- Opowiadanie: Sam Peckinpah - Drwina

Drwina

Tono Jeż. Sprawdzam potencjał tego bohatera :)

Oceny

Drwina

Drwina

 

U Pio byłem około pół do dziesiątej wieczorem. W jego dziupli, co było rzeczą niezwykłą, panował niesamowity rozgardiasz. Wokół pełno było rozmaitych tobołków i skrzyń, kilku tragarzy krzątało się i wynosiło chaotycznie popakowane rzeczy wprost do wozu, stojącego na zewnątrz. Wchodząc od razu zauważyłem krwawy trójkąt wymalowany na drzwiach wejściowych, widoczna gołym okiem przyczyna na szybko zorganizowanej wyprowadzki.

Pio, pomimo całej bieganiny, przywitał mnie jak zwykle serdecznie.

– Oto i Tono Jeż, mój ulubiony dostawca, a zarazem klient. Wchodź, śmiało.

– Jeśli jestem nie w porę, mogę przyjść później. – zawahałem się.

– Wręcz przeciwnie. Wezwałem cię teraz, gdyż lepszej pory nie będzie. Bo mnie tu nie będzie. Chodź, zapraszam cię na zaplecze, mam coś, co może cię zainteresować.

Pio zdążył jeszcze rozdać tragarzom dyspozycje. Zadziwiające, że w tym małym, zezwierzęconym ciele (Pio, jak większość przedstawicieli rasy Rat’lee, nie był wyższy od przeciętnego dziesięciolatka, w dodatku miał całkowicie kudłatą, pociągłą twarz, przypominającą do złudzenia szczura) było tyle energii i mocy, z jaką wpływał na innych. Tragarze posłusznie przyspieszyli ruchy, a my weszliśmy do małego pokoiku, przylegającego do głównego pomieszczenia jego sutereny. Pokoik okazał się  prywatną kancelarią. W środku było ciasno, duszno i śmierdziało jak w psiej budzie.

– Usiądź tutaj. – Pio wskazał mi fotel.

– Nigdy tu nie byłem.

– Nigdy tu nikogo nie zapraszam. Ale sytuacja jest wyjątkowa. Tylko tu możemy w spokoju porozmawiać.

Usiadłem w fotelu. Wyglądał na wygodny, ale w rzeczywistości był twardy jak kamień, a siedzenie wpijało mi się w tyłek.

– Przepraszam, za pośpiech i bałagan, ale sytuacja jest wyjątkowa. Z bólem stwierdzam, ale dalsze przebywanie w tym mieście, co ja mówię, w tym królestwie, stało się niemożliwe. I pomyśleć, że całe życie spędziłem wśród szumowin i ludzi spod ciemnej gwiazdy, bez urazy Tono, i nigdy nie lękałem się o własne zdrowie. A teraz, wielkie nieba, boję się spojrzeć w twarz prostaczkom, których mijam na ulicy.

Nie czułem się urażony. Wiedziałem, że sytuacja nieludzi pogarsza się z każdym dniem.

– Piekarz nie chce mi sprzedawać bułek, jakaś gruba baba zwyzywała mnie od potworów, smarkacze obrzucili kamieniami. Nie chcę czekać aż jakiś porządny mieszczanin wbije mi sztylet w plecy, odetnie głowę, i będzie biegał po ulicach, jak z jakimś zdobycznym sztandarem, by na koniec wypchać mnie trocinami i postawić w centralnym miejscu, w swoim małym, zapchlonym domku na przedmieściach. Nie będę niczyim trofeum.

– Rewolucja zazwyczaj realizowana jest rękoma zwykłych ludzi. Widziałem trójkąt na drzwiach.

–  Przeklęte trójkąty. Zawsze wydawały mi się jakieś podejrzane. Przecież jest tyle ciekawszych figur, nie sądzisz przyjacielu?

– Dobrze wiesz, że geometria nie ma tu nic do rzeczy. Jest tylko narzędziem. Dla Pierwszych Ludzi trójkąt był znakiem równowagi. Jeden wierzchołek dla bogów, jeden dla ludzi, jeden dla przyrody, bez urazy Pio. Ale wtedy nie było jeszcze ojczyzn, królestw, całej tej polityki.

– Lepiej być zaliczanym do fauny niż do wrogów ojczyzny. Mnie by to nie przeszkadzało. – zauważył kwaśno lecz przytomnie Pio. Po czym zmienił temat.

– Na szczęście Syndykat nie zapomina o swoich pracownikach. – oznajmił, uśmiechając się Pio. – I przygotował dla mnie nową placówkę. Zabieram się stąd. Jak widziałeś, mam do zabrania masę rzeczy, w szczególności dokumenty, Syndykat jest w tej materii bardzo precyzyjny. Sam zresztą nie chciałbym zostawić czegoś, co mogłoby wywołać nieprzyjemne konsekwencje dla moich klientów, pewnie rozumiesz. Dlatego też pozbywam się wszystkiego, co nie jest mi niezbędne w podróży. A dla swoich najlepszych klientów mam oczywiście najlepsze okazje. – dostrzegłem błysk w oku Pio.

Moment później na jego sekretarzyku pojawiła się prosta skrzynia z surowego drewna, bez żadnych specjalnych oznaczeń. Pio krótko mocował się z dwoma masywnymi klamrami, po czym uniósł wieko. Wstałem i zajrzałem do środka. Moim oczom ukazał się podłużny przedmiot, mieniący się na złoto w mdłym świetle lampy naftowej. Pio odczekał moment, przyglądając się mojej reakcji.

– Czy to jest to, co myślę?

– Nie wiem, o czym myślisz Tono. – Zaśmiał się szelmowsko Pio. – Dlatego powiem krótko. To jest najprawdziwszy Rosenschwert.  

Z wrażenia opadłem na fotel. W znanym mi świecie istniała policzalna liczba Rosenschwertów. Było ich nie więcej niż setka. Kawałek metalu o niezwykłych właściwościach, obiekt pożądania każdego wojownika.

– Jak ma na imię? – wychrypiałem, gdyż natychmiast zaschło mi w gardle.

– Ten konkretny to Drwina.

– Drwina?

– Nie ja je wymyśliłem. Proszę, o, tutaj, oficjalny certyfikat potwierdzający pochodzenie i nadanie imienia, podpisany przez samego mistrza Rosenschwerta i maga Argentusa, który nasycił sztych magią ognia, stąd zresztą ten złotawy odcień.

Zerknąłem na dziwne wężyki, rozlazłe po całym pergaminie; nigdy nie byłem mocny w czytaniu ale uwagę moją przykuły dwa, misternie wykonane, znaki, odciśnięte w czerwonym laku. Jeden ukazujący różę z kolcami w kształcie sztychów, symbol mistrza, drugi smoka zjadającego własny ogon, zapewne znak maga Argentusa.

– Śmiało. Weź go do ręki. – rzekł Pio, widząc moje zmieszanie.

Miecz był stosunkowo ciężki. Wpierw wydał mi się nie najlepiej wyważony, ale po chwili moja ręka dostosowała się. Dłoń wyraźnie wyczuwała delikatne pulsowanie magii.

– Ten mieczyk doskonale nadaje się do twojej pracy, Tono. Krótkie ostrze, smukły kształt, zupełnie łatwo schować go pod pazuchą i wyciągnąć w odpowiednim momencie. O magii ognia nawet nie wspomnę. Nie znam jego dokładnej historii, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby został wykonany dla kogoś z zarządu gildii.

– Ile za niego chcesz? – spytałem bez ogródek.

Pio wyszczerzył swe ostre zęby.

– Nie stać cię. Ale nie mam czasu na negocjacje więc zadowolę się po prostu wszystkim, co masz.

Z jego ust wydobył się dziwny chichot.

Szybko przeliczyłem w myślach, to co miałem przy sobie. Nie było tego dużo. Rzuciłem mieszek na blat. Pio zerknął do środka, po czym spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.

– Mówiłem, że wszystko co masz.

– Właśnie tyle mam. Jak chcesz, to zorganizuję jeszcze trochę waluty, ale to może potrwać. A mówisz, że nie masz czasu.

Pio pokręcił głową po czym chwycił trzcinkę, która leżała przed nim i zdzielił mnie w kaftan.

– Skąd wiedziałeś? – wyrwało mi się z ust. Pio odwzajemnił mi się chytrym uśmiechem. Mogłem się tego spodziewać, stary drań. Rzeczywiście, w kaftanie miałem zaszyty woreczek, garść kamyków odłożonych na czarną godzinę. Lub na okazję, taką jak ta.

Niewiele myśląc rozprułem połę kaftana i wysypałem drogocenne kamienie na blat. Pio chwycił jeden z nich swymi drobnymi palcami, dokładnie obejrzał w świetle świecy, po czym zgarnął wszystkie do woreczka.

– Niech mi Wielki Rat’lee wyrwie ogon, nie jest to nawet piąta część wartości tego cudeńka. Ale ciężkie czasy wymagają ciężkich decyzji. Przecież nie wezmę miecza ze sobą, żeby nie narazić się na nieprzyjemności. Jeszcze ktoś gotów mi zarzucić, że wywożę z królestwa drogocenne przedmioty. – zawodził, jakby brał udział w tanim przedstawieniu. – O nie, co to, to nie! Wolę już oddać go w ręce, które będą wiedziały jak dobrze wykorzystać tę broń, w końcu taki sztych musi pracować, jak to mówią. – W tym momencie zawiesił głos, po czym dodał. – Moja kieszeń cierpi, ale dusza raduje się. Drwina jest twoja, przyjacielu.

Pełen rozpierającej mnie radości uścisnąłem malutką, kudłatą dłoń Pio, dobijając tym samym targu. Chwilę później zmierzałem już do swej skromnej kwatery, ponaglany przez małego Rat’lee, któremu, jako się rzekło, bardzo się spieszyło. Po drodze wydało mi się, że widzę Ugo, znajomka z branży, który przemykał zakapturzony w przeciwnym kierunku, ku znanej mi suterenie, lecz byłem zbyt podniecony tym, co ze sobą niosłem, aby się nad tym głębiej zastanowić. Na swą zgubę.

****

Stoję teraz ze złamanym sztychem. Przede mną mój przeciwnik, wściekły ale i mile zaskoczony, że jego tępy kawałek stali okazał się bardziej wytrzymały od mojej Drwiny.

 Magii ognia starczyło aby skrzesać parę iskier. Okazało się, że kupiłem bardzo drogą zabawkę, nadającą się co najwyżej do rozpalania ogniska. Takimi mieczami bawią się bogate dzieciaki lecz za nic nie nadają się do poważnej pracy.

Przeklęty Pio.

Przeklęty ja. Sam wszak nie jestem bez winy, mogłem przetestować ostrze w bardziej przewidywalnych okolicznościach.

Przeklęta rutyna. Złamałem podstawowe zasady mojego fachu. Chyba się starzeję. Dwudziestoletni starzec. To w ogóle możliwe?

A Pio? Muszę przyznać, że koncertowo mnie oszukał. Gdybym go spotkał, złoiłbym mu tę kudłatą skórę, ale potem przyznałbym z uznaniem, że dokonał nie lada wyczynu. Oszukać mnie, Tono Jeża, złodzieja nad złodziejami, patentowanego oszusta i łotra… I jeszcze to imię, Drwina. Pewnie sam je wymyślił, kpiarz. Ciekawe czy Ugo również dał się naciągnąć. Miałem cichą nadzieję, że tak.

Uśmiechnąłem się do siebie. Oj, ten kudłaty pokurcz chyba zapomniał, że Tono Jeż potrafi ukłuć na odległość…

Lecz póki co, muszę jakoś wybrnąć z tej nieciekawej sytuacji.

– Chodź paniczyku. – mówię, szczerząc zęby, szukając zarazem ukrytego w kaftanie sztyletu. – To jeszcze nie koniec tego tańca.

****

Zmierzchało gdy wóz, którym jechał Pio, dotarł do granic królestwa. Bawolej postury ogr, najbardziej zaufany współpracownik Pio i zarazem jego osobista ochrona, pełnymi brutalności wrzaskami i pohukiwaniami poganiał konie, sięgając do granic ich wytrzymałości fizycznej. Nie było jednak szans, aby zdążyć przed godziną policyjną, ogłoszoną w całym królestwie. Mimo, że wóz gnał z niesamowitą prędkością. Mimo, że wyjechali jeszcze poprzedniej nocy (dzięki ci, o Wielki Rat’lee, są jeszcze przyzwoici strażnicy, którzy za drobną opłatą potrafią giętko stosować się do przepisów). I mimo, że wybrali najszybszą z możliwych dróg. Choć, być może, właśnie to ich zgubiło.

Wóz wypadł z gęstego lasu i oczom Pio ukazał się widok, który zmroził jego małe ciało. Cała jego pewność siebie nagle pękła, niczym wysuszona skorupa orzecha. Na otwartej przestrzeni, mniej niż ćwierć mili przed nimi, płonęło ognisko. Najwidoczniej jakiś mały oddział patrolujący granicę postanowił przeczekać nadchodzącą noc w cieple płomieni.

Ogr nie przestał poganiać koni. Zbliżali się więc do ogniska w bardzo szybkim tempie. W końcu jednak i woźnicę musiały najść jakieś wątpliwości, być może spowodowane nagłą ruchawką wokół ogniska, gdyż obrócił swój wielki łeb i spojrzał pytająco na Pio.

– Zatrzymaj się. – syknął Rat’lee, który zdążył już rozważyć wszystkie za i przeciw swojej decyzji, uznając, że to najlepsze rozwiązanie.

Po chwili ogr zatrzymał wóz, ponaglany groźnymi wezwaniami zbrojnych. Było ich pięciu, sami konni. Nie było więc szans na ucieczkę. Natychmiast okrążyli pojazd, pobrzękując przy tym stalą, co miało zapewne wzbudzić dodatkową trwogę.

– Kogo my tu mamy? – rzekł jeden z nich, mały, chudy, o krostowatej twarzy. Chyba dowódca oddziału. Wyglądał, jakby jeszcze niedawno pracował widłami w gnoju. Pio wiedział dobrze, że nie takie kariery są możliwe w armii. – Szczur i świnia. Widzieliście towarzysze? – zarechotał. Zawtórował mu chichot kompanów. – Z jakiego chlewu uciekliście?

– Nie szukamy kłopotów. – odparł spokojnie Pio.

– Patrzcie, szczur potrafi mówić. Czego to zwierzęta nie wymyślą, żeby przypodobać się człowiekowi. – chudzielec szydził dalej.

– Chcemy tylko spokojnie opuścić królestwo.

– Szczur chce opuścić nasze wspaniałe królestwo. Patrzcie państwo! A co, źle ci tu u nas, szczurze? – zapytał, akcentując ostatnie słowo dowódca, po czym odpowiedział sam sobie. – Jasne, że źle. I dobrze. Nie chcemy tutaj takich jak wy.

– Gdzie tak gnają po zachodzie słońca? Ryys, pewnie nakradli i teraz uciekają. Ciekawe co tam wiozą. – wtrącił jeden ze zbrojnych, wielki, barczysty rudzielec. Jego dziwnie płaski nos sprawiał, że Pio miał wrażenie, iż na jego kwadratowej, piegowatej twarzy ktoś kiedyś odcisnął szpadel.

– Co tam wywozicie? – spytał dowódca tonem mającym, w jego mniemaniu, być groźnym.

– Nic. To tylko dokumenty. Spójrzcie. – Pio sięgnął po pierwszy lepszy wyciąg, zapisany drobnym, buchalterskim pismem. – Jestem zwykłym handlarzem. To moje księgi rachunkowe.

– Weź mi to sprzed nosa! – wrzasnął nagle dowódca i Pio od razu zrozumiał, że czytanie jest dla niego zbyt wielkim wyzwaniem. – Sami zaraz sprawdzimy co tam masz na wozie. Chłopaki, przetrzepcie ten wóz, a dobrze!

Pio natychmiast zrobiło się słabo na myśl o tych wszystkich schowkach, w których poukrywane miał pieniądze i kosztowności. Co prawda konstrukcja wozu była nad wyraz zmyślna, zrobiona na zlecenie i według projektu samego Pio, ale wystarczyło, że te dranie odkryją choć jeden schowek. Mały Rat’lee nie miał wątpliwości, że wówczas żołdacy rozbiorą wóz na części pierwsze, a deski spalą w ognisku. Być może razem z nim.

– Łatwo przyszło, łatwo poszło. – Pomyślał.

– Czekajcie. Te dokumenty muszę dostarczyć w stanie niezmienionym i nienaruszonym. Jestem członkiem gildii handlowej i muszę się rozliczyć z każdego zarobionego i wydanego grosza. Tylko w ten sposób gildia zwróci mi poniesione koszty. A wierzcie mi, były niemałe. Poza tym, czas mnie goni, nie chciałbym również i was zatrzymywać. Mam więc pewną propozycję. To więcej niż kiedykolwiek zarobicie. – Po czym sięgnął do kieszeni i podał kilka kamieni, które otrzymał od Tono Jeża, a którym chciał się lepiej przyjrzeć w drodze, o czym zresztą, w natłoku innych myśli, zupełnie zapomniał.

Drogocenne błyskotki spowodowały, że z twarzy zbrojnych natychmiast poznikały szydercze uśmiechy. Taniec cieni i krwawych barw rzucanych przez strzelające w górę płomienie ogniska spowodował, że wyglądali teraz niemal upiornie. Dla Pio te twarze były nieobce. Azazel, Belial, Mammon,… Dobrze wiedział jakie demony potrafią się zbudzić, gdy nieoczekiwanie, na wyciągnięcie ręki, pojawia się bogactwo. Mimo to zląkł się. Spojrzał porozumiewawczo na ogra. Ten natychmiast chwycił potężny topór i wyprostował całą swą bawolą posturę, tak, że w świetle ogniska, wyglądał teraz jak olbrzymi, posępny posąg postawiony na podeście będącym w rzeczywistości wozem. Ta demonstracja odniosła zamierzony skutek.

Krostowaty dowódca, zwany Ryys’em, szybko dokonał rachunku kosztów i zysku. Powstrzymał ręką kompanów, którzy już szykowali się aby sprawdzić troszkę dokładniej kieszenie małego Rat’lee. Po czym wziął w rękę podane mu kamienie.

– To rozsądna propozycja. – rzekł po chwili, oglądając jednocześnie otrzymaną nagrodę. – Co powiecie, towarzysze?

Odpowiedziało mu milczenie.

– Jedź, szczurze. – rzekł sucho Ryys. Konni tymczasem pozsiadali z koni i otoczyli swego dowódcę. Z ich oczu biła chciwość. Pio nie trzeba było więcej. Szepnął słówko ogrowi, który, wciąż stojąc, trzasnął lejcami. Wóz powoli ruszył.

– No, na co czekasz, Ryys – rzekł któryś z jego kompanów. – Czas się podzielić.

– Właśnie, właśnie! – zawtórował mu inny.

– Spokojnie, kamieni jest sześć, a nas jest pięciu. W związku z tym biorę dwa, bo jestem waszym dowódcą. – Ryys próbował zapanować nad sytuacją.

Rudzielec z dziwnie płaskim nosem parsknął śmiechem.

– Dwa wezmę ja, bo najdłużej służę w armii. Zresztą, jestem też najsilniejszy! – I chwycił Ryys’a za szyję oraz dłoń. Zaczęli się szamotać. Pozostali, nie wiedząc co ze sobą począć w zaistniałej sytuacji, z braku lepszego pomysłu, zaczęli się szarpać między sobą.

– Uważaj głupcze! – wrzasnął w pewnym momencie Ryys. Za późno.

Kamienie wystrzeliły z jego dłoni i wpadły do ogniska. Rudzielec stanął oniemiały. Nie zauważył nawet soczystego sierpowego, którym zdzielił go wściekły Ryys, a który niemal zwalił go z nóg. Cios otrzeźwił rudzielca.

– Coś ty zrobił?!- ryknął, i nie wiadomo było, czy chodzi mu o drogocenne kamienie, czy o cios, który rozkwasił mu wargę.

– Ja? To twoja wina! To ty zacząłeś się ze mną szarpać.

– Boś chciwy. Przyznajcie rację, koledzy, że to mnie należy się większa dola. – Rudy zwrócił się do pozostałej trójki, szukając wsparcia. Został zignorowany.

– Co teraz? – wtrącił ktoś z pozostałych.

– Poczekamy aż ogień się wypali. Potem przejrzymy popiół.

– Ogień będzie się palił długie godziny.

– Więc mamy czas, aby uczciwie podzielić się dolą. – zauważył przytomnie Ryys. Miał świadomość, że czeka ich burzliwa noc, i wcale niekoniecznie wszyscy przywitają poranek w pełnym zdrowiu.

– Spójrzcie! Widzę jeden! – Ktoś nagle wskazał maleńki kamień, leżący na płonącym pniu.

– Coś tu nie gra. – W rudzielcu pojawiły się nagłe wątpliwości. – Przecież ten kamień zrobił się cały pomarańczowy.

– To pewnie krwawe diamenty, słyszałem o nich!

– Głupcze! – Rudzielec palnął kolegę w głowę. – Na diamentach może się nie znam, ale dobrze wiem co to jest. To zwykłe szkło!

*****

Nagły wrzask, przypominający bardziej zwierzęcy ryk, postawił dęba wszystkie włosy na drobnym ciele Pio. Złe przeczucie, które go naszło, przybrało, z jakiegoś niewiadomego powodu, postać Tono Jeża.

– Szybciej, szybciej! – wydarł się na ogra, który posłusznie spiął konie.

Gdzieś w oddali gnało ku nim pięciu wściekłych jeźdźców.

 

END

Koniec

Komentarze

Moim zdaniem to nie jest opowiadanie. Opisałeś dwie scenki – jedną w suterenie Pio, a druga to spotkanie ze strażnikami na drodze. Bardziej wygląda mi to na fragment czegoś większego, pewnie też dlatego nie zorientowałam się, co miałeś nadzieje opowiedzieć.

Jeśli to rzeczywiście nie jest skończony tekst, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

– Jeśli je­stem nie w porę, mogę przyjść póź­niej. – za­wa­ha­łem się. –> – Jeśli je­stem nie w porę, mogę przyjść póź­niej. – Za­wa­ha­łem się.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi.

 

Pio zdą­żył jesz­cze roz­dać tra­ga­rzom dys­po­zy­cje. –> Raczej: Pio zdą­żył jesz­cze wydać tra­ga­rzom dys­po­zy­cje.

 

zu­peł­nie łatwo scho­wać go pod pa­zu­chą… –> …zu­peł­nie łatwo scho­wać go za pa­zu­chą

 

Pio wy­szcze­rzył swe ostre zęby. –> Zbędny zaimek. Czy mógł wyszczerzyć cudze zęby?

 

Pio chwy­cił jeden z nich swymi drob­ny­mi pal­ca­mi… –> Jak wyżej.

 

Ale cięż­kie czasy wy­ma­ga­ją cięż­kich de­cy­zji. –> Raczej: Ale cięż­kie czasy wy­ma­ga­ją szybkich de­cy­zji.

 

Ta­ki­mi mie­cza­mi bawią się bo­ga­te dzie­cia­ki lecz za nic nie na­da­ją się do po­waż­nej pracy. –> Czy dobrze rozumiem, że bogate dzieciaki nie nadają się do poważanej pracy?

 

po­ga­niał konie, się­ga­jąc do gra­nic ich wy­trzy­ma­ło­ści fi­zycz­nej. –> …po­ga­niał konie, osiągając gra­nice ich wy­trzy­ma­ło­ści fi­zycz­nej.

 

W końcu jed­nak i woź­ni­cę mu­sia­ły najść ja­kieś wąt­pli­wo­ści, być może spo­wo­do­wa­ne nagłą ru­chaw­ką wokół ogni­ska… –> Czyżby społeczeństwo przy ognisku dawało wyraz swojemu niezadowoleniu?

Sprawdź znaczenie słowa ruchawka.

 

A co, źle ci tu u nas, szczu­rze? – za­py­tał, ak­cen­tu­jąc ostat­nie słowo do­wód­ca… –> W jaki sposób akcentował słowo dowódca, w ogóle go nie wypowiadając?

Pewnie miało być: A co, źle ci tu u nas, szczu­rze? – za­py­tał dowódca, ak­cen­tu­jąc ostat­nie słowo

 

Aza­zel, Be­lial, Mam­mon,… –> Przed wielokropkiem nie stawia się przecinka.

 

Kro­sto­wa­ty do­wód­ca, zwany Ryys’em… –> Apostrof jest tu chyba zbędny.

 

– Coś ty zro­bił?!- ryk­nął… –> Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem i tyle. Nic nie ruszyło, także miałem wrażenie, że to dwie scenki następujące jedna po drugiej. Tak więc tekst ni ziębi, ni grzeje. Bywa.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka