- Opowiadanie: jasoebert - Życie Niebiologiczne

Życie Niebiologiczne

Utwór ten jest w zasadzie mikropowieścią. Jestem bardzo otwarty na krytykę, sugestie i uwagi dotyczące ew. błędów lub nieścisłości. Będę bardzo wdzięczny za każdy odzew czytelniczy. 

Rozważam dalsze losy tej historii – gdzie publikować, czy wydawać własnym nakładem, czy wysyłać do wydawnictw, brać udział w konkursach? Będę rad z wszelkich rad :)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Życie Niebiologiczne

Jan Ebert

 

Życie Niebiologiczne

 

 Planeta była ogromna. Ogromna i bardzo stara. Rdzawy, ciemnopomarańczowy pył pokrywał całą jej powierzchnię nieustannie nagrzewaną przez dwa czerwone słońca.

 Pył buchnął w górę, gdy brzuch maszyny zarył o ziemię. Krwiste drobinki zakłębiły się w gęstym, gorącym powietrzu, po czym z wolna zaczęły osiadać na metalowych płytach pojazdu.

 Na planecie nie było wiatru. Nie było wstrząsów sejsmicznych, wybuchów wulkanów, gwałtownych reakcji chemicznych, ani spadających z nieba meteorytów. Drobne poruszenie materii wywołane pojawieniem się obcego obiektu zapadło się w przepaści czasu.

 Pojazd kosmiczny stopniowo zaczął stapiać się z jednolitym, pustynnym krajobrazem. Dwa cienie na przemian wydłużały się i skracały.

 Wokół zaczęły mknąć lata.

 

***

 

 Dopiero teraz, właśnie kiedy mrużyła oczy przed lustrem, zobaczył, że ma niebieskie tęczówki. Jak mógł tego wcześniej nie zauważyć? Gapił się w te oczy codziennie, odkąd zamieszkali razem. To jakiś absurd.

 Mózg oszukuje nas każdego dnia. Najbardziej oczywiste rzeczy najtrudniej jest zauważyć. A co dopiero, docenić.

– A! Kurde!

– Co?

– Nic, oblałem się herbatą.

Ernest potrząsnął oparzoną ręką. Potem otworzył okno i wsadził dłoń w śnieg na parapecie.

– Moją herbatą?

– Tak.

Maja wygięła usta w podkówkę.

– Znowu to robisz – zaśmiał się Ernest.

– Co?

– Tę minę. – Pokazał.

Maja wyrwała z jego ręki tusz do rzęs, którym zaczął się bawić.

– Jesteś podły. Nie chcę cię.

– Ślicznie się złościsz.

– Zaraz cię wypchnę przez to okno. W ogóle to zamknij. Zimno.

Ernest zeskoczył z parapetu i przymknął okno.

– Zamknij całkiem.

– Nie mogę. Uduszę się od tych perfum. – Podszedł do niej i objął ją od tyłu za brzuch. – Mówię ci przecież, że nie musisz się tak starać.

– Puść, głupku. Zobacz, co zrobiłeś!

Ernest spojrzał w lustro. Pod okiem Mai widniała czarna, koślawa kreska. Ernest parsknął.

– No i co się śmiejesz? Spóźnimy się przez ciebie! – Maja zaczęła zmazywać tusz kawałkiem waty.

– Przecież mamy mnóstwo czasu. Zdążymy, nawet jak pójdziemy na piechotę. O, znowu to robisz!

– Nieprawda!

Ernest zachichtał, biorąc do ręki inną tubkę z jakimś podkładem. Przekładał ją między palcami. Obserwował przy tym, jak Maja poprawia rzęsy, przybarwia policzki i maluje usta.

– No więc? – Zapytała.

– Co?

Jest śliczna, pomyślał. Straszliwie śliczna. Co mi się w niej tak podoba, przecież jest całkiem zwyczajna? Znowu wygina usta, zawsze to robi, gdy coś jej się nie podoba.

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

– Które? Jesteś śliczna.

A może o to chodzi, że jest zwyczajna? Dlatego jest śliczna? Po cholerę ona się tyle maluje?

– Nikt już nie mówi “śliczna”.

– Ja mówię.

– Jaki chcesz mieć pochówek?

Ernest skrzywił się

– Jeny. Serio chcesz teraz o tym rozmawiać?

– Kiedyś musimy.

– Przecież się nie pali!

Spojrzała na niego ostro.

– Dobra, dobra… Ale ty pierwsza powiedz – powiedział, żeby zyskać na czasie.

– Skremowana – odpowiedziała natychmiast. – I rozsypana do oceanu. Najlepiej Pacyfik.

– Dlaczego Pacyfik?

– Ponieważ jestem pacyfistką.

– Bzdury. Nie ma czegoś takiego jak pacyfizm. Nie, gdy człowiek umiera z głodu, widząc kiełbasę w ręku sąsiada. Albo gdy w inny sposób jego byt jest zagrożony. Zresztą, co ty gadasz, nie jesteś pacyfistką, ciągle się ze mną kłócisz. I nadal boli mnie żebro.

– To były wygłupy. A nasz byt obecnie nie jest zagrożony, więc może obecnie mogę być pacyfistką?

– Powierzchownie tak, ale w głębi nie jesteś. Ewolucja ukształtowała nas do walki i nie da się wyprzeć instynktów przekonaniami.

– Dobra, nie zmieniaj tematu. Jaki chcesz pochówek?

Przeszli z łazienki do przedpokoju. Zaczęli zakładać buty i kurtki.

– Nie wiem. Wszystko mi jedno. Możesz zdecydować za mnie.

– No wiesz, co! – oburzyła się Maja. – Żebym miała jeszcze więcej kłopotów.

Ernest wzruszył ramionami.

– Dla mnie i tak to będzie bez różnicy. Możesz mnie nawet zakopać w ogródku.

– Głupi jesteś.

– A ty jesteś podkówką.

Kopnęła go w kostkę.

– Ej! Pacyfistka…

Wyszli na ulicę i skierowali się w stronę przystanku autobusowego. Maja mieszkała na przedmieściach, wokół nie było ani jednego przechodnia. Idąc, rozbryzgiwali grudy błotnego śniegu. To rozbryzgiwanie było jedyną rzeczą, która Ernest lubił w zimie. Jeśli było dostatecznie ciepło.

Nagle Maja zatrzymała się i chwyciła go za szyję. Przywarła mocno do jego ciała. Czuł mocny zapach jej perfum kwiatowych.

– Ej… – szepnął. – Co jest? Płaczesz, głupia?

– Nie chcę, żebyś umarł pierwszy – powiedziała, wtulając twarz w jego pierś.

– Ej… – podniósł głowę dziewczyny i spojrzał jej w oczy. Nie płakała, ale widział, jak drży jej podbródek. – Nikt nie powiedział, że tak będzie. Mówiłem ci, lekarze nic nie wiedzą.

– Albo nie chcą powiedzieć.

Przytulił ją mocno. Znad jej ramienia patrzył w dal ulicy, gdzie majaczył już ich autobus. Z daleka słyszał, jak trąbi, pewnie na jakiegoś psa albo pijaka. Raczej psa, na przedmieściach było ich dużo. Pijaka dawno nie widział. Do przystanku zostało im jeszcze kilkadziesiąt metrów. Nie szkodzi, pojadą następnym.

Da sobie radę, pomyślał. Jest silna.

Autobus zaczął mrugać długimi światłami. O cholerę mu chodzi? I czego ciągle trąbi?

Maja wytarła nos rękawem.

– To nasz? Chodź, może zdążymy.

Odwrócili się i ruszyli przez śnieżne błoto w kierunku przystanku.

 

***

 

Ernest obudził się i zadrżał z niewiadomego powodu. Rozejrzał się, powoli przypominając sobie, gdzie jest. A, tak. Ten pociąg.

Jezu, ale zasnął. Chyba śniła mu się Maja. Szli gdzieś. Przedmieścia… perfumy kwiatowe… autobus…

Nie. Nie warto o tym myśleć. Nie ma po co. Przestawił poziom hormonów na bezpieczniejszy.

Pociąg. Nadal odruchowo tak nazywał w myślach to miejsce. Wiedział, że nie ma właściwie nic wspólnego z prawdziwym pociągiem, ale nie potrafił się przestawić. Czasem miał wrażenie, że udaje mu się wcale nie nazywać niektórych rzeczy, ale zresztą, skąd mógł to wiedzieć? To musi się dziać automatycznie, podświadomie. Użycie świadomości natychmiast niszczyło cały efekt, nazywało wszystko wokół i sprawiało, że jego myśli znów wracały na stare, znane tory. Tory, które teraz są zupełnie nieprzydatne.

Pociąg – niepociąg. Ciekawe, czy w ogóle naprawdę się przemieszcza? Nie czuł przyspieszenia, ani zwalniania. Chociaż… różowy kwiatek w białym, smukłym wazoniku przed nim lekko się kołysał. Soczystozielona łodyga uginała się rytmicznie. Złudzenie? Malutki silniczek?

Sięgnął po kwiatek i wyjął go z wazoniku. Nie było pod nim ukrytego mechanizmu. Ernest delikatnie pociągnął jeden płatek. Oderwał się z lekkim oporem. Powąchał. Nic.

A może to on stracił węch? Przecież to bardzo prawdopodobne. Drobne uszkodzenie jakiegoś połączenia nerwowego. Widział wiele takich przypadków, czasem wystarczyło lekkie uderzenie w głowę.

Biała ściana naprzeciwko jego fotela rozsunęła się i w przejściu ukazał się uśmiechnięty mężczyzna.

Rick Madamascer, inkubowany 36 lat temu w ośrodku Atrovelge, zawodowy connect operator, realizuje program “Emocje i Cialo”…

Ernest zignorował resztę informacji. Męczyły go.

Rick ruszył w jego stronę, wyciągając rękę.

– Cześć! – Mężczyzna trzymał rękę sztywno przed sobą, jakby celował w jego serce. – Bardzo miło mi cię poznać!

Ernest pospiesznie odłożył kwiatek do wazoniku, a płatek strzepnął gdzieś na podłogę.

– Cześć. Ernest Halski – powiedział i natychmiast się zmieszał, widząc błysk niezrozumienia w oczach towarzysza. Cholera… nadal odruchowo się przedstawiał.

Ścisnął dłoń Ricka i zrobiło mu się jeszcze bardziej nieswojo, gdy poczuł, że tamten nawet nie zgiął palców.

Będę musiał powiedzieć Michaelowi, żeby zaczął ich tego uczyć, pomyślał. Jeśli już naprawdę muszą się teraz witać, to niech przynajmniej robią to porządnie. Przecież to nie takie trudne.

Rick, wciąż rozpromieniony, usiadł w fotelu obok i zamaszyście założył nogę na nogę.

– Jedziemy razem! – Powiedział wesoło. – Cieszę się! Dawno nie jeździłem. A ty? Też dawno nie jeździłeś, czy niedawno jeździłeś?

– Ja… ja też nie.

– Kiedy będziesz znowu w programie? Nie widzę żadnych zapowiedzi.

 – W którym programie? – spytał złośliwie. Nie mógł się powstrzymać.

– No, w “Emocje i Ciało". Ty też go realizujesz.

– Nie wiem… – Na razie nie planuję się włączać w tworzenie. Michael świetnie sobie daje radę.

Nagle Rick pochylił się w jego stronę, marszcząc brwi i świdrując go spojrzeniem. Uśmieszek wciąż wibrował na jego idealnej, wypielęgnowanej twarzy, ale w żadnym stopniu nie pasował do dynamiki jego ruchów.  

– Masz nietypowy poziom nastrojowy. Nie regulowałeś?

– E… nie wiem. To znaczy, regulowałem. Tylko spałem przed chwilą. Może to przez to.

Rick cofnął się i zadarł brwi na czoło, aż pod samą blond grzywkę.

– Spałeś? Teraz? Jak?

Ernest czuł, że zaraz nie wytrzyma tego świdrującego spojrzenia niebieskich oczu, które mrugają najczęściej raz na kilka minut. Cholerne niebieskie oczy… Dlaczego niebieskie? Wybierali je, czy co?

– No… zwyczajnie. To znaczy… jak to powiedzieć… Bez regeneratora.

Twarz Ricka znów przeszła gwałtowną, mimiczną metamorfozę, jak ciecz przelewana przez różnokształtne naczynia.

– Bez regenatora? Jestem zdziwiony.

Widzę. Domyśliłem się, kiedy otworzyłeś usta, wytrzeszczyłeś oczy i zacząłeś kręcić głową, pacanie.

– Mogę zobaczyć, jak to zrobiłeś?

– Co?

– Mogę pożyczyć wspomnienie?

– Yhm. Wolałbym nie. Moje podłączenie… jest niestabilne.

– Jak to? Drzewo wskazuje, że jesteś całkiem podłączony.

– No tak. Technicznie tak. Ale no… ciężko to wytłumaczyć. To tak, jakby… no nie wiem. Mój umysł nie jest do końca dostosowany do Drzewa. Nie dorastałem w podłączeniu.

Rick czekał w uprzejmym, nic nie rozumiejącym milczeniu.

– No nie wiem, nie umiem tego inaczej powiedzieć.

– To wmyśl.

No tak. Kurde, w co ja się wpakowałem, ciągle daje się na to złapać. Co za kretyn z tego Ricka. No, ale to przecież nie jego wina.

– A zresztą, weź to wspomnienie. Możesz zobaczyć.

Rick rozpromienił się.

– Wspaniale. Czuję się szczęśliwy i podekscytowany! Nigdy nie śniłem bez regeneratora. Dziękuję!

Ernest patrzył ponuro, jak Rick rozsadza się wygodnie w fotelu i przymyka oczy, mlaszcząc z zadowoleniem.

I nagle poczuł, jak wchodzi do jego Drzewa. Wzdrygnął się jak zwykle i zacisnął powieki, jakby ktoś próbował wsadzić mu palec do oka. Uczucie też było podobne. Nie bolało, ani nic takiego. Raczej mrowiło. Mrowiło swędzącą obecnością drugiej osoby.

Otworzył oczy i spojrzał na Ricka. Jego towarzysz podróży wyglądał jakby spał. Jego własnym snem. Ernest westchnął i wstał, by rozprostować nogi. Wcale nie musiał tego robić, z nogami było wszystko w porządku. Nie zesztywniały, ani się nie spociły. Stary odruch. Chwilę krążył po pomieszczeniu.

Rick poruszył się. Przeniósł lekko nieobecny wzrok na Ernesta, który poczuł, jak tamten się od niego odłącza.

– Umh… ja… – powiedział. – To było dziwne. Jak na filmach… tych starych, wiesz. Tylko bardziej. Co to znaczy “autobus”? A, już mam. Dziwny transport. Niewygodny.

Ernest nic nie mówił.

– Ostatnie nagrania wspomnień są sprzed stu lat. Twoje… mogłyby być jeszcze starsze. Nie chcesz zapisać? W programie na pewno byłyby przydatne…

– Nie, raczej nie. To moje prywatne rzeczy, rozumiesz.

– Jak to?

– To znaczy, że nie chce ich wszystkim dawać.

Rick zamilkł. Widać było, że myśli nad czymś usilnie. Ernest opadł z powrotem na fotel. Zapanowała cisza.

Co on tam rozkminia?, zastanawiał się Ernest.

Po chwili ciekawość wzięła górę i sięgnął do jego strumienia.

Rick myślał Mai. Próbował ją sobie wyobrazić. Chyba… badał uczucia we wspomnieniu Ernesta…

Ernest poczuł złość. Co on sobie myśli? Siedzi sobie w tym fotelu i, ot tak sobie, wchrzania się w moje uczucia! Nawet nie zamknął strumienia!

Otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Chciał mu tego zabronić, wycofać swoje pozwolenie, krzyknąć na niego… ale nagle stracił cały zapał. Złość uszła, jakby nigdy jej nie było.

Cholerny regulator hormonów, pomyślał, czując, że robi mu się przyjemnie i spokojnie. Wcale nie miał na to ochoty. Wolał być zły, wściekły. Powinien być. Ale jakoś tak… zresztą to nieważne. Nieważne.

– Nadal nie rozumiem, jak to zrobiłeś… – odezwał się wolno Rick. – Nie programowałeś tego snu, nie wziąłeś go też z zapisu, więc… skąd…?

Ernest nie odpowiedział, ponieważ w tej chwili ściana za jego plecami rozsunęła się, ukazując niewidzialne dotychczas drzwi. Odwrócił się i zobaczył wysokiego, umięśnionego mężczyznę z szeroką, czarną brodą.

– No! Witajcie! Dobrze, że jesteście! – zawołał radośnie.

Zbliżył się zamaszystym krokiem i wyciągnął dużą dłoń. Tym razem uścisk Ernesta został odwzajemniony. Pewnie Michael już się połapał, jakie głupstwo wczoraj palnął i rano wszystko naprawił.

– Nie zwlekajmy, panowie. Proszę ze mną – powiedział mężczyzna, potrząsając energicznie dłonią Ricka, który natychmiast po jego wejściu poderwał się z fotela.

Przed wyjściem z pomieszczenia, Ernest raz jeszcze rzucił okiem na kwiatek w wazoniku.

Wszystkie płatki były na swoim miejscu. Na podłodze nie było śladu po urwanym kawałku.

 

***

 

Samuel Merhann, inkubowany 52 lata temu. Obecnie syndykator ośrodka Atrovelge. Realizuje “Emocje i Ciało", poziom afirmacyjny na czwartym stopniu, specjalizacja sportowa. Niebieskie oczy, oczywiście.

Szli długim korytarzem. Białe ściany z pewnością skrywały niewidzialne drzwi do pomieszczeń. Ernest widział już chyba setki takich korytarzy. Wszystkie były identyczne, pod każdym szczegółem. Tak samo jak pomieszczenia, niczym się nie różniły. A może to było jedno i to samo miejsce?

Merhann i Rick szli koło niego, wymieniając się nowinami w zakresie swoich specjalizacji w programie. Rick wybrał relacje społeczne oraz zdolności umysłowe. Wyposażył się nawet w dodatkowy pakiet treningowy dotyczący “stylu bycia”. Jego poziom afirmacyjny był na 6 stopniu.

Rozmowa szła im nieporadnie. Co chwilę w czymś się gubili, szukali słów i ostatecznie uciekali się do wmyślania pojęć i uczuć. Nie wyglądali jednak, jakby czymkolwiek się przejmowali. Mieszali bez ładu i składu najróżniejsze emocje i intonacje. Ernest milczał, patrząc w podłogę.

Zatrzymali się przed ścianą w miejscu, które niczym nie odróżniało się od reszty. Merhann, nie przerywając rozmowy, sięgnął przez strumień i drzwi wyłoniły się z bieli, rozsuwając się bezszelestnie.

– Już jesteście! – Zawołał Merhann, wkraczając do wnętrza. – Przepraszamy za to spóźnienie.

W środku oczekiwało na nich dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Różnili się wiekiem i wyglądem, ale wszyscy mieli tak samo gładkie twarze, zakonserwowane w jednym kształcie fryzury i delikatne, badawcze ruchy. Elisa Houthacker, Thomas Otrechkov i Nad. Nad nie miał nazwiska. Większość osób inkubowanych mniej niż 25 lat temu nie nosiła już nazwisk.

– Witaj. Przyjmuję przeprosiny – wyrecytowała Elisa.

– Proszę usiąść i się rozgościć!

Ernest przewrócił oczami. Spóźnienia i przeprosiny to również jeden z ostatnich pomysłów Michaela.

Nastąpiła seria niezręcznych powitań, potrząsania dłońmi i przyjaznych komentarzy. Ernest skojarzyło się to z fragmentem jakiegoś kabaretu, który dawno temu oglądał w telewizji. Nie pamiętał, co się w nim działo, ale było tu coś podobnego. Oglądał go razem z Mają i śmiali się do rozpuku, turlając się po sobie na dużym materacu przed telewizorem.

 Niespodziewanie poczuł, że robi mu się niedobrze… Po cholerę znowu o niej myśli? Chyba przez ten sen… Co mu się tam śniło? Gdzie oni szli?

Jedynie Thomas Otrechkov, 60– letni syndykator ośrodka Atrovelge, inkubowany w Petreville nie witał się z nikim. Spoczął w fotelu, głaszcząc brodę. Głowę odchylił w tył i gapił się na sufit. Realizował program “Czas, przestrzeń, umysł”. Zobaczył, że spotkał go już wcześniej. Nawet dwa razy. Żadnego ze spotkań nie pamiętał. Sprawdził w zapisie. Brak informacji. Możliwe, że miało to miejsce jeszcze przed podłączeniem. Ale jak? W symulacji? Niemożliwe. A może wykasował te wspomnienia? Ale czemu miałby to robić? Nawet nie wie, jak się to robi, ani czy to w ogóle możliwe.

“Czas, przestrzeń, umysł”. Dziwny ten jego program. Większość osób, które Ernest spotykał realizowała “Emocje i Ciało”, niektórzy “Odkryj świat”, ale “Czas, przestrzeń, umysł”? Nigdy o tym nie słyszał. Drzewo natychmiast podetknęło mu pod świadomość definicję i szereg informacji. Odsunął je ze zniecierpliwieniem.

Zwrócił uwagę na jeszcze jedną informację umieszczoną w widoku Thomasa. Trzydzieści dni do Zmiany… Tyle mu zostało. Trzydzieści dni życia…

Gdy wszyscy zasiedli w końcu w fotelach, Ernest uświadomił sobie, że w jednym pomieszczeniu znajduje się czterech syndykatorów, jeden connect operator i on, hm…, freelancer. Sześć pracujących osób. Przecież to ponad siedem procent wszystkich pracujących ludzi na świecie. Jezu, naprawdę musi chodzić o coś ważnego…

– Ernest?

A dokładnie 7,142%, podpowiedziało mu Drzewo.

– Ernest?

– Hm. Tak?

– Twój… strumień… Czy mógłbyś…? – Merhann najwyraźniej szukał odpowiednich fraz w Drzewie.

– Tak, oczywiście, przepraszam.

– Przeprosiny przyjęte! – Rozpromienił się Merhann.

Otworzył strumień. Merhann wszedł w niego i zaczął wmyślanie. Żadnych wstępów, gadania, tłumaczenia, jakiegoś “pewnie zastanawiacie się, dlaczego was tu zebrałem…”

Ernest czuł, jak znaczenia ryją się w jego umyśle. Przymknął oczy, skupił się i usiłował zrozumieć. Pojęcia kształtowały się, wytyczały nowe ścieżki w warstwach pamięci, elementy puzzli powoli układały się jeszcze niejasne powiązania. Jakby ktoś otworzył jego mózg i spinał ze sobą losowe kabelki. Przynajmniej już nie wymiotował… Rzeczy, o których sekundę wcześniej nie miał pojęcia, teraz nagle tkwiły w jego głowie od zawsze. Słowa, myśli, głosy, miejsca…

I nagle zrozumiał. Zrozumiał wszystko  Gwałtownie otworzył oczy. Merhann stał przed nim i uśmiechał się szeroko. Kretyńsko i nieadekwatnie szeroko.

 

***

 

Thomas Otrechkov staromodnie przepuścił ich w drzwiach. Nie było to konieczne, ponieważ w przejściu zmieściłyby się i cztery osoby.

Gdy szli korytarzem, gładka, pucułowata twarz Ricka wypełniała całe pole widzenia Ernesta. Czuł podmuch jego miętowego oddechu na twarzy. Chłopak prawie podskakiwał z ekscytacji.

– To jest dokładny przykład kroku dziewiątego! Obyczajowość i relacje! Ten człowiek jest niesamowity. Nie dość, że realizuje program, to jeszcze pracuje! Bardzo ciekawe zagadnienie. Wezmę udział… A jaka wspaniała werbalistyka! Syndykator… Nigdy jeszcze nie odbyłem tak długiej rozmowy. Co za dzień, co za dzień! Oznaczę go w zapisie. Chyba wezmę to na sen. Tak, koniecznie muszę wziąć to na sen. A ty? Weźmiesz udział?

– Nie wiem jeszcze… Muszę to przemyśleć… Kompletnie nie rozumiem, do czego jestem im potrzebny. Mało mają jajogłowych?

Zobaczył, że Rick przerzuca uwagę na Drzewo, sięgając po definicję.

– Em, nieważne… Muszę zdążyć na moje ćwiczenia – dodał i przyspieszył.

Rick również przyspieszył i znowu zaczął gadać. Nie zrozumiał aluzji. Aluzje wymarły dawno temu… Czego on ode mnie chce? Dostał od Michaela pracę domową, żeby mnie wnerwić?

Ernest przestał go słuchać. Mexan… To o niego chodziło. Mógł się w sumie domyślić. Sto lat. Sto krótkich lat. Na tyle go zostało. Tyle czasu zostało ludzkości.

Na mexanie opierało się wszystko. Drzewo, inteligentna materia, zasilanie, technologia sztucznych tkanek i regeneracja. Bez niego… nie byłoby nic. A teraz się kończył.

Merhann wyraził się jasno. Sam był zaniepokojony, bez regulatora hormonów, prawdopodobnie siedziałby teraz przerażony w jakimś kącie. Ech, syndykator… Człowiek jak każdy.

 Nagle przystanął. Coś kazało mu się zatrzymać. Stał na środku korytarza ośrodka Atrovelge i patrzył w ścianę. Za ścianą znajdowało się pomieszczenie… Zwykłe pomieszczenie. Czemu się zatrzymał? Sięgnął strumieniem.

 Brian Weathorn.

Ernest go znał. W jego widoku nie było żadnej informacji, nic poza imieniem i nazwiskiem, ale pamiętał go.

 Niespodziewanie drzwi rozsunęły się, mimo że do nich nie sięgnął. Ukazał się w nich Thomas Otrechkov.

 Zerknął przelotnie na Ernesta. Minął go w milczeniu i ruszył korytarzem. Nim drzwi się zamknęły, Ernest zdążył jeszcze dostrzec kapsułę regeneracyjną i starszego mężczyznę wewnątrz niej.

 – O co chodzi?

 Ernest patrzył w białą, szczelnie zabliźnioną powierzchnię. Sięgnął, sam nie wiedział, po co. Brian nie odpowiedział. Strumień miał otwarty, ale nie reagował.

– Coś się stało? – Spytał ponownie Rick, z podnieceniem przebierając w miejscu nogami.

– Nie, nic. Tak tylko… coś myślałem.

Gdy znaleźli się wewnątrz pomieszczenia transportowego, nadszedł czas ćwiczeń afirmacyjnych. Rick natychmiast z ekscytacją uruchomił tryb sportowy i wyruszył w góry, o których opowiadał mu Merhann. Ernest dłuższy czas nie mógł się zdecydować. Nadal był na pierwszym poziomie. Jeśli chce w końcu przejść na drugi, musi przestać pomijać ćwiczenia. Może też w góry…? Może biec całą drogę na szczyt, aż nogi rozbolą? Aż nie będzie mógł się ruszyć, a następnego dnia mięśnie będą jak z waty? Tak, tego by chciał. Ale to niemożliwe.

Odsunął ćwiczenia.

 Usiadł w fotelu. Obok niego Rick skakał z kamienia na kamień, pokrzykując wesoło.

Mexan. Podstawa cywilizacji.

Otworzył zapis. Zaczął analizę od nowa.

Merhann stał przed nim na szeroko rozstawionych nogach. Jego postawa wyrażała pewność siebie i spokój. Kompletnie nieadekwatnie do nadawanego przekazu.

Planeta. Cztery miliony lat świetlnych od naszej galaktyki. Mexan. Mnóstwo mexanu. Tyle, by zasilić Ziemię prawie na wieczność. Jedna drobinka wielkości człowieka wystarczyłaby do utrzymania cywilizacji przez lata.

Maszyny. Cała armia sterowana bezpośrednio przez Drzewo urządzeń, gotowych do pracy. Bazy kosmiczne delikatnie dryfujące wokół orbity pomarańczowego olbrzyma. Teprany sondujące zamarłe na suchej, spękanej od czterech słońc skorupie. Wszystko gotowe. Cisza. Pustka.

Dlaczego? Dlaczego wydobycie jeszcze się nie zaczęło? Co jest nie tak?

Merhann nie potrafił odpowiedzieć. Gubił się w przekazie, skakał po myślach, tracił koncentrację. Wreszcie… przekazał jedno znaczenie.

Coś. Przeszkoda. Coś na powierzchni planety. Coś blokuje pracę urządzeń.

Przesył z planety był pełen. Czysty, jasny obraz. Informacje o składzie atmosfery, gruntu, mapa powierzchniowa, tektoniczna, mexan. Było wszystko, co potrzebne. I to nie wystarczało.

Drzewo milczy. Odpowiada na wszystkie pytania z wyjątkiem tego jednego – dlaczego nie wydobywa?

Rick skoczył obiema nogami prosto w górski strumień. Krople wody prysnęły na boki i kilka z nich spoczęło na ręce Ernesta. Poczuł chłód. Wyłączył bodźce zmysłowe z wizualizacji współpasażera. Krople wody zamigotały i zniknęły. Teraz Rick wyglądał jak bardzo kiepski mim.

Wrócił do analizy zapisu.

– Tak – powiedział Merhann na głos. – Drzewo jest bezradne. W tej kwestii nie możemy liczyć na jego pomoc. Dlatego tu jesteście. Liczymy na waszą.

To brzmiało na zupełny absurd. Ernest zastanawiał się, czy całe to spotkanie nie było przypadkiem tylko jakimś kolejnym wymysłem programu afirmacyjnego. Przecież są maszyny, Drzewo, komputery, syndykatorzy, technologia. Po co Ernest w tym wszystkim? Większości używanych przez Merhanna pojęć nawet nie rozumiał. Oczywiście, mógł w każdej chwili sprawdzić w Drzewie albo nawet wpisać sobie cały potrzebny zestaw wiedzy i umiejętności. Tylko po co?

Rick na pewno brał udział w całej tej akcji, aby podbić sobie poziom afirmacyjny. Afirmacja to druga strona każdej sytuacji, każdego słowa. Równie dobrze całą tę rozmowę mogli odbyć, nie ruszając się z miejsca. Przemieszczanie się, chodzenie, spotkania, rozmowy… wszystko to były wymagania programu Emocje i Ciało. Poszukiwanie normalności. Nienormalnej normalności.

Ernest sprawdził swój poziom. Podróż i spotkanie z tyloma ludźmi podniosło go o kilka procent. Wciąż jednak podnosił się wolniej, niż u, na przykład, Ricka. Chodziło o jego nastawienie. Im mniej potrzeba było regulacji hormonalnej do utrzymania odpowiedniego poziomu nastrojowego, tym lepiej dla programu afirmacyjnego.

A nagle… to. To jednak musi być prawda. Zgadza się zresztą z tym, co wiedział o mexanie. Słyszał o nim już wtedy… wtedy, tam. Jeszcze przed hibernacją. Ojciec Majki w kółko wałkował ten temat… Wtedy go znaleźli, mała, przyniesiona nie wiadomo skąd, grudka pierwiastka, podróżująca na jakiejś komecie. Zaczęli badania. I oto, dokąd ich doprowadziły.

Po raz kolejny tego dnia poczuł, że regulator rusza w ruch. Zrobiło mu się przyjemnie.

Niech to szlag. Czasem wolał zostać poniżej wymaganego poziomu nastrojowego… Ale… A zresztą to już nie, wcale nie. Niepotrzebnie się tak emocjonuje, to wszystko i tak nie ma znaczenia. Za dużo myśli. Za dużo niepotrzebnych myśli…

 

***

 

Brian Weathorn musiał mieć co najmniej sześćdziesiąt lat. Kiedy go usypiali, nie spodziewali się, że przeżyje podróż w czasie. Spośród trzydziestu dwóch zahibernowanych jedynie czternastu dożyło Obudzenia. Organizmy niektórych poddały się już przy samym zamrażaniu. Wybierano różnych, czasem chorych, czasem bogatych, ale zawsze silnych. Tylko Brian był wyjątkiem. Miał słabe ciało. Zniszczone rakiem krtani, schorzeniem kręgosłupa i wiekiem. Mimo to, został wybrany. Bardzo wysokie wyniki testów psychologicznych. Mówili, że nic nie może go złamać. Jeśli przeżyje hibernację, to przeżyje wszystko. Wojnę przeżył, inny świat też przeżyje. Żołnierz, snajper, polityk, przedsiębiorca. Człowiek honoru, o twardych zasadach i mocnym spojrzeniu. Zasłużony dla kraju, wielokrotnie odznaczany. W pewnym momencie swojego życia stał się wręcz postacią publiczną. Ludzie uwielbiali jego prostotę, szczerość, gardłowy śmiech i bezpośredniość. Z trudem nie uległ presji społeczeństwa, namawiającego go do kandydowania na prezydenta. I wtedy, u szczytu kariery biznesowej i medialnej, zdiagnozowano raka.

– Pół roku. Tak mówiły konowały. Jakieś przerzuty i zaawansowane stadium, bla bla. Leczyli, trzymali na oddziałach, terapie, stosy tabletek, wiesz o co chodzi. I tak leżałem, i nagle… bum! – Brian machnął kawałkiem suszonego mięsa przed twarzą Ernesta. – Hibernacja! Przyszli tacy dumni i mówią: hibernacja! Wcale się nie zgłaszałem do całej tej akcji. Sami wzięli. Niby leczyli, ale już wcześniej myśleli o tym i testy robili. Sam nie wiedziałem, co robić. Ale ludzie… normalnie szału dostali. Listy wysyłali, jakieś dziecko w telewizji prosiło, wszyscy namawiali, żebym nie umierał, żeby zamrozić. Zamrozić i odmrozić, jak będą mogli wyleczyć. No co miałem zrobić? Żona nie żyła, dzieci nie miałem, nic mnie tam nie trzymało. No zgodziłem się, tak z ciekawości. Żeby zobaczyć. Jak to będzie.

Odgryzł kolejny kawałek. Żuł chwilę, zapatrzony w ciemne mięso.

– No i jestem. Dziwne, ale jestem. I wyleczyli. I zobacz… – Wstał, podciągnął wyżej spodnie i wykonał prawidłowy, wojskowy przysiad. – Wcześniej bym tego nie zrobił, choćbyś torturami groził. Kręgosłup krzywy. A teraz nagle – prosty! Prosty jak słup!

Ernest pokiwał z uznaniem głową. Nie dało się ukryć, przysiad był pierwszorzędny.

Brian usiadł z powrotem na pryczy i spojrzał na niego.

– No chłopaku. Nagadałem się. A ty?

– Hm?

– Jak to z tobą było? Też chory?

– Hm… no tak. Tak jakoś podobnie. Kręgosłup.

– Też krzywy?

– Nie. Złamany. Paraliż.

Brian ułożył wargi w rurkę i pokręcił głową, wsysając powietrze, jakby okazywał dezaprobatę dla złamanych kręgosłupów.

– Wypadek – dodał Ernest, czując, że Brian tego oczekuje.

– Aha. Sam się zgłosiłeś?

– Nie… matka mnie zgłosiła. Też nic o tym nie wiedziałem.

– Ha! Widzisz! Ci ludzie to czasem są dranie. No, ale jesteśmy. I wyleczeni. Nauczyli się kręgosłupy naprawiać. Ale poza tym, to się chyba dużo nie zmieniło. Żreć dają dobrze, prycze w sumie jak w wojsku, firanki jak u mamy, widok z okna jak na wsi…

Brian przerwał, ponieważ ktoś zapukał do drzwi.

– Otwarte!

Klamka poruszyła się wolno i drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem. Ukazał się w nich nieśmiały, wysoki blondyn. Mięśnie zawodowego pływaka falowały pod czarnym golfem.

– Cześć, panowie – zagadnął cicho. – Przyszedłem się pożegnać.

– Wypuszczają cię? – Brian zerwał się z łóżka.

Michael uśmiechnął się.

– Tak. Na to wygląda.

– Coś ty! A dostałeś już tego implanta?

– Tak. Dziś rano.

– Coś ty! Pokaż!

Michael zmieszał się.

– To… nie robili operacji. Wszczepili. Przez nos chyba albo przez ucho. Hm… przez nos, tak. Nic nie czuć.

Ernest również wstał i zbliżył się do Michaela. Na równych, złotych włosach nie było ani śladu skazy. Też myślał, że będą rozcinali czaszkę.

– Słyszysz, Halski? Już mu zrobili, i to bez chlastania. No? I jak to jest, stary?

Michael potrząsnął głową.

– Nie do opisania. To coś zupełnie… nie do opisania. Zobaczycie. W każdym razie, teraz już wiem.

– Co wiesz?

– Wszystko wiem.

Usiadł z nimi. Rozmawiali jeszcze jakiś czas. Właściwie, głównie Brian mówił. Ernest wtrącił się ze dwa razy. Z grzeczności. W końcu Michael się podniósł i ścisnął im ręce.

– Idę. Sprawdzę, jak jest na zewnątrz. Będę dawał znać.

– A masz gdzie mieszkać, stary? Może ci forsy trzeba? Nie wiem, jaka tu waluta, ale…

Michael zaśmiał się delikatnie.

– Dziękuję, przyjacielu, nie trzeba. No, do zobaczenia!

– To może prowiantu?

Brian wykonał efektownego młynka paskiem mięsa.

– Dziękuję. Dziękuję.

Ukłonił się staromodnie i wyszedł, starannie domykając drzwi.

 

***

 

Ernest otworzył oczy. Jak zwykle, najpierw poczuł stopy. Żyły pulsowały krwią, jakby były gotowe do długiego biegu. Skóra przyjemnie mrowiła mocnym czuciem. Potem łydki, kolana, uda, genitalia, brzuch. Pierś gładko poruszała się w rytm głębokiego, spokojnego oddechu. Na końcu ramiona, ręce i głowa. Ciało zdawało się lekko wibrować, jak spełniało się tym leżeniem i trwaniem w harmonii.

Usiadł i spuścił stopy na ciepłą podłogę. Przez chwilę usiłował przypomnieć sobie, o czym śnił. Miał ochotę na suszone mięso.

Wstał i ochota natychmiast minęła. Przezroczysta kopuła regeneratora opuściła się bezszelestnie, a całe urządzenie powoli zniknęło w ścianie.

Odruchowo spróbował ziewnąć. Nie udało się. Stanął na środku pomieszczenia i uruchomił ćwiczenia. Wybrał spacer po lesie, ale szybko mu się znudziło. Wyłączył wizualizację i sprawdził inne opcje.

Było coś nowego. Zawody. Jak wyścigi? Nie, chodziło o pracę. To możliwe?

Wybrał drwala. Pojawiła się informacja o przygotowaniach. Dziwne. Nigdy jeszcze nie musiał na nic czekać. Zniknęła po kilku sekundach. Równocześnie usłyszał za sobą głuchy dźwięk. Odwrócił się.

Przed ścianą, w tym samym miejscu, w którym zniknął regenerator, stał pokaźny, okrągły pniak. Sterczała z niego siekiera.

Wizualizacja? Ale gdzie las, jakaś chatka w górach, piknik, czy coś? Sam pniak? Podszedł bliżej. Kucnął i przesunął ręką po chropowatej korze. Drobinki osypały się na podłogę. Sosna… Nie, to nie wizualizacja. Prawdziwe?

Wyprostował się, chwytając trzonek siekiery. Odsunął podetkniętą w strumieniu instrukcję. Zaparł się stopą o pniak, naprężył mięśnie i szarpnął. Siekiera wyskoczyła z drewna dopiero za trzecim razem. Mocna rzecz…

Wziął zamach i łupnął. Drzewo pękło z idealnym, satysfakcjonującym trzaskiem na dwie identyczne połówki. Fajne. Rąbnął z zadowoleniem. Ćwiartki poleciały na boki. Rąbnął znowu.

Opuścił siekierę i ocenił swoje dzieło. Cztery przepiękne, równe ćwiartki. Nieźle mu poszło. Kiedyś miał wprawę, coś jednak zostało. No, to by było na tyle…

W ścianie pojawił się otwór. Drewniany kloc wytoczył się z głuchym dudnieniem. Uśmiechnął się.

Więcej? Tego chcesz, draniu? Dobrze, dostaniesz za swoje.

Rąbnął trzy razy. Mocno, szybko, raz po raz. Bez poprawki. Ściana wypluła kolejny kawał drewna. I kolejny. I kolejny. Rąbał i rąbał z szaloną przyjemnością.

Tego chcesz, draniu? Masz! Masz za swoje! Masz za matkę, za ojca, dziadu leśny! Tak! Pękaj, giń, gnido! Masz, żryj metal, wieśniaku, masz! Udław się siekierą, cholero! W ryj, w mordę! Masz, masz, masz!

Wreszcie cofnął się, dysząc ciężko. Patrzył, jak porąbane kawałki powoli toną w białej podłodze i znikają bez śladu. To go zdenerwowało.

Bez sensu. Narobi się człowiek, w kominku można by napalić, domek zbudować, a tu nie. Wszystko w podłogę. Wszystko w cholerną podłogę. Sam by tak chciał – w cholerną podłogę. W cholerną podłogę to łatwo.

A zresztą, jakie tam narobi. Nawet się nie spocił. Odcisków nie ma. A pniaki sztuczne. Tak, sztuczne, wszystkie identyczne. Tak samo się łupią, na cztery idealne części. Zaprogramowane i wykonane według doskonałego przepisu. Nawet nie pachną.

A może to on stracił węch? Przed hibernacją czuł jeszcze zapachy, na pewno zapach szpitala. A po Obudzeniu? Nie pamiętał.

Tak, czy siak – głupiego robota. A tak było fajnie. Głupia podłoga, zeżarła jego drewno i wszystko zepsuła.

Przez chwilę patrzył na siekierę. Potem schylił się i postawił pionowo nierozbity jeszcze pieniek. Przyklęknął na podłodze. Ułożył rękę na drewnie. Wyraźnie czuł drobne igiełki włókien. Uniósł siekierę i przytknął do skóry. Ostrze było ciężkie. Chłodne. Podniósł je i przesunął palec wskazujący dalej od reszty dłoni. Poruszył narzędziem w górę i w dół, przymierzając. Opuścił.

Zatrzymał ostrze centymetr nad palcem. Czekał. Nic się nie wydarzyło. Rozejrzał się po pokoju. Nic.

Podniósł siekierę jeszcze raz. Wziął głęboki oddech. Walnął. Z całej siły.

Rozległo się głośne, mokre łupnięcie i trzask drewna. Poczuł kropelki wilgoci na twarzy.

Uniósł dłoń do policzka. Palce kleiły się do skóry. Pachniało sosną. Sok z drewna. Obejrzał siekierę. W ostrzu widniało okrągłe, bezpieczne wgłębienie grubości palca.

Więc to tak. Nic już nie było wolno. Nie mógł nawet decydować o losie własnego palca. Wszystko jest obliczone. A może to czytało w jego myślach? To znaczy, oczywiście, czytało, jak najbardziej. Ale czy może znać jego zamiary? Czy tylko wyliczało zagrożenie? Zaraz, oczywiście, że może znać zamiary. Otwieranie drzwi, przemieszczanie się, wybór programu. Zna każdą decyzję. A czy może ją znać jeszcze zanim człowiek ją podejmie?

– Ernest?

– Hm… Tak?

– Co robisz?

– Hm. Rąbię palce.

– Co?

– Nieważne. Co jest?

– Idziemy na śniadanie. Ja, Francis i Kone. Idziesz z nami?

– Będziecie jeść?

– Tak.

Po co?

Artur zamilkł na moment. Na tyle, ile potrzeba, aby wpisać krótką informację z Drzewa.

– Żeby podnosić swój komfort psychiczny, dostarczać organizmowi naturalne endorfiny i dbać o kompetencje społeczne poprzez aranżowanie sytuacji opierających się na podstawowych czynnikach kulturowych.

– Aha.

– Przyjdziesz?

– Tak.

Artur wyszedł z jego strumienia. Ernest zastanawiał się, czy dołączyć do nich osobiście, czy wizualizacyjnie. A może w ogóle to olać?

Wstał. Usiadł. Wstał. Nie mógł się zdecydować. Powinien się wreszcie przyłożyć do tej afirmacji. Rąbanie drewna dało mu kilka punktów. Może w końcu osiągnie drugi poziom…

Podszedł do ściany. Drzwi wytopiły się z białej powierzchni i rozsunęły na boki. Za nimi czekało na niego pomieszczenie transportowe.

Wszedł do środka i usiadł w fotelu. Dziś kwiatek na stoliku był soczyście żółty. Wyjął go z wazoniku i włożył sobie za ucho. Będzie wyglądał odświętnie.

Swoją drogą, dlaczego Artur zaprosił go na śniadanie? Akurat jego? Kim w ogóle był ten Artur? Nawet się nie znali. Nigdy się nie spotkali, nigdy nie rozmawiali, nic o sobie nie wiedzieli. Poza tym, co przedstawiało Drzewo. Czyli… wszystkim.

Spojrzał na swoje pierwsze informacje. No tak, Obudzony. Właściwie to wystarcza za wszystkie informacje. Dziwadło.

Czternaście osób. Tylu ich było. Poznał dwóch.

A swoją drogą, po co ich w ogóle budzili? Mogli ich zwyczajnie odłączyć. Nic by nie poczuli. I tak przez kilkaset lat nic nie czuli… Albo czemu nie obudzili ich wcześniej? Technologia regeneracji tkanek i tworzenia syntetycznych komórek istnieje już od kilku pokoleń. Co się z nimi działo przez ten czas?

Wzdrygnął się. Kilkaset lat… Zamknięci w szczelnych słojach, sezonowani w jakiejś piwnicy albo na strychu. Przenoszeni z magazynu do magazynu, liczeni, ustawiani, martwi nie martwi.

Po drodze wyjął kwiatek zza ucha i rzucił gdzieś na podłogę. Nie będzie się wygłupiał.

Kiedy dotarł na miejsce, wszyscy już tam byli. Przywitał się, usiadł przy stoliku i zażyczył sobie suszone mięso. Po chwili z białej powierzchni blatu wynurzył się przed nim talerz, na którym leżało kilka ciemnych pasków. Dokładnie takich, jakie sobie wyobraził.

Artur i Kone rozmawiali o nowej opcji w programie, skubiąc jakąś sałatę. Francis pochłonięty był pałaszowaniem zupy marchewkowej. Ernest sięgnął po jeden z pasków i ostrożnie odgryzł kawałek.

– Co to? Co jesz? – Francis zajrzał mu w talerz.

– Nic.

– Nic?

– To nie jest przecież jedzenie.

– Jak to?

– Hm. Nieważne. Suszone mięso.

– Kiedy będziesz w programie, Ernest? – Spytała nagle Kone.

Ernest spojrzał na jej subtelnie idealną twarz. Cienkie, czarne brwi, wąskie usta, niezmienna fryzura i głębokie, kretyńsko urokliwe, niebieskie oczy. Ciekawe, czy była zaprojektowana już przed inkubowaniem? Czy tylko on i pozostali Obudzeni mieli naturalne rysy? Czy bardzo się odróżniał?

– Nie wiem. Nie będę.

Artur zmarszczył brwi.

– Dlaczego?

Czemu wszyscy go o to pytają? Czego od niego chcą?

– Hm. Nie wiem. Bo… hm, to bez sensu.

– Ernest! – zawołała Kone. – To, co poprzednio pokazałeś było wspaniałe! Wszyscy chcą cię zobaczyć!

– Bardzo poruszające – dodał Artur, a Francis pokiwał głową nad zupą marchewkową.

Zamknijcie się, zamknijcie się…

– Nie wiem, kiedy. Zobaczę. Może…

– Mam nadzieję, że niedługo. Michael mówił, że…

Ernest otworzył usta. Ale zanim krzyknął, stracił zapał.

Jak mógł im to powiedzieć? Jak mogliby to zrozumieć? Nie mogliby.

– Wszystko dobrze? – spytała Kone, nachylając się z troską.

– Tak. Wszystko dobrze. Nieważne. Jedzmy.

Wcisnął sobie do gęby dwa paski suszonego mięsa. Gówno, nie jedzenie. Syntetyczna tkanka, aromatyzowana i strukturalizowana w jego własne wyobrażenie o tej potrawie. I cały świat taki.

Poczuł, że cała czwórka sięga do jego strumienia, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło. Zamknął go ze złością. Nie, nie ze złością. Jedynie z lekkim uczuciem dyskomfortu i wspomnieniem złości. Tyle pozostawił mu regulator.

Zaraz. Czwórka? Gwałtownie otworzył strumień.

– Merghn…

Niech to szlag. Z wysiłkiem przełknął suszone mięso.

– Merhann?

– Ernest? No, jesteś.

– Co się dzieje?

– Mamy coś nowego. Przyjdź.

– Co macie?  

– To… ten… sam zobacz.

 

***

 

Ernest zamrugał. Przez chwilę patrzył tępo przed siebie. Potem spojrzał na stojącego obok jego fotela Merhanna.

– Co to jest?

Pytanie było odruchowe. Może bardziej skierowane do niego samego, niż do syndykatora. Wiedział, że nie dostanie odpowiedzi.

Merhann wyglądał jak zagubione dziecko. Rozłożył ręce i pokręcił głową.

– Jeszcze raz – powiedział Ernest.

Skupił się i wpatrzył w przekaz. W szary, płaski obraz z małego, terenowego teprana. Szary piach, rażące słońce, daleki horyzont, a przed nim… gigantyczna, wznosząca się w niebo czarna kolumna. Razem z obrazem docierały podawane na bieżąco informacje. Pół kilometra obwodu u podstawy. Na dziesięciokrotnie większej wysokości gruby, płaski talerz o średnicy dwóch kilometrów. Całość przypominała porażających rozmiarów grzyb. U dołu był szerszy, jakby czarna substancja, z której się składał rozlewała się na pustynną okolicę.

Obraz trzeszczał i rozmazywał się. Ernest usiłował dostrzec więcej, niż za pierwszym razem. Patrzył i patrzył. Obiekt wznosił się w niebo niczym góra. Odznaczał się czarnym, masywnym kształtem na tle pustego horyzontu.

Ukształtowanie atmosferyczne? Brak wiatru. Wypiętrzenie sejsmiczne? Niemożliwe. Wymyte przez wodę? Na planecie jej nie ma… Więc co? Poczuł, że przechodzi go dreszcz.

– Dlaczego nie znaleźliście tego wcześniej? – spytał w końcu.

– Bo nie szukaliśmy. Planeta jest dwa tysiące razy większa od Ziemi. Nie było sensu tracić czasu i paliwa na bezcelowe przeszukiwanie jej powierzchni. Trafiliśmy na to przypadkiem.

– Czy jest pewne, że to właśnie ten obiekt jest… przyczyną komplikacji? – odezwał się Nad, spacerujący wzdłuż ściany.

– Nic nie jest pewne – odparł Merhann. – Ale to najbardziej prawdopodobne. Wytwarza silne pole elektromagnetyczne, które może zakłócać niektóre funkcje urządzeń.

Ernest wiedział, że nie była to do końca prawda. Co to znaczy – zakłócać niektóre funkcje urządzeń? To był jakiś idiotyczny ogólnik. A jeśli już używali idiotycznych ogólników – to sytuacja była dość poważna. Powinni wiedzieć, co nie działa, gdzie jest uszkodzenie, czym to grozi, jak to naprawić – powinni wiedzieć wszystko. Cokolwiek by się nie działo, Drzewo nie ma prawa milczeć. Musi udzielać wyjaśnień.

Tylko że nie udzielało. Jakby… się zawiesiło. Jak te stare komputery.

– Widzieliście skład? – Spytała Elisa, nadal z zamkniętymi oczami. – Związki organiczne. Aminokwasy. W atmosferze jest dużo azotu i wodoru. Brakuje za to tlenu.

Merhann spojrzał na Nada, a potem na Ernesta i znów na Elisę.

– Co sugerujesz?

Elisa nie odpowiedziała.

– Życie… – cichy głos należał do Thomasa Otrechkova.

– Życie – powtórzył Ernest.

– Życie – powiedziała Elisa.

Przez chwilę panowała cisza.

– To nie wszystko. – Merhann odchrząknął. – Spójrzcie na to.

W umyśle Ernesta pojawiła się przestrzenna mapa planety.

– To otrzymaliśmy przed chwilą. Dopiero teraz udało się uzyskać pełny obraz.

Ernest gwałtownie wciągnął powietrze i wypuścił je z sykiem.

– Jezu…

Na mapie zaznaczone były czarne punkty na pomarańczowej powierzchni planety. Znajdowały się w równych odstępach, co sto kilometrów i pokrywały cały glob. Były ich miliony. Miliony rozmieszczonych z geometryczną precyzją gigantycznych grzybów. Całą planetę oplatała równomierna siatka czarnych, obcych obiektów.

Ernest jeszcze raz skierował wzrok na obraz z teprana znajdujący się po wewnętrznej stronie jego oczu. Jednolita masa widniejąca w odległości kilku kilometrów od urządzenia rzucała na okolicę dwa cienie. Jedno słońce chowało się już za horyzont. Drugie było w zenicie.

– To na razie tyle. Chciałem, żebyście to zobaczyli. Teraz będziemy robić dalsze badania, sprawdzimy dokładny skład, ewentualne reakcje na bodźce i spróbujemy dowiedzieć się, dlaczego urządzenia…

Merhann zamilkł. Jego usta pozostały na wpół rozchylone. Nad przestał chodzić po pokoju, Elisa wstała z fotela, a Thomas się wyprostował.

Ernest też to zobaczył. Ruch na wizji. Z początku sądził, że to tylko złudzenie. Zakłócenie w przekazie. Ale nie. Ogromny kawał górnego płata grzyba zginał się, przesuwał i wreszcie oderwał od reszty. Leciał w dół na tle przejrzystego nieba.

Ktoś wydał z siebie stłumiony krzyk, ktoś przytknął dłonie do ust, a ktoś inny cofnął się o krok, zapominając, że patrzy na inną galaktykę.

W końcu czarna masa zwaliła się na ziemię z ogłuszającym grzmotem. Obraz się zatrząsł. Krystaliczne odłamki prysnęły na wszystkie strony.

– Chryste… – szepnął Ernest.

Patrzył, jak cały kształt zmienia swoją postać. Szarzeje i kruszy się, a kolejne gigantyczne  głazy odrywają się od macierzy, przesuwają się wertykalnie przez wielkie odległości i wbijają w grunt, żłobiąc głębokie kratery. Gęsty, pomarańczowy pył strzelił w górę.

Koniec świata, pomyślał Ernest idiotycznie.

Mały, terenowy tepran rzucił się do ucieczki. Wokół niego roiło się od eksplodujących czarnych odłamków. Ziemia drżała, jakby sama miała zaraz unieść się w niebo. Roztrzęsiony, skaczący obraz ukazywał jeden wielki chaos – ryk rozrywanego powietrza, ciemne, potrzaskane kształty, wściekle wirujące w głębokim piachu koła teprana i pomarańczowa, wszechogarniająca, lepka mgła…

I nagle… cisza. Ciemność. Obraz zniknął. Jeden z głazów prawdopodobnie wgniótł łazika w ziemię.

Przez kilka sekund wszyscy trwali w bezruchu, wstrzymując oddechy.

– Co to… Co to było? – Wykrztusił wreszcie Rick.

Nikt nie odpowiedział. Zamiast tego, Merhann przełączył wizję na obraz z oddalonej o kilkanaście kilometrów wieży sondującej. Obserwowali z daleka, jak gigantyczna kolumna chwieje się. Z górnego talerza obrywają się ostatnie płaty czerni. Przez rozległą podstawę gwałtownie przebiegają błyskawice pęknięć. Tumany pyłu kłębią się, przesłaniając widok. Ciemna substancja strzela i pryska we wszystkie strony. Szczeliny nabrzmiewają, puchną i wreszcie… cała kolumna wolnym, majestatycznym ruchem przechyla się i zaczyna swoją podróż do ziemi.

Nieskończenie długą chwilę później rozpędzona chmura pyłu zderzyła się z aparaturą i przewróciła urządzenia.

 

***

 

– Umarł? – Szepnęła Elisa, zakrywając oczy dłonią.

 Merhann usiadł ciężko w fotelu. Jego twarz była szara.

– Nie wiemy, czy to coś w ogóle jest żywe – odparł Nad, bardzo starannie dobierając każde słowo. – Osobiście uważam, że jest to rodzaj naturalnego ukształtowania powierzchni związany z warunkami, jakie dawniej panowały na tej planecie. Kształt obiektu wskazuje na działanie wody. Wymywała drobiny skalne przez tysiące lat, powodując…

– Niemożliwe, woda zawsze pozostawia jakieś ślady w składzie gruntu lub atmosfery – przerwała mu Elisa. – Ja sądzę, że mamy do czynienia z obcą formą życia, najprawdopodobniej z rośliną.

– Albo z obiektem stworzonym przez obcą formę życia.

 Wszyscy spojrzeli na Ricka.

– No… to przecież też możliwe, prawda? Nie zapominajcie, że tego czegoś są miliony. Wszystkie identyczne, w identycznych odległościach. Gdzie w kosmosie zdarzają się takie rzeczy samoistnie?

– Ale po co mieliby robić coś takiego? – spytał Nad.

– Religia. – Rick podsunął im definicję i kilka szczegółów. – Albo polityka. Pokaz siły. Opuszczony system poboru energii. Na Ziemi takie rzeczy się zdarzały.

– Sądzisz, że kosmici pokryli całą planetę gigantycznymi grzybami z powodów religijnych? Grzybowy bóg im kazał?

 Teraz wszyscy spojrzeli na Ernesta. Równocześnie sprawdzali, czym jest grzyb.

– Żartowałem. Em… Myślę, że to możliwa, ale nieprzydatna hipoteza. Należy pozostawić ją na koniec, po wykluczeniu wszystkich innych.

 Osoby w pomieszczeniu z wolna otrząsywały się z wrażenia i ożywali do dyskusji. Nad w dalszym ciągu uważał, że najbardziej prawdopodobne jest ukształtowanie naturalne, jeśli nie działanie zaginionej wody, to zaginionego wiatru. Elisa i Rick również obstawali przy swoim, a Merhann przetrząsał Drzewo w poszukiwaniu dodatkowych informacji. Jedynie Thomas nie brał udziału w dyskusji. Nie odezwał się od początku spotkania.

 Nagle Ernest dostrzegł, że starszy mężczyzna patrzy prosto na niego. Masował skronie, jakby męczył go ból głowy i mierzył Ernesta spokojnym, lekko smutnym spojrzeniem.

Poczuł wmyśl. Thomas chciał, mu coś pokazać. Chciał, żeby z nim wyszedł. Nie przekazał nic więcej.

Wstali równocześnie. Przy drzwiach usłyszał głos Merhanna.

– Ernest? Idziesz?

Ernest zerknął na plecy Thomasa, idącego już korytarzem.

– Em… tak. Nie mam więcej do dodania. Myślę, że najlepiej poczekać na wyniki badań. Do zobaczenia.

 Ruszył za Thomasem, zanim Merhann zdążył podnieść się z fotela, by wyściskać jego dłoń.

 Szli w milczeniu. Ernest sięgnął delikatnie do strumienia syndykatora, ale był zamknięty. Dziwny człowiek. Gbur.

 Zatrzymali się przed ścianą. Drzwi wyłoniły się z pustki i ukazały niewielkie pomieszczenie. W środku znajdowała się jedynie kapsuła regeneracyjna i nic więcej. A w niej…

 – Brian… – powiedział cicho Ernest, stając przy przezroczystym szkle.

 – Prosił mnie, bym cię przyprowadził. Chciał, byś go zobaczył. – Thomas stanął obok.

– Dlaczego? Prawie się nie znamy.

 Twarz Briana była gładka i spokojna. Drobny zarost pokrywał większą część szczęki, dokładnie tak samo, jak w dniu, gdy spotkali się po raz pierwszy. Szeroka, umięśniona pierś nie poruszała się. Nie oddychał.

 – Czy on…?

 – Żyje. Jest w stanie tymczasowej hibernacji. Niedługo będziemy musieli go wybudzić. Teraz próbujemy zresetować ustawienia hormonalne.

 – Co mu się stało?

 Thomas wzruszył ramionami.

 – Nie wiemy. Nic. Żył poza ośrodkiem przez rok. Program symulacyjny przeszedł wzorowo, zresztą wiesz, byliście w nim razem. Podłączenie bezproblemowe, sprawnie opanował korzystanie z implantu i obsługę Drzewa. Wszystko było w najlepszym porządku. Wyszedł z ośrodka miesiąc po tobie. To ze względu na wiek, chcieliśmy mieć pewność. Zaczął realizować program afirmacyjny, miał świetne wyniki, trzeci poziom osiągnął bez wysiłku. Pojawił się nawet u Micheala. Zrobił furorę.

 Ernest pamiętał jego wystąpienie. Jemu też się podobało.

 – Po roku sam do nas przyszedł. Powiedział, że coś mu jest. Nie rozumieliśmy, o czym mówi. Robiliśmy badania, testy. Wszystko było w normie. I nagle, jednego dnia… wskaźniki hormonalne poza zakresem. Jakby regulator zwariował. A fizycznie nic mu nie dolegało. Potem było tylko gorzej…

 Ernest pochylił się nad twarzą Briana. Dopiero teraz dostrzegł małą, ostrą zmarszczkę między jego brwiami. Skóra była tu lekko ściągnięta. Jakby… męczył się przez sen.

 – Możliwe też, że jest coś nie tak z jego podłączeniem. Niby wszystko poprawnie, ale… nie wiemy. Czasem wydaje się, że Drzewo nie reaguje poprawnie na wszystkie jego potrzeby. Tak, jak z tym regulatorem.

– Jak to? Drzewo traktuje go inaczej niż resztę ludzi?

Thomas przeniósł wzrok na Ernesta. W spojrzeniu jego brązowych oczu było coś dziwnego.

– Wiesz, jak działa zasada podzielności Drzewa?

 – Hm… nie.

– Z grubsza chodzi o to, że przyzwyczailiśmy się myśleć o Drzewie jako o jednym sztucznym umyśle, zrzeszającym przydatne dla nas informacje, funkcje i programy. Myślimy, że jego nazwa wywodzi się z tego, że, tak jak gałęzie dawnych, żywych drzew, łączy sobą te wszystkie elementy i nas między sobą. Prawda jest jednak taka, że został stworzony w innym celu i istnieje na innej zasadzie. Nikt nigdy nie programował jego funkcji i nie określał, jak ma działać. Wiesz, jak wyglądały prawdziwe drzewa, te rośliny? To znaczy… tak, oczywiście, że wiesz. Były jeszcze za twoich czasów.

Thomas przysiadł w fotelu, który w czasie gdy mówił, wytopił się z podłogi. Potarł czoło i mlasnął ze znużeniem. Ernest też usiadł.

– Herbaty?

Między nimi pojawił się niski stolik. Po pokoju rozszedł się mocny aromat, gdy Thomas podniósł pokrywkę małego dzbanuszka.

– Nie, dziękuję.

– Nie przepadasz za syntetykami, co? – Mężczyzna napełnił jedną filiżankę i rozsiadł się wygodniej. – Jak sobie chcesz. No więc, pierwotnie nazwa “Drzewo“ odwoływała się do innej metafory. Konkretnie do rozłożystej korony, dającej schronienie osobie, która się pod nim znajdzie. Gałęzie i listowie chroniły ludzi przed deszczem, słońcem i takimi tam. Chodziło o pogodę, wtedy dotyczyła całego globu i ludzie musieli sami sobie z nią radzić. Na tym polegało Drzewo i taki był jego nadrzędny cel – chronić człowieka. Początkowo odnosiło się to do jednostki. Gdy przeprowadzono jednak wirtualną symulację na hipotetycznej grupie stu tysięcy osób żyjących w jednym mieście i warunkach, które panowały w tych czasach wynikły pewne komplikacje. Każdy człowiek w tym mieście miał swoje własne Drzewo, które chroniło go, ułatwiało życie i w każdej sekundzie dokonywało wielomilionowych obliczeń, szukając najlepszych ścieżek losu dla swojego podopiecznego. Po pewnym czasie naukowcy z przerażeniem dostrzegli pewną prawidłowość. Drzewa, którym, z najróżniejszych powodów, udało się wyliczyć niektóre parametry potencjalnej przyszłości szybciej niż pozostałym, nie wahały się przed niczym. Były w stanie nawet spowodować śmierć lub ciężkie kalectwo innych mieszkańców miasta, podejrzewanych o możliwość zaszkodzenia – w bliższej lub dalszej przyszłości, umyślnie bądź nie – ich własnemu protegowanemu… – Thomas siorbnął głośno i westchnął z uznaniem. – Na pewno nie chcesz spróbować? Mnie bardzo smakuje.

Ernest pokręcił głową.

– Podjęto więc drugą próbę. Stworzono jedno wspólne Drzewo dla wszystkich symulowanych mieszkańców utopijnego miasta i wpisano w nie zasadę dobra większości. Pozwoliło to uniknąć konfliktów między pojedynczymi Drzewami i w pewien sposób rozwiązało moralne dylematy sztucznego umysłu. Przez pewien czas miasto działało wspaniale. Gdy pojawiał się człowiek, mogący stać się zagrożeniem dla co najmniej dwóch innych, natychmiast był likwidowany lub eliminowano pewien czynnik, dzięki któremu przyszłość kierowana była na inną, starannie wyliczoną ścieżkę. Lecz po kilkudziesięciu latach symulacyjnych (które w rzeczywistym świecie odpowiadały kilku miesiącom), naukowcy ponownie złapali się za głowy, widząc, że Drzewo zamierza stracić czterdzieści dziewięć procent populacji, by zapewnić lepszy byt pozostałym pięćdziesięciu jeden procentom. Natychmiast przerwali symulację, widząc bezcelowość jej kontynuowania. Rozpoczęto prace nad jeszcze innym rozwiązaniem.

Thomas odstawił filiżankę. Podniósł się z fotela i wygiął plecy, przeciągając się z jękiem. Rozległo się ciche puknięcie.

– Wreszcie stworzono trzeci prototyp Drzewa. Tym razem postanowiono oprzeć się mocniej na sztucznej inteligencji w połączeniu z ludzkim sposobem myślenia. Symulacja przebiegała pod stałą, ścisłą kontrolą naukowców, którzy oceniali na wiele rodzajów każde posunięcie programu, zezwalając na nie lub nie. Program zapamiętywał ich decyzje, uczył się ich i wyrabiał w sobie własną moralność. Przy tym opierał się na połączeniu dwóch poprzednich schematów – czyli jedno wspólne Drzewo spajające w sobie indywidualne Drzewa wszystkich ludzi. W ten sposób powstały podstawy tego, co znamy dziś. Wiele się zmieniło, Drzewo spełnia obecnie najróżniejsze funkcje, ale najważniejsze zasady pozostały te same.

Thomas zbliżył się do kapsuły regeneracyjnej, w której spoczywał nieruchomy Brian. Przesunął dłonią po szkle.

– Przypuszczam, że jego własne, indywidualne Drzewo reaguje w jakiś nietypowy sposób. Jest między nimi jakiś… dziwny rodzaj połączenia. Trudno to wyjaśnić.

Odwrócił się do Ernesta.

– Spróbuj herbaty. Uprzejmie nalegam.

– Dziękuję, nie trzeba.

 

***

 

Uwziął się na tę herbatę, myślał, wracając do siebie. Cholerne syntetyki. Co to za herbata, która nie ma żadnej temperatury? Nie, że jest letnia albo zima. Ona w ogóle nie ma temperatury. Wszystko to tylko sztuczne przekazy zmysłowe połączone z implantem.

Wieczorem Merhann poinformował Ernesta o o wyniku dyskusji. Doszli do wniosku, iż tam gdzie zawodzi Drzewo, potrzebna jest obecność człowieka. Rozpoczęto przygotowania do wyprawy. Wyznaczono jej datę na następny dzień. Maszyny potrzebowały czasu do stworzenia trzech surogatów spójnych fizycznie i psychicznie z Ernestem, Elisą i Rickiem. Nad miał robić coś innego. Merhann był potrzebny do kontrolowania przebiegu akcji z Ziemi. O roli Thomasa Otrechkova nie było ani słowa.

 Ernest zamknął przekaz i otworzył ćwiczenia. Wybrał sport. Golf. Gdy skończył grę, ze zdziwieniem odkrył, że wreszcie osiągnął drugi poziom. Nie poczuł specjalnej różnicy.

Zamknął ćwiczenia i położył się w kapsule regeneracyjnej. Zanim zasnął, przypomniał sobie jeszcze, jak Thomas Otrechkov puszcza do niego oko znad filiżanki herbaty.

 

***

 

– Witajcie, moi mili! Bardzo się cieszę, że was widzę! Dziś jest ze mną Ernest, który tak jak ja, został niedawno obudzony z kilkusetletniej drzemki. Ernest! Powiedz nam, jak ci się spało?

– Em… No… nic nie czułem. Więc chyba… dobrze.

– Ha! Szczera odpowiedź! Wiem, o tym, żartowałem. To był żart.

Michael zaśmiał się obrazowo.

Ernest widział samego siebie na niewielkim podglądzie. Razem z obrazem i dźwiękiem, uczestnikom programu przekazywane były na bieżąco setki dodatkowych informacji. Analiza mimiki, gestów, definicje używanych słów, tłumaczenie zachowań, ciekawostki historyczne. Ernest gubił się w natłoku danych. Starał się nie myśleć o tym, że razem z nim i Michaelem w małym pokoju znajduje się również kilka milionów innych osób. Podgląd odbiorców wyłączył na samym początku.

– Ernest. Może na początek powiedz, proszę, czy widzisz duże różnice między obecnymi czasami, a tymi, w których żyłeś wcześniej. To znaczy, przed hibernacją.

– Tak. Bardzo duże.

– Aha. Jakie?

– Jakie?

– Tak.

– No… bardzo duże. Na pewno żyje się lepiej. Łatwiej. No, nie ma wojen, przemocy, głodu. Wydaje mi się też…

– Łoł, łoł! Chwileczkę. To są bardzo ciekawe kwestie. Dajmy ludziom chwilę na wmyślenie znaczenia tych pojęć. Po kolei. Doświadczyłeś wojny?

– Ja? Nie. Nie ja osobiście. Miałem tylko przyjaciela, który służył w wojsku i…

– Łoł, łoł, chwileczkę! – Michael uniósł ręce przed siebie, jakby chciał z ich pomocą zatrzymać słowa Ernesta. – Przyjaciel. Jakiego rodzaju przyjaciel? Relacja uczuciowa, czy też partnerska? Ważna w twoim życiu osoba, mająca wpływ na wiele podejmowanych decyzji? Czy może był to związek seksualno – miłosny? Lub po prostu seksualny?

Ernest nie nadążął za tempem rozmowy. Seksualno – miłosny? Co to za wyrażenie?

– Właściwie to nie był przyjaciel. Bardziej daleki znajomy. Kolega mojej dziewczyny.

– Partnerki życiowej, z którą pozostawałeś w seksualno – uczuciowej zażyłości.

– Em… tak.

– Wspaniale! Kontynuuj, proszę.

– O czym ja… A. I ten kolega stracił na wojnie obie nogi. Oderwała mu bomba.

Przez kilka sekund Michael patrzył gdzieś ponad uchem Ernesta, ssąc wargę.

– Ach, tak! Bardzo przykra sytuacja. Tragedia, kalectwo, wykluczenie społeczne i pokrzyżowane plany życiowe. Rozumiem. Więc za twoich czasów ludzie usiłowali zabić się nawzajem. Wszyscy wiemy, do czego to doprowadziło. Były też przemoc i głód. Tak. Coś jeszcze?

– No… nie tylko to. Były też dobre rzeczy.

– Na przykład?

– E… no różne. Nie wiem. Przyroda, na przykład. Lasy, drzewa, ptaki, trawa. Słońce.

– Dlaczego uważasz, że to były dobre rzeczy?

– No, chodzi mi to… że przyjemne. Można było spacerować, patrzeć na to…

– Patrzeć na bezlitosną walkę gatunków o przetrwanie? Na żywe istoty zjadające się nawzajem i zadające innym niewyobrażalny ból?

– Co? Nie. To znaczy, tak też było, ale nie o to mi chodzi. Drzewa przecież nie zjadały się nawzajem…

– Walczyły o przetrwanie, tak jak wszystko wokół. O dostęp do słońca i wody, o lepsze warunki przekazywania genów.

– Ale… ale… No i co z tego? – Ernest poczuł nagłą złość. – To naturalne. Tak zawsze było. Zawsze i wszędzie. Na tym polega życie! Żyje się i umiera! Nie ma znaczenia, jak!

– Hm… – Michael zmierzył Ernesta badawczym spojrzeniem, jakby właśnie diagnozował ciężką chorobę.

Rany, co za bzdury wygaduję. Co ja tu robię? Po co, po co?

– Porozmawiajmy o relacjach społecznych. Aktualnie zajmujemy się właśnie kwestią związków międzyludzkich. Czy obcowanie z twoją partnerką sprawiało, że czułeś się szczęśliwszy, dopełniony i wydawało ci się, iż możesz osiągnąć wszystko?

Ernest zmarszczył brwi. Nigdy nie myślał o tym w ten sposób.

– Nie wiem. Chyba tak. Czasami.

– Wyśmienicie. Zatem głęboka relacja z drugim człowiekiem była podstawą twojego dobrego samopoczucia i woli życia.

– O ile mnie akurat nie biła.

 Michael się rozpromienił.

– Doświadczyłeś przemocy ze strony osoby, którą kochałeś. Wstrząsające przeżycie, pozostające ślad w…

– Żartowałem! To był żart.

– Ach tak? Ha ha! Świetnie! Na czym polegał jego humor?

Ernest potarł oczy palcami. Miał ochotę je sobie wydłubać i wsadzić w gardło Michaelowi.

– Nie biła mnie tak naprawdę. Czasem lekko szturchała dla zabawy. Nie robiła mi krzywdy.

– Ach, rozumiem! Zabawa. Ciekawe zagadnienie. Czy zechcesz podzielić się wspomnieniem?

– Co?

– Czy możesz nam to pokazać?

– Ja… nie. Wolę nie.

– Dlaczego?

– Nie chcę już o niej rozmawiać.

– Dlaczego?

– Bo… nie chcę.

– Czy z powodu jej nagłej, tragicznej śmierci i twoich zawiedzionych uczuć? Mam na myśli oczywiście zmiany hormonalne wywołane depresją i urazem psychicznym, spotęgowane przez kalectwo i wiążące się z tym wykluczenie społeczne.

– Tak. Właśnie dlatego.

– Rozumiem. Widzę, że twój poziom nastrojowy się zmienił w czasie naszej rozmowy. Czy chcesz przerwać program i wrócić do swojego mieszkania, aby go wyregulować?

– Tak.

– Rozumiem. Dziękuję ci za twój czas i za chęć podzielenia się przeżyciami. Żywię nadzieję, iż wkrótce spotkamy się ponownie. Do zobaczenia!

– Cześć… – mruknął Ernest.

Gdy wychodził słyszał już, jak Michael zaczyna objaśniać odbiorcom zawiłości uzależnienia emocjonalnego od drugiej osoby.

Boże, co za koszmar…  

Michael został zahibernowany najpóźniej z nich wszystkich. Nie był wcześniej chory. Zrobił to, ponieważ był tak bardzo ciekawy świata w przyszłości. Jak mówił, wolałby przenieść się do przeszłości, lecz tego ludzkość jeszcze nie potrafiła.

Gdy go obudzili, nie potrzebował nawet symulacji. Prawie od razu podłączenie do Drzewa i sru w świat. Natychmiast zainteresował się współtworzeniem programów afirmacyjnych. W swoich czasach był historykiem. Badał dawne życie i zwyczaje. Za jego sprawą powstał zupełnie nowy program afirmacyjny – Emocje i Ciało, który skupia się na czerpaniu przykładu z ludzi żyjących kilkaset lat wcześniej.

“Czy z powodu jej nagłej, tragicznej śmierci i twojego złamanego serca?”. Nie. Nie dlatego. Umarła to umarła, zwykła rzecz. Straszna, ale zwykła. Wypadki drogowe zdarzały się każdego dnia. I nie dlatego, że autobus zgruchotał mu kręgosłup. Wcale nie dlatego. Więc dlaczego?

Ernest dotarł do swojego mieszkania, poczekał aż drzwi zespolą się w biel, zamknął strumień i dopiero wtedy osunął się na podłogę, ukrywając twarz w dłoniach.

 

***

 

Gdy dotarł do Ośrodka Elisa i Rick już tam byli.

Merhann przedstawił im aparaturę i przekazał jej działanie. Nie było to skomplikowane. Musieli tylko położyć się w kapsułach podobnych do regeneratorów i pozwolić Drzewu, by wykonało całą resztę. Obejrzeli też surogatów, czekających na nich na miejscu. Ernest zdziwił się. Sądził, że będą to humanoidalne roboty, przypominające plastikowych ludzi, lecz te wyglądały… jak kłąb poskręcanych rurek, kabli i mechanicznych ramion. Z całą pewnością nie były humanoidalne. Wiedział, że Drzewo wpisało mu w pamięć jakąś instrukcję użytkowania, która uaktywni się dopiero, gdy będzie na planecie, ale i tak nie wierzył, że uda mu się w tym czymś poruszać.

Tajniki ludzkiego umysłu nadal nie zostały w pełni zgłębione. Jednym ze sposób na sterowanie surogatami było przeanalizowanie połączeń neuronowych w mózgu i odtworzenie ich w symulacji komputerowej. Lecz nie była to doskonała metoda – nie wiadomo, jak wiele niezbadanych, nanoelementów ma wpływ na myślenie. Postanowiono zatem skorzystać z ludzkiego umysłu bez rozumienia go. Wystarczyło odpowiednio podpiąć nadawane sygnały zmysłowe do części mózgu i, w innym jego miejscu, odbierać gotowe decyzje. Zamiast rozwiązywać i kopiować skomplikowany labirynt, użyją już istniejącego – w jednym miejscu wrzucają dane, w drugim patrzą, co wychodzi. Proste. Bardzo proste, gdy Merhann tłumaczy to w ten sposób… Tylko, co to właściwie znaczy? Gdzie tak naprawdę będą? Tu, czy tam? Jeżeli tam, to kto będzie w jego ciele tu? I tak dalej…

To była niepraktyczna filozofia. Nie prowadziła donikąd. Nie trzeba o tym myśleć, nie trzeba, przecież wystarczy położyć się w kapsule, o właśnie tak. Szklana kopuła opuszcza się bezszelestnie. Zniekształcone odbicie własnej twarzy, śmiesznie rozciągniętej na szkle. Znajomy, trudny do określenia zapach, kapsuła napełnia się gazem…

To mały krok dla człowieka, pomyślał. Ale wielki kro…

Osunął się w pustkę.

Spadał. Znowu. Znowu tu był.

Wszystko było zupełnie tak, jak wtedy. Moment między hibernacją, a Obudzeniem. Znowu tak samo. Jakby nic się nie zmieniło przez ten czas. Jakby wszystko, co zdążyło się wydarzyć od Obudzenia nie miało żadnego znaczenia. A może… to wszystko też był sen? Czy właściwie kiedykolwiek opuścił to miejsce? Czy tylko zdawało mu się, że chodzi po nowym świecie, rozmawia z ludźmi, żyje, oddycha…? Może nic nie było naprawdę… może tylko ta ciemność była naprawdę.

Osunął się głębiej. Spadał. Bał się tego, co na dole. Na dole było… Nic. Co będzie gdy tam dotrze? Latać, tak, trzeba nauczyć się latać. Do góry, do góry, o tak, właśnie tak. Żeby nie spadać. Szybować swobodnie w łagodnej ciemności. Jest ciepło. Dobrze. Ciemność jest przytulna i gładka. Można zagarniać ją dłońmi i ugniatać delikatnie, jak ciasto. Można odbić się od niczego i wzlecieć wyżej, witać się z pustką, z ciemnością, urządzać własny niebyt po swojemu…

I nie myśleć o niczym. Niczego nie potrzebować. Trwać albo nie trwać. Żyć albo nie żyć. Spadać albo lecieć. Nie być kimś, tylko szybować…

– Ernest! Jesteś?

 Tańczyć, wirować, masować nicość, a gdy się znudzi… osunąć się głębiej, niżej, czekać, aż czas przestanie dotyczyć, wypaść poza…

 – Ernest! Hej!

Otworzył oczy. Oślepiła go plama światła. Mrugał przez chwilę, dopóki świat nie wyostrzył się w jasny prostokąt. W jego rogu widniała twarz Ricka. W niczym nie przypominała już tego beztwarzowego manekinu, który widział wcześniej. Uśmiechał się szeroko i machał do niego.

– Hej! Jesteś?

– Jestem, jestem – powiedział. Było to dziwne uczucie. Nierealne. Jakby jego usta były odklejone od ciała. Słyszał własny głos, odbijający się echem od ścian metalowego kontenera, w którym się znajdował. Ale coś było inaczej.

Rezonatory. To o nie chodziło. Dźwięk nie rezonował w czaszce i piersi. Jakby dobywał się z zewnętrznego głośnika, a nie z ciała. Wiedział, dlaczego. Wiedział, że tak naprawdę nie ma żadnego głosu, żadnej piersi, ani ciała. Był tylko ten manekin i on w środku niego. Właściwie to wcale nie w środku, gdzieś indziej. Tkwił gdzieś, wciśnięty między kwarcowe neurony i nanoukłady komputerowe. I tylko one – przewody i impulsy elektryczne – rozdzielały go od milionów lat świetlnych nicości kosmicznej…

– Chodź! Idziemy! – To był głos Elisy. Pojawiła się za Rickiem. Wyglądała tak, jak zawsze. Burza rudych włosów nie zmieniła położenia nawet o milimetr. Jak zamrożona. Albo namalowana. Namalowana wewnątrz jego głowy.

– Idę, idę. Ehm… jak to zrobić?

– Po prostu, idź.

– Dzięki, stary. A konkretnie?

– No… jedna noga, druga noga, jedna noga, druga noga… i tak w kółko.

Ernest spróbował. Faktycznie, ruszył naprzód. Nogi szły bardzo porządnie. Maszerowały dziarsko, tupiąc w blachę. Rzecz w tym, że… czuł je jakby z daleka. Czasem z lekkim opóźnieniem. Podnosił już stopę i dopiero wtedy czuł, że wcześniej ją postawił.

Zatrzymał się przed pochyłą rampą, prowadzącą na rozgrzany piasek. Niepewnie wysunął stopę. Chciał ostrożnie oprzeć ją o metal, aby sprawdzić stabilność zejścia. Noga nie posłuchała go. Wykonała cały krok, niespodziewanie dołączyła do niej druga, zamachał rękoma, łapiąc równowagę, lecz przyniosło to skutek odwrotny.

– Jezuuu! Aaa…!

Krzyknął z bólu, waląc plecami w rampę. Odbił się od niej, spadł w bok i zanurzył twarz w piasku. Dopiero wtedy uświadomił sobie, że nic go nie boli. Nic prócz dumy.

– Spoko, wszystko spoko, nic mi nie jest! – wybełkotał twarzą w grunt i znów zdziwił się, nie czując w ustach piasku. Powinien tam być.

 Po chwili nieudolnego szurania kończynami Rick i Elisa pomogli mu się podnieść. Elisa doradziła mu, aby nie myślał o tym, jak wykonać daną czynność. Najlepiej, żeby myślał tylko o tym, co chce zrobić. Ciało surogata samo znajdzie na to najlepszy sposób. Wtedy zaczęło mu iść lepiej. Czuł się jak pasażer za kierownicą. Pasażer własnego ciała. Czy też – pasażer obcego ciała.

 Szli po nagrzanym piasku. Rick chyba się popisywał. Skakał na kilkanaście metrów w górę i spadał na ręce. Chwilę szedł na rękach, potem opuszczał przed nie nogi i poruszał się na odwróconych czworakach, by nagle wyprostować się wbrew prawom natury i iść dalej normalnie. Cóż, w końcu był connect operatorem.

 Po obu ich stronach ciągnęła się pomarańczowa, drżąca gorącem pustynia. Linia horyzontu rozmywała się na granicy nieba i piasku. Za nimi tonęły w pyle aparatury i urządzenia.

 A przed nimi… Przed nimi wznosił się z daleka gigantyczny, czarny kształ. Zajmował połowę nieba. Po kilku chwilach weszli w jego cień. Ernesta przebiegł dreszcz. Co było właściwie niemożliwe, więc prawdopodobnie wzdrygnął się tylko w umyśle.

 Rick pokazał mu, jak poruszać się szybciej i, nie chcąc tracić czasu, pobiegli po piasku. Po kilkuset metrach przekroczyli granicę ludzkich możliwości i nadal przyspieszali. Ernest nie czuł ani zmęczenia, ani zadyszki. Jedynie lekkie, sprężyste uderzenia stóp o piasek. Nie sprawdzał już, czy czucie zgadza się z ruchami. Biegł na spotkanie z grzybotworem.

 Zatrzymali się kilkadziesiąt metrów od czarnej kolumny. A może wcale nie czarnej? Czy czerń może być tak… chłonna? Materia zdawała się wsysać światło z okolicy.

– To nie jest ten sam, prawda? – zapytał.

– Nie – odparła Elisa. – Tamten znajduje się dużo dalej. Ten jest najbliżej stacji, dlatego Merhann go wybrał.

Stali w milczeniu. Ernest wiedział, że nie jest tu naprawdę, że to tylko złudzenie, trick komputerów, strojących sobie żarty z jego zmysłów. Na planecie nie dało się oddychać, temperatura bijąca od czterech słońc nie pozwoliłaby przeżyć nikomu i niczemu. A jednak… czuł się tak bardzo żywy. Tak bardzo naprawdę stojący i patrzący.

Patrzący na nieznany, hipnotyzujący obiekt. Wznosił się nad nim. Górował i trwał, jakby był starszy od kosmosu. Jakby był starszy od czasu. I jakby też patrzył na niego.

Ernest nie rozumiał, po co tu jest, co ma tu zrobić, jaki jest sens całego jego udziału w tym przedziwnym, pogmatwanym przedsięwzięciu. I był tu. On i to… coś.

– Myślicie, że to jest żywe? – zapytała Elisa.

– Zaraz się okaże – Rick skupił się, a Ernest zobaczył w strumieniu, że kontaktuje się ze stacją planetarną.

– Co chcesz zrobić? – Ernest obejrzał się z niepokojem na stację majaczącą gdzieś z tyłu.

– Sprawdzimy, jak reaguje na fale radiowe.

– Czekaj!

– Co?

– A jak ten też się rozsypie? Tak jak tamten? Zmiażdży nas.

Rick wzruszył ramionami.

– Przecież to inteligentna materia – powiedział wskazując na swoją pierś. – Wypełznie spod tych kamulców i znowu złoży się w surogaty, a my nie zauważymy nawet, co się wydarzyło. Uwaga… strzelam!

Ernest wstrzymał oddech, którego nie miał. Czekał, licząc sekundy. Nic się nie wydarzyło.

– Chyba ma to gdzieś – powiedział, gdy doliczył do pięćdziesięciu.

– Sprawdzimy promieniowanie ultrafioletowe.

Na to obiekt również nie zareagował. Rick próbował kolejno wszystkie rodzaje promieniowania, fal akustycznych i mechanicznych. Wszystko bez rezultatów.

– Hej! Halo! Jest tam kto?! – wygłupiła się Elisa.

Odpowiedziała im cisza. Ernest nie był nawet pewien, czy jej głos rzeczywiście rozchodzi się w powietrzu, czy jest słyszalny tylko w ich głowach.

– Jesteśmy przyjaźni! Chcemy nawiązać kontakt! – kontynuowała Elisa.

– Chyba śpią… – Ernest przykucnął i nabrał w dłoń piasku.

– Kto?

– Grzybowe krasnoludki.

Spojrzała na niego zdezorientowana.

– Dobra, wracamy do stacji, nie ma co tak sterczeć – odezwał się Rick. – Stamtąd spróbujemy jeszcze różnych substancji chemicznych, a jak to też nic nie da, to zrzucimy bombę. To go musi ruszyć.

Tak. Bombę. Bomba zawsze dobra. Nie wiadomo, z czym mamy do czynienia? Bombą go. Nie wiadomo, co zrobić? Bomba. A potem pomyślimy… Jeżeli to coś naprawdę żyje, to Ernest właśnie był świadkiem najgorszej w historii próby kontaktu z pozaziemską istotą. Pokrzyczeć, poszturchać, patrzeć, co się będzie działo.

Wstał i ruszył wolnym krokiem w stronę czarnej kolumny.

Potem wrócić, rozłożyć ręce. Nie wiemy. Niestety nic nie wiemy, jesteśmy bezradni wobec zagadek kosmosu. Nie wiemy, więc to rozwalmy. Może się czegoś dowiemy.

– Ernest? Gdzie idziesz?

Ale nie. Przecież nie o to chodziło. Chodziło o mexan. O przetrwanie ludzkiej rasy.

Był już dość blisko. Widział własne odbicie w gładkiej, jakby odlanej z czarnego szkła powierzchni.

Przetrwanie. A może nie przetrwanie? Mexan był potrzebny – energia, technologia. Ale dawniej ludzie żyli bez tego. Łupali kamienie, rąbali drewno, budowali domy, rodzili dzieci… Siedzieli w barach albo nad rzeką…

 Wyciągnął rękę.

 – Ernest! Wszystko w porządku? – Rick był tuż za nim. Zignorował go.

 Przed sobą widział własną twarz, nieco rozciągniętą w wypukłym odbiciu. Sztuczną twarz. Twarz nałożoną na pustą maskę. Pod nią nie było nic. Nie było Ernesta, nie było ciała, był jedynie ten dziwny, obcy kształt, na którego nałożyli imitację człowieka. I dziwny, obcy kształt przed nim. Jeszcze nie wiedzą, co na niego nałożyć. Ale gdy tylko się dowiedzą…

 Palce dotknęły czarnej, szklistej powierzchni. Poczuł delikatny chłód i dziwną wibrację. Rick usiłował złapać go za ramiona, Elisa krzyczała, ale było już za późno. Leciał w ciemność. Spadał do środka samego siebie, jakby w jego brzuchu eksplodowała czarna dziura. Niknął w sobie, tracił ciało. Leciał.

 I tym razem wiedział, że nie ma gdzie wylądować.

 

***

 

 Powinien zadzwonić po karetkę. Powinien ułożyć ją w bezpiecznej pozycji, powinien podjąć próbę przywrócenia czynności życiowych, powinien sprawdzić, w jakim stanie jest kierowca autobusu, czy są jacyś pasażerowie, powinien przypomnieć sobie wszystkie zasady pierwszej pomocy, które przez tyle lat wpajał swoim kursantom, powinien… powinien nie siedzieć tak i nie ściskać jej głowy.

 Zastanawiał się, dlaczego nie płacze. Powinien płakać. Powinien tak wiele rzeczy.

 Przypomniał sobie, że nie wykorzystała vouchera na lot szybowcem, który kupił jej na urodziny. Ciekawe, czy można go zwrócić? Powinien zadzwonić i zapytać, czy śmierć może być podstawą do zwrotu. Tylko, kiedy to zrobić? Nie, nie będzie miał czasu. Będzie do załatwienia mnóstwo ważniejszych rzeczy. A teraz był w szoku, to oczywiste, był w szoku i nie miał pojęcia, co się dzieje.

 Czuł się pusty. Jakby tylko obserwował samego siebie z daleka. Jakby wszystko to działo się w telewizji, w innym życiu. Powinien płakać. Czemu nie płacze, do cholery?

 Nie przyjmą zwrotu vouchera, nie był zakupiony na nią, tylko na niego. Bardzo chciała lecieć. Męczyło go o to od świąt. Nawet nie zarezerwowali terminu.

Nie mógł ruszać nogami. Nie czuł ich. Nic nie czuł.

Powinien zadzwonić do matki, że się spóźnią. Przez chwilę bezsensownie szukał ręką kieszeni z telefonem. Potem zapomniał, czego szuka i znów położył dłoń na czole Mai.

Tak długo się malowała. Dopiero teraz uświadomił sobie, że użyła perfum kwiatowych, które jej kupił. Też na urodziny. A mówiła, że nigdy ich nie użyje, bo były za drogie.

– Majka… – szepnął.

Nawet teraz wyginała usta w podkówkę.

 

***

 

To, co widział przed sobą okazało się być twarzą Merhanna. Obok niej znajdowały się jeszcze dwie. Elisa i Rick. Tak, chyba tak. Usta się poruszały. Coś do niego mówili. Brzmiało to jak bełkot. Słowa nie miały sensu.

Zamknął oczy. Niepotrzebnie je otwierał. Niepotrzebnie się wydurniał. Wszyscy się wydurniali.

Poczuł szturchnięcie w ramię. Coś zaskoczyło i nagle zaczęli mówić normalnie. Brzmiało to jeszcze gorzej.

Jezu, dajcie mi spokój. Czemu nie zostawią mnie w spokoju?

– Ernest. Ernest. Jak się czujesz?

Odburknął coś, czego sam nie rozumiał. Poczuł, że wchodzą mu do głowy.

No nie, to już przesada. Zamknął strumień. Otworzył oczy i usiadł.

– No? Co? Co jest? Co znowu?

– Wyśmienicie! – zawołał siarczyście Merhann.

– Co wyśmienicie?

– Baliśmy się już, że transfer się nie powiódł.

Merhann cieszył głupią mordę. Rick też się uśmiechał i machał do niego, jak idiota. Elisa stała z boku i przygryzała nerwowo wargę.

Pokrywa kapsuły, w której siedział była podniesiona. Zauważył, że kapsuły Ricka i Elisy były już schowane. Opuścił nogi na ziemię. Tak. To były jego nogi. Czuł, że są prawdziwe.

– Co się stało?

– Ehm… – Merhann skrzywił się. – Ciężko powiedzieć. Dotknąłeś obiektu. Wywołało to jakąś reakcję. Niezbyt jasną. Wiemy na pewno, że pojawiło się bardzo wysokie promieniowanie elektromagnetyczne, które zaburzyło pracę urządzeń. Twoja świadomość… została… no…

– Co z nią? Coś nie tak z moją świadomością?

– Kopia umysłu w surogacie uległa zniszczeniu. Twoje wspomnienia z planety zostały odtworzone i włączone do twojej pamięci. Tyle się wydarzyło.

Wstał i przeszedł na środek pomieszczenia.

– Aha. Mój umysł został zniszczony i odtworzony. Czaję.

– Nie do końca tak. Twój umysł cały czas znajdował się na swoim miejscu. Na planecie obecne były tylko surogaty, które…

– Dobrze, nieważne. Jak sądzę, masz już dane z naszej…

Nagle zamilkł, a przed jego czoło przebiegła krótka zmarszczka. Gdy odwrócił się do pozostałych, jego twarz nie miała żadnego wyrazu.

– Dwa tygodnie?

Nikt nie odpowiedział.

– Dwa tygodnie?

Merhann odchrząknął.

– Sam transfer na taką odległość trwa kilka dni. Odtworzenie wspomnień to kolejne kilka, a do tego te niewyjaśnione…

Ernest nie słuchał dalej. Dwa tygodnie… Dwa tygodnie zniknęły z jego życia, ot tak. Gdzie właściwie był przez ten czas?

Zresztą, co to za różnica? Trochę mniej czasu na liczniku zmiany i tyle. Troche mniej ćwiczeń afirmacyjnych, trochę mniej głupiego gadania.

– Dobrze. Coś jeszcze, jak mnie nie było?

– Tak. – Merhann ożywił się. – Wasza obecność na planecie w jakiś sposób wpłynęła na działanie Drzewa i urządzeń. Mogliśmy zrobić więcej badań. Lecz nadal nie rozpoczynają wydobycia mexanu. Poza tym odkryliśmy, że od czasu waszej wizyty obiekty zaczęły silnie reagować na wytwarzane pole elektromagnetyczne. Wygląda to tak, jakby odpowiadały na nie po swojemu. W kilka, czasem kilkanaście godzin po napromieniowywaniu z obiektu są wysyłane fale tego samego rodzaju, różniące się drobnymi szczegółami od tych wysyłanych przez nas. Spójrz, tak wygląda wysyłana przez nas fala, a tak ta, którą odbieramy…

Merhann wmyślił mu jakieś niezrozumiałe dane i wykresy. Ernest je zignorował.

– Nie zdołaliśmy jeszcze odczytać ich treści – włączyła się Elisa. – Myślę, że próbują coś nam powiedzieć. Elektromagnetyzm to ich język.

 Ernest uniósł brwi.

– Czyli już uznajemy to coś za żywe? Wystarczyło, że kopnęło człowieka prądem?

 Merhann pokręcił głową.

– Żaden z obiektów nie spełnia wszystkich warunków koniecznych do uznania go za żywy. Spełniają tylko część z nich. Zaobserwowaliśmy, że pobierają energię słoneczną. Ale w samej ich strukturze nie zachodzą żadne znane nam reakcje chemiczne. Obiekty nie poruszają się, nie zmieniają swojej formy. Warunek ruchu nie jest spełniony. Nie mają też żadnej możliwości przekazywania, czy nawet posiadania genów. W ich składzie cząsteczkowym nie występują ani białka, ani kwasy nukleinowe, tak jak we wszystkich znanych nam organizmach żywych. Nie wiadomo w jaki sposób i czy w ogóle się rozmnażają. I jak przebiegała ich ewolucja? Skąd się wzięły? Nie mają nic wspólnego z normalnymi żywymi istotami.

– Nie zmieniają formy? A co z tym, który… się rozleciał?

– Hm, no tak. Ten zmienił formę. Zrobiliśmy dokładniejsze badanie całej planety, około dwudziestu procent wszystkich obiektów znajduje się w takim samym stanie, jak ten. Niektóre od bardzo dawna, niektóre nie. Nie wiadomo, co wywołuje taką reakcję. W jednej chwili tak jakby… po prostu przestają pobierać energię słoneczną. Wtedy się rozpadają. Jakby bez powodu przestawały żyć. O ile, oczywiście, żyją. Hm… wydaje mi się, że powinieneś skorzystać jeszcze z regeneratora. Twoje hormony nie były stabilizowane…

– A co o tym wszystkim myśli Drzewo? Powiedziało coś wreszcie?

– Niezbyt. Nadal nie odpowiada bezpośrednio na pytania o naturę tego… zjawiska. Usiłowaliśmy za jego pomocą rozszyfrować ewentualną wiadomość w emitowanym polu elektromagnetycznym, ale nic z tego. Nie ma żadnej konkretnej powtarzalności, zasady lub czegoś, co mogłoby nosić choćby znamiona języka. Bezsensowna plątanina. Czysta losowość.

Ernest usiadł w fotelu. Zastanawiał się przez chwilę.

– Mówiłeś, że gdy dotknąłem tego czegoś, zaczęło wytwarzać silne pole elektromagnetyczne, tak?

Merhann pokiwał głową.

– Może to jest jakaś forma obrony? W końcu uszkodziło mi świadomość i w ogóle.

– To, samo w sobie, raczej nie powinno zrobić ci krzywdy, nawet gdybyś był tam w swoim ciele. Uszkodziło niektóre elementy zapisu danych, które brały udział w symulacji neuronowej pracy twojego mózgu.

Ernest nie pytał już o nic więcej. Merhann gadał coś jeszcze o braku różnic między obiektami, co miało dyskredytować je jako organizmy żywe z punktu widzenia ewolucji.

Wreszcie pożegnał się i wyszedł. Korytarz wyglądał dokładnie tak samo, jak wcześniej. Chyba w końcu skończyli zmieniać wystroje i układy pomieszczeń.

Czyli urządzenia wreszcie zaczęły normalnie działać. Nie wiadomo, dlaczego – nagle się coś odblokowało. Od momentu ich wizyty… To bez sensu, przecież nie byli tam tak naprawdę, jaki to mogło mieć wpływ? Przypadek, czysty przypadek.

W każdym razie – działają. Czasu mało, maszyny ciągną na resztkach paliwa, ale jeszcze wystarczy, zdążą. Jeśli zaraz zaczną, to pierwsza odrobina mexanu posłuży do zasilenia całego procesu i dalej wszystko pójdzie według planu. Wszystko gotowe. Wszystko z wyjątkiem dowódcy…

Drzewo nadal odmawia współpracy. Powinno zacząć wydobycie automatycznie już dawno temu. Tymczasem ono milczy. Obraziło się? Draństwo w każdym razie… Ręczne sterowanie aparaturą jest wykluczone, urządzenia są skonstruowane i zaprogramowane tak, aby ich pracę mógł koordynować jedynie supermózg komputera.

To nie trzymało się kupy. Przecież Drzewo do tego służyło – do wyjaśniania. Było szóstym zmysłem, który niemal zupełnie zastąpił pozostałe. W każdej sekundzie służyło człowiekowi nieograniczoną liczbą informacji i możliwości poznania. Wgryzało się w życie, wpełzało w sen, w oddech. Każdy krok, myśl i dźwięk były naznaczone jego działaniem, jego służalczą pomoca, natychmiastową, niemal rozpaczliwą próbą ułatwienia wszelkich codziennych czynności. Cały świat był na wyciągnięcie myśli. Czysty, sterylny, bezpieczny świat.

Ernest zatrzymał się gwałtownie.

Bezpieczny? Nie, wcale nie bezpieczny. Cały świat nie może być bezpieczny. Świat został ograniczony do tego bezpiecznego fragmentu, sterowanego, czyszczonego i pielęgnowanego przez Drzewo. Podziemne miasto, inteligenta materia, automatyczne zaspokajanie wszelkich potrzeb. Po co to wszystko? Kto to wymyślił? Kto tym steruje?

Drzewo. Aby chronić. Dla bezpieczeństwa. Do tego służyło Drzewo. Do ochrony ludzkiego życia. To była jego podstawowa i najważniejsza funkcja. O tym mówił Thomas Otrechkov.

Ernest odwrócił się i ruszył w stronę, z której przyszedł.

Trzeba wyłożyć to Merhannowi. Mylili się. Mylili przez cały czas. Milczenie Drzewa nie jest wynikiem błędu, usterki, zakłócenia. Ono milczy celowo. Chroni nas. To jedyne wyjaśnienie.

Nagle znów stanął.

Tylko co to znaczy? Na planecie jest jakieś niebezpieczeństwo? Mexan? Grzyby? Krasnoludki? Zielone potwory? Jak może nam zagrozić coś, co znajduje się cztery miliony lat świetlnych od nas?

I co mieliby z tym zrobić? Przetrząsać planetę w poszukiwaniu krasnoludków, szykujących inwazję? Nawet gdyby naprawdę było tam podobne cholerstwo już dawno by je znaleźli. Chyba że supercywilizacja liliputów posiadła tajemnicę niewidzialności…

Boże, robię z siebie głupka, pomyślał odwracając się ponownie i zmierzając w kierunku pomieszczenia transportowego. Muszę przestać tańczyć na tym korytarzu. Jeszcze mnie ktoś zobaczy…

Mimo to, po kilku krokach jeszcze raz się zatrzymał. Coś… unosiło się w powietrzu. Zazmrugał. Oczy i nos lekko go piekły.

Kwiaty…? To niemożliwe. A może możliwe? Nie, niemożliwe… A jednak – bardzo wyraźnie czuł zapach świeżych kwiatów. Albo raczej… perfum? Kwiatowe perfumy? Kwiatowe perfumy, które kupił jej na urodziny…

Chyba stopniowo popadał w obłęd. Dziwne sny, kwiaty, gigantyczne grzyby, dwutygodniowe zaniki świadomości, bieganie w tą i z powrotem po korytarzu, nienawistne krasnoludki… Co będzie następne?

Coś poruszyło się w kąciku jego pola widzenia. Bardzo powoli odwrócił się do ściany. Przed nim z niewiadomego powodu bezszelestnie rozsuwały się drzwi. Zapach dolatywał stamtąd. Ernest zmrużył oczy.

– Brian…?

 Głupie pytanie, oczywiście, że to on. Strumień pokazywał to jasno. Mężczyzna siedział na podłodze, oparty plecami o regenerator i patrzył na niego. Nie, nie na niego… Poprzez niego.

 Ernest podchodził powoli, czując, jak serce wali mu coraz mocniej w piersi. Ukucnął przy starszym mężczyźnie. Z trudem go rozpoznawał.

– Boże, Brian… Co oni ci zrobili?

 Brian nie zareagował w żaden sposób. Jego wzrok wisiał zaczepiony o coś bardzo dalekiego. Broda, zmarszczki, siwe włosy – te elementy pozostały takie same. Ale rysy… oczy… usta… zdawały się spływać wolno z jego twarzy. Jakby zaraz miały zacząć kapać na podłogę.

 – Brian… – powtórzył cicho Ernest. – Słyszysz mnie?

 Wciąż brak odpowiedzi. Zastanawiał się, czy potrząsnąć go za ramię, pomachać dłonią przed oczami, czy coś takiego. Ale nie, kim on jest, żeby tak machać komuś łapami przed twarzą?

 Zapach nie dolatywał od Briana. Owszem, był tu wyraźnie mocniejszy. Ale nie tu było jego źródło.

 Przez chwilę stał, nie wiedząc, co począć. Rozważał właśnie, czy nie usiąść obok i również nie zapatrzyć się w dal, gdy Brian się poruszył.

 Najpierw wzdrygnął się całym ciałem. Potem skrzywił twarz, jakby z jakimś zgryźliwym, cynicznym bólem i potoczył wokół smętnym, nieprzytomnym spojrzeniem. Wreszcie zatrzymał je na kolanach Ernesta. Gapił się na nie przez chwilę obojętnie. Potem uniósł wzrok wyżej i dostrzegł twarz.

– Co za cholera… Ernest?

 

***

 

Początkowo słowa wydobywały się z Briana z trudem. Jakby ledwo mogły się przecisnąć przez nieruchome wargi. Później jednak zaczął się z wolna ożywiać, niczym rozgrzewający się silnik. Po kilku minutach rozmowy krążył już po pokoju, zacierał ręce, rumienił się na policzkach i słychać było, że stopniowo wzbiera w nim dawny, porwisty rechot.

– To ci dopiero! To ci dopiero, ha! W coś ty się, synu, wplątał? Taka afera! Mexan i gigantyczne grzyby! No, Halski, masz talent, nie ma co!

 Ernest siedział w zjawionym fotelu i słuchał przyjemnej, żywiołowej paplaniny Briana. Straszliwie jakoś lubił tę jego chaotyczną gadaninę i ten obcy akcent. Właściwie, to dziwne, że Brian miał obcy akcent. Przecież język miał wgrany, włączony w pamięć. Skąd akcent? Może tylko mu się wydawało?

 – Skąd jesteś, Brian? – zapytał, gdy mężczyzna zatrzymał się, aby podłubać w zębie.

 – Co?

 Brzmiało to bardziej jak pełna odpowiedź, niż pytanie.

 – Skąd jesteś? Z jakiego kraju?

 Brian spojrzał na niego spode łba.

 – Z kraju? Zdurniałeś, Halski?

 – Tak, z jakiego kraju jesteś? Były kraje za twoich czasów, musiały być.

 – Co ty pytasz, Halski – burknął Brian, przysiadając na oparciu własnego fotela. – Ej, tam. Były, były. Teraz już nie ma. No i co?  

 – Co? Nic. Tak pytam tylko.

 – A co ci to robi? Nie ma i już. Durnoty. – Brian wzruszył ramionami.

 Nie dowiem się, pomyślał Ernest. Czemu nie chce powiedzieć? Co mnie to zresztą obchodzi? A swoją droga, to też dziwne – mówiliśmy tym samym językiem już przed podłączeniem. I syndykatorzy też mówili. To kiedy nam go wgrali? Jeszcze przed podłączeniem. A nawet przed Obudzeniem.

 – Co myślisz o tej sprawie, Brian? Drzewo chroni nas przed krasnoludkami albo innym robactwem? Czy po prostu świruje?

Ernest bawił się palcami, próbując przypomnieć sobie, jak się robi “idzie kominiarz po drabinie”. Chciał to pokazać Brianowi, uśmieje się.

Brian wydał nieartykułowane burknięcie, najwyraźniej myśląc o czymś innym i wsadził łapy do kieszeni.

 – Bo może to te grzybulce są jakimś niebezpieczeństwem, nie wiem – kontynuował Ernest. – Możliwe, że one są żywe. Ale ciężko to stwierdzić, Merhann mówi, że nie. W każdym razie, jeden kopnął mnie prądem, czy czymś podobnym.

 – Prądem cię kosmita kopnął? He, he, nieźle. Zabiłeś go?

 O, już prawie się udało. Gdzie ten kciuk miał wystawać?

 – Nie, one i tak same umierają. Nie reagują na nic, co próbujemy im robić, a same nagle się rozsypują na kawałki, nie wiadomo, dlaczego. I to nie był prąd, tylko… nie wiem, co. I one gadają, wiesz? Tylko nie tak naprawdę, wysyłają fale. Elektromagnetyczne. Ej, spójrz! Idzie kominiarz po drabinie… – Zerknął na Briana, żeby sprawdzić, czy mu się podoba. – Brian, patrz!

Brian uważnie obejrzał popis. Potem – w najwyższym skupieniu – kazał go sobie powtórzyć jeszcze dwa razy. Wreszcie, tak jak Ernest się spodziewał, ryknął głośnym, niepohamowanym śmiechem. Śmiał się i ocierał łzy przedramionami, ponieważ ręce zajęte miał już ćwiczeniem nowej sztuczki. Szło mu nieporadnie z jego grubymi, twardymi palcami. Ernest próbował mu pomóc, ale mężczyzna wreszcie znudził się. Skoczył na łóżko, rozparł się na nim jak bogaty Rzymianin i zawołał:

– Miałeś pogrzeb, Halski?

– Co?

– Miałeś pogrzeb? Pogrzebali cię?

– Jak to?

– No, jakiś symboliczny. Pomnik, spalenie twoich rzeczy albo napis na rodzinnym nagrobku, czy coś? Teraz nie ma takich rzeczy, ale przed twoim zamrożeniem chyba były?

– Czemu ciągle mówisz “zamrożenie”? Przecież wcale nie byliśmy zamrożeni, tylko zahibernowani w jakiejś wodzie.

– Aj, tam, nie zmieniaj tematu. To jak?

Ernest zastanowił się.

– Nie wiem… Chyba nie. Chociaż w sumie, nie wiem, co matka mogła tam wymyślić… Może coś tam postawiła parę lat po moim zamrożeniu, tfu, zahibernowaniu.

Brian położył się na plecach i splótł dłonie na piersi.

 – Jak ja umierałem, to zrobili mszę. Wiesz, co to msza, nie?

 – Wiem.

 – No. Mszę zrobili. Śpiewali, bili w dzwony. Nie mogłem już wtedy chodzić, nieśli mnie przez cały kościół i jeden kretyn mówił z ambony, że to jak chromego w Ewangelii. Baby płakały, faceci salutowali i wszyscy pchali się i gapili na mnie, jak na małpę w cyrku. Banda durni.

Nagle Brian zerwał się z łóżka, stanął na środku pomieszczenia i zawył przeraźliwie. Ernest nie od razu zrozumiał, że mężczyzna śpiewa.

– Mieeej goo w sweej opieeece, Boooooże nasz! Ty jeeedyynie nasze drogi znaaasz…

Trwało to pewien czas. Brian unosił w górę ręce, salutował, udawał, że ociera łzy, stękał i wzdychał. Wreszcie zamilkł i usiadł na podłodze koło Ernesta. Po chwili uniósł wzrok i wpatrzył się w niego swoimi okrągłymi, jasnymi oczami.

– Jesteś wierzacy, Halski? – dowalił nagle.

– Hm… Wierzący w co?

– W Boga oczywiście.

– Nie wiem. Dawno się nad tym nie zastanawiałem.

– Tak, wiadomo. Jak wszyscy… – Brian przysunął się bliżej niego. – Halski. Co się stało z Bogiem?

Ernest milczał. Poczuł, że ma ochotę wstać i wyjść. Ale Brian wychylił się w jego stronę i wypchnął gałki oczne jeszcze dalej. Wyglądał teraz jak chora ropucha.

– Co się stało z Bogiem, Halski? – Zasyczał z nieprzyjemną fascynacją. Patrzył wyczekująco, zaciskając wszystkie mięśnie twarzy. Ernest cofnął się lekko i pokręcił głową. Brian nadal trwał w napiętym bezruchu. Mierzyli się wzrokiem.

– No co? Czego chcesz? – krzyknął w końcu Ernest.

Brian przysunął usta do jego ucha. Bardzo blisko. Czuł jego gorący, wilgotny oddech, kiedy zaczął szeptać.

– Bóg zstąpił na ziemię i stał się człowiekiem. Oto, co się z nim stało. Bóg zstąpił na ziemię i stał się człowiekiem, oto co się z nim stało, Halski.

Ernest podniósł się. Wyjść, wyjść stąd. Wydostać się, szybko. To jakieś głupie miejsce. Głupie gadanie, trzeba iść.

Nagle ręka Briana wystrzeliła i chwyciła go za nogawkę. Była zaskakująco silna i żylasta.

– W tym cholernym świecie nie ma bólu! – wrzasnął starszy mężczyzna. Ernest szarpnął nogą, ale uścisk był zbyt mocny. – Nie ma bólu, słyszysz! A jak nie ma bólu, to nic nie ma, słyszysz mnie, Halski? Nic tu nie ma, to cholerny sen, nic tu nie ma, Halski! Nic!

Ernest szarpnął znowu i poleciał na podłogę. Posadzka zapadło się miękko, amortyzując upadek. Wtedy Brian chwycił jego nogi obiema rękoma, podciągnął się w stronę jego twarzy i uniósł nad nim na rozpostartych ramionach. Sucha, pomarszczona twarz byłego żołnierza znalazła się nad twarzą Ernesta.

 – Wszystko to sen, Halski! To sen, trzeba się obudzić! Budź się, Halski!

Ernest jęknął i wierzgnął się rozpaczliwie. Ręka Briana straciła oparcie, ciało mężczyzny opadło, ale już nie próbowało go chwytać. Ernest wydostał się spod niego i rzucił pod ścianę, dysząc ciężko.

Brian leżał na brzuchu. Powoli znów uniósł się na ramionach, wysoko zadzierając głowę i wystawił język. Przez kilka sekund kiwał się tak, niczym gigantyczna jaszczurka, po czym niespodziewanie rozluźnił ręce, oderwał je od podłoża, a wysunięta żuchwa ruszyła na spotkanie z posadzką. Ernest zerwał się na równe nogi. Chciał złapać jego głowę, zanim doleci do ziemi, krzyczał coś bez sensu. Było już za późno.

Szczęka zderzyła się z posadzką. Jednak w chwili zderzenia nie rozległ się spodziewany trzask kości. Zamiast niego Ernest usłyszał tylko mokre plaśnięcie. Głowa Briana delikatnie zanurzyła się w białej masie i znieruchomiała. Po chwili przez ciało mężczyzny zaczęły przebiegać drobne dreszcze. Ernest zrozumiał, że Brian się śmieje. Śmiał się, a jego rechot tłumiła miękka papka, w którą zamieniła się w tym miejscu posadzka.

Potem zaczął gramolić się z podłogi, aż uniósł na tyle, żeby oprzeć się plecami o przeciwległą ścianę. Nadal śmiał się, pokazując Ernestowi język, jak niesforny chłopaczek. Tylko jasne oczy się nie śmiały.

I nagle twarda ręka wystrzeliła w górę, pięść rąbnęła w szczękę, zęby przecięły skórę języka. Krew trysnęła na posadzkę długim, pojedynczym strumieniem.

 Ernesta sparaliżowało. Patrzył, jak ciało Briana przebiega gwałtowny wstrząs, oczy chowają się do środka głowy, twarz w ciągu sekundy traci wyraz i mężczyzna osuwa się na podłogę. Krew powoli tworzy czerwony, rosnący krąg wokół jego ust i głowy.

Biała masa najbliższej ściany wypluła kopułę regeneratora. Szkło nakryło leżącą postać, a mleczny gaz wypełnił powierzchnię wewnątrz.

 

***

 

 Ernest siedział nieruchomo, wytrzeszczając oczy. Nie mógł oderwać wzroku od białego kształtu pod ścianą. Po pewnym czasie drzwi otworzyły się i wszedł przez nie Thomas Otrechkov.

– Powrócił z zaświatów, syn marnotrawny – wydeklamował na jego widok. – Po raz drugi. Jak było w nicości, przytulnie?

Ernest posłał mu pełne zagubienia spojrzenie. Wskazał ręką na zasnutą gazem kopułę i otworzył usta, nie mając pojęcia, co powiedzieć.

 Thomas zerknął na regenerator, cmoknął z dezaprobatą, odwrócił się i ruszył tam, skąd przyszedł. Ernest zerwał się na równe nogi. Dogonił go na korytarzu przed drzwiami. Syndykator przystanął wyczekująco.

 – Ja nie wiem… nie wiem, co się stało… on… po prostu…

 – Wiem, wiem, po prostu… – Thomas sugestywnie przytknął pięść do brody. – Tak… to nie pierwszy raz… To jego sposób na wyrwanie się z rzeczywistości. Z obu rzeczywistości.

 – Ale… ale… dlaczego? – Ernest znów spojrzał na mleczną bańkę wewnątrz pomieszczenia.

 Thomas wzruszył ramionami.

 – No, właśnie. To cała zagadka. Tak, jak ci mówiłem, jego Drzewo wydaje się mieć odmienne myślenie o tym, co dla niego dobre. Nie reguluje mu porządnie poziomu nastrojowego. Ty jesteś teraz w szoku, ale on już mija. Regulator stara się z całych sił i już za minutę przestaniesz przeżywać to zdarzenie. A on tak nie potrafi. Siedzi i roztrząsa wszystko, co mu w głowie siedzi. Co, jak widać, nie prowadzi do niczego dobrego. Ciągle robi sobie coś, co wywołuje taki ból, iż Drzewo postanawia go uśpić i wsadzić do regeneratora. Niestety. – Thomas zrobił smutną pauzę. – No, nic tu po mnie, poczekam, aż się zregeneruje.

 Ruszył korytarzem w stronę dalszych pomieszczeń. Ernest pospieszył za nim. Rzeczywiście, czuł, że emocje stopniowo opadają.

 – Drzewo usypia ludzi, gdy czują ból? – zapytał w miarę już spokojnym głosem.

 – Tak. No, nie zawsze, zależy od stopnia natężenia tego bólu. Jeśli można to załatwić zwykłymi znieczulaczami, np. przy skaleczeniu albo uderzeniu w palec, to obchodzi się bez sztucznej anabiozy. Dopiero, gdy ból jest zbyt duży, Drzewo usypia człowieka i wymazuje z pamięci ciała kilka wcześniejszych sekund. Ale to się zdarza bardzo rzadko. To znaczy, u większości ludzi. U Briana Waethorna zdarza się to praktycznie co kilka dni.

 – Ale… dlaczego? O co tu chodzi?

 Thomas westchnął, ale nic już nie powiedział. Ernest szedł w milczeniu przy jego boku. Odruchowo zerknął na Licznik Zmiany Thomasa. Dwa dni… Jezu, tylko dwa dni. Czy jest coś, co powinien powiedzieć? Zacząć się żegnać, czy coś? Głupio, straszliwie głupio by to wyszło.

On sam wolałby nie wiedzieć, ile czasu mu pozostało. Starał się nie patrzeć na swój Licznik. W ogóle, po co to jest publiczna informacja? To było jakieś takie… niezręczne. Zbyt osobiste. Kiedyś ludzie umierali ot tak, nagle, bęc i nie ma. Teraz… jakby prawie się tym chwalili. Po co to komu wiedzieć? Przychodzi czas, to przychodzi czas. Nie ma na co czekać, tego się nie planuje. To znaczy… kiedyś się nie planowało. Teraz tak. Teraz jest od początku zaplanowane.

Doszli do miejsca, w którym korytarz rozwidlał się. Jedna odnoga prowadziła w głąb Ośrodka Atrovelge, druga do włazu wyjściowego, czyli do pomieszczenia transportowego.

Thomas się nie żegnał – realizował inny program afirmacyjny. Po prostu skręcił w lewo, a Ernest został w miejscu. Dopiero gdy syndykator zniknął za zakrętem korytarza, uświadomił sobie, że bardzo mocny zapach kwiatów, który czuł przed chwilą, powoli słabnie i rozwiewa się w powietrzu.

 

***

 

W mieszkaniu uruchomił zapis rozmowy z Merhannem. Odtwarzał kolejne sekundy, co pewien czas, notując coś w strumieniu. Szukał połączenia faktów. Drzewo odmawiające współpracy, cudowne ozdrowienie uszkodzonych maszyn, grzybotwory rozsypujące się w proch bez powodu, porażenie nieznaną energią, gdy dotknął jednego z nich, dwa tygodnie śpiączki…

Skupił uwagę na zapisie fal elektromagnetycznych wysyłanych przez obiekty z planety. Poddał się po kilkunastu minutach. Wykresy i liczby nie miały sensu. Skoro nawet Drzewo nie było w stanie rozszyfrować ich treści…

Zamknął strumień i uruchomił ćwiczenia afirmacyjne. Siłownia. Podnosił wysuwające się ze ściany ciężary, robił pompki, skakał. Starał się jak mógł, ale jak zwykle nie czuł zmęczenia.

Gdy skończył, ciężary wtopiły się w podłogę. Na ich miejscu pojawił się regenerator. Przysiadł na jego krawędzi. Wszedł w ustawienia regulatora nastroju. Spróbował go wyłączyć. Bez efektu. Sprawdził, czy może ustawić wszystkie wskaźniki na minimum. Mógł, ale zaraz pojawiło się jakieś ostrzeżenie, a następnie ustawienia wróciły automatycznie na dawne miejsce.

W tym cholernym świecie nie ma bólu… O co mu chodziło? Przecież to dobrze. Nie ma bólu, wojen, tragedii rodzinnych, tęsknoty, rozczarowań. Nie ma wściekłości, smutku, rozpaczy…

Było tylko… to dziwne niezmienne trwanie w jakiejś przyjaznej, spokojnej chmurce jednego uczucia… Jakie to uczucie? Trudno powiedzieć.

Zanim położył się w regeneratorze, otrzymał jeszcze przekaz od Merhanna. Syndykator postanowił odesłać roboty. Nie wiadomo, co skłoniło go do tej decyzji, a Ernestowi nagle zrobiło się to absolutnie obojętne.

Istniała jeszcze – co prawda bardzo niewielka – szansa, że maszyny w drodze powrotnej znajdą mexan gdzieś bliżej. To była jedyna nadzieja. Nadzieja, że Drzewo jednak zadziała, że coś samo się uda…

Na tym opiera się funkcjonowanie ludzkości, myślał, patrząc na zbliżającą się szklaną kopułę. Wszystko robi się samo. A jak nie, czekamy, aż zacznie. I tak trwamy, zupełnie jak…

Coś jeszcze pomyślał, miał jakieś ważne skojarzenie. Ale nie zdążył go uchwycić. Mleczny gaz porwał go ze sobą w nicość.

 

***

 

– Ja bym się zabiła, gdybyś umarł, Ernest.

– Jezu, Majka. Przestań.

– Naprawdę.

– Nie mów tak.

– Dlaczego?

– Majka. Ja nie umieram… Hej, spójrz na mnie. To tylko skierowanie na dodatkowe badanie. Nic mi nie jest. Gdy lekarze nie mają stuprocentowej pewności, zawsze zakładają najgorsze. Żeby nikt nie miał pretensji, gdyby jednak coś się okazało. Ale to nie znaczy, że się okaże. Nic się nie okaże, Majka.

– No dobrze… Ale ty byś się nie zabił, gdybym umarła?

– Nie.

– Nie?

– Nie. I ty też nie. Każda istota żywa posiada wewnętrzne mechanizmy obronne przed samobójstwem. To warunek konieczny do istnienia życia. Nie ma czegoś takiego jak samobójstwo.

– Powiedz to samobójcom.

– Oni też mają te mechanizmy. Nie są w stanie po prostu przestać żyć.

– Jak to? Przecież to właśnie robią.

– Nie. Nikt nie jest w stanie przestać żyć. Można spowodować pewne okoliczności, w wyniku których ludzkie ciało dozna takich uszkodzeń, że funkcje biologiczne ustają. Ale to nie jest samobójstwo. To jest samo-spowodowanie-bójstwa. Ludzie, dzięki inteligencji i umiejętności posługiwania się narzędziami, potrafią wywołać ciąg przyczynowo-skutkowy, który wywoła ich własną śmierć.

– O co ci chodzi? To bez różnicy.

– Różnica jest zasadnicza. Zobacz, zwierzęta tego nie potrafią. Nie są w stanie przeprowadzić na tyle świadomej analizy intelektualnej, żeby dojść do wniosku, że chcą się zabić, po czym zaplanować i zrealizować własną śmierć. Ludzie posiadają tę umiejętność, ale to tylko logika. Nie wierzę, że naprawdę rozumieją, co czynią.

– Jak to?

– Nie rozumieją, czym jest śmierć. Nikt tego nie rozumie i nikt nie może podjąć w pełni świadomej, racjonalnej decyzji “tak, chcę umrzeć”. Nawet jeśli zdecydują się na samobójstwo, to jestem pewien, że w ostatnich sekundach swojego życia oddaliby wszystko, byleby je zachować. Widziałem ich, Majka. W zeszłym roku miałem trzy wezwania do samobójców. Widać, że walczyli o życie, chcieli to cofnąć… Dla większości ludzi, którzy myślą o samobójstwie ten moment nadchodzi wcześniej. Dlatego ich odratowujemy… Ten strach to naturalny wynik działaniu doboru naturalnego. Główny motor wszystkich naszych działań. Gdybyśmy byli nieśmiertelni, nic byśmy nie robili. A ci, którzy nie bali się śmierci wyginęli dawno temu. Zostaliśmy tylko my. My, którzy się boimy.

– Przypadek…

– Nie przypadek, tylko ewolucja. Konieczność statystyczna.

– A z czego wynika taka, a nie inna konieczność statystyczna? Z przypadku.

– Co?

– Dlaczego akurat ci, którzy nie boją się śmierci nie umierają? Co, gdyby ludzkość była jedynym gatunkiem zamieszkującym ziemię i nic by jej nie zagrażało?

– Walczylibyśmy między sobą. Ciągle to robimy.

– Ale gdybyśmy nie musieli? Walczymy, bo tak nam każą instynkty walki o przetrwanie. A gdybyśmy mieli wszystko? Gdybyśmy nigdy nie musieli starać się o przetrwanie? Te instynkty nigdy by nie się w nas nie wykształciły. Strach przed śmiercią też nie.

– Ludzie umieraliby przed przekazaniem genów dalej.

– Chyba że nie musieliby ich przekazywać. Gdyby się, na przykład, klonowali automatycznie. Ludzie nie musieliby dożywać pewnego wieku, żeby gatunek mógł zostać przedłużony.

– Wtedy umieraliby w dowolnych momentach, w sposób zupełnie przypadkowy, bez związku ze swoim stanem fizycznym. Możliwe, że istniały kiedyś takie pierwotne, prymitywne gatunki. I wszystkie wyginęły. Taka ludzkość, też by szybko wyginęła, a jej miejsce zastąpiłby inny gatunek.

– Niekoniecznie. Nie, gdyby istniała jakaś wielka maszyna, produkująca ciągle nowych ludzi, bez związku z tym, co się z nimi później dzieje.

 

***

 

Brian nie żyje. Artur znów zaprasza na śniadanie.

Ernest przyglądał się obu informacjom, zwieszając nogi z podestu regeneratora. Nie był zaskoczony. Ani trochę. Zastanawiał się, czego był bardziej pewien – że Brian umrze, czy że Artur znów zaprosi go na śniadanie?

Nie potrafił powiedzieć. Zsunął się z regeneratora i zabrał za ćwiczenia. Po kilku minutach uświadomił sobie, że stoi na środku pokoju i gapi się nieruchomo w pole wyboru dyscypliny.

A, szlag by to. Odwrócił się i wyszedł.

W drodze do ośrodka myślał o robotach oczekujących na rozkazy miliardy lat świetlnych stąd. Wiedział, że wszystkie są w nieustannym ruchu, kręcą się w kółko, naprawiają się nawzajem, po raz tysięczny sprawdzają sprawność wszystkich układów, przestawiają zmagazynowane części, zapasy, surowce… Robią wszystko, byleby nie pozwolić swoim mechanizmom sczeznąć. Nie mogą sobie pozwolić na chwilę bezruchu, na ostudzenie silników, na zatarcie pustynnym pyłem.

Ale tak naprawdę… po co to robią?

Żeby trwać. Żeby wisieć uczepione odłamka rzeczywistości w beznadziejnej pustce. Żeby nie spaść w tę pustkę…

 

***

 

 Ciało Briana wyglądało tak samo jak wtedy, gdy Ernest widział je pierwszy raz. I tak, jak wtedy, gdy widział je w regeneratorze. Gdyby nie informacje z Drzewa i słowa Thomasa Otrechkova, nie byłby w stanie odróżnić martwego Briana od żywego Briana.

 – Dlaczego?

 – Hm? – Ernest wpatrywał się beznamiętnie w leżący kształt. Wiedział, że nie może sobie pozwolić na żadne silne emocje. Brian by go za to zabił. Nienawidził tkliwości.

– Dlaczego chciałeś to zobaczyć?

– Hm. Nie wiem. U nas…

Thomas odsunął się od regeneratora i kopuła bezszelestnie zakryła ciało. Mleczny gaz wypełnił wnętrze, zupełnie tak, jakby martwy mężczyzna kładł się do snu. Kopuła powoli zaczęła wsuwać się w ścianę.

– U nas co?

– U nas był taki zwyczaj. To znaczy… kiedyś, znaczy… nieważne…

Thomas zerknął na niego, ale nie naciskał na kontynuowanie tematu. Wyprostował się i skupił na jakichś informacjach w Drzewie.

Ernest chrząknął. Bardzo nie chciał o to pytać, ale… nie potrafił inaczej.

– Co teraz?

Syndykator uniósł brwi.

– No… z ciałem… Co się dalej robi?

Syndykator zmarszczył brwi.

– Nic. Nic się nie robi. Nie rozumiem.

– A… jakiś pogrzeb? Ludzie wiedzą?

– Wiedzą. Wszyscy wiedzą.

– A co będzie z ciałem?

Ernest wskazał palcem na otwór w ścianie, który już się zasklepiał. Zdziwiony wzrok Thomasa podążył za jego palcem, zawisł na moment, po czym powrócił na twarz Ernesta tą samą drogą.

Ernest dłonią czoło. Jak to wszystko go strasznie męczyło…

 – Nieważne. To, co się stało? Dlaczego przestał żyć?

 – Nic. Po prostu. Przestał żyć.

 Nie dogadamy się, pomyślał Ernest. Mimo to, spróbował jeszcze raz.

 – Jak to, po prostu przestał żyć? Nie da się po prostu przestać żyć.

 – Nie?

 – No, nie. Wszystko, co żyje, żyje i musi żyć. Na tym polega życie. Gdyby…

 Ernest znieruchomiał z otwartymi ustami. Potem wybiegł przez drzwi i puścił się pędem przez korytarze ośrodka Atrovelge.

 

***

 

Nie da się po prostu przestać żyć. Po prostu się nie da. Nie jesteśmy panami swojej egzystencji, jesteśmy jej niewolnikami. Niewolnikami praw fizyki, praw natury, praw ewolucji. Niewolnikami prawa przypadku.

 Przypadek. Oto nasz stwórca. Przypadek sprawił, że dany zbiór pierwiastków w danych warunkach zaowocował pojawieniem się życia. Pojawiła się pierwsza komórka. I jakiś czas później, dni, tygodnie, a może ułamek sekundy później, komórka przestała żyć. Warunki zmieniły się odrobinę, połączenia chemiczne delikatnie się przesunęły i życie prysnęło w niepamięć.

 Potem – gdy minęły sekundy, lata lub miliony lat – warunki znów ułożyły się sprzyjająco i powstała kolejna komórka. I tę spotkał taki sam koniec. Po niej były następne i następne, być może miliardy drobinek życia, które ginęły jedna po drugiej. Miliardy komórek żyły i umierały, bez żadnego śladu po sobie. Powstawały różne ich rodzaje – miliony rodzajów i miliony istot każdego rodzaju. Lecz w tym kalejdoskopie gigantycznych liczb i drobnych elementów, pojawiło się wreszcie coś znaczącego – forma życia dążąca do przetrwania. Była to cecha zupełnie przypadkowa, wynikająca z przypadku, konieczności statystycznej. Nikt tego nie planował, samo życie tego nie planowało, ewolucja też nie. Ewolucja jeszcze nie istniała. Do tej pory były tylko drobinki życia sypane na nieskończoną planszę czasu i prawdopodobieństw. I padło też na cechę przetrwania.

Życie wcale nie dążyło do przetrwania. Wszak przed tym momentem miliardy znikały bez bólu, bez żalu, bez śladu refleksji nad istnieniem. Istniały tak, jak istnieje kamień, azot, przestrzeń, woda. Pojawiały się i znikały, jak zwykłe zjawisko chemiczne. Były wynikiem reakcji chemicznej. Może więc jeszcze nie były życiem, a jedynie inną, równie zwyczajną, formą materii?

Życie krążyło po kole, powstawało i ginęło, powstawało i ginęło, nie pragnąc niczego innego i w ogóle niczego nie pragnąc, po prostu będąc. Lub nie będąc.

Aż pojawiły się te komórki, które dążyły do przeżycia. Może najpierw jedna. I może ona też zniknęła bez śladu. Nie miała odpowiednich warunków, środków, metod do przeżycia. I po niej następna i znów miliardy kolejnych, tego samego lub innego rodzaju. Koło kręciło się dalej.

Aż wreszcie, ponownie, zaingerował przypadek. Życie zostało zepchnięte z kursu, wypadło poza koło. Pojawiła się komórka, której konieczność statystyczna narzuciła inną cechę – rozmnażanie. To wreszcie pchnęło machinę naprzód. Ponieważ było skuteczne. Komórki zaczęły przeżywać. Lecz może i ten gatunek odszedł w niebyt. Lecz po nim, może po kolejnych milionach lat, może po milionach kolejnych identycznych gatunków i milionach innych prób, wreszcie powstał ten gatunek, który przeżył dłużej. I dłużej. I w końcu rozprzestrzenił się na całą Ziemię. I dał początek ewolucji i wszystkim innym gatunkom.

 I właśnie od tego jednego rodzaju życia przejęliśmy najważniejszą cechę naszej egzystencji – wolę przetrwania i przedłużenia gatunku. Wszystko, co robimy, wszystko, co czujemy, wszystko, czego pragniemy, czego szukamy, do czego dążymy – spowodowane jest wolą przetrwania i wolą przedłużenia gatunku. Każda myśl, każdy gest, każdy uśmiech, każda łza, każdy dzień, każdy czyn wynika z tej cechy.

I przywykliśmy myśleć, że do tego właśnie dążyło wszystko od początku. Że po to istnieje woda, azot i przestrzeń. Ale to jedynie przypadek. Wynik ślepej logiki. A wszystko mogłoby się też potoczyć zupełnie inaczej. Wyobraźmy sobie planetę. Inną niż Ziemia, z innymi warunkami, innymi pierwiastkami, z mexanem, którego na naszej planecie nie ma. Może z częściowo innymi prawami fizyki. I na tej planecie również powstaje życie. Przypadkowo powstałe cząstki materii łączą się w jakiś rodzaj komórki. Lecz ona nie ginie. Nie przestaje żyć. Warunki się nie zmieniają. Komórka trwa w tym układzie przez miliardy lat. Wokół nie ma nic, co może przerwać jej egzystencję. Żyje niezmienna, zawieszona w kosmicznej przestrzeni. Nie dąży do niczego, niczego nie jest świadoma. Jak azot, jak kamień, jak tlen i przestrzeń. Pobiera energię słoneczną i przemienia ją we własne życie, tak samo, jak kamień, który nagrzewa się na słońcu. Tak samo, jak pierwsze istoty na Ziemi.

I istnieje życie, życie-nieżycie. Życie zawieszone, życie niebiologiczne, życie nie dążące do przetrwania. Życie, któremu nie towarzyszyła ewolucja, dobór naturalny, emocje, pragnienia.

Ale ono też mogło się rozwijać – według prawideł własnego świata. Tylko w zupełnie inną stronę, w przypadkowo obranym kierunku. Do pojedynczej komórki dołączały kolejne, cząstki materii łączyły się, przekształcały zgodnie z zasadami chemicznych i fizycznych reakcji, tak samo jak powstały. Równolegle w innych miejscach planety zachodziły identyczne zjawiska, w identycznych warunkach. Życie rozwijało się, lecz nie do przeżycia, ale do trwania. Do bycia bez żadnej celowości i pragnienia.

I tak samo, jak powstawało, tak znikało. Przepadało bez echa świadomości, bez iskry tęsknoty i pragnienia życia. Tak, jak kamień nie płacze, gdy spada ze wzgórza i rozbija się na kawałki.

 

***

 

 Merhann słuchał w milczeniu. Jego twarz nie wyrażała nic, oprócz cichego skupienia. Siedział w fotelu i marszczył brwi. Gdy Ernest wreszcie skończył mówić, trwał jeszcze chwilę w bezruchu, zanim się odezwał.

 – A kontakt? Reagują na fale magnetyczne.

 – Przypadek – odpowiedział natychmiast Ernest. – Widocznie na tej planecie magnetyzm ma większe znaczenie i wpływ na zachodzące zjawiska niż na nasze. Może to być też związane z mexanem, o którym przecież nadal nie wiemy zbyt dużo. Możliwe, że wewnątrz tych istot zachodzą jakieś reakcje magnetyczne. Odpowiadają falami magnetycznymi, ale nie jest to świadoma ani celowa odpowiedź. Tak samo, jak woda wylewa się ze szklanki, gdy się ją przepełni. To nie jest kontakt. To tylko zjawisko fizyczne.

 Merhann podniósł się z fotela i wykonał kilka kroków, zakładając ręce na piersi.

 – A ich rozmieszczenie? Skąd ta geometryczna dokładność?

 – Warunki. Być może magnetyzm. Życie mogło powstawać tylko w pewnej określonej odległości od siebie. Przypadek.

 – Przypadek – powtórzył Merhann. – Przypadek i przypadek… Czyli co? To jest życie, czy nie?

 – I tak i nie. Życie jest przypadkiem. Tak samo, jak kamień. Z punktu widzenia fizyki i chemii nie ma różnicy.

 – A z naszego punktu widzenia?

 – Z naszego punktu widzenia… nie. To nie jest życie. Ponieważ nie dąży do przetrwania.

 – Czyli z naszego punktu widzenia jest to kamień… Hm… No dobrze, ale co to zmienia? Drzewo i tak nie przystępuje do wydobycia. Tak, czy siak, nie dostaniemy się do mexanu. Nawet gdybyśmy zawrócili maszyny zmierzające już do stacji orbitalnej, nic by to nie dało…

 Ernest przełknął ślinę. Czuł, że cały aż wibruje z podniecenia. Albo ze strachu… Tylko przed czym? Nie wiedział.

 – Myślę… Myślę, że Drzewo zaraz przystąpi do wydobycia.

 Merhann spojrzał na niego tępo.

 – Co?

 – Myślę, że Drzewo zaraz zacznie wydobycie.

 – Dlaczego?

 – Ponieważ celem Drzewa jest ochrona życia. Ale żeby je chronić, Drzewo musi wiedzieć, co jest życiem. Do tej pory nie miało z tym problemu, ponieważ działało w warunkach ziemskich i wewnątrz ziemskich definicji. Ale nie wie, jak interpretować istoty, czy też zjawiska, zachodzące na tamtej planecie. Nawet nie wie, jak się zachować w sytuacji takiej niewiadomej. Coś takiego nigdy nie miało jeszcze miejsca i nie istnieją na to żadne procedury. Ale funkcjonowanie Drzewo opiera się w dużej części na definicjach i prawidłach pobieranych z naszej, ludzkiej świadomości. Nie tylko my pobieramy informacje z Drzewa, ono również je pobiera z naszych umysłów. Myślę, że wkrótce, na podstawie naszych przekonań, wyrobi sobie nową, własną opinię na temat życia na tej planecie. I rozpocznie wydobycie.

 Merhann patrzył na niego przez kilka sekund. Potem przeniósł wzrok na ścianę i widać było, że sprawdza coś w strumieniu.

 – Jeszcze może zdążyć…

 

***

 

 Miał rację. Drzewo zabrało się do wydobycia, jeszcze zanim opuścił Ośrodek. W ciągu kilku dni cztery grzybotwory zostały obrócone w pył. Przedarcie się przez wierzchnią skorupę planety poszło łatwo. Trudności zaczęły się na głębszym poziomie, gdzie maszyny natrafiły na grube pokłady twardych skał, a później na podziemne rzeki lawy. Pierwsze drobinki mexanu wydobyto po dwóch tygodniach.

 Ernest siedział przy stoliku z Arturem i Kone. Nie słyszał, o czym rozmawiają. Wpatrywał się w pusty talerz przed sobą. Niczego nie zamówił.

 Nie było z nimi Francisa. Francis przestał żyć. Ernest nie wiedział, jak to się stało i dlaczego. Strumień zapisał tę informację w jego umyśle poprzedniego dnia.

 Po jakimś czasie Artur i Kone pożegnali się i wyszli. Ernest podniósł wzrok i patrzył na ludzi, którzy udawali, że zmierzają gdzieś w jakimś celu. Mijali się w tłocznej sali, pozdrawiali się, rozmawiali, usiłując jak najdokładniej odwzorować schematy, których uczyli się w programie.

 W programie nastąpił kolejny przełom. Rodzina. Ludzie zaczęli dobierać się w pary, nazywali się czyimiś dziećmi lub rodzicami. Ernest został trzykrotnym wujkiem i synem co najmniej pięciu osób. Miał też kilka sióstr i braci, których nigdy nie widział.

 Michael trzykrotnie zapraszał go do programu, aby opowiedział o swojej relacji z rodzicami i o swoim życiu seksualnym. Ernest trzykrotnie odmówił.

 Robił ćwiczenia afirmacyjne. Czasem zaczynał rano, kończył wieczorem i kładł się w regeneratorze. W ciągu ostatnich dni osiągnął czwarty poziom. Wkrótce dojdzie do piątego.

 Wstał od stolika i ruszył. Nie wiedział, dokąd idzie. Tak samo, jak wszyscy wokół niego. Zatrzymał się w niedawno utworzonym pomieszczeniu, rodzaju antresoli, z którego widać było kilka krzyżujących się korytarzy. Z góry ludzie wyglądali identycznie. Przypominali białe molekuły poruszające się w chemicznym tańcu. Zamknięte w kole swoich prawideł. Krążące w nieskończoność, w pulsującym rytmie przypadku, pozornych wyborów przeznaczonych im dawno temu. Po bezcelowych ścieżkach wytyczonych koniecznością statystyczną.

 Poczuł, że ktoś za nim stoi. Odwrócił się. To był Rick.

 – Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – powiedział zdecydowanie zbyt głośno.

 Ernest odszedł, nie oglądając się za siebie.

 

***

 

 Siedział na podłodze, plecami oparty o ścianę. Była chyba połowa dnia. Usiadł tu rano, zaraz po obudzeniu. W nocy nic mu się nie śniło. Po raz kolejny.

 Strumień miał otwarty. Informacje, słowa, obrazy przelatywały przez umysł, nie zostawiając najdrobniejszego śladu.

 Połowa dnia. Pozostała jeszcze cała druga połowa, zanim będzie mógł położyć się w regeneratorze. Chyba że…

 Pięść wystrzeliła w górę. Nie wiedział, czy dotknęła szczęki. Zapadła ciemność.

 

***

 

 Nie było jeszcze połowy dnia. Siedział na podeście regeneratora. Rozejrzał się po pokoju. Zewsząd otaczała go pusta biel.

 Po chwili pięść wystrzeliła w górę.

 

***

 

 Obudził się. Pięść wystrzeliła w górę.

 

***

 

 Było ciemno. Ciemno i przytulnie. Wokół nie było nic. W środku też.

 Najpierw nie poczuł różnicy. Nic nie czuł, tak jak wcześniej. Potem jednak otworzył oczy i zobaczył, że nadal jest ciemno.

 Następnie pojawiło się dziwne uczucie. Wezbrało gdzieś w klatce piersiowej i gardle. Znał je. Nie czuł go od tak dawna, że z początku nie potrafił go pojąć i jedynie przyglądał mu się ze zdziwieniem. Dopiero później zrozumiał.

 Nie mógł oddychać. Nie mógł się poruszyć.

 Czyli to tak. Czy tak samo czuł to Brian? Wszyscy, którzy, ot tak, po prostu, zniknęli w ostatnim czasie? Francis? Kone? Elisa? Nad? Majka?

 Majka? Nie, z nią było inaczej. Ona zginęła. Ona nie chciała umierać. Ona chciała żyć. On też chciał żyć… Nie, chciał, by ona żyła. Chciał żyć z nią, dla niej. A bez niej…

 Bez niej nie chciał. Bez niej nic nie chciał.

 Nadal nie mógł oddychać. Uczucie wzmocniło się. Nie mógł oddychać… Nie mógł oddychać! Nie mógł…

 Poczuł, że ciało mu pęka. Próbował krzyczeć. Poczuł łzy spływające po skroniach, wierzgał rękami i nogami, ale nadal pozostawały nieruchome. Wrzeszczeć! Nie! Majka! Tlenu! Nie chcę! Nie tak! Tlenu! Żyć!

 Kopuła podniosła się z sykiem. Płuca napełniły się powietrzem, a oczy łzami. Pierś falowała gwałtownie, krew huczała w skroniach, łzy nie przestawały płynąć. Słyszał własne jęki i chrapliwy oddech.

 Żyć. Żyć. Tylko tyle. Byle jak, ale żyć!

 Próbował się podnieść, ale na początku mięśnie nie chciały go słuchać. Drżał na całym ciele. Było zimno. Szczęka latała mu na wszystkie strony. Zacisnął pięści i powieki, nie mogąc przestać płakać. Wreszcie usiadł. Wył i szlochał, kiwając się w przód i w tył.

 Chciał żyć. Nie potrafił inaczej. Chciał nie chcieć, ale nie umiał.

 Nadal było ciemno. Ale oczy powoli przyzwyczajały się do braku mocnego światła. Przed nim była przepaść.

 Pomieszczenie zniknęło. Zniknęły ściany, sufit, podłoga. Została tylko ciemna bryła regeneratora i obca, stalowa konstrukcja segmentująca przestrzeń wokół niego. Zimne, metalowe rury biegły gdzieś z dołu i niknęły gdzieś w górze.

 Wychylił się ostrożnie i zerknął poza podest. Otchłań nie miała końca. Kilka metrów niżej wisiał w powietrzu regenerator, na którym, pod opuszczoną, szklaną kopułą, spoczywała niewyraźna postać. Niżej był kolejny, dalej jeszcze jeden i jeszcze, i jeszcze…

 Nagle mocny podmuch wiatru przykleił mu włosy do twarzy i zatrząsł całą konstrukcją. Lodowaty dreszcz przeszył jego nagie ciało. Rozpaczliwie chwycił się boków podestu, aby nie spaść w otchłań wymarłego miasta.

 Był maleńką wyspą w morzu pustych przepaści i martwych przestrzeni. Wiatr trząsł rurami i zawodził w pustych konstrukcjach. Zaciskał ręce na pozostałym mu skrawku świata. Mamrotał coś niezrozumiałego.

 To musiał być sen. To musiał być chory sen. Trupiaszczy gabinet luster, martwa fabryka pseudoludzkich kopii, chory wytwór zbłąkanego w ciemności umysłu. Musi się obudzić. Musi się obudzić! To wszystko sen, słyszysz mnie, Halski? To wszystko sen, Halski, trzeba się obudzić! Budź się, Halski!

 Po pewnym czasie dłonie zaczęły omdlewać mu z wysiłku. Wtedy wiatr też się uspokoił. Potem dostrzegł malutką, białą kropelką przesuwającą się w górę stalowej rury. Z początku myślał, że to halucynacje. Jakby grawitacja się zapomniała. Kropelek pojawiło się więcej. Płynęły pod prąd praw fizyki, powoli zaczęły formować się w strumyki, zespajać, oplątując konstrukcje bezszelestnym marszem. Aż wreszcie wysunął się pierwszy biały palec. Sięgnął, wydłużając się przez ciemną toń. Z naprzeciwka ruszył ku niemu drugi. Złączyły się i nabrzmiały, tworząc żyłę, z której pomknęły kolejne macki. Po chwili przed Ernestem widniała biała, pulsująca ściana. Wszędzie wokół biała masa sięgała ku samej sobie, spływała ospale w różne strony, wypełniając ubytki świata, topiąc ciemność w białej otulinie.

 Inteligentna materia przejęła noc we władanie dnia. Ernest ostrożnie zsunął nogi z podestu i nieufnie oparł je o podłogę. Delikatnie przeniósł na nie ciężar ciała.

 Podłoga go utrzymała. Nogi nie. Kolana huknęły o posadzkę, która zareagowała z opóźnieniem. Klęczał. Bolało go całe ciało. Oddychał płytko, charcząc i plując. Skóra mrowiła go kłującymi iskierkami, a żołądek wywracał się do góry nogami. Głowa zdawała się być stukilowym kamieniem, a członki zesztywniałymi patykami. Gdzieś przed oczami i wewnątrz nich plątały się jakieś chaotyczne, kretyńskie dane z Drzewa.

 Mimo to podniósł się. Chwycił podest regeneratora, aby nie upaść. Stopy miał sine i częściowo bezwładne. Podpierając się o ściany, ruszył do drzwi.

 

***

 

 Jakiś człowiek rozłożył ręce z wesołym okrzykiem, zagradzając mu drogę. Ernest potrącił go, wpadł na kolejną osobę, potoczyli się razem po podłodze. Zerwał się, wyminął histerycznie roześmianą grupkę i popędził dalej. Zataczał się na boki, nogi plątały się pod nim, ale biegł. W żyłach płynął kwas i beton, ale biegł.

 Obijał się o ściany, ludzi, mijał uśmiechnięte twarze. Chyba rąbnął pięścią w jedną z tych twarzy, nie był pewien… biegł.

 Biegł na oślep, ale wreszcie znalazł się w ośrodku Atrovelge. Sprawdził w strumieniu, gdzie jest Merhann. Biegł dalej.

 Jakieś drzwi rozsunęły się bez oporu, choć już był gotów je wyważyć.

 – Merhann! – ryknął z furią.

 Merhann nie odpowiedział. Ernest już miał wybiec na dalsze poszukiwania, gdy dostrzegł w rogu pomieszczenia kopułę regeneratora zasnutą mlecznym gazem. Ruszył w jej stronę.

 Przez biały opar zobaczył ciemniejszą plamę twarzy. Tak, to jego wąsy. I… coś czerwonego… krew?

 Naparł na szkło. Zaciskał zęby z wysiłku i pluł na przezroczystą taflę, ale kopuła nawet nie drgnęła. Schylił się w poszukiwaniu jakiegoś przycisku lub otworu. Nic takiego nie było.

 Walnął pięścią. Rozległo się głuche uderzenie, ale nic więcej. Rąbnął znowu, z całej siły i wrzasnął z bólu. Szkło pozostało niewzruszone.

 Musi rozbić to dziadostwo… Łom, jakiś łom, pręt, dajcie mi łom!

 Przetrząsnął całe pomieszczenie, ale nie znalazł nic przydatnego.

 Zamknął oczy. Chciał wejść w strumień, ale zamiast niego trafił w plątaninę bezsensownych, poszarpanych informacji. Dane wszystkich rodzajów mieszały się, wrzeszczały na niego, jakieś obrazy przelatywały przed oczami, ktoś coś mówił, chcieli coś od niego, komunikaty rozrywały mu czaszkę.

 Otworzył oczy i zwymiotował żółtym śluzem.

– Marhann – wybełkotał przez płonące gardło.

Musiał go obudzić. Znów zamknął oczy i wszedł w to, co pozostało z jego strumienia. Znalazł Merhanna.

 Merhann! Obudź się! Obudź się, gnoju, już! Wstawaj! Wstawaj, mówię!

 Żadnej reakcji. Jedynie migające jak zepsuty neon przypomnienie o najlepszej porze na ćwiczenia afirmacyjne. Dla ciebie i twojego cia… Zazazadbaj o dbre relacje ze… i sobą. Znajdź swój…

 Ernest chwycił komunikat. Otworzyły się ćwiczenia. Fizyczne. Zawody. Drwal.

 Siekiera. Była już w jego ręce. Przeskoczył nad wysypującymi się ze ściany pieńkami i dopadł do regeneratora. Zamachnął się.

 Łoskot odbił się echem po korytarzach ośrodka. Ernest uniósł siekierę i łupnął ponownie.

 Szkło prysnęło w maleńkie kwadraciki. Mleczny gaz buchnął w górę. Ernest odskoczył, zasłaniając usta i nos. Czekał.

 Po chwili Merhann rozkaszlał się. Ernest, schylony w pół, aby uniknąć styczności z białym gazem, zbliżył się ostrożnie. Syndykator usiadł, jęcząc i przecierając oczy. Na brodzie miał kilka kropel krwi, fragment wargi zdawał się być ulepiony z białej plasteliny.

 – O co chodzi… – wymamrotał, usiłując skupić spojrzenie na czymkolwiek.

 Ernest chwycił go za ramiona.

 – Merhann! Posłuchaj mnie! One żyją! One żyją, rozumiesz? One żyją!

 – Kto? Co? Ernest…

 – Chłopie, skup się! Spójrz na mnie! One żyją!

 – Dobrze, już dobrze! Ale kto? Kto, do cholery?

 – One, do cholery! Grzybotwory! Kosmici! Żyją! Na mexanowej planecie! Cała ta planeta żyje! Musisz je natychmiast odwołać, natychmiast!

 – Ernest… ja… coś jest nie tak, ja… boli mnie…

 – To teraz nieważne, słuchaj, odwołaj roboty…

 – Naprawdę mnie boli, aouu, jak boli… Moja głowa, boli, boli!

 Ernest desperacko pogłaskał Merhanna po włosach.

 – Wiem, że cię boli, kochany, wiem, wiem, wszystkich nas boli… ale to teraz nieważne. Odwołaj maszyny, rozumiesz? Natychmiast!

 – Ale dlaczego? Nic nie rozumiem… – Merhann spojrzał na niego i chyba zaczął odzyskiwać jakąś przytomność.

 – Dlatego, że one żyją!

 – Co, tak nagle zaczęły żyć? Mówiłeś, że nie żyją.

 – Pomyliłem się, Jezu, strasznie się pomyliłem. Totalnie, absolutnie żyją. Odwołuj roboty, ale już!

 – Skąd wiesz, że żyją? Wcale nie żyją, nie mają świadomości… kamienie…

 – Właśnie, że mają!

 – Skąd wiesz?

 – Bo… miałem kontakt! Wtedy, jak mnie kopnęło tym prądem, czy czymś! Miałem kontakt, mówiły do mnie!

 – Tak? I co ci powiedziały?

 Ernest złapał go za dłoń.

 – To! – Ernest nie wiedział, czy powiedział to na głos, czy już we wmyśli.

 Zapadła ciężka cisza. Obaj patrzyli na ich zetknięte ręce. Na styku skóry zaczęła gromadzić się wilgoć potu. Po chwili z ust syndykatora dobiegł jęk, a następnie ciche słowa.

 – Przestań. Proszę. Wystarczy – szept był ledwie słyszalny.

 Ernest puścił jego rękę. Wstał. Czekał. Zobaczył w strumieniu, że Merhann nakazuje przerwać prace na planecie. Roboty zamierają w pół ruchu. Wszystko ustaje.

 Wydobytego mexanu nie wystarczy nawet na ich powrót na Ziemię.

 Ernest przystanął jeszcze w drzwiach, żeby spojrzeć na szlochającego mężczyznę, który wyglądał teraz jak zagubione, samotne dziecko. Dziecko, które pierwszy raz w życiu doświadczyło prawdziwych uczuć. Które pierwszy raz ujrzało samotność, tęsknotę, miłość, żal, marzenia, szczęście i smutek.

 

***

 

 Ernest rozbił kopułę swojego regeneratora. Po pewnym czasie na jej miejscu pojawiła się kolejna. Ją też rozbił, tak samo trzecią. Gdy pojawiła się czwarta, dał temu spokój. Wcisnął drewniany pieniek pod brzeg otwartej kopuły, aby nie mogła się zamknąć. Siedział na podeście regeneratora, wśród odłamków szkła, ściskając trzonek siekiery. Na knykciach prawej dłoni nadal miał zaschniętą krew, po uderzeniu pięścią w regenerator Merhanna.

 Tracił połączenie z Drzewem. Czuł to. Do jego umysłu docierało coraz mniej sygnałów.

 Patrzył, jak z miasta powoli odpływa życie. Biała masa topi się, deformuje i niespiesznie niknie gdzieś w dole. Ukazuje się stalowy szkielet sztucznego świata. Puste, zimne rury szczerzą się szyderczo, wiatr nabiera rozpędu.

 To może być jego ostatnia noc. Bez jedzenia, bez wody, bez snu, bez soli, bez wszystkich mikroelementów sączonych do jego organizmu przez regenerator – pewnie nie przeżyje kolejnej. Czuł to w całym ciele. Umierał. A wystarczyłoby położyć się. Przymknąć oczy, gaz wypełniłby kopułę, umysł, ciało…

 Nie. Nie może do tego dopuścić. To jest jego ciało. Jego umysł. Czuł się beznadziejnie, ale czuł. Umierał, ale miał kto umierać. Tęsknił za nią, ale miał za kim…

Było już zupełnie ciemno. I zimno.

 – Majka… – szepnął.

 Przymknął oczy. Po chwili zaczął spadać.

 

Epilog

– Malinówka – powiedział Thomas Otrechkov z pełnymi ustami. – Moje ulubione.

 Ernest patrzył na niego beznamiętnie. Było już jasno. Nie wiedział, kiedy otworzył oczy. Pomieszczenie lśniło nieskazitelną, dzienną bielą. Nadal leżał na podeście regeneratora.

 – Co?

 – Kalwila Czerwona Jesienna. Cholernie trudna odmiana. Dopiero wczoraj zebrałem pierwsze owoce. Masz.

 Thomas rzucił mu nadgryzione jabłko. Odbiło się od piersi Ernesta i stoczyło się na podest.

 – Co to jest?

 – Jabłko.

 Ernest bardzo powoli usiadł. Kręciło mu się w głowie. Każdy mięsień palił go żywym ogniem. Wziął do ręki jabłko i ostrożnie powąchał.

 – Pachnie… – powiedział zaskoczony.

 – Oczywiście, że pachnie.

 Ernest odgryzł kawałek. To naprawdę było jabłko. Prawdziwe jabłko.

 Żołądek bulgotał i protestował, ale zjadł całe, razem z ogryzkiem. Thomas obserwował go uważnie.

 – No dobrze – powiedział syndykator, gdy chrupanie ucichło. – Powiedz mi, coś ty, do cholery, wymyślił?

 Ernest spojrzał na niego. Wyjął z ust ogonek od jabłka.

 – Co?

 – Naprawdę uważasz, że te, jak mówisz, grzybotwory, są żywe?

 Ernest miał ochotę potwierdzić. Ale ciemne oczy syndykatory zdawały się przewiercać go na wylot.

 – Nie.

 – Tak myślałem. Wiesz, że Michael nie żyje?

 – Co się stało?

 – Nic.

 Pokiwał głową. Nie zaskoczyło go to.

 – Oznacza to, że teraz jesteś jedynym żyjącym Obudzonym. I najstarszym człowiekiem na ziemi.

 – Jak to? A pozostali? Wiem, że nie wszyscy przeżyli Obudzenie i nie wszyscy się dostosowali, ale… było nas czternastu…

 – Tamci trafili do innych kolonii.

 – I co?

 – Już nie ma tamtych kolonii.

 Ernest otworzył szeroko oczy.

 – Jak to? Co się stało?

 – Nic. To samo, co się dzieje z tą kolonią… To samo, co…

 – Z umierającymi grzybotworami… – dokończył Ernest.

 – Właśnie.

 Przez chwilę obaj milczeli. Potem Thomas wstał.

 – No, idę. Mój czas się kończy.

 Ruszył do drzwi. Jego słowa dotarły do Ernesta dopiero, gdy mężczyzna był przy drzwiach.

 – Czas… – powtórzył głucho. – Ty… ty nie żyjesz…

 Thomas patrzył na niego przez kilka sekund.

 – Tak. – Uśmiechnął się.

 Ernest wstał.

 – Ty… jesteś Drzewem!

 – Tak.

 

***

 

 Szli koło siebie przez ogród. Thomas pokazywał mu wszystkie zakamarki i objaśniał plany. Było to trudne, dla nich obu. Odkąd Ernest był odłączony, nie korzystali z wmyśliwania, ani z informacji strumienia. Niekiedy nie mogli się porozumieć. Czasem śmiali się z wzajemnych pomyłek.

 W nowej kolonii żyło na razie sześć tysięcy osób. W ciągu najbliższego roku liczba ta miała zwiększyć się stukrotnie.

 Największym problemem było jedzenie. Prawdziwe jedzenie. Hodowla i uprawa roślin była dużo bardziej skomplikowana, niż Ernest przypuszczał. Ale nie tego bał się najbardziej.

 Najbardziej bał się kwestii społecznych. Ustalanie ról i podziału obowiązków. Podejmowanie decyzji. Ustrój społeczny. Organy administracyjne. Sprawy obyczajowe. Wszystko to przerażało go.

 I jeszcze… ustalili dziś datę dnia, w którym Drzewo zniknie. Był to termin na razie dosyć odległy, ale jednak prawdziwy. Czasu nie było tak wiele, jakby chciał. Mimo to… potrzebowali tej decyzji.  Bez niej nic nie miało sensu.

 – O, Jezu… – jęknął, przysiadając na skrzynce z nawozem. Był cholernie zmęczony. – Błagam, już nie mogę.

 – Przerwa?

 – Tylko chwilka. Nie mam kondycji, ech!

 Było upiornie gorąco. Ernest wachlował się jakimś dużym liściem egzotycznego drzewa.

 – W obecnej chwili jesteś najbardziej naturalnie wysportowanym człowiekiem na świecie.

 – Przestań.

 – Co?

 – Ustaliliśmy, że ma nie być żadnego gadania jak wszechwiedzący superkomputer.

 – Sorry… Właściwie to nie jestem komputerem, tylko sztuczną świadomością zapisaną…

 – Litości…

 – Sorry.

 Do końca dnia Thomas przedstawił koncept ogrodu owocowego i wymyślony przez niego kilka lat wcześniej system nawadniania. Nie zrobili dziś chyba zbyt wiele, ale Ernest i tak padał na pysk. Mimo to nie mógł jeszcze iść spać. Obiecał, że przyjdzie.

 Thomas pożegnał się z nim przy małej, drewnianej chatce. Ernest wszedł do środka. Poczuł mocny zapach owocowej herbaty.

– Co masz?

– Hm… Pierwsza Gwiazdka – odparł Brian.

– Co?

Ernest usiadł na pieńku przy niskim stoliku.

– No, taka nazwa. Wymyśliłem to wczoraj. Liście husturcji, cynamon i nutka goździków. Dobre cholerstwo.

Brian podniósł pokrywkę czajnika. Aromat się nasilił.

– Pierwsza Gwiazdka? Jak w święta? – Ernest odstawił filiżankę.

– No. Tak se myślę właśnie, czy by świąt jakichś nie urządzić. Ludzie lubią święta, co nie?

– Lubią.

Ernest podniósł filiżankę do ust i siorbnął.

Była bardzo gorąca.

Koniec

Komentarze

Życie Niebiologiczne

Tak w zasadzie, to jest oksymoron. It's life, Jim, but not as we know it.

Drobne poruszenie materii wywołane pojawieniem się obcego obiektu zapadło się w przepaści czasu.

Niespójne. Obcy obiekt to też materia.

 zaczął stapiać się z jednolitym, pustynnym krajobrazem

Może lepiej: zaczął się stapiać z bezkresną pustynią.

Wokół zaczęły mknąć lata.

Wiem, o co chodzi, ale lata mkną zawsze, i nie w jakimś konkretnym miejscu, tylko wszędzie (Einsteina pomijając). Te cienie wyglądają trochę jak zegar – może to lepszy kierunek?

 Dopiero teraz, właśnie kiedy mrużyła oczy przed lustrem

Dopiero teraz, kiedy mrużyła oczy przed lustrem…

A co dopiero, docenić.

Niepotrzebny przecinek.

 wyrwała z jego ręki tusz do rzęs

Anglicyzm – wyrwała mu z ręki.

 W ogóle to zamknij

W ogóle, to zamknij.

 objął ją od tyłu za brzuch

Zwykle się mówi "objął ją w talii", ale i tak może być. Tylko, że wychodzi bardziej przyziemnie.

 No i co się śmiejesz?

No, i czego się śmiejesz?

 zmazywać tusz kawałkiem waty

Dałabym raczej "ścierać".

 Przekładał ją między palcami.

Czyli co robił?

 przybarwia policzki

Nie ma takiego słowa. Pudruje policzki.

 Straszliwie śliczna. Co mi się w niej tak podoba, przecież jest całkiem zwyczajna?

A dlaczego nie miałaby mu się podobać?

 Albo gdy w inny sposób jego byt jest zagrożony.

Naturalniej byłoby: Albo kiedy jego byt jest zagrożony w inny sposób.

 może obecnie mogę być pacyfistką?

"Obecnie" jest trochę wysokie w rejestrze. Czemu nie "w tej chwili"? Albo "teraz"?

 Maja mieszkała na przedmieściach, wokół nie było ani jednego przechodnia

Non sequitur. Albo rozdziel na dwa zdania, albo dodaj uzasadnienie dla tego zastrzeżenia.

 rozbryzgiwali grudy błotnego śniegu

Śnieg nie może być błotny (a szkoda, bo to nawet fajnie brzmi), najwyżej brudny. I to rozbryzgiwanie trochę nie teges. Może je bardziej opisz?

 Czuł mocny zapach jej perfum kwiatowych.

Opisz ten zapach. Tak, jak jest, wygląda to na niedopracowane.

 zadrżał z niewiadomego powodu

Nie musisz tego zaznaczać. I tak nie wiemy, czemu zadrżał.

 Użycie świadomości (…) sprawiało, że jego myśli

Jak on ma myśleć bez świadomości?

 wyjął go z wazoniku

Wazonika.

 w żadnym stopniu nie pasował do dynamiki jego ruchów.

To dziwnie brzmi. Jak to wyglądało?

 mrugają najczęściej raz na kilka minut

Ja dałabym: mrugają raz na parę minut.

 uprzejmym, nic nie rozumiejącym milczeniu

A może: uprzejmym, nie skażonym zrozumieniem milczeniu?

 No nie wiem

No, nie wiem.

 Mrowiło swędzącą obecnością

Trochę to niespójne, ale trudno mi określić dokładnie, o co chodzi.

 wyglądał jakby spał

Wyglądał, jakby spał.

 Co on tam rozkminia?, zastanawiał się

Nie dawałabym tu przecinka.

 myślał Mai

Chyba "o Mai"?

 ściana za jego plecami rozsunęła się, ukazując niewidzialne dotychczas drzwi

Nie wiem, czy nazwałabym to drzwiami – może raczej przejście? Drugie pomieszczenie?

 pod każdym szczegółem

Pod każdym względem, albo w najdrobniejszych szczegółach, albo co do najdrobniejszego szczegółu.

 nowinami w zakresie swoich specjalizacji w programie

Czyli dopiero co je wybrali?

 poziom afirmacyjny był na 6 stopniu

Poziom nie może być na stopniu. Może: miał szósty poziom afirmacyjny?

 Rozmowa szła im nieporadnie

Rozmowa się nie kleiła, albo rozmawiali nieporadnie. Pokazałabym tę rozmowę trochę bardziej.

 Zatrzymali się…

W tym akapicie są cztery "się". Za dużo.

 zakonserwowane w jednym kształcie fryzury

Może lepiej: sztywno ułożone fryzury.

 delikatne, badawcze ruchy

Co to znaczy? Rozjaśnij.

 Spoczął w fotelu

To sugeruje, że dopiero co usiadł – na pewno nie "spoczywał w fotelu"?

 Zobaczył, że spotkał go już wcześniej.

Może trochę bardziej opisz, jak się korzysta z tej VR, bo to trochę abstrakcyjne.

 Nie dość, że realizuje program, to jeszcze pracuje!

Przecież oni wszyscy to robią?

 Kompletnie nie rozumiem

Zupełnie. "Kompletnie" to anglicyzm.

 bez regulatora hormonów, prawdopodobnie siedziałby

Zbędny przecinek.

 szczelnie zabliźnioną powierzchnię

Niespójne. Zabliźnić może się rana, ale powierzchnia jest ciągła z definicji.

 Przesył z planety był pełen.

Tu może: Sondy przesyłały pełen zestaw informacji?

 brzmiało na zupełny absurd

Brzmiało jak absurd.

 regulator rusza w ruch

Powtórzenie. Wystarczyłoby: regulator się włącza.

 No chłopaku

No, chłopaku.

 nieśmiały, wysoki blondyn

Dobrze by było opisać, czemu on sprawia wrażenie nieśmiałego.

 Mięśnie zawodowego pływaka falowały

Mięśnie falują przy wysiłku – on tylko otwiera drzwi.

 dostałeś już tego implanta

Ten implant.

równych, złotych włosach nie było ani śladu skazy

Jakiej skazy? Ja dałabym: złote włosy chłopaka były starannie, równo przystrzyżone, nie wygolone.

 Skóra przyjemnie mrowiła mocnym czuciem.

Czym? Wyrzuciłabym to czucie.

 może ją znać jeszcze zanim

Może ją znać, jeszcze zanim.

 martwi nie martwi

Albo: martwi, nie martwi; albo: martwi – nie martwi.

 substancja, z której się składał rozlewała

Wtrącenie: substancja, z której się składał, rozlewała.

 Obiekt wznosił się w niebo niczym góra. Odznaczał się czarnym, masywnym kształtem na tle pustego horyzontu.

Za dużo "się" – ja dałabym: Obiekt, masywny jak góra, odcinał się czernią od gładkiego nieba.

 Planeta jest dwa tysiące razy większa od Ziemi

I skalista?

 Związki organiczne. Aminokwasy. W atmosferze jest dużo azotu i wodoru. Brakuje za to tlenu.

Aminokwasy zawierają tlen, a wolny tlen w atmosferze wskazuje na obecność autotrofów (niekoniecznie, ale wskazuje).

 przesuwają się wertykalnie przez wielkie odległości

Uprość: spadają z wielkiej wysokości.

 wgniótł łazika w ziemię

Łazik. Roboty są rodzaju niemęskoosobowego.

 działanie zaginionej wody, to zaginionego wiatru

Bardziej prehistorycznej, niż zaginionej, ale może przesadzam.

 lekko smutnym spojrzeniem

Lekko można się poruszać. Spojrzenie może być nieco smutne, albo smutnawe, albo smętne, albo melancholijne.

 by wyściskać jego dłoń.

Uścisnąć. "Wyściskać" to przytulić.

sięgnął delikatnie do strumienia

"Delikatnie" nie stosuje się do sięgania. Ostrożnie.

 umyśle, zrzeszającym przydatne dla nas informacje

Czy informacje mogą być zrzeszone?

 eliminowano pewien czynnik, dzięki któremu przyszłość kierowana była na inną, starannie wyliczoną ścieżkę

Jaki czynnik? Może lepiej: kierowano jego przyszłość na inną, korzystniejszą ścieżkę?

 oceniali na wiele rodzajów każde posunięcie

Na wiele sposobów. "Rodzaj" to klasa rzeczy.

 Ona w ogóle nie ma temperatury. Wszystko to tylko sztuczne przekazy zmysłowe połączone z implantem.

Jeśli istnieje materialnie, musi mieć temperaturę. Jeśli istnieje tylko w VR, to… Berkeley?

 zaśmiał się obrazowo

Hę?

 poczekał aż

Poczekał, aż.

 drzwi zespolą się w biel

Rozumiem, ale trochę to kulawe. Może: aż drzwi zmienią się w jedną białą płytę?

 Gdy dotarł do Ośrodka Elisa i Rick już tam byli.

Gdy dotarł do Ośrodka, Elisa…

 przedstawił im aparaturę i przekazał jej działanie

Jej działanie też powinien im przedstawić (nawet, jeśli nie słowami).

 Jednym ze sposób na sterowanie

Jednym ze sposobów sterowania.

 niezbadanych, nanoelementów

Zbędny przecinek.

 Nic prócz dumy

Nic, prócz dumy.

 Gdzie idziesz?

Dokąd idziesz.

 nie wykorzystała vouchera

Błagam i zaklinam. Kuponu.

 zawołał siarczyście

Czyli jak?

 cieszył głupią mordę

To sugeruje, że cieszył kogo innego. Może: suszył zęby?

 Ciężko powiedzieć.

Trudno powiedzieć.

 reakcję. Niezbyt jasną.

Reakcje nie są jasne, ani niejasne – najwyżej trudne do obserwowania (interpretacji).

 pojawiło się bardzo wysokie promieniowanie elektromagnetyczne

Promieniowanie o wysokim natężeniu.

 a przed jego czoło przebiegła krótka zmarszczka

Przez jego czoło przemknęła zmarszczka. Powtarzasz "jego".

 pobierają energię słoneczną. Ale w samej ich strukturze nie zachodzą żadne znane nam reakcje chemiczne.

To jak magazynują tę energię?

 Niezbyt.

Nie można powiedzieć "niezbyt".

 żadnej konkretnej powtarzalności, zasady lub czegoś, co mogłoby nosić choćby znamiona języka

Ja dałabym tak: żadnej zasady porządkującej, nic, co mogłoby wskazywać na język.

 zmieniać wystroje

"Wystrój" jest singularis tantum.

 skrzywił twarz, jakby z jakimś zgryźliwym, cynicznym bólem

Dałabym raczej: skrzywił twarz w paroksyzmie zgryźliwego, cynicznego bólu.

 porwisty rechot.

Porywisty rechot? Sama nie wiem, czy mi się to podoba.

 Straszliwie jakoś lubił

Strasznie. "Straszliwie" odnosi się tylko do strachów.

 Co ty pytasz

O co ty pytasz. Chyba, że tu jest drugie dno.

 wypchnął gałki oczne

Z oczodołów? Wytrzeszczył je po prostu.

 mieć odmienne myślenie

Nie po polsku. Odmienne zdanie.

 co pewien czas, notując

Zbędny przecinek.

 Szukał połączenia faktów.

Raczej: łączności między faktami.

 To jest samo-spowodowanie-bójstwa.

Sofista :P

 Zdziwiony wzrok Thomasa podążył…

Wzrok nie jest tworem autonomicznym.

 Wszystko, co żyje, żyje i musi żyć.

Nie musi. Jest kontyngentne.

 Pobiera energię słoneczną i przemienia ją we własne życie, tak samo, jak kamień, który nagrzewa się na słońcu.

Ale kamień nie żyje? Chyba widzę, o co Ci chodzi – życie, które nie niczego musi robić, nie będzie niczego robiło – ale… hmm. Trudny temat.

 ludzie wyglądali identycznie

Musisz zaznaczyć, z czym byli identyczni.

 Po bezcelowych ścieżkach wytyczonych koniecznością statystyczną.

Statystyka jest post hoc, tak w ogóle.

 spoczywała niewyraźna postać

Może lepiej: rysował się mglisty zarys postaci?

 przejęła noc we władanie dnia

Hę?

 drewniany pieniek

Może być inny?

 z informacji strumienia

A nie "ze strumienia informacji"?

śmiali się z wzajemnych pomyłek

Śmiali się nawzajem ze swoich pomyłek. Pomyłka nie może być wzajemna.

 

Niezłe, klarowne i niegłupie. Zdania trochę staccatto, kilka literówek (niedociśnięte alty!). Nie myślałeś, żeby to zgłosić do konkursu cyberpunka? Filozoficznie i stylistycznie pasuje.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Jest dziesięć razy za długie na konkurs cyberpunka. Co sprawia, że po interesującym wstępie i zachęcie ze strony przedpiśczyni wrzucam na razie do kolejki…

 

Skądinąd dopisuję się do tego, że tytuł jest chyba trochę nietrafiony, bo jakkolwiek rozumiem (chyba) intencję, to zważywszy, że bios to życie (a nie np. przyroda, ta to fysis), więc wychodzi ci życie nieżyciowe, a nie jestem pewna, czy o to chodziło.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jeśli opublikowałeś w Internecie, to już Ci raczej żaden wydawca tego nie weźmie.

Hmmm. Interesujący pomysł, ale jego przedstawienie mnie nie przekonało.

Wprowadzasz mnóstwo postaci, ale one się praktycznie niczym między sobą nie różnią. Zapamiętałam Ernesta. Ten starszy odrobinę odstawał od tła. Trudno było mi się związać emocjonalnie z bohaterami. Nie znam ludzi, nie pamiętam ich imion, nie wiem, do czego dążą, nie kumam świata… Jak już pojawiła się informacja o kończącym się czynniku, to coś się zmieniło na plus. Może powinieneś dołożyć więcej didaskaliów, żeby nadać tym postaciom ludzki wymiar?

Wykonanie niezłe, ale masz jeszcze trochę literówek i innych błędów.

Jego poziom afirmacyjny był na 6 stopniu.

W beletrystyce liczby raczej słownie.

Znajdowały się w równych odstępach, co sto kilometrów i pokrywały cały glob. Były ich miliony. Miliony rozmieszczonych z geometryczną precyzją gigantycznych grzybów.

Dlaczego akurat sto km? Przypadkiem używali naszych miar i systemu dziesiątkowego? No i zastanawiam się, czy można pokryć sferę regularnie umieszczonymi obiektami, jeśli jest ich tak wiele. Wierzchołki każdej bryły platońskiej – jasna sprawa. Ale obawiam się, że poza 20 wierzchołków dodekaedru nie da się wyjść.

Jedno słońce chowało się już za horyzont. Drugie było w zenicie.

Nie znam się, ale to jest możliwe? Czy planeta okołopodwójna (o w miarę stabilnej orbicie) może się tak przewijać między swoimi dwoma słońcami? W sumie naszemu Jowiszowi niewiele brakło do zapłonu, więc może się da…

Na planecie nie dało się oddychać, temperatura bijąca od czterech słońc nie pozwoliłaby przeżyć nikomu i niczemu.

Na początku były dwa. Nie tylko liczba słońc się liczy, chyba bardziej promień orbity.

bieganie w tą i z powrotem po korytarzu,

W tę.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka