- Opowiadanie: Lycoris.Caldwelli - Światło w ciemności

Światło w ciemności

Napisane na konkurs jakieś dwa miesiące temu. Konkurs się skończył, więc mogę tu wrzucić.

Dodatek do magicznych żołędzi.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

NoWhereMan

Oceny

Światło w ciemności

– Powinnaś go zabić.

Diona podniosła załzawione oczy na Tiamat. Stara kobieta stała tuż obok łóżka, jej sękate dłonie wsparte były na równie sękatej lasce. Nienawistne spojrzenie utkwione miała w niemowlęciu, które spało tak lekko, że mogło obudzić się w każdej chwili.

– Nie mogę – wyszeptała Diona. – Nie dam rady.

– Dałaś radę spłodzić tego potwora, a teraz nie potrafisz wziąć za niego odpowiedzialności? I ty nazywasz się wiedźmą?

Diona już otwierała usta, by odeprzeć zarzuty swej przywódczyni, ale nie znalazła ani słowa na swoją obronę. Tiamat miała rację. Diona Ashmore nie była już małym dzieckiem. Wiedziała doskonale, jakie ryzyko wiąże się ze współżyciem z mężczyzną. Owszem, zdecydowana większość wiedźm była bezpłodna, ale to w żaden sposób jej nie usprawiedliwiało. Znała przecież setki mikstur, które mogły wywołać poronienie. Dziewięć miesięcy łudziła się jednak, że problem rozwiąże się sam. Jej jedynym wysiłkiem było pójście do Niego.

I to ją zgubiło.

Bo On nie zamierzał jej w żaden sposób pomagać. Przeciwnie, dał Dionie do zrozumienia, że to wyłącznie jej problem, odepchnął ją od siebie i nigdy więcej się z nią nie spotkał. To przez Niego popadła w apatię, z której nie otrząsnął jej nawet poród.

– Mam to zrobić za ciebie?

– Słucham?

Tiamat westchnęła i obdarzyła Dionę chłodnym spojrzeniem.

– Gdyby był dziewczynką, mogłabym przymknąć na wszystko oko. Ale w Wiosce Wiedźm nie ma miejsca dla chłopca, który pewnego dnia zostanie magiem.

– Nie możesz tego wiedzieć – wymamrotała świeżo upieczona matka, przesuwając się tak, aby osłonić niemowlę przed staruszką.

– Oczywiście, że mogę. W przeciwieństwie do ciebie potrafię zaglądać w przyszłość, drogie dziecko.

– To, że będzie magiem, nie oznacza jeszcze, że stanowi dla nas zagrożenie!

Nie powinna podnosić głosu. Tiamat znana była ze swego ognistego temperamentu, który nie złagodniał pomimo jej zaawansowanego wieku. Irytowanie jej nie należało do najmądrzejszych posunięć. Sękata laska w mgnieniu oka oderwała się od ziemi i zdzieliła Dionę w twarz. Kobieta upadła z krzykiem. Niemowlę przebudziło się i zapłakało tak przenikliwie, że zapewne usłyszała je cała Wioska.

– Nie, błagam! – załkała Diona, obejmując Tiamat za kolana. – Nie krzywdź go!

– Przykro mi, moje dziecko, ale nie mogę pozwolić na to, żeby…

Huk otwieranych drzwi przetrwał jej w pół zdania. Niemowlę zamilkło, a Diona i Tiamat jednocześnie obróciły się w stronę tej, która ośmieliła się wedrzeć do chatki. Słońce właśnie chowało się za horyzont, przez co widać było tylko zarys sylwetki przybyłej, ale mimo to przywódczyni wiedźm i młoda matka nie miały wątpliwości, z kim mają do czynienia.

Tylko jedna z wiedźm była na tyle wielka, by swymi ramionami zasłaniać całą szerokość drzwi i musieć schylać się, aby przejść przez próg.

– Arho, nikt nie… – zaczęła Tiamat, ale ponownie nie dane było jej skończyć.

– Czemu dziecko płacze?

Staruszka zazgrzytała zębami z gniewu.

– Nie powinnaś się wtrącać.

– Ale czemu dziecko płacze? Głodne ono?

Nie bacząc na jawną niechęć Tiamat, Arha weszła do chatki Diony i w dwóch wielkich krokach znalazła się przy łóżku. Diona aż pisnęła ze strachu, gdy wielka czarna dłoń zawisła nad jej synkiem. Ten jednak, ku zaskoczeniu wszystkich, zamilkł w jednej chwili i otworzył buzię.

– A czemu ty nie karmi, jak ono głodne? – Arha ofuknęła Dionę, nie kryjąc przy tym irytacji. – Maleńka, ty je karmi szybko, a nie siedzi.

– To dziecko trzeba zabić! – krzyknęła Tiamat, nieprzyzwyczajona do tego, że ktoś ją ignoruje.

W jednej chwili w chatce zrobiło się duszno. Drobinki pustynnego pyłu zaczęły wirować w powietrzu. Arha wyprostowała się powoli i z góry spojrzała na przywódczynię wiedźm, która mimowolnie zgarbiła ramiona ze strachu.

– Nikt nie będzie zabijać! – wysyczała, po czym chwyciła Tiamat za ramię, siłą wypchnęła ją na dwór i zatrzasnęła drzwi.

Diona była zbyt zaskoczona, by jakkolwiek zareagować. Wpatrywała się w Arhę z mieszaniną podziwu i wdzięczności. Chyba nigdy wcześniej nie miały nawet okazji ze sobą porozmawiać, tym bardziej zadziwiające było zachowanie wiedźmy, która niespełna rok wcześniej pojawiła się w Wiosce. Przyszła bladym świtem, cała w pyle, zawinięta w luźne szaty ludzi pustyni. Czego szukała w Wiosce Wiedźm? Dlaczego wolała zostać z kobietami, których języka nawet nie znała? Przed czym uciekała? Diona nie wiedziała, czy chce poznawać odpowiedź na te pytania, ale co do jednego nie miała najmniejszych wątpliwości – przerażający wygląd i czasami obcesowe zachowanie były tylko fasadą, za którą kryła się istota niezwykle troskliwa.

– No i czemu maleńka nie karmi? – W lekko zachrypniętym głosie Arhy pobrzmiewała czułość. Wielka wiedźma usiadła na ziemi, plecami zapierając się o drzwi. – Ona teraz nie wróci. Ty karmi szybko, bo dziecko głodne.

Diona poderwała się. Nie bacząc na obecność drugiej kobiety, rozsupłała gorset i przełożyła nad dekoltem prawą pierś. Mamrocząc pod nosem bezładne uspokajające słowa, wzięła na ręce swojego synka i zaczęła go karmić.

– Małe piersi, mało mleka.

– Przecież nie mam na to wpływu! – Nie miała również wpływu na to, że jej policzki zrobiły się czerwone jak dorodne pomidory.

– Sobie poradzimy. Maleńka karmi dziecko, a ja maleńką. Będzie dobrze.

Młoda wiedźma podniosła wzrok znad poruszających się miarowo ust niemowlęcia. Ostatnie dziewięć miesięcy było dla niej piekłem. Nie chodziło nawet o to, że wbrew prawu Elizjum zaszła w ciążę. Prawo miasta, które tak bezwzględnie traktowało wszystkich, którzy mu nie pasowali, w tym również wiedźmy, już dawno przestało ją obchodzić. Gorsza była samotność. Przyjaciółki, niegdyś tak bliskie, zupełnie się od niej odwróciły. Sąsiadki z hukiem zamykały okiennice, gdy przechodziła obok ich domów. A Tiamat? Tiamat nawet nie ukrywała, że Diona wypadła z łask i właśnie zwolniło się miejsce jej potencjalnej następczyni.

I teraz, zupełnie niespodziewanie, pojawił się ktoś, kto nie tylko nie życzył jej śmierci, ale nawet chciał pomóc.

– Dlaczego to robisz? – zapytała nieśmiało, nie potrafiąc rozgryźć uśmiechu, w jaki ułożyły się pełne usta Arhy.

– Każde dziecko dobre.

– Ale wiedźmy nie mogą mieć dzieci!

– To czemu maleńka od razu się nie pozbyła?

Diona Ashmore potrząsnęła głową. Kilkukrotnie otworzyła usta, zamierzając coś powiedzieć, ale natychmiast się rozmyślała. Jak miała wyjaśnić coś, czego sama nie rozumiała? Jak opisać stan, w jakim się znajdowała, tę apatię, głęboką zapaść, która kazała zapomnieć o wszystkim?

– Nie wiem – wymamrotała w końcu. – Naprawdę nie wiem. To było jak ciemność, ogromna, przytłaczająca ciemność i nie mogłam nawet… Nic nie mogłam.

– Ciemność dobra – wyszeptała Arha po dłuższej chwili milczenia. – Lepiej widać światło.

Może była to jakaś mądrość ludzi pustyni i kryło się w niej głębsze przesłanie, a może chodziło wyłącznie o sposób, w jaki Arha to powiedziała, tak czy inaczej Diona w jednej chwili poczuła się lepiej. Objęła jeszcze ciaśniej niemowlę przyssane do jej piersi i uśmiechnęła się ostrożnie.

– Dziękuję.

 

* * *

 

– Dziękuję.

– Maleńka już nie dziękuje, maleńka się tylko więcej uśmiecha.

– Za taką pomoc wypada podziękować.

– Ja zrobiła tylko to, co trzeba.

– Nie, zrobiłaś znacznie więcej.

Diona z cichym westchnieniem usiadła na specjalnie dla niej przygotowanym siedzisku przylegającym do kaflowego pieca. Dzieciątko wreszcie zasnęło i miała teraz chwilę dla siebie, była jednak zbyt zmęczona, by zrobić cokolwiek. Nawet siedzenie sprawiało jej problem. Pocierając piętą o piętę, zrzuciła buty i podciągnęła kolana pod brodę.

– Koc przynieść? – zapytała Arha, nie przerywając obierania ziemniaków.

– Nie trzeba, jest mi ciepło.

– Ty się nie może przeziębić.

– Nie przesadzasz trochę?

Spojrzenie oczu zielonych jak liście kasztanowca latem wwierciło się w duszę Diony.

– Skoro ty nie chce, to nie dostanie.

– Bez „ty”.

– Co?

– Bez „ty” – powtórzyła Ashmore, nie do końca wiedząc dlaczego. Drobne potknięcia Arhy wcale tak bardzo jej nie przeszkadzały, ale skoro i tak miały ze sobą przebywać, to równie dobrze mogła nauczyć ją języka. Istniała też szansa, że dzięki temu Arha przestanie tak bardzo przejmować się zdrowiem Diony. – Nie ma potrzeby w każdym zdaniu zaznaczać osoby wykonującej omawianą czynność.

– To jak wiedzieć kto? – Pytaniu zawtórował plusk ziemniaków wrzucanych do gotującej się wody.

– Zazwyczaj wskazuje to forma czasownika.

– Jak?

– Ja mówię, ty mówisz…

– To czemu ty mówi „ja” i „ty”?

– Bo chcę pokazać ci zależność między formą czasownika a osobą wykonującą czynność.

– A. No to mówi dalej.

Arha nie była głupią kobietą. Przeciwnie, bardzo szybko pojmowała zawiłości języka używanego w Elizjum i okolicznych miastach. To tylko uświadomiło Dionę, jak bardzo musiała być samotna. Najwyraźniej nikt do tej pory nie przejmował się tym, aby nauczyć ją poprawnie się wysławiać. Cóż, Ashmore też zainteresowała się tym dopiero teraz, więc nie mogła powiedzieć, że nie ponosiła za to żadnej winy.

– Przed posiłkiem mówimy „smacznego”.

– Co znaczy? – zapytała Arha z oczami błyszczącymi ciekawością, podając Dionie miseczkę pełną gulaszu.

– To taki zwyczaj. Po prostu życzymy drugiej osobie, żeby posiłek jej smakował.

– A. To smacznego.

– Smacznego, Arho.

– Ja… nie. Mam jeść też?

– A dlaczego nie?

– Bo to dla ciebie.

Diona zaśmiała się mimowolnie. Przesunęła na na jedną stronę kaflowego siedziska, robiąc tym samym miejsce dla swej nowej przyjaciółki.

– Będzie mi bardzo smutno, jeśli ze mną nie zjesz. Poza tym, posiłek jedzony wspólnie smakuje lepiej.

– Wasze zwyczaje dziwne takie – westchnęła Arha, poddając się prośbom.

Trudno powiedzieć, co było gorętsze: kaflowy piec, ciemna skóra Arhy czy policzki Diony. Przez długie miesiące izolacji Ashmore zupełnie odwykła od bliskości drugiego człowieka, a pustynna wiedźma wydawała się jej dzika i nieokiełznana, a zarazem niezwykle intrygująca. I choć była to cudowna odmiana, Diona zaczęła się bać. Bo przecież dokładnie tak samo zaczęła się jej znajomość z Nim.

– Maleńka, czemu nie je? Jesz? Nie smakuje?

Rzeczywiście, zastygła z łyżką w połowie drogi między miseczką a ustami. Potrząsnęła głową i uśmiechnęła się przepraszająco.

– Jest bardzo dobre, Arho, po prostu…

– Coś martwi?

– Po prostu pomyślałam o… – Ugryzła się w język, ale zdradliwe spojrzenie wbrew jej woli powędrowało ku śpiącemu niemowlęciu.

Arha odstawiła swoją już opróżnioną miseczkę na posadzkę, po czym odwróciła się przodem do Diony. Wielką ciepłą dłoń ułożyła w łódeczkę i ujęła nią policzek młodszej wiedźmy. Promieniowała współczuciem i spokojem tak głębokim, że można było zapomnieć, że pod jej skórą szalała piaskowa burza.

– O ojcu.

Już miała odpowiedzieć, jednak z jej otwartych ust zamiast słów wyrwał się niekontrolowany szloch. Miseczka z gulaszem zapewne wypadłaby Dionie z rąk i się potłukła, gdyby Arha nie złapała jej w ostatniej chwili. Zaraz potem trzymała już Dionę w ramionach, głaskała ją po głowie i szeptała czule na ucho zaklęcia w swoim ojczystym języku.

– Nie myśl o nim – dodała, gdy Ashmore uspokoiła się nieco.

– Jak mam o Nim nie myśleć? Jest ojcem mojego dziecka!

– Chciał go?

Diona potrząsnęła głową, wstrząśnięta niedorzecznością tego pytania.

– Nawet nie wiedział, że jestem płodna.

– A teraz wie?

– Byłam u Niego.

– I?

– Powiedział… – Głos się jej załamał. Z twarzą ukrytą w ramionach Arhy była bezpieczna, a mimo to wstrętne słowa nie chciały przejść jej przez gardło. – Powiedział, że mam się go pozbyć.

– Ale tego nie zrobiłaś.

– Nie byłam w stanie.

– To dobrze. Dziecko dobre…

– Przestań to powtarzać! – jęknęła Diona. Wiedziała, że to nie w porządku, że nie wolno jej było wyżywać się na innych tylko dlatego, że nie potrafiła wyrazić własnych uczuć. Odsunęła Arhę na odległość wyciągniętych ramion i wzięła kilka głębszych oddechów. Nie obchodziło ją już, co na ten temat uważały pozostałe wiedźmy. W nosie miała też to, co mówiła stara Tiamat. Z Arhą było jednak inaczej. Czuła się w obowiązku wyjaśnić jej, co się z nią działo, dlaczego w ogóle znalazła się w tak podłym położeniu. Była jej winna chociaż tyle. – Nie zrobiłam tego, by go ocalić. Wcale mi na nim nie zależało. Byłam… Byłam zbyt przerażona, by zrobić cokolwiek, Arho, dlatego uciekłam wgłąb siebie. Nawet nie pamiętam, co się ze mną działo. W takim stanie nie sposób podjąć świadomą decyzję w kwestii czegokolwiek.

– Nie dobrze!

– Och, Arho, ale co miałam…

– Nie dobrze, że ja tak późno przyszła! – Przez wzburzenie pustynna wiedźma zupełnie zapomniała o wszystkim, czego się nauczyła. – Źle! Bardzo, bardzo źle! A dziecko wie? – Zerwała się na równe nogi i jednym susem znalazła się tuż przy łóżku. Diona podreptała za nią.

– Ale przecież to tylko dziecko. Jak miałoby cokolwiek z tego zrozumieć?

– Ono wie, kiedy ty nie kocha!

– Skąd miałoby wiedzieć?

– Czuje!

Arha opadła na kolana. Wielką dłoń położyła na poruszającym się w rytm oddechów brzuszku niemowlęcia. Znów zaczęła mamrotać coś czule w języku, który Dionie kojarzył się wyłącznie z gardłowym charczeniem. Co chciała osiągnąć? Czy należało jej przerwać? Przez te kilka tygodni, które spędziły razem, Ashmore upewniła się, że Arha nie miała wobec niej złych zamiarów, ale jej zachowanie w stosunku do dziecka było chwilami, delikatnie mówiąc, niepokojące.

– Arho, zechciałabyś wyjaśnić mi, co robisz?

Chłopczyk obudził się i zamglone spojrzenie próbował skupić na pustynnej wiedźmie. Nie szło mu to zbyt dobrze, ale szybko znalazł sobie łatwiejszy cel, a mianowicie jeden z grubych warkoczy, który usiekł z Arhowego koka.

– Ja przegania cień, niech nie zasłania światło.

– Jaki cień?

– Ty w niego wątpi. To źle bardzo. Ja pomaga.

To nie miało najmniejszego sensu. Po pierwsze dlatego, że Diona nie wątpiła w swoje dziecko. Jak można wątpić w istotę tak niezaprzeczalnie materialną i dysponującą zalążkiem mocy tak wielkiej, że wymykała się jakiemukolwiek pojmowaniu? Po drugie, wszelkie wątpliwości istniały wyłącznie przez to, co mówiła Tiamat, a przecież przywódczyni wiedźm nie myliła się prawie nigdy.

– Arho, rozmawiałyśmy już o tym. Prawo Elizjum jest bardzo rygorystyczne w stosunku do wiedźm. Musimy mieszkać poza miastem. Nie wolno nam bez pozwolenia ingerować w losy innych ludzi. Nie wolno nam mieć dzieci. A gdybyś do tej pory tego nie zauważyła, nie ma wśród nas mężczyzn.

Pustynna wiedźma zmarszczyła brwi i wydęła policzki. Diona nie miała pojęcia, czy po prostu nie potrafiła pojąć zasad, jakimi rządziła się ich mała społeczność, czy może w ten nieco dziecinny sposób Arha wyrażała swoje niezadowolenie. Bez względu na to, czy był to bunt, czy też nie, nic nie dało się poradzić na to, że dziecko Diony nie było dziewczynką, a zatem stanowiło zagrożenie dla całej Wioski.

– Arho, musisz zrozumieć, że…

– Nie.

– Ale…

– Nie.

– Nie wiem, czy słyszałaś, co mówiła Tiamat. Starsza nie widzi tu dla niego miejsca.

– Bo odejdzie.

– Słucham?

– Ja też widzi przyszłość. Ono zostanie. Potem pójdzie. Ciemność najpierw, potem światło.

Diona potrząsnęła głową. Ostrożnie odepchnęła Arhę od swojego dziecka i wzięła je na ręce. Maleństwo było rozbudzone, ale bardzo spokojne. Pomrukując cichutko, zacisnęło piąstki na rękawie koszuli matki, oczy jednak utkwione miało w pustynnej wiedźmie.

– Co masz przez to na myśli? Arho, chodzi o moje dziecko, nie możesz trzymać mnie w niepewności.

– On wielki, maleńka. Wielki bardzo. Ja chroni. Ty też musi.

– Odnosisz się do światła i ciemności, ale to naprawdę nic mi nie mówi.

– W ciemną noc księżyc jasno świeci. Na pustym niebie rządzi samotny jastrząb. W ciszy śmierci jeden głos jest pieśnią. Tu ciemność, pustynia i śmierć. On światło, jastrząb i pieśń.

Po policzkach Ashmore pociekły łzy. Cisza w niej wzywała obietnicą spokoju i głębokiej, kojącej apatii. Czy mogła uciec po raz kolejny? Co stanie się wtedy z jej dzieckiem? A może… Może lepiej byłoby, gdyby pozwoliła Tiamat go zabić? Skąd mogła wiedzieć, jaką przyszłość ujrzała Arha? Cokolwiek to było, brzmiało nie jak błogosławieństwo, ale jak brzemię. Czy jako matka nie powinna go przed tym ochronić?

Niespodziewanie poczuła wokół siebie silne ramiona pustynnej wiedźmy. Gdyby piaskowa zamieć miała przybrać ludzką postać, byłaby właśnie nią. Potężna, przeszywająca i paląca dotykiem. Diona odetchnęła głęboko, wciągnęła w płuca zapach kadzideł, sandałowca i korzennych przypraw. Całe swoje niezbyt długie życie była przekonana, że najbardziej odpowiada jej woń kwiatów albo dojrzałych owoców. W którym momencie ten swąd dymu zaczął kojarzyć się jej z bezpieczeństwem i miłością?

– Będzie dobrze, maleńka. Maleńka się nie martwi. Maleńka jemu powie, że on głupi. Dziecko dobre. Bardzo dobre. Maleńka nie płacze. Ja się wszystkim zajmie.

– Dziękuję, Arho. Dziękuję.

Miękkie usta przylgnęły do jej skroni, zupełnie jakby pustynna wiedźma pocałunkiem próbowała przegnać wszelkie wątpliwości, które dręczyły Dionę. Co innego mogła zrobić Ashmore, poza poddaniem się tym czułym zaklęciom?

 

* * *

 

Nie miała pojęcia, że zna aż tyle piosenek, dopóki nie przeszło jej spędzić licznych godzin na szyciu dziecięcych ubranek. Wprawdzie zawsze miała pod ręką Arhę, do której mogła mówić, ale nawet ta cierpliwa i spragniona wiedzy słuchaczka czasem męczyła się rozmową i Diona nie mogła mieć jej tego za złe. Dlatego właśnie wypełniała ciszę śpiewem, który doskonale wkomponowywał się w odgłosy pracy pustynnej wiedźmy, w jednostajny szmer szorowanych naczyń i miarowe brzęki ostrzonych grotów włóczni.

Chłopiec też wydawał się tym zachwycony, bo coraz częściej gaworzył, prawie nigdy nie płakał i sprawiał wrażenie zdrowego. Dzięki pomocy Arhy, Diona coraz lepiej radziła sobie z własnym macierzyństwem. Owszem, swego czasu pomagała Iris, która wędrowała po całym Elizjum jako położna, ale bardzo rzadko miała możliwość zobaczyć, jak rozwijała się więź matki i dziecka. Po za tym, zobaczyć to jedno, a zrozumieć – to już zupełnie inna kwestia.

Gdy siedziała u boku Arhy i co chwilę spoglądała na synka, w Dionie budziła się pewność, że tak właśnie powinno być. To słodkie ciepło w okolicach serca, miękkość ziemi i puchowa puszystość powietrza…! Nigdy wcześniej nie czuła wokół siebie mocy tak potężnej i przyjaznej zarazem. Bardzo szybko zauważyła zależność między narastaniem tej potęgi, a swoim podejściem do dziecka. Ktoś, patrzący na wszystko z zewnątrz, mógłby powiedzieć, że Diona pogodziła się z tym, że została matką, wyłącznie dlatego, iż egoistycznie pragnęła mocy. Byłby jednak w błędzie. Ten rodzaj utkanej z najczystszej miłości magii mógł zostać osiągnięty wyłącznie przez szereg samoograniczeń i wyrzeczeń, nigdy nie mógł być celem samym w sobie, zawsze istniał tylko jako konsekwencja tysięcy innych, bardzo subtelnych zaklęć.

Diona pamiętała, że czytała kiedyś o tym w jednej z Jego ksiąg, ale wtedy nie potrafiła tego zrozumieć. „To miłość” – mówił jej, ale ona zbywała Go, wiedząc doskonale, że musiało kryć się za tym coś więcej, skoro nie czuła nic takiego w Jego obecności. Teraz wiedziała już, że tak naprawdę On nigdy jej nie kochał.

– Arho, chciałam ci jeszcze raz podziękować – wyszeptała, przecinając nożycami nić i zawiązując ją na supełek.

– Za dużo mi dziękujesz – zaśmiała się pustynna wiedźma znad jednej ze swoich włóczni. Posługiwanie się językiem Elizjum szło jej już całkiem sprawnie, co bardzo wyraźnie wpłynęło na jej chęć do dzielenia się przemyśleniami. – Ale jeśli znów chcesz to zrobić, to ja też muszę. Również ci dziękuję.

– Mi? Ależ za co?

– Pozwoliłaś mi ze sobą zostać, nauczyłaś mnie mówić i nie traktujesz mnie jak intruza.

– Przepraszam, że nie zrobiłam tego wcześniej.

– Och, nie ma za co. Wcześniej nie chciałam ci się narzucać.

– To brzmi trochę tak, jakbyś od dłuższego czasu tylko czekała na pretekst, żeby się do mnie zbliżyć.

– Kto wie? Może właśnie tak było.

W głosie Arhy kryło się coś zalotnego i czułego zarazem, coś, co kazało Dionie roześmiać się z zakłopotaniem. Wiedziała, że jej policzki stały się czerwone jak jabłka późną jesienią. Wiedziała też, że Arha wciąż na nią patrzy, a w jej spojrzeniu ani na chwilę nie ubywa uwielbienia. Chatkę wypełniła cisza, przerywana tylko słodziutkim gaworzeniem dziecka. Diona bała się powiedzieć cokolwiek, bo słowa znów uciekały, płatały figle i nie pozwalały wyrazić tego, co czuła. Arha natomiast nie musiała mówić nic.

Gdy potem Ashmore przypominała sobie tę błogą chwilę, zupełnie nie potrafiła zrozumieć, jakim cudem nie usłyszały zbliżającego się tłumu. Ich niepokój wzbudziło dopiero łomotanie do drzwi.

– Ja otworzę – rzuciła pospiesznie Arha, zerwała się z ziemi i zmierzyła się z tymi, którzy postanowili zburzyć ich spokój.

– Chcę rozmawiać z Dioną – oznajmiła Tiamat głosem nie znającym sprzeciwu.

– Po co?

Diona miała ochotę zakląć. Nie, żeby nie bawiło ją, iż kosa natrafiła wreszcie na kamień, ale po prostu nie widziała powodu, żeby Arha musiała nadstawiać za nią karku. Pospiesznie odrzuciła na bok zszywane kawałki materiału, wzięła na ręce synka i pobiegła do drzwi.

– Jestem – zawołała, próbując szturchnąć łokciem zajmującą całą szerokość drzwi Arhę.

Pustynna wiedźma odsunęła się niechętnie i pozwoliła na konfrontację. Diona liczyła na to, że przyjdzie jej rozmówić się wyłącznie z Tiamat. Zupełnie nie spodziewała się tego, że za przywódczynią wstawi się niemal cała Wioska. Ich społeczność nie była specjalnie liczna, a większość wiedźm i tak wybierała życie na uboczu, dlatego zobaczenie około pięćdziesięciu w jednym miejscu nie zdarzało się często. Tym bardziej Diona przeraziła się, wiedząc doskonale, że to zgromadzenie powstało wyłącznie z jej powodu.

– Żądam oddania dziecka w nasze ręce – huknęła Tiamat, zawieszając nienawistne spojrzenie na trzymanym przez Dionę niemowlęciu.

– W jakim celu? – odwarknęła jej Arha, zanim Ashmore zdołała choćby otworzyć usta.

– Zdecydowałyśmy, że należy się go pozbyć.

– Więc ja nie mam w tej kwestii nic do powiedzenia? – zapytała Diona z oburzeniem.

– Twoje stanowisko w tej sprawie było dla nas łatwe do przewidzenia – odpowiedziała ślepa Celeste, bezbłędnie odgadując, gdzie znajduje się Diona i zmuszając młodą matkę do zmierzenia się ze spojrzeniem swych białych jak śnieg oczu.

– I wyłącznie dlatego nie zechciałyście mnie nawet wysłuchać?

– Zrozum, drogie dziecko, że zależy nam wyłącznie na wspólnym dobru – wtrąciła stara Iris, uśmiechając się przy tym protekcjonalnie.

– Co zamierzacie mu zrobić? – Diona z trudem powstrzymywała łzy. Powinna była przewidzieć, że ten dzień nadejdzie, że Tiamat nie pozwoli tego tak zostawić, że będzie chciała postawić na swoim.

– To zależy wyłącznie od tego, na co nam pozwolisz, Diono – odparła Tiamat, nawet nie próbując ukryć zadowolenia. – Jeśli oddasz nam dziecko po dobroci, podrzucimy je do sierocińca w Elizjum. Jeśli będziesz stawiała opór, będziemy zmuszone zabić was oboje.

– Nie możecie tego zrobić! – krzyknęła Diona. Z wielkim wysiłkiem powstrzymała się, by nie paść na kolana. – To wbrew prawu!

– Jakiemu prawu? Prawu Elizjum, miasta, które nas odrzuciło? Czy prawu Wiedźm, które każe chronić społeczność za wszelką cenę? – odwarknęła jej Tiamat.

– Ani jedno, ani drugie nie daje ci pozwolenia na krzywdzenie tego dziecka – wtrąciła Arha, pulsując coraz większym gniewem.

– Doprawdy? Jestem przywódczynią wybraną na drodze…

– W takim razie wyzywam cię.

Zgromadzone przed chatką Diony kobiety w jednej chwili zamarły. Na przywódczynie zawsze wybierano najmądrzejsze, najsilniejsze i najbardziej doświadczone spośród wiedźm. Owszem, nic nie stało na przeszkodzie, aby rzucić wyzwanie przywódczyni i zająć jej miejsce, ale szanse na powodzenie były tak znikome, że od wielu lat nikomu nic podobnego nie przyszło do głowy. Tym bardziej, nie mieściło im się w głowie, że mogła to zrobić Arha, o której niemal nic nie wiedziały i która sama niewiele wiedziała o nich.

– Myślisz, że stanowisz dla mnie jakiekolwiek zagrożenie? – Tiamat parsknęła śmiechem. – Walczyłam z suszą, przywracałam słodką wodę w naszej studni i powstrzymywałam burze, a ty chcesz rzucić mi wyzwanie?

Ku zaskoczeniu wszystkich Arha splunęła, sięgnęła za plecy po jedną ze swoich włóczni, po czym uderzyła drzewcem o ziemię i odbitym od ostrza promieniem słońca oślepiła Tiamat i inne wiedźmy.

– Jestem Arha, córka Inany, siostry wodza Stirra z plemienia Lomae! – krzyknęła głosem tak przeszywającym, że Dionie wydawało się, iż rozpętała trzęsienie ziemi. – Goniłam tornada w kanionach Uruhu, wezwałam sztorm, który zatopił flotę Archendalli, i walczyłam z piaskowymi burzami na pustkowiach Ito. Wyzywam cię, Tiamat. Jeśli nie chcesz umrzeć, odejdź i nigdy nie wracaj. Jeśli jesteś tak pewna swego zwycięstwa, zmierz się ze mną.

Tiamat pobladła i jakby oklapła, przez co jeszcze bardziej przypominała starego pomarszczonego mopsa. Najwyraźniej jednak albo nie mogła sobie pozwolić na utratę honoru, albo naprawdę wierzyła w swoje umiejętności, bo wzięła głęboki wdech, zadarła brodę i butnie oznajmiła:

– Przyjmuję twoje wyzwanie. Jeśli wygram, Diona i jej dziecko znajdą się na mojej łasce. Jeśli wygrasz, przekonanie pozostałych wiedźm, iż zostawienie tego bękarta przy życiu jest dobrym pomysłem, będzie już wyłącznie twoim problemem.

– Zgoda.

– Nie! – krzyknęła Diona, zaskakując tym samą siebie.

Arha odwróciła się powoli, a jej twarz złagodniała, gdy tylko napotkała wzrokiem spojrzenie Ashmore.

– Nie bój się, maleńka – szepnęła, po czym przyciągnęła do siebie Dionę, oparła usta o jej czoło i zamarła na chwilę, pozwalając, by jej spokój spłyną na młodszą wiedźmę. – Wygram dla ciebie i dla niego. Ale ty obiecaj mi, że nie pozwolisz go skrzywdzić, że oka z niego nie spuścisz, dopóki nie wrócę.

– A jeśli nie wrócisz?

– Wrócę, maleńka. A gdy wrócę, powiesz mi w końcu, jak będzie miał na imię.

– Arho, nie…

– Cicho, cichutko, maleńka. – Delikatny nacisk ust zmienił się w czuły pocałunek. – Poradzę sobie.

Diona była jak sparaliżowana. Podejrzewała, że Arha zamknęła w pocałunku zaklęcie, które kazało jej stać w miejscu i patrzeć, jak pustynna wiedźma odchodzi z Tiamat. Po prawej stronie dreptała przywódczyni wioski, mała, zgarbiona, wspierająca się na sękatej lasce, a jednak promieniująca siłą i życiowym doświadczeniem, którego inne wiedźmy mogły jej tylko pozazdrościć. Po lewej szła wielka czarnoskóra wojowniczka, której posplatane w warkoczyki długie włosy podrygiwały przy każdym kroku, a potężna włócznia zdawała się śmiercionośnym przedłużeniem jej ręki.

– To będzie największa bitwa od jakichś dwudziestu lat!

– Żartujesz sobie? Tiamat przegoni ją, zanim ta zorientuje się, co się dzieje.

– Obyś miała rację.

Tłum, który zgromadził się pod chatką Diony, powoli zaczął rzednąć, młoda matka nie zauważyła tego jednak. Stała na progu, dopóki widziała jeszcze sylwetkę Arhy, a potem cofnęła się do domu, teraz tak boleśnie pustego, upadła na kolana i zapłakała gorzko.

 

* * *

 

Przez pierwsze kilka godzin w Wiosce Wiedźm panował względny spokój. Może nawet było nawet jeszcze ciszej niż zazwyczaj. Nikt nie zbliżał się do Diony, ani nawet do jej chatki, za co młoda matka była wszystkim niezwykle wdzięczna. Sama również robiła wszystko, aby nikomu nie wchodzić w drogę. Starała się zmusić samą siebie do normalnego funkcjonowania, ale bez Arhy okazało się to niemal niemożliwe. Do rzeczywistości ściągał ją tylko płacz dziecka.

– Już, już, kruszynko – szeptała, tuląc go do piersi, w której zaczynało brakować mleka. Może powinna coś zjeść? A może brakowało jej wody? Ale w takim wypadku musiałaby wyjść z domu i iść do studni, a tam na pewno spotkałaby wiedźmy, które…

W oczach Diony znów zakręciły się łzy. Mieszkała w Wiosce Wiedźm od kiedy skończyła osiem lat. Liczne sąsiadki stały się dla niej nową rodziną, siostrami, kuzynkami, ciociami i babciami, na które zawsze mogła liczyć. Bez względu na to, jak bardzo by zbłądziła, mogła ufać, że jej pomogą. Tak przynajmniej uważała jeszcze do niedawna. I właśnie one podjęły decyzję, że dla jej synka istnieją tylko dwie drogi: porzucenie albo śmierć.

– Skąd mogą wiedzieć, że jesteś zły? Skąd czerpią pewność, że ściągniesz na Wioskę nieszczęście? – pytała, walcząc ze ściśniętym gardłem. – Przecież Arha wydaje się raka pewna co do ciebie. Nazwała cię światłem, jastrzębiem i pieśnią, a to chyba dobrze, prawda, kruszynko? Owszem, to może brzmieć nieco złowrogo, ale jaka przepowiednia tak nie brzmi?

Dzieciątko uspokoiło się nieco, gdy kołysała je w ramionach. Kiedyś myślała, że jego błękitne oczy są takie same jak Jego, ale im dłużej w nie patrzyła, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że były zupełnie inne. Cóż, jakby na to nie spojrzeć, On był magiem, a jej synek…

– Czym ty właściwie jesteś? – zapytała po raz kolejny, godząc się już z tym, że nie dostanie żadnej odpowiedzi. Wyjaśnienia Arhy musiały jej wystarczyć.

– Zaczęło się! – krzyknęła niespodziewanie jakaś wiedźma tuż pod oknem Diony.

Ashmore podskoczyła ze strachu, a jej kruszynka pisnęła cichutko. Powoli, z trudem znajdując siły na jakikolwiek ruch, Diona doczłapała do drzwi, uchyliła je i wyjrzała na zewnątrz. Nawet nie zauważyła, że nadeszła noc. Pustynne powietrze bardzo szybko traciło temperaturę i Diona natychmiast dostała gęsiej skórki. Nie mogła jednak oderwać spojrzenia od tego, co działo się niemal na granicy horyzontu. Mocniej przytuliła do siebie synka i z rozchylonymi ustami podziwiała magiczne widowisko.

Pierwszy raz w życiu widziała coś podobnego, ale kilkukrotnie czytała o tym w Jego książkach i błyskawicznie rozpoznała zorzę polarną. Różowo-zielone smugi jaśniały tak oślepiająco, że z nieba znikały gwiazdy. Przez długą chwilę nie działo się nic więcej. Nagle jednak zorza zaczęła iskrzyć się niczym fajerwerki, po czym runęła na ziemię deszczem ognia.

Żadna z wiedźm, które wyszły podziwiać walkę, nie miała najmniejszych wątpliwości, że nie była to magia Tiamat.

– Wiedziałaś, że tak potrafi? – zapytała jedna z młodszych członkiń ich społeczności.

– Nie miałam pojęcia.

– Ale Tiamat wygra, prawda?

Odpowiedź nie nadeszła. Wszystkie jednak jakby na nią czekały, bo świt zastał je, nim którakolwiek zdążyła się choćby ruszyć. Wraz ze wschodem słońca płomienne krople spadały coraz rzadziej, a z wyschniętej ziemi wzbił się w niebo pył, który zaczął formować z każdą chwilą wyraźniejsze słupy.

– O nie! – szepnął ktoś za plecami Diony.

– Naprawdę zamierzają się zabić…

Ashmore nie miała pojęcia, skąd brał się ten niepokój. Dopiero gdy słupy przerodziły się w spirale, pojęła, iż Tiamat i Arha nie zamierzały dłużej popisywać się widowiskowymi zaklęciami, a wolały skupić wyłącznie na niszczycielskiej potędze natury. Pięć tornad zaczęło dziki taniec po pustyni. Niebo pociemniało od burzowych chmur. Ze splotów wirującego piasku trysnęły błyskawice.

– Jeśli którakolwiek z nich straci teraz kontrolę, całe Elizjum może zostać zniszczone.

– To miasto tylko na to zasługuje.

– Jak możesz tak mówić! Przecież wtedy my również zginiemy!

– Może ty. Ja na pewno zdążę uciec.

– Przed czymś takim?

– Wątpisz w moje zdolności?

– Chyba zdolności do chowania głowy w piasek. Skoro jesteś taka silna, to w każdej chwili możesz do nich dołączyć.

– C-co? Nie, nie to miałam na myśli…!

– To nie gadaj głupot.

– Diono, powinnaś to zjeść.

Diona przez dłuższą chwilę miała kłopoty ze zrozumieniem, że ktoś właśnie wypowiedział jej imię. Nie potrafiła też pojąć, dlaczego wszyscy są od niej wyżsi. Dopiero gdy spojrzała za wyraźnie zmartwioną Iris, powoli klękającą obok, odgadła, że musiała upaść. Z niepokojem spojrzała na swoje dziecko. Chłopczyk zaciskał piąstki na jej koszuli, teraz beżowej od pustynnego pyłu. Jego błękitne oczy błyszczały od błyskawic. Nie był ani przerażony, ani zmęczony, czego nie można było powiedzieć o Dionie.

– Zamieńmy się – zaproponowała Iris, podając Dionie miseczkę z parującą owsianką.

– Nie mogę ci go oddać – wychrypiała Ashmore, przyciskając dziecko do piekącej piersi. – Nie po tym, jak…

– Wiedziałam, że tylko to skłoni ją do rzucenia wyzwania Tiamat.

– Co?

– Wiele lat czekałyśmy na nową przywódczynię. Tiamat sama przepowiedziała jej nadejście.

– Więc chcesz powiedzieć, że byłyście gotowe zaryzykować życie mojego dziecka… – Dionie głos się załamał. Słowa nie chciały przejść jej przez gardło. Nie mogła w to uwierzyć. – Dlaczego?

– Nie miałyśmy wyboru, kochanie. Tiamat bardzo skutecznie chroniła się przed każdą sytuacją, która mogła pozbawić ją władzy. A Arha jest właśnie tym, czego nam potrzeba.

– Dlaczego nigdy nie słyszałam o tej przepowiedni? Kto jeszcze był w to zamieszany?

Iris zaśmiała się cicho, jednak jej słowa nie umknęły uwadze stojących dookoła wiedźm. Z każdą chwilą coraz więcej kobiet przysłuchiwało się rozmowie, która mogła zaważyć na losach całej Wioski.

– Przepowiednię tę usłyszałyśmy tylko ja i Celeste. Tiamat poprosiła nas, abyśmy zachowały ją w tajemnicy przed wszystkimi i wtedy jeszcze myślałyśmy, że chce to zrobić, by chronić Wioskę. Potem jednak przybyła Arha i…

– I pozwoliłyście, aby Tiamat napiętnowała ją jako wyrzutka, aby wszyscy traktowali ją jako kogoś obcego, niechcianego i absolutnie zbędnego?

– Więc uważasz, że byłoby lepiej, gdyby od chwili, w której postawiła bosą stopę na naszej ziemi, traktowana była jak z dawna wyczekiwane bóstwo?

– Nie wiem! Nie wiem, co byłoby lepsze, ale nie chcę podejmować takich decyzji! Nikt nie powinien!

– Może masz rację, ale co mogłyśmy zrobić? Nie wolno nam było otwarcie sprzeciwić się Tiamat, a i Arha nie zamierzała sprzeciwiać się takiemu traktowaniu. Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, dlaczego w ogóle do nas dołączyła?

Diona zmarszczyła brwi i potrząsnęła głową. Nie miała pojęcia, przez co Arha musiała przejść, aby zgodzić się na takie poniżenie. Jak wyglądało jej wcześniejsze życie? Co skłoniło ją, aby do nich dołączyć? Przypomniała sobie jednak to, co Arha powiedziała o jej dziecku. Ona również potrafiła spoglądać w przyszłość, a skoro tak, musiała również wiedzieć, co czeka ją w Wiosce Wiedźm.

– Czy to możliwe, że domyślała się, że ma zostać naszą przywódczynią? – zapytała szeptem Ashmore.

Iris uśmiechnęła się blado i ponownie spróbowała podetknąć jej owsiankę. Tym razem Diona nie stawiała oporu; ostrożnie podała niemowlę staruszce, a sama chwyciła parującą miseczkę.

– Powiedziała, że to będzie jej próba.

– A więc to wszystko… – zaczęła jedna z najmłodszych wiedźm i spojrzenia kobiet znów powędrowały w stronę magicznych tornad.

Diona nawet nie czuła smaku owsianki. Potrafiła myśleć tylko o tym, że była wyjątkowo głupia, uważając, że cokolwiek wie o dzikiej wojowniczce, która z taką wytrwałością ukrywała wszelkie swoje tajemnice. Strzelające błyskawicami tornado zatoczyło koło wokół swego mniejszego brata stworzonego głównie z burzowych chmur, po czym wbiło się w niego niczym nóż w roztopione masło. Pozostałe zamarły już wcześniej. Przez chwilę wydawało się, że to koniec. Zaraz potem eksplozja błyskawic zasłoniła niebo pustynnym pyłem.

 

* * *

 

Tornada przerodziły się w ulewę, a ta wraz z nocą stała się na powrót deszczem ognia. Kolejny świt przyniósł wędrujące wydmy, które po południu wybuchły w piaskową zamieć. Diona obserwowała te niezwykłe widowiska i poddawała się zabiegom Iris. Dawała się poić i karmić. Pozwalała ocierać sobie z czoła pot i pył. Nie stawiała oporu, gdy czyjeś delikatne dłonie rozsupływały jej gorset i podtykały pierś do ust dziecka.

Nigdy wcześniej nie zdarzyło się jej wpaść w podobny trans. Zawsze uważała, że nie ma do tego odpowiednich predyspozycji. Nie umiała się wyciszyć, nie potrafiła znaleźć w sobie tego magicznego centrum, które zawładnęłoby całym jej umysłem. Nawet teraz miała z tym spory problem, bo przez zupełny brak doświadczenia balansowała na krawędzi teraźniejszości i przyszłości, nie mogąc przyjąć wizji, które tak bardzo chciały nawiedzić jej myśli.

Próbowała się wyciszyć, ale to powodowało wyłącznie ospałość i cichą ciemność.

Gdy skupiała się na tym głosie, stawał się on ogłuszającym szumem, z którego nie potrafiła nic zrozumieć.

– Co mam robić, Arho? – szeptała, czując zaciskające się na jej ramieniu rączki dziecka.

Odpowiedź jednak nie nadchodziła. Słońce ponownie pochyliło się nad horyzontem, a Diona wciąż nie potrafiła się otrząsnąć. Do rzeczywistości przywołało ją dopiero niewinne pytanie, które pomimo swej niepozorności wzbudziło przerażenie wszystkich mieszanek Wioski. Zadane zostało bowiem głosem niewątpliwie męskim.

– Czy jego wysokość, książę Słońca miłościwie nam panujący, powinien usłyszeć jakieś wyjaśnienia?

Wiedźmy odwróciły spojrzenia od burzy ciskającej piorunami i zmierzyły się z oddziałem miejskiej straży. Na jego czele stał podejrzanie zadowolony z siebie mężczyzna z kasztanowymi włosami przetykanymi siwizną, a tuż za nim… Diona zamarła. To był On! Jego przenikliwy wzrok padł prosto na nią, a potem powoli zsunął się na niemowlę. Twarz wykrzywiła Mu się z nienawiści. W swojej oficjalnej szacie maga Magisterium wyglądał wyjątkowo przystojnie i potężnie, co tylko jeszcze bardziej przeraziło Dionę.

– Jeśli interesuje go, że być może będziemy miały nową przywódczynię… – zaczęła Iris, ale urwała zniechęcona, wzruszając przy tym ramionami.

Strażnik uśmiechnął się do niej pokrzepiająco i zapewnił:

– Oczywiście, że go to interesuje! Być może osobiście przybędzie, aby obserwować przebieg starcia.

– Miałby tu przyjść? Walker, czyś ty do reszty zgłupiał? – syknął On, wyraźnie zniesmaczony na samą myśl o tym, że książę Elizjum miałby pojawić się w Wiosce Wiedźm.

– Ale przecież wszystkie wiedźmy są obywatelkami Elizjum i choć nie podlegają bezpośrednio władzy jego wysokości, to z pewnością nie będzie miał on nic przeciwko temu, by pobłogosławić nową przywódczynię lub też pogratulować starej, że zdołała utrzymać swą pozycję.

– Chyba nie mówisz poważnie! Poprzedni książę…

– Wystarczy. – Strażnik nazwany Walkerem wciąż się uśmiechał, lecz drżenie jego brwi jasno wskazywało na narastającą irytację. Odwrócił się od Niego i spojrzał na Iris, do której przemówił jako do reprezentantki całej społeczności: – Ufam zatem, że wszystko macie pod kontrolą.

– To nie takie proste – sarknęła staruszka. Najwyraźniej nie zamierzała jednak rozwijać tematu.

– Czy mieszkańcy Elizjum powinni czuć się zaniepokojeni?

– Jeśli mają na to ochotę.

Któraś z wiedźm zachichotała, ale strażnik wyglądał na niezrażonego. Nie można tego jednak było powiedzieć o reszcie oddziału. Kilkoro z nich sięgnęło po rewolwery, niektórzy uznali, że stosowniejsze będą szable. A On? On nawet nie ukrywał zadowolenia z takiego obrotu spraw.

– Drogie panie, jedyne, na czym nam zależy, to nasze wspólne bezpieczeństwo, więc byłbym wdzięczny za odpowiedź, która pomogłaby mi podjąć decyzję, co do dalszych działań.

– Problem polega na tym, że nie znamy odpowiedzi na te pytania.

– A zatem sugerujesz, że sytuacja może wymknąć się…

– Nie. – Walker odwrócił się w stronę Diony z przyjaznym uśmiechem i dopiero dzięki temu kobieta uświadomiła sobie, iż to stanowcze zaprzeczenie padło z jej ust. Odchrząknęła, nabrała powietrza, ale nie znalazła w sobie ani słów, ani siły, by cokolwiek dodać.

– Zamiast pytać ją o tę idiotyczną walkę, lepiej dowiedz się, skąd ma dziecko. – Taka bezduszność z Jego strony nie powinna być dla Diony niczym zaskakującym, a mimo to omal nie pozbawiła młodej wiedźmy tchu. Czy naprawdę musiał być aż tak podły? Co mógł zyskać, zdradzając władzom Elizjum, iż to ona była matką dziecka? Czyżby był przekonany, że Diona nie zdemaskuje Go jako ojca?

Przez kilka ciągnących się w nieskończoność uderzeń serca Diona była przekonana, że straci synka. Co z nimi zrobią, gdy poznają prawdę? Do tej pory była przekonana, że przyjdzie się jej zmierzyć tylko z innymi wiedźmami, ale teraz pojęła, iż całe Elizjum było przeciwko niej. Przytuliła ciaśniej niemowlę i jęknęła cicho. Co znaczyła walka Arhy, jeśli On tak podle zamierzał pozbawić ją tego…

I właśnie w tym momencie ciemność dopadła Dionę. Wiedźma miała wrażenie, że coś zaczyna ją dusić i ostatkiem sił doszła do wniosku, że straciła przytomność. Mrok jednak nie przechodził w nieświadomość, a przytłaczające zimno nie zmieniało się w odrętwienie. Ciśnienie zmiażdżyło jej uszy, zmuszając do oddychania przez usta. Coś ją gdzieś ciągnęło. Co to było? I co chciało jej pokazać?

Nie spadała. Tak jej się wydawało przez trwającą wieczność chwilę, najwyraźniej jednak zupełnie straciła zdolność orientowania się w przestrzeni. Wznosiła się. Ciemność oplatała ją coraz zachłanniej i zachłanniej, ale ona wymykała się jej, wzywana przez nieznaną siłę.

Tuż ponad nią rozbłysło światło tak jasne, że nazwanie go oślepiającym byłoby ogromnym niedopowiedzeniem. Diona miała nadzieję, że nie zaczęła krzyczeć. Z każdym uderzeniem serca była coraz bliżej jasności i jej strach narastał. Czemu właściwie się bała? Czy nie powinna się cieszyć, że to ciepłe światło przeganiało mrok? A może chodziło o narastającą dookoła pieśń?

Nie znała jej słów. Melodia wydawała się znajoma, ale same słowa pozostawały zagadką. Rozumiała je wyłącznie intuicyjnie, rozpoznając emocje kryjące się za przeciąganymi aż do załamania głosu samogłoskami. Sam głos również stanowił tajemnicę; był jednocześnie głosem dziecka i dorosłego, kobiety i mężczyzny. Momentami zdawało się, że śpiewa chór, zaraz potem jednak wrażenie rozmywało się i głos znów stanowił niepodzielną jedność.

Na coś czekał. Co do tego Diona nie miała najmniejszych wątpliwości. Nie wiedziała tylko na czym właściwie tak bardzo mu zależało. Na pewno nie na niej. Wyszarpnięcie jej z otchłani było dla niego tylko skutkiem ubocznym poszukiwań, pierwszym krokiem na obezwładniająco długiej drodze do… Do czego? Chciała mu jakoś pomóc, zrobić cokolwiek, co ułatwiłoby tę podróż. Domyślała się, że ta niespójna świadomość to jej synek, będący sobą z teraźniejszości, przyszłości i… i przyszłości tak dalekiej, że wykraczała poza pojmowanie Diony.

Ciemność rozpłynęła się, rozpadła na drobne kawałki, potem na jeszcze drobniejsze i jeszcze, aż daleko za plecami Diony został z niej tylko pustynny pył. Absolutna jasność zaczęła nabierać odcieni kojącego błękitu i okazała się bezchmurnym niebem, po którym szybował samotny jastrząb.

– Miałaś rację, Arho – wyszeptała Diona i po jej policzkach pociekły łzy.

Choć zrozumienie tego, co widziała, wymykało się jej pojmowaniu, była w stanie wyobrazić sobie tę przejmującą samotność. Na własnej skórze doświadczyła okrucieństwa ciemności, z której ją wydarł, ale podążanie w stronę majaczącego na horyzoncie światła w zupełności jej wystarczało. A on był już po drugiej stronie, sam, absolutnie sam. Nie znał mroku, tylko tę przejmującą, obezwładniającą jasność. Czym innym jest samemu wyznaczyć sobie cel i zmierzać do niego całe życie. Na tym w gruncie rzeczy polegało władanie magią. Tylko w ten sposób można było uniknąć szaleństwa.

Ale jak to jest urodzić się już tam, u celu? Gdzie iść? Co robić? Jak wyznaczyć własne położenie i odkryć dalszą drogę?

– Mój maleńki, nawet nie wiem, czym jesteś – załkała, przerywając wizję.

Objawienie zdawało się ciągnąć w nieskończoność, w rzeczywistości jednak najwyraźniej nie minęła nawet chwila, bo dokładnie w momencie, w którym po policzku Diony pociekła łza, Walker prychnął:

– Nie wiesz, skąd biorą się dzieci? Czego was w tym Magisterium uczą?

– To wcale nie…

– Jeśli potrzebujesz, aby ktoś cię wtajemniczył w arkana płodzenia potomstwa, to ja i moja żona chętnie ci pomożemy. Tak się składa, że całkiem niedawno sami doczekaliśmy się podobnej pociechy. Nie opowiadałem ci jeszcze o tym?

– Wszystkim już o tym mówiłeś. – Jego głos ociekał znużeniem i irytacją. – Nie zamierzasz sprawdzić tego dziecka?

– A co przyszłoby mi z tego sprawdzania?

– Cóż, to chyba logiczne, że…

Walker najwyraźniej miał już dość tej rozmowy, bo przerwał Mu machnąwszy przy tym lekceważąco dłonią.

– Oczywiście, że to logiczne. Więcej, kwestia pochodzenia dzieci, które trafiają do Wioski Wiedźm została wieki temu uregulowana szeregiem elizjańskich praw. Jeśli bardzo ci zależy, możemy wszystkie je przeanalizować w kontekście tego konkretnego niemowlęcia, ale sam wytłumaczysz potem jego wysokości, dlaczego tak późno dowiedział się o przyczynie wiedźmiego pojedynku. Co ty na to?

Propozycja Walkera wywołała na Jego twarzy bladość, która bardzo szybko przeszła w gniewną purpurę, gdy tylko rozległ się stłumiony chichot któregoś z młodszych strażników. Niegdyś Diona zachwycała się łatwością z jaką okazywał emocje. Teraz najchętniej również by Go wyśmiała. Arha miała rację, zasługiwał wyłącznie na pogardę.

– Nie zależy mi.

– Cudownie! Drogie panie. – Walker skłonił się uprzejmie wiedźmom. – Wierzę głęboko, że jakikolwiek będzie wynik tej walki, wyjdzie wam to na dobre. Spokojnej nocy!

Niektóre z wiedźm prychnęły na to pogardliwie. Co im po uprzejmych słowach miejskiego strażnika? Obchodziło je to równie mało, co zainteresowanie ze strony księcia. Nigdy wcześniej żaden się do nich nie pofatygował, więc teraz również do tego nie dojdzie. Inne jednak odpowiedziały na pozdrowienie nieśmiałymi dygnięciami i dyskretnymi uśmiechami. Być może był to z ich strony wyłącznie odruch podyktowany dobrym wychowaniem. Być może nie widziały powodu, by odrzucać czyjąś uprzejmość. A może po prostu były zbyt zaskoczone zachowaniem strażnika, aby zdobyć się na gniew.

– Miałaś dużo szczęścia – westchnęła Iris tuż nad uchem Diony, gdy tylko straż opuściła Wioskę. – Gdyby trafił się bardziej namolny…

– Wiedział, że coś jest nie tak – prychnęła Celeste. – Ale z jakiegoś powodu postanowił nie pytać.

– Po prostu niedawno został ojcem i wie, jakie to szczęście. – Diona zaśmiała się cicho i otarła łzy rękawem. – Iris, czy mogłabym dostać coś do jedzenia? Chyba zgłodniałam.

– Oczywiście, kochanie! – Staruszka aż klasnęła w dłonie ze szczęścia.

Ashmore popatrzyła za swą dawną mentorką, jak ta niemal w podskokach biegnie do chatki. Potem jej spojrzenie powędrowało znów w stronę burzy, która powoli zaczęła słabnąć, aż stała się tylko niewinną mżawką. Nad pustynią po raz pierwszy od wielu lat pojawiła się tęcza.

 

* * *

 

Deszcz skończył padać niedługo przed północą, ale Diona nie odważyła się opuścić posterunku. Co chwilę kołysała ramionami i szeptała czule do swego synka, czekając na powrót Arhy. Niektóre wiedźmy upierały się, że to Tiamat zwyciężyła, i nie przyjmowały do wiadomości, że mogło stać się inaczej. Większość jednak nie miała najmniejszych wątpliwości co do wyniku starcia, dlatego doszły do wniosku, że mogą bez wyrzutów sumienia rozejść się do domów.

Diona jednak czekała. Nie, żeby miała jakiekolwiek wątpliwości. Wizja, choć przerażająca, pomogła jej odnaleźć wewnętrzny spokój. Dlatego właśnie wiedziała, że musi wyjść na spotkanie swojej nowej przywódczyni.

I to zrobiła, gdy tylko postać przyjaciółki zamajaczyła na horyzoncie wraz z jutrzenką. Podniosła się powoli, ignorując zupełnie ból i drżenie odrętwiałych nóg, po czym zaczęła powoli dreptać w stronę Arhy. Czy to kobieca intuicja, czy też magiczne zdolności wywabiły dopiero co przebudzone wiedźmy z domów. Wszystkie spojrzenia powędrowały najpierw ku Dionie, a potem…

– To Arha!

– Wygrała!

– Jakim cudem?

– Szybko, niech ktoś przyniesie jej coś do picia!

– Musi umierać z głodu…

– Zostało mi jeszcze trochę pieczonych ziemniaczków, zaraz jej podgrzeję.

Diona puszczała te uwagi mimo uszu. Liczyła się dla niej tylko Arha. Jej Arha. Piękna, czuła i potężna.

– Moja maleńka! – zaśmiała się pustynna wiedźma i pomimo wyraźnego zmęczenia, puściła się biegiem, by pochwycić Dionę w objęcia. Od pięt aż po koniuszek głowy pokrywał ją brudnobeżowy pył, a tam, gdzie jej ciała nie zasłaniała luźna, bogato haftowana szata, widać było sińce i krwawe zacieki. Grot jej włóczni był wyszczerbiony.

– Nie powinnaś się przemęczać – jęknęła Diona, wyciągając z kieszeni fartucha chusteczkę i ocierając jej zakrwawiony policzek. – Ta walka na pewno bardzo nadwyrężyła…

– Ani trochę. Cały czas myślałam o tobie, maleńka. Nawet nie jestem zmęczona.

– Naprawdę wydaje ci się, że uwierzę, że samo myślenie o mnie… – Dionie nie dane było dokończyć, bo miękkie usta Arhy wpiły się w jej własne. Zapach krwi, potu i kadzideł wypełnił nozdrza Ashmore pozbawiając ją tchu.

– O tobie też myślałam – wyszeptała pustynna wiedźma, mrucząc do synka Diony jak bardzo zadowolona kocica.

– Ma na imię Frey – podpowiedziała Diona nieśmiało. Niespodziewany pocałunek bardzo nią wstrząsnął, ale w gruncie rzeczy był tylko potwierdzeniem tego, co już wiedziała.

– To dobre imię.

– Tak uważasz?

– Maleńka, ja nie uważam. Ja to wiem.

Diona westchnęła głęboko i oparła czoło na ramieniu Arhy. Grube warkocze otoczyły ją jak baldachim, gdy nowa przywódczyni Wioski Wiedźm pochyliła nad nią głowę. Zewsząd dobiegały je głosy, czy to gratulacje, czy troskliwe pytania o stan zdrowia Arhy, czy też dociekania, co właściwie stało się z Tiamat. Arha zbywała to cichymi pomrukami i wzruszeniami ramion. Wbrew temu, co mówiła, była śmiertelnie wycieńczona i z trudem utrzymywała się na nogach. Diona najchętniej zmusiłaby ją do ruszenia się z miejsca, nawet jeśli oznaczałoby to, że będzie musiała siłą zaciągnąć wielką wojowniczkę do swojej chaty.

– Jeszcze chwilę.

– Dlaczego?

– Muszę się nacieszyć.

– Nacieszyć? Czym?

– Że wreszcie się obudziłaś.

Ashmore miała ochotę zaoponować. Przecież wcale nie spała, a poza tym, co to właściwie miało znaczyć? Zaraz jednak uświadomiła sobie, że nie istniało lepsze określenie na ten obrzydliwy stan odrętwienia, który pozbawiał ją jakichkolwiek sił do życia. Odetchnęła głęboko i podniosła spojrzenie na wpatrującą się w nią czule Arhę.

– Nigdy więcej tego nie zrobię.

– Nie musisz składać mi takich obietnic. Bez względu na to, co cię spotka, będę przy tobie, by cię wspierać. Bez względu na to, czy znów pochłonie cię ciemność, czy po prostu w siebie zwątpisz, ja zawsze będę obok.

– Arho, nie musisz…

Zakurzony palec dotknął jej warg i zmusił Dionę do milczenia. Dopiero teraz zauważyła, że spomiędzy ust Arhy pociekła krew.

– Jestem gotowa zapłacić każdą cenę, byleby tylko móc być z wami. Żadne wyzwanie nie jest mi straszne. A ciemność to błogosławieństwo, bo dzięki niej tylko łatwiej mi szukać światła, którym jesteście.

Diona uśmiechnęła się nieśmiało i otarła krew cieknącą przyjaciółce po brodzie. Drobne paluszki Freya jeszcze mocniej zacisnęły się na jej rękawie. Wiedziała doskonale, że zwycięstwo nad Tiamat było tylko maleńkim krokiem na drodze, którą będą musiały przebyć. Wiedziała również, że w tej kwestii nie mogła się z Arhą nie zgodzić – Frey był tego warty; był warty każdej łzy, jaką miała za jego sprawą uronić, i każdej kropli krwi, jaką przyjdzie jej za niego przelać. Wiedziała już także, co powinna powiedzieć. Były to słowa, które przechowywała w głębi serca tylko dla Niego, a których On nigdy nie chciał usłyszeć. Teraz mogła je wreszcie wypowiedzieć, nie bojąc się o odpowiedź.

Koniec

Komentarze

Bo On nie zamierzał jej w żaden sposób pomagać. Przeciwnie, dał Dionie do zrozumienia, że to wyłącznie jej problem, odepchnął od siebie i nigdy więcej się z nią nie spotkał. To przez Niego popadła w apatię, z której nie otrząsnął jej nawet poród.

Lekcja na dziś:

Kontrola zaimków :)

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny

 

Heh, tak, koniecznie xD

She would always like to say: "Why change the past, when you can own this day?"

Hmmm. Zaciekawiło, fajnie się rozwijało, a potem pozostawiło z niedosytem.

Nic nie wyjaśniasz. Dlaczego tyle bohaterek nosi imiona boskie lub jakoś tam związane z niebem? Kim jest On? Kto wyrośnie z tego niemowlęcia?

Wychodzi więc, że to dużo ładnych opisów dla opisów.

Napisane całkiem przyzwoicie, ale zostało Ci kilka literówek.

Ciśnienie zmiażdżyło jej uszy, zmuszając do oddychania przez usta.

Tak to zabrzmiało, jakby dotychczas oddychała uszami.

Babska logika rządzi!

Jest tu pomysł i zamysł historii, choć koniec końców poczułem, że zostałem z niedosytem. Bo widzę odcinek większej całości, historii czegoś większego, a tu zobaczyłem ledwo trailer pierwszej części.

Sama historia niczego sobie, konkretna, czytało się nawet przyjemnie pomimo potknięć. A dam klika, za pomysł i za przedstawiony fragment historii.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dość przegadana historia, ledwie zarysowująca problemy Wioski Wiedźm. Szkoda, że z tak długiego opowiadania niewiele wynika i w zasadzie nic nie zostaje wyjaśnione. Np. miast mocno rozwleczonego początku wolałabym przeczytać opis walki Tiamat i Arhy, a na koniec wzmiankę, co stało się z pokonaną wiedźmą. Nie miałabym też nic przeciw temu, aby dowiedzieć się, dlaczego wiedźmy zostały wydalone z miasta i żyły na uboczu, albo jaki los czekał chłopczyka.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Huk otwie­ra­nych drzwi prze­trwał jej w pół zda­nia. –> Literówka.

 

jej po­licz­ki zro­bi­ły się czer­wo­ne jak do­rod­ne po­mi­do­ry. –> Skąd w czasach tej opowieści znano pomidory?

 

za­py­ta­ła Arha, nie prze­ry­wa­jąc obie­ra­nia ziem­nia­ków. –> Pytanie jak wyżej, tyle że o ziemniaki.

 

Prze­su­nę­ła na na jedną stro­nę ka­flo­we­go sie­dzi­ska… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Diona po­trzą­snę­ła głową, wstrzą­śnię­ta nie­do­rzecz­no­ścią tego py­ta­nia. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

dla­te­go ucie­kłam wgłąb sie­bie. –> …dla­te­go ucie­kłam w głąb sie­bie.

 

Nie do­brze! –> Niedo­brze!

 

Nie do­brze, że ja tak późno przy­szła! –> Niedo­brze, że ja tak późno przy­szła!

 

jeden z gru­bych war­ko­czy, który usiekł z Ar­ho­we­go koka. –> Literówka.

 

Po za tym, zo­ba­czyć to jedno… –> Poza tym, zo­ba­czyć to jedno

 

To słod­kie cie­pło w oko­li­cach serca, mięk­kość ziemi i pu­cho­wa pu­szy­stość po­wie­trza…! –> To opis wrażeń Diony, więc dlaczego na końcu zdania jest wykrzyknik?

 

Mi? Ależ za co? –> Mnie? Ależ za co?

 

że za przy­wód­czy­nią wsta­wi się nie­mal cała Wio­ska. –> Pewnie miało być: …że za przy­wód­czy­nią sta­wi się nie­mal cała Wio­ska.

Za SJP PWN: wstawić się 1. «wziąć kogoś w obronę» 2. pot. «upić się» stawić się «przybyć osobiście, zgłosić się»

 

po­zwa­la­jąc, by jej spo­kój spły­ną na młod­szą wiedź­mę. –> …po­zwa­la­jąc, by jej spo­kój spły­nął na młod­szą wiedź­mę.

 

Może nawet było nawet jesz­cze ci­szej niż za­zwy­czaj. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Do rze­czy­wi­sto­ści ścią­gał ją tylko płacz dziec­ka.

– Już, już, kru­szyn­ko – szep­ta­ła, tuląc go do pier­si… –> Piszesz o dziecku, więc: …szep­ta­ła, tuląc je do pier­si…

 

– Prze­cież Arha wy­da­je się raka pewna co do cie­bie. –> Literówka.

 

Do­pie­ro gdy spoj­rza­ła za wy­raź­nie zmar­twio­ną Iris… –> Literówka.

 

Nie można tego jed­nak było po­wie­dzieć o resz­cie od­dzia­łu. Kil­ko­ro z nich się­gnę­ło po re­wol­we­ry… –> Czy oddział składał się z kobiet i mężczyzn? Bo jeśli tylko z mężczyzn, to drugie zdanie winno brzmieć: Kil­ku z nich się­gnę­ło po re­wol­we­ry

 

aż do załamania głosu samogłoskami. Sam głos również stanowił tajemnicę; był jednocześnie głosem dziecka i dorosłego, kobiety i mężczyzny. Momentami zdawało się, że śpiewa chór, zaraz potem jednak wrażenie rozmywało się i głos znów… –> Powtórzenia.

 

Deszcz skończył padać niedługo przed północą… –> Raczej: Deszcz przestał padać niedługo przed północą

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie szło mu to zbyt dobrze, ale szybko znalazł sobie łatwiejszy cel, a mianowicie jeden z grubych warkoczy, który usiekł z Arhowego koka.

Usiekł?

Ogólnie czytało mi się dobrze, ale pod koniec mnie znużyło. Tak naprawdę niewiele się dowiedziałam o Wiosce Wiedźm ani o tym, co takiego szczególnego było w dziecku.

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka