- Opowiadanie: Issander - Inanis

Inanis

Jest to pierwsze opowiadanie z serii i wstęp do tytułowego świata Inanisa. Było już publikowane na starym portalu, a nawet zostało wyróżnione piórkiem.

 

Poniżej znajduje się nowa wersja, ulepszona dzięki świetnej korekcie, za którą podziękowania wędrują do reg i AdamaKB.

 

Szkoda, że podczas wybierania gatunku nie można zaznaczyć wszystkich, bo uniwersum to jak dla mnie jest w równym stopniu fantasy, co sci-fi i horrorem :)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Inanis

1.

 

W świecie sprawiającym wrażenie zamarłego w bezruchu, jedynymi zauważalnymi zmianami są efemeryczne ślady istot na niekończącej się płaszczyźnie pustyni. Te konkretne były odciskami stóp, którym towarzyszyły dwa ciągłe tory utworzone przez koła bądź gąsienice.

Życie – choć niechciane i nieproszone – nawet w tak nieprzyjaznym otoczeniu robi wciąż to, na czym zna się najlepiej. Stara się przetrwać.

W pewnej odległości ślady zanikały, by wreszcie zlać się z otoczeniem. Tego, który jeszcze nie poznał natury Inanisa, zdziwiłoby zapewne, że pustynia powraca do swojego naturalnego stanu, choć będąc na niej nie odczuwa się choćby najsubtelniejszego powiewu.

Poprzez niekończącą się pustkę, człowiek i jego robot brnęli naprzód.

 

***

 

– Przy tym tempie powinniśmy zobaczyć Norę za dwanaście… może dziesięć godzin, jeżeli nie będziemy musieli się zatrzymać.

Głos był mechaniczny, wyprany z emocji. Przywoływał na myśl komunikaty dźwiękowe wydawane przez prymitywne komputery. Na powrót nastała cisza, wypełniona jedynie cichym szumem pracującego silnika. Po dłuższej chwili robot odezwał się ponownie:

– Nie wiem, czy zostałem dobrze zrozumiany. Nie mamy wystarczająco dużo wody. Ujmując rzecz z techniczną precyzją, nie mamy jej w ogóle. Ponadto ta rana może nas zmusić do…

– Po prostu się zamknij.

Człowiek i jego robot dalszą część drogi przebyli w ciszy. Oprócz zanikających powoli tropów pozostawiali za sobą także kropelki krwi, które powoli przesączając się przez opatrunek, co jakiś czas spadały na pylisty grunt.

Coś jeszcze podążało ich tropem. Z natury było szczególnie wyczulone na ten ostatni typ śladów.

 

***

 

Nora. Miejsce, gdzie ludzie starają się przetrwać. Pozostałość jedynej w dziejach tego świata próby zmiany jego realiów. Nieudanej.

Swoją nazwę zawdzięcza położeniu w większości pod ziemią. W Inanisie brak jest wystarczającej ilości materiałów, by ludzie mogli zbudować sobie schronienia na powierzchni. By mieć się gdzie schować, musieli drążyć w dół. Jednakże później, gdy wydobytej ziemi było na tyle dużo, by utworzyła Hałdę – otaczający Norę wał – spora część mieszkańców wykopała sobie płytkie pieczary właśnie w niej.

Nikt nie był w stanie powiedzieć, ilu dokładnie mieszkańców liczy ani jak głęboko sięga Nora. „Prawdopodobnie tysiąc” było ogólnie przyjętą odpowiedzią na pierwsze pytanie. Od dawna nikt nie zastanawiał się nad tym, jak daleko odbiega ona od prawdy, ani też nie próbował jej dociec.

Osada miała cztery ogólnodostępne poziomy – korytarze leżące jeden pod drugim, z których można było się dostać do mniejszych, prywatnych pomieszczeń. Jednak wszyscy wiedzieli, że musi sięgać o wiele niżej – gdy ktoś chciał powiększyć swój teren, po prostu drążył w dół. Ponadto istnienie części pomieszczeń na większych głębokościach było utrzymywane w tajemnicy. Niektóre zaś zdążyły już stracić swoich właścicieli i nikt nie pamiętał o ich położeniu.

Na powierzchni głównym obiektem i najczęściej odwiedzanym miejscem była Studnia. Wcale nie przypominała zwykłych studni, a raczej skomplikowany mechanizm wielkości małego budynku. Nikt nie wiedział, skąd czerpała wodę. Niektóre elementy zdążyły zardzewieć, a cała konstrukcja przeraźliwie zgrzytała przy pracy, lecz jak dotąd nie zdarzyło się jeszcze, by odmówiła posłuszeństwa. Byli tacy, którzy twierdzili, że bez niezbędnych napraw taki stan rzeczy nie potrwa zbyt długo. Nie znajdywali jednak posłuchu – w Norze i tak nie znalazłby się nikt zdolny choćby zrozumieć zasadę działania Studni, a co dopiero zabrać się za jej konserwację. Stanowiła relikt czasów, gdy ludzie starali się jeszcze coś zmienić w Inanisie… Czasów dawno minionych.

Ktoś, kto przybył tu pierwszy raz, mógłby odnieść wrażenie, że to właśnie wokół niej rozgrywa się życie Nory. Owszem – zawsze przebywali tu jacyś ludzie, co sprzyjało przeprowadzaniu szybkich transakcji, których przedmiotami były albo niezbyt cenne znaleziska, albo żywność przyniesiona przez łowców.

Mężczyzna przepchnął się w pobliże Studni, odpychając łokciami ludzi błagających go o kawałek mięsa, który pozwoliłby im przeżyć kolejny dzień. Pomyślał sobie, że wygodniej by było puścić robota przodem, lecz to mogłoby skutkować kolejnymi uszkodzeniami. Wreszcie udało mu się wybrać dogodne miejsce, gdzie zrzucił pakunek na ziemię i czekał na nabywcę.

Nie trwało to długo. Mięso zawinięte w skórę zwierzęcia szybko znalazło kupującego – jednego z nielicznych, którzy byli w stanie sobie na nie pozwolić i nie musieli głodować. Spieniężenie pazurów, zębów i innych łupów wymagało więcej czasu – w Inanisie największą wartość miały przedmioty pierwszej potrzeby.

Mężczyzna mógł teraz podejść do Studni bez obaw, że ktoś zechce pozbawić go zdobyczy, z którą przybył. Niektórzy ludzie cierpiący głód od dłuższego czasu stawali się wystarczająco zdesperowani, by zaatakować, nawet jeżeli nie mieli szans na zwycięstwo. Pociągnął za dźwignię – ta nigdy nie zdążyła zardzewieć. Była tak często używana, że ludzie ścierali powstający nalot dłońmi.

Każdy mógł napić się ze Studni i nikomu nie wolno kontrolować przepływu wody. Tak stanowiło jedno z Praw, kolejnego reliktu dawnych dni. Jako jedyna regulacja życia w Norze Prawa były bardzo minimalistyczne. Nie zabraniały zbyt wiele i łatwo je było obejść, jeżeli ktoś miał choć trochę rozumu.

Prawdopodobnie właśnie dlatego były przestrzegane.

Słaby strumień popłynął z kraniku prosto do złożonych w oczekiwaniu na wodę dłoni. Mężczyzna zamoczył spierzchnięte usta i natychmiast splunął. Woda smakowała rdzą i jeszcze czymś, co nauczył się kojarzyć z magią, a czego nie potrafił dokładnie określić w słowach. Jeszcze raz nadstawił dłonie, tym razem powoli wypełniając żołądek chłodną cieczą. Nie chciał ryzykować szoku, zwłaszcza biorąc pod uwagę stan, w jakim się znajdował.

Kiedy skończył, udał się do znajdującej się na drugim poziomie Pijalni Burtha i Unkera. Pomieszczenie było całkiem przestronne jak na podziemia, lecz podzielone cienkimi ściankami w taki sposób, by zapewnić klientom sporą dozę prywatności. Dodatkowo oszczędzano tu na źródłach światła, jak zresztą w całej Norze. Dzięki panującemu półmrokowi, ci którzy tego pragnęli, pozostawali niewidoczni.

Mężczyzna podszedł do kontuaru.

– Trzy razy twojej czterdziestki, Unker.

Po drugiej stronie ktoś poruszył się w ciemnościach i w zasięg światła stojącej na kontuarze świecy wszedł barman, stawiając przed gościem trzy szklanice, każda innego typu i rozmiaru. Nalał do nich trochę płynu, odmierzając jego ilość jedynie za pomocą fachowego oka. Ze względu na różnice w pojemnikach mogło się wydawać, że nalał nierówno, ale ludzie przychodzili tu między innymi dlatego, że ufali Unkerowi. Nie było więc sensu kwestionować jego wyczucia.

– Fajnie cię znowu widzieć w Norze, Som. Gdzie Blaszak? Znowu zostawiłeś go na górze?

– Przecież wiesz, że nie ma jak zejść po drabinie. Brak nóg – dorzucił gość na wypadek, gdyby trudno się było domyślić.

– No jasne. Hej, jak tam wyprawa? Udana?

– Jak zawsze.

Som wychylił zawartość dwóch szklanic, nie robiąc przy tym żadnej przerwy. Alkohol był jedyną popularną w Norze używką. Owszem, można było dostać inne, gdy się wiedziało, do kogo pójść i miało trochę szczęścia… Jednak jeżeli idzie o dostępność, jedynie alkohol był produkowany na dużą skalę. Nie tylko metoda wytwarzania nie jest zbyt skomplikowana, lecz także można go otrzymać niemal ze wszystkiego, a w Inanisie dostępność produktów miała kluczowe znaczenie. Nie marnowano nań tak drogich surowców jak owoce – z użyciem odpowiednich katalizatorów i delikatnie zaaplikowanej magii wytwarzano go z drewna, następnie oczyszczano i rozcieńczano do oczekiwanej zawartości alkoholu – najczęściej sześciu, piętnastu i czterdziestu procent. Dlatego też miejscowe napitki smakowały i pachniały dość odstraszająco – nie tylko wodą ze Studni, lecz także chemikaliami i trocinami.

Swego czasu było więcej lokali o podobnym przeznaczeniu, lecz jak zauważył Som, ostatnio Burth i Unker zmonopolizowali ten niewielki rynek. Oczywiście, zaufanie odgrywało tu ważną rolę, ale główną przyczynę takiego stanu rzeczy upatrywał w tym, że krasnolud był jedną z tych kilku osób, którym udało się zachować pozytywne nastawienie do życia pomimo upływającego czasu i kolejnych lat w tym przygnębiającym świecie. Większość ludzi unikała innych. Nawet jeżeli musieli podróżować ze sobą, bądź dzielić miejsce na nocleg, zazwyczaj robili to w milczeniu. Pijalnia była jedynym chyba miejscem, w którym ktokolwiek kogokolwiek zagadywał. Większość osób i tak zbywała Unkera półsłówkami. Mimo to przychodzili tu po raz kolejny.

Nie można było też zapomnieć o udziale pana Burtha. Pojawił się w Inanisie jako niemowlę, więc sam nie wiedział, do jakiej rasy należał. Przez większość czasu wykorzystywał mrok Pijalni i nie dało się powiedzieć, gdzie dokładnie stoi. Jednak pan Burth obserwował wszystkich – podobno doskonale widział w ciemnościach – a gdy gdzieś zaczynało robić się nieprzyjemnie, okazywało się, że pan Burth już od jakiegoś czasu stał nad osobą, która sprawiała problemy. Nie musiał wcale zjawiać się nagle. Nie musiał w zasadzie robić nic więcej, bo jedno spojrzenie za siebie wystarczało, by ten ktoś zaczynał odczuwać nagłą ochotę wydostania się ze swoimi problemami na zewnątrz Pijalni.

Som drżącymi rękoma rozplątywał bandaż na swoim boku. Zakrzepła krew przylepiała go do rany. Mężczyzna syknął, gdy pod koniec musiał oderwać część tworzącego się już strupa. Odczekał chwilę i ostrożnie wylał zawartość ostatniej szklanki na ranę.

– Chcesz jeszcze jedną? – spytał Unker, gdy już ucichł krzyk. A kiedy Som pokręcił przecząco głową, krasnolud zaczął się dalej dopytywać: – Co cię tak urządziło? Chyba nie rzucałeś się na nic większego od siebie? Przecież robisz w tym biznesie już… Ile to będzie? Dwadzieścia lat?

– Dziewiętnaście. Uh… Wiesz co, daj jednak, ale coś lżejszego. Może szóstkę… albo nie, piętnastkę. Dzięki. – Wypił kilka łyków – Nie spodziewałem się. Skubana bestia wyglądała na jakiegoś niegroźnego nielota, łatwego do upolowania. Później musiałem zrewidować to spostrzeżenie.

– Jak już trzymał dziób w twoich flakach? Musisz nauczyć się lepiej oceniać ludzi… I ptaki.

– Można powiedzieć, że zrobił dobre pierwsze wrażenie.

– Wrażenie zbliżającego się, smacznego obiadu? – zaśmiał się krasnolud. – A to co?

Unker także potrafił widzieć w ciemnościach. Som niczego nie dostrzegał, ale nie musiał w ogóle patrzeć, by wiedzieć, o co chodzi.

– Nic niezwykłego. Podąża za mną od jakiegoś czasu. Uważaj, zwykle utrzymuje niewielki dystans, ale potrafi solidnie ugryźć.

Kot przemknął po podłodze i, w pewnym oddaleniu, bezszelestnie wskoczył na kontuar. Powoli przybliżył się do świecy.

– Musi mu być zimno w miejscu takim jak to… Myślisz, że jest głodny? Może coś znajdę…

– Chyba nie trzeba. Widziałem, jak polował na robale i uwierz mi, potrafi o siebie zadbać.

– Skoro tak twierdzisz. Tak w ogóle, to skąd go masz? Nigdy nie sądziłem, że zaczniesz się opiekować jakimś napotkanym na pustyni zwierzęciem.

– Cóż… Szwenda się za mną od jakiegoś czasu, a sam widzisz, że małe to takie i nawet kolacji by z tego nie było – odparł Som zgodnie z prawdą, jednocześnie pogrążając się we wspomnieniach.

 

 

2.

 

Trudno powiedzieć, na co jako pierwsze zwraca się uwagę po trafieniu do Inanisa. Czasem, gdy mam tę rzadką okazję wymienić z kimś myśli na różne tematy, słyszę w odpowiedzi, że widząc ten nieprzyjazny świat moi rozmówcy zastanawiali się: Czy jestem martwy? Czy tak właśnie wygląda koniec?

Mam swoje powody, żeby im nie wierzyć. Dlaczego sądzę, że mieliby kłamać? Och, oczywiście poza tym, że w miejscu takim jak to, z zasady nie ufa się obcym?

To proste. Cóż innego mieliby odrzec zamiast podobnych banałów? Opowiedzieć o głębi swoich wczesnych wrażeń? Zresztą – czy da się w ogóle określić, które z nich jest w istocie tym pierwszym? Czy są to zapchane wszędobylskim pyłem nozdrza i podrażnione gardło? Czy może chłód, niewystarczający by skrzywdzić fizycznie, lecz zdolny doprowadzić do szaleństwa swoją uporczywością i niezmiennością?

A może smak powietrza? Pierwsze oddechy muszą być najgorsze.

Gaz, który wdychasz, pozwala ci przetrwać, lecz w niczym nie przypomina tego, do którego przyzwyczaiłeś się w swoim świecie. Jest nieprzyjemnie lekki – wciągasz go niemal w ogóle nie pracując przeponą, jak gdybyś wdychał pustkę, bez nawet niewielkiego wysiłku. Pustkę, która cię nie zabija. Nie stawia oporu, gdy się przemieszczasz. Wypełnia twoje płuca zimnem, podrażnia gardło swoją suchością i pyłem się w niej unoszącym.

Zaciągnij się teraz. To ci szybko przywróci wspomnienia. Nieważne, jak długo już tu jesteś – do tego nie da się przywyknąć na tyle, by przestało przeszkadzać.

Kolejne wrażenia są już tylko gorsze. Być może to właśnie one – ze względu na swoją przytłaczającą intensywność – wyprą z pamięci te bardziej subtelne, lecz chronologicznie wcześniejsze?

Wstajesz i rozglądasz się. Po horyzont rozciąga się idealnie płaska pustynia. Powietrze, próżnia – twoje oczy nie dostrzegają żadnej różnicy. Mimo panujących ciemności widoczność jest doskonała. Niczym niepochłaniane na swej drodze światło gwiazd jest wystarczające, by móc się całkiem swobodnie poruszać. Jednak gdy spoglądasz w niebo, nie możesz pozbyć się uczucia niepokoju – nie poznajesz żadnej z konstelacji.

Poszukujesz wzrokiem jakiejś niedoskonałości na idealnie równym horyzoncie. Czegokolwiek, co by się wyróżniało z otoczenia, co wyznaczałoby kierunek, w którym powinieneś się udać, a może wręcz przeciwnie – miejsce, od którego powinieneś się oddalać. Nic nie znajdujesz. Twoje poczucie perspektywy wariuje. Nie jesteś w stanie określić żadnych odległości.

Ruszasz w stronę, która wydaje ci się właściwa, modląc się do wszystkich znanych ci bogów, żeby była taka naprawdę. Żeby prowadziła dokądkolwiek. Jeszcze o tym nie wiesz, ale żaden z nich nie ma tutaj władzy.

Podczas gdy podróżujesz, zdajesz sobie sprawę z kolejnych cech tego nienaturalnego świata, jednej po drugiej. Nieważne, jak bardzo się oddalisz i jaki dystans przemierzysz, widok jest zawsze ten sam. Ciągle idealnie płaska, zapylona równina. Zimno doskwiera ci coraz bardziej. Nie dostałeś szansy, by przygotować się na te warunki. Otulasz się tym, co miałeś na sobie, gdy się tu pojawiłeś, co jednak w niczym nie pomaga. Jak gdyby tutejszy chłód był w stanie przenikać ubrania, człowieka na wylot. Czekasz na świt, by rozgrzały cię promienie dziennej gwiazdy, lecz on nie nadchodzi. Gdy po raz kolejny patrzysz wyczekująco w niebo – a raczej znajdującą się nad tobą pustą przestrzeń, która z niebem nie ma wiele wspólnego – zdajesz sobie sprawę, że w tym miejscu noc jest wieczna.

Nie jesteś w stanie choćby stwierdzić, czy czas płynie wokół ciebie. Wkrótce wędrujesz w niekończącej się pustce, bez celu, bez efektu.

I powiem ci – wiem, co wtedy myślisz. Wcale nie zastanawiasz się, czy żyjesz. Jesteś tego pewien – tak samo, jak zawsze byłeś. Wszak idziesz naprzód. Oddychasz. Rozglądasz się. Analizujesz. Otrzymujesz bodźce od każdego receptora w twoim ciele – ten fakt świadczy o tym, że jesteś tak samo żywy, jak kiedykolwiek – w wybitnie cielesny sposób.

Lecz każdy z tych sygnałów dodaje swoją cegiełkę do obrazu, który powoli zaczyna kiełkować w twoim umyśle: obrazu świata, w którym się znalazłeś.

I wiesz już, że mimo wszystko musisz być martwy, ponieważ miejsce w którym się znajdujesz, nie może być przeznaczone dla żywych istot.

O takich rzeczach nie opowiada się nieznajomym; prawda?

 

 

3.

 

– Jak daleko jesteśmy od Nory?

– Sto czterdzieści trzy mile. – Z mechanicznych ust od razu padła odpowiedź.

Som zatrzymał się, spoglądając w przestrzeń. Aż po horyzont chłodna pustynia nie wyróżniała się zupełnie niczym. Jednolita, płaska powierzchnia. Niewielu mieszkańców Inanisa wybierało życie takie jak jego, nie tylko ze względu na związane z nim niebezpieczeństwa. Jedną z najtrudniejszych do zniesienia rzeczy była bliskość pustyni i jej wpływ na człowieka. Można było iść przed siebie tygodniami, a widok zupełnie się nie zmieniał. Dawało to złudzenie pozostawania w miejscu, jak gdyby cel podróży oddalił się nagle nie na dni, lecz lata wędrówki. Niewiele osób jest w stanie znieść coś takiego bez żadnego wpływu na i tak nadwyrężoną psychikę.

Zdecydowana większość wybierała Norę. „Pustynia to szaleństwo” – mówili, i mieli rację. Ci, którzy ją przemierzali, po pewnym czasie często tracili zmysły, a nawet jeśli nie, doznawali zaburzeń osobowości, tracąc zdolność przebywania z innymi. Mimo to byli niezbędni – bez nich Nora nie przetrwałaby długo. Znajdowali się wśród nich łowcy tacy jak Som, polujący na zwierzęta i bestie, które miały tego pecha, by tak samo jak ludzie trafić do tego zniszczonego świata, tragarze, którzy nie odchodząc tak daleko od Nory, znosili do niej cięższe ładunki, na przykład znajdowane gdzieniegdzie drewno, a także szperacze, którzy wyprawiali się najdalej. Ich celem były niebezpieczne tereny, gdzie przetrwanie było jeszcze trudniejsze. Wyruszali tam w sobie tylko znanych celach, czasem wracając z egzotycznymi łupami, a czasem nie wracając w ogóle.

Przebywanie w Norze pozwalało udawać, że pewne rzeczy nie mają miejsca, jednak również miało swoje koszty. By nie oglądać niekończącego się krajobrazu, ludzie kryli się w ciemnościach i nie wychodzili na powierzchnię. By nie musieć radzić sobie z wszechogarniającym, ponurym światem, chronili się w niewielkich klatkach z mroku. W rezultacie efektem był jedynie inny rodzaj szaleństwa.

– Jesteśmy niemal w połowie Pierwszego Kręgu, blisko zewnętrznej części – kontynuował robot – a nasze zapasy powoli się kończą. Uważam, że powinniśmy rozważyć udanie się w kierunku jednej z Wież.

– Tak? A od kiedy to ty tu podejmujesz decyzje?

– To nie była decyzja, tylko opinia – odpowiedziała Blaszak po chwili ciszy, tym samym jednostajnym głosem, z którego nie dało się nic wyczytać. Jeżeli ta kwestia wyrażała urazę, można się było tego jedynie domyślać.

– Wszystko jedno. Skoro już o tym wspomniałeś – jak daleko mamy do najbliższych Wież?

– Trzydzieści siedem mil do Ósmej. Do Siódmej tylko osiemnaście, ale ostatnio stała pusta, więc możemy tam nikogo nie znaleźć.

– Trudno. Skieruj nas na Siódmą. Nawet jeżeli opustoszała, to wciąż mamy spore szanse, że zagnieździło się w niej coś jadalnego.

 

***

 

Wieże – oto kolejny relikt, niszczejące budowle rozsiane po pustyni. Właściwie, to każda z nich była zupełnie innym rodzajem budynku, niekoniecznie przypominającym wieżę, ale ludzie zamieszkujący to miejsce nie cechowali się zbytnią kreatywnością w nadawaniu nazw. W pewnym sensie Wieże były miniaturowymi wersjami Nory. Część była zamieszkała, choć ich populacje były zwykle bardzo małe, liczące kilka, kilkanaście osób – w tym chwilowo przebywający tam gości.

Oprócz tego, że nadawały się na schronienie, nieliczne oferowały także źródła wody pitnej – podobne, lecz mniejsze od tego w Norze. Przez to często stanowiły bazę wypadową dla podróżników. Ich mieszkańcami byli zaś najczęściej ci, którzy z jakichś powodów musieli opuścić główną osadę, albo zwyczajnie woleli tam nie mieszkać. Zwykle utrzymywali się, skupując od łowców szybko psujące się pożywienie w zamian za drobne usługi oraz informacje.

Numer siedem była stosunkowo wysoka, z tego względu dawała się dostrzec już ze znacznej odległości. Jej krzywa sylwetka atakowała czarne niebo na horyzoncie. Som nakazał Blaszakowi trzymać się z tyłu – na pustyni i tak byli doskonale widoczni, lecz cokolwiek potencjalnie mieszkającego wewnątrz wcale nie musiało akurat patrzeć w ich stronę – mogło choćby odpoczywać, skuszone ułudą schronienia, a robot poruszając się generował zbyt silny hałas na podchody.

Mężczyzna zakradł się do Wieży. Zdawała się być martwa, ale pamiętał doskonale, jak wiele razy pochopne poczynienie takiego założenia mogło kosztować go życie. Zbliżył się ostrożnie do drzwi, a właściwie miejsca, gdzie znajdowały się jakieś eony temu, a gdzie obecnie ziała pustka otoczona kamienną ramą.

Sekundę później zmusił się, by udać brak zaskoczenia, gdy w drzwiach bezgłośnie pojawił się od drugiej strony inny człowiek.

– Witam w moich skromnych progach. Zaczekamy na pańskiego towarzysza, czy od razu wejdziemy do środka? – Mówiący kontynuował, nie czekając na odpowiedź, patrząc cały czas na zbliżającą się Blaszak – Od pewnego czasu jesteśmy nowymi gospodarzami tej budowli. Z przyjemnością was ugościmy. Niestety, jest nas tu tylko trójka i z tego powodu, jak podejrzewam, nasza obecność nie była widoczna z daleka. W rzeczy samej, próbę zbadania naszego lokum uważam za całkowicie uzasadnioną, tak więc proszę się nie przejmować tym małym faux pas.

– Wcale się nie przejmuję.

– To dobrze. O! O wilku mowa!

Blaszak spojrzała się na Soma, który rozpoznał pytanie w wyrazie mechanicznych oczu. Coś, czego nauczył się przebywając z robotem przez lata.

– Zajęli Wieżę w czasie, jaki minął od naszej ostatniej wizyty – wyjaśnił. – Zapraszają nas do środka.

– To miło z ich… z waszej strony. Nie ma tam żadnych niespodziewanych schodów, drabin? Mogłyby być dla mnie kłopotliwe w tych ciemnościach.

– Właściwie, to wolimy mieszkać poniżej gruntu, ale oczyściliśmy parter, więc możecie wybrać którąś z tamtych komnat na odpoczynek.

– Jakaś jest już zajęta?

– Tak. Oprócz was jest tu od wczoraj jeszcze jeden łowca. Pokażę wam pokój, który według mnie jest w najlepszym stanie. I jeżeli nie jest to problemem, to zapraszam pana na chwilę na dół – opowiem jeszcze o kilku rzeczach, a także przedstawię panu moje dzieci.

 

***

 

Pokój nie był obszerny, ale znajdowało się w nim niewiele pyłu, dzięki czemu stanowił znacznie lepsze miejsce na nocleg niż otwarta pustynia. Z pewnością utrzymanie kilku pięter w tym stanie wymagało sporo wysiłku. Każde pozostawione sobie pomieszczenie szybko magazynowało drobny materiał z pustyni, niezależnie od tego, jak mocno zostało od niej odizolowane.

Było tu tak samo zimno, jak na zewnątrz – a może nawet bardziej. Kamienna podłoga nie była najlepszym miejscem na sen, ale Blaszak odpoczywał w takiej samej pozycji jak zawsze, zwyczajnie nieruchomiejąc, a dla Soma znalazło się trochę szmat i nieprzydatnych ciuchów, mogących służyć za posłanie.

– Nazywa się Gaar. Uczy swoje dzieci szycia. Powiedział, że naprawią nasze przedmioty, jeżeli będziemy tego potrzebować. On sam zna się na mechanice. Zauważył, że masz zniszczone ramię i powiedział, że przyjrzy się mu, gdy już wypoczniemy.

– Ciekawe. W Norze znaleźliśmy raptem dwie osoby gotowe się tym zająć, lecz obydwie podały cenę, którą uznałeś za zbyt wysoką. Trzecia miałaby mieszkać w takim miejscu?

– Masz jeszcze drugie ramię i radzisz sobie dobrze. Już ci mówiłem, że zażądali wygórowanej zapłaty, bo wydaje im się, że nie wiadomo jak zależy mi na naprawie. Jeśli zobaczą, że radzisz sobie bez niej, to zejdą z ceny. Poza tym, nie wiemy jeszcze, czy ten Gaar w istocie będzie w stanie cokolwiek zrobić. Na razie mamy tylko jego słowo.

– Racja. A co z tymi dziećmi? Słyszałem je aż tutaj.

– Dwójka. Starsza dziewczynka i młodszy chłopiec. Tam na dole mają całkiem mocne światło. Używają go tak, jakby w ogóle nie oszczędzali, ale przynajmniej mogłem się im dobrze przyjrzeć. Grzeczne. Zadbane.

– Nie wydaje ci się to dziwne? Dzieci z pewnością nie są jego. Dlaczego miałby się nimi opiekować?

– A bo ja wiem? Nie dał tego po sobie poznać. Chcę, żebyś jutro się tym zajął podczas naprawy. Wypytaj go, czy coś.

– Dobrze. Jest jeszcze jedna kwestia. Nie wydaje ci się dziwna ta jego uprzejmość? Dobrze wiesz, że ludzie tak się względem siebie nie zachowują. Nie tutaj.

– Nie obchodzi mnie to. Jestem zmęczony, idę spać.

Spędziłem tu już tyle lat, pomyślał jeszcze Som, nim zapadł w sen. Nie powinno mnie to już ruszać, a jednak. Jak to się stało, że podejrzewamy kogoś tylko dlatego, że jest dla nas odrobinę miły?

 

***

 

– To może trochę potrwać. Przesuń się bliżej światła, dobrze?

Gaar, jak przedstawił się goszczący ich mężczyzna, zaczął oglądać zniszczone ramię Blaszaka, lecz najwyraźniej przeszkadzało mu, że świeca trzymana przez chłopca dawała zbyt mało światła. Powodem była dzieląca ich odległość.

Z cichym szumem robot zbliżył się nieco do dziecka, a to instynktownie oddaliło się tak, że dystans pomiędzy nimi wcale się nie zmienił.

– Boisz się mnie? – Zabrzmiał głos z okolicy głowy maszyny, lecz tym razem brzmiał ciepło, uspokajająco i kobieco, w niczym nie przypominając poprzedniego. Chłopiec jednak nie zareagował.

– Nie mówi jeszcze zbyt dobrze publicznym językiem – odparł za niego Gaar. – To był twój prawdziwy głos? – Podszedł do dziecka, pogłaskał je po główce, po czym nachylił się i wyszeptał mu coś do ucha. Blaszak nie był w stanie powiedzieć, co takiego – jego moduł nasłuchu odmówił posłuszeństwa kilkadziesiąt lat wcześniej – jednak najwyraźniej podziałało. Chłopiec mimo wszystko nadal był onieśmielony. Chociaż stał blisko, robił to wbrew sobie, wpatrując się cały czas w swoje buty. – Jesteś zdolna odczuwać ból?

– Mam receptory niezbędne do analizowania własnych uszkodzeń, ale mogę je bez problemu chwilowo wyłączyć, więc się tym nie przejmuj. Jeżeli chodzi o ten kobiecy głos, mam go zaprogramowany do takich właśnie zadań. Pewnie wiesz: dzieci reagują na niego lepiej, nie tylko one zresztą. Nie należy wyciągać pochopnych wniosków.

Więc dlaczego po prostu temu nie zaprzeczyłaś? – wyrzuciła sobie w myślach.

– Jasna sprawa. Jeżeli masz też zaprogramowane reakcje obronne na naruszenie integralności, to dobrze by było, gdybyś je teraz wyłączyła. – Uparcie użył rodzaju żeńskiego – I czy masz coś przeciwko, żebym kontynuował mówienie do ciebie jak do kobiety? Powiedzmy, że łatwiej jest mi odnosić się do ciebie myśląc o tobie bardziej ludzko.

– Nawet, jeżeli jestem jedynie maszyną?

– Częstokroć nie można wyznaczyć granicy między człowiekiem a istotą stworzoną na jego podobieństwo. Uważam, że sam ten fakt nie powinien być tak istotny, jak… jak inne elementy.

Czyta w tobie jak w książce, pomyślała.

– Skoro tak wolisz – powiedziała na głos. – Choć niewiele osób odzywałoby się do mnie w ogóle. Nie sądzisz, że twoja rozmowność znacznie przewyższa średnią w Inanisie?

– Och, ale czy to coś złego? Uważam, że powinniśmy zmieniać świat na nasze podobieństwo, a nie odwrotnie. Dlaczego otoczenie miałoby wpływać na nasze relacje z innymi? A może po prostu pochodzę ze świata tak strasznego, że Inanis nie robi na mnie wrażenia? – Poruszył narzędziem w ramieniu, po obwodach przeskoczyła silna iskra. – Czy jesteś w stanie zredukować napięcie, albo całkowicie wyłączyć tę część? Dzięki. To, oczywiście, nieprawda. Ani jedno, ani drugie. Inanis to nie jest zwykły świat. To, co zmienia wszystkich wewnątrz, nie da się wyrazić prostymi słowami, związkami przyczynowo skutkowymi. Moim zdaniem jednak poddanie się bez walki dowodzi, że od początku byliśmy tak samo martwi, jak on sam, a trafienie do niego było jedynie impulsem, który pozwolił nam na zrzucenie konwenansów, wydostanie się z otoczenia, które wcześniej zmuszało nas do aktywności.

– Każdy się opiera przez jakiś czas. Nie zawsze trwa to długo.

– Nie zgodzę się, ale z pewnością można w ten sposób powiedzieć o większości. Możesz przyjąć, że staram się bardziej ze względu na dzieci. Silny związek z innym człowiekiem pomaga w tej kwestii.

Zapewne, zgodziła się w milczeniu.

– Dużo osób was tutaj odwiedza? – Zmiana tematu wydała się dobrą opcją. – To miejsce długo było…

– Opuszczone, tak. I z tego powodu ludzie pojawiają się tutaj raczej z konieczności, ale nie mamy problemów z żywnością, jeżeli o to pytasz. Gdy akurat nie ma tu żadnego łowcy, z którym można by handlować, sam poluję w okolicy. Uuu… Co cię tak urządziło? Wygląda, jakbyś za pomocą tej ręki próbowała zatrzymać w miejscu rozpędzonego dzika…

– Mhm. Mniej więcej tak to wyglądało.

– Mniej więcej?

– Gorzej – ucięła.

Naprawa trwała jeszcze trochę, ale Gaar wbrew ich wcześniejszej podejrzliwości najwyraźniej radził sobie ze wszystkim, więc Blaszak uznała, że najlepiej będzie ani mu nie przeszkadzać, ani nie pomagać. Nic tak nie rozprasza podczas pracy jak ktoś, kto stoi nad tobą i tłumaczy, jak lepiej się do niej zabrać.

– Dlaczego normalnie nie korzystasz z głosu, którym odezwałaś się do Mijaala?

– Dostałem takie polecenie.

– Od niego? Czyżbyś podróżowała z masochistą? – prychnął mężczyzna. – Sama powiedziałaś, że ten kobiecy głos jest lepiej odbierany. Skoro tak, to musisz też wiedzieć, że ten, którym się teraz posługujesz, wywołuje raczej nieprzyjemne skojarzenia.

– Som uważa, że roboty nie powinny brzmieć jak ludzie.

– I w ogóle przypominać ludzi, co? Więc dlaczego z tobą podróżuje?

– Kupił mnie. Zapewne uznał, że było to opłacalne.

– To takie smutne, nie sądzisz? Nie jesteśmy nawet w stanie podać precyzyjnej definicji człowieczeństwa, a jednak zawsze znajdą się tacy, którzy są przekonani, że dokładnie wiedzą, co ono znaczy. A potem kupują albo atakują innych, mniej ludzkich… Ale wybacz, na pewno uważasz, że zapędzam się zbyt daleko. Co do naprawy, to jest załatwiona – spróbuj włączyć część obwodów i poruszać ramieniem.

– Jesteś pewien? Nie wygląda na skończone…

– Zaufaj mi. To nie było trudne, wystarczyło wymienić część przewodów i odłączyć te, które spełniają drobne, poboczne funkcje, a były zbyt zniszczone, by je naprawiać. Zamiast tego posłużyły za źródło części zapasowych. Jednak nie oczekuj ode mnie, że w jakiś magiczny sposób uda mi się na nowo przykryć mechanikę pokrywą, bo nie mam ani materiałów, ani możliwości, by to zrobić. Dlatego niestety będziesz musiała poradzić sobie z przewodami na wierzchu. Nie pozwól, żeby zalęgły ci się między kablami żadne drobne zwierzątka, i będzie w porządku.

Chociaż Blaszak wyglądała po tym zabiegu na bardziej zniszczoną niż przed, to ramię rzeczywiście działało. Z zadowoleniem zauważyła też, że funkcje wyłączone przez Gaara i tak zostały uszkodzone przez źródło awarii już wcześniej, więc nie straciła żadnej istotnej zdolności.

Przebywała w tym świecie już tak długo… Dawno zdążyła przekroczyć oczekiwany dla jej modelu czas działania. Kolejne awarie i prymitywne naprawy sprawiały, że gdyby znalazła się na złomowisku, byłaby nie do odróżnienia od otoczenia. Przynajmniej źródło zasilania będzie sprawne jeszcze długo. Konstruktorzy stworzyli je z myślą o takiej możliwości. No, może niekoniecznie właśnie takiej, ale dopuszczali opcję pracy przez długi czas z dala od autoryzowanych stacji naprawczych.

Robot podziękował Gaarowi i postanowił wyjechać z Wieży, by podzielić się wiadomościami z Somem, który szykował się do polowania na zewnątrz.

– Nie ma sprawy – odpowiedział mężczyzna. – Jednak mam jeszcze jedną prośbę. Czy mogłabyś mówić do nas tamtym głosem? Jest ładny.

Blaszak zahamowała, jakby zastanawiając się.

– Ładny, co? – odrzekła wreszcie, zgodnie z prośbą zmieniając głos. – Będę mieć to w pamięci. Ale Somowi by się to nie spodobało, więc niech zostanie tajemnicą.

Rzeczywiście… Jest ładny.

 

***

 

– Niezła włócznia. Nosisz ją ze sobą, by mieć na co upadać, gdy się potykasz?

– Ja też się cieszę, że cię widzę, Zorly.

Som właśnie ostrzył swoją broń, gdy zaszedł go od tyłu drugi łowca. Ci, którzy przemierzali pustynię, często rozpoznawali się nawzajem. Czasem się spotykali. Przeważnie nie palili się wtedy do rozmów, a raczej omijali z daleka.

Jednak błędne byłoby stwierdzenie, że są sobie całkowicie obojętni. Niczym kocury – potrafią zignorować się nawzajem na wiele sposobów. Mogą przy tym pokazać, że ten drugi jest uważany za niemal równie godnego, że dzieli ich jedynie kilka stopni, a nie cała przepaść, co w ich egocentrycznym świecie jest najwyższym pochlebstwem. Albo też wyrazić swoim zachowaniem absolutną pogardę, nie zaszczycając przeciwnika nawet prychnięciem. W przypadku Soma i Zorly’ego normalnie można się było spodziewać tego drugiego rodzaju reakcji.

Zorly był młodszy, silniejszy i podchodził do wszystkiego z lekceważeniem, jednak to nie zazdrość była motorem niechęci Soma. Nie wszyscy łowcy cieszyli się dobrą kondycją, a już zwłaszcza szperacze z reguły nie należeli do najsilniejszych. Tacy jak Zorly traktowali słabszych od siebie na równi ze zwierzyną, na którą polowali. Atakowali bez litości, gdy tylko wypatrzyli jakąkolwiek okazję.

Som miał świadomość brutalnej natury Inanisa. Nie oczekiwano, że ludzie będą pomagać sobie nawzajem w przetrwaniu na pustyni, lecz czasem i tak to czynił – niezbyt często i gdy akurat nie widział ku temu przeciwwskazań. Było coś takiego w pozostawieniu konającego z głodu i pragnienia człowieka na pastwę losu, że jakaś jego część ciągle wzdrygała się na myśl o tym. I to mimo otoczenia, w jakim przyszło mu się znajdować. Zorly zaś wbiłby sztylet w brzuch takiej osobie i zabrał cały jej dobytek, wcześniej udając, że zamierza przyjść z pomocą. Przed odejściem zaś pomęczyłby ją jeszcze chwilę. Wykorzystałby wolę przetrwania ofiary do własnej zabawy.

– Idziesz polować w okolicy? Niepotrzebnie się męczysz, staruchu, zdążyłem już wyczyścić teren.

– Daj mi spokój.

Zorly odszedł kawałek, tak jakby miał zamiar wrócić do Wieży, lecz zatrzymał się przed progiem. Przez chwilę wyglądał, jakby miał się jeszcze jakoś odgryźć, lecz zmienił ton na coś, co można nazwać neutralnym – przynajmniej z pozoru odpuścił sobie sarkazm i groźby.

– Tak w ogóle, zauważyłeś coś nie tak z tą trójką? Dziwne typy… Dam głowę, że to rozgryzę. Posiedzę tu jeszcze parę dni. A potem…

– Idź już sobie.

Młodszy mężczyzna zrezygnował z dalszych prób podtrzymywania rozmowy i zniknął w cieniu wejścia. Dziwne typy, powtórzył w myślach Som. A kto tu taki nie jest? Wszyscy tu są dziwaczni, więc czemu oni mieliby stanowić wyjątek?

Mężczyzna przypomniał sobie, jak przed odpoczynkiem zszedł na dół – stwierdzenie „poprzedniego dnia” nie pasuje do Inanisa, gdyż dzień i noc nie zamieniają się miejscami z cykliczną regularnością. Było tam niemal przyjemnie. Niemal, bo słowo to dawno już straciło dla Soma jakiekolwiek znaczenie. W porównaniu do innych Wież i samej Nory było tam choćby dużo cieplej. Nie na tyle, żeby dawać komfort, ale odczuwało się różnicę. Poza tym Gaar nie oszczędzał na świetle – najwyraźniej dużo czasu musiał poświęcać na zbieranie opału w okolicy, albo po prostu trafił gdzieś na jego obfite źródło. Mimo to mógł je przecież sprzedać, wymienić na żywność. Światło w Inanisie było luksusem, na który stać jedynie niewielu. Wszyscy inni musieli je sobie ograniczać.

Ale to da się jeszcze zrozumieć. Co najmocniej Soma zdziwiło, to fakt, że został poczęstowany jedzeniem – jakimś nieznanym mu zbożem. Owszem – jeżeli jakaś Wieża posiada źródło wody, udostępnia je podróżnym, ale dzielenie się żywnością bez żadnej opłaty było nie do pomyślenia.

– Idzie pan polować? – Dziewczynka pojawiła się w drzwiach, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. – Niedobrze. Zostawi nas pan samych.

– Masz na myśli Zorly’ego? – domyślił się gość. – Nie chcesz, żeby sam z wami został? Dlaczego?

– Próbował zabić Mi, ale ona się schowała. Schowała i nie wydaje żadnych głosów, żeby jej nie znalazł. Ona wie, że chce ją skrzywdzić.

– Żyje tutaj jakieś zwierzę, tak?

Dziewczynka stała dalej w tym samym miejscu, jedynie przyglądając się łowcy. Somowi wydało się, że poruszyła lekko głową. Nie mówiła nic więcej, więc wrócił do swoich przygotowań.

– Proszę pana…

– Tak?

– Co należy zrobić, kiedy wie się, że ktoś jest zły? Ale nie zrobił jeszcze nic, by to pokazać. Ale zrobi. Prędzej czy później.

Som zastanowił się na moment.

– To zależy. Najprawdopodobniej zupełnie nieistotne jest, co byś w takiej sytuacji zrobiła, ponieważ i tak na koniec nie będziesz z siebie zadowolona. Takie jest już życie. Należy robić to, czego konsekwencje damy radę ponieść, gdyby okazało się, że nie mieliśmy racji. Ale przede wszystkim zapytaj o to swojego opieku… ojca. Obawiam się, że nie nadaję się zbytnio do udzielania dobrych rad. – Spojrzał na drzwi, ale dziewczynki już tam nie było. Sądzisz, że Zorly może wyrządzić wam krzywdę? miał jeszcze powiedzieć, licząc na to, że ciągle stoi gdzieś głębiej w ciemnościach. Uznał jednak, że głupio byłoby mówić do powietrza, gdyby okazało się, że naprawdę sobie poszła. I tak był już bardziej niż zwykle rozmowny. Gdy przez chwilę o tym pomyślał, zauważył, że trwało to, odkąd przybył do Wieży numer siedem.

A wiesz, co cię najbardziej nurtuje? Wcale nie to, że Zorly prawdopodobnie zamierza ich zaatakować, gdy tylko wyruszysz na polowanie. Dlatego postanowiłeś, że Blaszak zostanie z nimi na ten czas. Nie, jesteś skonsternowany, bo z jakiegoś powodu to dziecko mówiło w taki sposób, jakby to ono było w stanie go powstrzymać…

 

***

 

Nie tylko ludzie trafiają do Inanisa. Przemierzając pustynię można natknąć się na istoty wszelkiego rodzaju. Większość z nich jest zwykłymi zwierzętami, czasem nieznacznie odmiennymi od tych zapamiętanych ze świata, w którym się urodziło. Bywają jednak wśród nich bestie, stąd też profesja łowcy łączyła się z ogromnym niebezpieczeństwem.

Całe szczęście, tym razem Somowi udało się upolować zwierzynę bez większych przeszkód.

Każdy mieszkaniec Inanisa wie, że im bardziej inteligentna, świadoma istota, tym większe prawdopodobieństwo, że zostanie doń przeniesiona. Oczywiście, większość z nich miała niewielką wiedzę na temat miejsca, w jakim się znalazła, oraz praw nim rządzących, lecz pewne ich elementy można było intuicyjnie wywnioskować z podświadomie czynionych codziennie obserwacji.

Oprócz tego istotny jest wpływ wielkości populacji, bowiem każdy osobnik ma pewną szansę by znaleźć się w Świecie Pustki. W konsekwencji najczęściej spotykało się zwierzęta udomowione, niektóre ptaki, a także owady, gdyż mimo ich niskiej świadomości poszczególne gatunki należą przecież do najliczniej reprezentowanych.

Spośród nich wszystkich psy były najłatwiejsze do zabicia.

Som dostrzegał w tym coś smutnego. Pies jest wystarczająco inteligentny, by odczuć większość efektów Inanisa. Pojawia się w nieznanym mu, nieprzyjemnym miejscu, nie mając w zasięgu wzroku swojego właściciela, innych ludzi ani zwierząt. W pustym powietrzu da się wyczuć jedynie pył. Pozbawione jest zapachów – nie tylko tych znajomych, lecz w ogóle, tak jakby od zawsze było martwe.

Wreszcie niepewnie rusza naprzód, szukając swojego pana. Ostatecznie legnie zmęczony. Gdy wstanie, bardziej istotne będzie już dla niego znalezienie pożywienia i wody. Nie mając pojęcia, co się stało, gdzie się podziali ludzie, do których tak jest przywiązany, ponowi wędrówkę.

W końcu wyczerpany, głodny i przestraszony dostrzeże na horyzoncie znajomą sylwetkę. Ruszy w jej kierunku. W pewnym momencie zacznie się cieszyć – oto znalazł człowieka, musi tylko do niego dotrzeć i tak jak zawsze zostanie nakarmiony i napojony, będzie mógł odpocząć. W pewnym momencie wyczuje wreszcie delikatną sugestię zapachu, trochę odmiennego, lecz jednak tak podobnego – wyjątkowo wyrazistą, gdyż do tej pory nozdrza pozostawały nieużywane. W pewnym momencie zacznie merdać ogonem. Zostało mu już przecież tylko kilka kroków.

Właśnie wtedy człowiek zwolni cięciwę.

Lecz to jeszcze nie jest koniec. Łowca wciąż musi podejść do zwierzęcia leżącego w krwi i pyle, by dokończyć dzieła.

Na tym etapie część psów zorientowałaby się w swoim błędzie. Warczałaby, próbowałaby ujadać i kąsać mimo rany i wyczerpania, ale nie ten. Wtedy byłoby prościej. Można by sobie wyobrażać, że tak naprawdę jest groźny i wyrządziłby krzywdę, gdyby tylko mógł. Że oto kolejna bestia leży przed tobą, próbując zaatakować choćby i ostatkiem sił.

Lecz ten, który konał właśnie przed Somem, nawet w tej sytuacji wkładał resztkę sił i nadziei w oczekiwanie na człowieka. Ogon nadal poruszał się niemrawo, oczy nadal wołały o pomoc. Towarzyszyło im cichnące skomlenie z bólu. Jakby to wszystko i zbliżający się człowiek nie miało ze sobą nic wspólnego – dwie oddzielne reakcje, dwa różne światy. Jakby pojawienie się mężczyzny nadal miało w jakiś magiczny sposób uwolnić od cierpienia i trosk.

Przepraszam, stary – pomyślał Som, podrzynając gardło zwierzęciu. Widzisz, nie mam za co. Tak naprawdę uwolniłem cię od powolnej, niezwykle bolesnej śmierci z pragnienia, która niechybnie czekałaby cię na pustyni. A nawet gdybym cię napoił, to ani ja, ani nikt inny by cię nie nakarmił, bo jedyne jedzenie, jakie mamy, to tylko to, które dzieli nas od grobu. Woda jedynie wydłużyłaby twoją agonię.

Nawet bardziej niż ty pragnąłbym żyć w świecie, w którym zwierzęta karmi się, kocha i chroni. Kiedyś do takiego należałem… Przepraszam cię w myślach tylko dlatego, by pokazać sobie, że coś jeszcze we mnie z niego zostało. Kiedyś byłem tego pewien… Teraz już nie.

 

***

 

Odległość dzieląca go od Wieży była niewielka, więc wrócił, by dopiero na miejscu oprawić zdobycz. Jeszcze zanim spotkał czworonoga, zdążył złapać jakiegoś ptaka przypominającego gołębia, lecz powrót jedynie z nim byłby w zasadzie równoważny przyjściu z pustymi rękoma.

Zastał Blaszaka stojącego całkiem nieruchomo przed wejściem. Wiedział, że robot oszczędzał energię. Prawie nigdy nie wykonywał niepotrzebnych ruchów. Z pewnością miał wmontowany jakiś system komunikacji pozawerbalnej. Jeżeli zbudowano go w humanoidalnej formie, to prawdopodobnie według założeń miał często komunikować się z ludźmi i wyposażono go w odpowiednie podzespoły. Som jednak nie pamiętał, czy kiedykolwiek z czegoś podobnego korzystał. Przez to czasem nawet jemu było trudno zrozumieć, co dokładnie pół-android chciał przekazać. Ludzkie języki w ogromnym stopniu polegają na komunikacji niewerbalnej. Teraz, będąc całkowicie nieruchomym, Blaszak mogła myśleć o czymkolwiek. Som nawet nie próbował zgadywać.

Mimo to wiedział, że tak powinno pozostać. Maszyny nie mogą zachowywać się jak ludzie. To byłoby… niewłaściwe. Bardziej zajmowała go kwestia żywotności reaktora. Już kiedy go kupił, robot nosił ślady długiej eksploatacji, a wszyscy w Norze go rozpoznawali. Sama Blaszak zapewniała co prawda, że będzie funkcjonować wystarczająco długo, by trafić w ręce kolejnego właściciela. Som martwił się, bo wielokrotnie już był świadkiem kolejnych awarii robota. Mógł tylko zgadywać, czy kolejnej nie ulegnie reaktor. Istniała też możliwość, że system szacowania pozostałego czasu pracy był wadliwy.

– Nie miałeś szczęścia tym razem – rozległ się mechaniczny głos, gdy Som był już odpowiednio blisko.

– Nieprawda. Może i nie trafiłem na świnię, ale wcale nie musiałem odejść daleko, a podobno Zorly już polował w okolicy przede mną. Poza tym ile to już razy błąkaliśmy się przez kilka dni z rzędu, nie mogąc znaleźć nic do jedzenia? – Przyjrzał się maszynie. – Czekałeś na mnie?

– W pewnym sensie. Po prostu spoglądałem na horyzont. – Robot dopiero teraz skierował spojrzenie na Soma. – Przepraszam.

Ona też tak robiła, przypomniał sobie gorzko Som. Potrafiła patrzeć w dal cały czas, choć stałem tuż obok.

– O co chodzi? Zorly coś wymyślił? Czemu nie siedzisz w środku? – zapytał głośniej, niż planował.

– Przepraszam. Nie. Właściwie zniknął jakiś czas temu w piwnicach. Z tego co mówił Gaar, jest ich przynajmniej kilka poziomów, tak samo jak tych nad ziemią, i nie wszystkie są dobrze…

– Jeżeli nie masz żadnej wymówki, to skończ z tymi twoimi bzdurami! I przestań wreszcie gadać, jak nie masz nic do powiedzenia. W tym tempie zwierzyna mi zgnije.

– Oczywiście – odpowiedział po chwili robot. Jak zwykle, bez cienia sugestii na temat podtekstu, emocji czy intencji. Soma to w tym momencie już nie obchodziło. Wszedł do środka.

Przecież tyle razy to przerabialiście. Nie powinieneś tak na niego naskakiwać. I to z jakiego powodu? Straciłeś ją dwadzieścia lat temu… Jak długo jeszcze będziesz pozwalać, by prześladował cię jej duch?

Zszedł po drabinie. Wszyscy popatrzyli na niego – najwyraźniej przerwał dzieciom jakąś zabawę.

– Gdzie mogę je oporządzić?

– Przygotowaliśmy na to jedną komnatę. Zaprowadzę cię – odpowiedział Gaar, odkładając jakieś drobne przedmioty.

Miejsce to znajdowało się również w piwnicy, lecz w pewnym oddaleniu od innych używanych pomieszczeń. Śmierdziało w nim zakrzepłą krwią, lecz niezbyt intensywnie. Na środku stał stół, wbrew pozorom całkiem czysty.

Som rzucił ptaka w kąt, a psa na stół. Gaar przygotował światło. Gość ujął nóż i rozpoczął pracę.

– Mieszkacie tu krótko? Jak dobrze się orientujecie w zwyczajach panujących w Wieżach? – pytał, zręcznie tnąc skórę psa, wykrawając mięso. Nie czekając na odpowiedź, mówił dalej: – Podroby, kości, tłuszcz i ścinki mięsa z głowy czy ogona są tradycyjnie do podziału, przygotowuje się z nich wspólne posiłki, w zamian za gościnę i drobne usługi. Ja zabieram ze sobą skórę i solone mięso. Jednak może chcesz je kupić? I tak zamierzam zanieść je do Nory. Jeszcze nie zapłaciłem za naprawę Blaszaka. Powiedziałeś, że podasz cenę, nim wyruszymy w drogę, i jeszcze żebym się nie martwił, bo na pewno się zgodzę, w co akurat wątpię. To może być to, choć szczerze mówiąc, myślałem, że zażądasz więcej.

– Gościliśmy już paru łowców, więc wiem, jak to powinno wyglądać. – Gaar uśmiechnął się, jego twarz wyglądała przy tym trochę jak maska. – Zabawne, do tej pory każdy próbował najpierw wykorzystać mój brak doświadczenia. Wezmę część mięsa, ale nie w ramach zapłaty, wymienię ją za dwukrotną ilość suchego zboża lub fasoli, których mamy niewielkie zapasy. Mam tylko jedną uwagę. Wolałbym świeże mięso, nie solone.

– Oczywiście. Powiedz mi, ile potrzebujesz… Czekaj.

Mężczyźni umilkli. Poza zasięgiem światła rozległ się cichy odgłos szurania.

Błyskawiczny ruch powinien posłać nóż w jego stronę, lecz tak się nie stało. W połowie został zablokowany przez żelazny uchwyt Gaara. Som mógłby przysiąc, że nie dostrzegł, by mężczyzna w ogóle się poruszył, lecz mimo to stał teraz obok i trzymał go za rękę. Nie robił tego brutalnie, lecz pochwycona kończyna nie chciała drgnąć nawet o milimetr.

– Dolicz tego gołębia do wymiany – powiedział Gaar, stopniowo luzując chwyt. – Mi jest pewnie bardzo głodna, chyba zgubiła się w podziemiach. Nie widzieliśmy jej od jakiegoś czasu.

– Trzymacie tu… kota? I karmicie go?!

– To ona, nie on. I normalnie żywi się karaluchami i owadami, jak widzisz jest bardzo mała. Rzadko wymaga dodatkowego pożywienia, a dzięki niej nie musimy się martwić robactwem. Oprócz tego… – Gaar zrobił przerwę, a adrenalina nieco opadła. – Można by powiedzieć, że ją lubimy. Przywiązaliśmy się. – Położył rękę na ramieniu drugiego mężczyzny, tym razem powoli. – Nie wszyscy musimy zapomnieć o życiu w słońcu, Som.

Skąd on wie…? A może po prostu wszyscy się tacy stajemy?

– Jasne. To przecież wasza Wieża. Ale co to w ogóle za metafora? Nie widziałem słońca dwie dekady. Oczywiście, że zapomniałem, jak to jest stać w jego promieniach.

– Cóż… Ktoś istotny dla mnie kiedyś tak mi powiedział. Myślę, że miał trochę co innego na myśli. Śmiem przypuszczać, że byłby nad wyraz zdziwiony, gdyby mógł się dowiedzieć, jakiego znaczenia nabrały jego słowa w tym miejscu. Każdy z nas kogoś tam zostawił, Som.

Reszta pracy została wykonana w milczeniu. W pewnym momencie Som poczuł dotyk. Zignorował fakt, że coś ocierało mu się o nogę.

– Lubi cię – usłyszał.

 

***

 

– Miałeś dwa dni – zaczął Som od progu. – Udało ci się coś wyłapać?

– Ciągle jest zbyt duże prawdopodobieństwo pomyłki, by zaryzykować jednoznaczny werdykt – odpowiedział Blaszak.

– Nie udawaj, tylko mów wprost, czego się dowiedziałeś. Wampiry?

Jedną z zalet posiadania Blaszaka było to, że rejestrował wszystkie spotkane na pustyni istoty. Jego baza informacji była szczególnie pomocna, gdy trzeba było zidentyfikować i określić sposób postępowania w obliczu nieznanego Somowi zagrożenia.

– Istotnie, jest spore podobieństwo. Ale…

– Ile? – przerwał mu mężczyzna.

– Siedemdziesiąt sześć procent. Jednak należy pamiętać o wielu rzeczach. Jak do tej pory spotkałem tylko dwa wampiry, więc można przypuszczać, że nie dysponuję rejestrem wszystkich cech i typowych zachowań. Po drugie, wampiry pochodzące z różnych światów mogą się od siebie różnić. Po trzecie, jest też pewne podobieństwo do innych rodzajów istot. Po czwarte, szybki test pokazuje, że nawet niektórzy ludzie potrafią uzyskać podobieństwo w zachowaniu do wampira na poziomie dwudziestu procent. Na koniec – na wszystkich etapach trzeba wziąć pod uwagę margines błędu.

Som słuchał w milczeniu i analizował podane mu fakty.

– Mówisz, że spotkałeś dwa wampiry. Jak są niebezpieczne?

Blaszak milczał przez chwilę, jakby znalezienie odpowiednich danych wymagało czasu. Może naprawdę tak było.

– Obawiam się, że bardzo. Mój niegdysiejszy właściciel natknął się na obydwa naraz. Udawały łowców. Zaatakowały znienacka, nie dając mu cienia szans. Szczerze mówiąc, to wnioskując po tym, co wtedy nastąpiło, i tak miałby ich niewiele.

– Wypiły jego krew?

– Nie. Przynajmniej tamte dwa, że tak powiem, bardziej interesowały się mięsem… krwistym mięsem. Wydaje się to bardziej logiczne, bo ma ono znacznie więcej wartości odżywczych niż sama krew. Być może to tylko nietypowe zachowanie, do którego zostały zmuszone ze względu na głód. Tak czy siak, widok nie należał do najprzyjemniejszych. Gdy zdążyłem zareagować, było już w zasadzie po wszystkim. Mną się nie interesowały z oczywistych względów, więc podążyły do Nory, zachowując się jak zwykli ludzie, i sprzedały mnie kolejnemu właścicielowi. Od tamtego czasu ich nie spotkałem.

– Powiedz jeszcze: zauważyłeś jakiekolwiek przejawy wrogości ze strony tych tutaj? Przygotowania? Przymiarki do ataku?

– Nie. Jedynym wartym zauważenia faktem jest to, że młodsze dziecko ma znacznie niższy stosunek podobieństwa od pozostałej dwójki.

– Czyli mamy tu dwójkę wampirów, które najprawdopodobniej nikomu nie szkodzą, kupują od Łowców surowe mięso, naprawiają roboty oraz mieszkają z chłopcem i kotem, którymi się opiekują… Zupełnie nieszkodliwe…

– Jest to pochopny, ale logiczny wniosek.

– Albo po prostu chcą, żebyśmy tak myśleli. Tak czy siak, mam sporo do przemyślenia i jestem zmęczony. Stój na warcie… A zresztą, i tak zawsze to robisz. Najprawdopodobniej odejdziemy, gdy wypocznę, nie robiąc niczego w tej sprawie.

– Tak jest.

 

***

 

Obudził go krzyk. Przez moment Somowi wydawało się, że był on po prostu elementem nieprzyjemnego snu, lecz dźwięk powtórzył się raz jeszcze, co rozwiało wątpliwości. Dochodził z podziemi, jak zorientował się mężczyzna. Zerwał się z posłania i biegiem udał na dół, chwytając broń. Kierował się na oślep w stronę pokoju gospodarzy. Nie był w stanie powiedzieć, kto krzyknął jako pierwszy, ale kolejny głos należał do chłopca.

Kiedy wpadł do środka, dzieci kuliły się w kącie. Wyraźnie kryły się przed stojącym na środku komnaty Zorlym. Ten poświęcał im tyle uwagi, że z początku nawet nie zauważył przybycia kolejnej osoby. W ręku trzymał miecz gotowy do zadania ciosu.

– Stój, Zorly! Co ty, do cholery, zamierzasz zrobić?!

– O! – Odwrócił się częściowo w stronę Soma, nie przestając jednak grozić dzieciom. – Przyszedłeś pomóc, staruszku?

– Pomóc? Żartujesz sobie?! Schowaj to!

– Jak to? – Tym razem mężczyzna obrócił się do końca, skupiając uwagę na Somie, który zaryzykował spojrzenie na dzieci. Dziewczynka zasłaniała sobą chłopca. Obydwoje byli wystraszeni tym, co miało miejsce. – Nie mów, że sam nie miałeś zamiaru tego zrobić. Czekałeś aż usną, prawda? Ale ja nie jestem tchórzem. Poza tym nie wiadomo, czy te bestie w ogóle śpią.

– O czym ty…

– O czym? Nie żartuj sobie ze mnie! – Zorly zrobił krok w stronę Soma – Podsłuchałem was. Wtedy mnie trafiło. Wampiry! Nie mogłem na to wpaść, ja! A tymczasem staruszek sobie wszystko ładnie wykoncypował… Nieładnie to tak. Powinieneś od razu mi powiedzieć, przecież wiesz, że Zorly by ci pomógł, prawda?

– Zorly, ty debilu! Nie zamierzałem niczego zrobić! – Somowi także udzieliła się adrenalina. Zaczął krzyczeć. – Nie mamy żadnych dowodów, że skrzywdzili kogokolwiek! Dlaczego miałbym to robić?

– Dlaczego? A masz zamiar pozwolić, by ta zaraza siedziała w Wieży? Przecież zwabiają tu ludzi, skąd wiesz, ilu z nich zabili?!

– A ty skąd to możesz wiedzieć, co?! Podasz mi dokładną liczbę? Skąd wiesz, że to nie jest zero?

– Dobrze wiesz, staruszku, że to są bestie, nie ludzie! Uważasz, że są niewinne? Samym swoim istnieniem stwarzają niebezpieczeństwo.

Som zamilkł na chwilę. Zdawał się rozważać słowa przeciwnika. Jego spojrzenie umknęło gdzieś na bok. Zdziwiony zorientował się, że całej sytuacji z poziomu gruntu przygląda się Mi. Spojrzał jeszcze raz na tulące się do siebie, przerażone dzieci, a później przeciwnikowi w oczy.

– Ta dyskusja prowadzi donikąd, Zorly. – Chwycił mocniej trzymany w ręku sztylet. – Odpuść, albo będę musiał cię powstrzymać.

– O? Staruszek występuje w obronie…?

Nie dokończył. Tacy jak Zorly nie lubią grać czysto. Napięte mięśnie zaczęły pracę jeszcze w połowie pytania. Runął na Soma.

Zorly był prawie dwa razy młodszy. Był też silniejszy i lepiej odżywiony – mieszkał w Inanisie znacznie krócej, a także skuteczniej radził sobie jako łowca, więc nie zdążył jeszcze odczuć długofalowych skutków głodu. Oprócz tego trzymał w rękach zdobyty gdzieś miecz, co dawało mu dodatkową przewagę nad Somem, który dzierżył jedynie chwycony naprędce sztylet.

Któreś z dzieci krzyknęło po raz trzeci.

Som puścił sztylet. Jego ręka powędrowała za pazuchę. Odskoczył do tyłu w momencie, gdy poprzednio trzymana broń z brzękiem uderzyła o kamienną podłogę. Przez moment wydawało mu się, że nie zdąży – napastnik był tuż przy nim. Brakowało już tylko niewiele…

Huk, który się rozległ w pomieszczeniu, mógł kruszyć ściany.

– Ty…! – zaczął Zorly i osunął się na posadzkę.

W Inanisie broń palna była niezwykle rzadka i na tyle pożądana, że obnoszenie się z jej posiadaniem mogło szybko skończyć się nożem w plecach. Dodatkowo dochodził problem amunicji – w praktyce niemożliwe było znalezienie idealnie pasującego typu. Jedyne pociski, z których można było bezpiecznie korzystać, to te znalezione razem z bronią.

Stary, ciężki rewolwer Soma z początku miał pełny magazynek. Jak do tej pory okoliczności zmusiły go do użycia tylko jednej kuli.

Zorly padł od drugiej.

 

***

 

Krajobraz pustyni był taki sam jak zawsze, gdy Gaar i Blaszak żegnali się. Rozległe połacie pokryte pyłem i czarne, usiane gwiazdami niebo, zdające się zaglądać do samego wnętrza człowieka. Co mogło się zmienić?

– Som powiedział, żebym ruszyła przodem. – Rozległ się przyjemny głos dobiegający z maszyny. – Stwierdził, że bez problemu mnie dogoni.

– Rozumiem.

Przecież wiesz, o co chodzi, pomyślał zdziwiony brakiem reakcji robot. Po prostu Som uparł się, by pochować ciało. W ogóle cię to nie rusza? Na pewno masz świadomość, jakie są implikacje.

– Muszę wykonać polecenie. Przekaż dzieciom moje „do widzenia”. – Robot zaczął oddalać się od Wieży.

– Zaczekaj chwilę. – Gaar niepostrzeżenie dorównał mu kroku. – Dziękuję.

– Za co?

– Pamiętałaś o głosie.

Przez moment Blaszak zdawała się patrzeć w przestrzeń, ale odgadnięcie procesu myślowego maszyny było jak zwykle niemożliwe.

– Powiedz mi jeszcze jedną rzecz, zanim zostawię was za sobą. Potrafisz czytać w myślach?

Tym razem Gaar wydawał się być zbity z tropu, co było do niego niepodobne.

– A jakie ma znaczenie moja odpowiedź? Przecież gdybym potrafił, to byłbym też w stanie tak odpowiedzieć na to pytanie, by upewnić cię w przekonaniu, że wcale tego nie umiem.

– Rozumiem. Do zobaczenia.

– Bywaj.

Blaszak powolnym tempem ruszyła przed siebie. Potrafiła co prawda podróżować szybciej, lecz najwolniejszy tryb pozwalał oszczędzać więcej energii. Zorientowała się, co mogły znaczyć słowa Gaara, dopiero gdy trochę się już oddaliła.

 

***

 

Jakiś czas później Som był gotów podążyć w jej ślady. Wiedział, w którym kierunku musi się udać, lecz robota nie było już w zasięgu wzroku. Po chwili zauważył, że gdy patrzył na horyzont, obok zmaterializował się Gaar. Jak zwykle nie wydając przy tym żadnego dźwięku.

– Wyglądacie całkiem podobnie do siebie, gdy tak spoglądacie w pustkę – zaczął wampir. – Chociaż jej wzrok jest znacznie smutniejszy.

– „Jej”? Chwila… Co ten cholerny robot ci powiedział?

– Niewiele. Sporej części sam musiałem się… domyślić. Powiedzmy, że lepiej się czuję myśląc o niej bardziej ludzko. A ludzie mają płeć, więc nie obrażaj się o to. To moja wina, nie jej. Choć moim zdaniem…

– Nie wtrącaj się – wszedł mu w słowo Som.

– Moim zdaniem, powinniście załatwić tę sprawę lepiej – dokończył spokojnie, lecz stanowczo Gaar.

– Jest już załatwiona. Nie wiem, o czym się dowiedziałeś, ale ona… On jest tylko maszyną! Przedmiotem!

– A czy zastanawiałeś się, dlaczego ta maszyna z tobą podróżuje?

– Czy to istotne? Robi to, bo za nią zapłaciłem. A może chodzi ci o jej „odczucia”? To tylko zaprogramowana racjonalizacja dla stosunku właściciel maszyna! Jak ci się wydaje, przy takim poziomie zaawansowania sztucznej inteligencji, jak w najprostszy sposób upewnić się, że maszyna będzie posłuszna? Zaprogramować ją tak, by uważała się za świadomą i zdolną do miłości. Tak, żeby myślała o sobie jak o kimś odmiennej płci od swojego właściciela i adorowała go! Nie pomyślałeś o tym?

Sztucznej inteligencji? zdziwił się Gaar. A więc nie powiedziała ci nawet o tym?

– Lepiej to zostawmy – poddał się. – Myślę, że powinniście o wielu rzeczach jeszcze porozmawiać, ale chyba masz rację, nie będę się wtrącać. Poza tym mamy towarzystwo.

Som zauważył obecność kota dopiero po tym, jak wampir to obwieścił. Zwierzę znów zbliżyło się do jego nogi, tym razem jednak mężczyzna odsunął się.

– Nie podałeś jeszcze ceny za naprawę – powiedział, starając się nie zwracać uwagi na to, co mogło czekać jego nogawkę. Chciał już opuścić to miejsce, ale jego poczucie honoru nie pozwoliło mu odejść bez poruszenia tego tematu.

– Mam takie wrażenie, że Mi może zechcieć… podążyć za wami. Nie pytaj, skąd to wiem. Chciałbym, byś zapewnił jej bezpieczeństwo tak długo, jak długo będzie to robić.

– Mam się opiekować waszym zwierzakiem?!

– Nie. Ona będzie polować na robale i szczury, tak jak to robiła do tej pory. Wątpię, żeby potrzebowała dodatkowego jedzenia, choć czasem może poprosić o nieco wody. To będą nieznaczne ilości – ważniejsze, żebyś rozpoznał, kiedy to zrobi. Nie, chodzi głównie o to, byś nie pozwolił nikomu zrobić z niej kolacji tam, dokąd zmierzasz.

– Jeżeli tylko o to chodzi, to się zgadzam. Ale dlaczego w ogóle zamierza was opuścić? Jest przecież kotem, one nie podążają za ludźmi. Ma tu całkiem dobre warunki.

– Jest trochę bardziej inteligentna niż zazwyczaj koty. Widziała, jak obroniłeś dzieci. Przywiązała się do nas, ale ciebie naprawdę lubi.

Som przypomniał sobie, jak zobaczył ją przypadkiem tuż przed starciem z Zorly’m. Rzeczywiście – teraz, gdy o tym pomyślał, jej spojrzenie wydało się jakieś takie…

– Ona też jest wampirem. – Bardziej stwierdził fakt, niż zapytał.

– Tak. Kiedy ją znalazłem, miała połamane chyba wszystkie istniejące kości. To dlatego jest taka mała. Nie była jeszcze dorosła, gdy ją przemieniłem.

– To dlatego to zrobiłeś? Żeby uratować jej życie?

– A co innego miałem zrobić? Dobić ją? Tylko dlatego, że kilku idiotów nie miało co zrobić z nogami?

– A co z dziećmi?

– Z dziewczynką było podobnie, choć akurat ona padła ofiarą bestii nie w ludzkiej skórze. Nie miałem innego wyboru. Lecz musieliśmy opuścić Norę ze względu na to, że przestała rosnąć. Ludzie szybko by się zorientowali. Nie to, co w moim przypadku.

– A chłopiec?

– Chłopiec? Nie tknąłem go, nie zorientowałeś się? Nie musiałem.

– Teraz wszystko rozumiem – odparł Som dopiero po chwili. – Muszę już ruszać, bo inaczej dogonię Blaszaka dopiero pod samą Norą.

– Wątpię, by tak było – powiedział Gaar, lecz nie sprecyzował, czy chodziło mu o pierwszą, czy o drugą część wypowiedzi. – Powodzenia.

Som zrobił kilka kroków, lecz zaraz zatrzymał się.

– Chciałbym zadać jeszcze jedno pytanie, jeżeli nie masz nic przeciwko.

– To zależy od pytania. Najszybciej przekonasz się, jeżeli po prostu je zadasz – odpowiedział wampir, a w myślach dodał: Tak bardzo do siebie podobni…

– Wtedy w piwnicy nie mogłem cię nigdzie znaleźć, za to wydało mi się przez moment, że dostrzegłem w jednym z ciemnych kątów jakiś ruch, coś jakby skrzydło nietoperza. To byłeś ty, prawda? Dlaczego nie zareagowałeś?

Jak na człowieka świetnie widzisz w ciemnościach, zauważył Gaar.

– Tak było lepiej. – Zdecydował się na szczerą odpowiedź. – Nie miej mi tego za złe… Cały czas trzymałem rękę na pulsie, można tak powiedzieć. Byłem gotów zareagować w każdym momencie, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli.

– Bardziej wygląda mi to na obarczenie mnie czarną robotą.

– Naprawdę? To pomyśl przez chwilę albo chociaż daj mi wytłumaczyć. Co by się stało, gdybym to ja zabił tego nieszczęsnego idiotę? Byłbyś gotów odejść stąd, jak gdyby nigdy nic? Czy też może uznałbyś, że miał rację, a my jesteśmy takimi potworami, jakimi nas przedstawił?

– Trudno mi uwierzyć, że powodowała tobą troska o moje samopoczucie.

– I w pewnym stopniu masz rację. Pomyśl o dzieciach… O dziewczynce. Na jakiego człowieka, jakiego wampira wyrośnie? Czy zapamięta z dzieciństwa samych wściekłych ludzi gotowych rzucić się na nią z bronią w ręku za samo jej istnienie? Czy zapamięta strach, który kiedyś przerodzi się w żądzę zemsty, gdy dołączy do niego poczucie siły? Czy będzie pamiętać, że jedynymi, którzy jej kiedykolwiek pomogli, były inne wampiry? A może zapamięta, że i wśród ludzi są tacy, którzy nie zawahają się stanąć w jej obronie… Jak sądzisz, które wyjście jest lepsze? Zastanów się nad tym.

 

 

4.

 

– Mieszkała w jednej z Wież. To ona, samica – odpowiedział krasnoludowi Som. – Szwenda się za nami, odkąd na nią trafiliśmy.

– Kotka?

– A co, chcesz sam sprawdzić?

– Nie… Po prostu, o ile cię znam, to zupełnie to do ciebie niepodobne, nie sądzisz? Naprawdę opiekujesz się kotem, czy tylko mam przywidzenia?

O ile sam siebie znam, to masz absolutną rację, zgodził się Som.

– Na to wygląda. Chociaż nie nazwałbym tego opieką. Powiedzmy, że obiecałem pewnej osobie, że jeżeli ktoś spróbuje przygotować z niej garnek pożywnego rosołu, to mu w tym przeszkodzę, i to tak, że zapamięta to na długo.

– Cóż, to oczywiście twoja sprawa… Mogę tylko powtórzyć, że po prostu się tego nie spodziewałem. Nie mówię, oczywiście, że to źle, czy coś…

– Wiesz, nie wiem, jak to jest z krasnoludami, ale ludzie z czasem się zmieniają. Albo przypominają sobie coś, co już długo wydawało się im zapomniane. A teraz daj mi jeszcze jedną szklankę tej twojej trutki na szczury…

Koniec

Komentarze

Bardzo się cieszę, Isandrze, że dałeś Inanisowi drugie życie. Pięć lat, które minęły od pierwszej publikacji opowiadania, nie zatarły wtedy odniesionego nadzwyczaj dobrego wrażenia Ba, ponowna lektura nowej wersji historii Soma i Blaszaka sprawiła, że rozbudziło się we mnie wielkie oczekiwanie. Nabrałam ogromnej ochoty na kolejne części, albowiem stworzony przez Ciebie świat uważam na nadzwyczaj interesujący – życie na Inanisie zdaje się niemożliwe, a jednak ludzie tam żyją. Ludzie osobliwi, bardzo różni, przystosowani do skrajnie trudnych warunków, a każdemu z już poznanych, przeznaczyłeś ciekawą rolę.

Mam nadzieję, że niebawem zamieścisz  kolejne części. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To dobrze, że test nadal się podoba.

Chociaż, z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że niesamowicie kiedyś uwielbiałem wielokropki… :D

Stopniowo zamierzam poprzywracać kolejne teksty i napisać parę nowych. Tylko muszę pamiętać, by tych kolejnych już nie publikować we wtorek ^^

ironiczny podpis

Uwielbienie dla wielokropków, powiadasz… No cóż, bywają i takie przypadki. Masz ich w opowiadaniu coś około sześćdziesięciu. A jeśli uważasz, że to zbyt wiele, z niektórych możesz przecież zrezygnować. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Jak dla mnie, akcja rozwija się trochę za wolno. OK, zgadzam się, że to tempo nieźle pasuje do pustynnej tematyki, ale mimo wszystko…

Końcowe przemyślenia i rozmowa z Gaarem ciekawa.

Babska logika rządzi!

Kawał dobrego tekstu. Napisane stylem, do którego nie można się przyczepić, gładko, porządnie, bez nierówności.

Fakt, to po troszę jest prezentacja świata, wprowadzenie do rządzących nim reguł, przedstawienie bohaterów, bo fabuła prosta i akcji niewiele. Ale to nic, bo świat jest niezwykle ciekawy, bohaterowie dziwni, ale nie przeszarżowani, nie przerysowani, szaleni w stonowany, ponury sposób, odpowiednio do ascetyczno– depresyjnego charakteru rzeczywistości. Rzeczywistości im w gruncie rzeczy obcej. 

Nie zwróciłem uwagi, czy to Twój jedyny tekst, osadzony w tym uniwersum, ale sprawdzę. Spory potencjał tam siedzi. Zwłaszcza, że w tym opowiadaniu niewiele wyjaśniasz.

Czekasz na świt, by rozgrzały cię promienie dziennej gwiazdy, lecz on nie nadchodzi. Gdy po raz kolejny patrzysz wyczekująco w niebo – a raczej znajdującą się nad tobą pustą przestrzeń, która z niebem nie ma wiele wspólnego – zdajesz sobie sprawę, że w tym miejscu noc jest wieczna.

Interesuje mnie jak działa ten świat. Mechanika, fizyka i tak dalej. 

I jeszcze jedno:

– Wtedy w piwnicy nie mogłem cię nigdzie znaleźć, za to wydało mi się przez moment, że dostrzegłem w jednym z ciemnych kątów jakiś ruch, coś jakby skrzydło nietoperza. To byłeś ty, prawda? Dlaczego nie zareagowałeś?

A czy kot – wampir też może zmienić się w nietoperza i, przykładowo, zapolować sam na siebie? ;-) 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

thargone, na starym portalu wrzuciłem pięć opowiadań osadzonych w tym uniwersum. Postaram się je stopniowo przywrócić, ale pracuję teraz nad innymi tekstami, a mam do wprowadzenia sporo poprawek. Bo raz, że powstały one pięć lat temu, a dwa, że dostałem mnóstwo uwag :)

Drugie opowiadanie ma sporo ekspozycji, ale oczywiście nie wyjaśniam od razu wszystkiego na temat świata. Mam to rozplanowane na cały tom opowiadań, którego na chwilę obecną mam napisanego 1/2-1/3… A i wciąż trochę tajemnicy mi zostanie.

Niestety, brak wartkiej akcji jest głównym problemem Inanisa, którego mam świadomość. Pięć lat temu nie umiałem jej wprowadzić w świat, w którym żyje raptem parę tysięcy osób. Przez to praktycznie każda akcja w jakiś sposób narusza status quo. Być może teraz, gdy zabiorę się za nowe opowiadania w serii, wyjdzie mi to lepiej.

Postaram się zapamiętać, by wysłać ci wiadomość, gdy wrzucę kolejne opowiadania.

 

A czy kot – wampir też może zmienić się w nietoperza i, przykładowo, zapolować sam na siebie? ;-)

Teoretycznie wszystkie wampiry, w tym kot, mają ten sam zestaw zdolności… Jednak pierwszym problemem jest brak doświadczenia (bądź co bądź dopiero co został przemieniony), a po drugie kot nie jest w pełni inteligentny… Dzięki przemianie jest bardzo inteligentny, jak na kota, ale to nadal kot i nie dorównuje na tym polu człowiekowi.

ironiczny podpis

Nowa Fantastyka