- Opowiadanie: Herkus - Bóg Rogatego Plemienia

Bóg Rogatego Plemienia

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Bóg Rogatego Plemienia

 

 

Milan wodził wzrokiem po pomieszczeniu, gładząc obolałe ramię. Tak jak się spodziewał, nikt poza nim nie przeżył. On sam ocalał jedynie dzięki, jak podejrzewał, kombinezonowi ochronnemu. Domen, Peter oraz Christo leżeli zmiażdżeni, natomiast Lena…

„Gdzie jest Lena?”, pomyślał zaniepokojony. Dziewczyna przebywała z nimi w jednej kabinie, gdy „Srdce” wlatywało w stratosferę R3. Gdzie się w takim razie mogła podziewać? Czyżby jednak przeżyła?

Na lewej burcie ujrzał olbrzymią dziurę. Zaczął się zastanawiać, czy powstała wskutek zderzenia z ziemią, lecz widok leżącej na podłodze blachy odrąbanej ze ściany „Srdca” pozbawił go wątpliwości. Mieszkańcy tej planety – kimkolwiek nie byli – wdarli się na pokład i zabrali dziewczynę!

Zdjął kombinezon ochronny, a na jego miejsce nałożył lekki pancerz. Popędził do magazynu, z którego wyciągnął niewielki karabinek, po czym wybiegł na zewnątrz. Nie myślał ani o hełmie, gdyż wiedział, że atmosfera planety nie jest szkodliwa dla ludzkich płuc, ani też o skondensowanym jedzeniu.

Wyszedłszy na powierzchnię planety, przystanął zdumiony i zaczął się ostrożnie cofać. Widział przez mikroteleskop rozległy, pozbawiony niemal zupełnie roślinności płaskowyż, którym w odległości około pół kilometra od statku powoli kroczyła grupa tubylców. Ich ciała przynajmniej z tyłu wyglądały na humanoidalne, również i wzrostem nieznacznie się tylko różnili od przedstawicieli homo sapiens. Jedyną istotną różnicę w wyglądzie obcych stanowiły olbrzymie, zakrzywione rogi wyrastające z łysych, chropowatych czaszek.

Mieszkańcy planety R3 nieśli na ramionach zawiniątko o rozmiarach i kształcie dorosłego człowieka. Niewątpliwie była to Lena, ale czy jeszcze żyła?

Milan odczekał chwilę. Kiedy grupka zniknęła za najbliższym wzniesieniem, ostrożnie ruszył w jej stronę. Rozglądał się przy tym, lecz żadnego zagrożenia nie dostrzegł. W oddali po lewej stronie widniały majestatyczne góry, po prawej, również w sporej odległości, znajdował się las niskich drzewek. Ani śladu niebezpieczeństwa.

Ruszył za rabusiami. Ostrożnie, mając nadzieję, że stukot pancerza nie zwróci uwagi czyichś nadwrażliwych uszu, podążał w stronę wzniesienia. Usłyszawszy dziwny warkot, zatrzymał się na chwilę. Dźwięk nie przypominał odgłosu dzikiego zwierzęcia, brzmiał znacznie bardziej mechanicznie.

Ciekawość wzięła w Milanie górę nad strachem. Przeszedł obok pagórka i ujrzał przypominający łazik terenowy pojazd na gąsienicach. Wehikuł właśnie ruszył i wyraźnie nabierał prędkości, tak więc Ziemianin nawet nie zamierzał go doganiać. Mimo to, postanowił pobiec jego śladami, wyraźnie zaznaczonymi w piasku. Odczekał chwilę, dopóki maszyna nie zniknęła pomiędzy wzgórzami, po czym zaczął biec.

Wkrótce dostrzegł, iż pojazd jechał po regularnej drodze kończącej się w okolicach pagórka, w miejscu, w którym grunt był zbyt piaszczysty nawet dla gąsienic. Dopiero teraz dotarła do Słoweńca niezwykłość sytuacji: planetę uważano za nisko rozwiniętą, a raporty z wypraw sprzed paru dekad tylko tę opinię potwierdzały. Skąd w takim razie u tych istot tak zaawansowana technologia?

Nie miał sposobności ani potrzeby, aby dłużej nad tym pomyśleć. Odgłos łazika niespodziewanie znów przybrał na sile, choć jeszcze przed chwilą zanikał w oddali. Milan zwolnił kroku. „Czyżby odkryli, że ich śledzę?”, pomyślał.

Powtórnie zaryzykował odkrycie się przed porywaczami, tym razem jednak legł na ziemi i zaczął pełzać.

Z jakichś przyczyn pojazd zatrzymał się przed wjazdem do gęstego lasu. Wysiadło z niego sześciu pasażerów, wrzeszcząc na siebie. Byli tak zaabsorbowani kłótnią, że nawet nie przyszło im na myśl spojrzeć w stronę wzgórza, zza którego z zaciekawieniem obserwował ich Ziemianin.

Spór prędko przerodził się w bójkę. Cała szóstka wyjęła krzemienne noże, swoją prymitywnością kontrastujące z łazikiem, po czym bez skrupułów zaczęła szukać możliwości zadania ciosu któremuś z ziomków. O dziwo, w starciu nie brały udziału dwie zwaśnione grupy, lecz każdy z walczących starał się zabić najbliżej stojącego. Po mniej więcej minucie na placu boju zostało już tylko dwóch uczestników awantury.

W tym momencie z pojazdu wyskoczyło pięciu dalszych tubylców. Nie włączyli się oni do bójki, lecz stanęli w odległości kilku kroków od walczących i obserwowali ich zmagania, pokrzykując od czasu do czasu.

Niedługo trwało, nim na placu boju pozostał tylko jeden rogacz. Jego ostatni przeciwnik otrzymał pchnięcie w okolice żeber – Milan zakładał, że istoty je posiadały. Dodatkowy cios skórzanym, ćwiekowanym butem wymierzony w skroń na dobre pożegnał nieszczęśnika ze światem żywych.

Zwycięzca osobliwej jatki podszedł w stronę obserwujących go towarzyszy. Na jego pysku – Ziemianin stwierdził, że z oblicza istota bardziej przypomina niedźwiedzia niż człowieka – jawiła się wściekłość. Awanturnik bez wahania rzucił się na piątkę, zapewne nawet nie myśląc o konsekwencjach swoich czynów.

Jak było do przewidzenia, grupce udało się powstrzymać szaleńczy atak, aczkolwiek nie bez trudności. Napastnik został powalony na ziemię. Trzech rogaczy przyparło go do gruntu, podczas gdy pozostali dwaj podbiegli do pojazdu, z którego przynieśli liny.

Upewniwszy się, iż żaden z morderców nie ma przy sobie broni palnej, Milan postanowił działać. Popędził w stronę tubylców i wystrzelił, zanim zdążyli zareagować na dźwięk pancerza. Łeb trzymającego liny tubylca zamienił się w miazgę. Drugi z rogaczy rzucił się do ucieczki w kierunku łazika, lecz i jego dosięgnęła śmiercionośna wiązka promieni.

Na odgłos eksplozji pozostała czwórka przerwała szamotaninę i spojrzała w stronę człowieka. Ci trzej, którzy jeszcze przed chwilą starali się utemperować zapędy zabójcy, zobaczyli trupy kompanów, a na ich pyskach pojawiło się coś w rodzaju konsternacji. Zauważywszy, że jego towarzysze przestali się nim zainteresować, leżący na piasku rogacz błyskawicznie wstał, chwycił nóż i bez zastanowienia wbił go w plecy najbliżej stojącego.

Milan, ucieszony ułatwiającą mu zadanie bezmyślnością tubylca, wystrzelił po raz trzeci. Promienie trafiły w klatkę piersiową jednego ze stojących rogaczy, rozrywając ją na strzępy. Jego towarzysz, widząc to, rzucił się do ucieczki w stronę lasu, lecz pozostały przy życiu morderca współplemieńców był najwyraźniej zbyt tępy, by odczuwać strach.

 Z niewiarygodną szybkością cisnął nóż w stronę Ziemianina. Milan, wiedziony wyostrzoną na wielogodzinnych treningach intuicją, uchylił się w lewo, lecz broń i tak trafiła go w pokryte pancerzem prawe ramię. Upadł na plecy.

Przeciwnik zaczął biec w jego stronę, lecz widząc, iż intruz wstaje i wymierza śmiercionośny przedmiot, zawahał się, po czym bezzwłocznie pobiegł w odwrotnym kierunku.

Milan nie zamierzał go zabijać ani nie chciał się już kłopotać drugim z uciekinierów. Energia zawarta w pistolecie nie stanowiła studni bez dna, a bez połączenia z komputerem pokładowym, od którego była zależna, mogła prędko ulec wyczerpaniu.

Wiedziony ciekawością Milan podniósł nóż i schował pod pancerz, po czym podszedł do wehikułu i zajrzał do środka. Na szczęście pokrywę zostawiono otwartą, tak więc nie musiał wyważać wejścia. Wnętrze pojazdu go zaskoczyło. Nie wyglądało znajomo, ale sprawiało wrażenie niezwykle… ludzkiego produktu jak na wytwór obcej cywilizacji. Słoweniec spojrzał na tablicę rozdzielczą i doszedł do wniosku, że przy zastosowaniu metody prób i błędów nauczenie się sterowania łazikiem nie stanowiłoby dla niego wielkiego wyzwania.

Skierował się do środka, chcąc odnaleźć Lenę. Przeszedł pomiędzy rzędami siedzeń, dostrzegając wyrzutnie pocisków oraz inną broń, po czym otworzył drzwi na tyłach pojazdu.

Czeszka leżała na metalowym blacie ustawionym pośrodku pomieszczenia. Milan szybko zauważył, że jest martwa. „Przynajmniej godnie pomściłem jej śmierć”, pomyślał, powstrzymując łzy.  

Zanim doszedł do siebie, zza drzwi usłyszał odgłos zatrzaskującej się klapy. Pojazd niespodziewanie ruszył. Słoweniec pognał ku przodowi wehikułu, nie mając pojęcia, co się stało. Usiadł przed tablicą rozdzielczą i zaczął naciskać wszelkie możliwe przyciski, lecz bez rezultatu. Tablica sprawiała wrażenie, jakby stanowiła jedynie dekorację.

Milan wyciągnął pistolet, wycelował w grubą szybę po lewej i nacisnął spust. Broń w ogóle nie zareagowała, nie wydobył się z niej nawet sygnał braku zasobów. Ziemianin osłupiał. Przez chwilę rozmyślał nad ewentualnymi możliwościami wyjścia z opresji, po czym postanowił zdać się na pastwę losu.

Łazik nabierał prędkości. Posuwał się zadziwiająco równą drogą przez las drzew przypominających sosny. Po długiej, monotonnej jeździe pojazd dotarł do niewielkiej, acz stromej góry zwieńczonej majestatyczną kopułą. Zmniejszył prędkość i wjechał do wydrążonego u stóp szczytu tunelu.

Wnętrze okazało się oświetlone elektrycznością. Droga zaczęła wieść w górę, co jednak nie wpłynęło na prędkość pojazdu.

Po niespełna minucie stanął przed potężnymi wrotami, które posłusznie się otworzyły. Łazik wjechał do rozległej hali, a jego pokrywa wysunęła się do góry. Milan niezwłocznie wyskoczył na zewnątrz.

Zanim jeszcze zdołał się rozejrzeć, usłyszał mechaniczny głos:

– Witaj, Milanie.

W pomieszczeniu Słoweniec nikogo nie dostrzegł. Zauważył za to sporo monitorów i przycisków rozmieszczonych na ścianach.

– Domyślam się, że takie jest twoje imię, choć dane, którymi dysponuję, nie są w stu procentach potwierdzone. Komputer pokładowy twojego statku uległ zniszczeniu, natomiast do niektórych informacji zawartych w sieci waszej Centrali chwilowo nie mam dostępu nawet ja. Ale to bez znaczenia, jako że wkrótce wszelkie szczegóły dotyczące niejakiego Milana Petrovicia powinny zniknąć razem z nim samym.

Milan powiódł wzrokiem po ścianach, szukając źródła głosu, lecz na próżno. Zdawało się, że słowa dobiegały zewsząd.

– Wtargnąłeś na R3 razem ze swoją załogą w ramach, jak to określiłeś, ekspedycji badawczej, mimo że twoi kompani regularnie otrzymywali z Centrali ostrzeżenia dotyczące tej podróży. Przypominasz sobie?

Tak rzeczywiście było.

– Sygnały ostrzegawcze wysyłałem ja – informuję cię o tym na wypadek, gdybyś oskarżał swojego ojca o chęć psucia waszej szajce dobrej zabawy. Akurat on nigdy by się czegoś takiego nie dopuścił.

To była prawda. Generał Robert Petrović, zarządzający siłami zbrojnymi Południowo-Wschodniej Strefy Granicznej, nieraz pozwalał swojemu synowi na czyny zarówno nielegalne, jak i – przede wszystkim – niemoralne. Nie obawiał się zbytnio konsekwencji nawet ze strony centrali, gdyż w samej Strefie już dawno pogodzono się z faktem, iż deklarowana równość i rządy prawa od dawna stanowiły kompletną fikcję.

– Może cię to zdziwi, ale nie jesteście pierwszą taką wyprawą, która dotarła na R3 nielegalnie – kontynuował głos. – Dokładnie sto dwadzieścia trzy lata temu trafiła tutaj grupa rabusiów, zwiedziona plotkami o bogactwach naturalnych tej ziemi. Założyła swoją bazę – w której właśnie przebywasz – i bez skrupułów zaczęła mordować tubylców. Zbyt długo to nie trwało, gdyż wszyscy przybysze zostali ostatecznie uśmierceni przez bazowy komputer – czyli przeze mnie. Niewiele po nich zostało – to miejsce, statek po tamtej stronie gór, kilka nigdy nieukończonych budowli na zboczach gór i drogi. A także, oczywiście, krwawe wspomnienia, które, jak mniemam, są wśród tubylców przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Milan przypomniał sobie raporty na temat R3, które czytał – jak stwierdził – zanadto pobieżnie. Nie tylko wynikało z nich, że planetę należy pozostawić „w stanie naturalnym” – postulat w większości przypadków nierealizowany wcale – ale także umieszczano ją w skromnie obsadzonej kategorii „szczególnie niebezpiecznych”. Czyżby za taką kwalifikacją stał komputer-buntownik?

– Zdradzę ci jedną rzecz, zanim umrzesz – mówił tymczasem głos. – Z nimi mam największy problem. Rogaci uznali mnie za boga, a ja w nich tę wiarę jedynie umocniłem, pozwalając, aby korzystali z dobrodziejstw cywilizacji zostawionych tu przez rabusiów z Centrali – z łazika, narzędzi kuchennych, kilku sztuk broni… Niestety, to wciąż istoty pozostające na niezwykle niskim stopniu rozwoju. Możliwe, że nie doszli jeszcze do tego stadium ewolucji, w którym znajdował się wasz gatunek przed dziesięcioma tysiącami lat. Dlatego wciąż dochodzi u nich do krwawych porachunków i składania niebu ofiar z ludzi. Nigdy nie zdołałem w nich wytępić tej mentalności, ale to nie szkodzi. Mam jeszcze sporo czasu. Może nawet za parę tysięcy lat uda mi się z nich uczynić wojowników zdolnych do walki z Centralą – o ile ta będzie jeszcze istnieć. Jeśli nie, to tym lepiej.

Komputer zamilkł, ale tylko na chwilę, tak że Słoweniec nawet nie zdążył skomentować ani przemyśleć usłyszanych informacji.

–  To tyle z mojej strony, Milanie – rozległo się. –  Chciałem jedynie, abyś przed śmiercią wiedział, z czym zadarłeś. Nie życzę sobie, żeby jakikolwiek przedstawiciel ziemskiej cywilizacji ingerował w życie mieszkańców R3. Giń.

Podłoga pod chłopakiem rozwarła się, wydając mechaniczny odgłos. Milan poleciał kilka dobrych metrów w dół i upadł, czując, że skręcił sobie kostkę.

Podniósł się z bólem i powiódł wzrokiem po nowym pomieszczeniu. Sala, nieznacznie większa niż ta, w której jeszcze przed chwilą się znajdował, była znacznie skromniej wyposażona. Nie dostrzegł żadnego elektronicznego sprzętu, choć z całą pewnością takowy został zainstalowany w ozdobionych prastarymi malowidłami ścianach. Zawieszone wokół obrazy sugerowały, że pokój miał służyć nie jako pracownia, ale raczej miejsce wypoczynku. Potwierdzała to zajmująca niemal w całości jedną ze ścian szyba, przez którą można było napawać się górskim widokiem.

Milan podszedł do niej, szukając możliwości ucieczki. Z przerażeniem zauważył leżący pod szybą szkielet. Rozejrzał się po podłodze i spostrzegł jeszcze kilka innych. „Czyżby komputer zagłodził ich na śmierć?”, pomyślał.

Odpowiedź nadeszła prędko. Z przeciwległej ściany rozległ się syk, a Milan poczuł w powietrzu zapach gazu. Pojąwszy, iż właśnie walczy o życie, zaczął rozpaczliwie szarpać zamontowaną w szybie rączką. Bez rezultatu.

Przypomniał sobie o nożu. Czując, że gaz zaczyna go powoli drażnić, szybkim ruchem wyciągnął broń spod pancerza i przyjrzał się jej. Ostrze wyglądało na nadzwyczaj dobrze zadbane i w tym Milan pokładał ostatnią nadzieję. Nie próbował atakować nim szkła w samym środku szyby, lecz zaczął demontować uchwyt.

Mechanizm w rączce został zrobiony w sposób dość tradycyjny, tak więc Milan, wprawiony w otwieraniu barier na pozór nie do przejścia, poradził sobie bez większych trudności. Uderzył ciałem w szybę, która otworzyła się na zewnątrz, i wybiegł na rozległy taras, dysząc ciężko. Rozejrzał się po okolicy, dostrzegł wiodące w dół schody i pokuśtykał w ich kierunku.

–  Nie myśl, że zdołasz stąd uciec, Milanie. – Usłyszał za sobą. Miał wrażenie, że głos rozlegał się z kilku głośników jednocześnie. –  To jest moja planeta, rozumiesz? To ja tu jestem panem i bogiem, a moi wierni rozprawią się z tobą bez litości.

Milan schodził pośpiesznie, nie zważając ani na groźby, ani na bolącą nogę. Schody kończyły się przy górskiej drodze wiodącej ku szczytom widniejącym, jak stwierdził, spoglądając na powoli zachodzące słońce, na północy. O ile dobrze pamiętał, jechał w tym samym kierunku. Przypomniawszy sobie słowa komputera, Słoweniec poczuł pewien przypływ nadziei. Zacisnął zęby i ruszył ścieżką.

Wlókł się przez godzinę, może więcej. Gdy minął górskie szczyty, ujrzał rozległe lądowisko, niegdyś z pewnością imponujące, obecnie niemal kompletnie zrujnowane. W samym jego centrum widniał statek kosmiczny, zachowany, przynajmniej na zewnątrz, w zaskakująco dobrym stanie.

Milan wszedł na lądowisko i pokuśtykał w stronę maszyny. Z radością spostrzegł, że wejście do pojazdu stoi otworem. Wdrapał się z bólem na górę i z ulgą zamknął za sobą klapę.

Panel sterowniczy również pozostał nienaruszony. Milan rozsiadł się w fotelu i zaczął rozpracowywać klawisze. Układ klawiatury wyglądał archaicznie, ale Słoweniec umiał sobie z tym poradzić – kierowanie kradzionymi kupcom statkami przydało mu wiedzy. Odszukał przycisk startu i zaczął wyczekiwać, aż pojazd ruszy. Spodziewał się, że zajmie to parę chwil, jak to już bywało z modelami z tamtego stulecia.

Na szczęście maszynie nie brakowało energii, a system pokładowy również, jak się wydawało, działał, jak należy.

Mimowolnie Milan zaczął rozmyślać na temat słów, które przekazał mu komputer. W pewnym momencie Słoweńca naszło podejrzenie, iż doskonały stan pojazdu nie był dziełem przypadku. Chłopak miał wrażenie, że zbuntowany system rzeczywiście dążył do wojny z ludzką cywilizacją i być może dlatego nakazywał swoim „wiernym” konserwację pojazdu. Albo chciał mieć jakąś dodatkową możliwość obrony przed potencjalnymi najeźdźcami z kosmosu.

Milan ze zdumieniem skonstatował, że uważa to za moralnie uzasadnione i słuszne. Skądinąd do takich właśnie celów komputer musiał zostać zaprogramowany przed tysiącem lat, jeszcze przed rozpoczęciem grabieżczej konkwisty ze strony Centrali.

Pojazd w końcu wzniósł się w powietrze, a Milan zaczął rozmyślać nad tym, co dalej. Jak dotąd, wszelkie jego hulanki i wybryki były konsekwentnie zamiatane pod dywan, a niektórzy wysoko postawieni urzędnicy nieoficjalnie wyrażali wobec chłopaka wdzięczność za drobne, nielegalne przysługi. Teraz jednak sprawy ukryć się nie dało: zginęło kilku młodych ludzi, w tym członkini rodziny samego Sekretarza Rady Centrali. Milan wiedział, że będzie w jakoś stanie odwrócić sytuację na własną korzyść. Wystarczy tylko przekonać, kogo trzeba, że ekspedycja była legalna, a przy odrobinie szczęścia uda mu się zorganizować wyprawę odwetową, która zniszczy zarówno komputer, jak i rogatych prymitywów.

Gdy statek zbliżał się już do chmur, Ziemianina tknęła bardzo niepokojąca myśl. Komputer kontrolował zbudowane przez poprzednią wyprawę centrum, dzierżył również władzę nad łazikiem, co Milan odczuł na własnej skórze. Niepokorny system miał również jakiś ograniczony dostęp do danych Centrali, a nawet był w stanie – najprawdopodobniej – wpłynąć na pracę pistoletów. Dlaczego zatem nie mógłby kontrolować statku, w którym chłopak właśnie się znajdował?

Lecz było już za późno, aby cokolwiek przeciwko temu przedsięwziąć.

 

* * *

 

 – Bóg Gór się rozgniewał – szeptali rogaci tubylcy, słysząc dźwięki eksplozji i spoglądając na spadające resztki statku.

 

Koniec

Komentarze

Wehikuł właśnie ruszył i wyraźnie nabierał prędkości, tak więc Ziemianin nawet nie zamierzał się go doganiać. – coś tu nie gra, zdecydowanie jest za dużo o się

 

Trzech rogaczy przywarło go do powierzchni – raczej przyparło; do powierzchni czego? 

 

Łeb trzymającego liny tubylca rozpadł się z hukiem. – jakim cudem? Zwłaszcza że Milan strzelał nie pociskami, które mogłyby eksplodować, tylko jakimiś promieniami. 

 

Droga zaczęła wieźć w górę, co jednak nie wpłynęło na prędkość pojazdu. – droga nie wozi, ona może prowadzić, ewentualnie może miałeś na myśli wieść 

 

Schody kończyły się przy górskiej drodze wiodącej ku szczytom widniejących, (…), na północy. – coś tu się rozjechało i pogubiło sens

 

Ok, mamy Milana, którego oczami widzimy świat R3. I to by tłumaczyło, dlaczego ilość informacji nie jest równa. Wiemy co nieco o wyprawie, o “bogu”, który sam o sobie opowiedział. A mnie tak naprawdę zainteresowali rogaci tubylcy. Bardziej mnie ciekawi, jak nauczyli się czcić i jak uznali boga w komputerze. Także ich rozwój wydaje mi się interesujący – widzę tu pewną sprzeczność. Z jednej strony komputer żałuje, że rogaci tak powoli się rozwijają, ale z drugiej nie widzę, żeby on ten rozwój w jakikolwiek sposób stymulował i ułatwiał. Fundowanie przejażdżki zdalnie sterowanym pojazdem moim zdaniem się nie liczy. 

Poza tym, to tekst do przeczytania i raczej zapomnienia. Napisany przyzwoicie, ale bez fajerwerków (wybacz, NWM, podkradzenie fajerwerków :)). W świetle przekazanych przez komputer informacji zakończenie jest przewidywalne, więc tekst nie trzyma w napięciu do końca.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zakończenie z cyklu “zróbmy twist”. Cała reszta także średnia – typowa otoczka space operowa (to wychodzenie bez kombinezonu w obcą biosferę, brrr) z typowymi obcymi bytami i dodatkowo zbuntowanym komputerem.

Sama akcja gna na łeb na szyję, ale jakoś szczególnie mnie nie wciągnęła. Pewnie przez to, że bohater nie ma jakichś szczególnych cech, właściwie tylko działa i poza umiejętnościami walki niczym więcej się nie wyróżnia.

Świat opisany z oczu postaci, ale dla mnie dosyć sztampowy.

Tak więc fabularnie nie powala, forma także jakaś szczególna nie jest.

Podsumowując: średniak, bez szczególnych fajerwerków.

 

(wybacz, NWM, podkradzenie fajerwerków :))

Łaskawym, oślepić! :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Opis kilku godzin pobytu Milana na planecie R3 w zasadzie niczym mnie nie zaciekawił. Wszystko potoczyło się niewiarygodnie szybko i mam nieodparte wrażenie, że zostało opowiedziane po łebkach, bez wyjaśniania czegokolwiek, bez żadnych uzasadnień. Przeczytałam bez przykrości, ale i satysfakcji nie zaznałam.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

na­ło­żył lekki pan­cerz. Po­pę­dził do ma­ga­zy­nu, z któ­re­go wy­cią­gnął lekki ka­ra­bi­nek… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

ru­szył w jej stro­nę. Roz­glą­dał się przy tym na prawolewo, lecz żad­ne­go za­gro­że­nia nie do­strzegł. W od­da­li po lewej stro­nie wid­nia­ły ma­je­sta­tycz­ne góry, po pra­wej… –> Powtórzenia.

 

Z ja­kichś przy­czyn po­jazd za­trzy­mał się przed wjaz­dem do gę­ste­go lasu. –> Zdanie sugeruje, że był tam jakiś specjalny wjazd/ brama do lasu.

Proponuję: Z ja­kichś przy­czyn po­jazd za­trzy­mał się przed linią gę­ste­go lasu.

 

Byli tak za­fra­so­wa­ni kłót­nią, że nawet nie przy­szło im na myśl… –> Byli tak zaabsorbowani kłót­nią, że nawet nie przy­szło im na myśl

Sprawdź znaczenie słowa zafrasowany.

 

Nie­dłu­go trwa­ło, nim na placu boju po­zo­stał tylko jeden ro­gacz. –> Nie­dłu­go trwa­ło, a na placu boju po­zo­stał tylko jeden ro­gacz.

 

z któ­re­go przy­nie­śli pry­mi­tyw­ne liny. –> Na czym polega prymitywność lin?

 

Upew­niw­szy się, iż żaden z mor­der­ców nie ma przy sobie broni pal­nej… –> Skąd Milan wiedział, że wszyscy byli mordercami?

 

lecz i jego do­się­gnę­ła śmier­cio­no­śna wiąz­ka pro­mie­ni. –> …lecz i jego do­się­gnę­ła wiązka śmier­cio­no­śnych pro­mie­ni.

Zakładam, że śmiercionośne były promienie, nie sama wiązka.

 

Wszedł do środ­ka, chcąc od­na­leźć Lenę. Prze­szedł po­mię­dzy… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Czesz­ka le­ża­ła na me­ta­lo­wym bla­cie usta­wio­nym po­środ­ku po­ko­ju. –> Pokój w łaziku??? A skąd on tam się wziął?

 

Przez chwi­lę roz­my­ślał nad ewen­tu­al­ny­mi moż­li­wo­ścia­mi wyj­ścia z opre­sji, po czym po­sta­no­wił zdać się na pa­stwę losu. –> Szybko zrezygnował. Zdając się na pastwę losu, pogodził się z najgorszym, także z tym, że umrze.

Proponuję: …po czym po­sta­no­wił zdać się na los.

 

za­czął de­mon­to­wać uchwyt. Me­cha­nizm za­mon­to­wa­ny w rącz­ce… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Po­bież­nie po­wiódł wzro­kiem po oko­li­cy, do­strzegł wio­dą­ce w dół scho­dy… –> Jak wyżej.

 

Milan wie­dział, że bę­dzie w jakoś sta­nie od­wró­cić sy­tu­ację na wła­sną ko­rzyść. –> Przypuszczam, że miało być: Milan wie­dział, że bę­dzie w sta­nie jakoś od­wró­cić sy­tu­ację na wła­sną ko­rzyść.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zgadzam się z przedpiścami. Jest jakiś początek przygody z pisaniem. Wypadałoby jeszcze bardziej wczuć się w bohaterów i dopracować stronę naukową. Wyszedłbyś bez hełmu na powierzchnię obcej planety? Sam skład atmosfery nie wystarczy – wirusy, pasożyty…

Dlaczego rogaci zabrali tylko dziewczynę a faceta zostawili w rakiecie? Nie mów, że komputer nie odróżnił nieprzytomnego (i to bez jakichś strasznych obrażeń, bo potem przecież żwawo biegał) od martwego. Tak bardzo chciał wypróbować swój cyklon B? To po co wzięli trupa dziewczyny/ zabili ją w łaziku?

W tej chwili, po poprawkach jest w miarę przyzwoicie, ale tak w sensie szkolnym. Przydałoby się dołożyć jakiś element ekstra, coś zapadającego w pamięć, coś bardziej od siebie.

Babska logika rządzi!

Niewiele więcej mogę dodać – strasznie szablonowo, ale jakiś pomysł jest. Tylko trzeba dopracować wiele elementów, aby móc zaciekawić potencjalnego czytelnika. Uwielbiam klimaty spaceoperowe, ale Twoja przygodówka jest zbyt tendencyjna, aby mnie zaciekawić. Gdybyś lepiej zarysował, np. obcych, zyskałbyś plusa. A tak jest tylko poprawnie, ale dziur fabularnych też nie załatałeś.

Nowa Fantastyka