- Opowiadanie: maciekzolnowski - Arabeski nad hebanowymi schodami (proza poetycka, wspominkowa)

Arabeski nad hebanowymi schodami (proza poetycka, wspominkowa)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

katia72, regulatorzy, Użytkownicy

Oceny

Arabeski nad hebanowymi schodami (proza poetycka, wspominkowa)

W sieni oraz na stromych, krętych schodach, prowadzących na strych, zawsze panowała u wujostwa czarna noc. Czarna noc, która nigdy nie chciała się skończyć, nadawała temu miejscu tajemniczej jakiejś, solennej aury, a to, co znajdowało się na pierwszym piętrze i należało do wujka-pszczelarza było w ogóle poza moim i czyimkolwiek zasięgiem i – rzec by można – wymykało się zdroworozsądkowemu oglądowi rzeczy, niczym niezgłębione tajniki starożytnej alchemii. Dziś wujka wśród żywych nie ma, a mnie pozostały tylko niewyraźne, niedoumarłe wspomnienia.

Nie wiem, nie pamiętam, skąd brało się na schodach jakiekolwiek, najwątlejsze nawet światło (o ile w ogóle takowe istniało), gdyż wszystko tutaj spowijał niewyraźny cień, łączący się w uścisku wiecznym z mrokami wiejskich szarówek oraz nocy, w które to mroki cień ów następnie łagodnie i niezauważenie przechodził. Zresztą za oknem niepodzielnie panowała pora niezdefiniowana, nieokreślona i nijaka, nie będąca ani jesienią, ani zimą, lecz czymś pomiędzy nimi, i przyozdabiała świat chroniczną pleśnią szaroburego zmierzchu, opryszczką wszystkich możliwych odcieni brzydoty, kutnerem nieprzejrzystości tak dalece zamglonego pejzażu, zmarszczkami zadumanego i zasmuconego czymś nieba.

Te ściany na klatce schodowej z hebanu obrastały gęstwiną wprost niezliczonych arabesek – wzorków na kiczowato wyglądającej, a na dodatek gdzieniegdzie postrzępionej i poodklejanej tapecie. Pulsujące utajonym życiem kwiatuszki coraz to głębiej zapuszczały swe sztuczne korzonki, niczym rdza w niewyczerpanych pokładach szmelcu-złomu. Zwielokrotniały się harcujące bez umiaru pnącza, liche, tandetne, badziewnie wykonane. Kwiatkom wyrastały nienaturalnie długaśne łodyżki, niczym wężowatym wijom zmutowane szyjki, a następnie splatały się w skłębioną dokoła kędzierzawość. Soczyste i żylaste swe muskuły prężyło ziele, pędzone przez dnie całe po marchewkowo-sterydowych poletkach. A wszystko wkoło gęstniało, gęstniało, po trzykroć gęstniało. Tak oto tajemna siła sprawcza oraz materia – nawet ta szara, nieistotna i nieładna – bez ustanku tę zieleń z siebie wyrajała, a wytapetowana rzeczywistość rosła i się zwielokrotniała. I odnosiło się generalne wrażenie, że coś pod tą okładziną, a nawet w niej samej, uparcie buzuje, że coś się w tych trzewiach poniemieckich mości, że starodawny, ceglany budynek oddycha i żyje.

A był tutaj gzyms wyniosły, który znajdował się przy samym suficie. I gdy się wędrowało z góry na dół, jego wysokość względem klatki rosła wraz z każdym krokiem i każdym kolejnym stopniem schodów – tak, by ostatecznie osiągnąć swój maksymalny pułap na… a raczej nad parterem. Jego szerokość była stosunkowo niewielka – nazbyt wąska dla stóp człowieka albo człowieczka. Na dodatek sam kształt gzymsu mógł stanowić niejaką przeszkodę – był to kształt pochyły, wręcz spadzisty. Nie wyobrażam sobie więc, ażeby ktokolwiek chciał czy był w stanie się po nim przesmyknąć niczym akrobata, stąpający po linie rozwieszonej w cyrku. To prawda, że w zakamarkach tego starego domu wujków kryły się ciemne, małe ludy, coś jakby skrzaty-basałyki. I to prawda, że żyjątka te mogły być pomocne w przesmyknięciu się na najwyższy pułap gzymsu. Wreszcie to prawda, że ich istnienie związane było w jakiś niesamowity sposób z wytapetowanym tu ornamentalnym uniwersum. Ale prawdą jest również, że moja matka i inne osoby, które wierzyły w ich istnienie odczuwały potworną trwogę li tylko na samą myśl o lilipuciej familii tego domu. Ja tymczasem – pamiętam doskonale – nie mogłem nigdy odnaleźć żadnych sekretnych przejść, prowadzących do innego, obcego świata albo wymiaru, a jedyny ślad po dawnym sezamie (niewiadomego zresztą przeznaczenia i pochodzenia), jaki znajdował się w staromodnej piwnicy, pozostawał zawsze jednako starannie zamurowany. Jakże więc – dedukowałem nad wyraz rezolutnie – jakim sposobem ów lód plugawy a ciemny mógłby się do wujaszkowej rozwalichy przedostać? Przecież to całkowicie niemożebne i najzupełniej niedorzeczne!

A skwitowawszy, więcej się skrzatami nie zajmowałem. A raz nawet miałem okazję pobrykać między piętrami. Podobno nie byłem pierwszym, który zjeżdżał tyłkiem po śliskich i nagich belach hebanowych schodów, wykrzykując radosne: „ała, ała”. Ciocia twierdziła, że już wcześniej po tych zimnych poręczach zsuwały się moje kuzyneczki – Magda z Izą, że latały po wszystkich wystających ze ściany pułkach, boniach oraz pasach. I wskazując palcem na niedostępny, wyniosły gzyms, przemawiała w tak okrutny sposób do mej ówczesnej i obecnej wyobraźni. Do dziś dnia widzę oczyma tejże chorej wyobraźni Magdę z Izą, jak stąpają sobie pewnym krokiem niewieścim po gzymsie i suficie (a wbrew powszechnemu prawu ciążenia), wszędzie tam, gdzie ja stąpać nigdy nie mogłem i nigdy już móc nie będę. O, mój Boże! Tak bardzo zazdrościłem dziewczynkom ich paranormalnych zdolności.

I gdy teraz się nad tym zastanawiam, od razu przychodzą mi na myśl chaotycznie wybujałe, nieznośnie żywotne i drapieżne arabeski, których nocne wyrojenia tworzyły swoisty parasol, chroniący w razie nieszczęśliwego upadku z zabójczo stromych i niebezpiecznych schodów, gzymsów, ścian i sufitów; te arabeski, pełne dużych, małych i całkiem już maluśkich, skarłowaciałych sekretów, które chronić miały w razie pechowego wyślizgnięcia się z objęć delikatnie zakręconej poręczy lub łukowatego obramowania schodów; te same, co uratować mogły czyjeś życie w przypadku niefortunnego spłynięcia tego kogoś w dół, wzdłuż namalowanej albo raczej wydrukowanej łodyżki perskiego kwiatu.

Ale Magda z Izą były ponad to wszystko. I nic, absolutnie nic stać im się nie mogło, gdyż bezgranicznie zaufały potędze tego, jakże dziwnego miejsca. Uwierzyły, niczym naiwne wróżki młodociane, w istnienie zaczarowanej Nibylandii. Uznały za właściwe poddania się arabeskowej opatrzności – pękowi oczu wszechwidzących i uszu słyszących wszystko.

Ja nie odnalazłem w sobie podobnej wiary w rzekomo opiekuńcze siły niby-nocy, nie-nocy, pełnych zwodniczych arabesek, skomplikowanych, mrocznych labiryntów, ziejących arktycznym tchnieniem zaułków, wymajaczonych z sennego koszmaru zakamarków. I na wszelki wypadek nigdy już nie ośmieliłem się bawić u wujów na schodach ani nawet w sieni w cieniu niedogasłej umbry.

Koniec

Komentarze

Hm, widzę całkiem spory potencjał w tych, swoją drogą ładnie odmalowanych, arabeskach. Jednak jak dla mnie nie do końca wykorzystany. Nic się tu nie dzieje, są tylko opisy i pewne przemyślenia narratora, które moim zdaniem do niczego nie prowadzą, niczego konkretnego nie pokazują i nic nie wyjaśniają. Na przykład kim były Magda i Iza, co się z nimi stało. Na ile to wszystko dzieje się w umyśle narratora, czy faktycznie jest tam jakaś “realna” magia? 

I chociaż tekst napisany jest ładnie, to dla mnie za mało – wolę konkrety. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki, Śniąca! Spróbuję to trochę pozmieniać; mam nawet pomysł, jak to zrobić, jak ożywić tego opka. Dopiszę również akapit na temat Magdy i Izy. I być może wtedy tekst stanie się czytelniejszy, “konkretniejszy” i strawniejszy.  :)

Mnie nie przeszkadza, że przeczytałam zaledwie maleńki fragment wspomnień chłopca. Nie przeszkadza mi, że Magda i Iza przemknęły tylko, bo nie one są tu bohaterkami, tu główną rolę gra wzorzysta tapeta i schody z poręczą, po której narrator, pacholęciem będąc, zjeżdżał z narażeniem życia – to one wyryły się w pamięci dziecka i tkwią w niej po dziś dzień.

Maćku, jak zwykle nie poskąpiłeś fantastycznie malowniczych opisów, tym razem niezwykle realistycznie przedstawiając zakątek domu wujostwa. Stworzyłeś przy tym atmosferę, która pozwoliła mi wyobrazić sobie wszystko tak, jakbym tam była.

 

W sieni oraz na stro­mych, krę­tych scho­dach, pro­wa­dzą­cych na strych, za­wsze pa­no­wa­ła u Cu­pa­łów czar­na noc. Czar­na noc, która nigdy nie chcia­ła się skoń­czyć, nada­wa­ła temu miej­scu ta­jem­ni­czej ja­kiejś, so­len­nej aury, a to, co znaj­do­wa­ło się na pierw­szym pię­trze i na­le­ża­ło do wuj­ka-psz­cze­la­rza… –> Mówienie o wujostwie po nazwisku wydaje mi się dość niefortunne, szczególnie że opisany obrazek zachował się w pamięci chłopca, który powiedziałby, że był u wujka/ cioci, a nie u Cupały/ Cupałowej.

 

gdzie­nie­gdzie po­strzę­pio­nej i po­roz­kle­ja­nej ta­pe­cie. –> Raczej: …gdzie­nie­gdzie po­strzę­pio­nej i po­od­kle­ja­nej ta­pe­cie.

Wydaje mi się, że rozkleić mogą się warstwy czegoś. Tapeta jest przyklejona do ściany, więc chyba mogła się tylko odkleić.

 

kwia­tusz­ki za­pusz­cza­ły czym raz to głę­biej swe sztucz­ne ko­rzon­ki… –> …kwia­tusz­ki za­pusz­cza­ły coraz to głę­biej swe sztucz­ne ko­rzon­ki

 

chro­nić miały w razie pe­cho­we­go wy­śli­zgnię­cia się z mę­skich uści­sków po­rę­czy… –> Poręcz jest rodzaju żeńskiego, w dodatku sztywna, więc niezdolna objąć kogokolwiek/ czegokolwiek – skąd więc jej męskie uściski?

A może miało być: …chro­nić miały w razie pe­cho­we­go wy­śli­zgnię­cia się poręczy z mę­skich uści­sków

 

wzdłuż na­ma­lo­wa­nej… albo ra­czej wy­ta­pe­to­wa­nej ło­dyż­ki per­skie­go kwia­tu. –> Raczej: …wzdłuż na­ma­lo­wa­nej… albo ra­czej wydrukowanej ło­dyż­ki per­skie­go kwia­tu.

Wytapetowana była ściana, nie kwiatki na tapecie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cudne opisy, niezwykle obrazowe i zapraszające do dalszej lektury. Piękny byłby to początek dla opowiadania grozy.

Piękne… Plastyczne… Magiczne… Widzę, a raczej czytam, że specjalizujesz się w malowaniu słowem i z tekstu na tekst Twoje obrazy przepełnia coraz więcej barw i coraz więcej życia… Jeśli włożysz w to trochę więcej akcji będzie po prostu rewelacyjnie. 

Przeczytałam z przyjemnością.

Merci! Miód na serce mi lejecie. :))

 

Deirdriu, mam pociąg do klimatów grozy, nie da się ukryć.

 

Katiu, masz rację. Ten opek jest zdecydowanie statyczny i obrazowy, jest jak wciśnięta stop-klatka. Ale (mówiłem Śniącej) jest sposób, by to zmienić, poprawić. Wystarczyłoby chyba dopisać jeden, niewielki akapit, zawierający dialog i wprowadzający ociupinę akcji i ogólnego zamieszania.

 

Droga Reg! :)

 

Wielkie dzięki! Jesteś jak zwykle bardzo wnikliwa (i chwała Ci za to). Spójrz: taki krótki opis, a tyle wpadek! Poprawiłem wszystkie zgodnie z Twoimi zaleceniami. 

Mówisz o wspomnieniach chłopca… Nie wiem, na ile są to właśnie wspomnienia i gry z pamięcią, a na ile wariacje na temat obrazków z przeszłości plus próba stworzenia dziecięcego świata od początku (od nowa i jeszcze raz). 

 

Maćku, bardzo dziękuję z uznanie. A wpadki – no cóż, powiedziałabym, że to tylko potknięcia. ;)

 

I ja nie wiem, ile w tym wspomnień, a ile Twojego twórczego widzenia świata.

Byłam przekonana, że byłam w domu wujka Włodka – tego, który miał pasiekę. Tyle że tym razem pokazałeś domu tego tylko niewielki fragment i to taki, na który zwraca się zazwyczaj mniejszą uwagę, bo korytarze i schody są z reguły mniej interesujące od pokoi, kuchni, spiżarni, czy choćby strychu – lepiej pamięta się chyba pokój, w którym się spało, podwieczorki z konfiturami, ogród, otoczenie domu…

Niezależnie od tego czy tapetę i schody pamiętasz, czy wymyśliłeś je na potrzeby tej miniatury, lektura Arabesek ponad hebanowymi schodami sprawiła mi wielka przyjemność.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszę się, Reg, naprawdę cieszę się, że sprawiłem Ci przyjemność! :) :D

Aaa, i dzięki Ci, Katiu, za kliknięcie na bibliotekę! :) 

Jak dla mnie trochę za dużo w tekście słownej bujności – miejscami językowa roślinność przykrywa wspomnieniowy charakter tekstu i zamiast pokazywać obrazy ukrywa je wśród chaosu i nadmiaru słów, metafor, porównań. Myślę, że delikatne odchwaszczenie by nie zaszkodziło – szczególnie w pierwszej części tekstu.

Zgrzytnęły mi też marchewki na sterydach ;-)

Spodobał mi się motyw kuzynek, które uwierzyły w magię i dzięki temu, mogły eksplorować zakamarki domu niedostępne narratorowi, który nie uwierzył.

Tekst ma swój urok :-)

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Ładne to, magiczne i, jak dla mnie, niczego nie brakuje. Szorty mogą być przecież rożne – takie prostsze i z mocnym twistem, z oszałamiającym pomysłem, zabawne, albo… po prostu ładne, z pięknymi opisami, emocjami, zagadkową aurą. Brawo. Mi się bardzo podoba. 

Ech, że też tak często zapominam o klikaniu… Ale nadrobiłam. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Reg! Nie ma wcale obowiązku klikania. Jest tylko imperatyw czytania. OK, żartowałem! :)

 

Dogsdumpling! :D Przepraszam za swój długi, barokowy jęzor.

Co do sterydów… Były w sprzedaży komercyjnej w latach 70-tych i 80-tych, w połowie lat 90-tych (dopiero) zostały zakazane. W erze kaset video i VHS-ów marchewkowe pola mogły kojarzyć się choćby z piosenką Lady Pank, natomiast sterydy – z różnymi “Predatorami” i innymi “Terminatorami”. Dlatego właśnie tak napisałem w sowim opku, którego akcja dzieje się w latach 80-tych. 

 

:D Blackburn, słuszne wyliczenie: jeśli coś pisać, to tak, aby było: 1) proste i z mocnym twistem, 2) zabawne, 3) pomysłowe lub po prostu 4) ładne. Ja usiłuję pisać właśnie podług tego klucza–wyliczenia.

Ładnie odmalowany obraz – i w zasadzie tyle. Dobrze się czytało, ale ostatecznie ni ziębi, ni grzeje ten koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki, w sumie dobrze, że koncert, a nie chałtura. :)

Ładne i klimatyczne, jak zwykle u Ciebie. Ciekawy tylko jestem, czy pociągniesz to dalej, najlepiej, jak ktoś wspomniał, w jakieś stonowane opowiadanie grozy. Trochę takie, jakie kiedyś pisał, no mało znany pisarz angielski Walter de La Mare, bo trochę mi się tak z nim skojarzyło. Ta nuta melancholii i zamglone wspomnienia z dzieciństwa.

Ale jako miniatura też się broni.

I jedna rzecz mnie zakłuła – “a następnie splatały się w kłębiącą się dokoła kędzierzawość”.

Te dwa “się” zdecydowanie za blisko, albo bym wyrzucił to słowo – “kłębiącą się”, albo zamienił na inne, może “namotaną dokoła kędzierzawość”? Czy jakoś tak, trudno Ciebie poprawiać…

 

 

 

 

 

A może: …a następnie splatały się w skłębioną dokoła kędzierzawość.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O, to mi się nawet spodobało: “splatały się w skłębioną dokoła kędzierzawość”. Merci, Reg. Dzięki Ci również, Agroeling, za wnikliwą recenzję. Ja jestem zawsze otwarty na wszelkiego rodzaju dobre rady i sugestie. Znacie mnie przecież :) 

Co do poety i prozaika de la Mare… Aż mi głupio, że go wcześniej nie znałem. Mam ochotę rzucić wszystko i od razu sięgnąć po dzieła tego autora. Zaintrygowało mnie takie oto zdanie: “Jego liryka nasycona była baśniową fantastyką wyobrażeń dziecięcych. Był też autorem nastrojowych powieści i opowiadań” (Wikipedia). Stwierdzam, że nie znam Anglii (a wiem, co mówię) od strony “baśniowej fantastyki wyobrażeń [choćby i nawet tych] dziecięcych”. :D

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tak mi się wydawało, że by Ci się spodobał. Mare to taki pisarz “uboczny”, to znaczy z dala od wszelkich mód i trendów, outsider, przez co pomijany w różnych rankingach popularności czy jakich tam. No i bardzo cenił go Lovecraft. Szkopuł w tym, że jego dwie ksiązki u nas wydano dawno temu…

Mogę się zrewanżować, Agroeling, polecając Ci “Guguły” Grzegorzewskiej. (No chyba, że już znasz tę książkę). Jej dodatkowym atutem jest to, że opisuje dorastanie pewnej nastolatki w wyjątkowych, wg mnie, latach 80-tych.

Dzięki za polecankę. Ale gdy patrzę na stos swoich ponad dwudziestu nie przeczytanych książek, w tym conajmniej dwóch tysiącstronicowych, to słabo mi się robi…

No, dokładnie. Nie mówiąc już o tym forum, bo tutaj też jest niezła kopalnia… złota (dajmy na to). Znam ten ból. Jedno jest pewne: po outsidera – pana Mare sięgnę teraz w pierwszej kolejności. :)

 

Aha! Dzięki przy okazji za kliknięcia (wszystkim tym, co kliknęli)! 

Ładna impresja z nutą fantastyki, przydałaby się może osobna kategoria “impresje” ;)

 

Ponieważ ostatnio wydałam trochę wojnę własnej predylekcji do zdań zaczynających się od “A” i “Ale” i jestem na to wyczulona, pytanie czy tu one celowo w dość dużym natężeniu?

 

“W sieni w cieniu umbry” – zabrzmiało mi jak “W Sienie w cieniu Umbrii”, taka drobna wartość dodana, Toskania w cieniu Umbrii, hmm.

 

 

PS. W tytule rytmicznie lepiej by mi brzmiało “nad”, językowo chyba też.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A do mnie nie przemówiło. Prosty komunikat “w domu wujostwa były schody i dzieci się tam bawiły” rozwleczony na pięć kilo znaków.

To prawda, że w zakamarkach tego starego domu wujków kryły się ciemne,

To było takie nowoczesne małżeństwo? ;-)

że latały po wszystkich wystających ze ściany pułkach, boniach oraz pasach.

O, to tam jeszcze armia się zmieściła? ;-)

Babska logika rządzi!

Fajnie to wychwyciłaś; dzięki, Finkla! Choć to prawda: rozgadałem się na pięć kilo znaczków, bywa. 

Nowa Fantastyka