepotrzebny słowotok. Nie wnosi nic do historii ani do życia bohatera. Jestem czuły na takie sformułowania, bo walczę z nimi we własnym tekście. “Zrobił, ale jednak nie zrobił.” “Pszczoła, ale jednak osa.” Kiedy coś z daleka jest światełkiem, a z bliska pociągiem, to rzeczywiście błąd w ocenie ma znaczenie dla fabuły. W przeciwnym wypadku – wycinałbym.

 

No widzisz i myślę. że dlatego nie rozumiemy się w dyskusji pod twoim opowiadaniem – ja cenię sobie w literaturze coś więcej niż podawaną w prostych zdaniach akcję… U ciebie, ale i w bardzo wielu innych tekstach, także publikowanych autorów, brakuje mi zatrzymania, psychologii postaci, ich motywacji, ich przeżyć, no i stylu, który byłby mniej oczywisty, nie ograniczał się do relacjonowania zdarzeń. Literatura dawno już poza to wyszła, a fantastyka ma wśród krytyków złą opinię między innymi dlatego, że zbyt dużo w niej łopatologicznie (w sensie formalnym) podawanych fabuł. Na szczęście najjlepsi – Dukaj, Lem, Brzezińska, Sapkowski w najlepszych tekstach, że o takim Kayu już nie wspomnę – nie ograniczają się do akcji i podawania wprost informacji.

Osa i pszczoła też mogą mieć znaczenie, np. dla alergika. A to, że bohaterka konfrontuje swoje wyobrażenia o “ziemi obiecanej” z rzeczywistością jest akurat ważne dla mojego szorta…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jeśli jest ważne, to zostaw. Ja bym wyrzucił ;]

 

Przepraszam, że poruszę ten temat w niewłaściwym wątku, ale nie jestem pewny, jak przyjmować Twoją krytykę. Z jednej strony piszesz, że podaję za mało informacji o życiu wewnętrznym bohatera, a z drugiej – że łamię w tekście zasadę “show, don’t tell”. Oba komentarze znajdują się na przeciwległych biegunach tego samego spektrum. Wykluczają się.

W dodatku nie jestem pewien, czy przeczytałaś całość tekstu, bo go nie oznaczyłaś. Wobec tego nie mam pojęcia, czy przyjmuję komentarze oparte na lekturze całości, czy wyrywków.

“Show, don’t tell” w przypadku życia wewnętrznego bohatera to pokazanie np. jego rozterek poprzez drobiazgi, niepewności, a nie mówienie “Iks miał wątpliwość, czy powinien postąpić tak czy tak”. Show w tym przypadku oznacza, że ze sposobu, w jaki coś robi, jak działa, jak reaguje na innych ludzi, jak z nimi rozmawia, dostrzegamy tę jego rozterkę. “Show” nie oznacza wyłącznie filmowej narracji i opisywania, ale przede wszystkim charakterystykę pośrednia bohatera. Np. kiedy piszesz (generic you): “jego ręka zawahała się przez ułamek sekundy, zanim dobyła miecza”, to informacją dla czytelnika nie jest, że wyjął ten miecz o niezauważalny kawałek czasu później/wolniej niż normalnie, ale że coś go powstrzymywało od instynktownej reakcji.

Nie mam pojęcia, jakie jest twoje doświadczenie edukacyjne i czytelnicze, ale moje najwyraźniej całkowicie się z nim rozmija, ponieważ mówimy innymi językami…

 

Reszta na priv, bo offtop – tu nie zamierzam dyskutować o szczegółach twojego tekstu.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmmm. Mnie nie uwiodło. Pewnie dlatego, że jednak lubię, kiedy w tekście coś się dzieje. Nie przekonuje mnie bohaterka, która przepłynęła przez morze po to, żeby sobie postać naprzeciwko obcej dziewczyny. I sama nie wiedziała, czy chce wiedzieć:

Nawet gdyby prawda miała okazać się znacznie bardziej okrutna niż bywały pieśni.

czy jednak woli nieświadomość:

Wolała umrzeć nie wiedząc: pieśni są zawsze piękniejsze od tego, co mogą wyjawić prawdziwe historie.

Babska logika rządzi!

Zmieniła zdanie, ot co. Chyba każdemu się zdarza. Jeśli wolisz: przestraszyła się prawdy, której się domyśliła. Miałam kiedyś pokusę rozwinąć to w regularne opowiadanie, ale wydało mi się, że wtedy nie ucieknę przed banałami typowymi albo dla fantasy, albo dla obyczajówki: 1) Lucy będzie jednak szukać tego chłopaka, dociekać i w końcu ta elfka czy upiorzyca się wkurzy, a jeśli nawet go znajdzie, to on już nie będzie sobą bla bla bla, bo go belle dame sans merci przemieniła, 2) wróci do siebie, wyjdzie za innego i przez całe życie będzie się zadręczać. Poza tym poetycki ton jest znośny w małych formach. Nie będę pisać tekstu, którego sama nie chciałabym czytać ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zmienić zdanie każdy może. Ale to chyba robi się trudne, kiedy już się sporo zainwestowało w pierwotną decyzję. Może, gdybym zobaczyła strach dziewczyny, że podzieli los chłopaka, prędzej bym uwierzyła.

A co do długości poetyckich tekstów – masz rację.

Dla mnie fraszka jest akurat. ;-)

Babska logika rządzi!

Ja mam wrażenie, że ona nie tyle boi się, że podzieli jego los i nawet mniej, że on nie żyje, ale najbardziej, że on jakoś tam żyje, ale ona utraciła go na wieki, że on nawet o niej nie pamięta i ona nie chce się o tym przekonać.

Poezję w sensie wiersze to lubię wprawdzie bardzo wybiórczo, ale za to również długie formy, ale z prozą poetycką mam gorzej. Choć wiersze głównie lubię tłumaczyć, bardziej chyba niż czytać… Z drugiej strony tłumaczyłam tylko rzeczy, które mi się podobają, więc w sumie nie wiem, jak to jest.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Re: Show, don’t tell

@Wisielec

Nie chcę się, jak to mówią, wcinać między wódkę a zakąskę, ale mam wrażenie, że się chyba z Drakainą nie do końca rozumiecie (i stąd to wrażenie sprzeczności), oraz że Drakainie chodzi mniej więcej o coś takiego, co jest bardzo częste dla klasycznego kryminału – i to na tym przykładzie najłatwiej to zaobserwować. Te wszystkie bohaterki nerwowo mnące chusteczki (a detektyw to widzi), bohaterowie opróżniający jednym haustem kolejne szklaneczki (a detektyw obserwuje i liczy), podejrzane mdlejące, gdy padną pewne nazwiska itd, itd. itd. Autor nam nie mówi “Lord John pił, by zapomnieć o tym co widział”, ani “Mary ciągle kochała podłego uwodziciela”, autor pokazuje rezultaty i każde zgadnąć przyczyny.

Dam konkretny przykład. Na początku “4.50 z Paddington”, powieści o pannie Marple i skomplikowanej zbrodni z majątkiem w tle, spotykamy panią Elspeth McGillicuddy, świadka morderstwa. Wprost dowiadujemy się, że jest niska i pękata. Potem natomiast Christie serwuje nam, na 5-6 stronach, opis jej nerwowego przepychania się z paczkami przez dworzec i chaotycznego poszukiwania biletu, a następnie – zlekceważenie jej najpierw przez biletiera, a potem przez bagażowego (i jej brak reakcji, choć jest pewna, że to ona ma rację); po czym widzimy ją rozczulającą się nad prezentami świątecznymi, jakie właśnie kupiła licznej rodzinie – a następnie jako świadka zbrodni, do której doszło w pociągu mijającym się z jej pociągiem na stacji. Pani McGillicurdy nie jest pewna, czy jej wypada pociągnąć za hamulec bezpieczeństwa i narobić tyle zamieszania – po czym przychodzi konduktor i kompletnie, ale to kompletnie olewa jej stwierdzenie o zbrodni, sugerując, że spała i się jej przyśniło albo czyta za dużo kryminałów i romansideł.

I tak, Christie mogła napisać: Elspeth McGillucuddy była niską i pękatą prowincjonalną paniusią w średnim wieku/ starzejącą się, źle ubraną, niezorganizowaną, dość nieśmiałą; miała dużą rodzinę i głównie na niej była skupiona. Ponieważ robiła takie wrażenie, nikt nie traktował jej poważnie i nie przywiązywał wagi do jej słów. Nie trzeba być panną Marple, żeby to wydedukować. Niemniej, ta przyjemność dedukowania i odczytywania, co zachowanie bohaterki mówi o jej charakterystyce, jest zostawiona czytelnikowi – on nie dostaje informacji wprost, musi sam wymyślić, o co chodzi. Tego nie zastąpią nawet długie i rozbudowane opisy wprost działań bohaterów. W krótkim opowiadaniu nie ma na to miejsca, oczywiście, ale w powieści przynajmniej ja, jako czytelniczka, zdecydowanie to wolę.

EDIT: Poprawiona literówka w tytule tekstu Christie. Dodany “adresat”.

Tak, ale w kryminale detektyw w końcu rozwiązuje zagadkę tajemniczej śmierci Lady X, a nie odwraca się i wraca do domu.

Pewnie łyknęłabym poezję, gdybym w końcu dostała odpowiedzi na pytania.

Babska logika rządzi!

Ninedin – dzięki za wsparcie filologiczne, tak, właśnie o to mi chodziło, ale moja dziurawa pamięć do fabuł nie pozwala mi tak łatwo rzucić odpowiednim przykładem ze szczegółami :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałem po angielsku i raczej ta wersja brzmi lepiej. No, na pewno powtórzenia prezentują się godniej :D

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Tego nie zastąpią nawet długie i rozbudowane opisy wprost działań bohaterów.

Przecież ten przykład to właśnie opis działań wprost, a wnioski zostawia się do wyciagniecia czytelnikowi.

Skoro się zgadzamy to dobrze. Rozumiem, co masz na myśli i na czym polega charakteryzacja bohatera przez jego czyny.

Problem wynikł z tego, że Drakaina dała mi dwa komentarze, które w moich oczach zaprzeczały sobie wzajemnie.

Hmm, interesujący pomysł, końcówka przypadła mi gustu, ale środek mocno statyczny jak dla mnie. Tym niemniej doceniam, że tyle charakteryzacji postaci udało się wrzucić w tak krótkim tekście. Stąd daję klika ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Niestety nie jestem fanką szortów i jeśli tekst jest tylko o tęsknocie to dla mnie za mało. Szorty jak dla mnie powinny walić na kolana i być napisane o czymś konkretnym. Tekst dobry jako wprawka do czegoś dłuższego.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Całkiem miła i ładna pieśń :) Zmotywowana?

Dziękuję :)

 

PS. I nagle poczułam motywację, żeby tę historyjkę wykorzystać w innym opowiadaniu, które zgodnie z sugestią Morgiany ją rozwinie ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Podoba mi się ten pomysł. Faktycznie, tekst pasuje do większej całości.

Ale to będzie o innych ludziach, w innym miejscu i realiach. Tylko zrąb historyjki ten sam.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mhm :) Ciekawe :)

Nowa Fantastyka