- Opowiadanie: Cornelius - Identyfikacja

Identyfikacja

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Finkla, gary_joiner, ocha

Oceny

Identyfikacja

Moje imię to Max. Jestem cyborgiem i sam już nie wiem, więcej we mnie maszyny czy człowieka. Nie jestem atrakcyjny. Tytanowa powłoka imituje skórę, a myśli generowane są przez komputery neuronowe. Powinienem być bezduszną maszyną. Terminatorem, zautomatyzowanym policjantem bezbłędnie realizującym wyznaczone zadania. Tylko skąd, u licha, ten dziwaczny nastrój, gdy patrzę na holograficznie odtwarzane obrazy Vermeera?

Chciałbym być człowiekiem.

 

Patrolowałem właśnie ulice Łodzi, gdy wewnątrz mojego umysłu rozległy się polecenia z dowództwa:

− Mamy ich. Są w podziemiach zburzonego szpitala klinicznego.

Policyjny materiał wyświetlił mi się przed oczami.

Do tej pory przestępcy byli sprytni. Zmieniali miejsca, zacierali ślady. Ze zhakowanych baz danych wykradali informacje. Kiedyś musiała powinąć się im noga. Już nie uciekną. Wiedziałem, że sobie poradzę.

Szedłem nieoświetloną ulicą, z wyrwami w asfalcie i z na wpół zburzonymi domami. W kikutach starych willi rozlegało się głośne popiskiwanie. Wschodni wiatr przywiewał kwaśne zapachy zepsucia. Moje widzące w podczerwieni oczy co rusz napotykały bezczelne spojrzenia szczurów. Zwierzęta ucztowały w piwnicach i starych spiżarniach. Są ich już chyba miliony.

W oparciu wyrzuconego kinowego fotela kot o pięciu nogach urządził sobie legowisko. Z każdym tygodniem przybywało zdeformowanych zwierzaków.

Minąłem salon tatuażu. Jakiś spóźniony klient krzyczał, a wyzwiska przybierały na sile. Najpierw na zewnątrz wybiegła tatuatorka, za nią poleciała maszynka do tatuażu, na końcu niezadowolony facet, miotając przekleństwa i rzucając w ciemną przestrzeń ramki ze zdjęciami. Przyjrzałem się mu uważniej. Miał rację. Dziara na piersi przypominała ropiejącą ranę.

 

Byłem coraz bliżej szpitala. Miejsce dobrze wytypowano. Jak zombie przemykały pojedyncze egzemplarze niedoskonałych, pozbawionych świadomości, cyborgów. Włóczyli się bez celu, skazani na zniszczenie.

− Chodź ze mną. − Dziewczyna mogła mieć dwadzieścia lat. Najwyżej przedwczoraj wykonano na niej zabieg cyborgizacji. Część mózgu była wciąż odsłonięta, obok różowawej tkanki upchano mikroprocesory. W dłoniach błyszczały ostre jak noże laserowe paznokcie.

Postanowiłem ją wyminąć.

Dziewczyna była jednak szybsza. Jej tipsy przeorały mi twarz i wbijały się głęboko w uszy. Ciekawe, ilu facetów doprowadziła już do stanu wegetatywnego. Odskoczyłem. W dłoni trzymała strzykawkę. Strumień paskudztwa wytrysnął w moją stronę i spłynął pomiędzy tytanowe okrywy. Lepka ciecz wchodziła między spojenia stawów i przeżerała obwody elektryczne. Stawałem się coraz wolniejszy. Zauważyła to.

− No, koleś − powiedziała, szczerząc naprawdę piękne zęby. − Sprzedam cię na części.

Słabłem. Mikroroboty w moim wnętrzu uwijały się przy naprawie, zużywając kolejne porcje energii.

− Nie mogę sobie odmówić, żeby nie przelecieć cię jeszcze przed śmiercią. − Mój głos był dziwnie matowy.

Runąłem na dziewczynę. Byłem od niej przynajmniej trzykrotnie cięższy. Wyglądaliśmy jak żuk siłujący się z mrówką. Nie miała szans. Szamotała się. Próbowała się wyślizgnąć. Bez skutku. Chwyciłem jej delikatną szyję. Metalowe palce wchodziły w kieszonki krtaniowe, w końcu sięgnęły kręgów szyjnych. Głowa dziewczyny opadła bezwładnie. Nie zastanawiałem się nawet: wyświadczyłem jej przysługę, czy raczej wykonałem zwyczajną policyjną egzekucję.

Muszę być ostrożniejszy i uważać na podróbki cyborgów. 

 

Służby policyjne oślepiły systemy zabezpieczające szpitala.

Dwóch strażników ukrytych w zawalonej portierni unieszkodliwiłem polem elektromagnetycznym. Nie spodziewali się odwiedzin.

Wejściem służbowym wszedłem do starej szpitalnej kuchni. Tam kolejnych dwóch strażników doprowadziłem do stanu dezintegracji.

Wybrałem dawne przejście ewakuacyjne. Krótki korytarz, za nim służbowe drzwi, pchnąłem je i stanąłem przed salą operacyjną.

To tutaj dokonywano nielegalnych cyborgizacji, tworząc istoty w połowie ludzkie, a w połowie technologicznie zmanipulowane. Sprzedawano je do domów publicznych w Czechach i Korei Północnej, gdzie były bardzo poszukiwane.

− O, cholera. − Facet z siwą brodą zauważył mnie.

Ręka cyber-chirurga zawisła nad rozpostartym na stole młodym ciałem, do którego montowano mechaniczne piersi.

Wycelowałem w niego pistolet.

− Nie wolno ci. Jestem człowiekiem − wycedził.

Troje młodych ludzi wtuliło się w siebie.

− N-i-e w-o-l-n-o − powtórzył siwobrody.

Rzeczywiście, miałem zakaz zabijania ludzi. Prawdziwych homo sapiens, tych bez sztucznych dodatków, przeszczepów i transplantantów było tak niewielu, że rząd otoczył ich całkowitą ochroną. Zresztą jako cyborg stałem dużo niżej w hierarchii.

Poczułem się gorszy. Znów ta emocja, której nie powinno być w moim umyśle. Nie opuściłem broni. Laserowa wiązka przepaliła urządzenie wykorzystywane do przeszczepu mózgu.

− Co chcesz w zamian za to, że nie zrobisz nam krzywdy − odezwał się facet z siwą brodą. W świetle lampy błysnęły złote oprawki okularów, noszone jako najbardziej oldskulowy gadżet.

Nie powinienem był go słuchać. Ludzie są sprytni i bezwzględni. Tylko że znowu pojawiły się te przeklęte uczucia. 

− Dobra. Chcę poznać swoją tożsamość. − Przesunąłem rękę z pistoletem. Plamka laserowego celownika wyświetliła się na czole cyber-chirurga.

Miałem jedyną szansę na poznanie własnej historii. Nie chciałem myśleć o sobie, jako o kawałku maszyny, potrzebowałem dotrzeć do własnego DNA. Dokonać identyfikacji samego siebie.

− Ile mamy czasu? − spytał naukowiec.

− Kwadrans.

− Chodź tutaj − przywołał mnie.

Nie mógł mi nic zrobić. Był za słaby.

− Usiądź. − Polecenia wydawał głosem przyzwyczajonym do rządzenia. 

Przysunął skaner. Poczułem mrowienie w okolicy uszu.

Ekran komputera zamigotał, wyświetlając kolumnę cyfr.

− Tu masz pełną wiedzę, gdzie szukać własnej tożsamości.

Przerzuciłem obraz z ekranu do zasobów pamięci wewnętrznej.

− Układ, to układ. − Bladoniebieski wzrok mężczyzny wyrażał ufność.

− Macie jedenaście minut. − Zastanowiłem się przez sekundę i dodałem: − Droga w kierunku Widzewa jest wolna.

Siwy nieznacznie się uśmiechnął. No tak, to w tamtym kierunku uciekają zazwyczaj przestępcy.

W ciągu tych paru chwil złamałem więcej zakazów, niż było to konieczne, aby skazać mnie na przeróbkę na części do śmieciarek.

Stawałem się wyrzutkiem w cyberświecie, a jednocześnie moje istnienie nabrało nieoczekiwanego sensu. Posiadałem swój cel, było nim poznanie wiedzy o sobie samym. Podobno za coś takiego ludzie zapłacili wygnaniem z Raju. Ja też byłem wygnańcem.

Miałem już gotowy plan. Wszedłem do kanałów, gdzie trudniej było mnie namierzyć. W kwaterze głównej wiedzieli już, że zawiodłem. Całe siły rzucą, aby mnie złapać. Zbuntowane cyborgi stanowiły najgorszą grupę przestępców.

Przemknąłem w pobliże centrum. Odnalazłem gabinet tatuażu. Kopnięciem otworzyłem drzwi. Wewnątrz siedziała dziewczyna, pochylona nad maszynką, którą próbowała naprawić.

− Nieczynne. Nie widzisz, palancie. − Nawet nie podniosła oczu.

− Wyciągnij mi z głowy lokalizator.

Wiedziałem, że tatuatorzy czasem tak robią. Niektórzy pracownicy korporacji, gdy chcą się urwać z biurokratycznej uwięzi, korzystają z ich pomocy. W szpitalu by im tego nie zrobili, dlatego salony tatuażu dorabiają sobie w ten sposób.

Popatrzyła na mnie.

− Nie stać cię. Spadaj.

− Nie zrozumiałaś mnie. Ja nie zamierzam płacić.

− To znaczy?

Podszedłem do jednej z szafek i wyrzuciłem zawartość szuflady na podłogę. Implanty rozsypały się. Wiedziałem, że kradzione.

− Zapomnę o tym, a ty wydłubiesz mi lokalizator.

− A jeśli nie?

− Wtedy tego gościa, co rozwalił ci tę budę, będziesz wspominała jako prawdziwego dżentelmena. 

− Połóż się − zadecydowała.

− O nie. Będę siedział i obserwował każdy twój ruch.

Pięć minut później opuszczałem salon tatuażu.

− Wezmę jeszcze to, dobra?

Sięgnąłem po długi szpikulec, na końcu którego znajdował się mikrorobot.

− Nie − wykrzyknęła. Zignorowałem jej protesty.

Z pewnością to był jeden z jej gorszych dni. Ale przecież każdemu taki pech się zdarza. Dobrze, że przeżyła.

Przede mną pozostawało największe wyzwanie.

Korporacja, do której musiałem się dostać mieściła się na obrzeżach miasta. Obserwowałem strażników. Patrolujące androidy były podobne do siebie. Znajdowały się najniżej w hierarchii. Automaty, bez żadnego prawdziwego mięśnia i żadnego nerwowego włókna, obchodziły wieżowiec. Dowodził nimi cyborg. Na mundurze miał wyhaftowane imię. „Arnold”. Uśmiechnąłem się. Kogoś takiego szukałem. Posturą przypominał mnie. Nie mogłem go unieszkodliwić, wiązka promieniowania skasowałyby dane na jego karcie identyfikacyjnej. A właśnie tego teraz potrzebowałem.

Czekałem na sposobność. Ciążyła mi samotność. Musiałem jednak radzić sobie sam.

Wystrzeliłem wiązkę promieniowania w kierunku kamery. Pojawił się android, obszedł teren i zawrócił. Oddałem kolejny strzał i jeszcze jeden. W końcu pojawił się interesujący mnie cyborg.

− Cześć, Arni − starałem się mówić jak do starego znajomego.

Sięgnął po broń. Na swoją zgubę zrobił to zbyt ostentacyjnie. Nie próbował wyciągnąć pistoletu, raczej zademonstrować, że nie zamierza odnawiać żadnych starych znajomości.

− Miło cię widzieć − dodałem z radością w głosie.

Ktoś mógłby pomyśleć, że kończyliśmy gimnazjum w Starej Polsce.

Miał ewidentny problem z ustaleniem mojej tożsamości. Coś się nie zgadzało. Komputer w jego głowie nie wyświetlał prawidłowo informacji na mój temat. Wykorzystałem tę chwilę namysłu. Wciąż z tym samym uśmiechem podszedłem do niego. Kamery ukryte pod szklistą powieką jego oczu wycelowały we mnie obiektywy. Czas, który mogłem przeznaczyć na pogawędkę skończył się. Zamachnąłem się i w jeden z oczodołów wbiłem szpikulec zabrany z gabinetu pechowej tatuażystki. Cichy szmer silniczków oznaczał, że urządzenie zaczęło działać. Przebijało się przez tkanki i warstwy zabezpieczające wprost do ośrodków sterujących w mózgu.

Arni tężał, aż w końcu wyglądał tak, jakim chciałbym go zapamiętać. Uśmiechał się do siebie. Zamknięty w swym własnym kosmosie, intelektualnie był na poziomie ogrodowej kosiarki. Strużka śliny nie ciekła mu po brodzie tylko dlatego, że ten rodzaj cyborga nie posiada śliny.

Musiałem się spieszyć. Przebrany w mundur Arniego, wyposażony w jego karty identyfikacyjne i z “pożyczoną” od niego siatkówką pokonywałem kolejne bramki kontrolne.

Długi korytarz, winda, kolejny długi korytarz. Przy automacie z dopalaczami kręciło się parę osób. Bezbarwni pracownicy, którzy zostali do późna z zadaniem przygotowania codziennych raportów, zestawień i analiz. Na pewno nie mieli ochoty na rozmowę.

Byłem prawie pewien, że policja jest już na moim tropie.

Przycisnąłem oko z siatkówką Arniego do czytnika. Otworzyły się metalowe drzwi. Jeszcze kilkanaście szybkich kroków i wpadłem do pomieszczenia wyglądającego jak miejsce, w którym mieszczą się biblioteczne katalogi.

Strażnik zastąpił mi drogę. Machnąłem mu przed nosem identyfikatorem Arniego, ale nawet nie zwrócił uwagi.

− Ani kroku. Już przegrałeś.

Usłyszałem odgłos ryglujących się zamków. Znalazłem się w potrzasku.

Co miałem mu powiedzieć? Żeby zachował spokój? Niech pozwoli mi sprawdzić tożsamość i pochodzenie?

Czasu ubywało.

Strażnik chwycił mnie za rękę. Uścisk był niezwyczajnie silny. Szarpnąłem się. Nic z tego. Natarłem na niego. Chciałem wykorzystać wielkość swojej postury. Zrobił krok w tył. Postąpiłem jeszcze o krok. To był mój kolejny błąd. Jakby przewidując akcję, strażnik pociągnął mnie ku sobie. Przewróciłem się na kolana. W jego ręku ukazał się potężny sekator.

“Zaraz obetnie mi głowę” – pomyślałem. Nie pozostawało nic innego, tylko wykorzystać stary numer. Będąc na klęczkach, objąłem rękoma jego nogi. Wyglądałem jak starożytny niewolnik proszący pana o litość. Podobieństwo było jednak iluzoryczne. Energiczny półobrót i strażnik zachwiał się, a po sekundzie leżał już na szarej wykładzinie. Podparł się ręką. Chciał powstać. Podciąłem mu rękę. Widziałem, jak koncentruje swe myśli i przesyła komunikat z żądaniem pomocy. W tym celu przekrzywił lekko głowę. Pod ochronnymi warstwami pancerza zobaczyłem cienki światłowód. Jeśli to była magistrala mózgowo-rdzeniowa, znaczyło, że jednak miałem trochę szczęścia. Sięgnąłem po mój policyjny nóż i wsunąłem ostrze w wąską szczelinę. Dziwne, że jedna z najważniejszych części cyborga była tak słabo zabezpieczona. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz. Ostatni impuls nerwowy przebiegł przez ciało strażnika, a grymas bólu wypełzł mu na twarz.

Podszedłem szybko do komputera. Przesłałem informacje, które otrzymałem od siwego gościa w szpitalu. Czekałem na odpowiedź.

Zostały mi jeszcze trzy minuty. Po tym czasie lepiej, gdybym popełnił samobójstwo. Wreszcie komputer wygenerował mój najbardziej osobisty kod źródłowy. Moje DNA.

Zamarłem. Nie spodziewałem się czegoś takiego.

Musiałem się jeszcze upewnić.

Została minuta.

Kolejny raz przepoczwarzyłem się.

Przebrany za strażnika, z odłamkami jego głowy nałożonymi na moją własną twarz patrzyłem, jak otwierają się drzwi.

− O, tu jest!

Plątanina przewodów owinęła się wokół ciała strażnika. Znów udało się. Wzięli go za mnie.

Musiałem się spieszyć. Byle tylko wyjść z biurowca, zanim pojawi się ktoś inteligentniejszy od tych „psów gończych”. Kilkanaście sekund później wypadłem w wielkomiejską pustkę. Pod jednym z bloków mieściło się wejście do nieużywanych szybów ciepłowniczych. Ześlizgnąłem się do środka. Pod stopami wyczułem miękkie i ciepłe szczurze futerka. Słyszałem plaśnięcia rozdeptywanych ciał i głośne popiskiwanie. Przebiegłem kilkaset metrów. Skręciłem w jedno z odgałęzień szybu. Domyślałem się, że wolność to ciągła ucieczka. Byle dalej. W rejony, gdzie błąkają się społeczne wyrzutki i żyją bezdomni.

Krążyłem krętymi duktami, aż zatrzymałem się przy grupie złożonej z dwóch mężczyzn i kobiety. Nie byli stuprocentowymi ludźmi. Musieli zostać skundleni ingerencją technologii, na tyle jednak nieznacznie, że wciąż zachowywali swój ludzki temperament. Woleli życie na marginesie, żywiąc się smażonymi szczurami i jedząc koty, byle tylko nie przerobiono ich na cyborgi, dokonując kolejnych technologicznych zmian w mózgu.

− Potrzebuję informacji. Sprawdźcie mi to. − Podałem im numer.

Nie odezwali się.

Byli podpięci pod jakąś zhakowaną sieć.

Najmłodszy z mężczyzn przeleciał palcami po klawiaturze. I wtedy byłem już pewien. Moim przodkiem, moim oryginalnym DNA było MOS 6502. Ośmiobitowy procesor wykorzystywany w komputerach Atari. Zamiast spodziewanej ludzkiej proweniencji okazałem się pochodną przestarzałej maszynki.

A jednak czułem swą jednostkowość i niebanalność. Ucieczka i wolność pachniały. Jako cyborg przekroczyłem tajemniczy ewolucyjny próg. Być może jestem brakującym ogniwem pomiędzy maszyną a człowiekiem?

Ciekawe tylko, czy potrafię się replikować. Pożądliwie spojrzałem na kobietę. Nie odwróciła wzroku.

Koniec

Komentarze

Zgłosiłeś opowiadanie do nieaktualnej wersji konkursu, Corneliusie. Nie to żebym był jakimś szczególnym formalistą, ale spróbuj poprawić, przez wzgląd na te wszystkie przyszłe pokolenia czytelników, które będą próbowały coś z chronologii Cyberpunku zrozumieć.

na emeryturze

Dziękuję Gary_Joinerze. Jak widzisz uwiązłem w pętli czasowej i gdyby nie Twoje napomnienie, naprawdę dziękuję, tkwiłbym już tutaj do końca świata.

Spróbuję się stąd wydostać. Najwyżej trafię do jakiegoś kolejnego nieaktualnego konkursu.

Cóż, Corneliusie, ten konkurs to zupełnie nie moja bajka i obawiam się, że chyba nie zrozumiałam opowieści o dążeniu bohatera do odkrycia własnego pochodzenia, ale muszę przyznać, że czytało się tę historię całkiem nieźle. ;)

 

− Ile mamy czasu − spy­tał na­uko­wiec. –> − Ile mamy czasu? − spy­tał na­uko­wiec.

 

− Chodź tutaj. Przy­wo­łał mnie. –> − Chodź tutaj − przy­wo­łał mnie.

 

Zaraz obe­tnie mi głowę – po­my­śla­łem. –> Tu znajdziesz poradnik, jak zapisywać myśli bohaterów: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/;10328

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:) Reg. Co tam konkurs, co tam tożsamość bohatera, ale ta możliwość spotkania Ciebie nocną porą – po prostu bezcenne. 

Do poradnika zaraz zajrzę. Dziękuję. 

Dziękuję, że jesteś:)

Och, Corneliusie! I mnie jest niewymownie miło, że mogę być przyczyną Twojej radości. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg – nie wiem, jak to robisz. Lecz istotnie, nie mogę powstrzymać się od najsympatyczniejszego z moich uśmiechów, gdy myślę o Tobie i czytam Twoje komentarze. :)

A co do historyki, cha, cha, masz rację, trochę nie wyszła. ;)

I ja nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje, ale fajnie, że zachowujesz dobry humor. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobry humor, Reg, jest zawsze pochodną towarzystwa, w jakim się znajduję. Tym głębszy ukłon w Twoją stronę i tym serdeczniejsze podziękowanie:)

Robocop vol. 3 ;)?

Czytało się bez bólu, aż do końca, gdzie… procesory mają DNA? WTF? No dobra, przenośnia, ale i tak mi nie gra. Czyż cyborgi nie są częściowo organizmami, a częściowo maszynami? Idąc za twoją logiką, praszczurem każdego cyborga jest młotek. Nie takich odpowiedzi chyba bohater szukał?

Czasem coś ci szwankuje:

– “oczy krzyżowały się” – oczy nie mogą się krzyżować, najwyżej spojrzenia;

– “Wyglądaliśmy jak żuk, który spadł” – masz czasem problemy z liczbami – pojedynczą lub mnogą; tu albo “wyglądałem jak żuk” albo “wyglądaliśmy jak, żuk miażdżący mrówkę”;

– “Korporacja, do której musiałem się dostać mieściła się na obrzeżach miasta” – korporacja nie może się nigdzie mieścić, jej siedziba natomiast – jak najbardziej;

– “wiązka promieniowania skasowałyby” – jeśli wiązka, to skasowałaby;

– “Kamery ukryte pod szklistą powieką jego oczu” – znowu te liczby – skoro kamery, to pod powiekami.

 

Czyli – pomysł mnie nie przekonał, a wykonanie oceniam jako poprawne.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Przeczytałem i jestem zaintrygowany, ba zainspirowany do niezwykle głębokich i bardzo umiarkowanie sensownych rozmyślań nad istotnością intencji twórcy dla oceny dzieła.

I will be back!

na emeryturze

Staruchu. Dzięki za przeczytanie i ciekawe uwagi. Nie wiem dlaczego pod jedną powieką nie może być więcej niż jedna kamerka. Ale może rzeczywiście nie może. Zwróciłeś też uwagę, że korporacja nie może się nigdzie mieścić. Hmm. Zaglądnąłem do https://dobryslownik.pl/slowo/korporacja/22882/ i znalazłem tam wyrazy bliskoznaczne do słowa korporacja, między innymi: przedsiębiorstwo, spółka, zakład. 

Bardzo cenię sobie Twoją opinię. Pomysł słaby, wykonanie zaledwie poprawne. No cóż, trzeba będzie z tym jakoś żyć.

Dobrej nocy.

gary_joiner – jeszcze raz dziękuję, bo gdyby nie Ty, tkwiłbym w od dawna nieaktualnym konkursie.

Podoba mi się Twój komentarz, jest bardzo w stylu kostiumu bikini: wiele obiecuje, nic nie pokazuje.

Na szczęście jestem cierpliwy. 

Dziękuję, że zajrzałeś:)

Mam podobnie jak Staruch. Trochę za łatwo miał nasz super bohater. Ale Arni spoko, lubię Arniego, kojarzy mi się bardzo dobrze. Tylko ten MOS i DNA… no nie umiem sobie tych dwóch rzeczy połączyć.

stn-ie. Dziękuję za tych parę zdań komentarza. Skoro czegoś z czymś nie idzie połączyć, znaczy wkradł się feler. Dzięki za opinię. :)

A co ty, Corneliusie, myślisz o tym opowiadaniu?

Wbrew pewnym sugestiom, pomysł na tę historię nie jest taki zły. Problem z tożsamością ni to człowieka, ni maszyny nie jest błahostką w cyberświecie. To, kim się jest, buduje świadomość, wpływa na myślenie, postępowanie i na różne takie. Być może problem ów powinien zostać w tekście silniej zaznaczony. Mnie jednak opisywanie rozterek cyborga wydawało się śmieszne. 

Prawdziwy kłopot w opisywanej historii tkwi jednak gdzieś indziej. Od razu wskazała go reg (czemu mnie to nie dziwi?). Bohater nie jest wystarczająco ciekawy, nie ma się ochoty uczestniczenia w jego perypetiach. Nadto przygody wyglądają infantylnie. Niby coś się dzieje, ale jest zupełnie obojętne czy bohatera przerobią na śrubki, czy może dowie się, że wywodzi się w prostej linii od Vermeera. Nie ma tu czegoś, co porywa uwagę, budzi emocje. Tylko czy emocje w cyberpunku nie byłyby jako ten relikt, dziwaczna pozostałość po bardziej ludzkim świecie? Sam nie wiem…

Myślę, że w kontekście DNA, czyli kodu genetycznego,to chciałeś użyć kodu "źródłowego". ;)

Przeczytałem, ale jakoś szczególnie nie ruszyło. Fajne aluzje do kina lat 80. i 90, akcja idzie szybko, ale jakoś nic nie wybiło się nad standard. Jakoś mało tutaj neonów i klimatu, w jaki celowałeś postacią. Choć sceny akcji doceniam – są szybkie i dynamiczne.

Podsumowując: przyzwoicie, ale bez szczególnych fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Masz rację NoWhereManie. Klimatu tu nie uświadczysz. A sama przygoda też… taka bardziej z filmów dla dzieci. Miało się coś dziać, a jak już się zadziało, nie starczyło miejsca na tworzenie atmosfery. Chociaż, gdy ktoś umie pisać, to i z kopania ziemniaków uczyni perełkę. 

Dziękuję NoWhereManie, że zajrzałeś i podzieliłeś się opinią.

Co za świat, że nawet cyborgi się buntują…

Czytało się przyjemnie. Rozpoznałam nawiązania do “Terminatora”, więc czuję się podbudowana. Widzę tu także przebłyski z “Milczenia owiec”. Czy tam innej przygody Hannibala L., nie pamiętam.

Po poprawkach napisane całkiem przyzwoicie. Tylko czasem nie wiadomo, co jest podmiotem, a co dopełnieniem.

Służby policyjne oślepiły systemy zabezpieczające szpitala.

Na przykład tu.

Babska logika rządzi!

Bardzo fajne opowiadanko, podobały mi się podobieństwa do Ghost in the Shell. Jedyne, co mi trochę nie pasuje, to tempo akcji. Wszystko dzieje się za szybko, jest omówione zbyt ogólnie, za mało szczegółowo, po łebkach itd.

Twoje słowa są srebrne niczym trwała na twojej głowie.

Wiesz, w tym konkursie był ostry limit. Corneliusowi pozostały jeszcze całe cztery znaki. ;-)

Babska logika rządzi!

Paznokcie zastąpiono laserowymi nożami.

Postanowiłem ją wyminąć.

Dziewczyna była jednak szybsza. Laserowe tipsy przeorały mi twarz i wbiły się głęboko w uszy. Promień lasera przesunął się w stronę kamerek ukrytych

Powtórzenie. Promienie lasera możesz zamienić na wiązkę światła.

 

Dwóch strażników, ukrytych w zawalonej portierni unieszkodliwiłem polem elektromagnetycznym. Nie spodziewali się odwiedzin.

Literówka. Dostaw przecinek po “portierni” albo wywal ten pierwszy, w zależności, czy uważasz, że ta informacja jest dopowiedziana, czy też nie.

 

W tekście 2 razy pojawia ci się słowo “shakować”. To błędny zapis, powinno być “zhakować”. Patrz: https://sjp.pwn.pl/zasady/;629346 

 

Automaty, bez żadnego prawdziwego mięśnia i żadnego nerwowego włókna[+,] obchodziły wieżowiec

Tu przecinek już konieczny.

 

− Cześć[+,] Arni − starałem się mówić jak do starego znajomego.

jw.

 

Kamery ukryte pod szklistą powieką jego oczu wycelowały we mnie swoje obiektywy

Zbędny zaimek.

 

Przebrany w mundur Arniego, wyposażony w jego karty identyfikacyjne i z przełożoną do mojego oka jego siatkówką pokonywałem kolejne bramki kontrolne.

Nie brzmi to najlepiej. Może po prostu “transplantowaną siatkówką”?

 

Jeśli to był substytut magistrali mózgowo-rdzeniowej

Albo “magistrala mózgowo-rdzeniowa” albo “substytut rdzenia kręgowego”. Ludzkie ciało nie posiada “magistrali”.

 

z odłamkami jego głowy nałożonymi na moją własną twarz patrzyłem{+,] jak otwierają się drzwi.

− O{+,] tu jest!

Przecinki.

 

‘Moim przodkiem, moim oryginalnym DNA było MOS 6502. Czterobitowy procesor wykorzystywany w komputerach Atari.

 

Wg Wiki MOS 6502 był 8-bitowy: https://pl.wikipedia.org/wiki/MOS_Technology_6502 

 

Kolejny tekst, który trochę stracił przez limit. Było dynamicznie, szybko, ale momentami aż za szybko. Masz wyjątkowo krótkie akapity. Spodobało mi się zaskoczenie, choć trochę dziwi mnie to, dlaczego jako przodka wymieniono procesor, którego główną funkcją jest przecież przetwarza informacji, a nie jej przechowywanie. Fajny motyw z replikowaniem.

 

Mogłoby być lepiej stylistycznie. Nie spodobała mi się też trochę warstwa technologiczno-naukowa, nie wyobrażam sobie “laserowych noży” na paznokciach, to miałoby być coś w stylu mieczy świetlnych? Podobnie chodzenie z otwartym mózgiem. Bardziej niż “pole elektromagnetyczne” do unieszkodliwienia cyborgów nadałby się “impuls elektromagnetyczny”.

Plus za cyberpunkowy klimat.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dziękuję, dziękuję, dziękuję… wszystkim, którzy tu zajrzeli i jeszcze zdobyli się na trud napisania komentarza. A już ogroooomnie dziękuję tym, którzy w przedstawionej historyjce zauważyli coś pozytywnego. 

 

Finklo, oczywiście ściskam Cię. Twój biblioteczny punkcik to coś jak napar z ziół na poprawę samopoczucia. Wiadomo, że nie pomoże, ale dowodzi wrodzonej dobroci :) No i jestem pod wrażeniem, że zauważyłaś nawiązanie do Milczenia owiec. Oczywiście zżynałem z ucieczki Hannibala L. Dziękuję!

 

Olokotampus – Twoja opinia, że za szybko, za ogólnie i po łebkach jest w stu procentach prawdziwa. Miło, że zechciałeś się podzielić wrażeniami. Dzięki.

 

Wicked G. – zanim wezmę się za poprawę, chciałbym Ci BARDZO podziękować. Z wypisanych uwag mogę wiele się nauczyć. Dziękuję za włożoną pracę. Ukłony! Wskazujesz na potknięcia, co do części których sam miałem wątpliwości. Laserowe noże w paznokciach… na samą myśl chowam się pod biurko. Przecinkowe wpadki – rumienię się, że ich aż tyle. Tam, gdzie zaimek jest zbędny – wiesz, Wicked G. – myślałem, że on tam przydaje się ze względu na rytm zdania. Wszystkie Twoje uwagi – mądre, uczące, ciekawe. Wielkie dzięki, że znalazłeś czas i cierpliwość!

 

Podobno zioła pomagają. Jeśli nie naprawdę, to efekt placebo powinien zadziałać. ;-)

Babska logika rządzi!

Bardziej niż efekt placebo pomaga wiedza, że jest ktoś, kto pocieszy, dobre słowo wypowie;).

To trochę jak w tym starym dowcipie, gdy matka słysząc żale syna, jak to śmieją się z niego w szkole, że ma kwadratową głowę, mówi: “Nie masz kwadratowej głowy”. I głaszcze go, wykonując przy tym kanciaste ruchy. 

Finka jako siostra miłosierdzia – wciąż zgaduję jak wyglądasz, wciąż przybywa wyobrażeń;)

Dziękuję:)

Aż jestem ciekawa, jak Ty sobie mnie wyobrażasz. :-) Ale chyba lepiej się nie dopytywać, bo jeszcze ktoś kogoś rozczaruje.

Babska logika rządzi!

:) obecnie Finkla to ktoś z kornetem (no wiesz, tym czymś takim dużym na głowie) w białym kitlu siostry miłosierdzia, z parującym naparem z ziół i anielskim spojrzeniem kogoś, kto właśnie przybywa z kojącym lekarstwem. 

Wiem, nie mylę się. 

Z kornetem, powiadasz? Powiedziałabym, że nadaję się co najwyżej na tę zwariowaną siostrzyczkę z “Żandarmów”, ale ja ani religijna nie jestem, ani jeździć nie umiem. ;-)

Babska logika rządzi!

“Zwariowana siostrzyczka” z Żandarmów. Całkiem nieźle. Więc jednak ktoś bardzo bliski moim wyobrażeniom. Anielskie spojrzenie jest all inclusive w tej postaci. 

A już bałem się, że postanowisz ukryć się za siostrą Ratched z Lotu nad kukułczym…

 

No nie, siostra Ratched to raczej nie mój typ. Ona też nosiła kornet?

Babska logika rządzi!

Cha, cha. Widzę, że to nakrycie głowy jakoś Cię intryguje. Zaiste, coś w nim musi być, bo jakoś fajnie się kojarzy. Tak jak i Finkla;)

Zapodałeś temat, to ciągnę… Ty na poprzednim awatarze miałeś na głowie laptop. Wyszło trójkątnie jak u Napoleona. ;-)

Babska logika rządzi!

Trzeba mieć nieskończenie wielką wyobraźnię, żeby ukrycie się pod lapkiem skojarzyć z Napoleonem. Bo to więcej miało wspólnego ze wstydem, coś jak retoryczne pytanie: "Co ja tu robię?”

Podejrzewam, że w wolnych chwilach prowadzisz kursy motywacyjne i pozytywnego myślenia. Oczywiście cały czas w kornecie (z kornetem?). 

Eee, przesadzasz z tą wyobraźnią.

Rozszyfrowałeś mnie. I ludzi na te kursy zaganiam, grając na kornecie. Wieją, aż się kurzy… ;-)

Babska logika rządzi!

W kornecie, grając na kornecie. Z piórem w ręce i poczuciem humoru. Chętnych na kursy Ci nie zabraknie. 

Tjaa, i jeszcze z piłką do nogi pod pachą, na wypadek, gdyby trzeba było wybić jakiś korner. ;-)

Babska logika rządzi!

Finkla w kornecie, grając na klarnecie i strzelając kornera z karnego. Aż korci, żeby Cię zobaczyć w tej roli. No i z obowiązkowym naparem z ziół na poprawę samopoczucia.

Dobra, dosyć obgadywania mnie. Teraz wrzucamy na tapet zajadającego napoleonkę Corneliusa w trójkątnym kapeluszu z laptopa.

Babska logika rządzi!

Ech, Cornelis – nudy na pudy. Nie umie grać na kornecie, beznadziejnie wyglądałby w kornecie. W wolnych chwilach gra na pianinie, ale to rzępolenie bardziej niż granie. Do twarzy mu jedynie z lapkiem na głowie.

A kto Ci powiedział, że ja umiem grać na czymkolwiek? Co najwyżej na nerwach – tu nawet paru świadków by się znalazło. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie ma za co, Corneliusie :) Sam sporo nauczyłem się o pisaniu i poprawnej polszczyźnie dzięki uwagom portalowiczów. Teraz zwracam karmiczne długi ;)

 

Odnośnie tych zaimków dzierżawczych – zazwyczaj, jeżeli jest jawnie wskazane, do kogo należy jakiś obiekt, to celem ekonomii językowej się je pomija. Polecam też poradnik Fantazmatów:

http://fantazmaty.pl/2018/02/15/ekonomia-jezykowa/

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Finklo – nie jest ważne, na czym umiesz grać, a na czym nie umiesz. Jesteś bardzo sympatyczną osobą i to w tym wszystkim jest najważniejsze.:)

 

Wicked G. – życia by mi nie starczyło, jeślibym i ja miał zacząć spłacać karmiczne długi. Mam jednak nadzieję, że prócz językowej jest też jakaś inna, kosmiczna ekonomia, sypiąca miłymi zdarzeniami i ku górze podnosząca kąciki ust. Nie ma co, nie przestanę dziękować:) Ukłony, Wickedzie G.

Miałem ogromny zgryz z tym opowiadaniem. Za nic w świecie nie byłem w stanie dociec czy tekst był pisany “na serio” i wykorzystałeś większość cyberpunkowych klisz i wzorców przez przypadek, sporządzając z nich dość absurdalny, żeby nie napisać: nonsensowny, koktajl czy może w pełni świadomie zdecydowałeś się na pastisz. Dalej nie wiem. Ale dotarło do mnie, że w ogóle nie powinno mnie to obchodzić, bo to, co zamyślił sobie autor, a to, co wyczytał czytelnik, nie musi być ze sobą zbieżne.

No więc: dobry, zabawny i całkiem wyrafinowany pastisz.

Odpowiada mi ten rodzaj humoru, oparty na nawiązaniach do innych dzieł kultury i lakonicznych dialogach, przywodzących na myśl klasyczne one-linery z epoki kaset VHS. Finał historii też jest zabawnym wypaczeniem klasycznych gatunkowych motywów.

Językowo jest ok. Tempo i charakter narracji pasuje do konwencji opowiadania.

 

na emeryturze

Gary_joinerze – dzięki, że zauważyłeś, że to moje pisanie to jest takie bardziej z przymrużeniem oka. Niby na serio, ale w rzeczywistości bardziej dla jaj. Wydawało mi się, że mrugałem do Czytelnika dość wyraźnie. Pisząc, wyobrażałem sobie, że moim cyborgiem jest Leslie Nielsen. Po komentarzach zorientowałem się jednak, że gdzieś popełniłem błąd i wyszło poważnie. 

Gdybyś był kobietą, mrugnąłbym teraz do Ciebie, a tak, dziękuję pięknie za biblioteczny punkcik. Dwa punkty (czyli tak bardziej w homeopatycznej ilości) cieszą tym bardziej. 

Dzięki:)

Fajne, podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Twój komentarz, Anet, dzień po Dniu Dziecka, okazuje się fajnym prezentem.

Dobrych snów, radosnych poranków, Anet. Dziękuję. 

 

Czytało się nieźle, naprawdę nieźle. Jak dla mnie trochę za bardzo ta Twoja historia pędzi, bohater obija się w niej jak kulka we flipperze. 

Finał mi się spodobał.

W sumie – na bibliotekę mi się podobało. :)

A ja to sobie myślałem, że do starych opowiadań to nikt już nie zagląda. Zamknięte konkursy skazują opowiadania na zapomnienie. A tu niespodzianka. I to jeszcze taaaaka przyjemna niespodzianka.

Opowiadanie musiało pędzić, gdyż ma początek, rozwinięcie i zakończenie. Przy limicie znaków, gdy chce się opowiedzieć całą historyjkę, a na dodatek ma się tak niewprawne pióro i niewielkie doświadczenie, wszystko dzieje się szybko. Tak jak bieg kulki we fliperze (ależ podoba mi się ta metafora). 

Ocho! Dziękuję. Bardzo Tobie dziękuję:)

Nowa Fantastyka