- Opowiadanie: Adanadhar - Wygnaniec Nocy

Wygnaniec Nocy

Ech, no to w sumie nie dodałem nic od jakiegoś roku albo więcej, już nie pamiętam.

Wstyd się przyznać, ale nie do końca zniosłem krytykę i dałem sobie spokój... Teraz jednak wróciłem z wymienionymi oknami – wrzucać przez nie ile trzeba, to może coś zostanie ;)

Miłej lektury i proszę o wyczerpujące wyjaśnienie – opowiadanie było na konkurs którego nie dałem rady wygrać, lecz nikt nie powiedział mi dlaczego – może od Was to usłyszę, bo jakoś to muszę poprawić, co nie? 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Wygnaniec Nocy

Białe Miasto było takie piękne w promieniach zachodzącego słońca…

Mędrzec wstrzymał konia na szczycie wzgórza i odwrócił się, by ostatni raz na nie spojrzeć. Nieskazitelne mury i wieże, symbol potęgi i wiedzy, nie dały mu odpowiedzi, których oczekiwał. Ale czy w ogóle jakichś oczekiwał? Czego tak naprawdę szukał w archiwach pełnych zapomnianych tomów? Opuścił powieki, po czym zawrócił i zjechał w dół zbocza w kierunku puszczy, tracąc stolicę z oczu.

„Powiadają, że ci, którzy wyruszają w drogę o zachodzie, ściągają na siebie wielkie niebezpieczeństwa… ale i wielkie objawienia” – rzekł do niego przełożony archiwista, tuż przed ich rozstaniem. – „Noc skrywa w sobie tajemnice, o których nie śniło się filozofom i badaczom. Tajemnice oznaczają zaś wiedzę. Wiedzę, którą musisz posiąść jak najszybciej, zanim będzie za późno. Jedź teraz, lecz bądź przede wszystkim rozważny. Niechaj prowadzi cię światło Srebrzystego Ojca. Żegnaj, bracie…”

 

Przemierzał trawiastą równinę, dzielącą wzgórza wokół Białego Miasta od pradawnej puszczy, rozważając znaczenie tych słów. Po wielokroć czytał różne relacje ze spotkań z nocnymi istotami. Niekiedy były to przerażające, krwiożercze monstra, innym razem równie krwiożercze potwory, ukryte jednak w pięknej postaci. Czasem objawiały się jedynie w formie zjawisk nadprzyrodzonych lub zsyłały wizje na poszukującego. Naprawdę rzadko człowiek miał okazję stanąć twarzą w twarz z legendarnym Mieszkańcem Nocy.

Najczęściej zdarzało się to w gęstych lasach, takich jak ten przy Białym Mieście. Żyła w nim ponoć pewna istota, która znała odpowiedź na każde pytanie. Kto ją odnalazł, mógł się czegoś dowiedzieć, oczywiście, jeśli był wobec niej uprzejmy. To jej szukał Mędrzec. Jej odpowiedź być może była kluczem do ocalenia świata…

Gdy wjechał do puszczy, ostatnie światło skryło się za horyzontem. Koń zaczął ostrożniej stąpać, mimo że ścieżka przed nim była szeroka i bezpieczna. Jeździec nie czuł potrzeby popędzać wierzchowca. Zwierzę spokojnie kroczyło pod baldachimem prastarych drzew, z których każde pamiętało czasy, kiedy kładziono fundamenty pod Białe Miasto. Ciemnozielone liście pod wpływem pełnego księżyca zmieniły kolor na fioletowy, rzucając niewiarygodny blask na ścieżkę. Rzadkie prześwity bladego światła jedynie pogłębiały wrażenie nieziemskości. Choć ścieżka była często wykorzystywana, po obu jej stronach widniał nieprzebyty mur z krzewów i niewielkich drzew. Ludzie nie mieli dość odwagi, by wkroczyć w głąb lasu. Nawet w środku dnia puszcza nie przyjmowała intruzów do swojego prawdziwego wnętrza. Pozwalała jedynie przemykać tym, którzy wykazali się pokorą wobec jej potęgi.

Lecz Mędrzec wiedział, że nic z jej strony mu nie grozi. Dobiegały go głosy zwierząt, śpiew ptaków, szum liści i gałęzi. Szelest wiatru w koronach drzew. Knieja nie przejmowała się jego istnieniem. Żyła własnym życiem, niezależnym od przemian poza swoimi granicami…

Jeździec wzdrygnął się, gdy jego koń parsknął cicho. Błyskawicznie się rozejrzał, ale zobaczył tylko leśną gęstwinę. Fioletowa poświata wcale nie ułatwiała mu dokładnych oględzin. Zmrużył oczy.

Po chwili coś poruszyło się za nim w krzakach.

Obrócił się w siodle, wyciągając miecz szybciej, niż jest w stanie zarejestrować oko. Przeczesał spojrzeniem okolicę. Koń zaczął nerwowo stąpać. Mędrzec, również wyczuwając niebezpieczeństwo, popędził go i zwierzę bez wahania pogalopowało w las, uciekając przed zagrożeniem. Zerwał się wiatr, uderzając go w plecy. Drzewa zaszumiały, a w tym dźwięku dało się usłyszeć jedynie… grozę.

– Szybciej, szybciej! – syknął jeździec. Nie chciał spotkać tego, czego bali się nawet odwieczni mieszkańcy lasu. Sięgnął do pamięci, próbując przypomnieć sobie wszystkie legendy o tej puszczy, ale nigdzie nie znalazł informacji o takich zdarzeniach.

„Może nie przeżył nikt, by o nich opowiedzieć?” – przemknęło mu przez głowę. Pochylił się, unikając nisko wiszących gałęzi. Wiatr się wzmagał, konary uderzały o siebie i łamały się z cichymi trzaskami. Wierzchowiec pędził przed siebie, aż świat dookoła rozmazał się nieznacznie. Jeździec czuł, jak przerażenie podpełza mu do gardła. „Nie panikować, nie panikować przede wszystkim! Zapamiętaj drogę do ścieżki.” – powtarzał sobie w duchu. Jego zakon stawiał na chłodną analizę, szybkie działanie i wszechstronne wykształcenie fizyczne i psychiczne. Członkowie nie mogli sobie pozwolić na chwilę wahania.

W końcu zacisnął zęby, obejrzał się i… wstrzymał konia, aż ten zarył kopytami w ziemię. Wszystko momentalnie ucichło, jakby czas stanął. Puszcza zamilkła, oczekując na dalszy rozwój wydarzeń. Jeździec czuł na sobie jej wszechogarniające spojrzenie, obserwujące, przeszywające na wskroś. Ale nic go nie ścigało. Las za nim był pusty. Nagle księżyc zaszedł za chmury i zapadła ciemność.

Mędrzec przestał widzieć cokolwiek. Zmrużył oczy, próbując przebić wzrokiem ten całun, lecz na próżno. Słyszał pochrapywanie konia, wyraźnie spokojnego, mimo mroku. Jeśli zwierzę było rozluźnione… Człowiek odetchnął i schował miecz do pochwy.

Podstawowym celem był teraz powrót na ścieżkę. Mędrzec nie dopuszczał do siebie myśli, że nikt, kto był poza ścieżką w puszczy, nie wrócił. Nie mógł pozwolić sobie na chwilę zamyślenia czy strachu. Nie w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Las wciąż milczał.

Jeździec wyczuwał wiszącą w powietrzu atmosferę strachu jego mieszkańców, choć sama puszcza zdawała się raczej leniwie zaciekawiona biegiem wydarzeń. Odetchnął z ulgą. Dopóki nie miał jej za wroga, mógł mieć nadzieję na wyjście z tego cało.

Sięgnął do juków, aby wyjąć z nich świecę, ale w tym momencie księżyc wyszedł zza chmur i ukazał mu to, co znajdowało się przed nim.

A on porzucił wszelką nadzieję.

Nauki zakonu umknęły niczym liście na wietrze.

Kilka metrów przed nim stała najbardziej przerażająca istota, jaką widział w życiu.

Ręce opadły mu bezwiednie. Cały się trząsł. Stracił kontrolę nad ciałem. Chciał wyszeptać jakąś modlitwę… ale brakło mu… słów. Nie pamiętał… jak się nazywa… co tu robi… ani skąd przyjechał. Zaparło mu dech w piersiach.

Zaczął się dusić.

Próbował cofnąć się. Spadł z konia na ziemię. Leżał bezwładnie, drżąc i mamrocząc pod nosem.

Wierzchowiec dopiero to wyczuł.

Zarżał przeraźliwie.

Nie uciekł, sparaliżowany ze strachu. Monstrum niespiesznie zbliżyło się do zwierzęcia, jakby bawiąc się, albo skradając… po czym zabiło je jednym ciosem potężnej łapy.

Przestąpiło nad truchłem.

Spojrzało w oczy Mędrcu.

On w nich zobaczył…

Była w nich tylko…

Tylko…

Nienawiść.

Poczuł zimno rozchodzące się od serca, ogarniające jego członki. Widział oczy wieczności, ciemność, wkraczającą przez drzwi duszy i biorącą ją w posiadanie. Cały jego umysł ugiął się pod tym ciężarem i zapadł w mrok niepamięci.

Ostatnie, co ujrzał, to niewiarygodnie jasne, błękitne światło…

 

 

 

Gdy się obudził, nie otworzył od razu oczu. Nie odetchnął nawet z ulgi, którą poczuł. Wciąż żył i nie czuł bólu, co znaczy, że został ocalony. Ale nie chciał zdradzić, że nie śpi, zanim nie dowie się, co się dzieje i kto go uratował.

Nie musisz.

Mędrzec z zaskoczenia wstrzymał oddech. Usłyszał w głowie głos, bardzo wyraźny. Czy to mogło być złudzenie?

Nie.

Nie mogło.

Otwórz oczy.

Zanim zdążył się powstrzymać, jego powieki gwałtownie się rozchyliły. Natychmiast poderwał się, gotów do walki. Stał w niewielkiej jaskini, oświetlonej jasnoniebieską lampą. Było w niej jedynie łóżko i stoliczek przy nim, na którym znajdowały się jego ubrania.

Nikogo oprócz Mędrca nie było widać.

Ubierz się. Chodź tunelem. Weź lampę.

Mowa umysłu… Kto posiadał taką moc? Według legend jedynie Mieszkańcy Nocy i bogowie mogli porozumiewać się myślami… Mimo że Mędrzec wciąż wyczuwał niebezpieczeństwo, ciekawość wzięła nad nim górę. Nikt nie opiekowałby się nim, jeśli miałby go teraz skrzywdzić, a na pewno nie pozwoliłby się tak po prostu obudzić… Musiał to sprawdzić. Tego wymagały nauki zakonu. Wciąż obserwując otoczenie, szybko narzucił na swoje nagie ciało wygodne szaty podróżne, wziął lampę i ruszył tunelem.

„Jak to możliwe?” – zastanawiał się. – „Czy naprawdę da się przekazywać komunikaty bezpośrednio do umysłu? Rada musi się o tym dowiedzieć!”

Obejrzał lampę, idąc powoli pod górę. Składała się z uchwytu i niewielkiej miseczki, nad którą wisiał niebieski płomyczek, dający jaskrawe światło. Wyglądało na to, że nie gasł ani nie był zasilany żadnym materialnym paliwem. Nie dawał też ciepła.

Szybciej.

Mędrzec niepewnie przyspieszył. Tunel za zakrętem zwęził się i wyrównał podłoże. Po kilku minutach człowiek stanął na progu ogromnej jaskini.

I aż zaparło mu dech w piersiach.

Ogromna pieczara, której sufit ginął w mroku, wypełniona była w całości niewiarygodnymi metalowymi urządzeniami. Stopień skomplikowania tych mechanizmów przekraczał wszystko, co Mędrzec widział w całym swoim życiu i zapewne wszystko, co zostało stworzone przez rodzaj ludzki. Ciągły, bezszelestny ruch urządzeń konstruujących niesamowite rzeczy na długich pasach przesuwających się taśmach mógł przyprawić o zawrót głowy. Nie wiedział, na czym skupić wzrok. Zapomniał o głosie w umyśle. Badał z bliska mechanizmy, obserwował ich działanie. Śledził właśnie proces budowy jakiejś obręczy, gdy poczuł czyjąś obecność za plecami. Momentalnie obrócił się, szukając broni. Kilka metrów przed nim stała potężnie zbudowana istota. Miała za dwa i pół metra wysokości, długie, białe i zakręcone rogi, jak u barana, i białą skórę. Z barków zwisał brunatny płaszcz. Jej błękitne błyszczące oczy wpatrywały się w Mędrca z zaciekawieniem.

Uszczelka próżniowa.

Podeszła powoli, mijając człowieka, który odsunął się zgrabnie, gotów do obrony albo ucieczki, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Istota jednak podniosła z taśmy obręcz, którą nazwała „uszczelką próżniową” i przyjrzała jej się.

Doskonałość konieczna.

Obróciła się w stronę Mędrca.

Jestem Xaanther. Imię?

Ten zamrugał, zbity z tropu. Nie miał pojęcia, co się dzieje, ani co ma teraz robić. Nie mógł znaleźć rozsądnych wyjść z sytuacji. To było… nienaturalne uczucie. W umysłach Mędrców wgrany był konkretny sposób działania. Zaobserwować zjawisko, znaleźć rozwiązania, wybrać jedno i postępować według planu. Lecz co, jeśli zjawisko było niemożliwe do opisania? Cały system postępowania był bezużyteczny. Ponownie w krótkim okresie poczuł, jak strach paraliżuje mu członki. Miał z całą pewnością do czynienia z Mieszkańcem Nocy, ale jakim?

Imię? – powtórzył głos, nieco bardziej natarczywie. Musiał pochodzić od istoty, bacznie wpatrującej się w niego nieziemskimi oczami. Mędrzec przełknął ślinę. Nie wiedział, czy ma odpowiedzieć na głos, czy jedynie pomyśleć. Postanowił, że zrobi to tradycyjnie.

– Nazywam się Veral, Mędrzec.

Mędrzec? Specjalizacja?

Xaanther najwidoczniej wiedział co nieco o zakonie. Jednak czemu służyły te pytania?

– Badacz, szermierz – powiedział Veral. O co w tym wszystkim chodzi? Czego chce od niego Mieszkaniec Nocy? Istota chwilę stała i patrzyła mu w oczy. Nagle złapała go za ramię, a on nie był w stanie się uwolnić. Jego ciało odmówiło posłuszeństwa. Bezwolnie stał i czekał na rozwój wydarzeń.

Chodź – Xaanther pociągnął go za sobą. Wyrzucił w bok rękę, do której przyfrunął metalowy kostur, zakończony dziwnym zgrubieniem. Mieszkaniec Nocy zagłębił się w jeden z wielu tuneli odchodzących od ogromnej komory. Na czubku kostura zapłonął biały płomień, oświetlając drogę. Istota puściła ramię Mędrca od razu, gdy weszli w tunel i nie zwracała na niego uwagi.

Człowiek pogrążył się w myślach. Wyglądało na to, że trafił na jedną z tych niezbadanych tajemnic, krążących pośród mroków nocy. Być może Xaanther był w stanie odpowiedzieć na jego pytania. Znał sztuki, o których nawet najwięksi wynalazcy mogli pomarzyć, no i potrafił czarować. Znał mowę myśli i wzywał płomienie. Veral musiał dowiedzieć się, o co chodzi dziwnej istocie, a następnie zadać jej pytania. Pytania, od których mogą zależeć losy całego świata.

Lecz czy Mieszkaniec Nocy na nie odpowie? Może wcale nie jest jednym z tych dobrych? Równie dobrze mógł go teraz prowadzić na rzeź, a on nie był w stanie mu się przeciwstawić.

Takie i inne myśli krążyły mu po głowie, gdy weszli do jaskini skrytej niemal całkowicie w mroku. Mimo ciemności, jej rozmiary były wyczuwalne. Nie dorównywała może tej ogromnej, ale również była wielka. W samym jej środku stał wysoki biały cylinder. Miał w sobie otwór, dzięki któremu można było do niego wejść. Xaanther popchnął Mędrca w stronę konstrukcji.

Idź – rozkazał, a Veral bezwiednie ruszył we wskazane miejsce. Wobec takiej władzy nie miał żadnych szans. Wykonywał więc potulnie polecenia, w nadziei, że uda mu się wypełnić swoją misję.

Stanął przed cylindrem. Z bliska można było poprawnie ocenić jego wysokość. Miał około trzech metrów, licząc rozszerzającą się podstawę i takie samo zakończenie.

Wejdź.

Mędrzec przecisnął się przez otwór i spojrzał na istotę. Ona uderzyła kosturem w ziemię, a otwór się zamknął. W środku było równie biało, jak na zewnątrz. Wszelkie załamania krawędzi były niewidoczne. Równie dobrze mógłby znajdować się na nieskończonym polu bieli i widziałby dokładnie to samo. Nagle coś ciemnego pojawiło się bardzo, bardzo daleko. Mędrzec zmrużył oczy. Ciemny punkt błyskawicznie rozszerzył się i objął całe pole widzenia.

Veral znalazł się w dziwnym metalowym pomieszczeniu. Siedział na wygodnym, obitym nieznanym materiałem, fotelu Obok niego siedział Xaanther, ale wyglądał… inaczej. Bardziej zadbany, z długą, białą brodą i malunkami na rogach. Ubrany był w złocistą tunikę i przepasał się błękitnymi szarfami.

– Witaj – powiedział mocnym, głębokim basem. – Niestety, ludzki umysł nie jest w stanie przyswoić sobie dźwięków mojej mowy, dlatego rozmawiać możemy jedynie tutaj. Na zewnątrz jestem w stanie wysyłać proste komunikaty myślowe. – Westchnął. – Nie obawiaj się. Nie skrzywdzę cię bez powodu. – Veral rozluźnił się trochę. Przez te kilka chwil każdy mięsień jego ciała domagał się jakiejś reakcji na nienaturalne przemieszczenie, lecz głos istoty uspokoił go. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Na ścianach umieszczono niezwykłe, ruchome obrazy, a jednej z nich całkiem brakowało – zastąpiło ją okno, za którym widać było czerń wypełnioną białymi kropkami i wielokolorowymi wstęgami.

– Co to za miejsce? Gdzie my jesteśmy? – zapytał Mędrzec.

– To jest mój okręt, którym przybyłem do waszego świata – odparł Xaanther, wpatrzony w dal, za szkło. – Kilka tysięcy lat temu wraz z moimi rodakami przemierzałem pustki niebios, jednak oni zbuntowali się przeciwko mnie. Byłem ich przywódcą. Liderem. Prowadziłem ich przez millenia, aż w końcu uznali, że władca musi się zmienić. – Pokręcił nieznacznie głową. – Udało mi się uciec, jednak bez jakichkolwiek artefaktów czy urządzeń. Wylądowałem niedaleko stąd. Zaszyłem się w tej jaskini i próbowałem odbudować technologię mojej rasy, aby uciec, z niewielkimi powodzeniami. Dopiero po jakichś dwóch tysiącach lat pewien człowiek zgubił się i wpadł do dziury. Znalazłem go, wyszkoliłem, a on pomógł mi zbudować rzeczy, których nie byłem w stanie sam wykonać. Wasz gatunek jest niezwykle pojętny, choć krótko żyjecie. W przeciwieństwie do nas. Potrzebowaliśmy dziesiątek tysięcy lat, by wznieść się na poziom, który wy osiągnęliście w dwa millenia…

W końcu człowiek umarł, lecz od tego czasu co jakiś czas znajduję ludzi chętnych do pomocy. Niektórych wysyłam na zewnątrz, by roznieśli technologię, którą my wynaleźliśmy. Słyszałeś pewnie o nich, nazwaliście ich „magami”, ha ha… – ponury śmiech na końcu zdania sprawił, że ciarki przeszły po plecach Mędrca. – Wasz Zakon pochodzi od jednego z nich, nieprawdaż? – Milczał przez moment. – Cóż, teraz ty tu trafiłeś. Pokażę ci, co trzeba, a ty pomożesz mi uciec z tego świata i zemścić się na moich dawnych poddanych.

Veral chłonął każde słowo, analizując i interpretując jego znaczenie. Nauki jego Zakonu uwolniły się z całą mocą, wynosząc jego umysł na wyższy poziom. Uczucia i emocje zniknęły bez śladu. Elementy układanki wskakiwały na swoje miejsca, gdy pędził niczym strzała poprzez czas i przestrzeń, dopasowując zdarzenia z legend do nowych faktów, tworząc zupełnie nowy obraz historii. Zakręciło mu się w głowie, gdy wszystko ześrodkowało się w jednej, ostatecznej, kalkulacji.

– Pomogę ci – rzekł, wstając. – Mój świat potrzebuje pomocy. Dlatego zbudujemy nowy okręt, a gdy odlecisz, zostawisz mi swoje wynalazki, bym mógł go naprawić.

Xaanther uniósł brew, a przynajmniej tak to wyglądało.

– Nie spodziewałem się, że wasz zakon tak bardzo rozwinął niektóre umiejętności. Ale niestety, muszę odmówić. Ta technologia wywoła chaos i zniszczenie, a oprócz mnie twój lud nie ma nikogo, kto mógłby zatrzymać destrukcję. Odpowiedź brzmi: pomożesz mi, ale nie dostaniesz żadnego z moich wynalazków. To jest propozycja nie do odrzucenia. Nie spodziewam się nawet, że rozważasz inne wyjście.

Veral poczuł, jak jego serce staje w bezruchu. Umysł wrócił do normalnego stanu i jakby skurczył się, przytłoczony całością. Nie był przygotowany na taki chłód i… obojętność. Zaskoczony, nie wiedział co powiedzieć.

– Ale… – wykrztusił po chwili – ale… dlaczego?

– Powiedziałem. Nie powtórzę tego więcej – rzekł zimno Mieszkaniec Nocy.

W głowie Mędrca odruchowo zaczął formować się nowy plan. Był szalenie ryzykowny, ale musiał się powieść, jeśli człowiek chciał przeżyć, uciec i ocalić świat. Przełknął ślinę.

– Zgadzam się – odparł w końcu, przeciągając słowa.

Xaanther uśmiechnął się.

– Dobrze. Zatem bierzmy się do pracy! – Zanim człowiek zdążył zareagować, istota klasnęła w ogromne łapy, a Veral znalazł się z powrotem w białym cylindrze. Przejście na zewnątrz otworzyło się z cichym sykiem. Mędrzec wrócił powoli do Xaanthera.

Chodź. Plan konstrukcji. Konieczny.

Veral bezwiednie poszedł za nim, całkowicie oddany myślom. Plan w jego głowie nabierał kształtów, krystalizował się coraz jaśniej. Umysł, nauczony wykorzystywania logiki, w oszałamiającym tempie łączył fakty i z każdą sekundą był bliżej rozwiązania. W końcu weszli do jaskini, w której urządzenia nie przerywały pracy nawet na moment, produkując części podniebnego okrętu.

A Mędrzec już wiedział, co zrobić.

 

Pracowali bez wytchnienia. Xaanther pokazał mu, jak wykonywać części, których on nie mógł, ze względu na swoje rozmiary. Wytłumaczył też, że w ojczystym świecie używali do tego specjalnie wyhodowanych istot, które poddawały się ich rozkazom. Były to rzeczy, które wymagały… „wewnętrznej energii”, jak to określił Xaanther, i nie mogły zostać wykonane przez machiny. Energia pochodząca z ciała Mędrca była świeża i idealnie nadawała się do celów produkcyjnych.

Wyglądało na to, że Mieszkaniec Nocy miał wszystko przygotowane i tylko czekał na ludzkiego pomocnika. Wstawali wcześnie rano, według wskazań urządzenia mierzącego czas, i kładli się późnym wieczorem, zmęczeni i obolali. Wiele rzeczy musieli bowiem wykuć sami, ciężkim młotem kowalskim w ognistej kuźni. Zajmował się tym głównie „gospodarz” – młot był zbyt duży dla człowieka, który tylko asystował przy tworzeniu. Niebieskie błyskawice z hukiem strzelały z wykuwanych przedmiotów z każdym uderzeniem. Iskrzące się kawałki metalu Xaanther zabierał i umieszczał w różnych miejscach jako źródła zasilania, jak wyjaśnił. Pozostałe wyrzucał – były bezużyteczne. Każdy swój krok starał się dokładnie tłumaczyć, by Veral nie popełnił błędów. On zaś pochłaniał wiedzę jak gąbka. Istota chętnie pokazywała mu znaczenie przedmiotów seriami obrazów, które umiała wyczarować metalowym kosturem. Z każdym dniem Mędrzec przekonywał się, że ów kostur jest bardzo poręcznym i przydatnym narzędziem. Zyskiwał pewność, że to jest przedmiot, który mu pomoże.

Musiał tylko go ukraść.

Było to oczywiście niewykonalne, dopóki statek nie został ukończony, lecz kadłub zdawał się kompletny, a kwestią dni było pełne wyposażenie okrętu. Zbliżał się czas ucieczki Xaanthera z jego wygnania.

Jednak im bliżej niego, tym w sercu Verala mocniej wzrastały złe przeczucia. Miewał koszmary o potworze, którego ujrzał. Budził się zlany potem, z ustami otwartymi jeszcze od krzyku.

Jego plany zdawały mu się nierealne, a Xaanther dawno je przejrzał i tylko czekał, aby go przyłapać na gorącym uczynku. Mieszkaniec Nocy czyhał wszędzie, w cieniu pod rusztowaniem, za zakrętem, za plecami w ciemnym pokoju… Każde miejsce Mędrzec sprawdzał, jakby bał się, że istota ukarze go za najmniejszą drobnostkę. Mimo iż wiedział, że to paranoja, nie był w stanie utrzymać podwyższonej aktywności mózgu przez tyle czasu, żeby zniwelować nienaturalne uczucie. Dodatkowo spowalniały go myślowe komunikaty Xaanthera, ogłuszające umysł. Nie był w stanie skupić się na czymkolwiek innym niż pracy. Nie był też w stanie odeprzeć ich w żaden sposób. Tkwił zamknięty w klatce własnych myśli i strachu.

Ale termin odlotu Mieszkańca Nocy zbliżał się z każdym dniem, aż Mędrzec zrozumiał, że musi wykonać swój plan.

Za wszelką cenę.

 

 

Odlot dziś.

Verala zamurowało.

– Już? Tak szybko? Czy wszystko jest gotowe?

Nie mogę czekać. Złe przeczucie. Czas goni.

Veral bezwiednie postukał w konsolę pokładową i jeszcze raz sprawdził główne systemy sterowania. Przez kilka ostatnich dni nauczył się nieco osłabiać efekt przekazów Xaanthera, lecz musiał udawać ogłuszonego, by ten nie nabrał żadnych podejrzeń. Istota właśnie poprawiała okablowanie na dolnym pokładzie. Pozostały jeszcze testy silników, systemów podtrzymywania życia i uzbrojenia, ale poza tym okręt był ukończony.

Mędrzec usiadł w fotelu kapitana i spojrzał przez szybę na ściany jaskini. W ciągu tych paru miesięcy nauczył się więcej niż przez całe swoje dotychczasowe życie. Obcy nauczył go wielu spraw dotyczących mechaniki, przyrody i kosmosu, które pozostawały zakryte przed oczami badaczy tego świata. Chcąc nie chcąc, Veral stawał się kimś więcej niż Mędrcem – tym, do czego dążył jego Zakon.

Magiem.

Słowo „mag” znaczyło „widzący wszechświat” i tyczyło się tylko tych, którzy wiedzieli znacznie więcej, niż dane to było reszcie rodzaju ludzkiego. Veral jednak nie odczuwał ogromnej przemiany. Liczył na… coś więcej. Jakiegoś nieziemskiego odczucia, otwarcia „trzeciego oka”, całkowitej zmiany w postrzeganiu świata…

Wyciągnął rękę i przywołał kostur, opierający się o ścianę. Popatrzył na niego przez chwilę.

To prawda, umiał więcej. Wiedział więcej. Jednak to nie oznaczało, że potrafił więcej zrozumieć. W pewnym momencie jego zdolności osiągały granicę i nie był w stanie pojąć więcej faktów czy nawet połączyć je w coś więcej.

Bawił się kosturem, sprawdzając różne jego podsystemy. Znał narzędzie jak własną rękę. Potrafił korzystać z niego z zamkniętymi oczami i nie sprawiało mu to żadnej różnicy. Zapalił lampę, pierwszą funkcję, jaką pokazał mu Xaanther. Wpatrywał się w biały płomyk, podtrzymywany jego wewnętrzną energią.

I nagle go olśniło. Mag to wcale nie jest osoba, która posiadła większą wiedzę czy umiejętności. To osoba, która nauczyła się otwierać. Jeszcze bardziej niż Mędrzec. Odrzucać wszystko to, co krępuje człowieka i zaczynać naukę życia od nowa. Rozumieć, że nic nie rozumie. To właśnie o tym mówił Xaanther, gdy wspominał o pojętności ludzi. Ludzie byli tak niezwykli, bo mieli możliwość zrobić coś takiego.

Gotowe. Odpal podtrzymywanie życia.

Veral podniósł kostur i połączył go z systemami statku, po czym wykonał polecenie. Zerknął na odczyty. Wszystkie w normie. Stabilizatory, pompy powietrza, filtry, odzyskiwacze wody…

– W pełni sprawne – powiedział Mędrzec przez głośnik okrętu, po czym znów oparł się wygodnie.

Tylko tak mógł zostać magiem. Jeśli odrzuci wszystko, czym kiedyś był, i wykuje nowego siebie w ogniu zmian. Takich jak na przykład uwięzienie przez kosmitę…

Zakręcił kosturem w powietrzu.

Lecz czy to dobra ścieżka? Może byli inni, którzy lepiej się do tego nadawali, a on miał być jedynie posłańcem? Może wcale nie było mu przeznaczone uratować świat, tylko pomóc komuś innemu to uczynić? Wstał z fotela i podszedł do jednego z ekranów. Widniał na nim Xaanther, sprawdzający różne systemy na dolnym pokładzie. Właśnie przyspawał ostatni fragment ściany i podźwignął się na nogi.

Sprawdzić uzbrojenie.

Veral odwrócił się i ponownie użył kostura, by przygotować całą bron, w jaką wyposażony był statek. Przeleciał wzrokiem po liście. Lasery – w normie, rakiety – sprawne, działa kinetyczne – gotowe do strzału, bomby – załadowane. Tarcze – pełna moc.

Mędrzec zerknął na zegar. Dzień chylił się ku końcowi, jeśli Xaanther chciał odlecieć jeszcze przed zachodem, musiał się pospieszyć.

– Wszystkie systemy bojowe sprawne. Noc się zbliża, musimy się pospieszyć – powiedział do głośnika.

Potwierdzam. Rozpocząć sekwencję ładowania.

Veral uderzył kosturem w podłogę, a maszyny na zewnątrz okrętu rozpoczęły załadunek całego sprzętu w bazie.

Człowiek poczuł, że jego wewnętrzna energia jest już w większości wyczerpana. Natychmiast też zirytował się swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem. Powinien mieć w zapasie całą moc, jaką tylko może mieć, a on zmarnował jej większość na zabawy w kapitana statku. Zwalił się z powrotem na fotel i odłożył kostur. Za chwilę Xaanther rozkaże odpalić silniki, a gdy skończy się załadunek, wystartuje i odleci, zostawiając tu Mędrca samego i bezbronnego.

A on nie może do tego dopuścić. Musi mu ukraść to jedno, jedyne narzędzie. Ono w zupełności wystarczy.

Czy będzie mu dane go użyć, czy nie, to nie ma znaczenia. Taka była prawda. Liczyło się tylko to, że będzie należało do ludzkości. Powiadają, że wąska jest ścieżka Mędrca, ale to fałsz. I Veral nareszcie to zrozumiał. Ścieżka nigdy nie jest wąska. Jest zawsze taka sama. I tylko od niego zależy, co będzie na niej widział.

To była ostateczna wiedza, jaką musiał posiąść w tym akcie życia.

Ładowanie zakończone – poinformował go głos kostura.

Silniki sprawdzone. Test.

Mędrzec podszedł do konsoli i uruchomił napęd. Lecz natychmiast zorientował się, że coś jest nie tak. Odczyty zaczęły wariować.

– Xaanther! Nastąpiła jakaś awaria! – krzyknął przez głośnik. Po chwili kontynuował, całkowicie skupiony – Nie rozumiem nic z tego, co tu jest napisane… Xaanther? Xaanther!?

Wyjrzał przez szybę.

Na zewnątrz szalała burza mocy. Błękitne błyskawice przeskakiwały między metalowym poszyciem okrętu a ścianami jaskini. Kamienie, leżące dotąd na dnie, fruwały w przestrzeni, rozbijając się o pancerny kadłub i większe skały. A pośrodku tego…

Na jednej ze ścian widniało coś, czego umysł człowieka nie był w stanie ogarnąć. Ogromna, dziesięciometrowa szczelina błękitnej energii, z której wylatywały… potwory.

Wyrwa czasoprzestrzenna!

Veral zatoczył się pod wpływem mocy komunikatu. Jego oszołomiony umysł nie był w stanie zebrać myśli ani przeciwstawić się potędze mentalnego krzyku. Wiedział jedno – plan kradzieży stał się nieaktualny. Musiał zostać szybko dostosowany do nowych okoliczności.

Z tym że Mędrzec nie rozumiał nowych okoliczności. Zapanował chaos. Nowe istoty uderzały w kadłub, a automatyczna obrona okrętu odpowiedziała ogniem. Lasery śmigały po jaskini, przecinając formacje skalne i ciała bestii. W końcu Veral dał radę trochę się otrząsnąć i zobaczył Xaanthera.

Stał przed samą wyrwą, w ręku trzymając ogromny miecz, z którego strzelały granatowe błyskawice mocy, porażające nieprzyjaznych przybyszów.

To niemożliwe. Kraalki mieszkają na Kranii. Planeta sąsiednia do mojej.

Nastąpiła chwila przerwy, jakby Xaanthera zmęczyły tak długie wiadomości.

Tunel musi być skrótem. Odpal silniki. Lecę przez szczelinę.

Mędrzec poczuł, jakby czas stanął. Przygotował bezwiednie silniki. Jego umysł, na nowo rozbudzony, złożył nowy plan działania. Już wiedział, co robić. Pchnął dźwignię przepustnicy, ale okręt ani drgnął.

Zagryzł wargę. W stanie podwyższonej świadomości był niemal niewrażliwy na emocje, ale poczuł niepokój. Jeśli teraz nie wystartuje, wszystko będzie skończone. Wyjrzał znowu przez szybę. Ujrzał kosmitę unoszącego się w sercu burzy, toczącego bitwę z nowo – przybyłymi. Ciął i siekał swoją długą bronią, rozsyłał błyskawice, a bestie usilnie starały się przebić jego obronę i zabić go.

Mędrzec przywołał kostur i zjechał windą na dolny pokład. Sam musi naprawić uszkodzenie, zanim Xaanther przegra. Po chwili biegu stanął w korytarzu, w którym znajdował się ręczny terminal. Uruchomił go i spojrzał na odczyty. Nadal nic nie rozumiał. Ciąg dziwnych znaków i błędów, wyświetlany wciąż od nowa.

Odetchnął głęboko, czując, jak zaczyna go dopadać panika.

– To nie może być trudne – wymamrotał. Przypomniał sobie słowa Xaanthera o napędzie. Silniki hiperciągu pozwalają na przyspieszenie wykraczające poza pojmowanie. Używają do tego zakrzywiania czasoprzestrzeni w formie bąbla wokół statku. Jednak tym razem zakrzywienie pojawiło się na zewnątrz.

Dlaczego?

– Bo napęd został odwrotnie skalibrowany – powiedział nagle na głos, rozumiejąc prawdę.

Szybko zostawił notatkę Xaantherowi. To mógł być nowy sposób na poruszanie się, całkowicie odmieniający spojrzenie na ich technologię…

Teraz wystarczyło przekalibrować silniki. Ale to oznaczało zamknięcie wyrwy. Dało się to jednak zrobić z zewnątrz, kosturem. Musiał tylko…

Nie mam siły. Szybciej.

Ten krótki komunikat zmroził mu krew w żyłach. Bez wahania podłączył kostur do systemów statku i przygotował procedurę startu. Pobiegł do ładowni, skąd, jak miał nadzieję, da radę wyskoczyć.

Gdy tam dotarł, Xaanther walczył w niej ze stadkiem potworów. Mędrzec przemknął obok nich jak wiatr.

Kostur!

Rozkaz miał ogromną moc. Veral zachwiał się. Miał ochotę rzucić obcemu narzędzie i uciec bez niego. Ale całą siłą woli rozkazał sobie biec dalej. Nie zważać na cichy głos mówiący: „Poddaj się, przecież to dobra decyzja…”. Nie. Był ponad to.

KOSTUR.

„Nie.” – pomyślał Mędrzec. – „Nie poddam się, nie teraz!” Dotarł do wylotu ładowni i wyskoczył przez niego, osłaniając się polem ochronnym urządzenia, po czym przekalibrował napęd.

– Żegnaj! – ryknął w powietrzu zanim uderzył w ziemię. Mimo pola, upadek wypchnął mu tlen z płuc i ogłuszył go na chwilę.

Tymczasem okręt przyspieszył i przeleciał przez dziurę, która zamknęła się zaraz za nim, pozostawiając Mędrca samego w jaskini.

Veral w końcu podniósł się ciężko i otrzepał szaty. Spojrzał na ścianę, na której jeszcze moment temu ziała dziura do innego czasu i innej przestrzeni. Poczuł ulgę. Odetchnął głęboko. Udało mu się. Na wszystkich Ojców ziemi i niebios, udało mu się! Zaśmiał się, szczerze i głęboko pierwszy raz od dawna. Zakręcił lekko kosturem i popatrzył na niego, po czym znów przeniósł wzrok na ścianę jaskini, tam, gdzie zniknął Xaanther.

– Wracaj do domu, przyjacielu – powiedział cicho.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie sponsoruje trzykropek.

 

Ponieważ przymierzam się do zgłoszenia się na dyżurnego, sprawdzam, czy dam radę, i staram się czytać wszystkie nowości, więc przeczytałam. I właściwie tyle. Bardzo mało się z tego tekstu dowiadujemy o świecie, w jakim to się dzieje, mało tak naprawdę o bohaterach, a akcja – hmm, jest tu jakaś akcja? No niby jest, ale nie bardzo chwytam, do czego prowadzi. Za dużo narratorskiej deklaracji, za mało możliwości poznania bohatera czy świata, o problemach ich nękających to już w ogóle nie mówiąc. Nagle jakiś zakon, nagle jakiś

 

“Nie odetchnął nawet z ulgi, którą poczuł.” Odetchnąć można z ulgą, nie z ulgi, a zdanie podrzędne jakoś tak koślawo brzmi.

 

“Silniki hiperciągu pozwalają na przyspieszenie wykraczające poza pojmowanie.”

Nie kupuję takiej próby wyślizgnięcia się z problemu technologii w tym świecie. Poza tym nie bardzo ogarniam, jak przyspieszenie należy pojmować.

 

nowo – przybyłymi → nowo przybyłymi

 

Stylistycznych potknięć jest więcej, ale ponieważ nie jestem jeszcze dyżurnym, daruję sobie wypisywanie wszystkich

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Lubię “trzykropki”, czy, jak osobiście wolę, “wielokropki”. Są… intrygujące, chociaż to prawda, czasem używam ich zbyt wiele…

Zawsze zastanawiam się, czy podejmować polemikę. Bo z jednej strony zawsze mogę się wybronić zręcznymi twierdzeniami, zaś z drugiej nie wiem, czy to ma jakikolwiek sens. Czy jeśli prosimy o krytykę, a potem się przed nią bronimy, jesteśmy hipokrytami?

Wracając.

Nie lubię wchodzić w zawiłości świata bo mam tendencje do beztroskiego tworzenia i zapominam o tym, do czego muszę doprowadzić, dlatego w mniejszych opowiadaniach staram się ograniczyć obecność szerszej perspektywy do minimum. Wydawało mi się, że tyle wystarczyło – jest zakon, jest człowiek, jest zagrożenie – jakie? Czy to jest naprawdę ważne? Możemy gdybać, możemy pytać, ale to prowadzi do strasznie rozległych dywagacji na które nie mam i nie chcę mieć miejsca – na to przyjdzie czas.

“Nagle jakiś” – zawsze myślałem, może błędnie, że w krótkim opowiadaniu nie muszę wyjaśniać całej historii organizacji, ludzi, postaci i świata, bo to burzy pewną spójność i wprowadza chaos, gdy człowiek zamiast skupić się na przedstawionych wydarzeniach musi połączyć wszystkie fakty w trakcie czytania. Tak przynajmniej mi się wydawało.

Co do stylistyki nie będę nawet podnosił rąk – bez bicia przyznaję, że strasznie dużo przede mną nauki, więc wciąż ćwiczę.

 

Przecież wszystkie słowa są zmyślone.

zawsze myślałem, może błędnie, że w krótkim opowiadaniu nie muszę wyjaśniać całej historii organizacji, ludzi, postaci i świata

 

Nie, nie całej, bogowie brońcie, ale na to, żeby czytelnik zainteresował się bohaterem, o którym właściwie nic nie wie, to trzeba kolosalnego kunsztu pisarskiego. Cała sztuka polega na tym, żeby zarysować jakoś historię bohatera, nie wchodząc w niepotrzebne szczegóły. A tu właściwie jest mnóstwo elementów świata, które jednakowoż bardzo średnio składają się w czytelną całość. Magia i technologia – może być, ale to jest ryzykowne połączenie, bo właściwie po co jedno, jak jest drugie? Przynajmniej tę koegzystencję mógłbyś wyjaśnić: po co, na co i dlaczego. Sama akcja to troszkę za mało, zwłaszcza że jest jej tu jak na lekarstwo i oryginalnością nie grzeszy.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nigdy nie wyobrażałem sobie magii bez technologii. Czy raczej – technologii bez magii. Zresztą umieściłem w tym opowiadaniu jedynie pewne nawiązanie do magii, w porównaniu do tego w czym zwykle się lubuję.

Bo czy każda cywilizacja nie dąży do rozwoju? My nie otrzymaliśmy szansy korzystania z magii, ale czy porzucilibyśmy technikę gdybyśmy ją dostali? A czy gdybyśmy mieli magię, nigdy nie zajęlibyśmy się technologią? Niby dlaczego?

Magia przecież nie jest wszechmocna, a technologia doskonale ją uzupełnia.

Tak, nie wyobrażam jednego bez drugiego, przynajmniej nie w moich światach.

Czy wyjaśniłem wystarczająco?

Cóż, nie do końca rozumiem stwierdzenia “bardzo średnio składają się w czytelną całość”. To składają się czy nie? I co można przeczytać z tej całości? Nie jestem ironiczny, tylko ciekawi mnie jak czytelnik odbiera te nikłe strzępki świata, który wymyśliłem na poczekaniu.

 

 

Przecież wszystkie słowa są zmyślone.

Ech. Napisałam, że nie mam nic przeciwko magii i technologii w jednym opowiadaniu, ale dobrze jest, jeśli czytelnik dowiaduje się, dlaczego koegzystują w przedstawionym świecie, ponieważ na logikę te dwa porządki powinny się wykluczać: jeśli jesteśmy w stanie coś osiągać magią, to po co rozwijać technikę, a jeśli mamy rozwiniętą technikę, to magia nie jest potrzebna. Oczywiście nie mówimy o Star Warsach, bo to odrębny gatunek. I może twój świat jest taki “starwarsowy” w swoich założeniach, ale pokaż to. Daj temu światu jakąś historię, jakąś motywację, choćby zaznaczoną w paru słowach.

A przede wszystkim: to, co wyłożyłeś powyżej, w komentarzu, powinno być czytelne w opowiadaniu, bo jeśli byś je gdzieś opublikował na papierze, to nie będziesz miał możliwości tłumaczyć upierdliwemu czytelnikowi, co autor miał na myśli. I w moim przekonaniu temu właśnie m.in. służy to forum – pokazywaniu autorom, czego czytelnicy nie dostrzegają, nie wyczytują w ich tekstach. Bo jako autorzy wszyscy mamy jakąś założoną wizję odbioru i wydaje nam się, że czytelnik to odbierze tak, jak my to widzimy. Ale nie, czytelnik czasem nas zaskakuje tym, czego nie dostrzega i warto się nad tym zastanawiać.

 

czy każda cywilizacja nie dąży do rozwoju

Nie każda, a już na pewno dla wielu nie jest to priorytet. Teokracje na przykład mają zazwyczaj tendencje antyrozwojowe, przynajmniej przez jakiś czas, dopóki to możliwe, bo zazwyczaj się w końcu załamuje. Żeby wziąć przykład neutralny światopoglądowo, weź starożytny Egipt. Tak, miał mądrość i wiedzę, ale jak już pewien jej poziom osiągnął, to rozwój był przez prawie dwa tysiące lat bardzo powolny, bo państwo zastygło w formułach i formach, które w tej społeczności nieźle się sprawdzały. Nawet jak Egipt podbili najpierw Grecy, a potem Rzymianie, to w sporej mierze dostosowywali się do tego, co tam zastali. A naukę uprawiali praktycznie sztuka dla sztuki. Skądinąd nieteokratyczny sensu stricto Rzym cesarski też był mało rozwojowy, oparł się na zacofanej formie gospodarki, wynalazków technicznych sobie szczególnie nie cenił, a szkoda, bo aleksandryjskie pomysły, gdyby ktoś dla nich znalazł zastosowanie, mogły zmienić oblicze świata.

 

czy porzucilibyśmy technikę gdybyśmy ją [magię] dostali

Gdybym zamiast używać pilota do zmiany kanałów w tv mogła to robić siłą woli, to po co mi pilot? To taki drobny przykład pierwszy z brzegu. Poza tym nie twierdzę, że to się absolutnie wyklucza, chodzi właśnie o ograniczenia jednego i drugiego, zdefiniowane w danym świecie fikcyjnym

 

@średnie składanie się w całość – no nie są całkowicie niekompatybilne, ale ten konkretny czytelnik nie wie, po co właściwie cała akcja. Umyka mu to niczym liście na wietrze. Dowiaduje się, że istot nocy należy się bać, bo są strasznie straszne. Następnie widzi jak bohater takową spotyka i w zasadzie nic mu się nie dzieje, wręcz przeciwnie, uzyskuje jakąś tam pomoc i nawet się temu wszystkiemu szczególnie nie dziwi, że takie odmienne od wyobrażeń, potem jest kawałek naparzanki, potem bohaterowi wszystko się udaje. Koniec. Motyw przyjaźni z obcym, zrozumienia – znany, zgrany, ale nadal można z niego coś ciekawego wycisnąć. Tylko że to nie może tak łatwo przyjść, vide cykl o Enderze, czy Enemy Mine.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Tak, temu służy to forum i dokładnie o tym teraz piszemy, czyż nie?

Owszem, zastanowię się nad tym. Już kiedyś mi to wypominano (ten brak wytłumaczenia w samym opowiadaniu) i wprowadziłem poprawki, ale jak widać niewystarczająco. Jest nad czym pracować.

 

Tak się tylko wydaje. Bo ludzkość ogólnie dąży do rozwoju, jakkolwiek pojmowanego. Nie powiedziałem, że każdej się to udaje. Egipt, Grecja, Rzym, to cywilizacje, które podbiły swój świat. To powstrzymało je przed rozwojem. Po co się rozwijać, gdy nie ma do tego miejsca? Jednak co, gdy miejscem jest kosmos? Tam można rozwijać się wiecznie…

 

Gdybym zamiast używać pilota do zmiany kanałów w tv mogła to robić siłą woli, to po co mi pilot?

Jakiego telewizora? Coś mi się wydaje że go nie wyczarujemy tak po prostu… cheeky

 

Dowiaduje się, że istot nocy należy się bać, bo są strasznie straszne

Nie nie, tam jest wspomniane, że niektóre spotkania zaowocowały wiedzą tajemną i do tego dąży bohater. Wydaje mi się, że w tym jednym wyraziłem się jasno. 

 

Motyw przyjaźni z obcym, zrozumienia

Hmm, naprawdę coś takiego da się wyczytać z tej opowieści? Bogowie, jest gorzej niż myślałem… To wszystko kompletnie nie tak *zgroza*. Naprawdę? Jestem szczerze zrozpaczony.

Przecież wszystkie słowa są zmyślone.

Wybacz, ale nie będę dalej dyskutowała długimi tekstami o opowiadaniu, które nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia, bo nie widzę sensu. Możesz do upadłego bronić swojej wizji, twoje prawo, twoje opowiadanie.

Telewizor był skrótem myślowym przy założeniu, że nagle do technologii otrzymujemy magię, czyli np. nagle okazuje się, że mogę zmieniać te kanały siłą woli.

 

Egiptu, Grecji i Rzymu nie powstrzymały przed rozwojem podboje, bo np. Egipt nie był nastawiony na podboje. Grecja też nie – do Aleksandra Wielkiego, który wywodził się z nieco odmiennej kultury, jakkolwiek mocno zhellenizowanej od stuleci. Wcześniej Grecy (nie ma czegoś takiego jak Grecja jako twór polityczny w starożytności, ale zostawmy to) opierali się głównie na kolonizacji, nie podboju, a wojny prowadzili głównie na własnym terenie, między własnymi poleis. Rzym, owszem, podboje, ale istotniejsza była ekstensywna gospodarka, na którą się nastawili jeszcze przed erą największych podbojów, a potem nie zrezygnowali. Grecy zresztą akurat z tych trzech nacji byli najbardziej “postępowi”, tylko że rzadko umieli znajdować zastosowanie praktyczne dla wynalazków technicznych, bo nie widzieli takiej potrzeby.

 

Motyw przy­jaź­ni z obcym, zro­zu­mie­nia

Hmm, na­praw­dę coś ta­kie­go da się wy­czy­tać z tej opo­wie­ści

To po co, na bogów, ostatnie zdanie opowiadania? Dając coś w mocnym miejscu (początek, koniec, dramatyczna sytuacja) zwracasz na to uwagę czytelnika.

 

Nie twierdzę, że to opowiadanie zrozumiałam. Ale jeśli tak bardzo rozminęłam się z intencjami autora, to może jednak coś nie zostało odpowiednio wyartykułowane? Styl jest dość ciężki, co też nie ułatwia lektury.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Rozumiem, dziękuję i w takim razie żegnam na razie.

Poczekam na następnych, bo chciałbym usłyszeć krytykę z różnych stron.

Dziękuję naprawdę i przemyślę wszystkie wyszczególnione elementy.

Miłego wieczoru :)

Przecież wszystkie słowa są zmyślone.

“Nieskazitelne mury i wieże…” – to znaczy, że takie czyste były?

“wyciągając miecz szybciej, niż jest w stanie zarejestrować oko”. – Rozśmieszyła mnie ta scena, bo tak się dzieje tylko w filmach. Polega to na prostym triku, że kamera ucieka i znów wraca. W rzeczywistości nie ma { i chyba nigdy nie było} takiego mistrza, który by tak potrafił.

“wstrzymał konia, aż ten zarył kopytami w ziemię”. – Tu znów wątpliwa sprawa, raczej rodem z kreskówek tym razem. Nie znam się na koniach wprawdzie, ale nie sądzę, by koń w biegu mógł się tak zatrzymać.

Opowiadanie niczym mnie nie zaskoczyło, jeśli chodzi o fabułę. Pomysł – klisza, przerabiana w stu tysiącach wariantach

Nie lubię wchodzić w zawiłości świata bo mam tendencje do beztroskiego tworzenia i zapominam o tym, do czego muszę doprowadzić…

A szkoda, bo ja lubię wiedzieć i rozumieć o czym czytam, a odnoszę wrażenie, że Twojemu opowiadaniu brakło większego sensu. Pozbawiłeś je rąk i nóg. Nie przyjmuję do wiadomości, że nie wiadomo gdzie i kiedy żyjący Mędrzec, za broń mający miecz, w kilka miesięcy jest zdolny posiąść wiedzę o budowie i produkcji statków kosmicznych, nawet jeśli będę starała się pamiętać, że to pełna magii opowieść fantasy. Bo science fiction to ja w Wygnańcu Nocy, niestety, nie dostrzegłam.

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

 

Białe Mia­sto było takie pięk­ne w pro­mie­niach za­cho­dzą­ce­go słoń­ca… –> Czy piękno Miasta zatkało narratora tak bardzo, że urwał zdanie?

„Po­wia­da­ją, że ci, któ­rzy wy­ru­sza­ją w drogę o za­cho­dzie, ścią­ga­ją na sie­bie wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwa… ale i wiel­kie ob­ja­wie­nia” –> Co w tym zdaniu robi wielokropek?

Że­gnaj, bra­cie…” –> Wszystko zostało powiedziane. Dlaczego zdanie kończy wielokropek, a nie kropka?

Lubię “trzykropki”, czy, jak osobiście wolę, “wielokropki”. Są… intrygujące, chociaż to prawda, czasem używam ich zbyt wiele…

Adanadharze, znaków interpunkcyjnych/ przestankowych, w tym wielokropka, nie używa się dlatego, że się je lubi, a po to, aby zapewnić tekstowi czytelność i jednoznaczność, powinieneś  powściągnąć własne upodobania i stosować taką interpunkcję, aby zapewniła ona najlepszy odbiór Twojego opowiadania.

Nie będę się odnosić do kolejnych zdań wielokropkami, ale mam nadzieję, że zrewidujesz swój pogląd na tę sprawę.

 

Gdy wje­chał do pusz­czy, ostat­nie świa­tło skry­ło się za ho­ry­zon­tem. Koń za­czął ostroż­niej stą­pać, mimo że ścież­ka przed nim była sze­ro­ka i bez­piecz­na. […] Choć ścież­ka była czę­sto wy­ko­rzy­sty­wa­na, po obu jej stro­nach wid­niał nie­prze­by­ty mur z krze­wów i nie­wiel­kich drzew. Lu­dzie nie mieli dość od­wa­gi, by wkro­czyć w głąb lasu. Nawet w środ­ku dnia pusz­cza nie przyj­mo­wa­ła in­tru­zów do swo­je­go praw­dzi­we­go wnę­trza. Po­zwa­la­ła je­dy­nie prze­my­kać tym, któ­rzy wy­ka­za­li się po­ko­rą wobec jej po­tę­gi. –> Kto wydeptał szeroką i bezpieczną ścieżkę, skoro puszcza pozwalała przemykać tylko wybranym, zapewne nielicznym?

Jest spora nieścisłość w tym, że ścieżka była często wykorzystywana, choć ludzie bali się wkraczać do lasu, a wybrani ledwie przemykali.

 

Prze­cze­sał spoj­rze­niem oko­li­cę. –> W jaki sposób, skoro wcześniej napisałeś: Bły­ska­wicz­nie się ro­zej­rzał, ale zo­ba­czył tylko leśną gę­stwi­nę. Fio­le­to­wa po­świa­ta wcale nie uła­twia­ła mu do­kład­nych oglę­dzin.

 

ko­na­ry ude­rza­ły o sie­bie i ła­ma­ły się z ci­chy­mi trza­ska­mi. –> Konary to grube gałęzie. Kiedy się łamią, ich trzask jest naprawdę donośny.

 

Za­pa­mię­taj drogę do ścież­ki.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

Ścieżka to też droga. Na czym polega zapamiętanie drogi do drogi?

 

Spoj­rza­ło w oczy Mę­dr­cu. –> Spoj­rza­ło w oczy Mę­dr­cowi.

 

Była w nich tylko… –> Literówka.

 

Mę­drzec z za­sko­cze­nia wstrzy­mał od­dech. –> Kogo Mędrzec chciał zaskoczyć wstrzymaniem oddechu?

Proponuję: Mę­drzec, za­sko­czony, wstrzy­mał od­dech.

 

Ubierz się. Chodź tu­ne­lem. –> Raczej: Ubierz się. Idź tu­ne­lem.

 

szyb­ko na­rzu­cił na swoje nagie ciało wy­god­ne szaty po­dróż­ne… –> Zbędny zaimek. Czy mógł narzucić szaty na cudze ciało?

 

Tunel za za­krę­tem zwę­ził się i wy­rów­nał pod­ło­że. –> Nie wydaje mi się, aby tunel mógł wyrównać podłoże.

Proponuję: Tunel za za­krę­tem zwę­ził się, podłoże stało się równiejsze

 

Ogrom­na pie­cza­ra, któ­rej sufit ginął w mroku… –> Pieczary nie mają sufitów.

Proponuję: Ogrom­na pie­cza­ra, któ­rej strop ginął w mroku

 

nie­sa­mo­wi­te rze­czy na dłu­gich pa­sach prze­su­wa­ją­cych się ta­śmach… –> …nie­sa­mo­wi­te rze­czy na dłu­gich pa­sach prze­su­wa­ją­cych się ta­śm

 

Miała za dwa i pół metra wy­so­ko­ści… –> Literówka.

 

Nie mógł zna­leźć roz­sąd­nych wyjść z sy­tu­acji. –> Nie mógł zna­leźć roz­sąd­nego wyjścia z sy­tu­acji.

Wystarczyło znaleźć jedno.

 

nie­na­tu­ral­ne prze­miesz­cze­nie, lecz głos isto­ty uspo­ko­ił go. Ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

ana­li­zu­jąc i in­ter­pre­tu­jąc jego zna­cze­nie. Nauki jego Za­ko­nu uwol­ni­ły się z całą mocą, wy­no­sząc jego umysł na wyż­szy po­ziom. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Nie był w sta­nie sku­pić się na czym­kol­wiek innym niż pracy. –> Nie był w sta­nie sku­pić się na czym­kol­wiek innym niż praca.

 

Li­czył na coś wię­cej. Ja­kie­goś nie­ziem­skie­go od­czu­cia, otwar­cia „trze­cie­go oka”, cał­ko­wi­tej zmia­ny w po­strze­ga­niu świa­ta… –> Li­czył na coś wię­cej. Na ja­kie­ś nie­ziem­skie­ od­czu­cia, otwar­cie „trze­cie­go oka”, cał­ko­wi­tą zmia­nę w po­strze­ga­niu świa­ta

 

nie był w sta­nie pojąć wię­cej fak­tów czy nawet po­łą­czyć je w coś wię­cej. –> …nie był w sta­nie pojąć wię­cej fak­tów czy nawet po­łą­czyć ich w coś wię­cej.

 

by przy­go­to­wać całą bron, w jaką wy­po­sa­żo­ny był sta­tek. –> Literówka.

 

Po­wi­nien mieć w za­pa­sie całą moc, jaką tylko może mieć… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

„Nie.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobra, przeczytałem. Jest tu pomysł, fabuła nie powala, ale podstawy są nawet ciekawe. Przede wszystkim brak mi czegoś w światotworzeniu. Ciężko mi ustalić czego – czuję, że tu jest sporo naszkicowanych elementów, ale żaden nie ma w sobie nic na tyle charakterystycznego, by zapadł na dłużej w pamięć.

Dalej mam problem z bohaterami. Mędrzec po prostu jest. Brak mi jakiegoś charakterystycznego motywu, jakiegoś zachowania (nie wiem, picie herbaty, wieczne cmokanie). Do tego nieprawdopodobne jest dla mnie, że tak szybko opanował potrzebne umiejętności do operowania zaawansowanymi narzędziami.

Obcy także się nie wyróżnia na tle innych. Standardowy przybysz, co chce “go home”, co szkoli lokalnego, ale odmawia mu zaawansowanej technologii, bo boi się, że ta przyczyni się do zniszczenia świata.

Jeśli więc miałbym wszystko podsumować jednym słowem, byłoby ono “średniak”. Nie znalazłem nic, co pomogłoby wyróżnić świat i fabułę na tle innych. Tego jednego motywu, który zapadłby w pamięć.

Do tego wykonanie nie zachęca. Sporo powtórzeń i literówek.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tekst nie wciągnął.

Piszesz, że nie chcesz dawać wielu szczegółów. Nie wydaje mi się, że to dobre podejście. Natura nie znosi próżni, więc czytelnik wypełnia sobie puste miejsca stereotypami. Straszny las pełen potworów, nieagresywny kosmita, supertechnologia – dużo mrugających światełek, tajemnicze zasilanie…

Nie chcesz zdradzić więcej historii uniwersum, to nie zdradzisz, ale bez tego trudno się przejąć. Bohater chce ocalić świat. Piękna sprawa, ale może ten jego zakon opiera się na niewolnictwie, niewolnicy zaczęli się buntować i na tym polega problem protagonisty? W takim wypadku kibicowałabym niewolnikom. Dopóki nie wiem, o co chodzi, będę oglądać absolutnie bez emocji, jak mecz o obcych regułach, przy którym nie odróżniam cheerleaderek od zawodników.

Wykonanie całkiem niezłe (acz bez fajerwerków), ale zostały jeszcze jakieś drobiazgi od czasu do czasu.

Ciągły, bezszelestny ruch urządzeń konstruujących niesamowite rzeczy na długich pasach przesuwających się taśmach mógł przyprawić o zawrót głowy. Nie wiedział, na czym skupić wzrok.

Co jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego ruch?

Babska logika rządzi!

Cudowna ta uwaga o tym, że jak nie ma szczegółów świata, to nie zna się motywacji bohaterów i nie wie się, czy im kibicować. Można skądinąd na tym fantastyczne teksty budować.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mnie się podobało :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka